IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Brama wejściowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Dorian Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 18 Lis 2014, 18:15

Cieszył się, że gniew Filcha dosięgnął też jego kompana. Nie chciał jednak, aby to trwało wieczność, chociaż jak to na wojowników sprawiedliwości przystało, musieli się poświęcić dla dobra sprawy, dla dobra ogółu. Roześmiał się panicznie, gdy Francis wystrzelił orchideusem prosto w Filcha. Nie załagodziło to sprawy. Pewnie woźny był zazdrosny z tego powodu, że kwiaty pachniały ładniej od niego… Przełknął ciężko ślinę, po czym spojrzał na towarzysza broni. Wyglądało na to, że tak samo jak on nie mógł zdzierżyć dotyku i śliny charłaka. Kto wie jakie zarazki mógł roznosić drogą kropelkową? Brrr! Dla załagodzenia sytuacji , sypnął galeonami, które znalazł w kieszeni spodni. Lepsze to niż nic. Pieniądze szczęścia nie dają, teraz to wiedział, widząc minę woźnego. Czy zrobił coś źle?
- Jak mamy to odkleić, musi pań ściągnąć portki i zostać w samych kalesonach! – wysapał ledwo. Bieg dookoła stanowiska, aby wściekły woźny go nie dopadł sprawił, że złapał zadyszkę i ledwo mówił. Czego się jednak nie robi dla uratowania własnego życia. Był ciekawy czy Filch jest szczepiony na wściekliznę, lepiej, żeby tak było, bo przecież jedno ugryzienie tych brudnych zębów i każdy będzie się zachowywał tak jak on. Świat by nie wytrzymał.
- Radzę zapiąć pasy, może boleć – powiedział, po czym wyciągnął w stronę woźnego różdżkę. Mówiąc bolało, miał na myśli siebie. Raczej zdejmowanie spodni komukolwiek nie należało do bolesnych. Raczej to, co się działo później. Nie przewidział, że dzisiejszego dnia spotka się śmiercią twarzą w twarz. Nie wiedział, że nosiła ona imię Argus Filch. Myślał, że była to raczej piękna kobieta, o bujnych kształtach, która obejmując go swoimi ramionami, sprawiała, że jego twarz mogła się przytulić do krągłych piersi. Marzenia. Powinien chyba zacząć pisać bajki.
Spojrzał na Francisa, szepcząc mu tylko wskazówki.
- Na trzy, stary! Raz... dwa... TRZY! Portengo! – krzyknęli równocześnie. Miał tylko nadzieję, że śmierć nie będzie zbyt bolesna. Swoją drogą, to dyrektor chyba nic sobie z tego nie zdawał. Może zapatrzył się w śpiewające ptaszki, latające tuz nad nimi? Może to i dobrze..
Zobacz profil autora
Argus Filch
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Czw 20 Lis 2014, 21:37

Spurpurowiał i sapał dalej.
- Zwracaj się do starszego z szacunkiem i odpowiedniego tonu, recydywisto! - wydarł się na Francisa niezadowolony jego brakiem wychowania i okazywania respektu osobom starszym od niego, bardziej doświadczonym, mądrzejszym, bardziej urodziwszym i wartościowszym. Różdżka nie czyni z człowieka mentora, tylko inteligencja, którą Filch posiadał. Oczekiwał szacunku i musiał nauczyc młodzież i ledwie co opierzonych nauczycieli jak się należy zachowywać!
- CO?! - wydarł się mając w nosie uwagi Francisa na temat macania i posiadania uszu. Uszy może mają, ale czy w głowie przypadkiem czegoś nie zabrakło? Jak się domyślał, zgubili mózgownice gdzieś tak po ukończeniu jedenastego roku życia. Tak jak reszta dzieciarni, popsuta młodzież. Smarkacze nie potrafią się zachować. Karygodne. Najlepiej wprowadzić stare zasady, surowo karać. Używać zgniatacza kciuków, wieszać ich łańcuchami do sufitu, a wtedy chodziliby jak w zegarku. Bezczelni...
- NIE BĘDĘ ZDEJMOWAŁ SPODNI, NIE JESTEM TAK NIEWYCHO... - zaklęcie trafiło do celu, bo jakże inaczej. I oto świat utracił niewinność. W ludziach umarła jasność, optymizm i dobroć. Światopogląd się załamał, wiara w człowieka i w przyszłość tak samo. Zapanowała ciemność... oto... oto światło dzienne ujrzały kalesony... majtusy... w czerwone koty. Pulchne czerwone koty z żółtymi ślepiami, jakby ktoś chciał znać szczegóły. I trzema szwami na prawym pośladku. Krzesło opadło tak samo jak kalesony. Najgorsze nie było oglądanie jego majtek a dźwięk drącego się materiału. Jego strój kata, nieśmiertelny. Miał go od dwudziestu lat, a teraz przez jakiegoś smarkacza zostały one tak zniszczone i potraktowane ZAKLĘCIEM.
- DOPADNĘĘĘĘ... - zawył i zerwał się na równe nogi. W międzyczasie zaprezentował swe majtki w czerwone koty z żółtymi ślepiami, chuderlawe owłosione intensywnie nogi wszystkim czterem stronom świata. Namierzył obu winowajców, kulących się przed jego gniewem. Bali się go, tak. Bardzo bali i zapłacą mu za to, słono. Będą błagać o litość! Poda ich do Ministerstwa, oj tak. Poda i zniszczy im karierę i przyszłośc za tę zniewagę.
Filch rzucił się na nich z miernikiem i machał nim na ich głowach, dysząc i plując na boki.

/ ok uciekajcie przed nim bo on nigdy was nie puści. zakończymy HSF, a Wam współczuję na WDŻ ;D
Zobacz profil autora
Luca Chant
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Pią 21 Lis 2014, 21:27

Potrząsnął lekko głową, na moment wracając do świata rzeczywistego.
Z obojętnością spojrzał na przybyłego dyrektora. W końcu też miał zwierzę do spisania, jak wszyscy to wszyscy. Swoją drogą, to było kłopotliwe. Czy kiedy feniks się odradzał, nie powinno się spisywać go jeszcze raz? Całe szczęście, że miał ćmę, ona nie zmartwychwstawała okresowo.
Z pewną dozą konsternacji spojrzał na walające się wokoło kwiaty wiśni. Jakby nie patrzeć, było to troche zawstydzające; kiedy tylko zobaczył senpaia, całą szkołę zasypywało na różowo. W tamtym roku jeszcze było dobrze, bo Filcz nie wiedział, kto jest sprawcą tego burdelu Zdawało się, że właśnie doznał oświecenia... Szósty rok jego nauki w Hogwarcie mógł upłynąć niezbyt miło. Dyskretnie spojrzał na woźnego, mając nadzieję, ze mimo wszystko nie zauważył. Doznał szoku.
Francis i Dorian podskakiwali dookoła, a Filch bawił się z nimi, tylko dla odmiany miał przyklejone do tyłka krzesło. Być może był to element jego przebrania, którego Chant wcześniej nie zauważył. Stary pryk był lepszy, tak nie mogło pozostać.
Już zabierał się do myślenia nad tym, jakby tu ulepszyc swoje przebranie, aby wygrać swoisty konkurs, kiedy nieopatrze spojrzał na senpaia. Wszystko znowu zawirowało, a silny podmuch wiatru nieomal go przewrócił. Luca hercules Chant westchnął. To na prawdę było kłopotliwe.
W środku całego tego huraganu spokojnie stał Dumbleble trzymając jakąś kartkę. Wytężył wzrok, próbując dojrzeć, co było napisane. Gdy mu się to udało, jego oczy ponownie zapłonęły gniewem. Ok. Musiał to zrobić szybko. Był jak ninja. Nikt nie zobaczy ninji. Sięgnął po swój samurajski miecz (niestety go nie miał).
- Ja to wezmę. - Krzyknął i wyrwał dyrektorowi akt własności, po czym ewakuował się najszybciej, jak to było możliwe w przypadku jego słabej kondycji fizycznej, przyciskając do piersi drogi mu dokument.

[opuszczam temat.]
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Pon 11 Maj 2015, 15:39

Wilson nienawidził niesubordynacji. Na palcach jednej ręki policzy aurorów siedzących w Hogwarcie, a na palcach trzech rąk policzy zwolnienia i pozornie ważne powody, dla których nie może ściągnąć tutaj większej ilości podwładnych. Wystarczyło, że go nie było w Ministerstwie pięć dni, przez czas których siedział w murach Hogwartu i pilnował, aby żaden obecny auror nie marudził na nudę. Wynegocjował z Dumbledore'm zwiększenie ochrony, czyli kontynuacja z zeszłego roku. Wilson nie był zadowolony z obowiązku siedzenia w znienawidzonej przez siebie szkole. Zakończył naukę "Gumochłonów" i jako tako był z nich dumny. Planował spędzić wolny czas przed "Błotoryjami" w swoim biurze, a przez kiepskie sprawowanie kontroli na wyższych szczeblach Ministerstwa, dementorzy hasali sobie po Wielkiej Brytanii jak im się żywnie chciało.
Mężczyzna sterczał przy bramie wejściowej z gęgającym wysłannikiem Munchima, mającego jakkolwiek pomóc szefowi aurorów w organizowaniu ochrony. Wilson nie potrafił pojąć rozumem po co mu gadatliwy, chudy jak patyk i rudy człowiek. Przeszkadzał w robieniu remontu w kadrze pedagogicznej. Wczoraj wieczorem aresztował Doriana Whispera za morderstwo, a w poniedziałek wykopie z Hogwartu następnego nauczyciela, uczącego obecnie ONMS. Jeśli nie od razu, to go nastraszy aż sam odejdzie i to Wilson będzie powodem wprowadzenia chaosu do Hogwartu. Nie robiło to na nim absolutnie żadnego wrażenia. Coraz więcej uczniów i nauczycieli go w szkole nienawidziło, bywał coraz większym cierniem w oku pracownikom MM oraz Proroka Codziennego. Nic go nie ruszało, nic nie budziło jego sumienia. Dumbledore zaczął popełniać błędy przy zatrudnianiu nauczycieli. Najpierw pedofil uczący mugoloznawstwa, potem na staż wziął mordercę, a teraz przyjął niebezpiecznego dla uczniów mieszańca. To zaczynało wymagać interwencji z zewnątrz. Wilson nie chciał występować przeciwko Dumbledore'owi, ale jeśli jeszcze raz napotka w Hogwarcie kogoś, kto stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla uczniów, będzie musiał ostro zaprotestować, a jako szef aurorów potrafił stać się niebezpieczny dla szkolnej harmonii.
Tymczasem zerkał na metalowy zegarek raz po raz, obiecując w duchu dwójce aurorów drugiego stopnia modręgę i katorgę, jeśli nie pojawią się tutaj w ciągu piętnastu najbliższych minut. Nie słuchał ani trochę człowieczka produkującego się na temat niebezpiecznych roślin w cieplarni numer 2, którymi powinien się zainteresować jako szef aurorów. Jeszcze troche, a odeśle go do obijającego się Halla. Gobliny, teraz ta istota... o tak, dobrze było mieć prawą rękę. Mógł bez wyrzutów sumienia (ha-ha) zwalać najgorszą robotę na wybranego przez siebie zastępcę.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Pon 11 Maj 2015, 21:32

Jak wszyscy wiedzą istnieje niepisana zasada, że jeżeli coś zbyt długo idzie dobrze, to zaraz stanie się coś, co sprawi, że niemal natychmiast zapomnimy o tym co było wcześniej. Zapomnimy o tym co udało nam się stworzyć, czego nauczyć, o co zawalczyć.
Przyjemności, słodkości, miłostki odchodzą na bok, zniszczone przez widmo śmierci, wojny i zniszczenia przeplatanego z cierpieniem. Wielka szkoda, gdy piętno nieszczęścia wkracza w nasze życie akurat wtedy, gdy młoda osoba dopiero się kształci, podejmuje swoje pierwsze poważne wybory, gdy stara się naprawić świat po swojemu, wpierw próbując uporządkować swoje życie.
Tym razem nie wyszło. Znowu. Czy panna Whisper nie może mieć chwili spokoju? Nie może zaznać szczęścia na dłużej niż miesiąc? Czy stałoby się coś złego, gdyby pożyła sobie nie mając na głowie żadnych problemów wagi ciężkiej? Najpewniej cała równowaga we wszechświecie zostałaby zachwiana. Dlatego najlepszym sposobem na zniszczenie czyjegoś żywota – w tym wypadku chodzi o żywot siedemnastolatki z domu Kruka – jest informacja, a raczej plotka o pojmaniu jej jedynego brata, jedynej osoby, która dawała jej złudną nadzieję, że rod Whisperow da radę jeszcze się odbudować. Schwytali jej jedynego obrońcę, krew z krwi, brata! Czy trzeba było mówić cokolwiek więcej? Czy łzy, istna rozpacz, która wstrząsała dziewczęcym ciałem za każdym razem gdy przypominała sobie spojrzenia innych person, kiedy jeden z nauczycieli odciągał ją od stołu, który najchętniej szatynka rozniosłaby na wióry. Wpadła wtedy w szał – omal nie rozpłaszczyła pięści na twarzy profesora, który tak naprawdę chciał tylko pomóc, odwrócić uwagę uczniów od niepojętego zachowania Krukonki, która bądź co bądź miała prawo zachować się tak, a nie inaczej.
Nie wiedziała ile spędziła czasu u pielęgniarki szkolnej. Nie poszła na zajęcia, nie byłaby w stanie się skupić na czymkolwiek innym jak na informacji o tym, że Doriana zabrali do Azkabanu. Jej Doriana, jej brata, który nie zrobiłby krzywdy zarówno jej jak i ojcu. Nie był Śmierciożercą, i choć nie był przykładnym obywatelem, chociaż miał coś na sumieniu, to jak można było popełnić taką głupotę? Jak można było wsadzić do więzienia osobę niewinną? Bo przecież Wanda wiedziała, że starszy Whisper nie byłby w stanie zabić rodziciela. Nie osobę, która dbała o nich przez całe życie i która zastępowała im matkę.
- Coraz częściej mam wątpliwości czy Ministerstwo wie co robi. I czy odpowiednie osoby piastują odpowiednie stanowiska. – Zachrypnięty głos doszedł do uszu Jareda Wilsona kiedy ten na spokojnie jak myślał wybrał się na dwór. Delikatny powiew wiatru smagnął ich sylwetki – wysoką i ciemną aurora, jak i pomniejszą odzianą jedynie w szkolną szatę. Policzki nastolatki płonęły żywym ogniem, a twarde spojrzenie wbijało się w nowego szefa biura. Odnalazła go bez problemu – plotki, więcej plotek i pojedyncze szepty doskonale informowały ją o tym kto wsadził starszego ex – Krukona do Azkabanu, więzienia, które niszczy ludzką psychikę, które zabija uczucia i system wartości. Czy ludzie pracujący w największej instytucji czarodziejskiej naprawdę mieli klapki na oczach czy byli tacy głupi?
Wanda sama chciała się tego dowiedzieć, dlatego korzystając z nieuwagi pielęgniarki wymknęła się ze Skrzydła Szpitalnego. Nie miała ochoty rozmawiać z kimkolwiek poza jedną osobą, do której nawet nie można powiedzieć, że miała żal, a na którą zwyczajnie była wściekła. Zaciśnięte dłonie schowała póki co za siebie, nie spuszczając ani na moment ciemnego spojrzenia z sylwetki Gburowatej Mości, która prawdopodobnie straci dzisiaj wszystkie zęby.
Wyglądała niecodziennie – napięte mięśnie falowały delikatnie przy każdym najmniejszym ruchu, rysy twarzy zazwyczaj łagodne wyostrzyły się ukazując niemal zwierzęcą naturę panny Whisper. Była w tej chwili gotowa na wszystko. A już na pewno na stanięcie twarzą w twarz z człowiekiem, który doprowadził do jej załamania.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 11:34

Gdyby miał się przejmować uczuciami rodziny osób, które wsadzał notorycznie za kratki, to nie były ani szefem aurorów ani nawet aurorem. Jego nie obchodziło czy komuś jest smutno z powodu utraty najbliższej osoby czy jest wściekły, czy poprzysięga mu zemstę - jako wysoko postawiona jednostka, nie miał prawa brac tego do siebie. Nie, żeby jakoś walczył z ignorowaniem czyichś uczuć, wychodziło mu to świetnie.  Przez dwadzieścia lat pracy w zawodzie aurorskim zdążył zabić w sobie jakiekolwiek wyrzuty sumienia tyczące się rodzin poszkodowanych. Whisper nie miał wiarygodnego alibi, a wszystkie poszlaki wskazywały na niego, a co za tym idzie, Wilson bez zająkniecia się zamknął ledwie dwudziestoletniego chłopaka w miejscu, z którego zdrowym się nie wychodzi. Jerry bywał bezlitosny. Nigdy się z tym nie ukrywał, a więc nikt nie powinien posądzać go o przejawy wyrozumiałości czy nie daj Merlinie, delikatności. 
Zapatrzył się w metalową bramę, na którą jeszcze dzisiaj wieczorem nałoży się dodatkowe zaklęcia ochronne, jak tylko dwoje nowicjuszy dotrze do murów zamku. Ignorował paplaninę młodzieniaszka z Ministerstwa stwierdzając, że zrzuci go na barki Alexa, aby ten przypadkiem nie nudził się między usługiwaniem Chantal. Z ciężkim westchnięciem wyciągnął z kieszeni aurorskiej granatowej szaty metalowe pudełko z cygarami, podpalając i zaciągając się tytoniem. Młodzieniaszek z Ministerstwa zaczął się zbyt teatralnie dusić i oczywiście Wilson nawet nie zwrócił na to uwagi. Usłyszał ochrypły głosik małej dziewczynki, którą zdążył pochwalić za wyjątkowo sprawne opanowanie zaklęcie patronusa z "Gumochłonami". 
- Tymi sprawami twoja mała główka nie powinna się przejmować. - burknął, zauważając i wyczuwając na odległość nastawienie panienki Whisper wobec jego zacnej gburowatej osoby. Nie wyglądał na przejętego, a na zaciekawionego co też wyniknie z tego spotkania. Uniósł czarną jak noc rękę, odprawiając tym gestem gęgającego młodzieniaszka. Domyślał się, że jedyna rodzina aresztowanego Doriana złoży mu prędzej czy później wizytę i będzie należeć do to samych przyjemności. Oryginalny wygląd panny Whisper przemawiał na jej korzyść. Wściekła kobieta, tak młoda kobieta to w przyszłości być może świetna aurorka. Kto wie, może Jerry zrobi wyjątek i zainteresuje się konkretniej uczennicą, skoro widział w niej potencjał jeszcze w wakacje podczas przesłuchania jej w dniu zamordowania jej ojca? Gdyby nią tak odpowiednio pokierować i ją wychować, mógłby być z niej pożytek w niedalekiej przyszłości. Talent miała, samozaparcie też, a skoro odważyła się z wojowniczą miną stanąć naprzeciw niego i jeszcze wierzyć, że coś z tym działa, oznaczało to, że w czasie bezpośredniego zagrożenia życia nie straci rezonu i poprowadzi misję do końca. 
Uniósł cygaro do ust, przyglądając się młodej uczennicy z pewnym zainteresowaniem. Mimo wszystko jego czarne ślepia zionęły chłodem i ostrzeżeniem. Jerry nie miał nastroju na niańczenie młodzieży. Od tego był Hall i to on miał odgrywać psycholożkę dla "Gumochłonów", sam się przecież do tego zgłosił. Po paru chwilach odwrócił wzrok z dziewczyny, nasłuchując potencjalnych trzasków teleportacyjnych przed bramą Hogwartu.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 12:14

Chyba Wilson zapomina o tym kogo przed sobą ma. Nie mówmy o pannie Whisper jak o dziewczynce, o małej i bezbronnej uczennicy, która nie wie gdzie jest góra, a gdzie dół. Która nie potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo, o swój byt i uczucia. Co niby innego robiła przez niemal całe wakacje? Gdy inni ze szkoły wypoczywali, tudzież walczyli na obozie ona właśnie starała się poskładać swoje życie kawałek po kawałeczku. Robiła to mozolnie i może z początku nieudolnie, ale kto ją miał nauczyć wychodzenia z opresji? Przecież nie szkoła, w której owszem – pobierała sumiennie nauki i która CZEGOŚ TAM ją nauczyła, coś z niej wyniosła. Ale czy to czego chciała?
Umiała się obronić, umiała wykorzystać słabość przeciwnika i umiała się uczyć. Potajemnie starała się uzyskać władzę nad magią niewerbalną, która w pojedynkach jest na pewno miłym dodatkiem, a który ta chciała posiąść bez względu na poniesione straty. Nie mówiła o ty co robi, czego się uczy, dlatego mogłaby mieć niejaką przewagę nad innymi gdyby zechciała. Starała się pozostawać w cieniu, nie pojedynkować się, unikała jak mogła rozgłosu – przecież to nie ona pchała się w ramiona redaktora Lustra.
Nie znalazła się tutaj jednak przez przypadek. Szukała Wilsona po całej szkole, bo to właśnie jego obwiniała za wpakowanie jej brata do Azkabanu. Zastanawiała się czy ten człowiek miał jakiekolwiek uczucia? Czy wiedział jak ważna jest dla innych rodzina? Czy mógł pojąć co ona teraz czuje? Najchętniej rzuciłaby mu się do gardła, rozszarpała je gołymi rękoma, wgryzła się w tchawicę, zrobiłaby coś, o co najpewniej większość znanych jej osób byłoby wdzięcznych. Czy jednak uspokoiłaby swoje sumienie, swoje buzujące uczucia?
Nienawiść, która w niej tkwiła chwilowo zaślepiała ją, jej stateczne ruchy i pewność siebie, którą emanowała. Sprawiała, że naprawdę Whisperówna odczuwała chęć mordu. Powstrzymywała się jednak, bo nie chciała zostać taka jak byli inni. Zła i nieczuła. Miała swoje zasady, pamiętała o nich, ale nie była pewna czy dzisiejszego wieczora ich nie złamie.
Nie zwracała uwagi na podrzędnego urzędniczynę, który zdążył się już ulotnić, a całkowicie skupiła swoją uwagę na ciemnej twarzy jej ex – nauczyciela od Patronusa, którego owszem, nauczył ją i była mu za to wdzięczna co nie miara. Wiedział, znał jej sytuację rodzinną i to, że została sierotą. Wiedział jak ważny jest dla niej Dorian, a mimo to wsadził go za kratki jak gdyby nigdy nic. I dlaczego? Bo był kolejnym kretynem z Ministerstwa, który z braku laku wolał posłużyć się kimś młodym by zatuszować swoje nieróbstwo? Nie podobała się jej jego facjata i jego ton, którym się posłużył. Najeżyła się jeszcze bardziej podnosząc wysoko brodę. Cała jej postawa krzyczała, że się go nie boi.
- To czym moja mała główka winna się zająć to wyłącznie moja sprawa. – Odezwała się ponownie, posługując się niezwykle sprawnie ironią w momencie cytowania mężczyzny. Wykrzywiła wargi i ledwo – ledwo powstrzymywała już widoczne drżenie rąk.
- Zastanawiam się co Pan czuł w momencie aresztowania mojego brata. Czy myślał Pan wtedy o naszym spotkaniu w dniu morderstwa mojego ojca? Czy widział Pan Mroczny Znak, który unosił się nad moim domem? – Starała się mówić gładko, zachowując pełną kulturę. Jeszcze nie wykrzykiwała jego nazwiska na lewo i prawo, ale była blisko tego, by przejść z nim na Ty bez rytualnego stuknięcia się kieliszkiem o kieliszek. Przeszła krok w jego stronę, a mocniejszy poduch wiatru zburzył jej włosy, jej gęste loki opadające na plecy. Ciemne oczy zamigotały niebezpiecznie, a i sama postura panny krukoniastej wyostrzyła się.
- Czy miał Pan dowód na to, że to właśnie Dorian wyczarował ten znak? Czy miał Pan cholerny i faktyczny powód, by go aresztować? – Nie wytrzymawszy podniosła histerycznie głos, który w pewnym momencie się załamał. Momentalnie zamknęła usta, by starać się przełknąć ciężką gulę, która w krótkim czasie zdążyła urosnąć do monstrualnych rozmiarów.
- No miał Pan czy nie?! – Zapytała już ostro doskonale wiedząc, że ten nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, które w jej oczach i tak pozostanie marne. Wiedziała, że robi w tej chwili coś, o co nie pokusiłby się każdy, ale czy miała coś do stracenia?
Nie dojrzała chorego zainteresowania w ślepiach Wilsona sama zasnuta mgiełką wściekłości i bezradności, że nie może nic faktycznie zrobić. Może dać tylko upust swojej złości, która na pewno odbije się na Jaredzie. Pytanie tylko kiedy pęknie system Krukonki.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 12:49

W życiu tylko dwie kobiety potrafiły wzbudzić w Jerrym odruch odwrotu. Własna córka i swoja matka, nawet Katherine nie potrafiła go tak spławić i uciszyć. Tak więc żadna wściekła uczennica nie miała najmniejszych szans wzburzenia Jareda do tego stopnia, aby musiał się skoncentrować na niej na tyle, aby być w stanie wysłuchać czyjejś paplaniny pełnej żalu i złości. Gdyby panienka Whisper wykazała się bystrością i ściągnęła tutaj Skai, obracając ją przeciwko swemu ojcu, być może wtedy Jerry by zareagował bardziej niż same chłodne obserwowanie rozzłoszczonego dziecka. Wypuścił z płuc sporą smugę trującego ciemnego dymu przesłaniając tym samym twarzyczkę Whisperówny. Kpił sobie z jej prób heroizmu. Biedaczka potrzebowała się wyżyć i Wilson póki co na to pozwalał, traktując ją jako obrażoną pięciolatkę tupającą nogami i krzyczącą wniebogłosy, bo według własnego dziecięcego rozumowania, została źle potraktowana. Z jednej strony wyglądała jak młoda dorastająca kobieta z zadatkami na dobrego aurora, a z drugiej bawiła niezmiernie Jerry'ego tak pierwotnymi odruchami mordu. Nie ona pierwsza i nie ostatnia traciła nerwy z jego powodu.
Nie widział w niej obajawów strachu, a więc podjudzał ją, aby pokazała na co ją stać. To byłoby bardzo ciekawe przedstawienie. I on niedawno stracił nad sobą panowanie. Pierwszy raz od ćwierć wieku poniosły go niewyobrażalnie potężne emocje i właśnie wtedy był prawdziwym sobą. Zacisnął szczękę, wspominając to z niesmakiem. Mimo wszystko właśnie w takich skrajnych sytuacjach najłatwiej jest poznać drugiego człowieka, a skoro panna Whipser miała ukryty potencjał i sprowadziła na siebie uwagę szefa biura aurorów, miał prawo się nad nią dyskretnie poznęcać. Wygiął usta w uśmiechu pełnym politowania.
- Umów się na spotkanie za minimum cztery miesiące i wtedy być może przedstawię tobie dowody przemawiające na niekorzyść twojego brata. - coraz lepiej się bawił. To jasne, że nie wtajemniczy ot tak dziewczyny w szczegóły przeprowadzonego trzy miesięcy śledztwa. W końcu zaczęła krzyczeć, dając tym samym chorą satysfakcję aurorowi.
- Tak, jest wiele dowodów, dzięki którym twój brat nie opuści Azkabanu przez minimum rok, jeśli nie dwadzieścia lat. - wbijał jej nóż w serce i obracał nim, nie mając dla niej litości. To, że podczas przesłuchania został zmuszony przez starszą znajomą aurorkę do bycia delikatniejszym i bardziej wyrozumiałym wobec przerażonej sieroty, nie oznacza, że i teraz będzie do niej łagodnie przemawiał. Nie był nauczycielem, tylko aurorem. Nie studiował pedagogiki, nie musiał więc dbać o dobre samopoczucie uczniów. Od tego byli profesorzy, on tutaj pilnował bezpieczeństwa i w czasie wolnym próbował wbić do głów nielicznych podstawy opanowania zaklęcia patronusa.
Ponownie zaciągnął się tytoniem i nie robił nic w kierunku uspokojenia uczennicy. Niechaj się wywrzeszczy i rozpłacze, niczym tym sobie nie pomoże. Doceniał odwagę, że go odnalazła i postanowiła powiedzieć co sobie myśli, ale wciąż twierdził, że jeśli przegnie, z wielką przyjemnością ją ukarze i poznęca się nad nią w imię regulaminu szkolnego. A w pobliżu nie było nikogo, kto byłby w stanie złagodzić Wilsona i zmusić go do bycia bardziej wyrozumiałym. Karmił otoczenia po raz kolejny informacją o tym jaki jest nieczuły, okrutny, bezlitosny etc. Ba, podobała mu się taka reputacja.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 13:39

Wanda nienawidziła kilku rzeczy w życiu. Nie mówimy tutaj o nielubianej zupy ogórkowej czy kolorze brązowym, ale o chamstwie i ignorancji. Nie lubiła gdy osoba, z którą rozmawia ignoruje ją, jej starania, jej osobę. Nieistotnym było to ile ma lat i czym się zajmuje, jakiej jest płci. Oczekiwała szacunku, nawet jeżeli była tylko rozhisteryzowaną nastolatką, której zamknęli brata w więzieniu, z którego się nie wychodzi bez skazy. O ile się wyjdzie.
- Mam prawo wiedzieć jakie są zarzuty przeciwko Dorianowi. Mam do tego prawo jak nikt inny i Pan dobrze o tym wie. – Wyrzuciła z siebie zarzucając mu niekompetencję. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni jak się niebawem okaże.
- Dziwię się, że został Pan szefem biura aurorów. Wsadził Pan za kratki niewinnego człowieka, który nie ma i nie miał styczności z Voldemortem. To widać jak na dłoni kto popełnił morderstwo. – Poczuła nieprzyjemny uścisk na żołądku gdy wypowiedziała pseudonim Czarnego Pana, jednak nie obeszło ją to aż nadto. Domyślała się, że to właśnie jeden z jego popleczników zamordował jej ojca, bo niby skąd by się wziął Mroczny Znak nad dachem domu Whisperów? Zacisnęła wargi mierząc gniewnym spojrzeniem Jareda, który najwyraźniej świetnie się bawił widząc ją do jakiego stanu doprowadził ją nie tylko on, ale i wieść o tym, że ostatni członek, żyjący! W jej rodzinie został skazany na cierpienie.
Nie miała ochoty bawić się w jakiekolwiek uprzejmości, miała po prawdzie gdzieś jak się zachowuje i jak to jest postrzegane przez Wilsona, który nawet nie był pełnoprawnym nauczycielem w Hogwarcie. Przychodził tutaj bo musiał, bo mu to zlecono, a ona zakończywszy już naukę Patronusa wcale nie musiała oglądać jego zapyziałej gęby.
Gdyby nie to, że ten tak perfidnie śmiał się jej w twarz – nie mówiąc już o potraktowaniu jej zmęczonej buzi dymem tytoniowym, który gryzł ją w oczy – to najpewniej dałaby sobie spokój i odeszła szukając pocieszenia w dobrze znanych jej ramionach. Czarnoskóry jednak nacisnął na jej odcisk, na coś, czego szczerze nie cierpiała, dlatego nie zamierzała odejść tak szybko i tak łatwo. Chciała pokazać, że nie jest byle kim i udowodni mu to, że ten się mylił. Że popełnił błąd dorywając Doriana Whispera.
Oddychała głęboko, powoli i ze świstem wypuszczając powietrze – za wszelką cenę starała się trzymać nerwy na wodzy, ale wiedziała, że to nie poskutkuje dopóki Jerry utrzymywał swoją nonszalancką postawę, która tylko podjudzała Wandę do ataku.
Kolejne słowa mężczyzny tylko przechyliły czarę gorycz – niezadowolenie panny Whisper buchnęło niczym płomień z czary ognia, a i ona dobyła swojej różdżki. Zacisnęła palce momentalnie na drewnie mile łechtające podszycie jej skóry. Czuła w sobie energię, tą złą energię, która w tej chwili kipiała niemiłosiernie. Nie mogła powstrzymać żądzy wykonania własnego osądu. Po prostu nie mogła. Musiała się wyżyć, a krzyk czy płacz w niczym już jej nie pomoże. Najzwyczajniej w świecie chciała zrobić krzywdę Jaredowi Wilsonowi, osobie, która sprawiła, że obecnie życie Krukonki z ostatniego roku legło w gruzach. Nie było już osoby starszej, która trzymałaby nad nią pieczę.
Chciała spytać samą siebie co by się stało gdyby popełniła przestępstwo, gdyby kogoś zabiła.
To głupota. Nie miała zamiaru nikogo zabijać. Chciałaby zwyczajnie, by i Wilson poczuł się tak jak ona. By wiedział, że nie jest słabą dziewczynką, dla której najważniejsza jest nauka. Niech jej nie lekceważy, bo jeszcze nieraz się zdziwi.
- Depulso! – Świst unoszącej się różdżki przetykany krzykiem szatynki rozdarł ciszę, która zawisła między nimi. Być może to co właśnie zrobiła było najgłupszym posunięciem jak właśnie mogła zrobić, ale czy ktokolwiek mógłby ją winić za to co robi? Wpadła w szał, starając się skupić całą swoją moc na negatywnych uczuciach jakie w niej buzowały.
- Petrificus Totalus! – Rzuciła zaraz, gdy nie minęło nawet kilka sekund od wypowiedzenia pierwszego zaklęcia, najpewniej chcąc dać sobie czas na wykonanie kolejnego ruchu. Robiła to instynktownie podjudzona, podburzona, niebezpiecznie zbliżając się do czarnoskórego aurora, który najwidoczniej bawił się lepiej niż w wesołym miasteczku.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 14:03

Wilson rzadko szanował drugiego rozmówcę. Głównie wtedy, gdy mu się to opłacało, gdy ktoś na to zasłużył albo był od niego wyżej postawiony i kultura tego nakazywała. Dzieci nienawidził, bo go drażniły, nic więc dziwnego, że męczył się siedząc w zamku, a i tak ograniczał to do całkowitego minimum. Według Jareda dzieci i ryby głosu nie miały, a więc na próżno próbować czegoś uczyć go w tym wieku. Pewne czynniki stworzyły z niego człowieka okrutnego i bezlitosnego, ale i też piekielnie dobrego w swoim fachu. Dobrze wiedział, że trzymano go w Ministerstwie ze względu na jego twardą rękę i sposób kontrolowania podwładnych. Dzięki niemu wyrabiano ponad normę, wydano dekret pozwalający na mordowanie Śmierciożerców, a liczba zgonów mugoli zmniejszyła się. Wracając do tematu, oskarżenia panny Whisper odbijały się jak grochem o ścianę. Powinna dawno temu zrozumieć, że nic nie wskóra ani krzykiem ani spokojną rozmową dopóki nie zasłuży na szacunek i nie otrzyma w związku z tym pewnych przywilejów - uznania i możliwości wysłuchania tego, co ona ma do powiedzenia. Wilson dobierał ostrożnie przyjaciół i dlatego miał ich tak niewielu. Wiedział jaką władzę dzierży w dłoniach i nie zamierzał udawać, że to nie jest coś wielkiego. To punkt kulminacyjny jego kariery i spełnienie pobocznego, najważniejszego marzenia.
- Dowiesz się zatem, jeśli umówisz się na spotkanie. - wzruszył ramionami, przyglądając się tlącemu się cygarze.
- Czyżbyś wiedziała coś więcej niż mówiłaś? Uważaj na słowa, panienko. Jesteś pełnoletnia i jeśli coś ukrywasz, możesz dołączyć do brata. - jego głos zrobił się chłodniejszy w obyciu, zimniejszy i twardszy. Tak, jak przemawiał do niektórych niekompetentnych podwładnych. Zapisał w pamięci mus ponownego przesłuchania tej pannicy i tym razem bez obchodzenia się z nią jak z jajem smoka.
Uniósł brwi żywiej zaintrygowany czerwienią policzków uczennicy. Nadepnął jej na odcisk. Absolutnie nie poczuł się z tego powodu źle. Znalazł czuły punkt i wiedział gdzie uderzyć. Odsłoniła sie przed nim i miał teraz nad nią przewagę. W tej kwestii powinna popracować, jeśli myśli nad posadą aurora. Tak łatwo przyszło mu ją zdemaskować i dowiedzieć się co ją naprawdę boli.
Pogratulować należy jej zwinności. Pierwsze zaklęcie trafiło go w lewę (!) ramię odsuwając go na dwa kroki w tył. Drugie zostało błyskawicznie odparte i zastąpione trzecim:
- Expelliarmus. - szmaragdowe światło dorwało się do różdżki panny Whisper, a Wilson tylko czekał, aby pochwycić jej broń w dłoń i najzwyczajniej w świecie ją skonfiskować. Atakowanie aurora z dwudziestoletnim bagażem doświadczeń nie było najmądrzejszym posunięciem. Atakowanie szefa aurorów tym bardziej, nie wspominając o atakowaniu Jareda Wilsona. Zrzucił na ziemię cygaro, miażdżąc je obcasem buta. Jego oblicze spochmurniało.
- To błąd, drogie dziecko. - oznajmił jej grobowym tonem, przeszywając ją ślepiami na wskroś. - Różdżkę odbierze twój opiekun domu, a ty właśnie zarobiłaś sobie u mnie szlaban. A uwierz mi, że o to niełatwo. - nie korzystał z reguły z tytułu tymczasowego nauczyciela i przywilejów karania uczniów, dodawania i odejmowania im punktów. To go nie kręciło, nudziło. Wilson wydawał się niewystarczająco wkurzony, ale wystarczyło chwilę poopatrywać się w jego ślepia aby widzieć brak litości i ostatnie ostrzeżenie. Nie wolno mu było fizycznie pastwić się nad uczniami, jego praca i miejsce pobytu na to nie pozwalało.
- Pożegnaj się również z Hogsmade i wolnymi weekendami do końca semestru. Za atakowanie aurora grozi tobie wiele surowych konsekwencji i dopiero wtedy poczujesz co to znaczy cierpienie. - patrzył na dziewczynę z góry, skazując i siebie na siedzenie w zapyziałym obskurnym Hogwarcie w dni wolne, które mógłby spędzić w Ministerstwie. Mógłby też ciągnąć za sobą dziewczynę do Ministerstwa i tam odrabiałaby szlaban, który dopracuje tak, aby zbierało się jej na wymioty za każdym razem, gdy zechce podnieść różdżkę na starszą od siebie osobę.
- A teraz zejdź mi z oczu. - polecił, chowając swoją różdżkę z powrotem do rękawa. Nie łatwo jest go zaskoczyć, a pannie Whisper się to w pewien sposób udało. Nie oznaczało to, że jej to odpuści. Dopóki krzyczała, wielkodusznie by ją zignorował, ale gdy dobyła różdżki, sprowadziła na siebie kłopoty.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 18:03

Tak po prawdzie to Wandę nie interesowało to jakim pracownikiem Ministerstwa jest Wilson. Czy dostaje premię za wsadzenie jednego więcej rzezimieszka do więzienia, czy jego podwładni się go słuchają, czy ma udane kontakty z ex już żoną czy dziećmi. Lubiła Skai, uważała ją za niezwykle rezolutną dziewczynę i zastanawiała się jedynie jakim cudem ktoś tak bezczelny jak Wilson zdołał spłodzić tak wspaniałą córkę. Młodszej latorośli nie znała, bo nie obracała się wśród małolatów ze Slytherinu.
Nie zamierzała okazywać szacunku osobie, która i jej nie obdarzy tym samym. Dlatego perfidnie spoglądała na Jareda nie kryjąc złości, rozczarowania i szału, który właśnie dał sobie upust. Wszystkie negatywne emocje kumulowały się w niej już od jakiegoś czasu, a teraz zwyczajnie uleciały ukazując Whisperównę w co najmniej złym świetle. Nie dziwmy się jej jednak, że zareagowała tak, a nie inaczej. Miała do tego pełne prawo zważywszy na fakt ile złego, ile złych doświadczeń przesunęło się po jej życiu. A miała ledwie siedemnaście lat. Czy to nie za mało na bycie sponiewieraną przez los? Nie lubiła robić z siebie ofiary, póki jest jednak w szoku musi działać pod wpływem impulsu nim znowu się w sobie zamknie i nie dopuści reszty do swych myśli.
- Prędzej pójdę z tym wszystkim do Ministra niż trafię na Pana dywanik. – Sapnęła nie kontrolując już zbytnio ruchu dłoni, swojego ciała, które topniało za każdym razem gdy przypominała sobie co najpewniej dzieje się teraz z jej bratem, jaki jest bezbronny, jak bardzo cały ten świat go zniszczy.
Zdziwiła się, a jakże, gdy zauważyła, że pierwsze zaklęcie, które śmignęło między nimi dosięgło aurora. Przez krótką chwilę poczuła magnetyczne szczęście, dumę – udało się jej w jakiś tam sposób naruszyć samego szefa biura osób, którą chciałaby kiedyś zostać. Po kilku sekundach jednak mina jej zrzędła – dosłownie na moment, bo zaraz została zastąpiona wyrazem czystej nienawiści i szału, który błysnął w oczach Wandy Whisper. Ryknęła z bólem wyciągając dłoń po swoją ukochaną różdżkę, która była przy niej nieustannie 24 godziny na dobę. Poczuła nie tylko bolesną pustkę, ale i niewypowiedziany gniew przez, który gotowa była popełnić jeszcze jedno wykroczenie.
Nie słuchała jego słów, jego pogróżek, jego marnych pseudo obietnic. Miała gdzieś, że prawdopodobnie do końca zimy nie ujrzy Hogsmead, nie pójdzie do Miodowego Królestwa, ani do dziwnej restauracji z jamnikiem, w której ostatnio była z Henrym. Ten najprawdopodobniej jeszcze nie wiedział co się z nią stało, jaki szatan w nią wstąpił. W sumie bardzo dobrze, nie chciałaby by ujrzał ją w takim upiornym wydaniu, kiedy to przestępując z nogi na nogę wybiegła naprzeciw Wilsonowi, by pochwycić poły jego czarnej jak listopadowa noc szaty i za nią szarpnąć. Cały czas trzęsła się jak osika i Merlin jeden wiedział jak udało się jej utrzymać n nogach. Nie zwracała uwagi na to, że widać powoli wstępujący obłęd na jej twarzy, tak samo nie interesowało ją to jak kąciki oczu ją zapiekły, a po policzkach leje się strumień gorzkich łez.
Spuściła głowę i nie komentując jego czy swoich wcześniejszych słów wyraźnie zapłakała, waląc aurora pięściami po klatce piersiowej.
- Oddaj mi brata, potworze! - Tak. Była tylko niewinną nastolatką, której zabrali ostatniego członka rodziny, na którego miała jakikolwiek wpływ. Dziki jęk z nutą histerii wydostał się z jej gardła, kiedy ona już całkowicie oślepiona oddała się okładaniu Wilsona ściśniętymi rękoma.
Nie myślała, nie miała zwyczajnie sił. Było jej wszystko jedno.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 18:47

Nie tylko Wanda zastanawiała się jakim cudem spłodził tak fantastyczne, wesołe i nie zepsute dzieci. On sam zachodził w głowę jak to możliwe, że Seth i Skai nie odziedziczyli po nim najgorszych cech. Gdyby nie kolor skóry to byłby nawet skłonny podejrzewać Katherine o romans z listonoszem, ale widział w dzieciach trochę siebie. Dziękować losu, że odziedziczyły więcej po matce niz po nim. Nigdy nie życzył im swojego charakteru.
Oni teraz nie byli istotni. Wilson ponownie miał do czynienia z nastolatką i przypominało mu to do złudzenia spotkanie z Everettówną narzekającą na bóle macicy. Tym razem niestety nastolatka była na skraju załamania nerwowego i Wilson nie potrafił wykrzesać z siebie ani trochę współczucia. Marszczył czoło gotów zgotować ciężki los zarozumiałej pannicy i o dziwo, zauważył, że to dziecko cierpi. Najzwyczajniej w świecie cierpi i to on jej to zafundował. Może to zabrzmi dziwnie, ale Jared dopiero teraz to zauważył, że przez pewne działania zadaje komuś niewyobrażalny ból i nie używa do tego magii. Celowo podjudzał dziewczynę, a ta zaczęła się przed nim załamywać.
- Droga wolna, Minchum chętnie o tym z tobą pogada. - mruknął mniej agresywnie, majac ochotę wybuchnąć śmiechem z jej prób zastraszenia go i wymuszenia w nim chorych, pustych obietnic naprawienia wyrządzonego zła. Okładała go pięściami i był to wyraz czystej bezsilności. Ona nic już nie może zrobić oprócz pogodzenia się z losem. Wilson nie miał ochoty jej pomagać ani ułatwiać sprawy. Jeśli naprawdę tkwił w niej potencjał i siła, musiała umieć godzić się z gorzką prawdą i zapoznać blisko ze śmiercią. Tylko dzięki temu mogłaby stac się piekielnie dobrym aurorem. Stał nieruchomo i patrzył z góry na beczącą nastolatkę, rozważając czy nie łatwiej będzie odniesienie jej do Machiavelliego. Będzie musiał mu szepnąć na ucho to i owo, coby zajął się swoją uczennicą w odpowiedni sposób.
- Twój brat jest jedynym podejrzanym w tej sprawie. Dopóki nie pojawi się inna poszlaka albo świadek gwarantujący mu wiarygodne alibi, nie wyciągnę go z Azkabanu. - oznajmił jej grobowo, odzyskując zimny spokój i opanowanie. Okazał rodzaj łagodności - dał jej nadzieję, marną, ale jakąś nadzieję, że Whisper kiedyś wyjdzie z Azkabanu, jeśli sprawa potoczy się dalej. Trzeba zauważyć, że nie powiedział tego w sposób "wyciągnę go, jeśli...", tylko "nie wyciągnę go, dopóki...". Gdy po paru minutach zaczął odczuwać dudnienie na klatce piersiowej, spuścił głowę i chwycił nadgarstki nastolatki, odsuwając je od siebie. Na jej ramię opadła ciężka czarna łapa, gdy zaprowadził ją do metalowej, zimnej i mokrej, zarośniętej pnączami ławki kilka metrów dalej. Kazał jej usiąść, bo nie uśmiechało mu się przechadzanie po zamku z nieprzytomnym dzieckiem. Mógłby mieć przez to jakieś nieprzyjemności. Sam stał niedaleko, chowając ręce do kieszeni szaty.
- Jeśli myślisz poważnie o karierze aurorskiej, próbuj uratować brata, Whisper. Znasz go lepiej niż inni i masz największe szanse uwolnienia go - jeśli oczywiście jest niewinny. - nie pocieszał jej, tylko nakierowywał ją na inny tor myślenia. I ona się zajmie czymś pożytecznym, i on będzie miał okazję sprawdzenia czy warto inwestować czas i siły w tę dziewczynę. Mina Jerry'ego mówiła jasno, że nie zmieni zdania i przedstawienie Whisperówny nic nie pomogło. Mogła płakać nocami, zaklinać go, stworzyć laleczkę vodoo i wbijać w nią szpilki, zsyłać klątwy etc, a Wilson nie wypuści z Azkabanu Doriana Whispera dopóki nie dostanie mocnych dowodów świadczących o jego niewinności.


(nie żeby coś, ale to się sprzeciwia podstawowym zasadom procesu karnego)
Zobacz profil autora
Jiro Guo
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Wto 12 Maj 2015, 20:55

Jiro nabawił się nieprzyjemności u pani Pomfrey, a sama ta sytuacja zakrawała o nieprawdopodobne wręcz szczęście do plątania się w kłopoty. Zaledwie kilka  dni spędził w zamku przepełnionym irracjonalnymi wręcz wypadkami magicznymi, z którymi zazwyczaj potrafił sobie poradzić bez wstawiennictwa przełożonej. Jego myśli pomknęły z powrotem do Skrzydła Szpitalnego, gdzie zostawił zatroskaną pielęgniarkę z nędznie napisaną kartkówką, która miała być dowodem na odpowiednie przygotowanie chłopaka do planowanych zajęć z pierwszej pomocy. I chociaż mijał uczniów, którzy przypatrywali mu się z pewnym zaciekawieniem i lękiem w oczach, bez słowa parł do przodu ubrany w biały fartuch przeznaczony do opieki nad pacjentami. I tylko co jakiś czas zatrzymywał się, aby spytać któregoś ze starszych roczników o wysoką brunetkę z wyraźnymi śladami płaczu i głębokiej depresji, zwaną przez większość z nich Wandą Whisper.
Na jej ślad natrafił dopiero na Błoniach, kiedy szóstoklasiści wskazali rękoma scenę rozgrywającą się tuż przy bramie wejściowej do Hogwartu. Jiro wystarczył tylko jeden rzut oka, aby ocenić marną sytuację dziewczyny, jeżeli zdecyduje się opuścić razem z czarnoskórym mężczyzną teren szkoły, dlatego bez ceregieli pobiegł w tamtą stronę, bąkając marne i niewyraźne podziękowania w stronę pomocników.
Zostawiając ich za swoimi plecami dostrzegał coraz więcej szczegółów rozgrywającej się przed nim sceny, zatrzymując się dopiero kilka kroków od nieznajomego mu aurora i rozhisteryzowanej uczennicy, najpewniej gotowej na złamanie wszystkich zasad w imię wygórowanych celów tkwiących w rozszalałym z tęsknoty i pustki sercu. – Psiplasim – zwrócił na siebie ich uwagę stanowczym tonem, rzucając nieco zaskoczone i podejrzliwe spojrzenie w kierunku dorosłego mężczyzny, jak gdyby to on mógł wyjaśnić ucieczkę dziewczyny. – Wadi, dlacikiki wysziliłaś? – skierował już słowa tylko i wyłącznie do niej, kucając przed nią na tyle, aby zmusić ją do skoncentrowania uwagi na jego twarzy. Bez ceregieli ujął rozdygotane dłonie Krukonki, ujmując je we własne tylko i wyłącznie dlatego, aby wzmocnić zainteresowanie swoją osobą. Miał pewność, że mężczyzna parsknie śmiechem jak tylko usłyszy śmieszny akcent Jiro, jednak do jego uszu nie dotarł jeszcze żaden dźwięk. Dopiero po kilku chwilach zorientował się, że nieznajomy odszedł bez żadnego porządnego powitania. Teraz całą swoją uwagę poświęcił zapłakanej dziewczynie, która nafaszerowana była przede wszystkimi eliksirami uspokajającymi, które mogłyby wprowadzić chociaż trochę równowagi do rozerwanej duszy nastolatki.
W jasnych oczach Jiro dostrzegła autentyczną troskę, którą odnalazł zaraz po tym jak dostrzegł rozgrywający się przed nim dramat. Podczas przyjęcia Wandy nie było go akurat w Skrzydle Szpitalnym, ale pani Pomfrey była na tyle uprzejma, że podzieliła się z nim wszelkimi informacjami na temat stanu psychicznego dziewczyny, wraz z uwzględnieniem jej rodzinnych związków. Od razu poczuł bolesne ukucie w sercu na myśl o śmierci obojga rodziców, chociaż dawno już uporał się z własną traumą i depresją. Poczucia straty nie da się wypełnić byle czym, dlatego podobieństwo nakazywało mu większe zaangażowanie w sytuację Krukonki. Na widok zapłakanych oczu wpatrujących się w niego z rozczarowaniem i niezrozumieniem wiedział, że żadne ze znanych mu słów w rodzimym języku nie będą w stanie zrekompensować cierpienia, ani tym bardziej uleczyć złamanego serca.
Wyprostował kolana przy pierwszej próbie wyrwania się Wandy, podejmując heroicznego wysiłku ujarzmienia jej emocji na tyle, aby udała się z nim do Skrzydła Szpitalnego we względnie dobrym stanie. Nie chciałby korzystać z zaklęć paraliżujących, ponieważ to była ostateczność przy agresywnych pacjentach, a takim Krukonki nie widział. Delikatnym szarpnięciem podniósł ją z ławki, chociaż rzucała w jego stronę istny potok protestów i pytań, na które nie znał odpowiedzi. Osobną kwestią był fakt, że nie potrafił zrozumieć tak szybkiego tempa i po chwili zaprzestał prób. Mocarnym ujęciem chwycił jej prawe przedramię, zmuszając poniekąd aby oparła przynajmniej połowę ciała o jego i w pokraczny sposób ruszyli w stronę Skrzydła Szpitalnego. – Tu nici ni da – powiedział smętnie pod nosem, nie oczekując zbyt wiele od pacjentki.

[zmiana tematu Wanda i Jiro i Jared]
Zobacz profil autora
Peter Forrester
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Pon 31 Sie 2015, 20:23

Strzepnięte z ramienia pióro poszybowało na dół w akompaniamencie teatralnego westchnięcia, które wyrwało się z ust wysokiego chłopaka przemierzającego prawie, że malowniczą ścieżkę prowadzącą do szkoły. Odpałek dopalonego papierosa parzył go w palce dlatego czym prędzej cpyknął nimi w charakterystyczny sposób posyłając resztkę peta w dal – błękitne patrzałki przez chwilę obserwowały tor lotu do momentu, aż perfidny kamulec z napisem love nie próbował go zabić.
- Nosz cholera jasna! – Taką wersję najpewniej usłyszałyby dzieci czytające posty pewnego przystojnego jasnowłosego Gryfona, za którym powinna oglądać się połowa szkoły. Prawdę mówiąc słowo, które wypłynęło z peterowych warg było nieco inne, odmienne, określające pannę lekkich obyczajów. Jednak może to nie była prawda? Może faktycznie dostosował swą wypowiedź do młodszej publiki, która go uwielbiała i obserwowała każdy jego krok? Nawet ten, w którym o mało co nie wylądował twarzą w ziemi.
Obruszony kopnął przeszkodę z całej siły dostrzegając kątem oka w oddali białą postać z czymś co mogło wyglądać na kufer. Mogło, co nie znaczy, że tym było – chłopak zmrużył ślepia starając się upewnić w swoich rozmyślaniach czego jedynie efektem było to, że zamiast walizki ujrzał twarz Jolene.
Jolene Dunbar. Przecież zniknęła nie dalej jak … wtedy gdy i on zniknął ze szkoły. Nie miał się jak pożegnać, bo jego zapobiegawcza i strasznie cwana mama mu to uniemożliwiła. Był na nią wściekły za to, że wyrwała go ze szkoły w takim momencie. Poczuł się upokorzony, dlatego na widok przyjaciółki zrobiło mu się ciepło na sercu. Przyspieszył kroku i już z oddali zaczął wymachiwać dziko rękoma gdy dziewczyna tylko zwróciła na niego uwagę.
- Joeeeee, Joe. JOE. – Poły czarnego płaszcza, oczywiście niezapiętego rozsunęły się niczym skrzydła Batmana ukazując pod nim czerwony sweter z wielkim G n środku klatki piersiowej chłopaka. Twarz Forrestera promieniała szczęściem, a usta wykrzywił przyjemny grymas samozadowolenia. Myśli o matce odpłynęły, a silne ramiona Gryfona pochwyciły drobną Puchoneczkę w niedźwiedzim uścisku.
- Droga kompanko do spraw ucieczek przed śmierdzącymi charłakami. – Zapach papierosów i wody kolońskiej otoczył ich jednocześnie gdy blondyn przyciskał Dunbar do piersi.
- Wracasz z zakupów? Kupiłaś miliony sukienek by mi się przypodobać, co? – Odsunął ją na długość swoich rąk i przyjrzał się.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   Pon 31 Sie 2015, 20:55

Nie lubiła przychodzić, odchodzić i wracać sama. To źle na nią wpływało; okropnie się z tym czuła. Pragnęła być z kimś, trzymać czyjś łokieć i patrzeć na czyjś profil, a nie stać sama jak kołek w ciemności. Co rusz patrzyła w prawo, w lewo, za siebie i szukała Dwayne'a, który powinien tu być. Czuła się bez niego jak bez ręki, a teraz miała być w Hogwarcie sama. Sama. Naprawdę sama, bez niego. To była dlań nowa sytuacja i nie ukrywajmy, trudna. Ilekroć stwierdzała, że nie znajdzie w ciemnościach zarysu sylwetki Dwayne'a i nie poczuje przy dłoni jego ciepła, zawsze odczuwała dziwne ukłucie w okolicach serca i nieustanny niepokój.
Z tymi smutnymi uczuciami i tęsknotą wymalowaną na buzi stała za bramą wejściową przy dwóch ogromnych i brzydkich gobelinach czy Merlin raczy wiedzieć co to jest. Jo wydawała się zagubiona i taka w istocie była. Dopiero usłyszawszy znajomy, wesoły głos i zobaczywszy psotne błyski w ciemnościach, powróciła na ziemię. Cieszyła się, że nie musi już stać jak kołek sama i czekać na Filcha, a może na przykład dać się zmiażdżyć Gryfońskim ramionom.
- Pet! - zarzuciła mu ramiona na szyję i mocno wtuliła się w gryfoński obojczyk, wdychała gryfoński zapach fajek, wody kolońskiej i czegoś z procentami. Zatęskniła do zapachu ziemi, pasty do zębów, karmy do kotów, piór i wszystkich detali składających się w Dwayne'a. Łaknęła obecności drugiego człowieka, a Pet spadł jej z nieba. Pojawił się jak zawsze w najlepszym momencie.
Zacisnęła powieki i stanęła na palcach, aby mocniej wyściskać Petera, a przy okazji zmiażdżyć to i tamto żebro. Tęskniła za nim. Za wszystkimi, za magią, za Hogwartem, za jej prawdziwym domem. Tutaj była kimś, w domu była tylko Jo. Uciekła z domu nie bez powodu.
- Jak ja za tobą i za wszystkim tęskniłam. - powiedziała do jego kurtki, przytulając do niej usta i zimne, czerwone policzki. Nie narzekała na ból ramion i chwilowy bezdech, dla przytulania zdolna była przetrwać wszystek. Jo miała spory deficyt przytulania, zatem przyjęła Forestera z wielką miłością do każdego żyjącego stworzenia.
- Mój drogi kompanie do spraw jedzenia, potrzebuję odrobinkę, malutki haust powietrza. Maleńki. - pisnęła niemalże błagalnie i oderwała się od kurtki Gryfona, zaglądając do jego przystojnej buzi i świecących ocząt odbijających światło od okularów. Matczynie poprawiła lok- irokeza na czubku jego zacnej głowy.
- Misiu, kupiłam bardzo dużo ubrań, ale mam już chłopaka. Choć dalej możesz mnie uwielbiać, nie obrażę się. - zamrugała doń psotnie, ukrywając głęboko niepokój i ból związany z nieobecnością Dwayne'a. Objawiła Petowi szeroki uśmiech od ucha do ucha i bardzo cieplutkie, kluskowe spojrzenie. Naprawdę, autentycznie obdarzała go ciepłem i dlatego też nie odsunęła się na przyzwoitą odległość, tylko wpatrywała w gryfońską buzię i szukała każdej zmarszczki sprawdzając czy przypadkiem Pet nie potrzebuje więcej miłości i troski. Czy nie schudł, czy dobrze jada, czy ktoś o niego dba. Uniosła kącik ust.
- Fajnie, że mnie znalazłeś. - powiedziała ciszej i szczerze, oddychając z ulgą.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Brama wejściowa   

 

Brama wejściowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Wejście główne
» Wejście do kryjówki Ghosta w piwnicy.
» Drzwi wejściowe

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-