IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Zielone drzwi [Patronus]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... , 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość
Vincent Pride
avatar
Zmarły
Data przyłączenia : 17/06/2014
Liczba postów : 234
Skąd : Orlean, Francja

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sob Lut 21, 2015 8:01 pm

Słowa Porunn skwitował tylko i wyłącznie szerokim uśmiechem i błyskiem w oku, jakby chciał jej powiedzieć, że mimo to czeka ich dobra zabawa, a jemu się nic nie stanie. Doprawdy, urocza była, gdy się o niego martwiła, choć najbardziej podobał mu się brak instynktu samozachowawczego w stopniu wystarczającym do skrystalizowania wewnętrznego ostrzeżenia - "uciekaj, bo wąż raz łapiący ofiarę już jej nie wypuszcza, jeśli wpadniesz zbyt głęboko nawet słodka Aria, sam Dumbledore nie będzie w stanie cię ocalić". Bo nikt nie przyjdzie na czas. Uśpi ich czujność i póki Fimmelówna zachowywała się dokładnie tak, jak tego oczekiwał nie było problemu. Jej egzystencji nic nie zagrażało. Vincent jednak nie był osobą, u której po popełnieniu błędu wystarczy stawić się z butelką dobrego wina i mówić jak bardzo się nie chciało. Że też nawet bahanki jej nie ostrzegły.
Obserwował uważnie Wilsona, gdy ten wkroczył do klasy, najwyraźniej w jeszcze gorszym humorze niż zazwyczaj. Naturalna ciekawość Ślizgona zadawała pytania o przyczynę tego stanu rzeczy, ale miał na tyle zdrowego rozsądku, by po prostu milczeć patrząc na prowadzących. Jak zwykle przywołał na twarz lekki, prawie niezauważalny uśmiech, który miał tyle znaczeń, co obserwatorów. Odruch.
Kiedy aurorzy wzięli się do roboty postanowił cierpliwie czekać. Nie odczuwał najmniejszego ukłucia stresu czy zdenerwowania, zachodził tylko w głowę co tym razem dla nich przygotowali. Ostatni raz dostatecznie jasno pokazał, że podtruwanie uczniów to zupełnie naturalna praktyka na potrzeby zajęć, a że byli na terenie szkoły to żadne z nich nie zginie(prawdopodobnie). Tyle mu wystarczyło - świadomość przeżycia. Zamiast niepewności w żyłach poczuł rozpędzającą się adrenalinę przed kolejnym doszlifowaniem zaklęcia Patronusa, szczególnie, gdy postanowiono znowu ich oślepić. Podobnie jak Porunn, Vincent również uznał, że to nic nowego i przyzna się w duchu, że liczył na coś innego. Mimo to uczucie ślepoty było ciekawe. Żadne z nich naturalnie nie było przystosowane do utraty zmysłu wzroku, więc nie dało się uniknąć konsternacji. Zamknął oczy w pierwszym odruchu, odczekał moment i znowu je otworzył, choć oczywiście nawet nie zauważył różnicy. Intrygujące, doprawdy. Pewnie gdyby pobył w tym stanie dłużej, na przykład miesiąc lub pół roku pozostałe zmysły zaczęłyby się przyzwyczajać, rekompensować brak jednego. Kto wie, może poeksperymentuje kiedyś.
Teraz jednak siedział w klasie, zupełnie ślepy. Usłyszał jak Wanda, Porunn i Izzy podejmują próbę wyczarowania swoich Patronusów, więc wyłączył się, by spróbować swoich sił. Nie zamykał oczy, skoro i tak nic go nie rozpraszało poza odgłosami, a te nigdy nie znikały. Umiał sobie z nimi radzić, nie dopuścić do siebie. Huk skwitował lekkim zmarszczeniem brwi, zaraz jednak się rozluźnił, wziął głęboki oddech i ponownie skrystalizował w swojej głowie wspomnienie, które prowadziło go sukcesywnie do zwycięstwa od pierwszych zajęć. Był ślepy - i co z tego? Magię posiadał w takim samym stopniu, na wspomnienie również to nie wpływało. Już je widział oczami wyobraźni, a w tej kwestii nie są w stanie go oślepić żadnym zaklęciem. Będą próbowali ich wytrącić z równowagi, zaburzyć koncentrację, to pewne. Musiał się wyłączyć na świat zewnętrzny w stopniu maksymalnym.
Ponownie odetchnął i przywołał wspomnienie napędzające Patronusa. Poszło mu nieco szybciej niż poprzednim razem, jakby nie było trenował to któryś raz, a za każdym razem, gdy wracał do tamtego dnia myślami miał wrażenie, że ożywa coraz bardziej, nabiera kolorów i szczegółów. Uśmiechnął się nieświadomie, zapominając o całym świecie. Nie było Wilsona z nianią, nie było klasy, nie było Porunn. Był tylko on, krew, ofiara i nieopisana radość, uczucie wszechmocy, które wypełniały go całego. Pozwolił tym odczuciom przybierać na sile, rosnąć, by mieć pewność, że napędzą zaklęcie w sposób wystarczający. W końcu uniósł różdżkę i przemówił spokojnie, wyraźnie wypowiadając zaklęcie:
- Expecto Patronum.
Nic go nie rozproszy, nie pozwoli im. Wygra. Prędzej czy później zawsze wygrywa.
Zobacz profil autora
Seth Wilson
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 20/02/2015
Liczba postów : 27
Skąd : Grimmauld Place 37

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sob Lut 21, 2015 8:41 pm

Szedł dumnie niczym paw, rozglądając się dookoła za zdobyczą niedowierzających spojrzeń mijanych kolegów, budząc szacunek samym wyglądem. Zręcznie ukrywając złość na ojca z powodu pośmiewiska na jakie go naraził, angażując do dostarczenia Adolfa na JEGO zajęcia. Dowiedział się, kto bierze udział w dzisiejszej lekcji i z rozpaczą próbował odwlec spotkanie w czasie. Unosząc wysoko podbródek, szedł raźnym krokiem w stronę majaczących drzwi koloru zielonego i prezentował się naprawdę dobrze z czarnym stylowym kapeluszem na głowie.
Dog po jego prawej stronie tworzył śliska dróżkę własnej śliny, łbem kiwając na boki i merdając potężnym ogonem z zadowoleniem. Tylko on i tata byli w stanie utrzymać psa na grubej smyczy, która mogła uchodzić za sznur. W przeciągu miesiąca Seth zdążył stęsknić się za ogromnym pupilem, sięgającym linii jego ramion. Cieszył się, że mógł go przedstawić kumplom i nie bać się gróźb nieświadomego potwora w szkole woźnego.
- Adolf, wejdziesz tam i ani mrukniesz, że cię przyprowadziłem. Nie zdradź mnie! - Wyszeptał psu prosto do ucha, podnosząc płatek aby usłyszał dokładnie niewyraźne słowa chłopca. Poklepał zwierzę i raźnym ruchem otworzył drzwi, chowając się za nimi. Adolf siedział jednak spokojnie, merdając ogonem i jedynie zerknął niezainteresowany w stronę pomieszczenia pełnego uczniów. Zaszczekał leniwie dudniącym głosem i zdradził obecność gwałtownie gestykulującego Setha, który marnie próbował posłać go do sali. Drzwi rozchyliły się z jękiem, a więc chłopiec zaczął napierać całym ramieniem na doga, próbując go wepchnąć do środka. Mógł równie dobrze przesuwać ścianę.
- Tam jest tata i Skai, no idź i mnie nie wydawaj! - szepnął głośno do psa, siłując się z jego cielskiem. Głos ojca podziałał. Adolf zerwał się gwałtownie i drapiąc podłogę rzucił się z szaleńczym ujadaniem w stronę drugiego pana. Seth, myśląc, że dalej pozostał niezauważony, wściubił głowę za drzwi i wyszczerzył się do ojca, machając mu czarną rączką. Absolutnie nie zauważył, że stoi w kałuży śliny, a przyprowadzeniem psa wywołał niezłe zamieszanie w środku. Wielki Czarny Pies rzucił się na Wielką Czarną Łapę z jęzorem wywalonym poza pysk i....


poczekajcie na post Wilsona :D
edit: tego starszego Wilsona, bo jest ich troje xD
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sob Lut 21, 2015 9:14 pm

Resa Anderson została wykreślona z listy Gumochłonów. Jej nazwisko na pergaminie zblakło i zniknęło, jakby go tam nigdy nie było.

Wstał i wcale nie z powodu żałosnego pojękiwania i podrygiwania skrzyni, a żeby rozprostować kończyny. Żaden z uczniów nie wydawał się zaskoczony zaklęciem oślepiającym, bo nikt nawet nie drgnął. Z ich różdżek wylatywały różnej jasności strzępki zaklęcia. U innych jasne i mocne (Pride, Whisper, Fimmel) a u innych tylko trochę mniej barwne. Potrafili i tak więcej niż jego rówieśnicy, którzy bali się zapisać na te zajęcia. Jared rozprostował kości prawej ręki i po cichu podszedł za Whisperównę. Kucnął za plecami Skai i dotknął czarną łapą jej chudego ramienia.
- Wstań. - poprosił łagodnie i chwytając ją za łokieć pomógł jej podnieść się. Niewerbalnie zakończył na niej zaklęcie oślepiające, a miało to zostać ukryte przed resztą grupy. Zaprowadził swoje dziecko do krzesła i posadził je na nim. Uspokajał ją samym spojrzeniem i swoim własnym opanowaniem.
- Siedź spokojnie i się nie ruszaj. Gość numer jeden nie będzie ciebie dotyczył. - i jak na zawołanie usłyszał wesołe ujadanie za drzwiami. Skinął brodą na Halla, aby stanął przy jego dziecku i zanim niańka zdążył zareagować, drzwi uchyliły się. Nie od razu stamtąd wystrzeliło coś wielkiego i czarnego. Słyszał szepty syna. Wiedział komu powierzyć dwudniową opiekę nad bestią. W pierwszej kolejności miał iść do Hagrida albo jego padwana, jednak w końcu stanęło na Sethcie. Uśmiechnął się na dźwięk jego szeptów i na widok wielkiej czapki. Tak, Wilson się naprawdę uśmiechnął i jaka szkoda, że Gumochłony nie mogli tego zobaczyć.
- Wejdź. - i oto pojawiła się druga latorośl Wilsona. A nie, wróć, najpierw zmaterializowało się ogromne cielsko. Około pięćdziesięciokilogramowy pies rzucił się z głośnym ujadaniem na Jareda z zamiarem... nie urwania mu głowy, jak tego oczekiwałoby większość osób w tym pomieszczeniu. Pies skoczył na aurora, ale go nie przewrócił na szczęście. Wilson jęknął i cofnął się gwałtownie do tyłu jakieś cztery kroki, gdy czarne łapska wylądowały mu na ramionach, a twarz zaatakował szorstki różowy jęzor. Jego robocza szata przesiąkła śliną już po paru sekundach. Poczuł rwanie w lewym ramieniu, cholernie dokuczliwe rwanie.
- Siad, cholerny stworze. Zostaw. - odepchnął go od siebie i odsuwał jak najdalej twarz od śmierdzącego pyska. - Na gacie Merlina, Seth, przekaż matce, aby umyli mu kły. - wzdrygnął się, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że po raz pierwszy okazuje odruchy i dźwięki człowiecze w obecności tylu naocznych świadków. Pies upadł głośno na podłogę i rzucił się na Skai, jeszcze głośniej ujadając. Znał ją odkąd ta zaczęła łazić w pieluchach. Jared wyżął z rękawa nadmiar śliny i przywołał do porządku psa. Złapał go za obrożę i posadził przy swoich nogach. Niełatwo było go utrzymać dłużej niż parę sekund, ale gdy wytężył całą siłę ramienia, opanował go na chwilę.
- Jeśli ktokolwiek choćby wyceluje w naszego gościa różdżkę, osobiście przetransmutuję go w pucharek i podaruję Fimmelównie w prezencie. - ogłosił donośnym tonem. Pies wyrywał się i szczekał, zagłuszając nawet i jego. Jared mówił bardzo poważnie i miał doprowadzić to do skutku. Bodaj tylko dwa razy udało mu się poprawnie transmutować człowieka w kamień, inne przypadki również przeżyły, ale nie w całości. Lecz tego nie musi młodzież wiedzieć.
- Nie stanowi dla was żadnego zagrożenia. - dodał gdy pies przechodził z sopranowego "auuu" do niecierpliwego skowytu. Wyrywał się do ciał reszty tutaj obecnych, bo szalał za wszystkim co się rusza, a na widok różdżek dostawał małpiego rozumu. Wilson puścił jego obrożę i się zaczęło.

1. Adolf skoczył w pierwszym odruchu na Porunn Fimmel, powalając ją na ziemię. Mogło zaboleć! Zanim ta mogła się zorientować, Adolf przystąpił do obśliniania jej twarzy. Przesuwał wielkim jęzorem po jej policzku, śliniąc się na jej szyję i brodę. Najwyraźniej przypadła mu do gustu!
2. Vincent został narażony na potężne uderzenia wielkiego ogona w ramię i wbijające się w bębenki ujadanie. I smród z pyska psa, od którego powinno mu zabulgotać w żołądku. Pies tylko rzucił na niego ogonem, obwąchał go i zatoczył wokół niego dwa koła, ale stwierdzając, że ten jednak nie ma kota, dał mu spokój.
3. Pies, po przywołaniu do porządku przez Wilsona (młodszego rzecz jasna) wpadł na Wandę. Zaszczekał jej głośno do ucha i wielką łapę położył na jej kolanie, śliniąc się na jej nogi i buty. Polizał ją wielkim jęzorem po policzku. Po chwili panna Whisper siedziała w kałuży klejącej się cieczy. Miała ją również na różdżce, która teraz chrząkała i czkała.
4. Ponownie przywołany do porządku (ponownie przez młodszego Wilsona) pies rzucił się z ujadaniem znowu na Fimmel.... ale jakimś cudem w nią nie trafił i wpadł na Cromwell, opierając się połową swojego cielska o jej bok. Obślinił jej włosy, bo łeb miał na wysokości jej twarzy.
5. W tym momencie Wilson (tym razem starszy) zawołał Adolfa do siebie. Ten jak się rozpędził drapiąc pazurami podłogę, tak porządnie walnął ogonem pannę Mongerstern tak na wysokości kolana. Nie zabrakło też kilka chlapnięć toczącej się z pyska psa śliny.
Pies rzucił się na Alexa Halla z zamiarem okazania mu swojej psiej miłości.

PS Towarzystwo jest dalej oślepione.


- Czarować, czarować. - uderzył dwa razy łapskami o siebie i ze śmiechem patrzył na bladego jak ściana Halla.


To ten tego, odpiszcie przynajmniej po 1 razie do poniedziałku też tak do 20-21 :D HALL, czekam na Twojego wyczerpującego posta :D
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Lut 22, 2015 10:29 am

/Tatko! Ja wiem, że Ty potrafisz śpiewać, ale nie sądziłam że wystąpisz kiedyś w telewizji!
Przysłoniła dolną wargę zębami, pośpiesznie poprawiając kosmyk włosów za ucho, kiedy Wanda tak szczerze skomplementowała wygląd młodszej koleżanki. – To bardzo miłe! – podziękowała grzecznie, chociaż aż ją nosiło od radości, jaką sprawiła jej Krukonka. Nieczęsto otrzymywała komplementy, dlatego chłonęła je niczym gąbka. Podbudowana uniosła podbródek i spokojnie rozejrzała się po sali, mając na celu zaprezentowanie nowego dodatku: kolczyków w kształcie srebrnych kółeczek. Nie interesowała ją obecność innych uczniów, chociaż wewnętrzne parcie na ostrożne poczynanie przed Ślizgonami wciąż tkwiło w głowie mulatki. W końcu w każdej chwili mogą pobiec do Lloyda i opowiedzieć o głupim zachowaniu jego wybranki, prawda? Wolałaby, aby zapamiętali ją jako śliczną nastolatkę, z silną motywacją do nauki patronusa. Wierzyła, że przy odpowiednim podejściu zdoła opanować tę trudną sztukę i któregoś dnia, zaprezentuje jakieś zwierzątko pokryte błękitnym światłem. – Naprawdę? – spytala z wyraźnym niedowierzaniem, przyglądając podejrzliwie Wandzie. I nawet pochyliła się w jej stronę, aby nikt niepowołany czasem czegoś nie usłyszał. Przyłożyła palec do drżących ze śmiechu ust i konspiracyjnie uciszyła koleżankę. W brązowych oczach tańczyły iskierki ekscytacji na myśl o zrobieniu czegoś nielegalnego. No, może troszkę nielegalnego. W oczach Skai, zdobycie niektórych składników było trudne, dlatego w pierwszej kolejności pomyślała o swojej matce. Skorzystanie z usług Wandy było bardziej kuszące, ponieważ w ten sposób mogłyby wspólnie zrobić wywar i zazębić znajomość. Dziewczyna zachichotała pod nosem cała się przy tym trzęsąc.
Jak można się domyślić – z końca jej różdżki nie wydostało się nic oprócz niebieskich macek, które roztrysnęły się niczym rozdmuchana mąka. Tyle dobrego, że Skai tego nie widziała i nie paliła się ze wstydu. Kiedy już wydawało jej się, że złapała odpowiednie wspomnienie i za moment wydarzy się coś cudownego – poczuła ciężką woń cygar i medykamentów dookoła siebie. Słowa zaklęcia ugrzęzły w gardle, a dziewczynka z wyczekiwaniem patrzyła w otaczającą ciemność, aż w końcu Jared się odezwał i pomógł wstać. Otrzepała pośpiesznie kurz z kolan i nie puszczając różdżki, po omacku złapała dłoń aurora. Oślepiona nagłym wybuchem światła zacisnęła powieki, po chwili marszu mrużąc je ze skrzywioną miną. Mógłby ją chociaż troszkę uprzedzić, że zostanie wyłączona z części zajęć! Zanim zdążyła pomyśleć nad konsekwencjami tego, siedząc już na krześle chwyciła ojca za nadgarstek i próbowała przyciągnąć do siebie – w ostatecznym rozrachunku pochylając się w jego stronę. – Tato, co się stało? – spytała tak cicho jak tylko potrafiła, obiema dłońmi przytrzymując szeroką i szorstką dłoń Jareda. W przymkniętych oczach czaił się niepokój i autentyczna troska, której nie mogła się wyzbyć. Usilnie próbowała powstrzymać się przed zerknięciem na zranioną rękę, ale im dłużej ganiła się za to – tym częściej zerkała.
Zanim zyskała odpowiedź, drzwi do sali otworzyły się z hukiem i Skai usiadła wygodniej na krześle, nie przeszkadzając już w dalszym prowadzeniu zajęć. Na widok wielkiego doga zaśmiała się wdzięcznie tak głośno, że przeszło to echem po sali. Dotychczasowy stres ulotnił się niczym bańka mydlana, a nastolatka zamachała nogami z radości, o mały włos nie klaszcząc z radości w dłonie. Nie sądziła, że ujrzy Adolfa przed feriami świątecznymi! I zamiast wyczuć w tym wszystkim podstęp z powodu zbliżającego się rozwodu rodziców, cieszyła się jak dziecko z obecności pupila. Nawet nie zmarkotniała na widok Setha, podnosząc dumnie głowę. W końcu to ona brała udział w zajęciach nauki patronusa, a nie on – była starsza i mądrzejsza. I nie zamierzała odpuścić do podkreślenia tego, jeśli zaszła taka możliwość.
- Chodź, chodź malutki – zaprosiła do siebie psinę, klepiąc dłońmi o uda i zerkając w rozbawieniu na obślinionego ojca, odpowiadała szerokim uśmiechem na tę przemiłą niespodziankę. Nieświadomie sprawił, że Skai zyskała świeże wspomnienie dla dalszej nauki patronusa. – No co, malutki, jeszcze tu nie byłeś, prawda? – obniżyła głos trzymając dłonie na łbie psa akurat przy uszach, tarmosząc je w taki sposób, że przypominały chorągiewki. Na moment zapomniała, ze w pomieszczeniu są inni uczniowie, w dodatku oślepieni! Zachichotała ponownie czując na przedramieniu ogromną ilość śliny z szorstkiego jęzora Adolfa. I nadal się śmiała, kiedy JAred chwycił bestię za obrożę i odsunął od rozradowanej nastolatki, która wciąż bujała się przód-tył na krześle.
Chciała uprzedzić Wandę, aby się nie bała psiaka. Otworzyła nawet usta, ale jeszcze szybciej je zamknęła. Zlękniona zerknęła na ojca, który jednak ani myślał ją karać. Oparła się wygodnie o oparcie i spojrzała na Setha z wyższością, bawiąc się przy tym różdżką. Dopiero polecenie ojca sprowadziło ją na ziemię, więc zamknęła powieki i skupiła na inkantacji zaklęcia.
- Expecto Patronum – machnęła kijkiem z szerokim uśmiechem na twarzy, ale czy cokolwiek się udało? Próbowała nie patrzeć co się dzieje dookoła, ale raz uchyliła powieki i parsknęła śmiechem. Zacisnęła potem oczy dwa razy mocniej i raz jeszcze: - Expecto Patronum
Zobacz profil autora
Seth Wilson
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 20/02/2015
Liczba postów : 27
Skąd : Grimmauld Place 37

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Lut 22, 2015 10:42 am

Niepewnie wsunął resztę ciała do klasy, przymykając drzwi. Oficjalnie nie powinno go tutaj być, skoro się nie uczył patronusa. Miał o tyle dobrze, że głównym nauczycielem był jego tata i to on poprosił Setha o bycie chwilowym asystentem na jednej z ważnych i tajnych lekcji. Chłopiec poprawił kapelusz, odchylając go do tyłu. Uśmiechnął się do taty, a Skai pokazał język. Pierwszy wiedział, że Adolf odwiedzi Hogwart. Pierwszy od wszystkich. Chłopiec z zainteresowaniem rozglądał się po klasie i uczniach. Nie wiedział, że są oślepieni, ogólnie mało wiedział. Zawtórował Skai śmiechem, kiedy jego kochany pies rzucił się na starszą dziewczynę, a potem stratował całą resztę. Nie współczuł im jakoś szczególnie, mając Adolfa za najwspanialsze stworzenie na świecie. Kilka razy wołał Adolfa po imieniu, ciesząc się, że to jego pies słucha najbardziej, a dopiero później taty. Seth nauczył swojego pupila wielu sztuczek. Może tata pozwoli mu je zademonstrować?
Rozdziawił nagle buzię, gdy z różdżki Skai wystrzeliło błękitne ładne coś i to bardzo ładne. Niemal do niej nie podbiegł i nie zapytał jak to zrobiła, ale surowe spojrzenie ojca przyszpiliło go w miejscu. Seth oparł się o ścianę tuż przy drzwiach i po cichutku obserwował przebieg wydarzeń. Adolf spisywał się wyśmienicie. Przy tym małym piesku niemożliwym było zrobienie czegokolwiek, dobrze o tym wiedział, w końcu dostał Adolfa na swoje narodziny jedenaście lat temu. Pies dosłownie latał po sali rozlewając wokół siebie hektolitry śliny. Jak można nie uwielbiać tego wielkiego doga?
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Lut 22, 2015 5:08 pm

Jej wspomnienia, choć burzliwe były ze sobą połączone. Cienką nicią porozumienia, pewnych zdarzeń, wypadków, które nie były przypadkowe. Nigdy nie są.
Przez dłuższą chwilę Wanda wycofywała się ze świadomością tego, że jest w pomieszczeniu kompletnie sama. Nie liczyło się nic, prócz jej gorących myśli oraz jej różdżki, która paliła jej skórę, kiedy ta unosiła ją ku górze. Chwilowo oślepiona nie mogła zobaczyć, sprawdzić czy jej zaklęcie się powiodło czy też nie. Być może nie starała się wystarczająco, bo nie usłyszała tętentu kopyt? Być może cos innego stało za tym, że jej się nie powiodło tak jak tego chciała z głębi serca Krukonka? Powinna się rozluźnić, pomyśleć znowu o czymś miłym, niewiążącym, słodkim.
Miała nadzieję, że jej błahe komplementy czy uśmieszki w jakimś stopniu pomogły Skai z uporaniem się z Patronusem – nie chciała by jej młodsza koleżanka została w tyle grupy ze względu na swój wiek i brak doświadczenia. Po ostatnich zajęciach martwiła się o nią i chociaż tego nie okazywała w należyty sposób, miała na nią oko. Chociażby w pokoju wspólnym, w którym często się spotykały.
Whisperówna wyczuła pewne poruszenie wokół jej osoby – co nie było wyjątkowo trudne. Ciche kroki, męski głos gdzieś tuż za nią i zaraz oddalanie się masy ciała. Zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. Spokojne, bezszelestne, by nie niepokoić innych. Dlatego tez zaraz dziewczyna ponownie zatopiła się w swoich rozmyślaniach na temat pewnego jasnookiego chłopaka, z którym pragnęła spędzać coraz to więcej i więcej czasu.
W tle jednak pojawiły się jakieś szmery, a całe skupienie Krukonki delikatnie od niej odpływało, jakby siłą wyciągnięte z odmętów myśli – słyszała przedziwne rzeczy, od barytonu Wilsona przez ujadanie. Dzikie ujadanie, nie z serii tych agresywnych, a wręcz przeciwnie, szczęśliwych, cieszących się na widok właściciela, osoby bliskiej. Brwi Wandy powędrowały do góry, a jej twarz wyrażała nie tylko co zdezorientowanie, a ciekawość. Czystą, bezbrzeżną ciekawość. Co to się musiało dziać w zielonej klasie, kiedy oni, uczniowie pozostawieni sami sobie nie widzieli tego mieli nigdy potem nie ujrzeć? Poruszyła się niespokojnie, nasłuchując tylko co się mogło wokół niej dziać. Słyszała tupot psich łapsk, pojedyncze pojękiwania, sapanie i inne dzikie wydźwięki, które tylko sprawiały, że kąciki ust szatynki poczynały unosić się, tworząc tym samym rozbawiony uśmiech. Zaraz i na nią padło – ciężka łapa opadła na jej kolano, a ta niemal ogłuchła kiedy skowyt dopadł do jej uszu. Zmarszczyła automatycznie nos, jednak powoli, po omacku położyła dłoń na wielkim, czarnym łbie psa, chwilowo zajmującego się tylko i wyłącznie nią. Nie bała się, wręcz przeciwnie – chłonęła tą przyjemną aurę zainteresowania, bezkresnego zadowolenia. Nie przeszkadzał jej odrzucający zapach zwierzaka, delikatnie tarmosiła go za uchem zadowolona, ledwo zwracając uwagę na to, że prawie pływa w jego ślinie. Capnęła go jeszcze raz, pieszczotliwie przesuwając dłonią po łbie, uszach, badając jego wielkość – był bydlakiem, wielkim bydlakiem, który miał jednak w sobie tyle zaraźliwej radości, że Krukonka nie mogła się nie roześmiać. Jej śmiech przebił powietrze, a ona tylko odwracała głowę w stronę psiura, który upodobał sobie jej twarz – którą od razu przetarła, kiedy ten nagle zmienił obiekt westchnień.
Odsapnęła zadowolona jak nigdy - widocznie jej dobry humor będzie się utrzymywał przez dobrą chwilę co jej się podobało. Przyjemna dawka energii i adrenaliny dała jej porządnego kopa, przez co z jeszcze większą intensywnością myślała o wyczarowaniu czegoś wspaniałego. Chciała pokazać im wszystkim i każdemu z osobna, że osoby, które wiele przeszły również są zdolne nie tylko do miłości ale również do tworzenia wielkich rzeczy.
Dopiero po chwili, kiedy ciepłe cielsko z niej zeszło zauważyła, że jej różdżka nie reaguje tak jak powinna. Chwyciła kraniec swetra podciągając go delikatnie i z namaszczeniem, dbając o każdy szczegół wytarła swój oręż, do momentu kiedy ten znów nie był suchy. Nie martwiła się o ubranie, bo to tylko rzecz materialna i łatwo było ją wymienić. Różdżka była o wiele ważniejsza, potrzebniejsza, a i Wanda była do niej przyzwyczajona. Przesunęła po drewnie palcami, wyczuwając charakterystyczne dla niej zgrubienia i ponownie przymknęła powieki rozluźniając się na nowo.
Potrzebowała chwilki by się wyciszyć, by zignorować wszystkie pojękiwania, piski, wybuchy śmiechu. Ją to już nie interesowało. Ona była gdzie indziej. Za siedmioma górami, za lasami, rzeczkami, czym tam chcecie. Była w swoim świecie, czując delikatnie rozchodzące się ciepło wokół serca. Czując to słodkie drganie mięśni pod skórą, przyjemne dreszcze rozchodzące się od karku przez cały kręgosłup. Czuła się na pewno inaczej, lżej, po prostu lepiej. Ostatnie dni były magiczne i chociaż długo się z tym kryła była naprawdę szczęśliwa. Wstyd przyznać, że nie interesował jej Gross i inni pokrzywdzeni. W końcu miała z kim dzielić się słabostkami, nowinkami i tym wszystkim, wiedząc doskonale, że ukochana osoba jej nie odtrąci. Miała do kogo się uśmiechać, kogo szukać wzrokiem, kogo oczekiwać. Wszystkie smutki odchodziły na dalszy plan, bo po co miała się nimi przejmować, kiedy z łatwością mogła przypomnieć sobie dotyk puchońskiej dłoni na swojej skórze? Policzkach, szyi, talii? Stłumiła w sobie westchnięcie – to rozkoszne i znowu , ponownie jak gdyby nigdy nic zatoczyła młynkiem w powietrzu, mając do dyspozycji wiele ciekawych i zapadających w pamięć zdarzeń, które aż prosiły się o wzięcie udziału w całym tym szalonym przedsięwzięciu.
- Expecto Patronum. – Szepnęła, mieląc z lubością wszystkie głoski składające się na zaklęcie, mając w pełni nadzieję, że chociaż teraz, że właśnie dzisiaj coś się stanie. Że jej siła marzeń, czystość jaka w niej była pomoże jej w osiągnięciu celu, którego szczerze pragnęła.
Zobacz profil autora
Alex Hall
avatar
Stażysta
Data przyłączenia : 21/05/2014
Liczba postów : 431
Skąd : Plymouth, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Lut 22, 2015 6:38 pm

Znacie to uczucie, gdy miejsce, w którym czuliście się całkowicie komfortowo oraz bezpiecznie, nagle staje się strefą działań wojennych? Och, nie dla wszystkich obecnych, jedynie dla was, bo specyficzne skrzywienie będące głęboko zakorzenioną fobią dotyczy tylko i wyłącznie ciebie.
Alex wstał rano ze świetnym humorem, pełen niezachwianego entuzjazmu oraz radości z faktu, że miał co robić w tej szkole, a jego obawy związane z opuszczaniem pełnego etatu w Ministerstwie wyraźnie bledły. Był całkiem zadowolony ze swojego życia na ten moment. Niestety Wilson będąc Wilsonem musiał całą tę pozytywną energię zgnieść w swoim czarnym łapsku i zeżreć ją na zakąskę. Gdyby mu powiedział, że poza skrzynią oraz gościem specjalnym, którego Hall miał później wprowadzić, w sali pojawi się ogromny dog, młody auror przygotowałby się psychicznie i choć z palpitacjami, to jednak przeżyłby spotkanie. Niewielu wiedziało, że boginem Alexa były właśnie psy. Z maleństwami, którym wystarczyło zasadzić jednego kopa, by uciekły, nie miał większego problemu, ale ten bydlak? Mięsisty, potężny stwór jaki z łatwością opierał łapy na ramionach Wilsona? Z twarzy mężczyzny gwałtownie odpłynęła cała krew, pozostawiając go bladym jak papier, na skroni pojawił się pot.
Hall ani drgnął z miejsca, mocno zaciskając zęby i nie spuszczając spojrzenia z zadowolonego z siebie psiska. Wyrzut adrenaliny do organizmu poczuł jak trzaśnięcie gromem, ręce drżały w natychmiastowej potrzebie, by chwycić różdżkę i roznieść niczemu niewinne zwierzę na krwawe strzępy tylko dlatego, że znalazło się z nim w jednym pomieszczeniu. Tak po prawdzie, cała psia rasa nie powinna odpowiadać za to, co zrobił jeden z jej przedstawicieli, ale człowiek z fobią skonfrontowany z jej obiektem nie myśli tak jak na co dzień. Wszystkie instynkty biją na alarm, każą walczyć lub uciekać. Alex człowiekiem tchórzliwym nigdy nie był, jego odwaga często sięgała niezdrowej brawury, kiedy wymagała tego sytuacja – nie istniała nawet taka opcja, by się wycofał. Choć dla własnego zdrowia psychicznego może powinien opuścić klasę i pozwolić Wilsonowi samodzielnie zająć się grupą.
Początkową panikę sięgającą samego rdzenia jestestwa Halla szybko wypierało zimne skupienie, furia gotująca się tuż pod skórą. Wszystkie mięśnie w jego ciele napięły się, były gotowe do natychmiastowej reakcji jak w sytuacji zagrażającej życiu. Sypiące iskrami spojrzenie podążało za psem, gdy ten zaczepiał kolejno każdego z uczniów, wyraźnie uradowany, że znalazł się w większej grupie ludzi. Wspomnienia z czasów dzieciństwa wypełnione wściekłym ujadaniem oraz agresją psiska strzegącego bramy do sierocińca, gwałtownie wysunęły się na pierwszy plan w umyśle młodego mężczyzny. Choć było to całkowicie niedorzeczne, miał wrażenie, że blizny na plecach pozostawione przez łapsko wilkołaka nagle zaczęły rwać, jakby na nowo rozdarto jego ciało.
Kiedy Adolf skierował w jego stronę pysk, wszystko stało się bardzo szybko, choć czas zwolnił dla Alexa jak na filmie. Różdżka zdała się sama wskoczyć mu w dłoń, a odruchowo rzucone zaklęcie rąbnęło z hukiem w podłogę tuż przed łapami doga, odstraszając go. Auror nie chybił, miał na to zbyt dobry refleks – w ostatnim ułamku sekundy zdołał przebić się przez naturalny instynkt przetrwania i nie roznieść zwierzęcia na strzępy. Nawet on sam nie byłby zadowolony z obryzgania sali krwią oraz fragmentami mięsa, skóry i kości.
- Trzymaj go ode mnie z dala – wycedził przez zęby z ledwo powstrzymywaną furią, posyłając Jaredowi harde, może nieco obłąkane spojrzenie. Jeden nieuważny ruch, a Hall wybuchnąłby jak fiolka beztrosko trzymanej w dłoniach nitrogliceryny. Miał głęboko w dupie, co pomyślała o nim trójka Wilsonów oraz fakt, że rzucone zaklęcie wyrwało fragment podłogi. Dopóki ten pies nie zniknie mu z pola widzenia, nie będzie spokojny i nie odłoży różdżki. Jeśli Jared spróbuje go transmutować w pucharek, jak zapowiadał, będzie się bronił z całą właściwą sobie zaciętością, a wtedy na pewno poleje się krew.
Zobacz profil autora
Vincent Pride
avatar
Zmarły
Data przyłączenia : 17/06/2014
Liczba postów : 234
Skąd : Orlean, Francja

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Lut 23, 2015 5:16 pm

Wtargnięcie dwóch intruzów, dzieciaka i wielkiego psa, umknęło mu. Czemu się jednak dziwić, skoro umysł miał nakierowany tylko i wyłącznie na skupienie, a każdy bodziec z zewnątrz, mogący stanowić potencjalne zagrożenie takiego stanu rzeczy automatycznie przestawał istnieć. Nie zwracał uwagi, co się dzieje z Porunn, co się dzieje z nim samym. Postawiono im cel, a on ani myślał narażać się na porażkę w jakimkolwiek procencie. Nie, nie on. Jedyny scenariusz jaki go interesował to ten, w którym nie było błędu, tylko poprawnie rzucone zaklęcie, opanowane w najkrótszym możliwym czasie. Niech się dzieje co chce - niech reszta pada jak muchy, zgryzą ich psy, trafi piorun. Nie istotne. Jemu się uda, choćby miał pertraktować z bogami. Byli nie mniej okrutni od niego, więc był przekonany, że znajdą wspólny język.
Przeżywając na nowo swoje najszczęśliwsze wspomnienie czuł intensywny zapach krwi unoszący się w powietrzu, co było częścią pożądanego efektu końcowego. Miał wrażenie, że nim oddycha, chłonie nawet najmniejszym kawałkiem ciała. Znał go tak dobrze jak niektórzy smak soku z dyni, więc obca, niezbyt apetyczna nuta, nie uszła jego uwadze. Mimo to zachował spokój, a skupienie nie zostało nadszarpnięte. Ciało zareagowało automatycznie, rezygnując z oddychania przez nos i polegając na samych ustach. Tak lepiej, już żaden cuchnący, psi oddech nie zaburzy jego wewnętrznego zen. Gdy oczyści umysł powracając do rzeczywistości może wtedy zada sobie kluczowe pytanie - jak można tak zapuścić psa?
Ujadanie psa nie również nie przedarło się przez barierę skupienia, a to wszystko przez to, że wspomnienie nie skupiało się na dźwięku, a obrazie i dotyku. Dlatego też z zadziwiającą łatwością Pride znieczulił się chwilowo na wszelkie gwałtowne wrzaski, szczeki, huki, cokolwiek w tym stylu. Tylko powieki mu drgnęły, co jednak stanowiło automatyczną, podświadomą reakcje organizmu, więc nawet jej nie zarejestrował. Wciąż bez zarzutu widział krew, rozcinany powoli i z chirurgiczną precyzją brzuch ofiary, a potem kurczące się co chwilę wnętrzności, oddające stres, a wręcz panikę nieszczęśnika. Krzyczał, oczywiście, że krzyczał, ale kto by się tym przejmował. Vincenta nie interesowały wrzaski o litość, skupiał się raczej na walorach estetycznych swojego hobby.
Trącenie ogona było najsłabszym bodźcem ze wszystkich. Na Morgane i Merlina razem wziętych, przeprowadzał sekcje zwłok, często jego "pacjenci" nawet nie mieli tyle szczęścia, by być zwłokami. Musiał wypracować w sobie opanowanie na poziomie mistrzowskim. Wystarczy wyobrazić sobie zamysł - piękny pomysł jak stworzyć z ludzkiego ciała jakąś wspaniała konstrukcję. Już jesteś w trakcie pracy, a tu ofiara w ostatnim przypływie adrenaliny i woli życia próbuje ci przeszkodzić. Nie reagował na to. Automatycznie spinał mięśnie, by oprzeć się szarpnięciu, naciskowi - czemukolwiek. Przeszkadzać artyście, kto to widział? Teraz też psisko przeszkadzało artyście, więc jego mięśnie się napięły, ale nic poza tym. Skupiony na własnej pracy, na własnym dziele, którym miało okazać się zaklęcie Patronusa chłonął tylko to, co podsuwał jego umysł. Nawet słowa Jareda nie dosięgły jego uszu - a raczej świadomości. Sam z siebie ponownie wykonał odpowiedni ruch nadgarstka, pozwalając, by różdżka stanowiła przedłużenie ręki, a tym samym swego rodzaju żył magicznych, które wypełniały ciało każdego czarodzieja.
- Expecto Patronum. - powiedział spokojnie, wyraźnie i bez zbędnego podnoszenia głosu. Zaklęcie nie było dla innych, a dla niego. Ewentualnie dla dementora, ale tu już była raczej mowa o efektach zaklęcia.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/09/2014
Liczba postów : 104
Skąd : Londyn, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Lut 23, 2015 8:36 pm

Oddychała spokojnie, powoli wyciszając się coraz bardziej. Negatywne emocje nadal próbowały ją nękać, lecz z zadziwiającą łatwością dawały się przegonić. Wspomnienia zalewały ją ciepłymi falami, nie mogąc jeszcze w pełni opanować umysłu Isabelle. Wciąż była podatna na zewnętrzne bodźce, które w postaci cichych szmerów i niewyraźnych strzępów słów próbowały przedrzeć się przez barierę, którą próbowała wokół siebie stworzyć. Nie interesował ją świat zewnętrzny, inni uczniowie. W tej chwili mogła być wszędzie, jak najdalej od problemów i nielubianych osób. Powracała wspomnieniami do domu, do zawsze wspierającej jej babci, wymagającego ojczyma. Tak wiele im zawdzięczała, była im więc winna jak najlepsze wyniki.
W uszach zabrzmiała jej ulubiona melodia, a palce aż świerzbił, pamiętając dokładnie każdy wpojony ruch. Początkowo nie przepadała za nauką gry na fortepianie, jednak kim była, by narzekać i marudzić? Nauczono jej miłości do tego instrumentu, a z czasem wszystko zaczęło przychodzić z łatwością. Kolejnym wspomnieniem były wspólne zabawy z babcią. Ślizgonka nigdy nie potrafiła sama wyczarować nic cudownego z własnymi włosami, a jakimś cudem starsza kobieta zawsze tworzyła dzieła sztuki. Zabierała ją ze sobą wszędzie, uczyła przeróżnych przepisów, czytała książki… Próbowała rekompensować brak matki. O dziwo to jednak nie z Amelie, ale z ojczymem wybierała się na zakup nowych ubrań. Jonathan uwielbiał kupować jej najróżniejsze sukienki, śliczne wisiorki… Mogła mieć wszystko, czego tylko zapragnęła. Zawsze się dobrze bawiła, choć od jakiegoś czasu coraz częściej mężczyźnie udawało się o niej po prostu… zapominać. Babcia oczywiście zawsze zadbała o to, by nie uszło mu to płazem.  
Żadne z tych wspomnień nie było jednak na tyle silne, by w pełni mogła się na nim skupić. Początkowy spokój przeradzał się w frustrację, gdy desperacko próbowała czegoś się uchwycić. Przez myśl nawet przeszło jej, że powinna się poddać, co było do niej zupełnie niepodobne. Nigdy by się do tego nie przyznała… Zaczynała tracić nadzieję, gdy nagle coś niesamowicie ciężkiego oparło się o jej bok. Isabelle zachwiała się, próbując zachować równowagę, a wolna dłoń automatycznie wystrzeliła w stronę… czegoś. Ogromnego stwora, który częściowo niesamowicie zbił ją z pantałyku. Czy to pies? Pogładziła bok zwierzęcia dłonią, chcąc przekonać się o jego prawdziwości. Pachniał zbyt brzydko, by być tylko wytworem jej wyobraźni… I nagle coś bardzo, bardzo obrzydliwego wylądowało na jej włosach. Okropieństwo! Nie mogła ujrzeć psa, więc natychmiast pomyślała o czworonogu, którego kiedyś na kilka dni przygarnęli Silverowie. Było to tak dawno temu, że nawet nie pamiętała dokładnie, jak wyglądał. Wydawał jej się jednak ogromny i strasznie się ślinił. Isabelle zrobiło się niedobrze na samo wspomnienie, a upaćkane włosy wcale nie pomagały w przezwyciężeniu tego uczucia. Wtedy tak bardzo się wystraszyła, że nawet nie chciała przez jakiś czas przebywać w jednym pomieszczeniu ze zwierzęciem. Sam pomógł jej doprowadzić włosy do ładu, starając się nie roześmiać. Pamiętała radosne iskierki w zielonych oczach, sama teraz szeroko się uśmiechając. To wspomnienie pociągnęło za sobą falę kolejnych, wypełniając Ślizgonkę wewnętrznym światłem.
- Expecto Patronum – spróbowała ponownie.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 789
Skąd : Norwegia Północna

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Lut 23, 2015 8:37 pm

Coś się działo, ale co? Porunn skupiła się na swoich wspomnieniach tak mocno, że zapomniała gdzie się tak naprawdę znajduje. Wszystko zdawało się dla niej odległe, jakby znalazła się w osobnym pokoju, bez okien i klamek, sama ze sobą. Taka wizja sprawiła, że jeszcze łatwiej było jej przywołać prawdziwie mocne wspomnienie, dzięki któremu czuła ciepło rozlewające się po całym jej ciele. Nawet nie próbowała szukać lepszych wspomnień, które nigdy nie byłyby tak samo silne jak te ze swoją siostrą. To ona była jej największym szczęściem, wywołującym na twarzy szeroki, szczery uśmiech.
Nie docierały do niej dźwięki „z zewnątrz”. Głosy wszystkich trzech Wilsonów nie potrafiły się przebić przez ścianę w umyśle, którą sobie stworzyła. Była więc pewna, że nic jej nie przeszkodzi w przywołaniu tego, co najpiękniejsze. Otartych kolan, obłoconych ubrań i mchu we włosach. Każdą chwilę spędzoną ze swoją siostrą uważała za wartą wspomnienia. Chociażby to było nawet głupie picie czekolady z bitą śmietaną, którą zawsze się Aria dzieliła. Nie chciała nawet myśleć o tym, że coś innego mogło sprawić jej inną radość. Gdyby faktycznie miała to z czymś porównywać, stawić na równi ze słodkościami przyrządzanymi przez bliźniaczkę, to wybór byłby dosyć trywialny… Porunn czerpała przyjemność z krzywdzenia innych.
I nagle poczuła się tak, jakby ktoś brutalnie zburzył jedną ścianę jej „pokoju” i rzucił się prosto na nią. Nieco z otępieniem zdała sobie sprawę, że uderza mocno plecami o zimna posadzkę, przy okazji uderzając się w głowę. Dzwoniło jej w uszach i na dodatek, zrobiło jej się nie dobrze. Wielki język, który zaczął lizać ją po twarzy, pozostawiając hektolitry śliny nie pomagał. Do czasu. Wyciągnęła ręce przed siebie, aby móc chociaż trochę opanować szalejącego, jak szybko doszła do wniosku, psa. Żadna z istot żywych na tym świecie nie potrafiła się tak zachowywać, jakby była całkowicie stuknięta i pozbawiona instynktu samozachowawczego. Oczywiście, nie mówiła tutaj o wszystkich psach, jednak większość zachowywała się tak, że tak naprawdę świadczyło to raczej o braku wychowania ze strony właściciela. Jak było z tym? Nie wiedziała, raczej wychodziła z założenia, że Jared sam temu bydlakowi na to pozwolił. Wielkie cielsko niemalże ją przygniotło.
Musiała jednak się skupić, musiała wyłączyć myśli i naprawić zburzoną ścianę. Chciała się przenieść po raz kolejny do pokoju bez klamek i tym razem nie miała zamiaru się dać zaskoczyć. Postanowiła spotkanie z psem obrócić na swoją korzyść. Kiedyś sama miała psa, Mastiffa Tybetańskiego o imieniu Thor. Wraz z siostrą starały się go wychować na idealnie słuchającego się towarzysza rodziny, który zawsze towarzyszył im podczas samotnych wypraw do lasu. Ojciec zawsze się denerwował, kiedy niby bardzo niebezpieczny, wielki pies, był przez nie niesamowicie rozpieszczany plus… jego imę było na wszystkie możliwe sposoby zdrabniane. To były czasy, kiedy sama była obśliniona do granic możliwości i niesamowicie się z tego cieszyła. Wspaniałe wspomnienie, a ta sytuacja pozwoliła jej sobie przypomnieć o tym, jak bardzo za nim tęskniła. Mimo wszystko uśmiechnęła się szeroko, wyciągając przed siebie różdżkę, niemalże instynktownie i automatycznie. Teraz patronus musiał się jej udać.
- Expecto Patronum! – wykrzyknęła.

_________________


Teach me how to fight, I'll show you how to win
Put me to the test, I'll prove that I am strong

♪♫♪♫
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Lut 24, 2015 10:11 am

Wilson uniósł wysoko krzaczaste brwi i patrzył na uczniów.
- Zaczynałem tracić nadzieję, że coś wam wyjdzie. - ponownie trzy razy uderzył łapskami o siebie w imitacji braw. Dlaczego? Bo kilku osobom w końcu wyszło coś porządnego. Machnął różdżką w powietrzu, a z ich oczu został zdjęty czar.

Pride - Tobie pierwszemu się udało. Po otwarciu oczu zobaczyłeś rozmazane kontury hieny. Nie była tak wyrazista, rozmazywała się, ale była cielesna. Pomknęła błyskawicznie przed siebie, bezszelestnie. Straciłeś ją po półtorej minuty - to trzeba poćwiczyć.
Whisper - a Ty zobaczyłaś słodką sarenkę. Kształtną, cielesną, żywą i wyraźną. Bardzo jasną i błyszczącą. Przez chwilę goniła Adolfa po sali, a gdy dog klapnął zębami, patronus zniknął.
Fimmel - Twoja ścisła więź z siostrą również pokazała swoją najmocniejszą stronę. Lisowate coś nabrało w końcu ciała. Zaklęcie rosło, tryskało oddzielnymi błękitnymi pasmami, latały wokół brzucha szakala, który usiadł wygodnie obok Ciebie na podłodze. Spojrzał na Ciebie, otworzył wąski pysk i powoli, niespiesznie zgasł.
Wilson S. - Twoje zaklęcie również zrobiło postęp. Jasne smugi rosły i sięgały daleko. Było ich mnóstwo, ale jeszcze się nie uformowały nawet w zarys. Ale to musi być coś dużego. Oślepiły Cię.
Cromwell - Zobaczyłaś długą szyję i skrzydła. Dałaś radę rozpoznać co to za ptak. Bardzo szybko przeleciał nad głowami wszystkich zebranych i jeszcze szybciej zniknął. Trzeba go dopracować!


Rozgardiasz w sali jakoś niespecjalnie mu przeszkadzał, skoro zobaczył większe postępy młodzieży. Uśmiechnął się do swojej córki, bo w końcu załapała. Pozwolił jej przez chwilę trzymać swój nadgarstek, ale nie wyjaśnił co się stało. Mruknął jedynie Spokojnie, malutka, gdy nikt na nich nie patrzył. Adolf rozwalał klasę, a gdy Wilson zobaczył minę Halla, aż się zatrzymał. Rzucił w psa zaklęciem i niechybnie jego dog leżałby i kwiczał. Usłyszał zdławiony krzyk Setha. Nie pytał niańkę o nic. Tylko rzucił na niego okiem, a pięć minut sławy Adolfa się skończyło.
- Hall, przejdź się spacerkiem po naszego drugiego gościa. - powiedział spokojnie, jakby nic nie robiło na nim wrażenia. Podszedł żwawym krokiem do psa, złapał go za obrożę i odwlókł od uczniów no i z dala od Halla. Przywołał Setha i poczekał aż jego syn przywiąże psa do sznura - smyczy. Adolf dalej ujadał, bo chciał zeżreć wszystkie patronusy w ramach zabawy. Przekazał wodze synowi, aby ten zapanował nad psiskiem. Nie obawiał się jakoś szczególnie, że to wielkie bydlę samo zapanuje nad jego synem, a nie na odwrót. Skinął głową chłopcu, aby ten powoli wyprowadzał psa i odprowadził go najlepiej do Hagrida. Pies zrobił to, co miał zrobić. Wszystkich obślinił.
- To, że wam się udało w końcu coś wyczarować nie oznacza, że macie przestać ćwiczyć. Prawie wszystkie są rozmazane i nie mają tego wewnętrznego blasku jaki powinien mieć silny, duży patronus, jak to widzieliście na zaklęciu Halla. - zgasił ich zapał, ale po jego minie dało się zauważyć, że jest zadowolony z postępów. Położył łapsko na ramieniu Skai i wskazał jej głową, aby usiadła przy reszcie. Niespiesznie podszedł do skrzyni i stanął obok niej.
- Nie ma tam bogina. Ale jest tam zła klątwa, pod której wpływem poczujecie trochę podobnie, jakbyście się czuli w starciu z dementorem.  Podobnie, bo w rzeczywistości jakbyście go zobaczyli, a uwierzcie mi, że zobaczycie go jeszcze  w tym roku, sikalibyście ze strachu. - zdradził im, że jeszcze w tym roku szkolnym dostąpią zaszczytu zajrzenia w paszczę dementora. Nie ułudy, a najprawdziwszego, działającego na każdego, niezależnie czy dorosłego czy młodzież. Jak na potwierdzenie jego słów skrzynia zawyła i gwałtownie zadygotała, jakby chciała jak najszybciej otworzyć swoje wieko i wypuścić na światło swoje tajemnice. Ale Wilson jeszcze jej nie otwierał. W ciągu kilku lekcji zostali pozbawieni po kolei kilku zmysłów: wzroku, węchu, a teraz zostaną pozbawieni słuchu, jeśli tylko gość numer dwa zaszczyci ich swoją obecnością. Drugiego w kolei po Irytku najbardziej upierdliwego i nieznośnego w tej szkole. Sam Wilson cierpiał niewymownie, gdy musiał być w jego towarzystwie. Schował różdżkę i zaczął masować lewe łapsko.

Od postu gościa nr 2 (zapraszam!) i Halla standardowo dwa dni na odpis do godzin wieczornych. Wolałbym do 26.02.
Zobacz profil autora
Alex Hall
avatar
Stażysta
Data przyłączenia : 21/05/2014
Liczba postów : 431
Skąd : Plymouth, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Lut 24, 2015 10:09 pm

Alex odetchnął cicho, niesłyszalnie dla kogoś kto nie stał w jego najbliższym otoczeniu, słysząc instrukcję Jareda. W głosie świeżo upieczonego szefa rzadko słyszało się spokój – Wilson nie był człowiekiem z natury sympatycznym, ba wydawać by się mogło, że robił wszystko, żeby wywoływać w innych jak najgorsze skojarzenia. Jego brak komentarza czy reakcji na rzucenie w doga zaklęciem podziałał na młodego aurora korzystniej niż wrzask i reprymenda. Choć adrenalina wciąż niezaprzeczalnie buzowała mu w żyłach, Hall kiwnął tylko głową w odpowiedzi na wydane polecenie i lawirując między uczniami wyszedł z sali.
Dopiero będąc dwa piętra niżej zdał sobie sprawę, że wciąż kurczowo zaciskał w palcach różdżkę, która rozgrzała się od jego dłoni. Cicho klnąc na siebie samego za ten brak opanowania wsunął przedmiot do kieszeni, przelotnie zerkając w stronę drzwi gabinetu Williama, gdy go mijał. Jak bardzo było z Alexem źle, że pomyślał, by wpaść do środka i zaparzyć sobie melisy z jednej z puszeczek w kolekcji przyjaciela? Pomysł szybko umarł, gdy mężczyzna przewrócił oczami, karcąc się za ten stosunkowo niegroźny idiotyzm. Nie przypominał sobie, by musiał kiedykolwiek pić uspokajające świństwa, czemu teraz miałoby być inaczej? Drogę na pierwsze piętro pokonał zadziwiająco szybko, a do opuszczonej łazienki dziewcząt nikt nie blokował mu dostępu. Nikt by się prawdopodobnie nie odważył.
W przybytku Jęczącej Marty był nie pierwszy raz od początku tego roku szkolnego – jakby nie patrzeć to właśnie Hallowi przypadła zaszczytna misja owinięcia sobie ducha dziewczyny dookoła małego palca. Żaden problem, dobra mieszanka genów zdecydowanie ułatwiała to zadanie, do tego trochę umiejętnie dobranych komplementów, ułożona naprędce serenada odśpiewana w uroczym towarzystwie niesprzątanych od dawna toalet...
- Marto, słodyczy ty moje! - rzucił już od progu, przywołując na twarz uśmiech firmowy nr 5 „zabójca niewieścich serc”. Stojąca na podłodze woda chlupała trochę pod ciężkimi butami. - Marto, mam ogromną prośbę i tylko ty jedna w całej szkole jesteś w stanie mi pomóc – ciągnął, gdy półprzezroczysta głowa dziewczyny wynurzyła się ponad jeden z sedesów. - Bo widzisz, jest taka sprawa...
Plan został przedstawiony szybko, konkretnie, Hall dorzucił do tego w bonusie rozanielone spojrzenie zielonych oczu. Marta w gruncie rzeczy nie była taka zła, gdy wiedziało się, jak ją podejść, by nie zaczęła wyć. Zbyt głośno. Kiedy duch zniknął w rurach, Alex niezbyt subtelnie popędził z powrotem schodami na szóste piętro, chcąc wpaść na chociaż kawałek przedstawienia. Zdążył w ostatniej chwili.
Zobacz profil autora
Jęcząca Marta
avatar
Data przyłączenia : 05/11/2014
Liczba postów : 12
Skąd : Łazienka dziewcząt na Pierwszym Piętrze

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Lut 24, 2015 10:18 pm

Marta była bardzo zdziwiona, kiedy bożyszcze ubiegłej dekady, Alex Hall zaszczycił ją swoją obecnością w łazience. I to jeszcze kilka razy, prosząc ją o przysługę, o której nawet nie myślała. Czyżby o niej sobie przypomniał? Miał taki cudowny głos, kiedy jej śpiewał, że naprawdę z trudem było myśleć o czymś innym i zgodziła się nie wiedząc nawet na co. A może planował samobójstwo i chciał, żeby ona później towarzyszyła mu przez wieczność, jako ukochana! To byłby naprawdę niesamowity początek ich wspólnego nieżycia. Nawet się nie spodziewała, że wszystko szło tak łatwo i pięknie! W końcu mogłaby być szczęśliwa u boku przystojniaka, na którego oczywiście zasługiwała.
I teraz znów przyszedł, prosząc ją o wypełnienie tego, o co ją wcześniej prosił. Miała zaszczycić innych swoją obecnością? Chcieli ją przyjąć do swojego kółka wzajemnej adoracji bez zważania na to, że była niematerialna? Cóż to za wspaniały, szczęśliwy dzień! Niesamowite! W dodatku może pozna kogoś, kto by się nadawał na jej męża, a to było przecież całkiem możliwe. Musiała więc się przygotować i co najważniejsze. Zrobić jak najlepsze wejście.
Przemieszczała się rurami kanalizacyjnymi, to był najlepszy sposób na dostanie się do miejsca, w którym chciała się aktualnie znaleźć. Bez żadnych naocznych świadków, tylko ona i rury, woda. Aż w końcu wleciała przez ścianę prosto do sali za Zielonymi Drzwiami. Okrążyła Wilsona i zatrzymała się tuż przed nim, pokazując czarnoskóremu mężczyźnie język.
- JARED! GBUR PIERWSZEJ KLASY, NADĘTY ŚLIZGON, KTÓRY NIE POTRAFI SIĘ UŚMIECHAĆ, JUŻ JA CI POKAŻĘ, JAK TO SIĘ ROBI! Chociaż jesteś tak brzydki, że pewnie nikt cie nie zechce – wrzasnęła mu prosto do ucha. Pokrzywiła się mu, robiąc kilka złośliwych min, a następnie wzbiła się w górę, aby stamtąd mieć najlepszy widok na wszystko. Zachichotała donośnie, po czym przyjrzała się każdemu z obecnych. Oczywiście robiąc najpierw słodkie minki w kierunku Alexa Halla. Pomachała mu, puściła oczko, a następnie posłała pocałunek w powietrzu.
Rozejrzała się dookoła, po czym jej spojrzenie padło na okna.
- Ponuro tutaj – stwierdziła, a zaraz później poszybowała w ich stronę, otwierając wszystkie po kolei tak zamaszyście, że większość z nich, uderzając o ścianę rozleciało się na miliony kryształowych, szklanych kawałków. Nie zwróciła początkowo uwagi, że pod ścianą, zaraz przy oknie siedziała panienka Cromwell. Marta tylko zachichotała, patrząc jak promienie nikłego już słońca oświetlają twarz Alexa. Był taki przystojny… I gdyby mogła, to z pewnością by go zabrała gdzieś daleko!
Zaraz… Czy jej oczy płatały figle? Ten chłopak… oh… Nie, tym razem nie było mowy o Hallu.

Vincent: Marta podleciała do ciebie zaraz po tym, jak tylko ujrzała twoje piękne, niebieskie oczy i cudowny uśmiech. Wlepiała swoje wielkie, wyłupiaste oczy w taki sposób, jakby miała ochotę cię pożreć. Okrążyła cię dookoła chichocząc i piszcząc ci prosto do ucha, aby zwrócić na siebie twoją uwagę. Nie sposób było ją przeoczyć nawet przy największych chęciach.
- Mógłbyś umrzeć, żeby być ze mną? Jesteś taki przystojny! IDEALNY dla mnie, IDEALNY! Będziesz od dzisiaj moim ulubieńcem! Jak się nazywasz? Oh, czekałam na ciebie wieki! WIEKI! Uważam, że martwy wyglądałbyś jeszcze bardziej pociągająco, niż żywy!
Wrzeszczała tak głośno, pokazując swoją ekscytację i fascynację tobą, że jej głos rozchodził się po sali echem, wbijając się jak igiełki prosto do uszu innych obecnych.

Porunn: Krzyki Marty wbijały Ci się w uszy najbardziej, szczególnie, że siedziałaś tuż przy obiekcie jej adoracji. Gdy duch w końcu zauważył i ciebie, wykrzyknął donośnie, chyba domyślając się, że coś cię z chłopakiem łaczy:
- OD DZISIAJ JEST MÓJ. UMRZE NIEDŁUGO, ŻEBY BYŁ ZE MNĄ NA WIEKI. ZROBI TO DLA MNIE, BO TAKA JEST SIŁA NASZEJ MIŁOŚCI! JESTEM LEPSZĄ, NAJLEPSZĄ PARTIĄ! IDŹ DO SWOJEJ SIOSTRY, CHOCIAŻ KAZIRODZTWO JUŻ WYSZŁO Z MODY!
Musiało zaboleć.

Isabelle: Ciebie Marta zobaczyła dopiero po chwili. Rozpoznała twoją sylwetkę i zostawiła na chwilę Vincenta, aby podlecieć i wykrzyknąć ci prosto w twarz, co o tobie myśli. Mogłaś się dowiedzieć wielu, wielu rzeczy.
- LADACZNICA! Umawiasz się z MOIM WATTSEM! – cóż za niesamowite powitanie – I.. I NIE TYLKO! Ten wielki, biegający boso, owłosiony GORYL TEŻ JEST W TWOIM POSIADANIU. CO TY MASZ, CZEGO JA NIE MAM!!!! – krzyki Marty wbijały się tobie do uszu tak bardzo, że mogła rozboleć od tego głowa. Duch przeleciał przez ciebie, przez co mogłaś poczuć jak niesamowite zimno uderza całe twoje ciało. Przynajmniej zostawiła cię w spokoju, chociaż jej krzyki wciąż można było usłyszeć.

Wanda: Miałaś przerąbane, gdyż duch żył (hehe) ostatnio tym, że zaczęłaś spotykać się z Lancasterem. Marta najpierw przeleciała przez twoje ciało, wywołując uczucie chłodu, aby następnie wrzasnąć słowa, których w takiej głośności słyszeć nie chciałabyś nigdy:
- ZŁODZIEJKA! ON JEST MÓJ, MÓJ! NIGDY, PRZENIGDY GO NIE DOSTANIESZ! NIE POZWOLĘ CI NA TO. Najpierw ROSIER, WATTS, O’CONNOR, A TERAZ JESZCZE HENRY! Wolałam już, jak się umawiał z tą mimozą Larsen, przynajmniej była dla mnie miła! NIE TO CO TY! PIECZESZ TE ZATRUDE CIASTKA A POTEM MU JE DAJESZ! JESZCZE UMRZE!

Skai: Marta podleciała do ciebie i spojrzała głęboko w oczy. Zaraz później wydawałoby ci się, że robi się cała czerwona na twarzy, chociaż to było niemożliwe – duchy się nie rumieniły.
- A TY MAŁA ZARAZO SPOTYKASZ SIĘ Z BOŻYSZCZEM LLOYDEM AVERYM! Jak, JAK mógł wybrać Ciebie zamiast mnie! – wrzasnęła, po czym spojrzała na twojego ojca, a następnie zniknęła, wlatując w sufit. Marta słuchała plotek, które rozpowiadały obrazy, to dzięki nim wiedziała dosłownie wszystko, co się działo w szkole.


Chwilowa cisza była jednak krótka, za krótka. Mała dziura w suficie, którą zrobiła specjalnie zaczęła przeciekać, aby zaraz później… rozpocząć wielką ulewę w mig oblewając każdego z uczniów oraz prowadzących. Co gorsza, żyrandol runął na podłogę, niedaleko uczniów, robiąc jeszcze więcej hałasu niż zwykle.
Wróciła, krzycząc w niebogłosy krążyła nad głowami uczniów, wykrzykując ponownie to samo, co wcześniej do każdego z nich.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/09/2014
Liczba postów : 104
Skąd : Londyn, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sro Lut 25, 2015 12:49 am

Po wypowiedzeniu zaklęcia mimowolnie otworzyła oczy, zapominając nawet na chwilę o oślepieniu. Rozchyliła lekko usta, gdy dotarło do niej, że Wilson zdjął z nich zaklęcie, a ona mogła dostrzec postępy swoich starań. Poczuła dziwne ukłucie w okolicach serca widząc przelatującego nad głowami ptaka. Patronus wydawał jej się piękny, choć wciąż jeszcze był ulotny i szybko zniknął. Ostatnim razem była już w stanie dostrzec duże skrzydła, tym razem ujrzała również długą szyję. Nie miała już wątpliwości, że jej patronus przyjmie formę łabędzia. Isabelle zacisnęła palce mocniej na swojej różdżce, próbując się nie rozpłakać. Świadomość tego, że mimo złego samopoczucia udało jej się poczynić postępy, działała bardzo budująco. Przetarła wolną dłonią policzek, zapominając nawet o ubrudzonych włosach. Nie przejmowała się tym co inni pomyślą, zapewne nie wyglądali lepiej od niej.
Przeniosła wzrok na Wilsona, który znów zabrał głos. Była ciekawa drugiego gościa, choć podejrzewała, że może jej się nie spodobać. Nie odezwała się ani razu, nie odczuwała takiej potrzeby. Przyjęła słowa aurora do wiadomości, a nawet klątwa nie zdołała jej jeszcze zbytnio zmartwić. Postanowiła, że obojętnie co by się nie stało, to sobie z tym poradzi. Musi.
Nie minęło zbyt wiele czasu nim swoją obecnością zaszczycił ich gość specjalny - Jęcząca Marta. Isabelle nigdy za nią nie przepadała, tak, jak chyba większość jej znajomych. Denerwowała ją użalaniem się nad sobą i wygadywaniem bzdur, których nikt nie chciał słuchać. Przez chwilę dziewczynie zrobiło się nawet żal Jareda, lecz sam sobie zasłużył na ogłuchnięcie, skoro pozwolił jej się tu pojawić… Ślizgonka nawet nie zdążyła się odsunąć, gdy po kolei każde z okien z głośnym hukiem zaczęło się otwierać. Pochyliła głowę, próbując pośpiesznie osłonić się rękami, lecz nie uchroniło jej to przed deszczem spadającego szkła. Cudownie! Tylko o tym marzyła. Posłała duchowi spojrzenie pełne nienawiści, którego ta martwa jędza i tak zapewne nie zauważyła. Izzy miała ochotę rozerwać ją na strzępy, co było oczywiście niemożliwe. Podczas gdy duch zajmował się uprzykrzaniem życia pozostałej dwójce Ślizgonów, panienka Cromwell próbowała strzepać z siebie drobne odłamki, nie kalecząc przy tym dłoni. Nawet nie chciała myśleć o tym, jakim cudem pozbędzie się tego z włosów.
Podniosła spojrzenie akurat wtedy, kiedy twarz cudownej martwej dziewczyny znalazła się tuż przed nią. Otworzyła usta, po chwili znów je zamykając. Z jej twarzy odszedł cały kolor, gdy słuchała zarzutów skierowanych tylko i wyłącznie do niej. Siłą woli powstrzymała się przed zasłonięciem uszu dłońmi. Przygryzła wargę, a dopiero posmak krwi i nieprzyjemne ukłucie bólu zdołały ją otrzeźwić. Nie miała zamiaru odpowiadać na zaczepki. Nikt nie powinien się dowiedzieć jak bardzo te słowa ją ubodły, szczególnie teraz. Marta przeleciała przez jej ciało, pozostawiając po sobie uczucie ostrego chłodu. Isabelle objęła się ramionami, pochylając się nieco do przodu. Chciała się pozbierać, powstrzymać uciążliwe drżenie. Czuła się paskudnie i marzyła tylko o tym, by się stąd wynieść.
Trwała w tej pozycji odrobinę zbyt długo, lecz gdy w końcu podniosła głowę, jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Przetrwa to. Choćby wszystko miało zacząć się walić, rozpadać na drobne kawałki, ona się nie podda. Zamknęła oczy, chcąc znów przywołać wewnętrzny spokój. Pomyślała o łabędziu, którego w końcu uda jej się wyczarować. Nawet Jęcząca Marta jej tego nie odbierze, choćby wylewała na nich hektolitry wody. Hałas w tle sprawił, że tylko nieznacznie drgnęła, nie otwierając nawet oczu.
Isabelle była zmęczona, wciąż odczuwała zimno, które doskwierało jej teraz ze zdwojoną siłą. Pewnie trzymała w dłoni różdżkę, chłonąc płynące z niej złudne ciepło. Ponownie zaczęła przywoływać najwspanialsze wspomnienia, skoro teraz tylko one były w stanie sprawić, że mogła się znów uśmiechnąć. – Expecto Patronum!
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sro Lut 25, 2015 2:22 pm

Czyli jak widać mordercze treningi dawały jakiś efekt, co? Skoro nawet mogli liczyć na oklaski i to w wykonaniu samej Wielkiej Czarnej Łapy, to już było coś.
Gdy ślepota zniknęła – ta jeszcze odruchowo mrugnęła kilka razy oczami przyzwyczajając się do barw, ruchów i blasku ja otaczającego. Momentalnie jednak zmrużyła ślepia widząc jak kształtny obłok powoli zamienia się w zwierzę – kopytne sądząc po smukłych odnogach. Sarna. Oczom panny Whisper ukazała się sarna. Zwykła, niepozorna, aczkolwiek szybka i słodka. Błękit odebrał jej mowę, a ona tylko zdziwiona i jednocześnie zachwycona obserwowała swój czar, swój pomiot, który rozhasał się po pomieszczeniu i pewnie przebiegłby jeszcze trochę, gdyby nie szczęki pewnego doga. Magia prysła, ale delikatne uczucie świeżości oraz nadziei pozostało. Innym jak widać też się udało – nie zwróciła jednak uwagi dokładniej komu co powychodziło, bo jeszcze zbyt zaaferowana była swoim dziełem. Cieszyła się, że i innym się udało – tak serio – serio, bez krzty zazdrości, od tak po prostu. W końcu przez te kilka lekcji ich grupa w niejaki sposób się zacieśniła, miała wspólnego wroga i chociaż tego nie było widać wszystkim im życzyła sukcesów. Przynajmniej jeżeli chodziło o wyczarowanie czegoś cielesnego.
Gdy się już otrząsnęła zauważyła tylko strużkę śliny ciągnącą się po podłodze, tak samo jak niezbyt zadowolona minę Halla, który na moment gdzieś zniknął. Widząc, że Skai może już na spokojnie się oddelegować na swoje miejsce, poklepała płytki podłogowe obok siebie, by znowu, choć na moment poczuć przy sobie jej obecność. Dalej nie wiedziała co znajduje się w skrzyni, ale biorąc pod uwagę fakt, że przytaszczył do Wilson, to na pewno nie mieściła w sobie cukierków i kwiatków. A szkoda, bo to byłby miły element popołudnia.
Przez moment zajęła się wyłącznie sobą, akurat w tej krótkiej chwili wytchnienia. Jeszcze raz wytarła skrupulatnie swoją różdżkę, sprawdzając, macając czy na pewno jest sucha. Potem wytarła ręce o sweter, który wymagał natychmiastowego prania i zerknęła w stronę drzwi akurat wtedy kiedy…
- O mamuniu. – Ironia w głosie Whisperówny była nader wyczuwalna, nawet przez nią samą. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie, zaraz przesiąknięte nutką ożywienia i irytacji. Co tutaj robiła ta wredna małpa? Czy naprawdę była częścią planu? Zatrzęsła się na samą myśl o niematerialnej istocie, która zaczęła robić co jej się żywnie podoba. Latała w te i we w te wrzeszcząc jak opętana, sypiąc sucharami jak z rękawa, śliniąc się najpewniej [hehe] na widok Jareda i innych. Obserwowała przerażona jak duch otwiera wszystkie okna nie bacząc na nic i na nikogo. Framugi trzasnęły o siebie nawzajem, a z zetknięciu się ze ścianami szyby po prostu pękły. Miliony, jak nie miliardy szklanych odłamków pomknęły na dół, wcześniej racząc ich wyjątkowym widokiem, który naprawdę mógł kogoś urzec. Tym kimś najpewniej była Whisperówna, która tylko otworzyła szerzej oczy, a wraz z tym usta przesuwając wzrokiem za dziwną, martwa dziewuchą, która robiła istny raban na lekcji, z której mieli wynieść coś więcej niż tylko załamanie nerwowe.
Krzyki Marty drażniły uszy nie tylko jej, ale i innych uczestników spotkania o czym przekonała się dosyć boleśnie. Przez moment spoglądała tylko na jej poczynania doskonale wiedząc, że ta nikogo nie oszczędzi – nie miała gdzie uciec więc ze zdziwioną miną tylko czekała na swoją kolej. Która nadeszła szybciej niżby mogła się spodziewać.
Poczuła momentalnie jak całe jej ciało przechodzi zimny dreszcz – zupełnie jakby znalazła się w stroju kąpielowym na Antarktydzie. Zacisnęła zęby i jęknęła, odruchowo obejmując się ramionami. To wszystko po to by wytrącić ich z równowagi, wiedziała o tym doskonale. Wiedziała o tym widząc zadowoloną minę młodszego aurora, na Wilsona nawet nie zwracając uwagi. To była tylko ich nędzna zagrywka – dlatego też Wanda obrała sobie za punkt hinoru nie zwracać na nich kompletnie uwagi. Znowu starała się wyciszyć i olewać wrzaski rozjuszonej Marty. Nawet jeżeli ta przeniknęła właśnie przez nią i wydzierała się jej do ucha skrzekliwie.
Nawet jeżeli jej krzyki dotyczyły jej chłopaka, o którym ostatnio intensywnie myślała. Wanda powoli pokręciła głową, chcąc wyrzucić niemiłe wspomnienia z łepetyny i przymknęła oczy by nie widzieć całego bajzlu. Miała kompletnie gdzieś o tym co myśli sobie Marta – mogła nawet zabić się raz jeszcze jeżeli to by jej pomogło czy ulżyło w cierpieniach. Odetchnęła głęboko, starając się wyluzować. Jeden głębszy oddech, drugi, kolejny, aż do momentu kiedy jej puls znowu nie powrócił na normalny tor i bieg. Zaczęła wyobrażać sobie kolejną, ot niezaplanowaną wizytę w bibliotece. Kiedy ona, jako jedna z ambitnych uczennic chłonie i pragnie wiedzy. Przemierza korytarzami, skręca w jedną alejkę, potem w kolejną, by znaleźć odpowiedni dział. Jakby krzyki złośnicy stały się cichsze? Kontynuowała mentalną wędrówkę. Jeden grzbiet księgi, drugi, kolejny. Zapach starego pergaminu unosił się w powietrzu, a ona mogła doskonale go poczuć, zaciągnąć się nim. Czuła pod palcami szorstki dotyk książek, obserwowała równe pismo, szyfr, literki układające się w słowa. Słowa układające się w zdania, akapity, rozdziały, tomy. Wszystko było jak żywe. Była tylko ona pośród tego co kochała najbardziej. Książki, słowa, powieści, podręczniki. Poruszyła lekko palcami ręki, czując również pod skóra drgające i falujące mięśnie. Drewno paliło ją delikatnie, powściągliwie chcąc dać jej znak, że jest już w pełni gotowa. Odczekała jeszcze moment, nie słysząc kompletnie niczego prócz własnego oddechu, wyważonego, cichego. Serce biło mocno, jak dzwon. Nie przeszkadzała jej nawet ulewa, która najpierw zasygnalizowana kilkoma kroplami wody potem lunęła na nich jak z cebra. Oczyszczenie. Katharsis. Odetchnęła głębiej, odchylając głowę do tyłu i pozwalając wodzie spływać po jej czole, policzkach aż do szyi i słodkie zagłębienia. Jej ręka chyba już w zwyczaju tak mając drgnęła, potem uniosła się wprawiając w ruch swój oręż. Nawet teraz, czując dziwną siłą w niej drzemiąca nie przejęła się zbytnio żyrandolem, który spadł niedaleko. Owszem, drgnęła, spięła mięśnie, ale to nie było czymś co mogło ją zdenerwować, co nie mogło zostać zlekceważone.
- Expecto Patronum. - Podniosła głos, by przekrzyczeć zarówno Martusię jak i ‘deszcz’ bębniący o ciała uczniów jak i podłogę. Teraz mogli jej naskoczyć, szczerze mówiąc. Wiara w jej własne marzenia, w jej własne umiejętności powróciła do niej z podwójną, jak nie potrójną siłą. Równie dobrze mogli kogoś mordować na uboczu, a ona zagłębiając się w odmęty swojej pamięci potrafiłaby wyciągnąć coś, co mogłoby ją uratować. Korzystne wspomnienia i fakt, że dziewczyna ma myśli i odczucia czyste jak łza spływały po niej, tak samo jak robiła to woda.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   

 

Zielone drzwi [Patronus]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 10 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... , 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Zielone drzwi [Patronus]
» Zatrzaśnięte drzwi
» Zielone niebo. To co nigdy nie powinno się zdarzyć.
» Studio Piercingu i Tatuażu
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
VI piętro
-