IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość
Antonija Vedran
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 28 Sie 2015, 00:19

Nie tego się spodziewała. Nie spodziewała się, że wspaniałość Lucasa Shaw nie ogranicza się jedynie do bycia niezwykle miłym i przystojnym Krukonem oraz skutecznym, prawie zawsze, obrońcą. Jego wspaniałość była większa, bo siedziała tuż obok jej nóg wpatrując się w nią z zaciekawieniem. Czyż to nie chodzący ideał? Na chwilę obecną Tośka nie mogła sobie wyobrazić większego ideału, bo fenek wygrał wszystko. Nie mniej jednak właściciel fenka sam w sobie był niezwykle interesujący. I dość długo się jej przyglądał. Z wzajemnością. Pierwszy raz widziała go z tak bliskiej odległości. Ba! Kilka sekund wcześniej nawet go poczuła, choć nie tak wyobrażała sobie to pierwsze spotkanie podczas którego będzie miała okazję się do niego odezwać.
- Tosiu? Ty wiesz jak ja mam na imię? - wyszeptała, a jej oczy zrobiły się jeszcze większe. Wiedział. Lucas Shaw wiedział jak ona ma na imię. Czyż to nie chodzący ideał? Tak, oto książę w najprawdziwszej srebrnej zbroi. Dobrze, że nie miał jej na sobie kiedy na niego weszła, bo wtedy na pewno kolano by ją bolało bardziej niż teraz. Ból ten był jednak lekki, zbyt lekki aby w jakikolwiek sposób się nim przejąć.
- Na obiad... - wydusiła z siebie bez tchu, aby zaraz odchrząknąć cicho. Czas skończyć robienie z siebie idiotki. Na przeniosła wzrok na swoje buty, żeby zebrać się w sobie i skończyć z wyglądaniem jak jakaś durna psychofanka spotykającego swojego idola. - Na obiad. Musiałam zostać chwilę po zajęciach, więc spieszyłam się, bo na stole Puchonów spaghetti znika w zadziwiająco szybkim tempie. - uśmiechnęła się do niego ciepło, aż w policzkach pojawiły się jej urocze dołeczki. Nie mogła też nie skorzystać z okazji żeby przykucnąć i wyciągnąć ostrożnie dłoń w stronę fenka.
- Cześć, koleżko. Jaki jesteś ładny... - powiedziała cicho tonem zarezerwowanym dla stworzeń wszelakich. Zwłaszcza dla fenków i wiewiórek.
Zobacz profil autora
Lucas Shaw
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 03 Wrz 2015, 15:48

To było zabawne, ale ludzie traktowali go tak, jakby był chodzącym ideałem i legendą, który patrzy wyłącznie na siebie. A prawda była taka, że kojarzył dość sporo ludzi i znał ich imiona oraz domy. Oni nadal pozostawali zdziwieni, że tak bez żadnego problemu wita się z nimi i pozdrawia. Tym razem było dokładnie tak samo. Lucas uśmiechnął się rozbawiony do Puchonki i włożył ręce do kieszeni. Felix machał swoim ogonkiem, wpatrzony jak urzeczony w nową koleżankę.
-To nie takie dziwne, Ty znasz moje, nie? -wzruszył ramionami, nie chcąc już tego tłumaczyć. Jednak uległ, nadal widząc zaskoczone spojrzenie. -Gallagherowie. Anthony jest razem z Tobą w Huffie, a Aiden jest moim znajomym. Łatwo wszystko spasować. Poza tym kumpluje się z Nathanielem, a jego już na pewno kojarzysz.
Wszystko polegało na kojarzeniu faktów i osób.
-Właśnie sam wybierałem się na obiad, burczy mi w brzuchu po treningu... Za to Felix zechciał iść na około, brakuje mu spacerów. Nie lubi latać na miotle. -mruknął, jakby to było niezrozumiałe. Bać się latania? To takie przyjemne!
-Możemy iść razem, trasa ta sama. -rzucił, odwzajemniając uśmiech.
Fenek natomiast zaczął jak szalony machać ogonem, miziać pyszczkiem ręce dziewczyny i praktycznie oparł się na nich przednimi łapkami. Był lekki, więc dziewczyna nie mogła narzekać na jego wagę.
-Chyba się w Tobie zakochał. -zażartował Lucas widząc jego reakcje.
Rozpoczęli wędrówkę ku Wielkiej Sali.
-Widziałaś tę masakrę na boisku? -mruknął już nieco mniej radosny. Do teraz ten fakt kuł go w klatce piersiowej.
Zobacz profil autora
Antonija Vedran
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 03 Wrz 2015, 17:36

Nie takie dziwne? Zdziwiłby się. Jej mina mówiła to bardzo bardzo wyraźnie.
- No wiesz, ja nie jestem kapitanem drużyny Ravenclawu - zauważyła bardzo przytomnie dość szeroko się uśmiechając. On był szkolną gwiazdką, a ona jedną z tych nijakich dziewcząt które kochają patrzeć na szkolne gwiazdki. No może sama w sobie nie była tak skończenie nijaka, bo wybijała się jeśli chodzi o kwestię eliksirów, ale z pewnością daleko jej było do tytułu kujona, tak samo jak równie daleko było jej do tytułu Miss Hogwartu. Jednak jego wyjaśnienie miało sens. Gallagherów znała, jednego może nazbyt dogłębnie. Nathaniela kojarzyła. Więc się zgadzało. Kiwnięciem głowy dała mu do zrozumienia, że już wie skąd mógł znać jej imię. To, że je zapamiętał wciąż nieco jej imponowało.
- Nie lubisz latać na miotle, koleżko? Piąteczka - znów ton zarezerwowany dla zwierzątek i szeroki uśmiech. Drugą dłonią zaczęła głaskać go za uszami wciąż szeroko się uśmiechając. Felixowi najwidoczniej przypadło to do gustu, bo zaczął mruczeć niczym kot, wpychając jeszcze bardziej swój pyszczek w jej rękę. Dopiero głos chłopaka sprowadził ją na ziemię. Lekko się zarumieniła i wstała zostawiając fenka.
- Więc chodźmy zanim zniknie całe spaghetti - powiedziała i poprawiła swoją torbę na ramieniu. Nie wiedząc zbytnio co powinna zrobić z rękami zacisnęła palce na skórzanym pasku.
- A więc moje uczucia są odwzajemnione - zażartowała znów spoglądając na lisowate stworzonko z wielkimi uszami które dreptało tuż obok niej. Przestała się jednak uśmiechać kiedy usłyszała jego pytanie.
- Widziałam. To nie było Wasze najlepsze spotkanie, ale wierzę, że odkujecie się przy następnych meczach. Nadal macie szanse na puchar jeśli ogracie resztę domów z bardzo wysokim wynikiem... Jedna przegrana to nie koniec świata, Lucas. Nawet jeśli przegrywa się do zera - na sam koniec wygięła wargi w pocieszającym uśmiechu i znów poprawiła torbę która zsuwała się jej z ramienia.
- Jak przemyciłeś do zamku fenka? Ja jak chciałam przemycić wiewiórkę burunduk wmówiłam Filchowi, że to szczur tylko trochę zmutowany i jakoś mi się udało - patrzyła pod nogi, bojąc się, że przydługie kończyny się jej splączą i zaraz wyląduje twarzą na marmurowej posadzce i rozmowa z Shawem skończy się wizytą w Skrzydle Szpitalnym i odrastaniem zębów które z pewnością na tej marmurowej posadzce by zostawiła.
Zobacz profil autora
Lucas Shaw
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob 12 Wrz 2015, 14:17

Brunet przeczesał niedbale włosy z tyłu głowy i roześmiał się cicho.
-Bycie kapitanem to jednak ciężka praca, teraz wszyscy mnie oskarżają o tę porażkę. -wzruszył ramionami. Już nieco mniej bolał go ten mecz. Co się stanie to się nie odstanie. Będzie teraz musiał zrobić dobrą minę do złej gry i znowu zająć się treningami.
Lucas zrobił nieco naburmuszoną minę, kiedy usłyszał słowa Tosi.
-No jak można nie lubić latać na miotle! To prawie najszybszy środek lokomocji, jaki istnieje. -burknął nieco urażony tym stanem rzeczy. Fenek jakby pojął słowa Puchonki, bo trącił pyszczkiem wyciągniętą dłoń dziewczyny.
Lisek przymknął oczka w uwielbieniu dla tych pieszczot. Bardzo polubił dziewczynę. Kto by nie polubił?
Ruszyli we trójkę w kierunku Wielkiej Sali, bo sam czworonóg zaczął cierpieć głód. Szli dość pewnym krokiem. Prowadził ich Felix, jak zawsze.
Na samo wspomnienie meczu Lucasa przeszedł dreszcz. Spojrzał nieco mniej roziskrzonym wzrokiem na Puchonkę.
-Wiesz, ilu moich zawodników zrezygnowało po tym meczu? Dziewczyny są tak poobijane, że nie chcą nawet słyszeć o miotle. Samuel wyjechał na wymianę, Aideen też nieźle oberwał. Jak nie znajdę rezerwowych, to nawet nie podejdziemy do rozgrywek. -westchnął Lucas, pocierając czoło.
Martwiło go to.
-W takich momentach zastanawiam się, czy nie odejść ze stanowiska, ale nie będzie już nikogo. Lepiej się nie poddawać. -mrugnął do dziewczyny.
Wędrówka dotarła już prawie do schodów.
-Zaczarowałem mu uszy i powiedziałem, że to kot. Nie połapał się ani trochę. Uwierz mi, łatwo tego starego ramola wprowadzić w pole. Burunduk? Będziesz musiała mi coś kiedyś o nim powiedzieć. Nie znam takiego stwora. -zainteresował się żywo.
Lucas zszedł właśnie na pierwszy stopień schodów, kiedy fenek zaczął dziwnie szczekać i pobiegł w innym kierunku niż oni. Akurat, kiedy Lucas zaczął coś mówić.
-Tosiu, ja... -zaczął, ale kątem oka widząc zbiegłe stworzenie, zaklął soczyście.
-Wybacz, muszę go złapać, bo nigdy go nie znajdę, a jak wpadnie na Norriskę to go podrapie. Napiszę! Do zobaczenia! -obiecał i pobiegł za liskiem.

Z tematu (może być x2 jak Tosia chce, wybacz, że tak zamykam, nadrobimy i nie będziesz tyle czekać!)
Zobacz profil autora
Zygmunt Pankracy Wedel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 18 Wrz 2015, 18:06

Zygmunt Pankracy Wedel miał przeczucie i nie było to nic przyjemnego. W przeciwieństwie do radosnej ekscytacji pełnej wyczekiwania teraz jego brzuch wypełniał pewien niepokój, z dodatkiem odrobiny herbaty i bułki cynamonowej. Szybko jednak doszedł do wniosku, że to nic takiego. Nie miał w zwyczaju specjalnie się przejmować, pochłaniało to zdecydowanie zbyt czasu i energii, które mógł poświecić na przykład na nie robienie czegokolwiek innego. Tak, to był sto razy lepszy plan, stwierdzał nieskromnie sam przed swoim odbiciem, widocznym w szybach, które co chwilę mijał. W każdej z nich oczywiście upewniał się, że idąc wygląda dostatecznie elegancko i dostojnie. Przystanął przed jedną na dłuższą chwilę i poprawił krawat. Zwisał. Zwisał mu za bardzo. Z wprawą studenta przed sesją zaczął zajmować się najmniej istotnymi rzeczami, wydłużając swoją drogę z dormitorium na Wielką Salę do możliwego maksimum. Zawiązanie windsora w tej sytuacji wydało mu się naturalną decyzją, chociażby dlatego, że nigdy nie był w tym najlepszy, a nie śpieszyło mu się specjalnie, żeby nie powiedzieć - wcale.
Przysiadł na parapecie i rozplątał po omacku węzeł, tylko po to, by zacząć go, nieco niezdarnie, wiązać na kolanie. Inaczej nie umiał. Siedemnaście lat życia nauczyło go wielu rzeczy, ale na pewno nie tego. Oraz na pewno nie tego, że nie powinno się spóźniać na śniadania. Chociaż, deszczowa pogoda wybaczała wiele rzeczy. Niezbyt twarzowe w normalnych okolicznościach swetry wydziergane przez babcie, podkreślające idealnie kolor bakłażanów, ciągnący się od dłuższego czasu katar oraz spóźnienia, nawet jeśli oprócz sporego tłumu i rozgardiaszu czekał tam na niego cieplutki posiłek.

Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto 22 Wrz 2015, 15:44

Trzeba powiedzieć, że przepychanie się pod prąd to dość żmudne i męczące zadanie. Zwłaszcza, kiedy się jest małym, drobnym i niezbyt rzucającym się w oczy, a do takich osób Soleil należała, przynajmniej dzisiaj, w dniu, kiedy miała na sobie zwyczajny mundurek, zamiast wymyślnych strojów, które zwykła praktykować po lekcjach. Być może kłopot, jaki miała z brnięciem na przekór tłumowi wynikał też z braku zrozumienia dla jej dążeń. Ostatecznie kto żyw ciągnął w tej chwili do Wielkiej Sali na ciepły posiłek i kubek pełen herbaty albo kakao, bo na dworze był już ziąb, szarówa... mówiąc ogólniej, po prostu jesień. Niezbyt złota dodajmy.
Sol jednak nie zwracała uwagi na depczące ją stopy, trącające łokcie i plączące się pod nogami rąbki szat. Brnęła przed siebie z uporem godnym lepszej sprawy, choć tak naprawdę chyba sama nie wiedziała po co, po prostu miała przeczucie, że w tej chwili powinna znajdować się gdzieś indziej, że gdzieś dzieje się coś, czemu powinna zapobiec albo co powinna wesprzeć, choć ramiona jej były wątłe, a umiejętności ograniczone. Kiedy w końcu udało jej się wyrwać z tłumu, odetchnęła pustką cichych jeszcze korytarzy, które zaraz po śniadaniu wypełnią się uczniami spieszącymi na zajęcia. Poprawiła szatę, która osunęła się z ramion, ale nie mogła nic poradzić na to, że sprawiała wrażenie (zarówno szata, jak ona sama), jakby ktoś ją połknął, na poły przetrawił i potem wypluł, stwierdziwszy, że chyba jednak jest niejadalna, a przynajmniej można mieć po niej niestrawność i po co, skoro tyle dobrych rzeczy do połykania jest jeszcze na tym świecie.
Kiedy walczyła z naderwanym przez jakąś Wielką Stopę rąbkiem szaty, zauważyła, że nieopadal siedzi na parapecie ktoś. Znała tego Ktosia, choć nie posiadała wiedzy o jego imieniu, czy żadnych tego typu bardziej szczegółowych danych. Zdawała sobie sprawę z tego jedynie, że musi być Gryfonem, widziała go bowiem kilkudziesięciokrotnie w wieży ich domu, co zapewne nie było żadną fatamorganą ani oszustwem. Wypuściła z rąk Nathaniela, który wydawał się mocno zszokowany tym, co dopiero przeszedł i pomiałkując żałośnie i nieco się zataczając, ruszył przed siebie, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiejś bezpiecznej kryjówki.
- Muffinkę? - zapytała, wyciągając z torebki równie zmęczony życiem co ona sama smakołyk i podchodząc bliżej do parapetu. Widziała głód w oczach Pankracego, tylko nie wiedziała jeszcze, czy to taki głód, który wynika z pustego żołądka, czy coś całkiem innego.
Zobacz profil autora
Zygmunt Pankracy Wedel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto 22 Wrz 2015, 16:43


Pankracy spojrzał na Soleil wzrokiem kogoś, do kogo właśnie podszedł jakiś nowy towarzysz. Właściwie, stary nowy towarzysz. Zygmunt nigdy nie mógł się pochwalić rewelacyjną pamięcią co do nazwisk, jednak, z wyrazem wyraźnego skupienia (nieco przypominającym słusznie dość ból) kartkował kartoteki w swojej głowie szukając odpowiedniego imienia, które mógłby dopasować do twarzy stojącej przed nim persony. Twarzy dość charakterystycznej, bo i całej postaci odbiegającej nieco od stereotypowego ucznia Gryffindoru. Zmrużył oczy, uśmiechając się ciągle uprzejmie i w końcu dzwonek, słyszalny tylko dla ludzi o największej wyobraźni, zabrzmiał w jego głowie.
Dzień dobry, Sol! - zagrzmiał pogodnie, może nieco głośniej niż powinien, ale tonem szczerego entuzjazmu, mimo, że nigdy specjalnie dużo słów z panną Larsen nie zamienił w życiu. Cóż, czasami tak było, że rozmowa była tylko szczytem góry lodowej jakiejś znajomości i stanowiła wątłą część tego, co wbrew pozorom dwie osoby łączyło. Soleil, jak dobrze pamiętał, pamiętał. Nie wiedział skąd i nie wiedział dlaczego, może po prostu z widzenia, a może dziwnym zrządzeniem losu podała mu jego ulubioną potrawę gdy byli kiedyś na śniadaniu albo na obiedzie w Wielkiej Sali.
Na propozycję uśmiechnął się tylko lekko i przejechał dłonią po swojej klatce piersiowej, przejeżdżając po herbie gryffindoru i zatrzymując się na brzuchu.
Chętnie. Nie mogę schudnąć! To byłoby niedopuszczalne. Mój sweter zwisałby mi bardziej niż moje oceny z wróżbiarstwa. - stwierdził rzeczowo i poczęstował się kawałkiem muffinki. Urwał połowę, bowiem dzielenie się było rzeczą autentycznie przyjemną i dawało poczucie pewnej wspólnoty. Pokrętne. Ale działa.
Soleil, muszę zapytać cię o coś bardzo ważnego. - zapowiedział. “Musimy porozmawiać” zawsze budziło pewien rodzaj niepokoju, jednak Pankracy nie miał zamiaru czekać na obiekcje, wiec po prostu, ucinając wyczekiwanie, kontynuował.
To sprawa bardzo nietypowa i delikatna, jak wiadomo. A jednak dla wielu ludzi najważniejsza na świecie. - ciągnął ospale, przeżuwając co raz kawałek ciastka i zerkając kątem oka na gryfonkę. W międzyczasie przesunął się na parapecie tak, by zrobić nowej towarzyszce miejsce i poklepał kawał kamienia, jak gdyby ten był koniem, albo innym zwierzęciem na którym da się usiąść i które klepie się pieszczotliwie.
Dlaczego nie jesteś na śniadaniu? To najważniejszy posiłek dnia. - stwierdził.
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie 25 Paź 2015, 17:10

- Witaj... - odparła na powitanie, marszcząc przy tym blond brwi i przyglądając się Zygmuntowi z uwagą. Miała wrażenie, że powinna kojarzyć jego imię, ale nic nie świtało w jej głowie. Może dlatego, że miała fatalną pamięć do nazw własnych. Albo to wina jego bądź rodziców i ochrzczono go jakimś skomplikowanym do wbicia sobie do głowy mianem. - towarzyszu. - dodała więc zamiast tego, nie zdając sobie sprawy ze sposobu, w jaki może to odczytać jej aktualny rozmówca.
Kiedy oddał jej połowę sporej muffinki, która miała posłużyć jej za śniadanie, nie zaczęła jej od razu jeść. Zamiast tego stała nadal w miejscu, nie spuszczając oczu z chłopaka, wwiercając się spojrzeniem w jego oczy, żeby przekonać się, czy głód nadal tam będzie po zaspokojeniu potrzeb jego żołądka. Bo to by znaczyło, że sprawa jest znacznie bardziej poważna i może to niejasne przeczucie, które zainicjowało całą tę przygodę, dotyczyło właśnie Zygmunta. I to jemu miała pomóc. W czymś.
Być może wgapiała się w niego dość natrętnie, żeby poczuł się odrobinę nieswojo i postanowił odwrócić jej uwagę. Usłyszawszy pytanie i stwierdziwszy, że gest klepania musi być jawnym zaproszeniem, usiadła na parapecie i oparła się o zimną szybę. Nawet szkolna szata i ukryty pod nią sweter nie zatrzymały długich palców chłodu.
- Jestem jak ślimak, noszę swoje śniadanie przy sobie. - odparła, nieświadoma chyba, że jej słowa nie mają większego sensu. Dla innych, rzecz jasna, bo dla niej ich znaczenie było jasne i oczywiste.
- A Ty? - zapytała zaraz. Bo skoro sam stwierdził ważność tego posiłku, co robi tutaj?
Zobacz profil autora
Zygmunt Pankracy Wedel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie 25 Paź 2015, 18:36

Czasami Zygmunt spoglądał na swój talerz i myślał. U babci, na rodzinnych obiadkach, musiał koncentrować się w pełni, używając wszystkich sił danych młodym, niezbyt rozgarniętym mężczyznom w jego wieku, by powiedzieć ’Już dość, dziękuję.’ w odpowiednim, strategicznym momencie. Może taki obrót sprawy i niewątpliwie skomplikowane, młodzieńcze unikanie dodatkowej łyżki sosu, albo zupy, sprawiło, że mniej lub bardziej egzystencjalne wątki narzucały mu się gdy tylko w zasięgu wedlowego wzroku spoczywał kawałek mięsa, albo co gorsza, surówka z marchwi i jabłka. Niekiedy było to zgubne, wszystko mu stygło, a on ani nie czuł apetytu, ani specjalnie nie-nie-czuł apetytu, tylko wgapiał się we fragment warzywka tego czy owego zastanawiając się nad sensem rzeczy. Dokładnie to samo działo się w tej krótkiej chwili, kiedy Zygmunt analizował muffinkę. Myślał. Leniwie nieco, chaotycznie, nie do końca będąc pewnym co chce powiedzieć albo o co zapytać, chociaż jasne w jego serduszku było co ma na myśli. Nie chodziło o potencjalną zawartość glutenu, czy to wegańska babeczka, czy jajka były z odpowiednio ekologicznego chowu. Zygmunt miał przerzucie, że trzeba mu z czymś pomóc.
- Ślimaki mają tarki. Jak dasz im marchewkę to same sobie robią surówkę. Jak dasz im bułkę - bułkę tartą. Szczaw - szczaw. Magiczne stworzenia. Magiczne. Sam sobie sterem. Sam sobie tarkiem. - stwierdził, półgłosem, nie podnosząc wzroku znad kakaowego olśnienia kulinarnego.
- A ja? - nieco zaskoczony podniósł wzrok na Sol i przyglądał się jej moment, z zabawnie ułożonymi brwiami, które wyraźnie wskazywały, że nie do końca wie o co panna Larsen pyta. -Ja? - powtórzył, wciskając sobie palec wskazujący prawej ręki w sweter na wysokości piersi. - Niestety, nie jestem ślimakiem, ani nawet jak ślimak. Może jak jak. - rzucił i wsadził sobie ciastko do buzi.
Pozwoliło mu to na moment milczenia. Zawsze dobrze było mieć na podorędziu bułkę albo dwie, albo cokolwiek, co można sobie wsadzić w usta w strategicznym momencie i zamaskować swoje skrępowanie lub niepewność, co powiedzieć należy, co się chce i czy jest się w stanie. A Zygmunt, na dodatek, był głodny. Przeżuł raz i drugi, flegmatycznie nieco, żeby potem dodać:
- Mam dziwne, wysoce literackie przeczucie, że nasze spotkanie tutaj, na tym parapecie, nie jest dziełem przypadku, a jakiejś większej, ważniejszej, siły sprawczej i nie mam tu na myśli głodu. Czy istnieje jakaś ciekawostka albo zadanie, które musisz mi powierzyć? Pierścień jakiś? Miecz? Smok? - ciągnąl w lekkim zamyśleniu, mrużąc oczy w skupieniu.
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie 08 Lis 2015, 19:55

To wszystko było dość dziwne, osobliwe wręcz, jakby te dwa słowa nie miały zbliżonego do siebie znaczenia. Sol, siedząc na kamiennym parapecie, czuła coś więcej niżeli tylko nieprzyjemny chłód, przenikający przez warstwy ubrań i drażniący jej skórę. Czuła pewien niepokój, z rodzaju tych, które inspirują do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: "dlaczego właśnie niepokój, a nie pokój czuję." Nadal przyglądała się intensywnie Zygmuntowi, jakby z jego ust miały nagle zacząć padać odpowiedzi na najbardziej zagadkowe pytania ludzkości, ale nie wydobywało się z nich chwilowo nic poza okruszkami. Cała te dygresja dotycząca ślimaków nieco wytrąciła Sol z równowagi, może dlatego, że nie za bardzo znała się na tego typu zwierzętach. Nie wiedziała nawet co jest gadem, a co płazem. Na pewno to właśnie było powodem, dla którego nigdy nie została orłem eliksirów.
Z tego całego stresu również wsadziła sobie do ust kawałek muffinki. Zygmunt miał rację, dobra wymówka to podstawa, a kiedy nie wie się za bardzo co powiedzieć, najlepiej nie mówić nic i mieć po temu lepszy powód niż pustka w głowie. Na przykład absolutna nie-pustka w buzi.
Przełknęła spory kęs dopiero, kiedy chłopak postanowił przejść do spraw konkretniejszych i mniej abstrakcyjnych niż ślimaki, mianowicie do powodu ich spotkania. Czyli nie tylko ona czuła, że jakiś istnieje! Że to nie było tak, że zwyczajnie spotkała go idąc korytarzem, że nic za tym nie stało, żaden los, żadne przeznaczenie. Rozglądała się dookoła, jakby z pogrążonego w półcieniu kąta nagle miał wyskoczyć jakiś malutki człowieczek wykrzykujący skrzekliwym głosem podpowiedź. Albo niosący ją spisaną na zapieczętowanym pergaminie. Nic takiego się jednak nie zdarzyło.
Przesunęła się odrobinę, bo miała wrażenie, że siedzi na jakimś nierównym kawałku parapetu, a to oczywiście skutkowało uporczywym odczuciem dyskomfortu. Dopiero po chwili sięgnęła dłonią, aby sprawdzić co to takiego zakłóca jej pupie spokój i wyciągnęła rzemyk, z którego zwieszał się wykonany z bliżej niesprecyzowanego metalu dziwaczny symbol. Jakby oko na wężowym tle?
Twarz Sol przeciął dziwny wyraz i szybko rzuciła medalik towarzyszowi.
- To... - wyszeptała, z rozszerzonymi źrenicami, zerkając to na znalezisko, to na Zygmunta. - To. - powtórzyła bardziej zdecydowanie.
- To muszę Ci powierzyć. - dodała z przekonaniem, które była dość niecodzienne jak na osobę, która dopiero przed momentem ozdobę znalazła. Była jednak pewna dwóch rzeczy: tego, że ona zdecydowanie nie może jej zatrzymać i tego, że ktoś musi. Nikogo innego, na pewno nikogo lepszego nie było zaś w zasięgu wzroku.
Zobacz profil autora
Zygmunt Pankracy Wedel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 18 Lis 2015, 19:56


Zygmunt Pankracy Wedel miał przechlapane. W jakiś pokrętny sposób czuł to w swoim sercu, w swojej głowie, w okolicy prawej nerki oraz gdzieś koło kręgosłupa. Nie umiał w racjonalny sposób wyjaśnić na czym to przechlapanie polega, ale wisiało ono nad nim jak wyrzuty sumienia po stłuczeniu ulubionej bombki babci w święta roku tysiąc dziewięćset sześcdziesiątego ósmego. Nieprzerwanie. Dlatego z zadziwiającym spokojem przyjmował wszystkie kary i błogosławieństwa losu. Prawdopodobnie nawet ze spokojem przyjąłby bycie potrąconym przez samochód, tak długo, jak nie byłaby to multipla, do której rozpoczęcia produkcji zostało jeszcze solidne 30 lat, więc w tej kwestii Pankracy mógł się czuć BARDZO bezpieczny.
Wziął w łapki rzemyczek i zmrużył oczy, jakby to miało cokolwiek pomóc. Spojrzał raz to na Sol, raz to na wisiorek, raz to nawiązał nerwowy kontakt wzrokowy z jakimś dziwnym przechodniem z hufflepuffu, żeby znowu zaraz skupić się na tym, co było najważniejsze w tej chwili.
Odchrząknął, nieco zakłopotany.
- Doceniam to, bardzo, ale, hm, wiesz. - zawiesił się na moment. - Zrozum mnie, jesteś fajną dziewczyną, ale znamy się jakieś 4 minuty. Nie wiem czy jestem gotów na takie poważne zobowiązanie już teraz. Może ty się na mnie zdecydowałaś i to duże pochlebstwo, pobułstwo nawet, ale nie wiesz jeszcze nawet czy nie mam paskudnych nawyków, które skutecznie odwiodą cię od pomysłu wybrania właśnie mnie! Może noszę białe skarpety do czarnych butów? Albo dłubię w nosie? Albo solę zupę bez próbowania jak smakuje? Wielu kobietom by to przeszkadzało! Niemniej, doceniam twój gest i cieszę się, że jesteś gotowa zaryzykować wybierając mnie i dając mi, jak to ujęłaś, to!
Wypuścił powietrze ze świstem, po tym długim wywodzie i przyjrzał się bliżej medalikowi. Był… ciężki do określenia? Zupełnie jak pankracowa sytuacja. Tak, to idealny symbol.
- Rozumiem, że to symbol naszego wspólnego oddania sprawie i sobie? Też powinienem coś Ci zaoferować! - stwierdził dobrodusznie i przetrzepał kieszenie. Dogłębnie. Wyciągnął z nich kawałek sznurka i obwiązał dookoła palca Sol. -To symbol. - dodał dumnie.
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 12 Lut 2016, 17:13

Sugestia Pankracego była jawnym odzwierciedleniem jego niewiedzy w dziedzinie niedalekiej przeszłości Soleil. Po tym co przeszła tak niedawno, nawet przez myśl nie mogłoby przejść jej to, co swoimi słowami sugerował Wedel. Całe szczęście, że tak często nie łapała sensu słów i sytuacji, bo najpewniej zrobiłoby się jej całkiem przykro, tak zwyczajnie, w środku. Tak, jak to się dzieje u młodych dziewcząt, które niedawno straciły kogoś, komu czasem powtarzały, że go kochają. Tymczasem jednak pozwoliła zdaniom płynąć dookoła siebie, nie przysłuchując im się zbyt dobrze i nie próbując pojąć. Miała wrażenie, że Pankracy należy do osób, które wypowiadają ich całkiem sporo i zbyt często same nie wiedzą właściwie, o czym jest mowa.
Z pewnym zdziwieniem przyjęła naprędce skonstruowany "pierścionek", ale nie zaprotestowała. W pewnym sensie rozumiała ideę wymiany, no i... wszystko czego w tej chwili chciała, choć zapytana nie umiałaby tego wyjaśnić, to aby chłopak w końcu założył na siebie tę dziwaczną bransoletkę. Pierścionek z akwamarynowym oczkiem błysnął, kiedy poruszyła palcami, przyzwyczajając się do chropowatej faktury sznurka.
- Dziękuję. - powiedziała, uśmiechając się lekko, kącikami ust - Nie wiem czyja jest ta bransoletka, ale czuję, że jej właściciel ją porzucił. To smutne, prawda? Żaden przedmiot nie powinien być niczyj. To prawie tak, jakby był niepotrzebny... Nikt nie chce być niepotrzebny. - te ostatnie słowa wyszeptała, bardziej do siebie niż do Pankracego, jakby za dużo wiedziała na ten temat, aby chcieć o nim rozmawiać.
- W każdym bądź razie... pomóc Ci go założyć?
Zobacz profil autora
Zygmunt Pankracy Wedel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pon 15 Lut 2016, 21:37

Pankracy niewiele rzeczy wiedział, ale przyznawał się do tego w sposób bardzo, ale to bardzo jawny, z otwartością godną czterolatka, który nie potrafi pojąć co to dzień i dlaczego dzień to dzień, ale też dzień to dzień i noc, razem. Logiczne, prawda?
-Właściciel ją porzucił, to ja ją przygarnę. Potrzebny jest taki ktoś, kto przygarnie. Teraz ja będę tym ktosiem i nic nie może mnie przed tym powstrzymać. - wygłosił, ze szczerym przekonaniem słyszalnym w głosie, przy akompaniamencie resztek ciastka. To było bardzo dobrze ciastko, co warto zauważyć, oraz docenić, rzecz jasna. Bo jeśli jest na świecie coś smutnego, to właśnie niedocenione czekoladowe ciastko.
Pankracy wzruszył ramionami, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Pomaganie, w takiej sytuacji, a nie wzruszanie ramionami.
- Nie ma za co. Bycie takim ktosiem to czysta przyjemność, wbrew pozorom. Może będzie trudno, ale wiesz, nikt nie mówił, że będzie łatwo. - zacytował dumnie. Nie wiedział kogo, ale był pewien, ze kogoś. Dwustuprocentowo. Albo może nawet trzystu.
- Czuję się jak gołąb. - oświadczył, wystawiając łapkę, by w niemym geście pokazać Soleil, że owszem, potrzebuje pomocy. - Taki wiesz, z obrączką. - wyjaśnił, zupełnie, jakby to było potrzebne. Zamilknął na moment, ale po chwili ciągnął dalej, z przejęciem - Ale dobry gołąb, bardzo szlachetny. Z wyjątkowo ładną obrączką. Taki gołąb pocztowy, który mógłby nosić na przykład listy miłosne, a nie taki śmierdzący, krakowski gołąb, przez którego na pomnikach są takie głupie druty. Tak, zdecydowanie. - podsumował, rzeczowo.


Zobacz profil autora
Mikhail Asen
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto 29 Mar 2016, 07:08

Cholera, znów go zgubił. Musiał zostać w sali Historii Magii, na której odsypiał imprezę w pokoju wspólnym ślizgonów, albo został w lochach.
- Accio krawat. - Spojrzenie w lewo, spojrzenie w prawo, nic. Napisze do ojca, a ten na pewno zgani go za to, że nie pilnuje swoich rzeczy. Napisze do matki, to ta oczywiście wyśle mu kilka galeonów, ale nie zapomni o tym wspomnieć ojcu, więc wyjec i tak go czeka. Mógłby oczywiście zamówić sobie krawat sam, ale skończyły mu się już fundusze. Połowę z nich wydał ostatniej soboty u Zonka, natomiast za drugą połowę zamówił sobie dodatkowe dwa krawaty właśnie. Problem w tym, że ostatni zapasowy jeszcze rano wisiał na jego szyi a teraz go nie było.
Wszystko przez to, że tak bardzo nienawidził ich zakładać. Osobiście uważał, że krawat to kompletnie zbędny element garderoby i nie tylko jeśli o facetów chodziło. Świat byłby piękniejszy, gdyby dziewczęce dekolty nie były szpecone przez ten wynalazek szatana. Asen lubił sobie popatrzeć, a krawaty mu to skutecznie uniemożliwiały.
Podrapał się różdżką po głowie jeszcze raz analizując dzisiejszy dzień i starając się przypomnieć sobie kiedy ostatni raz pamiętał o tym, żeby pilnować tego, co miało mu dyndać pod brodą. Nic mu to jednak nie dało. Ani drapanie, ani myślenie nie przyniosły skutku i Mikhail musiał nie pierwszy raz spisać to dziadostwo na straty. Trudno. Pożyczy te dwa galeony od Priora, nie będzie się prosił po raz dziesiąty rodziców. Prior mu na pewno pożyczy, co prawda wspominając przy tym o jakimś procencie ale walić to. Krawat musiał być. Jego brak oznaczał minus milion punktów dla Slytherinu a przecież nie po to pocił się na treningach i zarabiał te punkty w meczach, żeby teraz je tracić.
Musiał tylko Jonathana znaleźć, a szukanie go to zawsze wyzwanie godne aurora śledczego.
Jonathan mógł być wszędzie. Znaczy, wszędzie, oprócz sali lekcyjnej. Intuicja podpowiadała Asenowi, że jego przyjaciel najpewniej zerwał się z jakiejś lekcji i buszuje wśród szkolnych korytarzy.
Zbliżały się święta. Wigilia była już za kilka dni. Ogólne rozluźnienie dało się wyczuć nawet wśród nauczycieli, toteż ślizgon wiedział, że jeśli i on pójdzie teraz na małe wagary to ujdzie mu to na sucho. Zamiast więc do lochów na eliksiru kroki swoje skierował w stronę toalety męskiej pogwizdując przy tym cicho. Miał jednak nadzieję, że spotka Norwega dużo wcześniej, ponieważ głupio tak prosić kumpla o kasę stojąc przy pisuarze.
Zobacz profil autora
Jonathan Prior
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto 29 Mar 2016, 19:11

Zasunął rozporek i z zadowoloną miną wyszedł z łazienki. Nie robił nic szalonego, a wszyscy go o to podejrzewali jeśli zniknął niespodziewanie choćby na pięć minut. Nie zdziwił się, gdy skręcając zza rogu napotkał Mike'a. Często obaj przypadkowo znajdywali się w tym samym miejscu i w tym samym czasie, więc po takich dziesięciu razach przestało to robić na nim wrażenia. Dodając do tego, że obaj byli przed drzwiami do toalety męskiej, to wiadomo, że tutaj, a nigdzie indziej musieli się spotkać. Nie dał mu dojść do słowa.
- Jak myślisz, co robi się z osobą, która unika cię dosłownie jak ognia? - zapytał niby to teoretycznie, ale Mikhail mógł odpowiedzieć, choć cokolwiek wymyśli, będzie to błędna odpowiedź. Zarzucił na plecy plecak, który w środku nie mieścił absolutnie żadnej książki. Prior niósł tam futerał z bezcenną trąbką, dużo czerwonych karteczek, skradzione pióra Tanji Everett, zapisane stronice z naturalnie zaszyfrowanymi strategiami, strukturami mającymi służyć stworzeniu świetnego zaklęcia składającego się tylko i wyłącznie z ognia.
Zignorował potencjalne potrzeby Mike'a kierującego się do toalety. Oparł łokieć o jego ramię i z szatańskim wyszczerzem powiedział:
- Doprowadzić tę osobę do szewskiej pasji. Zgnębić tak, że sama przyjdzie obedrzeć cię ze skóry i unikanie jest z głowy. Dobry pomysł opracowałem, co nie? Szybki i skuteczny. - najpierw liczyły się sprawy Jonathana, a potem, jeśli Mikhail dobitnie przerwie gryfoński słowotok, sprawy przyjaciela. Tak Prior działał. Miał na głowie podbijanie świata i to miało pierwszeństwo, dopiero później zagubione, znowu, krawaty Asena.
- Słuchaj, jakiego przedrostka trzeba użyć do stworzenia zaklęcia defensywnego? Ukradłem pani Pince książkę, której nie chciała mi pożyczyć za, jak to powiedziała "wyraz twarzy". Napisali tam, że ważny jest przedrostek, cokolwiek to jest i język, z którego zostanie zaczerpnięty dalszy człon. Stawiam na chyba na łacinę, ale też nie wiem czy nie lepiej egzotyczny język celtów. Co myślisz? - Jonathan truł od tym odkąd dostał od Olivandera piątą, prawidłową różdżkę. Jego biedna broń musiała wiele przecierpieć od chorych pomysłów właściciela. Nic dziwnego, że drzewo jarzębiny dawno straciło kolor, bo było tak pokryte sadzą, że czyszczenie rączki nadawało się tylko dla zawodowego stoika. Asen był tym człowiekiem, który mimo, że niewiele się orientował w hobby Jonathana, musiał odpowiadać w miarę z sensem, przytakiwać albo odwodzić od gorszych pomysłów.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Korytarz   

 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 8 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
IV piętro
-