IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Zielone drzwi [Patronus]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sob Gru 13, 2014 6:23 pm

Reagowali identycznie. Posyłali mu mordercze spojrzenia, przewracali się na tyłki i tylko kilka osób w porę zorientowało się co się dzieje. Miał ochotę parsknąć śmiechem, gdy Fimmel leżała na Cromwell, ale darował sobie to. Nie ma czasu na żarty, oni mają się tutaj uczyć. Inaczej lekcje nie będą miały sensu. Może byli i rozczarowani takim początkiem, jednak Jerry'ego nie obchodziła ich opinia. Musieli się nauczyć walczyć z obcymi bodźcami, to bardzo istotne. Wydobycie z siebie czystej energii i przemienienie jej w zwierzęcego patronusa było ponadprogramowym materiałem. Tego nie uczą w szkołach. Tego uczą aurorzy, gdy na świecie dzieje się coraz gorzej i młodzi muszą umieć się ochronić. To było bardzo ponadprogramowe zadanie, wykraczało poza ich umiejętności. Potrzebowali sporo wysiłku, aby temu podołać.
Twarz mu stężała, bo Skai nie dość, że nie zareagowała wystarczająco szybko, a przecież po coś trenowała quidditch i samoobornę, to teraz leżała na tyłku i skomlała. Wolałby, aby była twardsza. Przypomniały mu się słowa Katherine, że to jeszcze dziecko. Patrzył w jej ciemne, odziedziczone po nim oczy i doskonale wiedział co się z nią dzieje. Złość, rozczarowanie, że nie jest taki jak na Grimmauld Place, irytacja. Pierwszy raz widziała go podczas pracy, nie znała swego ojca z tej strony. Nic nie powiedział. Poznała prawdę, że plotki o nim nie tylko są prawdą, ale też, że rzeczywistość jest o wiele gorsza. Święty nie był.
Uniósł wysoko brwi zaskoczony Hallem. Skinął mu głową stwierdzając, że to dobry pomysł wyc im nad uchem, skoro miał na to siły. Wilson by się tak nie wysilał, skoro przytaszczył wczoraj wieczorem pomoce dydaktyczne i ukrył je w skrzyniach za regałami na końcu klasy. Auror stuknął w tłuczek różdżką dwukrotnie, czarując go tak, aby latał tuż nad głowami podopiecznych. Nie uczyni im krzywdy, a będzie sprawiać takie wrażenie przelatując tuż obok ich uszu.
- Zero pytań? Kto by pomyślał, że jesteście tacy doinformowani, Gumochłony. - zakpił i poszedł na środek klasy. Zaciągnął się cygarem trując powietrze w klasie, przechadzając się między uczniami. Ślizgoni wzięli się do roboty, co mu się spodobało. Sam należał do tego domu za młodu. Ci potrafią zagryźć zęby i udowodnić, że pokonają wszystko choćby mieli mordować wzrokiem swego wroga i życząc mu największych katuszy. Krukoni próbowali się skupić, a szło im to opornie, a nie mieli zbyt wiele czasu, aby się zebrać w sobie i odciąć.
- Tylko Slytherin robi postępy. Reszta, brać się do roboty. Nie ma czasu na żale i zabijanie mnie wzrokiem. Zostawcie sobie to na później. - głośno przebił się przez wycie Halla, radio i świsty przecinanego tłuczkiem powietrza. Przeszedł nad Skai, posyłając jej znaczące spojrzenie, aby chociaż próbowała. Uchylił jedno okno. Tylko jedno, te najbliżej własnej córki. Bez słowa. Ruszył dalej na drugi koniec klasy i odrzucił płachtę odsłaniając ciasną klatkę z bahankami. Uciszył je i spowolnił wczoraj zaklęciem. Wyjął klatkę i wypuścił tuzin stworzeń do klasy. Dwa ruchy różdżką i uwolnił je z zaklęć, aby były sobą. Wrednymi szkodnikami utrudniającymi żywot. Rzuciły się w różne strony świata, brzęcząc i sycząc. Kolejne cios w koncentrację, jakżeby inaczej. Narobiły hałasu, zrobiło się ich multum. Co innego dym tytoniowy i wycie Halla, a co innego małe żyjące upierdliwe stworzenia.
- Macie się na to wszystko wyłączyć. To musi być silne. Macie zapomnieć, że tutaj jesteście. Bahanki to tylko dekoracja. - stanął nad Krukonkami, patrząc na nich znacząco. I surowo, bo nie podobało mu się, że miały jeszcze otwarte oczy i oglądały co się dzieje w klasie. Nie wypełniają zadania.
- Patronus to czysta energia i ma ona wam uratować tyłki. Musicie ją przywołać w najgorszych sytuacjach. Nic nie może was rozproszyć, bo zginiecie. - mówił prosto z mostu, starał się im wytłumaczyć, że to nie są przelewki. Aurorzy, aby pojąć naukę tego zaklęcia, przechodzili podobne szkolenie. Trudne, aby zachować zimną krew, koncentrację, skupienie i uwagę w sytuacjach bardzo stresujących, niebezpiecznych. Obecna tu młodzież nie musiała być aurorami, ale musieli mieć siłę, żeby wyczarować zaklęcie patronusa, choćby umierali. Od tego zaczyna się klątwa.
Jakieś coś przypałętało się do jego szaty. Czuł szarpanie z tyłu i gdy się obejrzał ujrzał zdradzieckiego szkodnika żującego jego odzież. Westchnął i nic z tym nie zrobił. Dalej chodził między uczniami, palił i z rozbawieniem w ślepiach oglądał powstały rozgardiasz. A gdyby tak zawołać tutaj Irytka? Nie, jeszcze by się obrócił przeciwko niemu, a na to Wilson nie miałby cierpliwości.


Ok, uznaję "post" Thetis. Czas na przynajmniej jeden post do poniedziałku do godziny 20.


Ostatnio zmieniony przez Jared Wilson dnia Sob Gru 13, 2014 6:37 pm, w całości zmieniany 3 razy
Zobacz profil autora
Gall Anonim
Mistrz Gry
Data przyłączenia : 28/08/2014
Liczba postów : 124
Skąd : ZSSR

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Sob Gru 13, 2014 6:30 pm

Szalony atak BAHANEK! Stworzenia rozprysnęły się po całej sali w poszukiwaniu wszystkiego, co mogłoby zastąpić zasłony. A co było najbardziej atrakcyjne? Ubrania!
Wanda - w trakcie wspinaczki po twoich plecach, bahanka wczepiła się w twoje włosy i zaczęła szamotać w nich, najwyraźniej plącząc się w misternie utkanej pułapce
Thetis - miałaś więcej szczęścia, bo stworzonko dopadło do twojego rękawa mundurka i zaczęło go zjadać
Skai - bahanka postanowiła upolować na bransoletki, które dostałaś od przyjaciółek
Resa - stworzenie zdecydowało, że wepchnie się do rękawa i złoży tam jaja
Pournn - miałaś o wiele mniej szczęścia, bo bahanka od razu przystąpiła do ataku i ugryzła Cię w kolano
Vincent - bahanka ciągnie Twoją rękę w powietrze, skoro tak chętnie ją wyciągasz.
Isabelle - Twój krawat wydał się bahance najlepszą huśtawką na świecie, więc to własnie jego się uczepiła
Alex - Tobie bahanka szpera przy sznurówkach, podjadając końcówki
Jared - uczepiła się Twojej szaty i zaczęła wyżerać tam dziurę

Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 789
Skąd : Norwegia Północna

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 7:43 pm

Porunn otworzyła oczy niemalże natychmiast, wyrwana z letargu. Zamrugała, nie mogąc w pierwszej chwili wychwycić co się tak właściwie działo. Dopiero w chwili, gdy stworzenie zaczęło ciągnąć siedzącego obok niej Vincenta za rękę, rozpoznała je. Bahanki często nawiedzały piwnicę i strych w jej domu, dzięki czemu nie miała problemu z ich identyfikacją. Małe, wkurzające stworzenia, które robiły wszystko, żeby uprzykrzyć innym życie. Z czystym sumieniem mogła powiedzieć, że chochliki kornwalijskie były o wiele, wiele lepsze od tych elfów. Wyciągnęła rękę w kierunku bahanki, która próbowała zdekoncentrować jej chłopaka i jeśli jej się udało, to szybko ją strzepnęła. Nie zauważyła jednak tego, że inne natręctwo szykowało się do ataku, po czym zatopiło swoje ostre, jadowite zęby w otwartą ranę kolan. Ślizgonka wydała z siebie cichy, zduszony jęk, szybko łapiąc w ręce stworzenie. Z nienawiścią w oczach zacisnęła palce na szyi bahanki, starając się ją udusić. W pewien chwili się opamiętała, po czym cisnęła nią w przestrzeń, gdzieś na środek sali. Położyła dłoń w miejscu ukąszenia, czując pod palcami jak zaczyna paskudnie puchnąć. Jej kolano zrobiło się okropnie fioletowe, a noga niemalże całkiem zdrętwiała. Co jak co, ale paskudztwo miało naprawdę mocny jad i szybko się rozprzestrzeniał. Jeśli o to chodziło w tym wszystkim, to nie wiedziała co ona tutaj jeszcze robiła. Wewnętrzny uparciuch kazał jej zostać na miejscu i skupić się na zadaniu, jednak ból, który przeszywał jej całe ciało nie pozwalał się skupić na niczym innym. Rozdygotana znów zamknęła oczy, starając się znów wyobrazić szklaną bramę, dzięki której wróci do przypomnienia sobie najlepszych chwil w jej życiu. Niestety, mimo iż udało jej się na chwilę odciąć od rzeczywistości, to tym razem jedyne, co widziała przed oczami to … ogień. Mnóstwo ognia, szalejącego wokół niej. Wyszczerzyła zęby w geście przerażenia. Zacisnęła mocniej pięści, ciężko oddychając.
- Może mi ktoś pomóc? – krzyknęła, mając nadzieję, że przez ten cały rozgardiasz ktoś ją dostrzeże i poda antidotum. Nie miała zamiaru przesiedzieć następnego tygodnia w skrzydle szpitalnym.

_________________


Teach me how to fight, I'll show you how to win
Put me to the test, I'll prove that I am strong

♪♫♪♫
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 8:11 pm

Ugryzienie nie było w planach. Jared z początku ogólnie nie zwracał uwagi co bahanki robią uczniom. Bo co może zrobić szkodnik domowy? Jedno trzeba mu przyznać: zareagował bardzo szybko. Warknął na Halla, aby odsunął pogryzioną na bok, a sam dobył różdżki. Czy Wilson był wściekły? W porównaniu z jego obecną miną, pięć minut temu był milutki jak baranek.
Strzelił czerwonym zaklęciem w odrzuconego w powietrze przez Porunn bahanka, mordując go na oczach uczniów. Celność znakomita. Włochate stworzenie wydało z siebie ostatnie tchnienie i spadło sflaczałe na podłogę, tworząc wokół siebie kałużę krwi. Nie miał ochoty się cackać. Przypomniała mu się wtedy przysięga aurorska. Chronić życie niewinnych ludzi i zwierząt. Cóż, trochę się zapędził.
- Vera Verto. - strumień zaklęcia oplótł wszystkie latające zwierzęta. Przetransmutowane w pucharki upadły z hukiem na podłogę, walając się wszędzie. Wszystkie, oprócz zwłok jednego, leżącego na środku. Kolejne machnięcie różdżką. Katherine siłą wcisnęła mu jeden, jedyny eliksir odtruwający jak tylko dowiedziała się co też to Jared planuje przedstawić uczniom. Że też żona miała rację. Nie lubił, gdy miała rację. Rzucił fiolką wprost w ręce Alexa.
- Wlej jej to do gardła. - rozkazał tonem ostrym, nie mając ochoty trzymać więcej trupów w klasie. Odtrutka załatwi swoje, ale Ślizgonka i tak będzie miała przekichane do końca tego dnia. Będzie miała okazję się wykazać, czy z rannym kolanem uda się jej odciąć od bólu.
- Reszta wracać do roboty. - dziki warkot przebił się przez wywołany hałas. Zwłok bahanka nie posprzątał. Miał wybitnie zły nastrój. Przecenił możliwości uczniów albo nie docenił tych zołzowatych zwierząt. Nie podszedł do Porunn. Nawet na nią nie spojrzał. Hall ma zeskrobywać ich ze ściany.
- Drugi raz powtarzać nie będę. - dodał jeszcze ostrzejszym tonem wyczuwając zdezorientowanie podopiecznych.
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 9:16 pm

Ski się starała. Naprawdę starała się ze wszystkich sił, ale surowe spojrzenie ojca wcale nie ułatwiało jej tego zadania. Unormowała oddech, chowając głowę w dłoniach i próbowała wyłączyć myślenie. Było to bardzo trudne, kiedy zna się słowa piosenki wypełniającej salę. I w dodatku tłuczek, który śmigał wesoło pomiędzy uczniami. Słyszała pojękiwania innych uczennic, ale równie dobrze mogły to być jej własne protesty.
Świst tłuczka przywodził jej na myśl pierwszy mecz, jaki zagra w tym sezonie. Ojciec kupił jej na tę okazję specjalne rękawice, z prawdziwie smoczej skóry. Rzuciła mu się wtedy na szyję publicznie i pocałowała w policzek, nie bojąc reprymendy. Jak tylko wróciła do domu, napisała list do Arii i Yui, z lekko nieudolnym rysunkiem rękawic.
Nie było to jej najszczęśliwsze wspomnienie, ale realne i nieświadomie uczepiła się go niczym koła ratunkowego. Przynajmniej do momentu, kiedy poczuła drobne pazurki na nadgarstku. Reakcja była natychmiastowa – dziewczynka pisnęła zagłuszając nawet Wyjców i zaczęła wymachiwać ręką, nie próbując dotknąć bahanki drugą dłonią. – Wanda, pomóż, pomóż. – Skomlała głośno, nie rozumiejąc jeszcze, że nie tylko ona ma problem z tymi dziwnymi stworzeniami. W pierwszej chwili myślała, że to mysz. Była wystarczająco blada i zdeterminowana, aby oddać bransoletki. Była przekonana, że zaraz zginie! Zerwała się, obracając wokół własnej osi aż do krzyku Porunn. Zamarła na moment, spoglądając na miejsce gdzie się trzymała Ślizgonka i posłała zdezorientowane spojrzenie ojcu. Nie minęła sekunda jak podbiegła do ławek na końcu, aby trzepnąć ręką w stół. Nie sprawdzając nawet, czy bahanka się oderwała od jej bransoletek, pobiegła pod okna i usiadła, obejmując ciasno kolana. Właściwie upadła ciężko na podadzkę. Gardło miała ściśnięte, a serce łomotało jej jeszcze mocniej niż przy spotkaniu z Lloydem. Miała wrażenie, że za moment wyskoczy z piersi i zatańczy rock’n’rolla.
Z paniką w oczach przyglądała się reszcie uczniów walczących ze szkodnikami, czekając aż ojciec zakończy tę dziką farsę i powie, że to tylko żart. Bardzo nieśmieszny żart.
Krzyk ugrzązł jej w gardle, podskoczyła nieświadomie i patrzyła na morderstwo dokonywane na bezbronnym stworzonku. Głos ojca docierał do niej jak za zasłoną z przeciwpancernego szkła. Widok przed nią przedstawiał nienaturalnie wolno opadającego bahanka, z którego wypływała krew. Dziewczynie zrobiło się dziwnie miękko w nogach i zanim zdążyła zasygnalizować złe samopoczucie, ogarnęła ją ciemność.
Zemdlała.
Zobacz profil autora
Alex Hall
avatar
Stażysta
Data przyłączenia : 21/05/2014
Liczba postów : 431
Skąd : Plymouth, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 9:44 pm

To, co zaczęło się dziać w sali opatrzonej zielonymi drzwiami, można było tylko określić jednym słowem: chaos. Chaos w najczystszej, pierwotnej postaci. Jeśli o to chodziło Wilsonowi, to trzeba było przyznać, że przyniesieniem klatki bahanek spisał się znakomicie. Małe, wredne, latające na pewno skutecznie dekoncentrowały tych uczniów, na których wrażenia nie robił kurz, zaduch, tłuczek, radio ani śpiewy Alexa, ale czarnoskóry auror chyba zapomniał o drobnym szczególe. Bahanki gryzły, a gryząc wpuszczały do organizmu jad, który wywoływał reakcję nieproporcjonalnie gwałtowną i mocną w porównaniu do ich niewielkich rozmiarów.
Hall z pewnym zniecierpliwieniem potrząsnął nogą, zrzucając z buta podgryzające mu sznurówkę stworzenie, gdy po drugiej stronie klasy powstało zamieszanie. Latające badziewie zatopiło szpileczkowate zęby w kolanie jednej z uczennic, które to kolano i reszta nogi szybko zaczęły przypominać kończynę górskiego trolla. Całe szczęście, że przynajmniej zapach się nie zmienił, takich aromatów chyba by nie znieśli przy reszcie zapewnionych atrakcji.
Nawet bez wyraźnego polecenia Wilsona Alex momentalnie uciął swoje akompaniamenty do muzyki Upiornych Wyjców i lawirując między pozostałymi uczniami, znalazł się przy Porunn. Jego dłonie automatycznie zdały się wsunąć pod jej kolana, objąć plecy. Dziewczyna wydawała mu się lekka jak piórko, gdy przenosił ją w kąt sali z dala od innych, a bliżej okna, które natychmiast otworzył, pozwalając świeżemu powietrzu owiać pobladłą twarz Ślizgonki. Jad bahanek był niezwykle paskudną substancją i gdyby tylko auror wiedział, że Wilson zamierza przynieść klatkę na zajęcia, na pewno zaopatrzyłby się w antidotum. A tak co? Miał przy sobie trochę wypełnionych najpotrzebniejszymi eliksirami fiolek grzecznie przypiętych do paska, ale żaden z nich nie działał jako skuteczna odtrutka na tę konkretną truciznę. Stwierdzenie, że Alex był zły, stanowiłoby grube niedopowiedzenie. Rozpraszać uczniów to jedno, ale świadomie narażać ich na uszczerbki na zdrowiu? Gdyby właśnie w tej chwili Jared nie rzucił mu antidotum, Hall bez wahania, pewnie nie przebierając w słowach przedłożyłby mu, co sądzi na ten temat. Zaciskając palce na jasnej fiolce zepchnął złość i poirytowanie na bok, skupiając całą uwagę na potrzebującej pomocy uczennicy. Siedząc oparta o ścianę nie miała wielkich szans się przewrócić, ale i tak dla wszelkiej pewności przyklęknął obok i położył dłoń na jej ramieniu.
- Oczy na mnie – powiedział krótko, po czym wyciągnął zębami korek zatykający fiolkę. Alexowi wyrwało się ledwo zduszone przekleństwo, gdy Ślizgonka zakołysała się lekko, nie skupiając na nim spojrzenia, a bladością dorównując już prawie Jęczącej Marcie. Zareagował szybko, delikatnie odchylając jej głowę do tyłu i kciukiem rozwierając szczęki. Wlanie antidotum prosto do gardła nie mogło być najprzyjemniejszym doświadczeniem, ale w tej chwili nie było innego wyjścia.
- Hej – rzucił łagodnie, naprostowując jej głowę z powrotem do normalnej pozycji i próbując złowić błękitne spojrzenie. - Hej. Jak się czujesz?
Dłoń aurora pozostała na policzku panny Fimmel asekurując głowę tak długo, aż dziewczyna nie skupiła na nim spojrzenia, potwierdzając, że wiedziała, co działo się dookoła.
Alex tylko na moment zerknął w bok, gdy w sali zabrzmiał huk upadającego ciała obwieszczający zemdlenie Skai. Twardy wzrok Jareda kazał mu jednak pozostać na miejscu, zdając się bezgłośnie mówić „Ja się tym zajmę”. Przez ten krótki moment Hall poczuł wdzięczność, że nigdy nie poznał swoich rodziców – chyba wolał być sierotą, niż mieć takiego ojca jak Wilson.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 10:12 pm

Wilsona nie dało się lubić i on dobrze o tym wiedział. Żył z tą świadomością i jakoś z tego powodu nie cierpiał. Nienawidził dzieciarni, a jego metody wychowawcze mogły dla innych wydawać się brutalne. Brutalne, ale były skuteczne. Nigdzie nie było zapisane, że lekcje mają być przeprowadzane w atmosferze miłości i spokoju. Lekcje mają uczyć, nawet jeśli ktoś wylewa wtedy łzy i krew. Dla niego to chleb powszedni. Nie bez przyczyny od lat jest dowódcą Brygady Uderzeniowej. Potrafi przemówić do rozumu, a jego oddział, chociaż go nienawidzi, osiąga największą produktywność w całej Wielkiej Brytanii.
Pół przytomna ślizgonka została oddana w łapska Alexa. Właśnie po to został on do Wilsona przydzielony. Coś wymknie się spod kontroli, czego rzecz jasna nie przewidywał, a on to posprząta. Wilson mógłby pogorszyć sprawę. Nie należał do osób przejmujących się stanem drugiego człowieka. Chyba, że w grę wchodziło własne dziecko... Wtedy otwierały się zakurzone, zardzewiałe drzwiczki z napisem "uczucia". Kto by pomyślał. Jednak je żywi.
Ewidentnie gdyby nie Katherine, byłby trup numer dwa. Jaredowi nie podobało się, że jego żona aż tak dobrze go zna. Ostatecznie przypisałby to "wypadkowy przy pracy", co było już wystarczającą ujmą w jego wewnętrznym "spokoju".
Zmaterializował się przy Skai, a minę miał nietęgą. Jakby miał zaraz wybuchnąć i rozsadzić całe pomieszczenie. Mógł ignorować stan Porunn i oburzenie reszty, ale własna córka... Druga osoba, która nie radzi sobie z jego lekcją. Hardo przypominał, że patronus to nie są przelewki. Nie bez powodu większość czarodziejów sobie z tym zaklęciem nie radzi. Oni musieli w końcu wbić sobie to go głów.
Wystarczyło jedno spojrzenie posłane Hallowi, aby ten nie tknął jego córki. W interpretacji młodszego aurora to spojrzenie oznaczało "Ja się tym zajmę". Pierwotne przesłanie brzmiało zgoła inaczej "Tknij ją, a rozpęta się piekło". Mała różnica. Zmiażdżył w dłoni przygasłe cygaro, wypuszczając pokruszony na kilka kawałków tytoń na podłogę.
Z delikatnością do siebie niepodobną wziął drobną dziewczynę w swoje ramiona. Przypomniała mu się chwila, gdy pierwszy raz Katherine mu ją wcisnęła w ręce. Skai była wtedy taka mała, mieściła się w jego obu dłoniach. Krucha i tak do niego niepodobna. Teraz też ogarnęło go to uczucie, zupełnie niepożądane w czasie pracy. Nogą przysunął krzesło, na którym miał siedzieć. Posadził na nim swą córkę, celując w nią po chwili różdżką. Rennervate miało ją przywrócić do żywych. Stał nad nią, wściekły i zdziwiony. Nie pomyślał, że zwłoki bahanka i chaos jaki umyślnie wywołał wpłynie tak na wrażliwe nerwy Skai. Uważał, że jest silniejsza. Przecenił ją. To przecież dalej było dziecko. Wyczarowana w powietrzu szklanka i Aquamenti. Wcisnął w jej drobne dłonie zimną wodę. Wyciszył muzykę, usunął zwłoki bahanka, pozostawiając tam dalej plamę krwi. Zapadła cisza dudniąca w uszach. W przypływie kolejnej fali agresji strzelił klątwą w tłuczek. Ten zaiskrzył i wyleciał przez okno, przebijając szybę. Tę, z dala od uczniów.
- Właśnie to macie pokonać. - odezwał się potężnym tembrem. - To nie koniec lekcji. Usiądźcie. - ostatnie słowo wypowiedział... łagodniej? Mogło to być tylko wrażenie. Nie popędzał Skai. Jeśli chciała, mogła siedzieć na krześle. Jedno było pewne. Przepraszać nikogo nie zamierzał. Nie uważał, żeby stało się coś złego.
- Oślepimy was zaklęciem i będziecie kontynuować swoje zadanie.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/09/2014
Liczba postów : 104
Skąd : Londyn, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 10:47 pm

Wyrwana z powoli kreującego się wspomnienia, skupiła się na Wilsonie. Wiedziała, że nie powinna się rozpraszać, jednak panujące wokół warunki chyba nie tylko jej nie ułatwiały tego zadania. Jakim wyzwaniem byłoby jednak uspokojenie się w ciszy? Każdy potrafił zachować spokój, gdy nic go nie rozpraszało. Wysłuchała uważnie słów aurora, przyglądając się jak napuszcza na nich bahanki. Początkowo wodziła za nimi wzrokiem, lecz postanowiła ponownie zamknąć oczy. Co mogło się stać? Przecież mieli się uczyć, a nie skończyć jako trupy. Wzięła kilka głębokich oddechów, gdy nagle poczuła szarpnięcie. Spojrzała w dół, gdzie jedno małe stworzonko upatrzyło sobie jej krawat. Powstrzymała się przed strzepnięciem go, dopóki nie postanowi jej udusić kawałkiem materiału, pozwoli się mu huśtać. Z kolejnej próby odcięcia się wyrwał ją cichy jęk koleżanki, choć początkowo nie wiedziała co się stało. Porunn trzymała dłoń na kolanie, czyżby to małe natręctwo ją ugryzło? Nim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, oprawca ślizgońskiej Fimmelówny został zamordowany. Isabelle zacisnęła zęby, widok nie należał do przyjemnych, a kałuża krwi i leżące w niej resztki tego, co kiedyś było bahanką, wywoływało mdłości. Mimowolnie przesunęła się w stronę okna, odwracając głowę w bok. Musiała przyłożyć dłoń do ust, by się opanować, choć nie należała raczej do najwrażliwszych istot. Huk spadających pucharków, w które to zostały zamienione bahanki, w ogóle nie zrobił na niej wrażenia. Kątem oka zarejestrowała ruch, skupiła więc wzrok na młodszym aurorze, który właśnie przenosił jej koleżankę bliżej okien. Chwilę później mała Krukonka straciła przytomność, więc już dwójka aurorów miała co robić. Ciekawe co by się stało, gdyby kolejna osoba postanowiła nagle paść? Na pewno nie będzie nią Isabelle. Zwalczyła wewnętrzną chęć podejścia do okna, zaczerpnięcia choć trochę świeżego powietrza… Usadowiła się znów wygodniej, a dłonie ułożyła na kolanach, zaciskając je w pięści. Musiała się skupić, wyłączyć, nie chciała nic więcej widzieć ani słyszeć. Od martwienia się byli dorośli, ona przyszła tu się uczyć. Zamknęła oczy, opuszczając nieznacznie głowę. Spróbowała powrócić do magicznego świata wspomnień, wsłuchując się tym razem w ciszę, co było znacznie łatwiejsze. Wtedy jednak usłyszała o kolejnym, jakże genialnym pomyśle Wilsona.
- Z całym szacunkiem, proszę pana – zaczęła spokojnie, choć w jej głosie była wyczuwalna nutka irytacji. – Nie wydaje mi się, aby oślepianie było dobrym pomysłem. Jako prefekt, jestem rozczarowana pańskimi metodami wychowawczymi – powiedziała stanowczo, co jej zależało? Chyba miała prawo do wyrażania własnego zdania. Spojrzała na mężczyznę twardo, przenikliwym wzrokiem. Auror, czy nie auror – chyba ktoś pomylił pole bitwy z salą do nauczania zaklęcia.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 789
Skąd : Norwegia Północna

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 10:49 pm

Ból uderzył w nią tak, jakby przynajmniej dostała bombardą w twarz. Uczucie wcale nie było przyjemne i jeśli wyjdzie z tego chociaż w połowie cało, to z pewnością zacznie unikać bahanek jak ognia, w tym dosłownym znaczeniu. Ciężko było jej się skupić na wykonywanym zadaniu, chociaż bardzo się starała ignorować ból, uznając, że był on częścią tego pokręconego planu. Nie docierało do niej to, że nie wszystko poszło tak, jak powinno, a ona została tylko przypadkową ofiarą. Lepiej, żeby tak zostało, bo w innym wypadku dosyć źle się to skończy dla wszystkich obecnych. Jeśli oczywiście będzie miała siłę w ogóle ustać na nogach. Nie zarejestrowała momentu, kiedy pomocnik Jareda podszedł do niej z zamiarem udzielenia pomocy. Zbyt mocno się miotała, starając za wszelką cenę zignorować ból, który uderzał jej już do mózgu. Nie opierała się więc, gdy Alex wziął ją na ręce jak szmacianą lalkę i przeniósł w bardziej odosobnione miejsce. Zacisnęła kurczowo dłoń na skrawku jego ubrania, przytulając twarz do klatki piersiowej. Skuliła się, gdy posadził ją na zimnej podłodze, jednak w żaden sposób nie potrafiła nawiązać z nim kontaktu, majacząc cicho jakieś dziwne słowa pod nosem, których znaczenia nawet ona sama nie byłaby w stanie wyjaśnić. Z trudem utrzymywała się w miarę prosto i tylko dzięki ścianie się nie przewróciła.
Zakrztusiła się płynem, który Alex wlał jej do gardła, jednak zwyciężyła chęć wyplucia wszystkiego, starając się połknąć, chociaż kaszel jej to utrudniał. W końcu zaczerpnęła powietrza, otwierając szeroko oczy, a pierwsze co zdołała zauważyć to zielone oczy mężczyzny, wciąż trzymającego ją za brodę, aby w końcu nawiązać między nimi kontakt wzrokowy.
- Żyję, ale wciąż boli, chociaż mniej – powiedziała, kierując spojrzenie na nogę, która może i nie wyglądała teraz jak noga słonia, jednak wciąż miała dziwnie fioletowy odcień. Zmarszczyła brwi i rozejrzała się dookoła, a jej błękitne oczy nagle zabłysnęły jak dwie wielkie latarnie. Na podłodze leżało mnóstwo złotych pucharków, które tylko czekały na to, aż ktoś je pozbiera i zabierze ze sobą. Zacisnęła dłoń na rękawie Halla i wydusiła z siebie jednym tchem, jakby od tego miało zależeć jej życie:
- Mogę je później sobie wziąć? Wszystkie?
Kto mógłby odmówić takiej prośbie, wypowiedzianej takim tonem, jakby obdarowano ją najpiękniejszym prezentem pod choinkę?

_________________


Teach me how to fight, I'll show you how to win
Put me to the test, I'll prove that I am strong

♪♫♪♫
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 10:58 pm

Skai była jednym z przynajmniej dwóch przypadków, które darzyły Jareda bezinteresowną miłością. Nie tylko go lubiła, ale uwielbiała. To, kiedy tańczył z nią w salonie i wyginał się na wszystkie strony. Jak uczył jeździć ją na rowerze. Pokazywał, w jaki sposób trzyma się różdżkę jak miała pięć lat. Uwieszała mu się na szyi często, obdarowując go dziecinnym zaufaniem.
Tak, ufała mu bezgranicznie. Był w końcu potężnym aurorem, który dbał o to, by włos jej z głowy nie spadł. Kiedy stawiała pierwsze kroki. Kiedy wspinała się na grzbiet konia. Kiedy ćwiczyła zawzięcie trudną pozycję baletową. Kiedy próbowała usiedzieć na miotle. Kiedy biegała z Adolfem przed narodzinami Setha.
Swoją brutalnością odebrał jej tą dziecinną wiarę w dobre serce. Bo przecież bahanek nic złego nie zrobił, chciał się tylko najeść, prawda? Gdy zaklęcie ugodziło w nią, ściągnęła mięśnie twarzy i próbowała otworzyć oczy. Wzrok miała nieobecny, ale rozpoznała nachylonego nad nią ojca. Kołysała się nieświadomie na boki i tylko twarda ręka Jareda uchroniła ją przed kolejnym upadkiem. Podskoczyła w miejscu pod wpływem rozbijanej szyby, odzyskując resztki świadomości. Mechanicznie pochwyciła szklankę wciskaną jej do dłoni, zamykając powieki. Próbowała przypomnieć sobie co się stało i w przypływie odwagi, wychyliła się przez ramię ojca, by dojrzeć miejsce zbrodni. Zabrakło jej śliny w ustach, więc przytknęła szklankę do warg i wróciła na poprzednią pozycję. Jeśli tylko Jared poruszył się o centymetr, lewe ramię wystrzeliło w przód i Skai uczepiła się szaty ojca. – Boję się.- Wyszeptała, łapiąc jego wściekłe spojrzenie i próbowała doszukać się w nich jakiegoś śladu skruchy. Wiedziała dlaczego postępował z nimi tak ostro, ale liczyła, naprawdę liczyła na lżejsze traktowanie jej. Miała dopiero 15 lat i pstro w głowie, a nie ćwiczenie ciężkiego zaklęcia.
Postawiła szklankę na udzie, nie zdejmując wzroku z twarzy ojca. – Mogę tylko popatrzeć…? – spytała nieśmiało, walcząc z odruchem przytulenia się do jego torsu. Nie chciała wychodzić z zajęć, chociaż wizja oślepienia mocno zatrzęsła tym postanowieniem. W oczach Skai wymalowana była determinacja, aby mogła przygotować się na następne lekcje i wypaść w nich lepiej. Nie chciała rezygnować i to właśnie odziedziczyła po Jaredzie. Wypuściła jego szatę z rąk, chwytając ponownie szklankę i upiła kilka drobnych łyków. Lepiej nie będzie opowiadać mamie co tutaj się stało.
Ponownie wychyliła się przez ramię, tym razem drugie ramię aurora i obdarzyła Isabelle zaciekawionym spojrzeniem. Dopiero teraz dostrzegła odznakę na szacie. Wciąż blada zerknęła na profil ojca, aby dowiedzieć się co on o tym sądzi. W sercu poczuła ulgę, że ktoś też się boi. Nie tylko ona.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar
Auror
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 443
Skąd : Pokój w Dziurawym Kotle.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 11:19 pm

Usłyszał pytanie Porunn i przez chwilę wpadł w roztargnienie. Czy to dziecko pytało właśnie o przygarnięcie pucharków? Zbiła go z tropu, a o to trudno. Czasem armia Śmierciożerców nie daje sobie rady, a ta dziewczyna go w to wkopała zwykłym pytaniem i to nie skierowanym wprost na niego. Miała tupet.
- Możesz, ale czar nie trwa wiecznie. - odpowiedział za Halla i ponownie dało sie ujrzeć na twarzy Wilsona rozbawienie. Rozbawienie, które szybko zniknęło, jak tylko ulokował ślepia na drugiej ślizgonce. Prefekt. No no, któż to go tutaj odwiedził. Starosta Slytherinu. Dodatkowo ośmielał się podważać metody jego nauczania. Nie było to najlepszym posunięciem.
- Z całym szacunkiem młoda damo, ale nie pytał ciebie nikt o zdanie. W każdej chwili możesz stąd wyjść i nie wracać, jeśli coś ci się tutaj nie podoba. - wskazał ręką na drzwi, zaś jego różdżka zabłysnęła gotowa otworzyć je, jeśli dziewczyna postanowiłaby zrezygnować z nauki patronusa. Gdyby Dumbledore wątpił w efektywność jego trochę ekscentrycznych metod wychowawczych, nie pozwoliłby mu nauczać tej klątwy.
Nie odszedł od krzesła, zatrzymany przez Skai. Odwrócił głowę i spojrzał na nią z góry. Dowiedziała się dzisiaj dosyć sporo o swoim rodzicu. Wilson rzeczywiście nie nadawał się do roli ojca i Hall miał rację. Narzucono mu żonę, narzucono mu dzieci i nie wkraczał w ich wychowanie, jeśli nie musiał. Czasami w domu pokazywał się od tej ludzkiej strony, ale to czasami, bo jednak Skai miała na niego jakiś wpływ. Dawała nadzieję, że nie jest wypruty z wszelkich emocji. Zmrużył ciemne oczy, nie spuszczając wzroku ze swego dziecka. Co ona tutaj robi? Jest za młoda, aby się uczyć tego zaklęcia. Tak, chciał, aby tutaj była, ale ona sobie ewidentnie nie radzi. Jared kłócił się sam ze sobą. Wykrzesać z niej siłę i twardość czy odpuścić i pozwolić, by dalej była niewinnym kwieciem? Innymi słowy, zrobić z niej swoją młodszą wersję czy dać Katherine wolną rękę, aby wychowała córkę na delikatne stworzenie. Nie podobało mu się ani jedno ani drugie.
Skinął jej głową, że owszem, może oglądać scenę, ale tylko przez jakiś czas. Jej odpuścił. Od Porunn oczekiwał podporządkowania się. Mimo wszystko.
- Uważasz Cromwell, że po co was tak hartuję? Dla czystej przyjemności? Oczywiście, ale też po to, żebyś nie nawaliła i nie spieprzyła sprawy, gdyby twoja przyjaciółeczka wykrwawiała się na śmierć a ty nie umiałabyś jej obronić tym zaklęciem. - wbił w nią zirytowane spojrzenie i patrzył na zarozumiałą uczennicą hardo. Zmuszał ją, aby uciekła wzrokiem i przyznała mu rację. Skrzyżował ręce na ramionach i czekał aż wszyscy się uspokoją. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Zobacz profil autora
Alex Hall
avatar
Stażysta
Data przyłączenia : 21/05/2014
Liczba postów : 431
Skąd : Plymouth, Anglia

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 11:42 pm

Pomaganie cywilom w sytuacjach zagrożenia życia, a ratowanie Ślizgońskich dziewcząt po bahańskich ugryzieniach o dziwo nie różniło się tak wiele. Sceneria trochę inna, mniej krzyków, mniej świszczących przy uchu zaklęć niewybaczalnych. Nawet krew była, Wilson już o to zadbał mordując jednego szkodnika. Good guy Jared. Po zajęciach musiał go dokładnie wypytać, co też takiego planował na kolejne spotkania – przy pomysłach czarnoskórego ewidentnie trzeba się było dobrze przygotowywać. „Zeskrobywanie ze ścian” nagle było dużo bliższe swojemu dosłownemu znaczeniu, niż obrazkowi mentalnego wsparcia grupy.
Pomoc na szczęście nie była bardzo skomplikowana, gdy miał się w ręku odtrutkę – wlana do gardła wywołała atak kaszlu, w trakcie którego auror przytrzymywał dziewczynę. Jej pierwsze, skupione na nim spojrzenie sprawiło, że poczuł ulgę spływającą wzdłuż kręgosłupa przyjemnie chłodną falą.
- Jeśli ci to nie zejdzie do końca zajęć, idź do skrzydła szpitalnego – powiedział, sięgając dłonią do fiolek wiszących przy pasku. Wysunął jedną ze skórzanej obrączki, gdy dłoń Porunn nagle zacisnęła się na jego rękawie. Alex musiał wbić zęby w dolną wargę, by nie wybuchnąć śmiechem i tylko zmarszczki, które pojawiły się w kącikach jego zielonych oczu zdradzały, co naprawdę czuł.
- Słyszałaś Wilsona – rzucił na tyle cicho, by Jared nie dosłyszał, że nie dodał przed jego imieniem słowa „pan”. - Lepiej kup sobie ładny komplet na Pokątnej. Trzymaj – dodał, wręczając Ślizgonce fiolkę z ciemnego szkła. - Pomoże na ból.
Słysząc wymianę zdań między Wilsonem a panią prefekt domu węża, obrócił głowę, kontrolując sytuację. Nie zapowiadało się na rozlew krwi, ale jedna bahanka była już trupem, lepiej by uczniowie nie zaczęli dołączać do listy.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Nie Gru 14, 2014 11:50 pm

/ wybaczcie za taki misz - masz. za wiele postów do przejrzenia.

Że też Wanda wolała posyłać nienawistne spojrzenia w stronę Alexa, zamiast wziąć przykład z reszty uczniów i skupić się na wykonaniu zadania. Rozejrzała się jeszcze raz czy dwa po Sali chcąc podpatrzyć resztę uczniów, którzy wzięli sobie głęboko do serca słowa Wilsona. Każdy z nich starał się znaleźć jakieś wesołe czy przyjemne wspomnienie – na ich twarzach malował się spokój i koncentracja. Whisperówna tylko poruszyła się nieznacznie i zerknęła ku młodszej koleżance, która chyba tak jak i ona odleciała myślami zupełnie gdzie indziej. Uśmiechnęła się kącikiem ust zadowolona z faktu, że nie tylko ona jest odrobinę w tyle.
Potem znowu wsłuchała się w głos ojca Skai i zagryzła wargę, gdy Ślizgoni otrzymali pochwałę. Uczniowie z domu Roweny nie mogli być gorsi. Posłała znaczące spojrzenie mulatce i sama ułożyła dłonie na kolanach – siedziała po turecku, wyprostowana kompletnie ignorując śpiew Halla i dym z cygara, który unosił się wokół nich niczym macki, które chcą Cię opleść a potem wykorzystać. Przez dosłownie chwilę nie ruszała się i oddychała spokojnie, chcąc zignorować hałasy i niezbyt sprzyjające zdarzenia, które się działy wokół niej. Nie zauważyła kiedy czarnoskóry Auror przechodzi na koniec klasy by zająć się swoimi małymi przyjaciółmi, którzy bzycząc i sycząc tylko czekały na chwilę wolności jaką im ofiarował zaraz potem. Coś podkusiło dziewczynę by ta spojrzała za siebie. Otworzyła jedno oczko i wykręciła szyję w momencie, gdy małe wkurzające stworzenia szykowały się do ataku. Wcześniej, szczerze mówiąc zignorowała gadanie Wilsona, który patrzył na nie jakby chciał dać im do zrozumienia, że się obijają. Spokojnie, na wszystko przyjdzie pora! Jednak nie teraz, kiedy te małe człowieczo podobne istoty grasują po klasie.
Jedyne na co się zdobyła szatynka to otwarcie szeroko oczu i przeturlanie się na drugą stronę, by jakimś cudem uniknąć spotkania z bahanką, która mimo wszystko znalazła sposób by wdrapać się po jej plecach i wsunąć we włosy. Przez moment Wandzie nie wiedziała co się dzieje, dopiero potem starała się chwycić małe utrapienie zachowując przy tym względny spokój. Nie raz, nie dwa wpadała w gorsze tarapaty, w końcu posiadanie starszego brata ma swoje plusy… Starała się nie wykonywać gwałtownych ruchów, bo wiedziała, że bahanki mimo, że na swój sposób są urocze to posiadają trujący jad, który może człowiekowi zaszkodzić. I jak na przypomnienie swoich informacji o jadzie, przez rozgardiasz doszedł do niej krzyk Porunn, która została chapsnięta przez jedną z nich – Whisperówna nie miała przy sobie niczego co by jej pomogło, a sama też nie miała za bardzo co zrobić, dlatego tylko oddychała spokojnie i starała się zdjąć, czy rozplątać to małe cholerstwo, które upatrzyło sobie jej głowę za wygodny fotel.
Straciła na moment z oczu resztę, a potem zerknęła na Skai, do której dobrał się jeden z opryszków. Jako, że dziewczyna była najbliżej jej to chciała jej pomóc – złapała bahankę za jedno z odnóży i pociągnęła je mocno, by tamto odwaliło się od jej koleżanki. Trybiki w jej głowie pracowały na najwyższych obrotach, kiedy ta poruszała się po podłodze. Nie zauważyła śmierci jednego ze szkodników – niezadowolona mina Wilsona jednak zdradzała wszystko. Chociaż, z drugiej strony czy on kiedykolwiek wyglądał inaczej?
Sama szatynka zacisnęła zęby i powiodła wzrokiem za ciemnoskórą dziewczyną, którą zawołała po imieniu – mimo stresowej sytuacji zauważyła, że nie było z nią najlepiej.
Gdy upierdliwe stworzenia zamieniły się w pucharki czy coś innego ta przeczesała szybko dłonią włosy by nie wyglądać jak Jęcząca Marta i podniosła się z kolan, by pomóc młodszej Krukonce. Nie zdążyła jednak bo ta padła jak mucha. Potem działo się dostatecznie dużo wystarczająco szybko by Whisperówna przestała ogarniać. Zaczęła oddychać miarowo i chciała się zbliżyć do córy Aurora, ale nie wiedziała, czy nie zostanie przypadkiem przez niego pochlastana. Wolała przyglądać się im ukradkiem, z odpowiedniej odległości.
Zaraz jednak się przemogła i podleciała do biednej dziewczyny i by zbytnio nie przeszkadzać, chwyciła ją za wolną rękę, by ta nie poczuła się jakoś osamotniona czy przytłoczona nagłym wybuchem troski ze strony jej ojca.
Wzrok jej podążał od jednej do drugiej osoby, a wyraz jej twarzy nie zmieniał się ani o jotę. Była spokojna, nie mówiła za wiele, bo na razie nie odczuwała takiej potrzeby, jednak gdy jej spojrzenie padło na Skai ta automatycznie uśmiechnęła się pocieszająco. Na jej ojca wolała nie patrzeć, bo bała się, że się złamie.
Pomysł z oślepieniem byłby świetny, gdyby ich nie dotyczył. W duchu przyznała rację Izzy, z drugiej jednak strony Jared nie był nauczycielem, a zaklęcie, którego się uczyli nie było zbyt łatwe, toteż sytuacja musiała być jak najbardziej ekstremalna.
Starała się ignorować dziwne uczucie zmieszania, które dopadło ją gdy zauważyła, że Alex opiekuje się Pierunem. Posłała mu jedno nieodgadnione spojrzenie i zaraz też zerknęła na postać ich opiekuna.
Czekała cierpliwie co się potem wydarzy, ot co.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 789
Skąd : Norwegia Północna

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 15, 2014 12:08 am

Porunn spojrzała na Wilsona i kiwnęła głową, zdając sobie sprawę z tego, że vera verto nie trwało długo, ale gdyby tak wszystkie pucharki wrzuciła do jednej klatki, to później miałaby niezłą kolekcję bahanek pod łóżkiem. Z zemsty raz po raz odrywałaby każdej głowę, aż nie zostałoby z nich nic, tylko jeden wielki stos zwłok. Idealny widok, którego wyobrażenie mimowolnie wywołało szeroki uśmiech na twarzy dziewczyny. Nawet na chwilę zapomniała o bólu, który przeszywał jej ciało raz po raz i chociaż trochę zelżał, wciąż pozostawał odczuwalny. Spojrzała na Alexa, który podał jej jakąś fiolkę z płynem, jednak nie pytała o tę zawartość, zdając sobie sprawę ze swojej własnej niewiedzy na temat eliksirów wszelkiego rodzaju. Umiała o wiele, wiele za mało, żeby móc się jakkolwiek wypowiadać o truciznach i antidotach. Dawali, to brała, co miała do stracenia? Auror na pewno nie podałby jej żadnego napoju, który działałby jak jakieś grzybki halucynki, czy coś w tym rodzaju. Co jak co, ale w tej chwili bardzo by się przydały, aby mogła się skupić na myśleniu i przyjemnych rzeczach. Uciążliwy ból wciąż dawał się we znaki, jednak ona nie chciała uchodzić za delikatną kobietę, która krzywi się i rozpacza nad jakimś zadrapaniem. Może ona była trochę w gorszym stanie, ale wszystko trzeba przejść, prawda?
Już miała zamiar znów skupić się na przywołaniu dobrego wspomnienia, gdy Wilson zaczął mówić coś o oślepieniu. Nie odezwała się, uznając, że jego pomysły i metody wychowawcze robiły się coraz dziwniejsze, a ugryzienie przez bahankę zdawało się być tylko początkiem góry lodowej, o którą mieli się rozbić w najbliższym czasie. Isabelle się wtrąciła, wyrażając swoje niezadowolenie i tu miała rację, jednak znając czarnoskórego to tylko się mu naraziła. Jej odwaga była godna pochwały, więc Porunn zaklaskała w dłonie kilka razy w geście uznania, a gdyby Jared zwrócił na nią swoje czarne oczy… udałaby, że odgania muchę, czy jakieś inne natręctwo.
Zamknęła oczy, na powrót wyobrażając sobie szklaną bramę, która z każdym krokiem rozchylała się. Szło jej łatwiej, gdy zobaczyła po drugiej stronie górę złotych, srebrnych, szklanych pucharków, które tylko czekały na to, aby się na nie rzucić. Może i zdawała sobie sprawę ze swojej obsesji, jednak Wilson nawet nie wiedział jak bardzo pomógł jej w skoncentrowaniu się na dobrych wspomnieniach, do których pomimo bólu potrafiła wrócić i widzieć je nawet całkiem wyraźnie. Czemu jednak miało to służyć, skoro nawet nie kazano im wyciągnąć różdżki i spróbować chociażby wyczarować niematerialnego patronusa? Nie wiedziała.

_________________


Teach me how to fight, I'll show you how to win
Put me to the test, I'll prove that I am strong

♪♫♪♫
Zobacz profil autora
Vincent Pride
avatar
Zmarły
Data przyłączenia : 17/06/2014
Liczba postów : 234
Skąd : Orlean, Francja

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   Pon Gru 15, 2014 3:10 am

Czuł zapach krwi w nozdrzach i witał go jak starego, dobrego przyjaciela, który wrócił z dalekiej podróży. Pogrążył się we wspomnieniu bez pamięci, odtrącając świat zewnętrzny, negując jego obecność, jakby nigdy nie istniał. W końcu te wszystkie obrazy były tak intensywne, tak żywe - w przeciwieństwie do ówczesnej ofiary Vincenta. Mógłby przysiąc, że czas zmienił kierunek i pozwolił mu na nowo przeżywać ten niesamowity moment, bawić się w boga, zatrzymując chwilę ile tylko dał radę. Dotyk spoconej ze strachu skóry, widok drżących mięśni, szeroko otwartych z przerażenia oczu i poruszającej się w szaleńczym tempie klatki piersiowej. I to było tylko wspomnieniem? Dlaczego było tylko wspomnieniem? Wrażenia wciąż były świeże i tak dobre, że wzbudzały wręcz tęsknotę za starymi czasami. Jego serce rwało się, przyspieszając swój rytm, paradoksalnie jednak uspokajając oddech i rozluźniając całe ciało.
Pride tak bardzo pogrążył się w swoim najszczęśliwszym wspomnieniu, że wyłączył każdy mechanizm informujący go o świecie zewnętrznym. Willson, Bahanki, pozostali uczniowie - nic nie istniało, tylko pustka dookoła jego własnego, szczęśliwego świata. Musiało to wyglądać doprawdy komicznie, gdy dookoła każdy się miotał, nawoływał, interweniował w tej czy innej sprawie, a nawet mdlał, podczas gdy jeden Ślizgon wciąż siedział na podłodze na podobieństwo mnicha tybetańskiego. Wrzaski, ciężkie kroki, ciskane zaklęcia i tłuczki - nic nie wytrąciło go z letargu. Nawet Porunn, choć prawdę powiedziawszy nie skupiał się na niej. Na chwilę obecną ich relacja była bardzo dobra, ale to wciąż był ten etap znajomości, gdzie na widok zwłok Fimmelówny wzruszyłby ramionami i poszedł na obiad. Dopiero właśnie gdy wszystko się względnie się uspokoiło tknęło go przeczucie. Można to nazwać szóstym zmysłem, ale byłoby to dosyć naciągane.
Powoli otworzył oczy, by w pierwszej kolejności ujrzeć niedaleko przed sobą plamę krwi na podłodze. A więc ten zapach jednak nie był do końca wytworem wyobraźni. Nic dziwnego, był wyczulony na tę znajomą, metaliczną woń posoki.
No proszę, chyba jednak robi się o wiele ciekawiej niż zakładałem. Czyżbym ominął najlepszą zabawę?, pomyślał, rozglądając się powoli. Kiedy jego wzrok napotkał zbiorowisko pucharków spodziewał się ujrzeć obok nich ucieszoną na granic możliwości Porunn. Kiedy tak się nie stało lekko zmarszczył brwi, szukając jej po klasie. Fimmelówna wzgardziła ukochanymi naczyniami? Nie może być, musiało coś się stać. Dostrzegł ją w objęciach pomocnika Jareda i jedyną reakcją na jaką się zdał było uniesienie brwi, posyłając tej dwójce tak lodowate spojrzenie, że Glacius wydałby się konkurentem Szatańskiej Pożogi. Nie podniósł się jednak, wciąż trwając w tej samej pozycji i czekając aż znowu będzie mógł wrócić do swojej krainy czarów. Po pięciu minutach postanowił wziąć się za to, nie bacząc na otoczenie.
Żałosne, pomyślał jeszcze przypominając sobie ledwo żywą Krukonkę, którą pamiętał z pociągu. Chwilę potem znów nic go nie obchodziło. Najprawdopodobniej ktokolwiek mógłby go w tym momencie potraktować Cruciatusem, a on w pierwszym odruchu by się jedynie wzdrygnął, zbyt rozkojarzony, żeby poczuć ból.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Zielone drzwi [Patronus]   

 

Zielone drzwi [Patronus]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Zielone drzwi [Patronus]
» Zatrzaśnięte drzwi
» Zielone niebo. To co nigdy nie powinno się zdarzyć.
» A jaki jest Twój Patronus?
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
VI piętro
-