IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość
Yumi Mizuno
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:32

Sądziła, że rozchmurzy się trochę. Wyglądał poważnie i... smutno. Czyżby naprawdę tak męczyła go, gdy próbował ją rozszyfrować? Yumi była zdumiona, że nie ucieka od niego spojrzeniem, tylko dzielnie trwała i odwzajemniała się uważną obserwacją. Wyciągała z niego niepewne nutki i drgnięcie mięśnia zdradzające powagę wypowiadanych słów. Umiała dochować sekretu. Szczególnie jego, skoro pomagał jej od tylu lat i dalej przemawiał niewerbalnie, że może na niego liczyć. Wystarczy poprosić, jednak decyzja nie dojrzała jeszcze do ujrzenia światła dziennego. Z pewnym zaciekawieniem wysłuchała jego analizy i schematu oceniania ludzi. Użył mało znanych jej nazwisk i Anę (słysząc jej imię poczuła bolesny skurcz w sercu), pokazując siebie z drugiej strony. Nie wiedziała co ma myśleć o "swojej" kategorii. Nikt do niej nie pasował i dlatego też niewiele osób potrafiło ją zrozumieć. Uśmiechnęła się słabo, uprzejmie ignorując urwanie w połowie zdania.
- Mamy więc oboje swoje własne, pojedyncze kategorie. - nie dociekała rodzajów szufladek i przylepek na plecy. Poruszył ją szukając jej odpowiedników wśród masy uczniów. Wydany werdykt zaniepokoił Yumi. Była więc tak bardzo odmienna, że nie miała szans być do kogoś podobnym. Gdyby była optymistką, cieszyłaby się z takiego obrotu sprawy widząc w tym kreatywność osobowości; niestety nie należała do wesołków. Amycus był oryginałem sam w sobie, stojący ponad innymi ludźmi w swojej analizie. Mając tak tęgi umysł żałowała, że nie był w Ravenclawie. Niepokoił ją jeszcze jeden element wypowiedzi, mianowicie ton jego głosu. Opowiadał o tym wszystkim z beztroską, lekkością, jakby robił to każdy człowiek. Ciągle dostawała dowody jaki jest. Mogła wystraszyć się go, odwrócić na pięcie i powiedzieć, że nie chce mieć z nim do czynienia. Traktował ludzi jak przypadki, nie respektował ich zasad. Był zdolny do wszystkiego. Do zła, agresji, zadania bólu. Yu na próżno doszukiwała się w sobie lęku przed nim. Uczył ją zaufania, a nie strachu.
Z pozoru obojętne słowa wyrwały Yumi ze stoickiego spokoju. Poruszyła się w miejscu i przez chwilę przyglądała Carrowowi sprawdzając czy mówi poważnie. Nie potrafił? Do listy jego zalet i wad doszło brak empatii. Nie wierzyła w to i nie chciała dawać wiary słowom. Jej postawa nabrała sceptycyzmu. Nieumiejętność współodczuwania nie równała się z psychopatią. Odepchnęła się lekko od ściany i powoli wyminęła chłopaka, stając za nim plecami do niego. Objęła swoje ramiona i patrzyła przez okno nie widząc co się tam na świecie dzieje. Milczała. Lubiła milczeć, czuła się wówczas bezpiecznie bezpieczna. Tym razem wiedziała, że musi odpowiedzieć, skoro obnażył swój "problem".
- Nie chcesz czuć tego co ja czuję. Nie żałuj, Amycusie. - poprosiła cicho. Wbiła palce w swoje gołe przedramiona i oddychała bardzo powoli. Zadawał jej pytania niełatwe. Jak miała to wyjaśnić? Zamknęła oczy, aby ułatwić sobie odnalezienie słów mających jej pomóc. Gdy ktoś ją dotykał, co czuła? Widział przecież jak zareagowała - uderzyła go. Nie było to nic pozytywnego, pojawiał się sam lęk. Ponownie zapadło milczenie. Potrzebowała tego, aby zebrać się w sobie i zmusić do mówienia. Jej przychodziło to z wielką trudnością i nie była to kwestia zaufania.
- Czuję się źle, kiedy nie spodziewam się dotyku. - zaczęła powoli, ważąc każde słowo. Amycus mógł wyczuć z jakim drżeniem słowa wychodziły z gardła. - Zostałam nauczona czego innego. Nie pamiętam jak czerpie się z tego przyjemność. - umyślnie nie skomentowała potrzeby bliskości. Miała jej znaczny niedobór, była anorektyczką w przenośni do pragnienia bycia z drugim człowiekiem. Działało to odwrotnie, chciała nadrobić niedobór, ale nie mogła. Ilekroć próbowała, traciła wiarę i wycofywała się. Zauważyła z jaką dokładnością opisywał reakcje ciała. Mówił, że nie umie poczuć tego, co ona, a przecież opowiadał o tym, demaskując mowę ciała. Zapomniał dodać o spiętych mięśniach i szumu w uszach od powstrzymywanego gniewu i strachu. To też buzowało w człowieku, choć skrzętnie ukrywane. Otworzyła w końcu oczy i zmrużyła je, gdy słońce przebiło się przez niewidzialną dźwiękoszczelną osłonę, padając na jej bladą twarz. Wciąż stała odwrócona do chłopaka plecami, nie mając odwagi patrzeć mu w oczy, gdy waży się na mówienie.
- Wiele emocji. Próżno doszukiwać się w nich radości. - nie chciała nazywać ich po imieniu. Nie odważyła się, mogłaby poznać siebie z innej strony i zdemaskować. Kiedy to elementem ich spotkań stały się rozmowy? Było łatwiej, gdy kontakt słowny był zbędny. Mocniej zacisnęła palce na ramionach. Nie wiedział o co prosił. Yumi nie chciała, aby czuł to co ona. Nie była tak egoistyczna, aby próbować mu to pokazać. Jego nieświadomość była zaletą, a nie wadą. W tym przypadku, w innych nie wiedziała.
Zobacz profil autora
Amycus Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:33

Amycus przeczuwał, że lada moment Yumi zedrze resztki maski, jaką utrzymywał w jej towarzystwie i spojrzy na niego takim jakim jest. Wielokrotnie słyszał od ojca, że nie powinien się demaskować przed nikim, ponieważ ludzie boją się takich jak on. Poniekąd, młody Carrow pragnął sprawdzić czy te podejrzenia okażą się słuszne i Merberetówna będzie unikała go jeszcze bardziej niż dotychczas.
Przy opisie emocji starał się zachować wstrzemięźliwość, wymieniając tylko te najbardziej widoczne i charakterystyczne cechy: uśmiech był pojęciem względnym, użytym przez niego w pełni celowo.
Komentarz dotyczący osobnych kategorii pozostawił bez żadnej reakcji, ponieważ nie chciał informować Yumi o tym, że nie doszukiwał się zbyt długo podobnych jej osób. Owszem, przez jakiś czas przez wakacje szukał odpowiednich person, jednak coraz silniej przyciągało go do Krukonki, która wpisana była już w jego dzieciństwo.
Dobrze przygotował się na reakcję dziewczyny, jednak nie spodziewał się dziwnego ukucia w okolicach serca, kiedy wymijała go i nie obdarzając spojrzeniem – odsunęła. Amycus zsunął spojrzenie na plecak, przekonany iż dziewczyna nie zamierza kontynuować dalej rozmowy i z nieznanych mu przyczyn – odejść. Z uchylonymi ustami odwrócił się, aby poinformować ją oschłym tonem o pozostawionej plamie z atramentu. Nie zdążył nawet zamknąć dolnej szczęki, ponieważ czarnowłosa stała zwrócona do niego plecami i wpatrywała się w okno przez które przebijał się widok na Błonia. Zerknął za szybę, dostrzegając sylwetki wylegujących się na słońcu, ale nie był to widok wystarczająco wciągający. Przesunął wzrokiem po plecach Yumi, słuchając tego co miała mu do przekazania.
Szept jakiego użyła odbił się echem w jego głowie, a kucie za mostkiem zaczęło stawać się całkiem znośne. Zamknął usta i stanął bokiem, aby obserwować korytarz przed niepowołanymi gośćmi.
Wielokrotnie nie żałował swojej ułomności, jednak tym razem chciał udowodnić Yumi, że chciałby spojrzeć na różne sytuacji z perspektywy w pełni funkcjonalnej osoby. Zdawał sobie sprawę z jej trudnej sytuacji życiowej, ponieważ miała dopiero 15 lat i niewiele możliwości ucieczki z domu. Jedynym ratunkiem mogło okazać się narzeczeństwo, jednak wątpliwym była przeprowadzka do domu wybranka przed ukończeniem pełnoletniości.
Nie myśl o tym, nie polepszysz jej sytuacji.
Uciął gwałtownie swoje rozmyślania na temat życia przez dwa miesiące w towarzystwie kata, ponieważ jego zadanie nie należało na obronie dziewczyny. Owszem, kiedy bywał u nich na wakacjach, Krukonce obrywało się nieco mniej, jednak ten czas skończył się bezpowrotnie. Więc dlaczego wyciągnął lewą dłoń z kieszeni spodni i uniósł ją w taki sposób, jakby zamierzał dotknąć ramienia, ocierając je w geście pocieszenia?
Mogła usłyszeć szum ubrania oraz stawiane kroki przez Ślizgona, który zatrzymał się zaledwie kilka centymetrów od niej. Analizował brak wpojonych manier oraz potrzeb, a do jego świadomości dotarł fakt braków, jakie w sobie trzymała Yumi. – Przygotuj się na dotyk mojej dłoni na swoim przedramieniu. – Uprzedził ją zgodnie z tym, co przed chwilą powiedziała i nie czekając na jej zaprzeczenie czy krzyk – podszedł nieznacznie zbliżej, tak że przy odrobinie skupienia mogła poczuć jego oddech na swoich włosach. Lewa dłoń znalazła się nad jej przedramieniem, jednak nie naruszył granic, które sama sobie ustaliła. Czekał na znak, na sygnał gotowości, aby nauczyć ją tych doznań, które on sam był poniekąd w stanie odczuwać. Oczywiście u niego bardzo szybko przeradzało się to w pożądanie i hamowaną potrzebę kopulacji, jednak podejrzewał iż może być dobrym nauczycielem. Jeszcze nikt bowiem nie zarzucił mu niekompetencji czy brak profesjonalizmu w tym wszystkim, obojętnie co by robił. W tej chwili nie zastanawiał się nad tym, co może połączyć go z Anastasią w przyszłości ani tym, jakie uczucia może kierować w stosunku do niego. Uważał się jeszcze za wolnego chłopaka, ponieważ zaręczyny jeszcze się nie odbyły i mógł dotykać kogo chce.
Resztę słów puścił mimo uszu, skupiając się na tym co było według niego o wiele bardziej istotne.
Zobacz profil autora
Yumi Mizuno
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:33

Nie była pewna czy uciekłaby. Widziała wiele, ale nie wszystko. Nie był to wystarczający powód do ewakuacji, bowiem dał jej odczuć elementy swojej dobrej, skrzętnie ukrytej strony. Yumi bardzo wiele rozumiała i akceptowała. Była w stanie przetrawić wiadomość, że Amycus potrafi być okrutny, jeśli znała tego cel. Nie wiedziała jeszcze o tym, ale w tym tempie prędzej czy później sama domyśli się tego drobnego faktu.
Czuła na plecach mrowienie, oznaka, że ktoś przygląda się jej i słucha. Nie zmuszał jej do patrzenia prosto w oczy i dziękowała mu za to. Terapia szokowa nie byłaby dobrym wyjściem. Pozwalał jej na powolne mówienie i ubieranie w słowa reakcji na dotyk. Gniew pod adresem przyrodniego brata dwukrotnie wzrosła. Popsuł ją, zniszczył poprawne reagowanie. Pamiętała sytuację sprzed dwóch lat na zajęciach eliksirów. Siedziała z pewnym Puchonem w jednej ławce. Próbowali okiełznać latającego owada, uciekającego gorliwie przed zakończeniem żywota jako składnik wywaru. Puchon zamachnął się nad jej głową w kierunku robaka i wtedy Yu reagowała nieświadomie. Z jej rąk wypadły sproszkowane łuski smoka, znalazły się w kociołku, który po chwili wybuchł od nadmiaru złego składnika. Zgarbiła się wtedy i odskoczyła, marząc o schowaniu się pod ławką. Potrzebowała wiele czasu na kontrolę własnych odruchów. Nie mogła kulić się przy byle szybszym ruchu. Grała w quidditchu rok, aby wyrobić sobie prawidłowe reakcje i bardzo to pomogło w późniejszym życiu. Ruch, bieg, lot, rzut, świst obok uszu już jej nie przerażał. Wciąż drżała przy byle silniejszym błysku z różdżki, ale radziła sobie.
Yumi nie myślała nigdy o ucieczce z domu. Nie miała dokąd odejść, poza tym niepełnoletność ograniczała jej możliwości. Derek pilnował jej bardzo gorliwie, gdy przebywała w Londynie na wakacje i święta. Nie miała szans na wyrwanie się i zaręczyny były ratunkiem. Nie mogła cieszyć się z tego wiedząc ile to będzie ją kosztowało i z kim miała być wiązana. Odrzuciła agresywnie myśli, czując pieczenie powiek, gdy tylko o tym nieumyślnie wspomniała w głowie.
Spuściła głowę, dotykając podbródkiem obojczyka. Amycus milczał, nie odzywał się. Był tutaj jeszcze? Nie musiała sprawdzać, najpierw poczuła, a potem usłyszała zmianę powietrza wokół własnego ciała. Automatycznie znieruchomiała, nie panując nad tym. Trening czynił mistrza. Wyczuła się spokoju przy gwałtownych ruchów otoczenia, ale nie gwarantowało to powodzenia w danej chwili. Otworzyła szerzej oczy i uniosła głowę, słysząc zapowiedź tego, co się stanie. Prosiła o to i też to dostała. Nie zdążyła tego przeanalizować, sprawdzić wszystkie za i przeciw. Miała za mało czasu na reakcję i odwiedzenie Amycusa od tego absurdalnego pomysłu. Choćby stała tu godzinami, nie byłaby gotowa ot tak na swobodne dotykanie. Wyczuła gorąco bijące od jego dłoni. Krew w jej żyłach zaszumiała w imię stresu. Zmusiła się do wzięcia głębszego wdechu i zamknęła oczy. Uprzedzał ją, tak jak go o to poprosiła. Ledwie zauważalnie kiwnęła głową, nie ruszając się z miejsca ani o cal. To zwykły, prosty eksperyment, który zaraz zakończy się. Ćwiczenie, próba, na którą właśnie zgodziła się nie wiedząc czemu. Yu stała bardzo spięta. Wydawało się, że oczekiwała czegoś złego.

Zobacz profil autora
Amycus Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:34

Nawet drobny powiew powietrza mógłby wystarczyć, aby Yumi wzdrygnęła się z przestrachem – jeśli tylko coś takiego zdarzyło się przed jej twarzą. Amycus nie wiedział o większości tych dziwnych zdarzeń, w których dziewczyna uciekała przed czyimiś rękoma, nieświadomie skierowanymi w jej stronę. Obserwował ją uważnie podczas meczów quddicha, kiedy była jeszcze dzieckiem i widział twarzy Krukonki zaangażowanie, jak u innych członków drużyn.
Teraz jednak nie rozmyślał nad tak dziwnymi sprawami, ale czekał cierpliwie na odpowiedź ze strony dziewczyny. Przytrzymywał dłoń w powietrzu, pozwalając jej zapoznać się z tym nietypowym uczuciem i wyczekiwaniem. Spojrzeniem zarejestrował spięcie mięśni, które nie rozluźniły się ani na ułamek sekundy.
Skinięcie głowy.
Tym prostym gestem udowodniła, że mimo niechęci jaką do niego żywi, znajdują się gdzieś w jej ciele te bardziej pozytywne. Zaufanie było jedynym, czym można nazwać było ich relację w kwestiach uczuciowo-emocjonalnych. Wszystko zależało również od Yumi, ponieważ Amycus podświadomie dostosowywał się do jej osoby i zachowania, własnie teraz wykazując się nadmierną wręcz cierpliwością. Zazwyczaj uchodził za osobę drążącą spokojnie i wytrwale do celu, obojętnie jaki by on był. Czyż nie chwilę wcześniej Yumi powiedziała dokładnie to samo, ubierając w bardziej bezpośrednie słowa?
- Spokojnie. – Cisza przez jakiś czas przerywana była wstrzymywanym oddechem dziewczyny, który przyspieszył wraz z nadejściem tej długo wyczekiwanej chwili. Krótkie słowo wypłynęło z ust Ślizgona cicho, otoczone ciepłem i spokojem. Wtedy musnął opuszkiem palca odkrytą skórę dziewczyny, nad którą trzymała wciąż swoją dłoń i zaciskała ją mocno. Dostrzegł pobielałe knykcie i postanowił skupić się właśnie na tej części ręki, pod wpływem nagłej potrzeby sprawdzenia czy posiada delikatne i smukłe palce.
Palce Amycusa śmielej okryły paliczki Yumi, pozostawiając przedramię w świętym spokoju i chociaż otarł się o nie raz czy dwa razy nadgarstkiem, zdecydowanie bardziej skupiał się na dłoni. Opuszkami palców przesunął między jej paliczki, ponawiając tę czynność kilkukrotnie w oczekiwaniu na jakąś odpowiedź ze strony Krukonki. Jeżeli zaczęła zaciskać jeszcze mocniej mięśnie, podniósł nieznacznie wyżej głowę, aby nie atakować jej dodatkowym doznaniem i szepnął ponownie: - Spróbuj rozluźnić dłoń, Yumi. Chcę ją tylko pogładzić.
Nie robił niczego na silę, okazując się pannie Merberet z całkowicie innej strony. Dotychczas widziała agresję, z którą pokonywał jej granice, a teraz czekał na jej zgodę. Czy to na pewno był ten sam Amycus Carrow, którego poznała kilka lat temu?
Zobacz profil autora
Yumi Mizuno
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:35

Podobno cierpliwość należała do jej nielicznych zalet. Podobno, bo w obecnym przypadku nie najlepiej znosiła oczekiwanie. Zanim Amycus po otrzymaniu niemo odpowiedzi a wprowadzeniu swojego czynu w życie, Yu zdążyła dwukrotnie wyjść z siebie i stanąć obok. Ufała mu, bo go potrzebowała w wakacje. Wiedziała, że go wtedy spotka, tylko w okolicznościach nader niesprzyjających rozwijaniu się ich relacji. Nie przejmowała się teraz Derekiem, którego powoli wbrew sobie zaczęła traktować jako stały element życia.
Nadszedł moment, w którym nie mogła zmusić się do oddychania, więżąc powietrze w płucach. Skóra na ramieniu pełną parą przygotowywała się na nadejście obcego dotyku. Muśnięcie zostało zarejestrowane. Spowodowało pojawienie się gęsiej skórki na całym ciele i chłodnym dreszczu przebiegającym wzdłuż kręgosłupa. Stał za nią z obietnicą przestrzegania jej ciasnych granic. Wystarczyło pół cala, aby jej plecy dotknęły jego torsu. Nie zrobiła tego, ciało odmawiało posłuszeństwa. Tkwiło zamrożone w miejscu i czekało. Yu poruszyła ustami nakazując sobie zachowanie wszelakiego spokoju. Nie dzieje się nic złego ani nadzwyczajnego. Ana wiele razy cię przytulała, rzucała w ciebie poduszkami, inni wpadali na ciebie i nie reagowałaś paniką. Spróbowała sobie wyobrazić, że to nie Amycus stoi za nią tylko kto inny. Nie udało się, wszystkie próby pękły jak bańki mydlane, gdy poczuła delikatne palce na knykciach. Zatrzęsła się, jakby było jej zimno. Mówił o ramieniu, nie o dłoni. Zmienił sobie część ręki i udawał, że to nic takiego. Kolejny wymuszony wdech w celu dotlenienia mózgu. Dotarło do niej delikatne łaskotanie w zagłębieniach między palcami, powtarzające się, niegroźne i łagodne. Jednocześnie usłyszała prośbę Amycusa. Odwróciła głowę w stronę zakrywanej dłoni. Nie wyglądało to tak źle jak przypuszczała. Kolejne przyjemne otarcie rozluźniło palce, które oderwały się od zaróżowionej skóry ramienia. Yumi pilnowała je, aby nie zacisnęły się z powrotem, a było to wysoce prawdopodobne. Wyprostowała kości palców, przytulając je luźno na miejsce, w które przed chwilą wbijały się. Nie zauważyła jak powietrze z płuc powoli z niej uleciało, pozwalając troszkę rozluźnić zesztywniałe barki. Wbiła spojrzenie w dłoń zakrywającą jej palce. Było ciepło i niegroźnie tak, jak powinno być.
- Jest dobrze. - szepnęła ledwie słyszalnie, ale nie rozluźniła się do końca. Mając za sobą szerokie ramiona, ostoję bezpieczeństwa, skutecznie stała w miejscu przygwożdżona do ziemi. Całe ciało zastygło, koncentrowało się na pulsującej skórze lewej ręki. Przełknęła głośno ślinę. Kark palił ją, w ustach miała sucho. Nie zwilżyła warg ani też nie zaczęła krzyczeć. Nie działo się nic złego, ciągle powtarzała sobie to chcąc w to uwierzyć.
- Już? - zapytała. Nie mogła poruszyć się dopóki nie odsunie się. Mogłaby niechcący otrzeć się o niego, jeszcze bardziej zmniejszyć odległość między nimi, gdyby odwróciła się. Mózg Yu poinformował ją, że nie odejdzie dopóki ma Amycusa za sobą. Czekała na koniec eksperymentu. Stała całkiem spokojnie, gdy on zakrył ręką jej palce. Nie było źle, powinna zdać test. Co chwila powracała wzrokiem do tego zadziwiającego stanu gestu. Pominąwszy panikę i nagłe uderzenie gorąca, rokowało to dobrze. Chyba, że Amycus postanowi coś popsuć, wtedy wszystko odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni, a tego Yumi nie chciała.
Zobacz profil autora
Amycus Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:37

Zdawać by się mogło, że dla Amycusa nie ma istniało obecnie nic, prócz dziewczyna znajdująca się tuż przed nim. Przesuwał spojrzeniem po jej ramieniu, wyłapując prędko moment pojawienia się gęsiej skórki, który zbiegł się z początkiem jego dotyku. W głowie pojawiały się kolejne scenariusze, jakie mógł wprowadzić w życie i stopniowo odrzucał każdy z nich, pozostając przy wyrozumiałości oraz cierpliwości.
Przez krótki moment pozwolił sobie na zapomnienie, zastanawiając się nad kwestiami dotyczącymi tej nietypowej lekcji. Podejrzewał, że Yumi nie byłaby w stanie przekonać się do wcielenia się w rolę nauczycielki i otworzenia przed nim na tyle, ażeby mógł odczuć to co ona. Pogodził się już dawno ze swoim stanem, ponieważ zbyt długie rozmyślanie nad tym dawało mu zbyt wiele ślepych uliczek. Nigdy nie zamierzał nikogo prosić o to, aby wprowadziła go do swojego życia i wnętrza po to, żeby nauczyć go współodczuwania. O wiele wygodniej było trwanie we wszechogarniającej pustce, kiedy ktoś opluwał ci twarz bądź też próbował ukuć we wrażliwy punkt.
Oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że żadne z nich nie powinno dążyć do oswajania z dotykiem Yumi. Ktoś inny powinien znajdować się za jej plecami, ponieważ za kilka dni miało nastąpić oficjalne ogłoszenie zaręczyn, mających połączyć dwa silne rody. Amycus nie brał jednak pod uwagę tego, że chociażby w mały sposób zmieni nastawienie Krukonki do siebie, dlatego z podwójnie czystym sumieniem i bez wątpliwości, podjął się tego zadania.
Było to bowiem zbyt urocze i kuszące, aby pozwolił odejść dziewczynie kiedy planowo zamierzała to zrobić. Opuszki palców przesuwały się po jej delikatnej skórze, badając fakturę z niezwykłą wręcz dokładnością. I chociaż Merberet nie była w stanie dostrzec wyrazu twarzy towarzysza, jego oczy błądziły po złączeniu ich dłoni. Niezwykle uważny i badawczy wzrok nie był jedynym określeniem, ponieważ można odnieść wrażenie, jakby Ślizgon robił coś podobnego po raz pierwszy.
Wiedział, że podążając za swoimi myślami zniechęciłby do siebie Yumi szybciej, niż uprzednio. Powstrzymał więc drugą rękę, utrzymując ją spokojnie w kieszeni spodni kiedy się wzdrygnęła. Zacisnął tylko na kilka sekund palce w pięść, będąc przekonanym iż nikt tego nie dojrzy.
Dopiero kiedy zachęcił ją do rozluźnienia, odważyła się spojrzeć w stronę jego ramienia i chyba z niejakim zaskoczeniem spostrzegła, że Amycus nie czyni jej żadnej krzywdy. Zwykły dotyk stał się dla niej nowym doznaniem, dokładnie tak jakby zapomniała że coś takiego istnieje. Delikatnie musnął przestrzeń między rozszerzonymi palcami dziewczyny, przenosząc spojrzenie w stronę jej twarzy. Uczył jej wszystkiego na nowo, chociaż takie gesty równie dobrze mogłyby rozpocząć grę wstępną. Nie liczył jednak na nic, nie do końca też będąc przekonanym czy zechciałby kochać się z kimś pokroju Yumi. Zupełnie nie podbiegała pod jego gusta jeśli chodzi o aparycję, a swoimi odstającymi obojczykami, niewielkim biustem oraz zbyt chudymi nogami – odpychała go fizycznie.
- Tak, jest dobrze. – Powtórzył za nią, nie podnosząc głosu zbyt mocno. Te słowa pozostawały jednak silne i twarde, jak zawsze zresztą, choć okolone ciepłymi dźwiękami. Przesunął powoli ponownie palcami po dłoni dziewczyny, jednak nie dotarł nawet do nadgarstka, skupiając się na palcach i zewnętrznej powierzchni. Ewidentnie denerwowała się, mimo tego niewielkiego rozluźnienia widocznego gdzieś na wysokości barków.
- Jest przyjemne, prawda? – Zagadnął ją, ignorując werbalnie jej pośpieszne pytanie czy eksperyment się zakończył. Zamiast tego, po raz ostatni przesunął opuszkami po dłoni, po czym wycofał się. Zrobił kilka kroków w tył, gdzieś w połowie odwracając się i podchodząc do ściany, gdzie leżał plecak Yumi. On sam miał swój zarzucony przez jedno ramię, więc poprawił go nieśpiesznie, zarzucając również ten drugi. Wrócił do Krukonki, ale nie podszedł aż tak blisko jak podczas tego krótkiego momentu ich dotyku.
- Musisz się po prostu nauczyć, jak czerpać z tego przyjemność. – Podsumował spokojnie, chociaż jego głos wrócił do charakterystycznej dla niego obojętności.
Zobacz profil autora
Yumi Mizuno
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:37

Zaklęcie tworzyło wokół nich wizję prywatności. Nie było nikogo innego, nieistotne były szmery i odgłosy. Yu nie skupiała się na Amycusie, bo nie była w tym dobra tylko na tym, co on robi. Nie brała pod uwagę żadnych dalszych scenariuszy. W jej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka, nakazująca wycofanie się rakiem do swojej skorupy. Zbyt długo wyglądała poza mur, pozwalając na wgląd do głowy.
Czy umiałaby go nauczyć współodczuwać? Zadanie to było trudne do wytłumaczenia dla osoby zamkniętej w sobie. Yumi nie pozwalała nikomu czuć własnych przeżyć traktując je jako intymne i osobiste. To poważna przeszkoda. Na chwilę obecną odmawiałaby uparcie takiemu rozwiązaniu, twierdząc, że po prostu do tego nie nadaje się. Ich relacje miały w sobie wiele nieporozumień, aby mogli przeskoczyć stopień wyżej. Zgadzała się z Amycusem. Nie on powinien stać teraz za jej plecami i próbować jej pomóc. Nie chodziło tu tylko o Anastasię, wszak nie wiedział, że prawdopodobnie nie będzie mógł jej oświadczyć się. Wciąż był niewygodny i wzbudzał w niej wiele sprzeczności. Nie odczuła, że Carrow również doświadcza takiego stanu rzeczy po raz pierwszy. Gdyby jej o tym powiedział, miałaby wątpliwości w prawdziwości jego słów. Nie miał ze sobą problemów, był zdrowy i wiedział co chce robić w życiu. Dzieliły ich dwa lata różnicy, a w rachunkach Yumi były to lata świetlne.
Nieświadomie ponownie wstrzymała oddech czując w klatce piersiowej narastające napięcie. Podświadomie śledziła przesunięcie się jego dłoni o każdy centymetr, gotowa odskoczyć, jeśli tylko przekroczyłby granice umów. Zaczęła widzieć jak przez mgłę albo taflę wody. Stłumione dźwięki pochodzące z otoczenia zmieszane z oddechami, a raczej ich brak. Gęsia skórka nie znikająca ani nie słabnąca. Pulsowanie w skroniach, przyspieszone tętno, drganie serca i ból za mostkiem. Wszystkie fale zlały się w jedną całość, a Yu poczuła wzrastającą panikę. Amycus mógł wyczuć zmianę w jej zachowaniu i postawie. Nie stała spokojnie, zaczęła wiercić się i czuć bardzo niekomfortowo. Nie zmieniło się to, gdy cofnął się. Nie odpowiedziała na pytanie, czy to było przyjemne. Na początku tak, teraz już nie. Dziewczyna przymknęła oczy. Dusiło ją w gardle, szumiało w uszach. Nie czuła się dobrze.
- To się nigdy nie powtórzy. - powiedziała cicho i stanowczo, odwracając się z powrotem do ściany i sięgając po plecak. - To nie wypali, Carrow. Masz dobre intencje, ale to się nie uda. - skrzywiła się i w końcu spojrzała mu w oczy. Skóra na ramieniu i dłoni paliła, wargi mrowiły od zapomnianego już całusa, organizm protestował, kulił się i szukał ostoi. Wycofywała się, póki nie było za późno. Carrow nie był zwykłym znajomym, nie mógł jej pomóc nie robiąc jednocześnie szkód, choćby nieświadomych. Yumi tchórzyła, ale czego innego można spodziewać się po bagażu doświadczeń?
Zobacz profil autora
Amycus Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 11 Cze 2014, 21:46

Ślizgon cierpliwie obserwował zachodzące zmiany w postawie Yumi i zaczął zastanawiać się, dlaczego tak trudno przekonać ją do innego wyczucia sytuacji. Przez krótki moment rozmyślał możliwość usunięcia nieprzyjemnych wspomnień dotyczących Dereka, jednak to przysporzyłoby dziewczynie o wiele więcej problemów niż obecnie. Poprawił plecak na swoim ramieniu, odkładając ten należący do Yumi kilka centymetrów od niej, aby nie zaburzyć jej poczucia intymnej przestrzeni. Zrozumiał już dawno, że nie życzy go w niej nikogo, a już w szczególności Carrowa.
Dlaczego?
To wciąż pozostawało niezrozumiałe, mimo iż poznał przyczynę.
Wyciągnął z kieszeni spodni zwinięty list, którego fragment przeczytał krótko przed uwolnieniem ręki Krukonki. Przy próbie ucieczki pogubiła kilka rzeczy, jednak list był najistotniejszą z nich. Odłożył go na wierzch, aby dziewczyna mogła go ujrzeć tuż po tym, jak skończyła swoje wywody.
- Nie wypali, póki tak bardzo się boisz. Ten stan jest dla ciebie bezpieczny, bo nie musisz walczyć z nieznanym. Wbrew pozorom, naprawdę to rozumiem. Jeśli potrzebujesz pomocy, wiesz jak mnie znaleźć. - Po czym nie zerkajac na nią, wyprostował sie i odszedł w swoją stronę, ani razu się nie odwracając. Nie poczekał nawet, aby wysłuchać do końca tego, co miała mu do powiedzenia.

[zmiana tematu oboje, każdy w inną stronę]
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:15

Powrót w te mury był ożywczym oddechem. Wielu nie rozumiało, jak można tęsknić za szkołą i pukali się w czoło słysząc podobne wyznania, ale dla Bena Hogwart był czymś więcej. Przebywanie w murach zamku dawało mu spokój ducha, jakiego chyba nie potrafił zaznać już nigdzie indziej, choć z początku uważał go za więzienie gorsze od samego Azkabanu. Zmuszony do opuszczenia rodzinnego domu w młodym wieku, z jednym rodzicem martwym, drugim zagubionym między niejasnymi wydarzeniami i zbiegami okoliczności, ciężko znosił aklimatyzację do życia z wujostwem, którego nigdy nie miał okazji poznać. Archibald Watts zadbał o to z całą starannością, wszak posiadanie brata poślubionego mugolskiej kobiecie było dla niego najgorszą plamą na honorze, skazą jaką usiłował wyrzucić z pamięci i nigdy nie dopuścić do myśli syna. Zabawne, jak bardzo przewrotny okazał się los, który w świetle podwójnych tragedii właśnie w te znienawidzone ręce cisnął chłopcem, który dopiero kształtował swoje postrzeganie świata – nie było jeszcze za późno, by wyplenić z niego kiełkujący rasizm i pogardę brudnej krwi. I choć wywołało to długie boje, kłótnie oraz milczenie okraszone frustracją, z czasem udało im się stworzyć całkiem nieźle funkcjonującą rodzinę. A potem przyszedł Hogwart, elegancko spisanym listem zabierając grunt spod stóp młodego Wattsa, po raz kolejny burząc z trudem skonstruowaną podstawę normalności. Nie chciał jechać, nie chciał, mimo ogromnego pędu do wiedzy, jaki był w nim od zawsze – jak ktokolwiek mógł oczekiwać, że porzuci ten pokraczny zalążek rodziny? Prawo było nieubłagane i Ben długo odchorowywał pierwszy przyjazd do zamku, snując się z kąta w kąt, nie rozmawiając z nikim, a w nocy zagryzając poszwę poduszki, by stłumić dźwięki wywołane koszmarami. Matka, której prawdziwego losu nigdy nie poznał, nie chciała go opuścić, snując się za synem jak złowrogi cień. Jakkolwiek śmieszne by się to nie wydawało z perspektywy czasu, spojrzeć na Hogwart łaskawszym okiem, zacząć traktować go jak dom, a nie więzienie pozwoliła chłopcu lekcja transmutacji, kiedy w średnim skupieniu, bliski odpłynięcia myślami daleko zamienił ćwiczebnego szczura w całkiem zgrabny, srebrny puchar. Jako pierwszy w klasie.
Po tym wszystkim nie powinno nikogo dziwić, że był nieco osobliwym indywiduum.
Ben lubił korytarze w pobliżu biblioteki – wysokie okna nawet w najbrzydszy dzień wpuszczały do zamku tyle światła, by nie zwariować i nie popaść w przygnębienie, jakie zwykle sprowadzał półmrok i szarówka. Inna kwestia, że zwyczajnie uwielbiał to konkretne pomieszczenie pełne najróżniejszych tomów pachnących kurzem i desperacją kolejnych pokoleń uczniów – rzadko kto zaglądał do tych książek z przyjemnością, a zasługiwały na zdecydowanie więcej miłości. Nie kolejnych plam od niewytartych palców, zaginania rogów i bazgrania na marginesach, gdy pani Pince odwracała wzrok. Większość hogwardzkiej populacji nie poświęcała nawet jednej myśli na refleksję nad tym, jak bardzo ich życie zostałoby utrudnione, gdyby w przeciągu nocy zbiory biblioteki wyparowały w niebyt.
Szybkie kroki Krukona zapewne odbiłyby się od ścian wyraźnym echem, gdyby nie zamieszanie, jakie dało się słyszeć tuż za rogiem długiego korytarza. Kilka głosów, w tym jeden wyraźnie wybijający się nad pozostałe, mogły zwiastować wiele rzeczy – w najgorszym przypadku kłopoty. Świeżo mianowany prefekt z dumnie błyszczącą na mundurku odznaką oczywiście nie byłby sobą, gdyby chociaż nie spojrzał, co się działo. Mając w rękach tak skuteczny oręż jak odejmowanie punktów czy nakładanie szlabanów mógł zrobić o wiele więcej, niż tylko dyskretnie rzucić na kogoś zaklęcie galaretowatych nóg, czy dorobić nieświadomemu delikwentowi świński ogon. Wielokrotnie myślał nad rozszerzeniem repertuaru, ale ogonki wciąż stanowiły najskuteczniejszy element komiczny, którego sam zainteresowany mógł bardzo długo nie zauważyć. Cóż za wspaniałe i szlachetne wykorzystanie wiedzy z zakresu transmutacji, panie Watts. Medal w Izbie Pamięci już czeka.
Grupka uczniów niedaleko wejścia do biblioteki nie stanowiła niecodziennego widoku – przez większość czasu ktoś kręcił się przy masywnych drzwiach, wykorzystując ostatnie momenty, w których ostre spojrzenia pani Pince nie wymuszały szeptu. Teraz jednak... Mieszanka ledwo odrosłych od ziemi Ślizgonów i Krukonów, jeśli szybko osądzać po kolorach ich mundurków, otoczyła panią prefekt Gryffindoru, ze specyficznymi uśmieszkami na ustach, jakie potrafią przywołać na twarz tylko lekceważący swoje życie gówniarze, nie pozwalając jej wyjść poza ciasny krąg ciał. Aristos, z natury kobieta drobna choć charakterna (jeśli wierzyć opowieściom Cu i sytuacji, której świadkiem był w pociągu), mając przed sobą problem, wywoływała w przebywających najbliżej samcach odruch obronny. A może to tylko Ben cierpiał na uprzykrzający życie syndrom rycerza w lśniącej zbroi, który nie pozwalał mu przejść obojętnie, gdy kobietom działa się krzywda. Najczęściej wyimaginowana, Porunn była tego świetnym przykładem. Pewną częścią siebie aż do teraz żałował, że wtrącił się w jej kłótnię z Grossherzogiem i ściągnął sobie na głowę lawinę przykrości w pakiecie z dziwacznym zauroczeniem, nad którym nie potrafił zapanować.
- Co to za zbiegowisko? - spytał podniesionym tonem (wciąż się przyzwyczajał, nie nawykł do mówienia tak głośno), postępując te kilka kroków bliżej ku małym recydywistom. Serce się krajało, że Krukoni-małolaty nie potrafili się zachowywać normalnie, odejmowanie punktów własnemu domowi byłoby więcej niż przykre. Satysfakcję w tym wszystkim sprawiał mu drobny fakt zadarcia głów przez dzieciaki, by faktycznie mogły spojrzeć na tego, kto zakłócił im zabawę. Czasem wzrost godny miana małej żyrafy niezwykle się przydawał.
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:17

Powrót do Hogwartu zaskoczył ją swoją naturalnością – kiedy jeszcze tydzień przed nim sądziła, że nigdy więcej nie będzie miała ochoty ani na oglądanie zamkowych murów ani na przebywanie wśród bytujących w nim ludzi. Nie licząc podróży, obfitującej w irytujące incydenty z Rosierem i Cu, wszystko układało się wręcz podręcznikowo; lekcyjna rutyna, próby odnalezienia się w nowej sytuacji, drobne codzienne przyjemności i rozmowy z Francisem pomagały jej wychwycić nowy rytm, ustosunkować się do sytuacji. Nauczyć od nowa sposobu na życie pośród kłopotów, które przyczaiły się chwilowo gdzieś za rogiem, majacząc jedynie niewyraźnie, z daleka.
Każdego ranka wstając z łóżka w dormitorium czuła się lżejsza, swobodniejsza, a każda kolejna chwila, choć czasem zbyt samotna, by przeżyć ją bez zaciskania zębów, zaczynała być doceniana przez pannę Lacroix, która z niebywałym stoicyzmem, skończywszy przyjmować kopniaki od losu, powoli stawała znów na nogi. Uśmiechała się rzadko, ukradkiem, zwykle do samej siebie lub brata, jednak uśmiechała; ta zmiana, widoczna na kociej twarzyczce, migocząca w niebieskich oczach i czająca się w kącikach ust sprawiała, że brunetka stawała się coraz bardziej rozluźniona, a to wszystko czekało na nią w szkole, do której wcale nie chciała wracać.
Zapewne gdyby nie odznaka prefekta, którą pewnego popołudnia przyniosła szkolna sowa, Aristos uparcie obstawałaby przy opuszczeniu Hogwartu na dobre – Beauxbatons przyjęłoby ją z otwartymi ramionami, pozwalając na pozbycie się przynajmniej połowy kłopotów. Mimo wszystko jednak ostatnie wydarzenia i ich konsekwencje sprawiły, że zrezygnowała z ucieczki. To nie byłoby w jej naturze, nie pogodziłoby się z wojowniczą duszą Gryfonki, a choć ochota na rozpłynięcie się w powietrzu pojawiała się za każdym razem gdy wchodziła do pokoju wspólnego, witana falą szeptów i spojrzeń, szybko nauczyła się, że trzymanie głowy wysoko i władcze ignorowanie plotkujących przynosi najlepsze efekty.
Efekty przynosiło też przesiadywanie w bibliotece, tak niedocenianym przez uczniów miejscu – czy któryś z nich kiedykolwiek zastanowił się nad tym, jakie sekrety skrywają tak źle traktowane książki? Jakich czarów, tajemnic i sekretów można nauczyć się z niepozornego tomu, obitego zetlałą już skórą, o obiciach wyżartych przez czas, choć lśniących, pielęgnowanych czujną, troskliwą dłonią pani Pince?
Czy któreś z nich potrafiło naprawdę docenić zapach zakurzonego pergaminu, oleistego atramentu i czuć chęć do zgłębienia książki jedynie dla czystej przyjemności?
Ilekroć spoglądała na swoich rówieśników czy młodsze roczniki, naprawdę wątpiła, by poza nielicznymi jednostkami ktokolwiek miał głowę, chęć i naturę z urodzenia na tyle refleksyjną, by mogło tak być.
Ostatnie miesiące zostawiły w głowie dziewczyny złe skojarzenia z opasłymi tomiszczami, których kartki były tak delikatne, że rozsypywały się pod wpływem mocniejszego dotyku, jednak miłość do wiedzy i chęć poszerzania umiejętności była silniejsza. Nie potrafiła utrzymać się z daleka od biblioteki dłużej niż kilka dni, chociaż z perspektywy czasu mogłaby zechcieć przewartościować ową potrzebę: gdyby tylko wiedziała co czeka ją po przekroczeniu progu tego sanktuarium ciszy i nauki, w którym niepodzielnie rządziła dość apodyktyczna i nieznosząca ludzi bibliotekarka, zapewne zastanowiłaby się dwa razy przed wejściem.
Niestety, nielicznym dane jest znać przyszłość, a Aristos nie należała do tego natchnionego grona – otwarte drzwi przywitały ją gromadką drugorocznych, chaosem i panią Pince będącą w stanie co najmniej prowadzącym do ciężkiej histerii, a już na pewno do wyjątkowo uciążliwej migreny. Kobieta wymachiwała miotełką do kurzu i różdżką, opędzając się od rolek pergaminu, które z zaciętą, złośliwą premedytacją próbowały zrzucić jej z nosa okulary i wylać kałamarz pełen atramentu na czubek głowy.
Wystarczyły dwa krótkie ruchy różdżką, by atakowana bibliotekarka mogła zaznać wreszcie świętego spokoju, a chwilę później bławatkowe oczy skupiły się na chichoczących szaleńczo winowajcach.
Zdawałoby się jednak, że w tym wypadku autorytet prefekta nie zadziałał zbyt efektownie, bo większość z wyrostków niemal dorównywała jej wzrostem i była wyjątkowo bezczelna w swym dążeniu do wyprowadzenia dziewczyny z równowagi.
Po raz kolejny tego dnia zaciskała już palce na różdżce, z trudem hamując ochotę by grzmotnąć rozwydrzone towarzystwo klątwą, gdy do jej uszu dobiegł tubalny, dość przyjemny w brzmieniu męski głos; otoczona rezolutną dziatwą Gryfonka uniosła głowę, napotykając wysoką sylwetkę, jasne
włosy i niebieskie oczy. Wszystko to należało do Watts’a, który zjawił się Merlin sam sie skąd, jednak w wystarczająco dobrym momencie, by Aristos ucieszyła się na jego widok.
- Problemy pedagogiczne. Byłbyś tak miły i uświadomił tym małym potw... Drogim drugorocznym, co grozi za napastowanie bibliotekarki i prefekta? – ciemne brwi uniosły się lekko w dość wyraźnie wyrażającym desperację geście.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:19

Okazjonalne afery i przepychanki stanowiły integralną część hogwardzkiego folkloru, dodawały kolorów szkolnej rzeczywistości, którą większość zwykła określać mianem szalenie nudnej, gdy nie działo się nic niespodziewanego. Zabawne, że te same osoby nie uwielbiały Irytka – mali hipokryci nie byli już tacy łasi na chwilowe podniety, gdy poltergeist rzucał w nich balonami pełnymi farby czy żabiego skrzeku. Ben lubił spokój, zawsze tak było. Ubóstwiał go, chorobliwie wręcz pielęgnował, ale nie pozwolił tej miłości zapanować nad całym swoim życiem. Nie chciał zostać wiecznie milczącym pustelnikiem patrzącym na ludzi ze swojej wysokiej wieży, bo w gruncie rzeczy lubił towarzystwo. Nie każde, ale jednak. Szkoda tylko, że tak wiele potencjalnie interesujących osób rezygnowało z prób poznania Krukona, gdy od razu się przed nimi nie otwierał. Skąd to dziwne przekonanie o potrzebie odsłaniania całego siebie przy pierwszym czy drugim spotkaniu? Bywali ludzie wywołujący natychmiastowe zaufanie, błyszczący jak gwiazdy na nieosiągalnym niebie, ale stanowili wyjątki tak rzadkie i zaskakujące, że większą szansę powodzenia miało włożenie ręki w stóg siana i wyciągnięcie szpilki przy pierwszym podejściu.
Spojrzenie niebieskich oczu powoli przesunęło się po twarzach młodych winowajców, rozpoznając Krukonów, a Ślizgonów zachowując w pamięci. Jeśli już tak wcześnie sprawiali kłopoty, to należało mieć na nich szczególny wzgląd. Ben zmarszczył brwi, uderzony nieprzyjemną myślą, że oto wraz z Aristos stali przed nimi jak relikty przeszłości, pozorne autorytety o innych schematach myślenia, do których nie czuli choć cienia szacunku. A różnica wieku wynosiła marne cztery, pięć lat. A skoro już mowa o gryfońskiej pani prefekt... Mając w pamięci sytuację w pociągu, gdy wyrzuciła Cu z przedziału, wyraźnie robiąc to z jakąś złośliwą satysfakcją, teraz wydawała się ucieleśnieniem spokoju i opanowania, choć jej smukłe palce obejmowały różdżkę z wyraźnym napięciem. Musiała mocno się powstrzymywać, by nie miotnąć młodych recydywistów jakąś paskudną klątwą – prefektowi niestety nie przystoiło. Mieli za to w zanadrzu inne opcje, niedostępne zwykłym uczniom. Prośbę zgrabnie zawoalowaną jako pytanie skwitował krótkim skinieniem głowy, posyłając pannie Lacroix spojrzenie mówiące ni mniej, ni więcej a „zajmę się tym, możesz odetchnąć”. Choć nie wiedział o dziewczynie zbyt wiele, miał cichą nadzieję, że o cokolwiek pokłóciła się z Cu, zostało to już rozwiązane ku spokojności obu stron. Zawieszenie w przestrzeni i cichy impas zawsze były najgorsze.
Szkot wykrzywił usta w nieznacznym uśmiechu, który chyba nie miał być tak niepokojący, jak wyglądał.
- Po pierwsze, każdy z was właśnie zarobił minus pięć punktów dla swojego domu za niegodne zachowanie wobec pracownika szkoły i prefekta. Tak, wy też Krukoni. I cieszcie się, że tylko tyle – do uczniów swojego domu zwrócił się z ostrzejszą nutą, zniesmaczony wizytówką, jaką wystawiał mu świeży narybek. Watts uwielbiał ideały krzewione w Ravenclawie i broniłby ich z rzadko okazywaną zaciętością, gdyby zaszła taka potrzeba. Pięć punktów nie stanowiło ogromnej ilości, ale gdyby szybko przeliczyć to przez ilość uczniów otaczających Aristos... Nic dziwnego, że sami zainteresowani posyłali teraz Benowi spojrzenia spod byka życzące mu prawdopodobnie nagłej i bolesnej śmierci. Trudno, jeśli z tym wiązało się dobre wykonywanie obowiązków, to chłopak musiał z tym jakoś żyć. Gdyby przejmował się tym, co myślała o nim każda napotkana osoba, już dawno by osiwiał.
- Wracajcie do swoich pokoi wspólnych i dla własnego dobra nawet nie próbujcie tego powtarzać – zarządził, ruchem głowy wskazując niebiesko-zielonej gromadce kierunek szybkiego i skutecznego schodzenia im z oczu. Nie było to może zbyt inspirujące ani szalenie pedagogiczne, ale odniosło pożądany skutek. A przynajmniej tak się zdawało panu Wattsowi, bo dzieciaki choć z pewnym szemraniem między sobą, przerwały krąg utworzony dookoła Aristos, skierowując kroki ku korytarzowi oddalającemu grupę od biblioteki. Właśnie odwrócenie uwagi od dzieciarni i przeniesienie ją na dziewczynę z zamiarem wypytania, co się dokładnie stało i czy jednak powinni podszepnąć Filchowi, że kilka osób zasłużyło na szlaban, wystarczyło, by posłać całą sytuację i wewnętrzne zen do diabła.
Niewiele osób zauważało istnienie niedużego schowka na miotły tuż obok masywnych drzwi biblioteki – zapewne właśnie tam pani Pince chowała przyrządy takie jak miotełki do kurzu najróżniejszych rozmiarów, samoczyszczące miotły i szmaty sunące czasem przy stopach uczniów z cichym furkotem wyłażących nitek oraz dziur. Ben i Aristos nieoczekiwanie wygrali bilet na loterii losu pozwalający na ekskluzywną wycieczkę w te klaustrofobiczne przestrzenie, gdy żądna zemsty banda drugorocznych bez ostrzeżenia wepchnęła ich do schowka, zatrzaskując drzwi. Szkot gwałtownie zakaszlał, kiedy w powietrze podniosła się chmura gryzącego kurzu i w próbie osłonięcia ust niezbyt delikatnie uderzył łokciem w ścianę.
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:21

Nie potrafiła powstrzymać złośliwego uśmieszku, powoli wpełzającego na usta gdy miny drugorocznych zwiędły jak kwiaty w zbyt gorący dzień – stanowcza nuta w głosie Watts’a, jakiś niepokojący grymas czający się w kącikach jego warg i twarde spojrzenie zadziałały całkiem, zdawałoby się, nieźle. Obserwowała go ze stoickim spokojem, kiedy wymierzał karne punkty, pouczał potwory w szatach i rozsyłał je do pokojów wspólnych z tą samą, opanowaną maską na twarzy, a gdyby ktoś spytał zapewne skłamałby mówiąc, że nie zrobiło to na niej dobrego wrażenia.
Wsunęła różdżkę do rękawa szaty i oparła dłoń na biodrze, uśmiechając się do blondyna spokojnie gdy tylko otaczający ją ciasno pierścień rozluźnił się i szemrając między sobą ruszył w kierunku schodów.
Nim jednak zdążyła w żartobliwie kąśliwy sposób podziękować swojemu wybawcy za interwencję, stało się coś, czego żadne z nich nie przewidziało – zepsute nasienie postanowiło zemścić się na stróżach porządku w sposób co prawda pozbawiony klasy, lecz zdecydowanie niemiły, a chociaż Aristos szybciej zorientowała się co jest grane, nie zdołała na czas sięgnąć do rękawa.
Ciemność, huk, fala kurzu wzbijającego się w powietrze i zdecydowany brak miejsca na to, by chociaż głębiej odetchnąć – to właśnie przywitało oboje prefektów w schowku na miotły, akompaniując odgłosom wydawanym przez spadające z półek ścierki, miotełki do kurzu, kałamarze i rolki pergaminu. Każda jedna z tych rzeczy sypnęła się obfitym deszczem na kaszlących kurzem nieszczęśników, Aristos odruchowo więc zasłoniła głowę ramionami, słysząc jeszcze soczyste przekleństwo jakie wyrwało się Benowi. Przez moment kompletnie zdezorientowana i skołowana zaciskała powieki, czując tuż przy sobie drugą osobę i zaskakującą miękkość koszuli Bena, muskającej jej policzek gdy tylko się poruszył. W tym całym zamieszaniu nie zorientowała się nawet, że jej różdżka wyślizgnęła się z rękawa i wybrała na spacer pomiędzy kłębkami kurzu wielkości małych kotów, pogniecionymi szmatami do podłogi i Merlin jeden wie czym jeszcze.
Wreszcie Armagedon dobiegł końca, a tkwiącą we wspólnej krzywdzie parę otoczyła pełna napięcia cisza, przerywana jedynie szybszymi oddechami, które wywołał skok adrenaliny.
Gryfonka wyprostowała się powoli, niepewnie mrużąc oczy i próbując przyzwyczaić je do tych zakazanych ciemności, jednocześnie na oślep szukając dłonią klamki – jedynie po to, by przekonać się, że wcale, a wcale jej z tej strony drzwi nie ma.
Jęknęła, opierając się plecami o półki, a kiedy wsunęła dłoń do rękawa i odkryła brak różdżki, jęknęła ponownie – tym razem z rosnącą irytacją. I gdyby Watts mógł teraz dostrzec jej oczy, zobaczyłby pomiędzy bławatkowym błękitem ostre fioletowe błyski, wyzwolone przez wrzącą w Lacroix wściekłość.
- Zabiję ich – syknęła przez zaciśnięte zęby, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, choć w przestrzeni, którą mieli do dyspozycji, było to niemal niemożliwe – znajdę i zabiję, jednego po drugim. Albo ugotuję w Smoczym kotle. Na bardzo, bardzo małym ogniu – dodała po chwili, a mściwy ton w jej głosie zapewne mógłby sprawić, że niejeden odważny w tej chwili uciekłby gdzie pieprz rośnie.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:22

Być może powinni się tego spodziewać, ale koniec końców, szturm małolatów przypuszczony na dwójkę prefektów zakończył się sukcesem. Kto by pomyślał. Sześcio i siedmioklasiści załatwieni przez bandę dwunastolatków. Wstydem byłoby się do tego przyznać... A przecież wykonywali tylko swoje obowiązki! Przez krótką, króciuteńką chwilę Ben poczuł okruch sympatii i zrozumienia dla Argusa Filcha wiecznie narzekającego na nieporządność uczniów i ich brak szacunku. A potem moment minął i chłopak gwałtownie wrócił na ziemię. Prosto w klaustrofobiczne objęcia składziku, w którym niepodzielnie rządziły ciemność i kurz zalegający w zakamarkach dawno nieużywanych sprzętów. Krukon musiał pochylać głowę, bo pomieszczenie niestety nie zostało dostosowane do osób jego postury i w komplecie ze stłuczonym łokciem nabawił się jeszcze guza, kiedy odkrył ten drobny fakt. Nawet nie próbował gryźć się w język, gdy przekleństwo gwałtownie cisnęło mu się na usta i zwyczajnie zaklął gdzieś nad głową Aristos do wtóru ostatnich sprzętów czyszczących lecących z półek.
Co tu dużo mówić, sytuacja była zwyczajnie niekomfortowa – ograniczone przestrzeń, całkowita ciemność, tumany kurzu i dwa ciała wypełniające się adrenaliną nie stanowiły najszczęśliwszej kombinacji.
Serce Krukona biło tak mocno, jakby właśnie przebiegł maraton, obijało się we wnętrzu klatki piersiowej, grożąc jej rychłym pogruchotaniem. Gdyby wiedziała, na co zwracać uwagę, gdy stała niemal przytulona do Bena, panna Lacroix być może usłyszałaby ten dźwięk. Ruch, który wykonała, obracając się w stronę drzwi, posłał w powietrze przyjemną, owocowo-kwiatową woń walczącą o dominację z wszechobecnym zapachem kurzu i musnął ciemnymi lokami pochylone ramię chłopaka. Domyślał się, że szukała dłonią klamki, jeśli poprawnie zinterpretował dźwięk palców sunących powoli po drewnie. Lekko zagryzł wargę z paskudnym przeczuciem, iż na tym ich kłopoty zwyczajnie nie mogły się skończyć – jeśli nie drzwi postanowiły spłatać im figla, to grupka uczniów, którym Ben poodejmował ledwie chwilę wcześniej punkty, zostawiła coś na zewnątrz. Był tego po prostu pewien. Ale po kolei.
Dźwięki dochodzące z ust Aristos świadczyły, że było źle. Podwójnie źle.
- Powiedz, że wzięłaś różdżkę – powiedział, poprawiając nieco pozycję, by czuć się trochę mniej jak podpórka sufitu składzika - Ja swoją zostawiłem w dormitorium.
W głosie Krukona zabrzmiała kwaśna nuta i niemal namacalny żal wywołany własną głupią decyzją. Niemoc, jaką nagle poczuł, gdy nie mógł rozjaśnić ciemności, czy roznieść drzwi jedną bombardą była niezwykle frustrująca. Odetchnął powoli, czując mrowienie na karku i delikatny dreszcz o bliżej niesprecyzowanym znaczeniu spływający wzdłuż kręgosłupa, kiedy z ust Gryfonki polał się jad starannie uformowany w słowa.
- Będziesz musiała się ze mną ścigać, bo właśnie poczułem ochotę nakarmić wielką kałamarnicę. Albo sprawdzić, czy drugi rocznik umie sobie w swobodnym spadzie dorobić skrzydła. Jeszcze nie wiem, co efektowniejsze – powiedział po chwili milczenia, zaciskając powieki. Nie robiło to wielkiej różnicy w ich sytuacji, a czuł się nieco lepiej, nie próbując na siłę dostrzec konturów.
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:24

Otwierała już usta, by cisnąć kolejną wiązankę przekleństw pod adresem wykolejonych społecznie podrostków, lecz Watts uprzedził ją, pytając o różdżkę i zapewne gdyby było jaśniej, mógłby zobaczyć jak policzki panny Lacroix obleka głęboki rumieniec.
- Chcesz do tego wszystkiego dodać padniętą kałamarnicę? Hagrid wybebeszyłby cię w mgnieniu oka za otrucie swojego pupilka. Swobodny spad bardziej do mnie przemawia. Ty będziesz rzucać, a ja patrzeć jak rozpłaszczają się na flankach – mruknęła z nutą rozbawienia igrającą gdzieś na dnie wszechmocnej irytacji, a potem burknęła już dużo ciszej – a różdżkę... upuściłam. I nie patrz tak na mnie, czuję twój zawiedziony wzrok na twarzy!
Poziom jej zawstydzenia, złości na siebie i na niesprawiedliwości losu sięgał w tej chwili zenitu, a gdyby mogła, zapewne zapadłaby się pod ziemię. Oczy powoli przyzwyczajające się do mroku wychwytywały już kontury, rozpoznawały bliżej nieokreślone kształty na półkach za Krukonem, a wreszcie dostrzegły nawet fakt, że Ben musiał solidnie się pochylić by nie napierać głową na sufit. Ostrożnie uniosła dłoń, sprawdzając jakiej wysokości jest ich więzienie, a potem ni z tego ni z owego zachichotała jak podrostek, unosząc dłoń do ust, starannie wypracowanym przez matkę kulturalnym odruchem.
- Wpadliśmy jak śliwka w kompot. Albo raczej ty wpadłeś – jak hipogryf w potrzask. Nie masz, mam nadzieję, klaustrofobii? – spytała, gdy wdzięczny, dziewczęcy śmiech ucichł na chwilę. Poruszyła się w ciemnościach, próbując odsunąć się nieco od chłopaka; subtelny zapach wody kolońskiej, delikatnej i doskonale dobranej połaskotał ją w nos gdy nadziała się plecami na coś ostrego i w naturalnym odruchu odskoczyła od półek, niemal wpadając towarzyszowi w ramiona. Znowu zachichotała, a potem jęknęła zrezygnowana, znów dotykając dłonią drzwi.
- Przysięgam, że jak tylko stąd wyjdę, dopadnę ich i powstania goblinów przy tym, co ich czeka, to popołudniowa herbatka – parsknęła, a w jej głosie rozbrzmiewała groźba, choć niezbyt przekonująca, bo dziewczyna nie mogła powstrzymać śmiechu. Przesunęła się lekko w bok, chwytając Bena za ramiona i próbując obrócić ich w drugim kierunku, zaowocowało to jednak tym, że potylica Krukona – sądząc po głuchym odgłosie i jęku – pocałowała się z framugą drzwi.
- Merlinie, przepraszam! – wykrztusiła, gdy kolejna fala chichotu minęła. Ta sytuacja z niezwykle denerwującej zaczynała się robić coraz bardziej kuriozalna i nawet jeśli kilka godzin temu nie uwierzyłaby, że utkwienie w schowku-pułapce wprawi ją w tak dobry nastrój, teraz nie miała już nawet siły się złościć, nawet jeśli ich sytuacja wyglądała na dość żałośnie patową.
Przez chwilę lub dwie nie odzywała się w ogóle, by wreszcie z cichym westchnieniem pokręcić głową i podwinąć rękawy białej, delikatnej jak mgła koszuli.
- Chyba będę musiała poszukać tej różdżki, o ile nie potrafisz jej przywołać siłą woli – stwierdziła z pewnym przekąsem, a potem jak gdyby nigdy nic, kręcąc się pomiędzy wystającymi z półek przedmiotami, powoli opadła na kolana. Przez moment nawet nie zastanawiając się nad tym jak musiało to wyglądać z boku, klęknęła przed Krukonem i smukłymi palcami zaczęła powoli, po omacku przesuwać znajdujące się na jej drodze przedmioty, czując na opuszkach lepką wilgoć atramentu. Różdżki jak na złość nigdzie nie było, a żeby tego było mało, nagły ruch pod półkami – najprawdopodobniej myszy – wywołał nieoczekiwaną reakcję łańcuchową, która w obecnym położeniu nie była dla nikogo komfortowa. Aristos krzyknęła, poruszyła się gwałtownie, próbując wstać i w efekcie niecałe pół sekundy i zdziwioną minę później oboje znaleźli się na podłodze pomiędzy poplamionymi pergaminami, kurzem, miotełkami, resztkami ścierek i diabli wiedzą czego jeszcze. On na ziemi, ona na nim, kompletnie osłupiała i zdezorientowana jak jeszcze nigdy w życiu. Poruszona nogami Krukona półka zachwiała się niebezpiecznie i jedynie wąska przestrzeń uratowała Aristos przed niechybnym przygnieceniem, lecz przed kolejną falą miotełek do czyszczenia i rzeczy zbędnych już nie.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 05 Gru 2014, 16:26

Gdyby ktoś kilka godzin wcześniej powiedział Benowi, w jakiej znajdzie się sytuacji, przyprawiłby chłopaka o napad bólu brzucha wywołany rzadkim napadem śmiechu. Przypadkowy szczęśliwiec mógłby posiadać wszystkie umiejętności wykwalifikowanego wróżbity, ba! Mógł posiadać dar jasnowidzenia, a nie istniał taki alternatywny wszechświat, w którym Krukon uwierzyłby w coś podobnego. Uwięzienia w schowkach z przypadkowymi osobami zdarzały się tylko w książkach. Ciotka Arturia nazywała je harlekinami, o ile dobrze pamiętał i choć Ben uwielbiał tomiszcza wszelkiego rodzaju, eteryczne okładki pełne wiotkich, półnagich kobiet z rozwianym włosem oraz pochylonymi nad nimi męskimi mężczyznami przez duże M sprawiały, że nie miał zamiaru zbliżać się do nich przez następne stulecie bez dwumetrowego kija. Popełnił ten błąd tylko raz.
Choć nigdy nie podniósłby ręki, by zadać niezasługującej na to osobie permanentne obrażenia, Krukon uśmiechnął się do swoich myśli, gdy Aristos w krótkich słowach roztoczyła przed nim wizję zrzucania drugorocznych z okien zamku. Plan zakładał, że to właśnie on się przy tym najbardziej napracuje, a Gryfonka obserwować będzie przedstawienie, ale w takich okolicznościach nie miałby nic przeciwko. Cel słuszny, towarzystwo urocze...
- Fakt, podpadanie Hagridowi to zły pomysł – przytaknął swobodnie, pocierając skroń, którą musnął fruwający w powietrzu kłębek kurzu. Wyznanie na temat upuszczenia różdżki natomiast... Ben nie musiał widzieć, ani mieć przed sobą lustra, by wiedzieć, że jego napięta twarz i wygięte w dół wargi wyrażały głęboki zawód oraz rozczarowanie. Dziewczyna musiała podświadomie wyczuć reakcję, bo Krukon tylko cicho westchnął po komentarzu, jaki padł z jej ust. Czy w ciemności można było faktycznie czuć czyjś wzrok? Skoro Aristos zgubiła różdżkę, a ta Bena znajdowała się w dormitorium Ravenclawu, znajdowali się w sytuacji niezwykle patowej. Beznadziejnej, krótko mówiąc. Chichot rozbrzmiewający w tak ograniczonej przestrzeni niósł w sobie nutę srebrnych dzwoneczków tańczących na wietrze.
- Nic o tym nie wiem – rzucił na pytanie o klaustrofobię, pochylając głowę jeszcze mocniej. Złość skierowana w stronę drugorocznych, przez których znaleźli się w tym bałaganie, zeszła gdzieś na dalszy plan, choć jej ogniki wciąż delikatnie pełgały pod skórą Wattsa. Szkoda tylko, że przy okazji nie rozświetliły schowka. - Ale jak tak dalej pójdzie, dostanę traumy. Nie można pakować takich wielkich osób w takie małe pudełka, to nieludzkie! – dodał, pozwalając histerycznemu rozbawieniu Aristos wziąć górę. Chociaż na momencik, by rozluźnić sytuację. Chciał dodać, że żąda przynajmniej otworków na powietrze, a bez wybiegu póki co się obędzie, ale w powoli rozpływającej się ciemności poruszyła się sylwetka pani prefekt. Jeszcze moment, a zderzyłaby się z klatką piersiową Krukona, co z tak ograniczonymi opcjami nie było właściwie takie dziwne... W którym momencie ten absurd zyskał znamiona normalności?
Chwyt Aristos był zaskoczeniem, które objawiło się delikatnym wzdrygnięciem ukrytym w płynnych ruchach ciała. Gdyby przyjrzeć się prefektom z boku i przekrzywić nieco głowę, wyglądałoby to na niezwykle osobliwą wersję łamanego walca. Choć znacznie wyższy i cięższy od panny Lacroix, Ben dał sobą zadziwiająco łatwo prowadzić, nie pytając do czego miałoby to prowadzić. Protest pojawił się dopiero wtedy, kiedy z gracją pijanego skrzata domowego przyłożył głową w drzwi, wydając z siebie dźwięk skrzywdzonego szczeniaka. Albo żyrafki, nie można było mieć pewności.
- Co wy wszystkie takie chętne rozbijać mi łeb! - jęknął z urazą, jeszcze przez dłuższy moment widząc przed oczami błyskające, fantastyczne kształty. Krukon namacał odległość od ściany, po czym ciężko oparł się o nią ramieniem, powoli rozmasowując te miejsce na głowie, które miało wątpliwą przyjemność zaliczyć z drzwiami spotkanie trzeciego stopnia. I to nawet nie w tym romantycznym sensie. Para niebieskich oczu powędrowała spojrzeniem w górę, a ich właściciel prawie powstrzymał się od komentarza. Prawie.
- Jakbyś potrzebowała tam pomocy, to mów, chętnie sobie padnę na kolana. Mam dość zamiatania sufitu.
Choć wyraził taką chęć, koniec końców padanie na cokolwiek i gdziekolwiek nie zależało tylko i wyłącznie od samego Wattsa – Aristos z niezwykłą gracją i urokiem osobistym odebrała tę decyzję z jego dłoni. Huk oraz wrzask jaki rozbrzmiał we wnętrzu schowka mógł obudzić umarłego, a co najmniej zaalarmować osoby stojące na korytarzu, choć zza drzwi nie dochodziły żadne dźwięki. W gąszczu zaaferowanych dłoni, fruwających szmat i trzasku starych półek sypiących pyłem bezwładnie upadli wzdłuż schowka, niszcząc i rozrzucając wszystko, co stanęło im na drodze. Dwuosobowy armagedon. Watts & Lacroix, wyburzanie również bez wyraźnego życzenia. Gdyby po szkole nie mogli znaleźć pracy, branża rozbiórkowa stała przed nimi otworem.
Z drobnym ciałem Gryfonki przyciśniętym do własnego w plątaninie kończyn przypominającej jakąś chorą wersję Twistera, Ben zadziałał odruchowo, dodatkowo osłaniając ramieniem ciemną głowę Aristos. Pani prefekt zmuszona została do przytulenia czoła do szerokiej klatki piersiowej, która unosiła się i opadała szybciej niż zwykle, wstrząsana okazjonalnym kaszlem. Dopiero gdy wszystkie miotełki, ściereczki i inne cuda (w tym również jedna półka) pospadały, zaściełając niemal całą przestrzeń schowka, Krukon bardzo powoli poruszył nogą, by mniej więcej ocenić straty i zamarł. Poobijany chyba w każdym możliwym miejscu jakoś od razu nie zarejestrował, że panna Lacroix obejmowała ją udami, teraz jednak był tego aż nadto boleśnie świadom. Ostrożnie wyciągając rękę, odnalazł ramię dziewczyny, lekko zaciskając na nim palce.
- Jesteś cała? - zadał najbardziej przewidywalne w tej sytuacji pytanie, głosem głębszym i bardziej szorstkim niż na co dzień. Winę za to zrzucał na kurz bezczelnie atakujący gardło. - Jak chcesz się ruszyć, to bardzo powoli, coś może jeszcze polecieć.
Praktyczny do bólu. Niezaprzeczalnie atrakcyjna oraz inteligentna dziewczyna praktycznie rzuciła mu się w ramiona, a pierwszym o czym myślał, było jej bezpieczeństwo – ciekawe jak w podobnej sytuacji zachowałaby się większość męskiej społeczności Hogwartu.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Korytarz   

 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
IV piętro
-