IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Zielone drzwi [Patronus]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3 ... 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 08, 2014 7:43 pm

Nauka patronusa Grupa I pt "Gumochłony".

Krótki regulamin zajęć:

Cytat :
1) Obecność obowiązkowa. Jeśli ktoś się zapisał, nie ma zmiłuj. Musi pisać na lekcjach, inaczej zostanie wywalony. A jeśli zostanie wypisany z 1 tury (nawet na lekcji 4- ostatniej lub 8-ostatniej), nie ukończy szkolenia i musi zapisać się od nowa na zajęcia. Wilson jest wredny. Nie toleruje spóźnialskich i jeśli ktoś spóźni się, wywali z zajęć.

2) Każdy uczeń na jednej lekcji musi napisać minimum 3 posty. Nie mam nic przeciwko większej ilości.

3) Nie obowiązuje kolejka.

4) Czas na odpisanie na post Jareda: 2 dni/48h (będzie podawana godzina) Na pojawienie się w temacie czekam do dnia 11.12. do godziny 19:00. (czwartek) Jeśli będą wszyscy, zaczniemy wcześniej. Jeśli ktoś spóźni się/nie zjawi się, zostaje wykreślony z listy.

5) Nikt nie ma 100% gwarancji nauki patronusa. Tutaj może ingerować MG. Jeśli MG ma kaprys, 15 latek nauczy się patronusa, a 17 latek nie. To rzadka umiejętność. Nad nauką patronusa czuwa Mistrz Lemur i nikt inny.

6) Jared Wilson to gbur. Wielki gbur. Uczulę, że jeśli ktoś mu mocno podpadnie, wyrzuci go z zajęć.

7) To jest lekcja pierwsza. Cudów oczekujcie na lekcjach ostatnich :) Tutaj będą przeprowadzane wszystkie lekcje.

8) Obowiązuje bilokacja.

9) W razie jakichkolwiek pytań, niejasności pisać na PW na to konto. To samo tyczy się z usprawiedliwieniem/poinformowaniem o odpisaniu z opóźnieniem.


Lista osób, które mają się stawić. Grupa "Gumochłony" - każda gr dostanie swój tytuł :D
1) Vincent Pride, Slytherin
2) Resa Anderson, Gryffindor
3) Thetis Mongerstern, Ravenclaw
4) Skai Wilson, Ravenclaw
5) Isabelle Cromwell, Slytherin
6) Wanda Whisper,  Ravenclaw
7) Porunn Fimmel, Slytherin
8) Przyjmę jedną osobę - kto pierwszy na PW



***
Sala jest pusta. Na zielonych drzwiach jest przyczepiony pergamin z wyżej wymienioną listą i samopiszącym piórem. Trzeba się podpisać przed wejściem. Klasa wypełniona jest ławkami i krzesłami, regałami, nic nadzwyczajnego. Nieużywana od dłuższego czasu, wszędzie widać kurz. Panuje tu duchota przez zamknięte okna. Na stole nauczyciela stoi popielniczka i nic więcej. Nie ma tu póki co nikogo oprócz brzęczącej muchy siatkoskrzydłej. Czas się schodzić!

PS/Edit:
* Nie ma limitu słów.
* Aktualny czas fabularny: pierwszy tydzień września.
* Godzina 13:32
* Asysta/Osoba do zeskrobywania ze ścian: Hall Alex
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 08, 2014 8:49 pm

Pierwsze dni w szkole minęły pannie Whisper bezproblemowo. Poznała kilku nowych uczniów, głównie tych pochodzących z pierwszej klasy, którzy kręcili się tylko w pokoju wspólnym, bądź też stali przed wrotami prowadzącymi do wyżej wymienionego pomieszczenia, nie wiedząc dokładnie jaka jest odpowiedź na zadane wcześniej pytanie. Szatynka życzliwie pomagała im, podpowiadała gdzie znajdą tego i tamtego nauczyciela, gdzie jest dana sala, czy gdzie szukać odpowiedniej książki w bibliotece. Mimo, że nie była Prefektem, to starała się jak mogła by pierwszaki od pierwszych dni polubiły szkołę i starszych Krukonów.
Jakiś czas temu otrzymała pierwszą informację dotyczącą nauki Patronusa, na której bardzo jej zależało. Zgodnie ze wskazówkami pierwsza lekcja ich grupy – grupy pierwszej odbywała się dzisiaj, w Sali na szóstym piętrze dokąd teraz udawała się Whisperówna. Wiedziała, że zajęcia odbędą się z niejakim Jaredem Wilsonem, o którym słyszała już wiele różnych opinii – głównie niestety negatywnych, co niezbyt dobrze wróżyło. Miała jednak nadzieję, że mu nie podpadnie – jak naprawdę będzie to nikt nie wie.
Dziewczyna znalazła w końcu zielone drzwi, za którymi miało odbyć się ważne wydarzenie i zanim przed nimi stanęła przeczesała palcami włosy, zerkając na listę osób znajdujących się na wysokości jej oczu. Zmarszczyła brwi lustrując po kolei każde nazwisko. O proszę, mieszanka wybuchowa. Wszystkie osoby znała – lepiej lub gorzej. Więc nie powinno być żadnego problemu. Chociaż gdy Wanda spojrzała kto znajduje się zaraz za nią na liście… Jęknęła rozczarowana i zacisnęła pięść aż jej kłykcie zbielały. Porunn… Ślizgońska dziewczyna, za którą niezbyt przepadała, a którą miała na pieńku, od niepamiętnych czasów… Niezbyt dobrze ją wspominała, dlatego też grymas niezadowolenia wykwitł na twarzy Krukonki, gdy ta sięgała po pióro, które zaraz wyczarowało piękny podpis informujący o tym, że właścicielka piwnych oczu melduje się na rozkaz.
Sprawdziła jeszcze raz kto będzie uczęszczał z nią na zajęcia i westchnęła ciężko – może nie będzie tak źle… Przynajmniej tak chciałaby wierzyć szatynka. Ona nie zamierza się narażać Ślizgonce, nie będzie odpowiadała na jej zaczepki kiedy faktycznie ma poważniejsze sprawy na głowie. Nauka, nauka, nauka, tylko to jest dla niej ważne. Cieszyła ją myśl, że spotka jednak koleżanki ze swojego domu, na które życzliwie spoglądała, więc… Zawsze jakiś pozytyw jest!
Zestresowana nieco nową sytuacją przedarła się do środka klasy, widząc, że jest zupełnie pusta, a jej jedynym towarzyszem jest irytująca mucha, która przeleciała jej ze dwa razy nad głową sprawiając tylko, że ręka Wandzi mignęła w powietrzu. Może uda jej się ubić tego pasożyta przed przyjściem kolejnych uczniów? Rozejrzała się powoli, oglądając z dystansem wszystko co się znajdowało w Sali. Biurka jak biurka, krzesła cholernie niewygodne, popielniczka, na której widok młoda czarownica się skrzywiła. Póki nikogo jeszcze nie było to korzystając z okazji zajęła miejsce w ostatniej ławce przy ścianie, czekając na resztę. W międzyczasie oparła łokcie o blat, a policzki o dłonie i westchnęła cicho rozkładając długie nogi przed siebie.
Może nie będzie tak źle… Zdawała się myśleć.
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 08, 2014 9:47 pm

Od trzech dni nie widziała ojca, korzystając z wolności pełnymi garściami. Plotkowała na przeróżne tematy, opowiadając jak mile spędziła wakacje. Nie miała żadnych problemów, aby pochwalić się przed koleżankami nauką samoobrony, na jaką zapisali ją rodzice. Zademonstrowała nawet dwa chwyty obezwładniające, co skończyło się piskami i wizytą w Skrzydle Szpitalnym.
Niczym myszka przebiegła przez korytarz na piętrze, podskakując co trzy kroki z wyciągnięciem lewej stopy w przód. Ostatnio ćwiczyła nowy układ, który chciała szybko zaprezentować Solei i usłyszeć, jakie jest jej zdanie na włączenie tego elementu do baletu. Zatopiona we własnych myślach, nuciła pod nosem i nie dostrzegała znajomych twarzy. Dopiero za drugim razem, kiedy koleżanka z Huffelpuffu zawołała za nią po nazwisku, przystanęła i zdezorientowana wróciła do rzeczywistości. Uśmiech nie schodził z twarzy nastolatki, która uściskała serdecznie dobrą znajomą i gdyby nie sylwetka Wandy Whisper, zapewne zapomniałaby o zajęciach z ojcem. Przeprosiła Puchonkę i zostawiła ją z obietnicą napisania sowy, biegnąc na spotkanie z nowym wyzwaniem.
Jak zwykle miała na sobie szkolny mundurek z nienagannie czystą spódniczką i balerinkami z miękką podeszwą, dzięki którym jej krok był sprężysty i powabny. Niemalże unosiła się na palcach, zadowolona z życia i powrotu do Hogwartu. Całkiem możliwe, że na samopoczucie Skai wpłynęła informacja przesunięcia jej szlabanu o kilka dni. Dziwnym trafem, dowiedziała się o tym godzinę temu.
Widziała Krukonkę wchodząca do sali, więc przyśpieszyła kroku z niespokojnym sercem. Czyżby się spóźniła?  Młoda WIlsonówna zatrzymała się przy drzwiach, chwytając za ich krawędź i wychyliła się, aby ukradkiem zerknąć do środka. Tego jeszcze jej brakowało, aby spóźnić się na pierwsze zajęcia jej taty! Westchnęła z ulgą, rejestrując tylko nadgorliwą Wandę w pomieszczeniu i czym prędzej wycofała się, podejmując decyzję o zostaniu na korytarzu. Postanowiła przywitać tatę w należyty sposób, ściskając go i całując, a to przecież nie było by dobrze widziane na lekcji. Zmarszczyła brwi i wydęła usta, zastanawiając się czy Jared nie skrzyczy jej zachowania, gdyby uwiesiła mu się na szyi. Znała dobrze swojego ojca i wiedziała, jak daleko może się posunąć. Bardzo często przesuwała ustawione przez niego granice, ale ostatnio był jakiś taki… bardziej drażliwy. Wrzuciła jednak przyczyny niezadowolenia do jednego worka z podpisem Praca aurora i potraktowała to jako element życia ojca, który nie był dla niej ani dostępny ani zrozumiały.
Zakręciła się wokół własnej osi, przyglądając wdzięcznie układającej się spódniczce i podpłynęła tanecznym krokiem do wiszącej na drzwiach listy. Musiała stanąć na palcach, aby chwycić za samopiszące pióro – przekonana, że musi się podpisać własnoręcznie. Jared Wilson zawsze powtarzał: „nie myśl schematami, bądź kreatywna i działaj”. Zrozumiała to w taki sposób, że aby zwiększyć swoją odwagę, musi pokonywać zakorzenione stereotypy i wykazać się śmiałością. Dzisiaj miała jej wyjątkowo dużo, chociaż serce biło jej coraz szybciej. A gdyby pan Filch stwierdził, że to wbrew regulaminowi? Zmrużyła powieki i zacisnęła wargi, spomiędzy których wyglądał koniuszek języka. Uwielbiała pisać serduszka nad literką „i”, dlatego korzystając z okazji znajomości nauczyciela, pozwoliła sobie na krztynę szaleństwa. Liczyła na to, że tata uśmiechnie się, widząc taki przyjemny dodatek przy swoim nazwisku.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/09/2014
Liczba postów : 104
Skąd : Londyn, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 08, 2014 10:57 pm

Rola Prefekta wcale nie była taka zła, jak początkowo wydawało się Isabelle. Z dnia na dzień coraz lepiej radziła sobie z nowymi obowiązkami, czerpiąc dziwną satysfakcję z nadanego tytułu. Mimo kilku nieprzyjemności, przez większość czasu noszenie odznaki napawało ją dumą. Nie zapominała przy tym o przyjaciółce i koleżankach – czuła się o wiele lepiej, mogąc znów porozmawiać z dziewczynami i nawet nie zauważyła jak bardzo brakowało jej ich przez wakacje. Kochała ojczyma i babcię, jednak nikt na dłuższa metę nie wytrzymałby w jej domu, a dzięki obozowi nie mogła widywać się zbyt często z Samuelem. Jakimś cudem udawało jej się go ostatnio unikać, tak samo jak Wattsa, choć nie była pewna czemu miało to służyć. Życie zdawało się takie proste bez tych dwóch Krukonów, ale siłą rzeczy czuła się do nich przywiązana (choć Bena czasem miała ochotę utopić w łyżce wody).
Ślizgonka nie była pewna, czy dobrze zrobiła, odważając się na naukę patronusa. Nie lubiła, gdy coś jej nie wychodziło, choć nie należała do osób niewierzących we własne możliwości. W drodze do sali, w której miały odbywać się zajęcia, śmignęła obok niej mała torpeda – rozpoznała przyjaciółkę Yumi, choć właściwie nie miała z nią zbyt wiele do czynienia. Musiała powstrzymać się przed parsknięciem śmiechem, patrząc na to, jak młoda Wilsonówna ukradkiem zerkała do środka pomieszczenia, by po chwili wrócić do listy z nazwiskami zapisanych osób. Cierpliwie poczekała, aż młodsza uczennica skończy pisać serduszka zamiast kropek nad „i”, po czym z uśmiechem się z nią szybko przywitała. Omiotła wzrokiem listę, z ulgą rejestrując nazwiska Porunn i Vincenta. No proszę, na pewno nie będzie zdana na nudne towarzystwo. Starannie się podpisała, by chwilę później wejść do pomieszczenia. Sala jak każda inna – ławki, krzesełka, regały… Tona kurzu. Czy nikt tu nie sprzątał? Isabelle podeszła do jednego z okien, chcąc je otworzyć. Nauka nauką, ale jako Prefekt miała obowiązek dbać o innych uczniów, a chyba nikt nie miał ochoty na duszenie się.
Dziewczyna strzepała niewidzialny pył ze spódniczki, odwracając się plecami do okien. Wtedy dopiero zauważyła siedzącą w ostatniej ławce Wandę. Znała ją tylko z widzenia i nocnych opowieści Porunn – a raczej ciągłego narzekania na Krukonkę. Izzy nie interesowała się zbytnio nieprzyjaciółką ślizgońskiej Fimmelówny, nigdy też nie dała jej odczuć jakiejkolwiek niechęci. Traktowała większość ludzi z dystansem, nie dopuszczając do siebie nikogo. Uśmiechnęła się delikatnie, witając się z Whisperówną tylko kiwnięciem głowy, po czym zajęła losowe miejsce w sali, czekając na przybycie pozostałych uczniów. Miała nadzieję, że Porunn niebawem przyjdzie, choć zapewne na widok Wandy nie będzie skakała z radości. Może być ciekawie, lecz Isabelle nie miała zamiaru pozwalać na jakiekolwiek kłótnie i nieprzyjemności, w końcu każdy musi w pewnym stopniu nad sobą panować. Wsparła twarz dłońmi, wbijając spojrzenie chłodnych oczu w wejście.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 789
Skąd : Norwegia Północna

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 08, 2014 11:23 pm

Porunn zapisała się na zajęcia tylko dlatego, żeby sprawdzić swoje umiejętności. Może nie była pewna do końca swoich zdolności przywoływania dobrych wspomnień, jednak zdecydowanie nie można było jej odmówić talentu do zaklęć i kombinowania na wszelakie sposoby. Uznała, że nie miała niczego do stracenia, chyba, że brało się pod uwagę stan zdrowia po starciu z samym Jaredem Wilsonem, z którym jej ojciec nie do końca się lubił. Żałowała jednak, że Aria znalazła się w innej grupie, tak mało czasu ostatnio spędzały ze sobą, że zupełnie nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Coraz bardziej się od siebie oddalały, a ich wspólne drogi w żaden sposób się nie krzyżowały. Porunn nie chciała jednak przyznać przed samą sobą, ale miała wrażenie, że z dnia na dzień traciła siostrę. Na szczęście, brak siostry na liście wynagrodziła obecność Isabelle, którą zauważyła przy drzwiach i wpisującą się na listę. Zanim jednak zdążyła do niej dobiec, dziewczyna zniknęła za zielonymi drzwiami, najwyraźniej jej nie dostrzegając. Fimmelównie albo się zdawało, albo jej koleżanka z dormitorium była ostatnio jakaś zamyślona. Może to wynik funkcji jaką pełniła. Prefekt Slytherinu co jak co, ale brzmiał niezwykle dumnie. Vincent też miał się zjawić na zajęciach, więc z chęcią by na niego poczekała przy wejściu, gdyby nie fakt, że tuż obok stała Skai Wilson, która najwidoczniej nie miała zamiaru się ruszyć i wejść do środka. Z irytacją na twarzy traciła mulatkę ramieniem, aby się odsunęła i sama chwilę później stanęła przy wcześniej wspominanych zielonych drzwiach i chwyciła za pióro, po czym wpisała się na listę tuż przy swoim imieniu. Nie pisała jakoś wybitnie ładnie, a podpis Skai zdecydowanie był… fantazyjny, w przeciwieństwie do tego jej. Podrapała się po brodzie i zmarszczyła brwi, rzucając młodej Krukonce chłodne spojrzenie.
Weszła do środka Sali i rozejrzała się dookoła. Wydała z siebie zduszony warkot, gdy spośród dwóch osób, które się tam aktualnie znajdowały, jedną z nich musiała być Wanda Whisper. Zacisnęła pięści i chwilę później je rozluźniła, zaczynając robić to miarowo, jakby w ten sposób chciała się powstrzymać od niepożądanych działań. W pierwszym odruchu miała ochotę wydłubać tej pannie oczy różdżką. Dziwne, że jeszcze tego nie zrobiła. Szybko więc znalazła się tuż obok Isabelle i pochyliła się nad nią, patrząc w oczy, jakby chciała jej tym sposobem powiedzieć wszystko, co ciążyło jej na żołądku. Wyszczerzyła zęby, znów wydając z siebie coś na wzór warkotu.
- Co za nieudacznica i plotkara tutaj robi? Ma jakieś dobre wspomnienia, po tym, jak jej ojciec kopnął w kalendarz? – wymamrotała na tyle cicho, aby tylko pani Prefekt Slytherinu usłyszała. Aż drżała ze złości, co chwilę spoglądając na drzwi, w nadziei, że najbardziej oczekiwana osoba zaraz się zjawi. Nie widziała go od śniadania, czyli jakieś parę godzin temu. Czasami nawet godzina mogła trwać wiecznie i wcale się nie uzależniła od obecności Pride’a. Po prostu było tak dobrze, wygodnie. I mogłaby mu opowiedzieć co nie co o uczniach, którzy figurowali na liście „do eliminacji”, którą miała zamiar w najbliższym czasie zacząć w końcu realizować.
- Duszno tutaj - zauważyła, po czym spojrzała na Isabelle, aby jeszcze zapytać: - To ty otworzyłaś okno? Dobrze, bo śmierdzi jakąś dziwną stęchlizną... - chciała mówić o wszystkim, nawet o pogodzie, aby tylko nie patrzeć na Krukonkę. Nie popierała jej zachowania względem swojej rodziny, szczególnie, jeśli się o niej mówiło w towarzystwie osoby trzeciej. No cóż, plotki z zawrotnym tempie się roznosiły po szkole.

_________________


Teach me how to fight, I'll show you how to win
Put me to the test, I'll prove that I am strong

♪♫♪♫
Zobacz profil autora
Vincent Pride
avatar
Zmarły
Data przyłączenia : 17/06/2014
Liczba postów : 234
Skąd : Orlean, Francja

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 08, 2014 11:59 pm

W natłoku ostatnich wydarzeń całkowicie zapomniał o zajęciach przygotowujących do wyczarowania własnego patronusa. Co prawda matka już zaczęła go uczyć i nawet bez tych zajęć zapewne by to szybko opanował dzięki niej, ale niestety czas, ma w zwyczaju bardzo szybko uciekać, szczególnie, kiedy jest potrzebny. Póki co był w stanie wyczarować biała chmurę, co mimo wszystko w przypadku takiego zaklęcia nie było nie wiadomo jak satysfakcjonującym osiągnięciem. Stać go było na więcej, dobrze o tym wiedział, więc widząc zapisy nie omieszkał skorzystać z takiego daru od losu. Im szybciej, tym lepiej, nigdy nie wiadomo kiedy ulubieni strażnicy Ministerstwa wkroczą do akcji, gdy on będzie w pobliżu. Będąc kimś takim jak Vincent należało zabezpieczyć się maksymalnie.
Od śniadania swój cenny czas poświęcił na badanie zamku. Piętro po piętrze, korytarz po korytarzu, sala po sali, jeśli tylko miał jak się do niej dostać. Na włamania jeszcze będzie czas, póki co musiał bardzo uważać na to, co robił. Wciąż dla znacznej większości uczniów był osobą nową, wyróżniającą się przez to z tłumu, a co za tym idzie - przykuwającą uwagę. Był non stop na potencjalnym celowniku, więc nie zamierzał nikomu dawać pretekstu do chociażby podejrzeń. Z tego, co zdążył zauważyć niektórzy i tak będą je mieli tylko i wyłącznie dlatego, że należał do domu Węża. Ich zamierzał ignorować, bowiem tym właśnie byli - ignorantami, sprowadzającymi osobiste zapędy i ambicje każdego ucznia do emblematu na szacie. Żałosne, ale cóż poradzić, mięso armatnie zawsze musiało istnieć pomiędzy tymi bardziej wartościowymi jednostkami, które będą go używać.
Zapomniał o zajęciach i nie przegapił ich tylko cudem, gdyż podczas wycieczki "zamkoznawczej" jego wzrok przykuły zielone drzwi. Podszedł bliżej i nagle go olśniło. No tak, Patronus. Spojrzał na listę uczestników, godzinę i z ulgą odnotował, że ominęła go nieprzyjemność spóźnienia się. Na dodatek Porunn i jej przyjaciółka z przedziału Hogwart Express znajdowały się już w klasie.
Nie marnując więcej czasu podpisał się prostymi literami, inicjały notując znacznie wyraźniej od pozostałych znaków. Następnie wszedł do środka, obracając w palcach różdżkę. Rozejrzał się powierzchownie po pomieszczeniu, unosząc brew na widok zaniedbania jakie sobą prezentowało. Jedne szkoły mają standardy, inne najwyraźniej nie. Podszedł z uśmiechem do dwóch Ślizgonek, na powitanie muskając kącik ust Porunn.
- Witaj, Wilczyco. Ty także, Isabelle. - zaczął obdarzając tę drugą intensywnym spojrzeniem rzucającym iskry, jednocześnie nie pozbywając się uśmiechu. - Taki stan klas to u was norma czy po prostu kiepsko trafiłem z pierwszym wrażeniem? Mam nadzieję, że nauczyciel wynagrodzi ten stan rzeczy. - dodał, zakładając ręce na piersi, nie przerywając zabawy różdżką. Zdecydowanie wolał stroje z Durmstrangu, w tych czuł się jak członek szkółki niedzielnej, ale co poradzić, taki wymóg.
Zobacz profil autora
Lloyd Avery
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 27/07/2014
Liczba postów : 80
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 12:00 am

Lloyd Avery nie należał nigdy do uczniów nadgorliwych. Lepiej byłoby go raczej określić słowami „zdolny, ale leń”. Leń w tym wypadku oznaczał notoryczne spóźnienia, szlabany za brak odrobionych zadań i wysoko zdawane egzaminy, nad którymi nauczyciele załamywali ręce i w głowę zachodzili nad uśpionym w paniczu Lloydzie geniuszu.
Ślizgon lubił przyswajać nowe umiejętności, gdyby jednak ktokolwiek z kadry dowiedział się o rodzaju owych umiejętności, chłopak nie zagrzałby długo miejsca w szkole magii prowadzonej przez Dumbledore’a. Zresztą, gdyby nie życzenie matki, zapewne nigdy nie trafiłby pod skrzydła starego, fiksującego na punkcie mugoli czarodzieja; mimo upływu lat i perspektywy ostatniej klasy, wciąż czuł niesmak do tych murów, do ojca – za to, że zdecydował się go tu posłać – i do otaczających go mieszańców. Nigdy specjalnie nie okazywał jednak tej niechęci, nauczony do trzymania swoich preferencji w ukryciu, do pielęgnowania ich w ciasnym kręgu znajomych, dla własnego bezpieczeństwa i komfortu działania w cieniu.
Nie było więc nic dziwnego, że organizowane w ramach zajęć dodatkowych lekcje patronusa zignorował z rozmysłem, doskonale wiedząc jakiego rodzaju towarzystwo przyciągnie ta gratka – szlamy, zdrajcy krwi, nic ciekawego.
Nie byłby jednak sobą, gdyby ciekawość nie zaprowadziła go na długich nogach w okolice Sali, w której odbywać miały się owe natchnione lekcje – trochę z nudy, trochę z chęci przekonania się kogo skusiły zaproszenia Wilsona powędrował więc w tamtym kierunku, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie jeansów. Rękawy jasnego swetra podwinął niedbale do łokci, malowniczym nieładem na głowie nie przejmował się zupełnie i z uśmiechem mrugał do mijających go Krukonek, gdy brązowe oczy uchwyciły sylwetkę tej, której od jakiegoś czasu szukał niecierpliwie w tłumie.
Nie mógł powiedzieć, że Skai Wilson nie była dziewczyną atrakcyjną; gęste, ciemne włosy, gładka cera, zgrabna, wiotka, poruszała się w sposób wyjątkowo przyjemny dla oka i uśmiechała tak zszokowana na jego widok, że Avery, oprócz fali rozbawienia wymieszanego z politowaniem, czuł nutę sympatii. Nigdy nie rozumiał dlaczego tak uparcie obserwuje go zza rogów i trybun na boisku, zamiast najzwyczajniej w świecie podejść – hogwardzkie dziewczęta były wyjątkowo nieśmiałe, o ile oczywiście nie były Ślizgonkami. Sama klasa i styl, choć Avery nie zamierzał zniżać się do dyskryminowania dziewcząt – zwłaszcza ładnych – ze względu na dom przydzielony im przez stary kapelusz.
Uniósł lekko brew, patrząc jak dziewczyna składa na liście podpis, krzywiąc się zabawnie i wysuwając koniuszek języka pomiędzy wargami. Powoli wyciągnął dłonie z kieszeni i podszedł bliżej, niespodziewanie chwytając Krukonkę w talii.
- Cześć, Wilson – mruknął cicho, gdzieś w okolicy jej ucha, a później cofnął się, znów wsuwając dłonie do kieszeni – zamierzasz uczyć się patronusa, czy tylko trenujesz autograf? – spytał z delikatną, pobłażliwą kpiną w głosie, uśmiechając się z rozbawieniem.
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 12:41 am

Pośpieszyła się z „lson” słysząc kroki zbliżających się osób i odwzajemniła szeroki uśmiech sympatycznej Ślizgonce, którą przecież znała z opowieści Samuela. Pomimo znakomitego humoru, nie potrafiła przywitać się inaczej i odsunęła się jedynie krok w tył, szturchnięta zaraz przez ramię Porunn. Jęk niemiłego zaskoczenia wyrwał się z gardła Skai, w ostatniej chwili opierając się o skrzydło zielonych drzwi. Wyprostowała się butnie i szykowała się do tupnięcia nogą, nie rozpoznając sylwetki Porunn Fimmel. Właściwie była tak przepełniona pozytywną energią, że zbierała siły i pod wpływem impulsu planowała zatrzymać niewychowaną uczennicę. Nawet nie było istotne to, że Skai była najprawdopodobniej najmłodszym uczestnikiem zajęć i miała bardzo małe doświadczenie w bezpośredniej konfrontacji. Zerknęła raz jeszcze na przywieszony pergamin i już, już stawiała piętę na posadzce, kiedy coś owinęło się wokół szczupłej talii.
Zapominając o oddechu pisnęła przeciągle na cały korytarz, chwytając odsłonięte, umięśnione przedramię napastnika. Zapach intensywnie odurzającej wody kolońskiej dotarł do umysłu Skai trochę zbyt późno, bo nastolatka zdążyła wbić paznokcie (kształtem przypominające migdałki) w skórę nieszczęśnika, zostawiając znaczne ślady. Solidna fala gorąca przeszła przez jej ciało mieszając się z paniką, a cała wiedza zdobyta podczas wakacyjnego kursu samoobrony legła w gruzach. Sparaliżowana słuchała nietypowego przywitania, a zimny pot oblał ją całą – Spencer wciąż znajdował się na pierwszym miejscu czarnej listy Skai. Zadrżała, wciąż pozbawiona oddechu i gwałtownie odwróciła się przodem do przeciwnika. Zdążyła z gracją uderzyć łokciem w klamkę z soczystym oskarżeniem „aua”. Rozmasowywała bolące miejsce z szeroko otwartymi oczyma, nie do końca dowierzając swoim oczom. Dlatego podniosła piąstkę do nich i przetarła je, mamrocząc pod nosem małowyraźne: - Tosentosentosen – niczym mantrę. Kilka kosmyków wydostało się z luźno splecionego warkocza, ozdabiając krągłą buzię Skai. Czar znakomitego humoru prysł niczym bańka mydlana, a dziewczę dojrzało czerwone ślady zostawione na ręce przystojnego ciacha. Kolejny oksymoron wyszedł z pełnych warg nastolatki, ale tym razem nie zatrzymał jej w miejscu. Śpiesząc z pomocą, chwyciła rękę Lloyda i przyciągnęła go do siebie. – Jejku, przepraszam, przepraszam! Przestraszyłeśmnie! – Troska wypływała ze słów, a rumieńce na twarzy z każdą sekundą powiększały się. Sarnie oczy zerknęły na niego z mieszanką przerażenia i radości, doszukując się śladów złości na twarzy chłopaka. – Jejku, jaka jestem... przepraszam! Naprawdę! – Wciąż trajkotała jak najęta, zaciskając palce na ręce Ślizgona, w ogóle nie rejestrując pytania zadanego tuż po nietypowym przywitaniu. Zapewnie minie kilka godzin, jak do umysłu Skai dobrze, że Lloyd Avery zwrócił na nią uwagę i przywitał się z nią w tak wyjątkowy sposób. Teraz była zbyt zaaferowana jego zdaniem o nieporadności nowej szukającej Ravenclawu, delikatnie gładząc palcami mini rany. Zupełnie tak, jakby próbowała je tym ruchem usunąć. Zażenowana bez reszty, uciekała przed jego spojrzeniem.
Zobacz profil autora
Lloyd Avery
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 27/07/2014
Liczba postów : 80
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 3:51 am

Nie byłby sobą, gdyby w duchu nie przyznał, że jej reakcja sprawiła mu nieco żartobliwą, lecz wciąż złośliwą radość. Spodziewał się jej jednak, dlatego nawet nie syknął, gdy Skai wbiła mu paznokcie w skórę, jeszcze na sekundę przed tym jak zrobił krok w tył, wycofując się z zasięgu morderczych paznokietków bardzo zaaferowanej nową sytuacją dziewczyny – nie przeszkadzało to jednak Ślizgonowi w kontemplowaniu dzieła swojej niecnej zasadzki, gdy panna Wilson czerwieniła się z minuty na minutę coraz bardziej, przecierała oczy zwiniętymi w pięści dłońmi i wyglądała na kogoś, kogo przed momentem potraktowano Confundusem.
Uniósł brew, posyłając jej zawadiacki uśmiech, a chwilę później podszedł bliżej, skłoniony ku temu nie tyle szarpnięciem – którego swoją drogą równie dobrze mógłby nawet nie zauważyć – a wyraźną paniką, jaka pojawiła się w oczach Krukonki. Chwycił ją delikatnie za nadgarstek i nachylił się, składając na jej palcach krótki pocałunek.
- Podobno kiedy boli, czujemy, że naprawdę wciąż kipi w nas życie. Nie przejmuj się, to nic. Przeżyję. Będę nosił te blizny z dumą i utrzymywał, że zdobyłem je w walce o cześć, chwałę i kufel Ognistej – mrugnął, wypuszczając rękę mulatki z uścisku. Wydawała się zagubiona, uciekała spojrzeniem i jąkała, a on stał nad nią jak kat nad dręczoną duszą i uśmiechał się pobłażliwie, śledząc wzrokiem ciemne loki, owalną buzię i migdałowe, duże oczy. Zabawna była ta mała i zabawny był atak paniki, jaki właśnie przechodziła, a chociaż Lloyd z natury nie lubił zdezorientowanych ludzi, Wilson sprawiała, że poza protekcjonalnym, wyczekującym opanowania spojrzeniem nie okazał jej irytacji.
- Naprawdę, już starczy tych głupot – powiedział w końcu, gdy dziewczyna nie przestawała trajkotać i chwycił ją delikatnie, acz stanowczo pod brodą, unosząc jej głowę by spojrzała mu w oczy – Nic. Się. Nie. Stało. Wilson. Teraz lepiej? – przygryzł wargę, kręcąc głową w bezgranicznym rozbawieniu, jednak z litości dla jej dumy nie roześmiał się w głos. Kroki na korytarzu rozlegały się coraz rzadziej, choć Avery miał wrażenie, że ktoś zmierza w tym kierunku, pokonując schody znajdujące się tuż za rogiem. Odsunął się od Skai, wsuwając ręce do kieszeni i wzruszył tylko ramionami.
- Jeśli chcesz mi to wynagrodzić, spotkajmy się po kolacji na Wieży Astronomicznej. I postaraj się skupić na zajęciach, patronus to poważna sprawa, nie ma żartów – posłał jej wyzywające spojrzenie, patrząc jak ziarenko, zasiane i pielęgnowane, powoli zaczyna wypuszczać pąki. Nieśmiało zieleniło się przy ziemi, jednak Ślizgon był pewny, że przynęta chwyciła.
Odwrócił się więc, jak gdyby nigdy nic i spokojnie ruszył w stronę ukrytego za jedną ze zbroi przejścia, skrótu znanego wszystkim, którzy lubili pospać dłużej i uniknąć jednocześnie spóźnienia się na zajęcia.
- Liczę, że się spotkamy, Wilson! – rzucił jeszcze na odchodne, popychając obrotowy kawałek ściany.

[z.t]
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 10:55 am

Dziewczyna zupełnie nie wiedziała gdzie ma posiać oczy, które usilnie próbowały wrócić na uśmiechniętą twarz Lloyda. Obawiała się tego łobuzerskiego uśmiechu z powodu zasłyszanych plotek. Przez zasłonę zdezorientowania próbowały przedostać się niewygodne myśli, które nie stawiały chłopaka w korzystnym świetle. Słyszała wielokrotnie o tym, jak podrywał tą, a potem tamtą i bała się bycia numerem cztery lub pięć. Poddawała się niezaprzeczalnemu urokowi szatyna, nieśmiało wyglądając ze swojej żółwiej skorupki. Teraz, kiedy w końcu czuła na sobie to prześwietlające spojrzenie, obdzierające z nieśmiałości i odbierające dech w piersiach – bagatelizowała wszystkie niekorzystne słowa, jakie kiedykolwiek usłyszała na jego temat. Z pewnością wypowiadała to dziewczyna zazdrosna o uwagę Lloyda, nie dość ładna i zgrabna, aby go zainteresować.
Nie bardzo rozumiała, po co chwycił ją za nadgarstek, doszukując się w tym jakichkolwiek śladów na agresywne zachowanie. Zimny pot wciąż krążył wesoło po karku mulatki, która nie zapomniała tak szybko o nieszczęsnym spotkaniu z pewnym bardzo niemiłym Krukonem. Starała się wykazać tymi resztkami zdrowego myślenia, które jej pozostały i uciekała wzrokiem w stronę butów, spłoszona bezpośredniością chłopaka. Ciężko, naprawdę ciężko było patrzeć na niego i pamiętać o ostrożności. Nie wierzyła w plotki, że ten uwodzicielski uśmiech może zwiastować nagły wybuch złości. Lloyd wyglądał na dobrą osobę, więc nią był, prawda?
Zapomniała o tym kim jest – a była córką aurorów – i z rozczuleniem przypatrywała się kształtnym ustom chłopaka, które pozostawiły ślad na jej skórze. Z opóźnieniem wysunęła rękę i przycisnęła ją do klatki piersiowej, z mieszaniną zdziwienia i niewypowiedzianego oskarżenia. Burzył cały spokój Sky, bez krztyny wyrzutów sumienia wpychając się do jej życia. Wystarczyło spojrzeć na błądzący grymas uśmiechu, aby ocenić stosunek dziewczyny do tego brutalnego wtargnięcia. Była całkowicie obezwładniona, przesuwając palcami po rozgrzanej skórze dłoni bez udziału świadomości. Nie była w stanie poruszyć się nawet o centymetr, wpatrując się w jego zawadiacki uśmiech.
Ze świstem połknęła powietrze i zacisnęła usta ze wszystkich sił w komiczny sposób, sarnimi oczyma spoglądając na drapieżnika przed sobą. Czekoladowe otwarte oczy wpatrywały się w twarz z niedowierzaniem, a Skai po raz kolejny zapomniała oddychać. Bardzo łatwo ulegała silniejszym charakterom, wprowadzając się w stan chwilowej dezorientacji, który mijał dopiero po kilku minutach. Potrząsnęła głową, aby opanować się szybciej niż zazwyczaj i stawić czoła niezwykle czarującemu spotkaniu. Uwięziona ciepłą dłonią na podbródku, przypatrywała się w iskry rozbawienia w jego oczach, ulegając mu coraz mocniej.
- Um… tak! – Nieomal krzyknęła, zasłaniając palcami swoje usta i opuściła wzrok, przypominając o ogromie głupoty, jaką się wykazała. – Tak. – Powtórzyła bardziej opanowanym tonem, wypuszczając ciężkie powietrze zauroczenia na zewnątrz. Najwyraźniej nie zamierzała odsłaniać jeszcze warg, przykrywając je obiema dłońmi. Zbyt roztrzęsiona i nieśmiała, przypatrywała się wesołym iskierkom w oczach z niezrozumieniem tak wielkim, że uśmiechnęła się życzliwie bez większego pomyślunku.
Dłoń i podbródek paliły ją nieomal tak samo mocno jak policzki, które z pewnością wyglądały jak plamy po trądziku – o tym była przekonana. W końcu, poprawiła kosmyk przysłaniający twarz i popatrywała na Lloyda „spod byka”. – Uhm… Przyjdę… – Wyszeptała z rosnącą pewnością siebie, a jej usta w końcu świadomie zmieniły ułożenie i ujawniły nieśmiały uśmiech, sięgający nawet oczu. Jak można się domyślić, nie przyszło jeszcze opamiętanie i dziewczynka gotowa była zgodzić się na wszystko, co powie Lloyd. Bezwiednie odprowadzała go spojrzeniem aż do momentu, kiedy zniknął za ścianą. Nawet zapomniała się pożegnać, sparaliżowana własną wyjątkowością.
- O mamusiu… – Jęknęła, zakładając dłonie na rozpalone policzki i cofnęła się, przywierając tyłkiem do ściany. Wpatrywała się przez długi czas w posadzkę, wracając myślami do spotkania sprzed chwili i na spokojnie oceniała swoje zachowanie. Niestety, nie wypadła zbyt dobrze – co skomentowała cichym „nieeee”. Pokręciła gorliwie głową, nie mogąc uwierzyć w zakończenie, o którym nawet nie śniła! Miała piekielną ochotę pobiec do sowiarni i wysłać notki do przyjaciółek, aby jak najprędzej umówiły się i obmyśliły plan zbliżającej się randki.
Randki.
Skai poderwała głowę i wybiegła na środek korytarza, sprawdzając czy aby na pewno Lloyd nie zamierza wrócić. Po sekundzie stwierdziła, że jednak nie i odprawiła dziki taniec radości (osoba numer 2) –

Machanie głową na boki nie było dobrym pomysłem ze względu na luźno spleciony warkocz. Ciężko byłoby odebrać Skai radość, która po kilku minutach dopiero opanowała się i czmychnęła do środka sali. Nie trzeba dodawać, że z szerokim uśmiechem i solidnymi wypiekami na twarzy?
Swoją uwagę skupiła na Wandzie, starszej Krukonce i podeszła do niej bezwiednie. Ravenclaw musi się trzymać razem, prawda?
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 12:45 pm

Nie minęła minuta czy dwie a drzwi się uchyliły i wyjrzała za nie ciemnowłosa główka Wilsonówny, która to rejestrując tylko kto przebywa w Sali zaraz się wycofała. Wanda nawet nie zdążyła otworzyć ust by się przywitać z młodszą koleżanką, bo ta szybko zniknęła jej z pola widzenia. Krukonka wzruszyła tylko ramionami i obserwowała salę dalej, czekając aż ta wypełni się jej grupą śmierci, jak ją lubiła nazywać w myślach. Grupa oryginalna, mieszcząca w sobie różnorakie osoby, nie do końca związane ze sobą w sposób szczególny. Wyjątkiem mogą być Ślizgoni, którzy z założenia trzymają się razem. Jak będzie teraz? Prawdopodobnie bardzo interesująco.
Wtem do Sali weszła jeszcze jedna dziewczyna – bodajże nowa Prefekt Slytherinu – przez chwilę szatynka mrużyła oczy starając się przypomnieć jej imię, bo słyszała je nie kilkukrotnie – o! To z nią kumplował się Samuel, jej kolega z klasy. To była Izzy, no tak. Widząc całkiem przychylne powitanie odpowiedziała jej lekkim uśmiechem i machnięciem ręki. Spojrzała jeszcze raz na nią, gdy ta otwierała okno wpuszczając powiew świeżego powietrza do dusznej klasy. Ona o tym wcześniej nie pomyślała, no cóż.
Cisza panująca w pomieszczeniu była niezwykle przyjemna, niekrępująca, toteż Wandzia pozwoliła sobie na obserwację równie zakurzonego sufitu, który nie prezentował niczego okazałego. Zielone drzwi ponownie się otworzyły, wpuszczając do środka osobę, na której widok niemal od razu skoczyło ciśnienie. Fimmelówna chyba zareagowała na Krukonkę tak samo, o czy mogły świadczyć zawinięte w pięść dłonie.
Właścicielka piwnych oczu jednak nie zrobiła nic niestosownego. Po prostu skinęła ciemną czupryną w stronę nielubianej Ślizgonki – widocznie nie miała ochoty na żadne scysje względem jej osoby. Starała się zachowywać spokojnie i nie dać się wytrącić z równowagi. Są tutaj nie po to by nawzajem się irytować, a by nauczyć się czegoś pożytecznego, co przyda im się w dalszym życiu. Jednocześnie starała się również opanować szybsze bicie serca, które utrudniało jej racjonalne myślenie.
- Wszystko będzie dobrze, spokojnie. Nic się złego nie dzieje. – Powtarzała sobie w myślach jak mantrę, zsuwając kciuk na chłodny metal obrączki jej ojca, o którym też zaraz pomyślała. Faktycznie, Whisperówna może mieć problem z odtworzeniem szczęśliwych wspomnień, chociaż biorąc pod uwagę jej ostatni wypad do kuchni w towarzystwie wesołego Puchona, to może się zmienić.
Wejście Vinca również zauważyła, ale jako, że ten ją zignorował to i ona postanowiła go nie witać. Znała go jedynie z widzenia, nie zamieniła z nim ani jednego słowa, wiedziała natomiast, że on i Porunn mają się ku sobie. Jeszcze chwila, a ta uśmiechnęłaby się do siebie, widząc ich słodki pocałunek. Uśmiech ten jednak byłby odrobinę smutny.
Przez te kilka chwil zajęła się swoimi myślami, sunąc nimi gdzieś daleko, poza tereny Hogwartu. Miała ochotę wybrać się gdzieś daleko, z dala od tych wszystkich problemów dnia codziennego… Oparta twarz na dłoniach tylko majaczyła gdzieś nieruchomo, a ciemne oczy przymknięte były powiekami. Wybrała bezpieczne miejsce, na samym końcu, z dwóch stron otoczona ścianami, więc było jej tu wygodnie. Nie zauważyła nawet kiedy do Sali ponownie zawitała córka aurorów i ku jej zdziwieniu – temu pozytywnemu podreptała do niej. Whisper uniosła spojrzenie, lekko zamglone na młodszą koleżankę i wygięła usta w sympatycznym uśmiechu, jednocześnie odrywając dłoń od policzka, który jeszcze przed chwilą podpierała. Wskazała jej miejsce obok siebie – byłoby jej przyjemnie gdyby ta usiadła akurat tutaj.
- Witaj Skai. – Mruknęła cicho, podczas gdy delikatny uśmiech rozświetlał jej buźkę. Sama również przyjrzała się młodej czarownicy, zauważając słodkie wypieki na jej facjacie. Ogólnie jakaś tajemnicza aura biła od tej mulatki, czym być może zarazi naszą nadgorliwą Krukonkę.
- Wyglądasz jakbyś właśnie wróciła ze spotkania z aniołem. Coś się stało? – Spytała szeptem, ciekawie przyglądając się dziewczynie obok. Wyglądała tak świeżo i uroczo. Szatynka spoglądała na nią uprzejmie, czując pod skórą lekką zazdrość. Czy ona nie potrafiła taka być w obecności reszty? Czy może Wilson zna jakiś złoty środek, lekarstwo na napady depresji i dołu?
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 2:37 pm

Ciężko było powstrzymać Skai chęć podskoków, mimo że tańczyła chwilę wcześniej na środku korytarza, tryskając dookoła energią. Usiadła na wskazanym miejscu, niemalże od razu przykładając chłodne dłonie do rozgrzanej twarzy. – Heeeej – rozmarzony szept pobiegł do uszu Wandy, a mulatka ani na moment nie przestawała się uśmiechać. Ciepło, jakie skumulowało się w klatce piersiowej dziewczynki nie chciało odejść,. Zupełnie tak, jakby serce planowało wyskoczyć na zewnątrz i oznajmić wszystkim, jakie jest szczęśliwe. Wsunęła skrzyżowane nogi pod krzesełko, niecierpliwie czekając na rozpoczęcie zajęć.
Zakryła usta dłonią, wyciszając chichot jaki wydobył się spomiędzy warg i posłała Wandzie speszone spojrzenie. Nie znała zbyt dobrze tej dziewczyny, ale nie widziała też przeszkód, aby podzielić się wesołą nowiną. Porównanie Lloyda do anioła było idealną wisienką na torcie, jakie uzyskała od losu. Przechyliła się na bok, odsłaniając usta w taki sposób, aby tylko Krukona usłyszała odpowiedź. – Idę dzisiaj na swoją pierwszą randkę! – Wesołe iskierki wręcz wyskakiwały z czekoladowych oczu, tryskając ogólną wesołością dziewczyny. Nie potrafiła powstrzymać się przed podzieleniem dobrą nowiną, utrzymując głos na poziomie szeptu. Podniosła dłonie i ułożyła je na ciemnoczerwonych wypiekach, zerkając pośpiesznie w stronę drzwi w obawie przed ojcem. Z pewnością zwróciłby uwagę na jej zachowanie i po lekcjach, zaprosił na rozmowę, z której nie potrafiłby się wykręcić. Wyciągnąłby z niej wszystkie informacje bez większego wysiłku, a wtedy mógłby zabronić jej spotykać się z Lloydem. To byłoby okropne.
Zazwyczaj Skai byłą empatyczna i interesowała się humorem osób, z którymi rozmawiała. Teraz coś zaszwankowało i popatrywała na Wandę bez krztyny zainteresowania jej samopoczuciem, zbyt zaaferowana własnym szczęściem. Westchnęła z zachwytem, splatając dłonie na padołku i wyprostowała się z tajemniczym błyskiem w oczach. – Jeszcze nigdy nie byłam na żadnej randce! – Powtórzyła do samej siebie jeszcze ciszej, aby koleżanka obok nie słyszała wszystkiego. Zaszurała krzesłem, odwracając się przodem do Wandy i z przestrachem na buzi, spytała: - Co ja mam robić? Ja nie mam zielonego pojęcia, jak się zachowuje na rande. – Radość mieszała się z paniką nieustannie, a Skai pokręciła przecząco głową odpychając od siebie niewygodne myśli. Ale zamiast spojrzeć w oczy Wandzie, uporczywie wpatrywała się w zaciśnięte na udach piąstki. – Przecież ja się tam wydurnię przed nim… – Oczywiście Skai nie miała problemów z dzieleniem się swoimi przemyśleniami z innymi osobami, ale nie zawsze było to dobrze postrzegane. Tym razem nawet nie zwróciła uwagi na to, czy Wandę interesuje to co mówi, czy nie. Po prostu trajkotała z przejęciem bez większego ładu i składu.
Do dyspozycji miała wszystkie numery „Lustra” od 1972 roku, więc postanowiła je przejrzeć zaraz po dotarciu do dormitorium! I jeszcze mogła wysłać sowę do tajemniczego Kapitana i Marynarza, aby poprosić ich o dobrą radę. Plan wydawał się jej znakomity, ale i tak wpatrywała się przejęta w rozmówczynię. Przegryzając dolną wargę, uniosła brew i tym grymasem próbowała zachęcić ją do udzielenia kilku dobrych rad. W końcu Wanda miała już 17 lat i miała większe doświadczenie z chłopcami niż 15latka.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 3:18 pm

Jak to dobrze, że młoda Wilsonówna postanowiła się do niej dosiąść. W takim wypadku nie musiała oglądać twarzy uczniów spod domu Salazara, przez co perspektywa spędzenia tutaj kilku godzin wydawała się całkiem atrakcyjna. Słodki szept omiótł jej uszy, a usta Krukonki rozciągnęły się jeszcze bardziej. Ach, więc chodzi o chłopaka. Wanda mogła się tego domyśleć, sądząc po wypiekach na twarzy o rozmarzonych oczach mulatki. Kiwnęła burzą ciemnych włosów dając do zrozumienia, że rozumie co się tutaj dzieje i przybrała minę mędrca, starszej koleżanki doświadczonej przez życie i los.
- Oho. To gratuluję! – Mruknęła tylko do dziewczyny, która roztaczała wokół siebie taki entuzjazm, że i ta zaczynała powoli go podłapywać. Przysunęła się bliżej koleżanki i oparła ponownie policzek o dłoń, starając się nie roześmiać. To było takie urocze, kiedy ona przejęta spoglądała na nią, czując pewnie jak jej serce wyrywa się do tańca i śpiewu. Nie wiedziała kim jest szczęśliwiec, który zabierze Skai na randkę, ale mimo wszystko postanowiła doradzić co nieco. Specem od spotykania się z facetami nie była. Mimo siedemnastu lat nie była uznawana wśród chłopców za niewiadomo kogo. Ona również siebie tak nie postrzegała. Była zwykłą Krukonką ze swoimi problemami, chociaż … od czasu do czasu jakiś cichy amator się znajdował. No, nie mówiąc już o Gilgameszu, który akurat za obiekt westchnień wybrał właśnie ją. Czy uczucie, które do niej żywił były prawdziwe? Tego się chyba nigdy nie dowie, o to co ten wyprawiał poza czasem ich spotkań… Lepiej tego nie opisywać. Przed oczami szatynki zamajaczyła właśnie twarz Niemca, a kącik jej ust zadrżał ledwo zauważalnie. Mimo wszystko nie mogła odmówić mu urody czy talentu do zdobywania niewieścich serc. Jej serca nie zdobył, ale gdyby tylko dała mu więcej czasu to kto wie? Odrzuciła od siebie obraz Grossa i zwróciła piwne oczy na ciemną facjatę towarzyszki.
- Hmm. Wiesz… Musisz podejść do tego na spokojnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Skoro chłopak zaprosił Cię na randkę to jest Tobą zainteresowany i mu się podobasz. To wiele znaczy. Nie każdy jest w stanie zdobyć się na takie zaproszenie. – Przechyliła się w stronę młodszej dziewczyny i szepcząc odpowiedziała jej co uważała. Chłopcy bywali różni. Macho, nerdy, kujony, sportowcy i wszelkie połączenia tych wszystkich maści. Bywali także Ci spokojni, nieśmiali, którzy za nic nie zaprosiliby dziewczyny na randkę. [Tutaj przez chwilę Whsperówna pomyślała o Henry’m] Wybranek Skai musiał być jednak wyjątkowy, skoro ta na niego tak reagowała, co w gruncie rzeczy cieszyło szatynkę. Wolała oglądać uśmiechnięte twarze znajomych, a już zwłaszcza te ze swojego domu.
Popukała palcem o dolną wargę i zerknęła kątem oka na córkę aurorów, jakby starała się znaleźć odpowiednie słowa czy też rady.
- Hej, dobra. Ubierz się ładnie i bądź po prostu sobą. Jeżeli polubił Cię taką jaka jesteś to nie ma sensu odwalać przed nim, że jesteś taka, a taka. Bądź naturalna, a wszystko potoczy się własnym rytmem. Tu nie ma jakiś szczególnych zasad czy reguł. – Kolejny szept wypowiedziany tak, by tylko uszy ciemnoskórej niewiasty zdołały rozczytać wypowiedź, która padła spomiędzy warg Wandy.
Nie uważała siebie za specjalistkę w tych sprawach, w końcu nie miała stałego chłopaka, ale sądziła, że tak należy właśnie się zachowywać. Być na luzie, nie udawać nikogo. Być szczerą. Wzruszyła po chwili ramionami i zamyśliła się.
- A kto to w ogóle jest? – Uniosła jedną brew i bystro spojrzała na Skai, starając się również domyśleć kto też ją zaprosił. Czyżby ktoś z Ravenclawu?
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Wto Gru 09, 2014 8:34 pm

Dostrzegła delikatne zamyślenie Wandy, nie podejrzewając jak wiele zdziałała jej obecność na zajęciach z nauki patronusa. Przychodząc tutaj, spodziewała się ciężkiej pracy i wyczerpującej nauki, szczególnie patrząc na nazwiska zapisanych osób. Była najmłodsza w grupie, a znając wymagania i ambicje Jareda Wilsona, nie obniży poprzeczki dla swojej córki, wymagając od niej więcej. Nawet nie przestraszyła się swoich myśli, pozytywnie podbudowana rychłym spotkaniem z Lloydem i założeniem najładniejszej sukienki, jaką miała w kufrze. Wanda zawsze była dla niej czymś w rodzaju autorytetu – miała wianuszek adoratorów, dobrze się uczyła, była twarda (przynajmniej takie sprawiała wrażenie, skoro straciła rodziców), miała piękną cerę i cudnie włosy.
Szeroki uśmiech nie schodził z twarzy mulatki, powiększając się przy każdej wypowiedzi Wandy. Zmieniła swoje nastawienie przy uważnym wysłuchiwaniu dobrych rad starszej koleżanki, przegryzając wewnętrzną stronę policzka, aby nie przerwać w połowie głupiutkim pytaniem. Wiedziała od dawna, że Lloyd jest odważny. Z całą pewnością musiał być, skoro odważył się podejść co córy Jareda i Katherine Wilsonów, narażony na gburowaty atak ze strony tego pierwszego aurora. Sky nie przejmowała się ewentualnym wtargnięciem ojca w swoje życie prywatne, zbyt zaaferowana przeglądaniem w myślach całej swojej garderoby. Do tego z pewnością wróci podczas uważnej rozmowy z Yui albo Arią, podczas kolacji. – Ale ja nie potrafię tak… – jęknęła z bezradnością, wzruszając ramionami i rozkładając ręce – na spokojnie.
Pod wpływem silnych emocji panikowała i nie wiedziała, za co ma się zabrać, aby wyratować sytuację. Często uchodziła za histeryczkę, która potrafiła jedynie piszczeć i płakać, niemalże na zawołanie. I właśnie to zmywało jej sen w powiek – naturalność, która może się nie spodobać Lloydowi. Wydęła w zamyśleniu usta, przekrzywiając je w lewą stronę. Czy rzeczywiście wpadła w oko Ślizgonowi tak mocno, jak twierdziła Wanda? Założyła kosmyki włosów za uszy, intensywnie wpatrując się w oczy towarzyszki.
Umknęła spojrzeniem w stronę stojącej przy oknie grupki Ślizgonów, a gorąca fala znów rozlała się po klatce piersiowej nastolatki. Westchnęła, a po drobnej zmarszcz między brwiami można wnioskować, jak ciężko było jej podjąć decyzję. Przeskoczyła wzrokiem na starszą koleżankę i z powrotem na Vincenta Pride’a, walcząc z wątpliwościami. W końcu ułożyła niespokojne dłonie na przedramieniu Wandy i pochyliła się w stronę jej ucha, zakrywając je dłonią. Wolała, aby nazwisko chłopca nie było znane każdemu. – Lloyd Avery - po czym zapadła cisza, a Skai wpatrywała się w twarz naprzeciwko, doszukując się zdradliwych skurczy mięśni, które naprowadziłyby ją na tor myślenia Wandy.
Zobacz profil autora
Resa Anderson
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 392
Skąd : Clonmel, Irlandia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sro Gru 10, 2014 8:02 pm

Cały poranek zdawał się trwać w nieskończoność. Choć pogoda była przepiękna i słońce rozgrzewało błonia, na myśl o lekcji Zielarstwa krzywiła się z niesmakiem. Od samego rana z niecierpliwością czekała na tylko jedną lekcję - zajęcia, na które zapisała się razem z Thetis. Dodatkowe lekcje, na których miała nauczyć się patronusa.
O zaklęciu słyszała już niejednokrotnie i zawsze strasznie ją ciekawiło. Było skumulowaniem najczystszej, najpiękniejszej magii, mogło rozgonić nawet najgęstszy mrok, patronus bez zahamowania stawiał czoła dementorom, by lojalnie chronić "właściciela". Świadomość, że być może uda jej się opanować tak potężne zaklęcie sprawiała, że czuła delikatne mrowienie w koniuszkach placów, zachęcające do sięgnięcia po różdżkę. I nawet wizja gburowatego Wilsona jako nauczyciela nie mogła jej zniechęcić.
Kiedy w końcu skończyły się eliksiry, których zazwyczaj nie miała ochoty opuszczać, spakowała książki do torby i popędziła do umówionego miejsca, którym była jedna z nieużywanych od dawna sala. Podejrzewała, że Wilson wyznaje zasadę "bądź pięć minut przed czasem, a będziesz punktualnie. Przyjdź o umówionej godzinie, a w moich oczach będziesz spóźniony" i zajęte w klasie miejsca potwierdziły tę teorię. Już-już miała wchodzić, ale zauważyła listę przyczepioną do drzwi.
- Teresa Anderson, siódmy rok - powiedziała do samopiszącego pióra i jeszcze skontrolowała czy aby na pewno zapisało wszystko poprawnie - nie bardzo ufała tym wymyślnym przedmiotom.
W końcu wpadła do sali. Miała delikatnie zaróżowione z podekscytowania policzki i rozwiane od biegu przez sześć pięter włosy. Poprawiła krawat szkolnego mundurka i przywitała się z ludźmi, którzy znajdowali się w środku, po czym odnalazła wzrokiem ławkę, która dla niej wydała się być położona w dobrym miejscu i do niej właśnie podeszła. Wyciągnęła różdżkę i niewerbalnym Tergeo usunęła kurz z krzeseł, oraz ławki.
W końcu usiadła i zastukała palcami o drewniany blat. Czekała na Thet i miała nadzieję, że przyjaciółka się nie spóźni.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   

 

Zielone drzwi [Patronus]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 11Idź do strony : 1, 2, 3 ... 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Zielone drzwi [Patronus]
» Zatrzaśnięte drzwi
» Zielone niebo. To co nigdy nie powinno się zdarzyć.
» Studio Piercingu i Tatuażu
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
VI piętro
-