IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Wierzba Bijąca

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Pon 26 Paź 2015, 22:06

Prawdziwe życie dało o sobie znać Dwayne’owi w nieodpowiedni dla niego sposób, brutalnie okazując niesprawiedliwość losu i ignorancję ludzi nieświadomych istnienia magii. Wielokrotne wracanie do feralnego zadania niosło pogłębiające się wyrzuty sumienia oraz gorycz, której nie był w stanie uciszyć dopóki nie otoczy ramionami najcudowniejszej istoty na ziemi. Właściwie wmawiał sobie, że wówczas odnajdzie w sobie siłę i pozwoli słowom innych ludzi (”Nie mogłeś nic zrobić”, „To nie twoja wina”) dotrzeć w końcu do świadomości. Ośmiocalowy dereń tkwił jeszcze w ozdobnym pudełku w wewnętrznej kieszeni kurty, jak gdyby Dwayne zapomniał podstawowych umiejętności użytkowania różdżki.
Gdy brązowe oczy wpatrzone były w skulony z zimna posąg, nie do końca wierzył w otrzymanie odpowiedniej informacji na temat Jolene. Od momentu jego wyjazdu, nie wysłała do niego żadnego listu i najmniejszej informacji, chociaż on sam po kryjomu łamał regulamin i przekupił fasolkami wszystkich smaków jednego z żandarmów zajmujących się korespondencją. Delikatne, niezwykle blade rumieńce na uwydatnionych policzkach dziewczyny zostały rozświetlone przez niewielkie, chłodne promienie słońca i dopiero w tym momencie rozpoznał w niej okruch dawnego życia.
Cień podnosił się z trawy, a słońce przestało spełniać funkcję jaśniejącej gwiazdy. Bo jak może nią być, skoro bolesny skurcz trzyma w żelaznym uścisku serce, a widok ukochanej twarzy przedstawia wyniszczoną cierpieniem duszę? Dwayne nie został sparaliżowany tak jak dusząca się bladość przed nim, przecierająca oczy ze zmęczenia i zniechęcona monotonną egzystencją pustego dnia. Podskoczył do niej w zaledwie kilku krokach, kiedy słowa ugrzęzły w gardle, a stęsknione wyczekiwaniem dłonie odnalazły zmarznięte członki dziewczęcia.
Nie uciekaj, proszę, nie uciekaj! – krzyk desperacji odbijał się echem, przebijając przez chaos rozszalałych w głowie myśli i tylko budzące się na nowo dłonie były w stanie złapać koło ratunkowe rzucone im obojga. Różnica we wzroście nie była jedyną, która uwydatniła się w tym pośpiesznym geście. Szerokie i niegdyś chude ramiona otoczyły Puchonkę łapczywie, bez wyczucia wbijając w osłonięte ubraniem ciało i być może zabierając dech, który urywał się przy tępym szlochu.
- Moja Jo… – zduszony szept brzmiał niewyraźnie, jednak akustyka wewnątrz umysłu przebiegła kojącym prądem wzdłuż zbolałego serca. Gdzieś ponad uchem gorący oddech tchnął w skórę głowy dziewczyny życie, kiedy wraz z dwoma słowami zrzucał z ich obojga kajdany udręki, a policzkiem burzył pieczołowicie układaną fryzurę. Wczorajszym zarostem szarpał poszczególne kosmyki, niezaspokojonymi ruchami próbując ustami spić jak najwięcej chłodu, którym się otoczyła. W skroniach było go najwięcej, wydawało mu się, że tylko tu potrafi sięgnąć bez nadmiernego garbienia.
Ułamek sekundy trwał wieczność. I dopiero w drugim pochwycił ją w ramiona jeszcze mocniej, unosząc w górę jakby ważyła nie więcej niż kilogram ziemniaków. Dopiero wtedy mógł dosięgnąć jej spękanych ust. Nawet nie zauważył, że od kącików oczu spływają mu łzy.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Pon 26 Paź 2015, 22:30

STOP.

Wbrew pozorom nie poczuła ulgi. Na ulgę było za wcześnie. Jo zaatakował silny ból, równający się z pewnością zaklęciom niewybaczalnym. Na widok miłości i kwintesencji swego życia Jolene zaczęła jeszcze bardziej cierpieć. Ironio losu...
Chłonęła łapczywie widok buzi nieznajomego mężczyzny bojąc się, że to tylko zwidy. Kto wie, może w tej dawce Ben pomylił zioła i wywołał niecelowo halucynacje? Przez to widziała kogoś w kimś, kto tym kimś nie jest. Prawdopodobnie mogła wmawiać sobie, że obcy chłopak jest jej Dwaynem. Może to tylko człowiek z wymiany, a ona robiła sobie nadzieje? Tak ciężko było uwierzyć, że ból może znowu przeistoczyć się w szczęście. Metamorfoza była bardzo trudna, ciężka i wyżerała z ciała Puchonki końcówki sił życiowych. Zbierała energię tak długo, ciułała kroplę do kropli i wystarczyło jedno spotkanie, aby wszystko poszło w diabły. Wszystko zmarnowane, bo to nie jest jej Dwayne, tylko ktoś, kto go przypomina.

Głupiaś., odezwał się zapomniany dawno głos jej drugiego "Ja". Wrócił... jest tu. Zatrzymaj go zanim odejdzie! Złap go, bo znowu zniknie! Pospiesz się! Czy była w stanie ponownie powierzyć swoje życie człowiekowi, którego zniknięcie ją zabiło? O tak, była w stanie. Ba, zrobiła to od razu. Miłości się nie rozumie, ją się tylko czuje i dzieli, mnoży, aby zostało jeszcze więcej. Nie słuchała rozsądku i wspomnień bólu, tragicznych nocy i wieczorów, pierwszych dni żałoby i szoku. To wszystko poszło w niepamięć. Tak łatwo, tak prosto i tak szybko. Mogła znowu umrzeć, tym razem naprawdę, a chciała powierzyć siebie po raz kolejny. Na zawsze. Czy można zrobić coś bardziej głupiego niż drugi raz wejść w paszczę lwa?
Przyglądała się mu łapczywie i choć nie widziała w ubiorze i mimce podobieństw do Dwayne'a, czuła już, że to jest on. Inny, ale on. W innym ciele, ale tak, to jest on. Dwayne. Zmężniał, dorósł, ciągnął za sobą smutek i jakiś cień, ale to był Dwayne. Świadczyły o tym oczy i usta, od których nie odrywała spojrzenia.
Nie pamiętała kto pierwszy wykonał ruch, czy to on, czy jednak ona, ale po chwili otaczały ją potężne ramiona, w których utonęła, w których zaczerpnęła wdechu siląc się zapachem jej Dwayne'a. Znajomy aromat wypełnił płuca i zaczął odnawiać zniszczone i zgaszone ciało. Nie mogła czekać aż szok i pierwsza fala bólu minie. Jej ręce od razu dotknęły szorstkich policzków, zziębnięte opuszki palców sprawdzały czy to ten Dwayne, oddychała łapczywie upajając się zapachem trawy, wody kolońskiej, ziemi, jego oddechu. Straciła dech, gdy gorące usta rozgrzewały zlodowaciałe okruchy serca i przywracały do życia wrak człowieka.
- D-dwayne.. - wydusiła z siebie, biegnąc palcami wzdłuż gorącego karku. Wplotła palce w czarne włosy i uczepiała się go jak koła ratunkowego. Stanęła na palcach, ledwo rejestrując, że nawet i to nie wystarcza, aby sięgnąć ustami jego twarzy. Jeśli ma zaraz zniknąć... Jeśli to nie jest prawda, to chociaż niech się nacieszy, tyle się jej należy. Wczepiła się w niego całym ciałem, a rozpłakała na dobre, gdy tylko go pocałowała. Albo to on ją, nieważne. Pocałunkiem pokazywała Dwayne'owi co czuła, czego brakowało, za czym tęskniła, czego potrzebowała i co musi mu dać, aby znaleźć ukojenie. Gorący oddech Dwayne'a jedynie wzmagał drgawki wymęczonego ciała opuszczonej Jo. Nie potrafiła przestać, nie umiała zaspokoić pierwszego głodu. Wbijała paznokcie w jego kark, przysuwając go do siebie bardziej, jeszcze bardziej, aby karmić się ciepłem i życiem z jak największego obszaru ciała. Słonawy posmak łez łączył potęgę ich tęsknoty i niepotrzebnej rozłąki. Nie zasłużyli na to, a musieli przez to przejść. Trzymała się go kurczliwie, po pierwsze, aby nie zniknął, po drugie, aby się nie odsunął nawet o pół cala i po trzecie, aby nie przewróciła się na trawę. Oddychała jego oddechem i żyła jego życiem, bo tylko tak umiała istnieć. Otarła kciukami pot ze skroni, opierała się o niego i wracała do świata. Wlewała w niego swoją miłość i tęsknotę mając w nosie to, że on tego prawdopodobnie nie zniesie. Palce Jo spadły niżej na mokre policzki, na wargi spomiędzy których wydobywał się gorący oddech. Oddychała łapczywie, dotleniała organizm Dwayne'm. Nie mówiła nic, nie potrzeba było żadnego słowa, aby mogli się porozumieć i wiedzieć, co drugie czuje. Przytuliła do jego ust swoje usta, czoło do czoła, otulała szorstkie policzki dłońmi i nic, doprawdy nic nie mogło teraz zakłócić tej chwili. Łkała, cicho łkała mieszając swoje łzy z jego łzami.
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Pon 26 Paź 2015, 22:54

Ile? Nie potrafił odpowiedzieć na tak proste pytanie, chociaż jeszcze niespełna godzinę wcześniej stał przed kalendarzem niezdarnie zawieszonym w dormitorium i podliczał dni swojej nieobecności. Dojmująca tęsknota uwidoczniła w pośpiesznie składanych pocałunkach desperację, jak gdyby próbował ciepłem swych ust powstrzymać ją od przemiany w żbika i upewnić prawdziwość swojej osoby. Zanim zdołał powstrzymać ręce przed wysiłkiem, trzymał w ramionach najdroższy skarb na świecie i duszę najcudowniejszą, jaka kiedykolwiek zaistnieje. Spękane wargi nie odstraszały go, ale wołały niemo o ratunek, nieśmiało również prosząc o ciepło dla innych części składających się na Jolene – nie tylko ciała, zaróżowionych policzków i przemarzniętych palców, ale przede wszystkim krwawiącego serca, pozbawionego życiodajnej połówki.
Maszyna, którą stał się od momentu feralnego wypadku przestała prawidłowo działać, a rezerwy paliwa kończyły wraz z każdym kolejnym krokiem przekraczanym na korytarzach Hogwartu. Kim był? Co tu robił? Nie potrafił odpowiedzieć na żadne z tych pytań, jednak uzyskał pewność dotyczącą Jej osoby. Był tu dla Niej. Był tym, kim chciała, aby był. Zrobi wszystko, aby odzyskać uśmiech rozświetlający najciemniejszą z nocy i pokona Sami Wiecie Kogo, jeśli takie będzie Jej życzenie.
- Wszystkiego – próbował powiedzieć coś jeszcze, jednak łapczywość pocałunków i strumień łez skutecznie uniemożliwiały mu dokończenie zdania, Ciepłe usta wyszarpywały dźwięki słów, a drżące w powietrzu imię zastygło tak samo jak czas – zamrożony przez tęsknotę obu dusz, połączonych na nowo i rozmawiających gorliwie podczas pocałunku. Mrowienie skóry było niemalże bolesne, kiedy zimne palce sunęły po rozgrzanych policzkach i przypominały sobie fakturę cery odznaczonej zarostem. Gdzieś w międzyczasie, dłońmi rozchyliła kołnierz kurty i próbowała odzyskać ciepło jego karku, ofiarując w zamian nie tylko zimny dreszcz chłodnego powietrza, ale coś zdecydowanie słodszego – upragnioną przez obojga bliskość. Odbierającą dech, wyrywającą słowa wiszące w powietrzu i wyciskająca łzy wstrzymywane tygodniami rozłąki.
- Jestem – tchnął pośpiesznie prosto w jej usta, powtarzając słowa z większą gorliwością: - jestem, już jestem, jestem – niczym mantrę ozdobioną napastliwymi pocałunkami. Czarna czapka zsunęła się z potylicy, przysłaniając mu widok gdy Ona próbowała uczepić palcami przydługawe włosy i ruchem lewej ręki zrzucił przeszkadzający element prosto w wilgotną trawę.
Z rozwartych szeroko powiek łaknął szklane oczy sensu swego życia, patrząc na proste brwi podkreślające ostre rysy zarysowanych kości twarzy. Patrzył na zadarty nos, migotliwie przesuwający podczas nieustannych prób podarowania nagromadzonej miłości i tęsknoty. Ciepły, basowy głos Dwayna drżał od powstrzymywanych emocji, czując że dopiero teraz jest w stanie wypuścić przez bramę serca zaciekłe, ujadające ogary wspomnienia i pozwolić pokąsać się dotkliwie. Jolene go opatrzy. Była jego ratunkiem. Jego lekarzem. Jego ukojeniem. Jego życiem. Jego duszą. Jego sercem. Była wszystkim tym, co w nim najlepsze.
Człowiek nie zrozumie miłości, dopóki nie pozna jej smaku. Dwayne doświadczył ją cztery miesiące wcześniej po raz pierwszy, nie do końca rozumiejąc jej sens czy zasady istnienia. Zabierał to wszystko co była w stanie podarować mu Jolene i sam nieudolnie próbował podarować szczęście. Teraz był człowiekiem o wiele głupszym, bo złaknionym najmniejszego przejawu uczucia od Jolene. Zgłupiał i było mu z tym dobrze, ponieważ wiedział że ona nauczy go na nowo kochać. Wystarczyło, że ją zobaczył – poruszyła w nim serce, nie podejrzewając czego jeszcze dotyczą jego łzy. Cień, który ciągnął się za nim niczym gradowa chmura pozostawał bez kształtu i smaku, jednak Dwayne wyczuwał śmiercionośny oddech ogarów tuż nad swoim karkiem.
Dlatego pochwycił nadgarstek Puchonki i przysunął go do swojej twarzy, obdarowując zimne dłonie kolejnymi pocałunkami, a następnie stanowczym ruchem pokierował ją na szyję. Pochylił się mocniej, aby dosięgnęła stopami podłoża i wsparła na nim, unosząc w międzyczasie końcówki warg w uśmiechu uwalniającym negatywne uczucia.
Całował jej palce, sunące po rozgrzanych wargach i całował jej oddech, zabierając go do własnych płuc i oddając z kolejną pieszczotą ust. – Kocham cię – wypowiada mamrotliwie, tak bardzo niewyraźnie, że Jolene musi doszukać się sensu magicznych słów. Chciałby zabrać ją do dormitorium i ogrzać, aby przestała marznąć na wieczorze zbliżającej się zimy. Nie potrafi poruszyć nogami, rozstawionymi wedle żołnierskiej modły – szeroko i pewnie, aby utrzymać drugą osobę w stabilnej pozycji i równowadze. Chce ująć jej dłonie, ale nie ma siły oderwać własnych od szat uczepionych po przeciwległych stronach pleców, łapczywie przyciskając do kurty. Chce zrobić wiele, ale najpierw musi ukoić tęsknotę i rozpacz.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Wto 27 Paź 2015, 07:15

- Potrzebuję cię bardziej. Potrzebuję cię więcej. - szepnęła łamiącym się głosem, pchając swoje dłonie ku rozpalonej szyi i rozszalałej od przyspieszonego tętna żyły. Wsunęła dłonie pod kołnierzyk czarnej koszuli, przesuwając je ku ramionom, wykradając jeszcze więcej jego ciała i bliskości. Nie mogła się uspokoić i opanować. Ciągle było go za mało, o wiele za mało, aby uwierzyła, że wrócił. Zwilżyła językiem brzegi jego warg, trzymała je mocno przy swoich i czuła w nich życie. Ich lekkie drganie, pulsowanie pełne tęsknoty i głodu. Słyszała tylko oddech i cichy szept, szum krwi i przepływ powietrza między ich ustami. Z daleka musieli przypominać jedno ciało, jedną osobę, duszę, którą w istocie byli. Dzień miał się ku końcowi, a dla Jo, dla nich obojga wszystko dopiero się zaczynało. Stali się zupełnie innymi ludźmi. Obcymi dla siebie samych sprzed ledwie paru miesięcy. Co się z nami do cholery stało?

Korzystając z utrzymania się w ogromnych ramionach, mogła dotknąć wargami szorstkich policzków i scałować wilgotne sztywne włoski zarostu, którego kiedyś tutaj nie było. Wydała z siebie cichy jęk, zatrzymując się w połowie polika, rozchylając usta i wdychając zapach i smak miłości swego życia. Przytuliła doń pół twarzy, obejmując ramionami jego szyję, aby być bardziej. Nieświadomie wbijała paznokcie w skórę ramion, trzymając dłonie na gorącej powłoce jego ciała. Warstwa ubrań jak nigdy zaczęła stanowić przeszkodę. Pragnęła dotknąć policzkiem gorącego, nagiego torsu i ogrzewać się nim aż drgawki ustaną. Byli dla siebie lekarstwem a dziś jak nigdy potrzebowali porządnej dawki antidotum, aby powrócić do szarej codzienności.
Ufała mu bezgranicznie, mimo upływu czasu nic się nie zmieniło. Jęknęła w proteście, gdy postawił ją na nierównej, zimnej ziemi, oddalając się za daleko. Jej sens życia wrócił i nie chciała marnować czasu na odsuwanie się czy oddychanie.
Uspokajał ją magicznym słowem. Jestem odbijało się echem w głowie, lecz nie dotarło jeszcze do serca. Wsłuchiwała się w niego, w głos jego ciała i ciepła, karmiąc się nim i wracając do życia. Jej życie, cel i siła. Już nigdy nie pozwoli mu odejść, choćby musiała dopuścić się zaklęć niewybaczalnych... nie pozwoli mu odejść. Egoistycznie będzie trzymać go przy sobie, aby nigdy przenigdy nie musieć przeżywać własnej śmierci jeszcze raz. Wstrząsał nią silny dreszcz zatuszowany drżeniem kończyn, ust, serca, całego ciała. Ocieplał jej palce oddechem, scałował wrażliwe żyłki na przegubie, pobudzając do życia huragan. Rozgrzewał od środka i tylko on był w stanie przywrócić do świata dawną Jo. Próbowano tchnąć w jej ciało energię i dawną światłość, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Nie mogła żyć, gdy jego nie było. Gdyby nie wrócił... gdyby spóźnił się, to być może dalej by jej szukał i już nigdy nie odnalazł, bowiem Jo była w stanie zejść z tego świata, aby ukoić ból i zapomnieć o utracie. - Nie jesteś snem. - szepnęła do siebie, w pośpiechu głaszcząc jego buzię, utrzymując minimalny kontakt fizyczny z ukochanym ciałem, z ukochanym człowiekiem. Wrócił! Dwayne był jej szczęściem, on budził i gasił światło w duszy Jolene. Tylko on miał tę moc. Wczepiła palce w koszulkę na jego plecach, lgnąc doń łapczywie. Gdy jej nie podtrzymywał, nie mogła go dalej zachłannie całować i egoistycznie poić się jego oddechem. Przytuliwszy policzek do jego torsu, miejsca, gdzie kiedyś z pewnością była szyja, a nie mostek, cicho zaczęła coś szeptać. Majaczyła, wyduszając z siebie niewyraźne słowa oprawione w nagły atak paniki. Uspokoiła się odrobinę, gdy zamknął ją w ramionach tak stanowczo, jak jeszcze nikt nigdy jej nie przytulał. Nie wypuści jej, wierzyła w to. Zatrzymał ją na zawsze i nie musi opuszczać bezpiecznej przystani. Nie odejdzie, nie zostawi jej tutaj, bo inaczej ją zabije, tym razem fizycznie i naprawdę. Stała się swoim własnym cieniem, ponieważ wyssano z niej życie. To on przynosił ze sobą światło, którym dotychczas żyła.
- Nie odchodź. - powtarzała rozpaczliwie cichym głosem, powstrzymując głuchy szloch i wycie tęsknoty. Nie pozwalała wyrwać się mu poza trzewia, czekała aż serce i ciało nasyci się nim na tyle, aby móc zaczerpnąć tchu. Nieświadomie moczyła czarną koszulkę łzami, wtulając się w tułów Dwayne'a jakby chcąc wejść do jego ciała, schować się w samym środku cieplutkiego serca, skulić w koci kłębek i zostać tam na zawsze. Gdyby nie stał na rozstawionych nogach, miałby problem z utrzymaniem pozycji pionowej przy Jo. Słysząc niewyraźne wyznanie, została nagle porażona prądem ożywiającym martwe członki, przywracającym do życia dogorywające ciało. Dwa słowa wyrwane z samego serca były lekiem na przeszłość. Nie odrywając się odeń nawet na pół cala, podniosła głowę i pięty, aby jeszcze raz, i kolejny i następny dotknąć jego ust, jednak trafiła jedynie na szyję i kuszący obojczyk. Powoli docierały do niej różnice i nowości, choć nie miały one takiego znaczenia jak sam jego powrót. Rozgrzanymi ustami dotknęła maleńkiego skrawka odkrytego obojczyka, całując go tuż ponad wgłębieniem. Dotleniała się zapachem jego skóry i wciąż było jej mało. Hiperwentylacja musiała potrwać znacznie dłużej, aby była w stanie ponownie oddychać samodzielnie.
Nie ważne ile go nie było. Każdy dzień bez niego od momentu przeczytania koszmarnego listu był katuszą i piekłem na ziemi. Minuta stawała się wiecznością i Jo cierpiała. Wycierpiała bardzo wiele i nie wyszłaby z tego nigdy. Umierałaby wciąż i wciąż, budząc się każdego ranka i żałując, że widzi wschód słońca bez obecności Dwayne'a. Nie chciała się budzić, jednakże Ben nie dawał jej do ręki zbyt wielkiej ilości ziół nasennych, zupełnie jakby przewidując w jakim stanie jest puchońskie serce...
- Potrzebuję cię. Potrze... - reszta niewyraźnych zaklęć została zagłuszona nową falą szlochu. Chwyciła palcami koszulę na wysokości mostka i trzymała się kurczowo, trzymała go przy sobie. Tak bardzo go pragnęła! Nie potrafiła opisać słowami kłębiących się weń uczuć. To było coś bardzo gorącego i głodnego wymagającego odrębnej i długiej analizy. Zamknęła powieki, aby wzmocnić bodźce płynące od Dwayne'a. Kochała go tak mocno, że za mostkiem czuła prawdziwy ból. Dusiła się od uczucia, jakim go darzyła. Rozpaczliwie go kochała i była pewna, że nigdy więcej go nie zobaczy i nie dotknie...
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Wto 27 Paź 2015, 08:51

Drżący szept przepełniony był czymś więcej niż tęsknotą i radością z powrotu. Zrozumiał to już w momencie, kiedy rozpoznał na wychudzonej twarzy poszarzałej cery swoją towarzyszkę dziecięcych psot, jeszcze nie tak dawno stanowiącą jedyny element burzący dotychczasowy światopogląd Piotrusia Pana. Cierpienie, na jakie została wystawiona nie było nawet porównywalne do tego, któremu on został poddany i wiedział, właściwie widział na własne oczy konsekwencje zaniedbania, na jakie została wystawiona. Kiedy szeptała, przesuwając martwymi jeszcze dłońmi po jego szyi rodził się na nowo i zapominał o bólu, o cierniach wbitych w serce i chłonął spojrzeniem każdy skurcz mięśni mimicznych.
W przypływie kolejnej fali szaleństwa zabrał pośpiesznie dłonie od jej ciała, pozostałymi członkami dając jasno do zrozumienia, że nigdzie nie zamierza odchodzić. Przytulony do ukochanych ust spijał smak wilgoci pozostawionej przez koniuszek języka Jolene, łapczywie i gorliwie pogłębiając pocałunek w budzącym się pożądaniu. Ramionami poruszał, zapewne powodując dyskomfort dla rąk przyjaciółki, jednak uporczywa walka z kurtką dobiegła do końca i zarzucił rozgrzany materiał wprost na utęsknione za ciepłem ramiona. Nie mógł przeistoczyć się w ciecz niczym Emek, dlatego szukał innych rozwiązań. Wieczorne powietrze zaatakowało skórę pozbawioną dodatkowej ochrony w postaci ubrania, ponieważ czarna koszulka kończyła swój bieg tuż po stworzonym przez tygodnie ciężkich treningów bicepsem. – Jestem! – powiedział dobitniej i zdecydowanie głośniej, przecierając niechlujnie wierzchem dłoni rozmazane łzy goryczy, desperacji i szczęścia. Potem uchwycił pewniejszym ruchem kołnierz kurty, o wiele za dużej na szczupłą Puchonkę i ponownie pochylił się ku niej, mocniej niż dotychczas, aby dosięgnąć stęsknionych pieszczot ust.
Nigdy nie byli dla siebie obcymi ludźmi, przynajmniej według Dwayne’a. Żadne z nich nie posiadało jednak możliwości telepatycznych i nie mogli, nie byli jeszcze w stanie wymienić między sobą nagromadzone przez tygodnie milczenia myśli. Pragnienia serc w brutalniejszy sposób domagały się spełnienia, a oboje całkiem ochoczo im ulegali.
Chłopak ukrył zaskoczenie, kiedy zaraz po ciepłym oddechu nadeszła bliskość równie gorącego policzka, przytulonego z niezwykłą intensywnością do jego. Dostrzegł piekielną łapczywość dłoni Jolene, kiedy paznokciami przebiła materiał koszulki i wbiła głębiej w skórę, niejako tym gestem wylewając złość na zniknięcie. I dotarło do niego, że Ona pisała. I że żaden list od niego nie dotarł do adresatki. Czy kiedykolwiek dotrą? Przesunął palcami wzdłuż krawędzi kurtki, odszukując opuszkami palców guzika, który utrzymałby materiał na ramionach dziewczyny zanim wsunie w rękawy własne ramiona, chłonąc pozostawiony zapach i ciepło. Dopiero po kilku ułamkach sekundy, kiedy wyszeptywała kolejne obietnice – był w stanie na nowo poruszyć dłońmi, podchwycając ukochaną twarz przepełnioną lękiem przed przebudzeniem z cudownego snu. W tym samym czasie, kiedy ona badała palcami zmiany, które zaszły w rysach jego twarzy, on łapczywie zatrzaskiwał dłonie na jej policzkach, aby spojrzała w brązowe oczy bardziej trzeźwo. – Nie jestem snem, jestem tutaj, przy tobie. I niech mnie piorun spopieli żywcem, jak kłamię. – Odpowiedział niemalże na jednym tchu, odnosząc wrażenie, że silna i niezależna Jolene przez ostatnie dni nie tylko zmizerniała, ale stała porcelanową laleczką – kruchą, delikatną, łamliwą przy najdrobniejszym ruchu, wypraną z pozytywnych emocji. Widział to w jej uschniętych oczach, skórze odzwyczajonej od uśmiechu i martwych ustach, próbując przywrócić dawny blask.
Przylgnęła do niego prędzej niż on zdążył cokolwiek zrobić. Poddał się płynnie jej potrzebom, po raz kolejny otaczając ramionami drżące i szlochające ciało. Czuł łapczywie zabierany oddech i poruszającą się twarz na piersi, chłonąć boleśnie łzy wsiąkające w jego koszulkę. Nienawidził łez, ale nie potrafił zrobić niczego, aby powstrzymać Jolene przed nimi. Bo zobaczył nikły błysk w oczach, kiedy pierwsze minuty ich spotkania przeminęły bezpowrotnie, oferując im obojgu ukojenie we wzajemnych uściskach.
Dopiero po dłuższej chwili zrozumiał sens rozpaczliwego głosiku przytłumionego koszulką i jego ramionami. – Nie odejdę, już nikt, nigdy nas nie rozdzieli. Nigdy, rozumiesz? Nigdy, nikt i nic. – Każde kolejne słowo zostało podkreślone mocnym akcentem, podczas gdy literka „n” wybrzmiewała na niskich tonach tak mocno, że przytulona do piersi Jolene mogła poczuć wibracje w klatce piersiowej partnera. Czule przesuwał dłońmi po plecach dziewczyny, gdzieś w międzyczasie wsuwając opuszki palca w misternie spleciony kok. Czy miałby odwagę poprosić ją o rozpuszczenie włosów? Chyba nie, skoro dłoń sama próbowała poradzić z licznymi akcesoriami nadającymi pannie Dunbar surowości i niedostępności.
Zadrżał pod wpływem płynnie poruszającego się oddechu dziewczyny, zwieńczonego pocałunkiem na wysokości obojczyka i nie potrafił dłużej ukrywać naturalnych odruchów własnego ciała. Musiała zaakceptować go takim, jakim teraz był i chociaż wcześniej kilka razy wyśmiewała jego nieśmiałość, miał w głębokim poważaniu własną irytację i urażoną dumę. Niech go wyśmieje, niech wskaże palcem i się zawstydzi! Ba! Pragnął tego, aby poczuć w swoich ramionach chichotającą Jolene, drażniącą się słowami i z zaciekłą miną walczącą o zwycięstwo. Mógłby przegrać każdą potyczkę, byleby teraz na jej twarzy pojawił się uśmiech. Słodki, pełen iskier figlarnej wesołości i uśmiech wskazujący na niecny plan krążący po umyśle równie niecnej Puchonki.
Na to było jednak stanowczo zbyt wcześnie.
- Shhh…. – uspokajający dźwięk wplótł się między kosmyki włosów dziewczyny, kiedy Dwayne przytulił do nich policzek. – Już jestem, już jestem… – jego głos nie tracił na mocy, chociaż słowa ściszyły się do ciepłego szeptu mającego przynieść ukojenie. Nie czekał dłużej, najzwyczajniej w świecie pociągnął ją w dół, sugerując to dłońmi uczepionymi na biodrach dziewczyny. Sam usiadł na wilgotnym podłożu z rozchylonymi na boki nogami zgiętymi w kolanach i zachęcił dziewczynę do umoszczenia wygodnie na jednym z jego ud, aby mógł zakryć w większej powierzchni jej ciała własnymi rękoma. Nieistotny był chłód. Nieistotna była pora. Dostaną szlaban. No i co z tego? Gotowy byłby teraz pobić Hagrida, gdyby ten podszedł do nich i nakazał udać się do dormitoriów spać.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Wto 27 Paź 2015, 19:28

Wraz z pierwszym dotknięciem dłoni Jolene zapomniała o tym, co musiała przejść. W chwili obecnej nie myślała o przeszłości i o tym, czego niesłusznie doświadczyła. Życie musiało ich oboje naznaczyć czymś smutnym, co mocno odbiło się na dwójce nastolatków i co będzie widoczne nawet po latach. Patrzyła i próbowała widzieć Dwayne'a zasłoniętego szklaną kurtyną łez. Mówiono jej, że już go nigdy nie zobaczy... a gdy go zobaczyła nie uwierzyła ponownie w siłę nadziei. Za dużo wypłakała, aby zacząć ponownie wierzyć i stać się promykiem takim, jakim dawniej była.
Dotykała zachłannie każdy centymetr buzi chłopaka, wciąż i wciąż na nowo upewniając się, że to on. Wchłaniała w siebie jego ciepło, wbijając sobie do głowy, że wrócił gorący, żywy, cały i zdrowy. Jest tutaj, a skoro spletli się już w uścisku to nic nie nakazuje im ponownie doświadczać rozłąki. Dotleniała się nim, aby zapamiętać jak najdokładniej jego zapach. Na zapas, tak na wszelki wypadek. Skradziona poduszka w dormitorium już nim nie pachniała. Skrzaty wyprały pościel Dwayne'a pod jej nieobecność czym złamały puchońskie serce. Jego łóżko też nim nie pachniało. Wpisywała w rejestr pamięci ukochaną mieszankę woni i choć trwało to już parę minut, z każdym wdechem wyczuwała coś nowego, co też powinno zostać zapamiętane. Jolene nie potrafiła się uspokoić.
Dotyk ukochanych ust wybudzał ją z martwych. Oddychała tylko i wyłącznie dlatego, aby się nim natlenić, a nie dla samej siebie. Nie przerywała pocałunku, lgnęła do niego niczym wygłodzone stworzenie. Jolene musiała odbić sobie z nawiązką tę rozłąkę, a daleko jeszcze było do nadrobienia utraconego... Potrzebowała go, bardziej niż była w stanie wyrazić to słowami i ciałem. Ignorowała wszystkie sygnały dyskomfortu i niewygody, bo była w ramionach swojej miłości. Nagle mocniej wbiła palce w jego koszulę, gdy kurtka wygodnie opadła na chude barki nastolatki. Musiała przytrzymać się, aby nie upaść pod ciężarem ciepła i intensywnej fali nowych bodźców. Tego potrzebowała. Właśnie tego i tylko Dwayne wiedział czego jej brakuje. Choć chciała nie płakać, nic nie mogła zaradzić następnym krystalicznym łzom. Uwiesiły się rzęs przesłaniając piękny widok - Dwayne'a. Wsłuchana weń zauważyła zmianę w oddechu. Wyczuła spięcie mięśni, gdy delikatnie powstrzymał jej łapczywe zachowanie i zamknął zapłakaną buzię w dużych, spracowanych dłoniach. Uniosła ciężkie od łez powieki i spojrzała wprost w brąz tęczówek. Utonęła w nich, ze znacznym opóźnieniem rejestrując pojawienie się mowy. Był, jest, naprawdę jest. Niedelikatnie starł nieeleganckie łzy z jej polików, przypominając jej jednocześnie jak bardzo ich nie lubił. Dla niego postanowiła nad nimi zapanować i nie ryczeć jak bóbr.
Z nadmiernym entuzjazmem błyszczącym w szarych oczach przyjęła powrót wilgotnych ust. Zewsząd otulana była jego ciepłem. To spełnienie największych marzeń, uiszczenie snów i pragnień. Dwayne potrzebował raptem paru chwil, aby doprowadzić krew Jo do stanu wrzenia. Wynagradzał hojnie swoją nieobecność, dzięki czemu powoli, bardzo powoli zaczęła się uspokajać. Podjęła próbę zaprzestania napastowania Dwayne'a, ot tak, aby mógł na przykład odsapnąć.
Wysłała wiele listów, krótkich, długich, jeden za drugim, dzień w dzień chociaż jeden. Wysyłany z różnych sów, kilka nawet z tradycyjnej mugolskiej poczty. Stosowała wszystkie sztuczki i nigdy nie otrzymała odpowiedzi, co wyżerało z niej nadzieję. Od chwili koszmarnego wojskowego listu nie była w stanie wziąć pióra w dłoń i napisania jeszcze jednego eseju... pożegnalnego. Nie umiała się z nim żegnać, nie umiała się z nim witać. Umiała tylko przy nim być.
Bez udziału świadomości wsunęła dłonie w zbyt długie rękawy, dwakroć intensywniej ogrzewając zziębnięte ciało i serce. Teraz Jo była egoistką. Brała od Dwayne'a, aby móc później mu oddać z nawiązką. Najpierw potrzebowała drobnego uleczenia niepełnosprawnej duszy, aby wrócić na odpowiedni tor życia. Uniosła dłonie i ponownie z głodnym błyskiem przeskakującym w oczach połaskotała opuszkami palców uwydatnione mięśnie jego ramion. Gładziła je pieszczotliwie, ścierając zeń gęsią skórkę i chłód. Od środka krzyczała od ogni piekielnych stawiających jej ultimatum: dosyć! albo chcę więcej!
Przełknęła gulę w gardle i kilkakrotnie zamrugała rzęsami, strzepując z nich łzy. Obraz wyostrzył się zachwycając ją obliczem Dwayne'a.
- Wróciłeś. - westchnęła, zakrywając jego prawy polik dłonią. Pogłaskała skroń, kość policzkową, później szorstki policzek, sięgając powoli do żuchwy i brody. Nie zapomniała o otarciu jego ust, od których dostała fizycznej gorączki. Zachwycała się, przekonywała siebie, że to nie jest zły sen.
Nagle wargi Jo drgnęły. Jeszcze raz, drugi, trzeci... i uniosła nagle policzki w uśmiechu. Zdziwiła się układem ust, rzeczywiście odzwyczajona od uśmiechania się. Teraz słała ciepło do Dwayne'a. Wkładała w ten gest i spojrzenie mnóstwo czułości i nieśmiało pojawiającej się radości. Palce drugiej ręki ułożonej wygodnie na jego motku zadrżały od wibracji dochodzących z jego płuc.
- Nigdy, nikt i nic. - powiedziała jednocześnie. Starała się koncentrować na zachowaniu powagi i nie płakaniu, jednak powrócił dawny, słodki objaw kochania - zdezorientowanie. Błądziła wzrokiem po jego twarzy i uśmiechała się niepewnie. Spojrzała do góry odbierając niemą prośbę o rozwiązanie koka. Nie lubiła go, sama nie potrafiła wyjaśnić sobie czemu wybrała taką fryzurę. Sięgnęła do gumki i spinek, sprawnie je odpinając i chowając do kieszeni kurtki. Wszystkie akcesoria opuściły ciemno blond włosy, które rozsypały się nagle na ramiona. Teraz bardziej przypominała Jolene Dunbar. Potrząsnęła głową, celowo łaskocąc miękkimi kosmykami twarz Dwayne'a, wiedząc, że to dlań słodka tortura. Odetchnęła z ulgą, jakby ciasny kok był jednocześnie wstrzymywanym wiecznie oddechem. Tak kurczowo się doń przytulała, że od razu zauważyła, co się z nim dzieje. Czuła w sobie i w nim wewnętrzną gorączkę i nawet na myśl nie przyszło jej śmiać się z tego. Sama powinna zawstydzić się swoim zachowaniem i zachłannością. Wtuliła się chętnie w jego tułów, oplatając ramionami plecy. Słyszała przyspieszone dudnienie serca, co ostatecznie sprowadziło nań cichy spokój. Wszystko wróciło na swoje miejsce, teraz można jakoś żyć dalej.
- Jesteś. - powiedziała do siebie, oddychając z ulgą. Przestała płakać. Pociągnęła nosem, potarła knykciem powieki i wtuliła się gorliwiej w ukochane ciało postanawiając zostać tak przez całą noc. Słońce zaszło, bo listopadowe dni zrobiły się o wiele krótsze. Zapadły ciemności, ale Jo to nie przeszkadzało. Miała przy sobie swoje osobiste światło. Nie poświęciła uwagi na regulaminy, zasady, woźnego... Nie chciała żadnej magii, chciała tylko Dwayne'a. Nic nie miało dla niej znaczenia poza jedną, jedyną osobą, bez której nie dało się żyć. Średnio przytomnie uległa sugestii i rozsiadła się na obu udach Dwayne'a, byleby nie musieć się od niego odklejać. Nie puszczała go nawet na sekundę, bojąc się, że zniknie, choć przecież jest.
- Mówili mi... - zaczęła swoim dawnym, trochę zbyt wysokim głosem - ... mówili mi, że cię więcej nie zobaczę. Nie dotknę... nie usłyszę... nie po-poczuję. - nikt wprawdzie bezpośrednio jej tego nie powiedział, ale tak odebrała wiadomość listowną z jednostki wojskowej. Zaginięcie i "nieprzewidziane komplikacje" oznaczały śmierć. Musiała mu to powiedzieć, choć wiedziała, że go to zaboli. Dlatego przyciskała siebie do niego, albo jego do siebie, aby to przełknął.
Wciąż trzęsąc się z nadmiaru emocji, siedząc wygodnie na jego udach z twarzą wtuloną w wilgotną od łez koszulę, czuła się na miejscu.
- Kocham cię. - powiedziała cicho do jego ubrania, odczuwając następną ulgę. W końcu to powiedziała. Tak bardzo chciała mu to powtórzyć, aby pamiętał. Mogłaby bez końca wypowiadać dwa słowa, tworząc z nich zaklęcie, które nie pozwoli, aby ktokolwiek lub cokolwiek ich rozdzieliło.
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Wto 27 Paź 2015, 22:39

Porozumienie dusz nigdy nie zostało przerwane, ponieważ iskierka nadziei żyła w drobnym ciele Puchonki – chociaż sama temu zaprzeczała. Stając na skraju przepaści przechylała się w przód, z rozpaczą próbując dostrzec zmaltretowane ciało przyjaciela, którego tam wcale nie było. Utraciła coś więcej poza beztroską radość i dojrzewające uczucie spełnionej miłości, jednak Dwayne nie potrafił sprecyzować co tak naprawdę oznaczała rozpacz w poszarzałych ze smutku oczach. Nadzieja przygasła wystarczająco mocno, aby odebrać Jolene chęci do życia – o czym chłopak miał przekonać się dopiero w następnych dniach wspólnego życia. Teraz należało ją w odpowiedni sposób rozbudzić, bo pierwsze iskry spełzły na spróchniałe marzenia i zaczęły rozniecać ogień.
Przyglądał się z pewną dozą satysfakcji, kiedy przesuwała dłońmi po odsłoniętych ramionach i chłonął oferowane przez nią ciepło, chociaż utrudnienia w postaci niskiej temperatury skutecznie uniemożliwiały pełną absorbcję. Chociaż wcześniej nie miał wystarczająco dużo czasu na określenie zachodzących we własnym ciele zmian, dostrzegł wygłodniałe błyski w spojrzeniu przyjaciółki z dzieciństwa i nieuchwytny podziw, zmieszany w równomiernych proporcjach z niedowierzaniem. Właściwie wiedział, że przez tyle dni każde z nich zmieni się pod wieloma względami – nie tylko fizycznie, ale przede wszystkich psychicznie, wyniszczeni wzajemnym milczeniem; to jednak nie podejrzewał nawet, jak wiele ciepła może przysporzyć widok zapatrzonej w niego Jolene. Pieszczotliwe gesty nie mogły powstrzymać gęsiej skórki okrywającej niemalże całe ciało Piotrusia Pana, chociaż ich inicjatorka wkładała w to naprawdę wiele uczucia i pragnień.
Jedno słowo wydarło się z przesuszonego gardła, delikatnie głaszcząc wysokimi dźwiękami zbolałe uszy Puchona. Coraz cieplejsza dłoń przesuwała po jego twarzy. Jego twarzy, niczyjej innej i wiedział, po prostu czuł, że Ona zawsze należała do niego i na odwrót. Zdobył się zaledwie na marne skinięcie głową, zapominając o ulotnym westchnięciu wraz z kolejnymi ruchami czułych palców. Przymykając powieki wciąż widział ją przed sobą, ale zdecydowanie mocniej wyostrzył się zmysł zapachu i dotyku, w niemalże paraliżujący sposób ofiarując chłopakowi napełnienie opustoszałych zbiorników miłości.
W dosłownie ostatnim momencie zdążył rozchylić powieki, aby dostrzec pojawiający uśmiech na Jej twarzy. Być może na ułamek sekundy zastygła ręka wymusiła na nim odszukanie przyczyny takiego stanu rzeczy, jednak nie zastanawiał się nad tym – najzwyczajniej w świecie odwzajemnił uśmiech. Z całą szczerością, pełną piersią pobierając wdech pełen jej oryginalnego zapachu i uniósł kości policzkowe w rozbrajającym geście, odsłaniającym nierówne – według wielu końskie – zęby. Wiele elementów pozostało znajomych, jednak wcześniej nie można było dostrzec żadnego cienia stojącego na dnie duszy Morisona. Nawet w uśmiechu można było dostrzec pewną wstrzemięźliwość, która pozostawała dla niego na skraju podświadomości.
Chciał powiedzieć jej jeszcze jak pięknie wygląda z rozpromienionym uśmiechem na twarzy, zmieniającą rysy obojętnej maski, jaką na siebie założyła. Opisać w barwny sposób rumieńce przeganiające pozostałości niezdrowo przespanych nocy, niszczące bladość cery i podkrążone cienie pod oczami. Albo przynajmniej podziękować za dotyk, który kruszył powstałe w jego sercu bryły zlodowaciałej niechęci. Co z tego, skoro wypowiedział zupełnie inne słowa, przeplatając własny głos z zapewnieniem wypadającym z miękkich, tętniących życiem warg Jolene? Cóż z tego, skoro błądziła wciąż wzrokiem po jego twarzy i doszukiwała czegoś nowego, czegoś starego, czegoś pewnego i stabilnego!
Wypuścił z przepony śmiech, który mógłby zostać całkiem słusznie określony rubasznym, kiedy ciemne kosmyki musnęły jego twarz i nie zdołał schować przed atakiem odmiennej niż wcześniej woni. Intensywniejszego zapachu, w który zagłębił się wraz z dłonią przeczesującą włosy – pochylił sylwetkę, aby wepchnąć część twarzy do miękkich, intensywnie nawilżonych i zadbanych kosmyków. Nie musiał Jej widzieć, ponieważ czuł każdy najmniejszy ruch mięśni i powietrza wokół niej. Ciemność zapadała pośpiesznie, nie interesując się zupełnie dwójką pozostawionych samym sobie Puchonom. Świat pozostawał obojętny na ogrom przytłaczającego szczęścia wirującego wokół ich sylwetek, podobnie jak słońce zawstydzone ich bezpośredniością postanowiło uciec za horyzont. Takie zapomnienie całkowicie mu odpowiadało.
Pierwsza fala niedowierzania odpłynęła od Jolene, pozostawiając ślady na zaczerwienionych policzkach – których kolorytu się domyślał, nie posiadając wystarczająco dobrego wzroku w ciemnościach, aby określić ich rzeczywistą barwę. Słyszał podciąganie nosem i pozostałości wzbierającego szlochu, czując jak słodki ciężar wychudzonego ciała opada wraz z nim na chłodne, wyziębione zmarzniętym powietrzem ziemią.
Kiedy wyduszała z siebie najbardziej bolesne słowa, przeczesywał leniwie dłonią nawinięte na dłoń kosmyki jej włosów, przypatrując im z nadmierną, właściwie nienależytą uwagą. Poświęcał swoje zainteresowanie najmniejszym fragmentom ciała Jolene, dostrzegając ją w zupełnie odmiennej perspektywie niż dotychczas i nie potrafił do końca zrozumieć zaszłej w nim przemiany. Znieruchomiał podczas prób połączenia bezsensownie wypowiadanych słów w logiczną całość. Wnioski nie przypłynęły tak szybko jak można tego oczekiwać od mieszkańca Huffelpuffu, ale w końcu wróciła mu naturalna kontrola nad ciałem i dokończył przerwany ruch dłoni. - Moja matka…? – zapytał słabym, obcym głosem który wstrząsnął jego sercem w bolesnym skurczu, kiedy niewidzialne pazury ogarów przeryły krawędzie duszy Dwayne’a. Zbliżały się coraz bliżej, już wyczuwał odór ich zapachu – odór śmierci. Wzmocnił uścisk na ciele Puchonki, sycąc zmysły dwoma słowami odpędzającymi mrok. - Moja matka ci to napisała…? – spróbował raz jeszcze doprecyzować wcześniejsze pytanie, nie widząc nieudolnych prób dziewczyny w uściśleniu otrzymanych informacji. Niedomyślność zawsze była cechą nadrzędną w starszym Morisonie, na drugim miejscu zaś znajdował się nietakt. Wojsko najwyraźniej nie było w stanie zaszczepić w nich odpowiednio potrzebnych elementów osobowości.
Przesunął ustami po opartej na jego torsie głowie, pobudzając pulsujące usta do kolejnych doznań i nawet nie próbował zrozumieć własnego postępowania. Dwa słowa odbijały się przymilnym echem w umyśle i sercu, jednak Dwayne nie potrafił dopuścić ich w pełnej krasie do świadomości – jakkolwiek dziwnie miałoby to zabrzmieć. Łączące ich zaklęcie uniemożliwiało ucieczkę, dlatego też łapczywie pochwycił swój ratunek i po raz kolejny próbował odszukać Jej ust. Były zbyt daleko, zbyt mocno zakryte dłońmi i materiałem ubrań, zbyt odległe i niewygodne, aby pochłonął po raz kolejny Puchoniaste serce w wirującym tańcu opętańców miłości.
- Dzisiaj śpisz w moim dormitorium, musisz mi oddać kołdrę. – Poinformował ją o wiele cieplejszym głosem niż przed chwilą, a nutki rozczulenia zdradziły jego podejrzliwość względem tożsamości złodzieja. Nie musiał wcale wzywać nadwornych detektywów, aby odnaleźć sprawczynię całego zamieszania – jeżeli w ogóle można było w ten sposób uznać ten niecny występek. Nie miał bladego pojęcia, że również jedna z jego dwóch poduszek została przywłaszczona przez Jolene. Kiedy przekroczył dormitorium, zwrócił uwagę tylko na przygotowaną dla niego szatę i brak kołdry.

Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Sro 28 Paź 2015, 20:17

Samo myślenie o Dwaynie wywoływało u niej symptomy takie same jak u ofiary zaklęcia Crucio. Sens życia zamienił się w ciągły ból, z którym nie sposób było się pogodzić. Zranił ją bardziej niż ktokolwiek by mógł. Trafił w jej czuły punkt i odszedł. Dopiekł jej do żywego, choć nie chciał. Aeron z Ravenclawu zabrzmiał w jej głowie. Skąd się, na brodę Merlina, wziął się w jej myślach książę ciemności? Mawiał, że poprzez przywiązanie człowiek staje się o wiele słabszym. Żyjąc w grupie, żyjąc dla kogoś traci się całe siły w obliczu zła. Miał rację, bo gdy Dwayne zaginął, Jolene stała się wrakiem i można było tylko obserwować powolny proces przepadania, gaśnięcia i zanikania w niemiłosiernych katuszach, umierania mięśnia sercowego. Druga strona medalu była jednak warta tego cierpienia. Właśnie ta chwila, gdy obejmowały ją umięśnione ramiona, gdy mogła wtłaczać do płuc ulubiony zapach, poczuć pod ustami i palcami miękką skórę, usłyszeć dudnienie serca i ciepły ton głosu. Kochać. Coś kosztem czegoś. Niewątpliwie umarłaby, gdyby Morison się spóźnił. Jolene zaczęła dążyć ku autodestrukcji i Dwayne nigdy się o tym nie dowie.
To już dawno wykroczyło poza nastoletnie zadurzenie, poza młodzieńcze zakochanie. To, co było między nimi nie było czymś, co spotyka się przy każdej parze na świecie. Dwayne jest jedynym na całym świecie.
Uniosła brodę, aby swobodnie przyglądać się mimice jego twarzy. Wzrok przywykł już do ciemności, wyostrzył się, dzięki czemu potrafiła dostrzec jeden czy dwa błyski w brązowych oczach. Widziała w nich smutek, głęboki smutek równy jej smutkowi. Żal i nieznany jej ciężar, jaki niósł na barkach. Co się stało w wojsku? Co przeszedł i dlaczego uznano go za martwego? Tysiące pytań cisnęło się na usta, zaś żadne nie wyszło na światło dzienne. Teraz potrzebowała dać mu swojej bliskości i samej ugrzać się jego oddechem.
Zmienił się fizycznie, zrobił się dwa razy większy, choć upłynęło półtora, dwa miesiące. Stał się taki... mniej ruchliwy i mniej energiczny. Widziała w każdym z jego gestów obcy spokój, jakby ważył każdy ruch i go analizował. Błądziła wzrokiem po jego twarzy i wyłapywała więcej nowości. Jolene mogłaby przysiąc, że nie widziała jeszcze nigdy tej podwójnej zmarszczki między brwiami, albo być może o niej zapomniała... tak czy inaczej od razu zajęła się wygładzaniem jej kciukami. Dwayne oszczędnie używał mimiki. Brwi nie tańczyły mu po czole, co sekunda nie pojawiały się stare, dobre zmarszczki w kącikach oczu i ust - efektów intensywnego śmiania się. Kiedyś nie znikały nawet na chwilę. Piotruś Pan dorósł już na dobre. Ciepłymi palcami nacisnęła delikatnie kręgi karku, aby się ku niej nachylił. Złożyła leciutki pocałunek między jego brwiami, aby nigdy więcej nie pojawiała się tam ta zmarszczka. Zaraz po tym ponownie ukryła się pomiędzy ukochanymi ramionami. Oczywiście, że go podziwiała. Nie mogła się nań napatrzeć, zachwycić, zapamiętać go kolejny raz. Musiał do tego przywyknąć, bo nie zapowiadało się, aby akurat ten symptom zakochania miał minąć.
Obraz znajomego uśmiechu trafił w sam środek serca. Choć to nie był ten pierwotny grubaśny i przeraźliwie głośny rechot Piotrusia Pana, był to uśmiech Dwayne'a. Skoro tak reaguje na jej uśmiech, to powinna się częściej do niego uśmiechać, aby otrzymać to samo... prosty rachunek, dwa plus dwa, a po miesiącach odwyku musiała ponownie przypominać sobie jakie są skutki rozdawania uśmiechów.
Usłyszawszy ciepły śmiech, zarumieniła się. Nie wiedziała czemu się śmieje, jednak nie planowała tego specjalnie analizować. Napawała się cudownym dźwiękiem, dotykała jego klatki piersiowej i z satysfakcją odbierała stamtąd wesołe drgania płuc. Ach, tak za tym tęskniła. Czuła się jak zaniedbana roślina, która nagle dostała zimnej, cudownej, pysznej wody.
Cicho westchnęła, czując na policzku łaskoczący oddech, gdy zajął się jej uwolnionymi włosami. Zadrżała na jego kolanach, nagle onieśmielona jego cichym zachwytem. Nadal ją kochał. Nie wiedziała czym sobie na to zasłużyła, ale Dwayne dalej ją kochał. Uroniła jedną łzę i dyskretnie wtarła ją w kołnierzyk kurtki, chowając uczucie Puchona głęboko w sercu.
Syknęła w myślach, wyczuwszy spięcie mięśni Dwayne'a na wypowiedziane bezmyślnie słowa. Po cóż go raniła? Dobrze wiedział jak za nim tęskniła, wszak równie bardzo on tęsknił za nią, a mimo tego usta Jo się nie zamykały. Skrzywdzono ją, skrzywdzono ich oboje i chciała o tym mówić, aby świat to usłyszał.
- N-nie. Lizzie wiedziała od Collina, a Collin od twoich rodziców... nikt nie chciał mi nic mówić. Napisali, że cały front przepadł bez śladu... nie, nie chcę wiedzieć. - potrząsnęła głową czując jak fala bólu nadchodzi, aby ją w całości połknąć. Dzielnie z nią walczyła.
- Zdążyłeś wrócić, to się liczy. - szepnęła cicho do jego klatki piersiowej, kamuflując w swych słowach to, co mogło się stać w przyszłości, gdyby nie wrócił. Teraz Jolene nie będzie tracić czasu. Dotychczas jedynym komentarzem do całej tej sytuacji było: nie zdążyłam być szczęśliwa. Teraz weźmie się za to pełną parą.
Przeczekała w ciszy jego uczucia i tylko go tulała. Nagle gwałtowniej się poruszyła na udach i odsunęła od torsu, aby spojrzeć mu w oczy. Posłała mu pełne wyczekiwania i radości spojrzenie na samą myśl o leżeniu w jego łóżku przesiąkniętym na wskroś jego ciepłem i zapachem. Serce zabiło jej dwakroć mocniej, a w żyłach na nowo popłynął ogień.
- Okej. - i oto powrócił do niej złośliwy, knujny błysk w oczach. Wystarczyła chwila Dwayne'a, aby Jolene zmartwychwstała i zaczynała powoli funkcjonować tak, jak powinna. Nieświadomie sprowadził na siebie zły los. Przyzwalając jej na dzielenie się kołdrą zapewniał sobie codzienne nocne wizyty. Kocie wizyty dla ścisłości.
- Tęskniłam za tobą. - powiedziała cicho schrypniętym głosem. Ułożyła mu głowę na ramieniu i patrzyła w ciemności na jego profil. Głupie, trzy słowa nie chciały oddać potęgi tego, co czuła. Tęsknić? To zdecydowanie za mało, aby wyjaśnić jej emocji. Skoncentrowała się na uspokojeniu swojego pulsu.
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Nie 01 Lis 2015, 17:16

Nawet nie podejrzewał, jak wiele przykrości sprawił swojej przyjaciółce. Pozbawiony empatii na podstawowym chociaż poziomie, uniemożliwiał swojemu wnętrzu zrozumienie cierpienia na jakie została wystawiona przez ostatnie tygodnie. Przeżywając własne piekło, nie skupiał się na myśleniu o tym, jak wiele złego musi przeżywać Jolene. Dotychczas stanowiła dla niego iskierkę w ciemności, stała motywacją do dalszego działania i iskrą zapalającą bunt, prowadzący do łamania podstawowych zasad, jakie próbowano w niego wszczepić. Oczywiście, po jakimś czasie zrozumiał jak wiele traci przez dziecinne zachowanie, a postawione przez niego zasady ostatecznie zostały zrewidowane przez brutalną rzeczywistość. W tempie ekspresowym musiał dorosnąć i nawet nie zastanawiał się dlaczego los postanowił go doświadczyć, odbierając to jako naturalną konieczność. Ostatecznie – Jolene chciała, aby zaczął odpowiadać za swoje czyny, ponosił konsekwencje wypowiedzianych słów czy zaczął najzwyczajniej w świecie dostrzegać w niej dziewczynę.
Przesunęła palcami po jego twarzy, aby ostatecznie zatrzymać kciuki na wysokości brwi i zaczęła je wygładzać, uświadamiając mu w ten sposób coś nowego – czego nie do końca potrafił zrozumieć. Momentalnie rozluźnił mięśnie, aby mogła musnąć palcami po gładkiej skórze. Posłusznie nachylił się, jak tego pragnęła i po chwili poczuł ciepłe usta zapieczętowujące troskę poza granicę świadomości Dwayne’a. Nawet nie trzeba było niczego mówić – każde z nich w indywidualny sposób postrzegało wstrzemięźliwość w zachowaniu chłopaka, odbierając ją wedle własnych możliwości. Kiedy Jolene na nowo ukryła się w cieple jego ramion, otulił szczelnie przysłonięte kurtą ciało i pochylił głowę i zaczął w bezpośredni sposób wielbić takie coś prostego jak miękkość jej jasnych włosów, przyciemnionych chwilowo panującą już ciemnością. Poczuł jak zadrżała, dlatego przerwał rozpoczętą czynność odgarniania kosmyków włosów i spojrzał na nią nieco uważniej, nie odsuwając jednak twarzy ani na milimetr. Zbyt mocno tęsknił z tym znajomym ciepłem i kształtem, aby teraz pozwolić sobie na choćby małą chwilę tęsknoty. Oczywiście, dodatkową sprawą był chłód wieczora, przez który nie mógł w pełni karmić zmysłu wzroku tym cudownym widokiem.
Zmatowiał. Czuł, że traci kolory i ogary znów wywęszyły jego zapach, a słowa Jolene odsłaniają jego bezpieczną kryjówkę. Znieruchomiał i przez krótki moment mogłoby się wydawać, że stracił kontakt z rzeczywistością. Tak naprawdę trwał w bezruchu ze spiętymi wciąż mięśniami, próbując odgonić od siebie wszelkie myśli dotyczące wydarzeń sprzed kilku zaledwie dni. Kilka dni. Co to w ogóle znaczyło wobec tego co zobaczył? Kilka dni. Zarówno psycholog, jak i psychiatra zgodnie twierdzili, że naturalna radość Morisona pomoże mu wyjść z traumy w przeciągu kilku miesięcy. Ich zalecenia były proste – wrócić do szkoły, aby otoczyć się przyjemnymi wspomnieniami i życzliwymi ludźmi. Dwayne potrzebował tylko jednego człowieka, dokładniej dziewczyny, młodej i pełnoletniej dopiero co czarownicy. Wzdrygnął się, jakby przebudził się ze złego koszmaru trwającego zaledwie ułamek sekundy i powtórzył ostatnie słowa Jolene: - Nie, nie chcesz wiedzieć.
Głos brzmiał nieco oschle, tak jak wiele razy gdy próbował ukryć swoje myśli przed przenikliwym spojrzeniem towarzyszki zabaw. Czując nerwowe potrząsanie głową wzmocnił uścisk na jej ramionach, przysuwając głowę niżej, aby oprzeć policzek o jej skroń i sycić tym maleńkim źródłem miłości. - Jesteśmy już razem, Joe, chce się teraz tobą nacieszyć. Tęskniłem bardzo za twoim głosem, wiesz? – Niczym marny aktor próbował zmienić tor ich rozmowy na bardziej przyjemne kwestie, próbując odgonić patykiem spragnione krwi ogary pamięci i bolesnych wspomnień. Wyrzucił z siebie rozkaz – tak, to nie była prośba ani sugestia, właściwie przedstawił propozycję jako fakt dokonany – i uzyskał satysfakcjonującą odpowiedź, chociaż nie mógł w ciemnościach dostrzec iskierek w oczach przyjaciółki. Wystarczyła mu jednak odpowiednia intonacja głosu, aby zrozumiał zadziorność wstępującą na smukłą twarz i resztę dopowiedział umysł, przywołując z pamięci reakcje mimiczne Jolene.
- Chcę na ciebie patrzeć, a jest ciemno. Przejażdżka na plecach do Hogwartu? Nie powinienem się wywalić tym razem, przypakowałem trochę. – Stary Piotruś Pan jęknął żałośnie, jakby ktoś ponęcił go cukierkiem i schował poza zasięg wzroku. Mógł go dotknąć, poczuć zapach, ale pragnął również określić jego kształt – ocenić w jaki sposób właściwie zaszły w tym Cukierku zmiany! W drugim jednak zdaniu zabrzmiała nuta goryczy, znikająca wraz z kolejnymi słowami – ustępując miejsca dziecinnym zabawom sprzed zaledwie kilku miesięcy. Ich wspólna przygoda w Hogwarcie się jeszcze nie skończyła, mieli prawie dwa lata na szaleńcze gonitwy i uciekanie przed woźnym – przynajmniej Dwayne próbował wmówić sobie, że tak nadal może być.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Nie 01 Lis 2015, 18:48

Odkąd odszedł, Jo wyblakła. Poszarzała, przestała wyróżniać się z tłumu i dążyła do przeciętności, byleby świat mógł o niej na chwilę zapomnieć. Tak bardzo musiała się zmienić, aby na nowo przystosować się do świata. Oboje musieli poświęcić jakąś część siebie. Nasuwało się więc pytanie czy kiedykolwiek wrócą do przeszłości, do czasów, gdy był Piotruś Pan i Ta Roztrzepana Jo. Patrząc w ciemne oczy Dwayne'a, nie była tego pewna. Tyle dobrego, że odżyła i powoli odzyskiwała kolory. Tak dawno nie czuła na polikach rumieńca... tak dawno nie czuła się bezpieczna na świecie. Nie ważne jak się zmienili. Przestało to mieć dla niej znaczenie. Najważniejsze, że Dwayne zdążył wrócić na czas i teraz będą już razem. Świat zauważył co się dzieje z nimi, gdy są rozdzieleni, także nic nie powinno im teraz już zagrażać.
Wsłuchiwała się zahipnotyzowana w przytłumione dudnienie serca. Przymykała powieki i cicho oddychała, powoli odzyskując chęć do życia. Depresja odcisnęła na niej dotkliwie bolesne piętno, jednak teraz, przy Dwaynie wszystko wróci do normy. Najlepiej będzie zapomnieć o wszystkim i nie wracać już do traumatycznych dni. Uniosła kącik ust, łaskotana jego oddechem. Czuła jego i własną ulgę.
Ponownie syczała w myślach na swoją głupotę. Nie chciała, aby sztywniał i nieruchomiał, nie chciała, aby właśnie teraz wracał do przeszłości i tego, czego doświadczył. Teraz mieli chwilę dla siebie i nie powinna tego psuć, zaś do psucia panna Dunbar miała niezwykły dar. Przycisnęła go do siebie mocniej, próbując niemo odegnać znad ich głów czarne chmury. Oboje musieli wrócić do normalności i potrzebowali do tego wzajemnej obecności. Nic innego nie mogło przynieść im ukojenia, wszak na co im życzliwi ludzie, gdy mają siebie?
Nic nie odpowiedziała, nie kontynuowała tematu, tylko siedziała na nim przy nim, nie interesując się światem zewnętrznym ani powrotem na ziemię. Zadrżała od coraz dotkliwie odczuwalnej różnicy temperatur między powietrzem a ciepłym Dwaynem, którym się otuliła jak kocem. Choć nawet Filch nie nabrałby się na tę próbę aktorstwa, Jo udała, że się na to złapała. Głównie wsłuchiwała się w dudnienie w płucach niż w treść słów, jednak zachowała na tyle przyzwoitości, aby odpowiedzieć.
- Cieszę się, że będziesz mi teraz pokazywał jak za mną tęskniłeś. - mruknęła niewyraźne, wtulając rozgrzany policzek w czarną koszulkę. Naprawdę Jolene mogłaby siedzieć tak bez końca. Nie marzła, bo grzała się Dwayne'm, głodna nie była, bo odchudziła się porządnie i odzwyczaiła żołądek od słodyczy i niczego więcej nie było jej potrzeba. Trochę egoistycznie podchodziła do całej sytuacji, lecz co się jej dziwić? Była pewna, że umarł i ją zostawił samą na świecie. Nadszedł więc ten moment, w którym to Dwayne wykazywał przejawy zdrowego rozsądku. Jęknęła zaraz po uświadomieniu sobie, że musi się odsunąć i iść do inneho pomieszczenia pełnego światła, hałasu i niepotrzebnych ludzi podczas gdy potrzebowała tylko i wyłącznie Dwayne'a. Odpowiedział jej tym samym, przez co z jej gardła wydobył się dziwny dźwięk... chichot, od bardzo dawna nie używany chichot. Cichy, niepewny, jakby nieśmiały. Odlepiła się odeń niechętnie i zadarła głowę.
- Filch od tygodnia czatuje na Antka w lochach. Tobie daruje, mi nie. - tymi słowami tuszowała parę intencji. Przede wszystkim fakt, że wyrosła z wiszenia mu na plecach, że Filch dostałby zawału na ich widok oraz najważniejsze: nie chciała się od niego odsuwać. Mogła poratować się rychłymi kłopotami puchońskiego piwowara i tym samym wpaść na mały pomysł. Wynurzyła się spomiędzy ramion Dwayne'a i oddała ogrzaną kurtkę. Skusiła się na pocałowanie szorstkiego policzka i patrząc mu w oczy w ciągu paru sekund skurczyła się do kocich rozmiarów. Nigdy przy nim jeszcze się nie zmieniała, nigdy nie było ku temu okazji. Srebrzysty, bardzo ciepły żbik rozlał się w ramionach i zaczął głośno mruczeć, wtulając nos w zgięcie łokcia. Tak mogli bezpiecznie przemieścić się do... dormitorium, rzecz jasna.
A gdy tylko zostali sami, na powrót stanęła na własnych nogach, jednak nie o własnych siłach.

[ z tematu x 2]
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Sob 09 Kwi 2016, 16:01

/Sesja poświąteczna.

Po Priorze mogła się podziewać niemalże wszystkiego, w końcu miał tak samo niepoukładane w głowie, jak ona sama. Gdy wcisnął jej w tłumie karteczkę z nakazem przyjścia po lekcjach na dziedziniec, tylko przewróciła oczami, uznając, że kolejna ustawka to coś, co było jej potrzebne. Po świętach w domu i kłótnią z Enzo jeszcze przed świętami, miała ochotę naprawdę obić komuś porządnie facjatę, albo sama dostać po łbie. Jeśli chodziło o Jonathana, to mogła mu w tej sprawie naprawdę zaufać. Czuła wręcz w kościach, że to nie było przyjacielskie zaproszenie na spacer po dziedzińcu. Szła jednak z entuzjazmem. Bo dlaczego nie? W końcu było już po zajęciach, w dodatku piątek. Lepszej daty nie mógł wymyślić. Po drodze złapała z kuchni jakieś słodkości i obładowana po pachy babeczkami i dyniowymi kociołkami, ruszyła w kierunku wyjścia. Normalny uczeń raczej ubrałby jeszcze coś więcej niż tylko sweter w norweskie wzory i dżinsowe spodnie. Dziewczyna była jednak na tyle przyzwyczajona do szalonych, minusowych temperatur, że raczej nic jej nie powinno zaszkodzić i przeszkadzać. W końcu była Norweżką z krwi i kości. I zawsze to udowadniała niedowiarkom. Dlatego też Prior był świetnym kompanem na popołudniowe bójki - też był Norwegiem i można było nawet przypuszczać, że korzenie skandynawskie wystarczyły, żeby zaczęli się dobrze dogadywać w różnych kwestiach.
Przemoc, jest.
Niepoukładane w głowie, jest.
Bazgroły zamiast pisma, są.
Poczucie wyższości nad innymi, oczywiście, że jest.
Tak więc Porunn szła, aby szybko naprostować ich relację, tym samym mając w planach złamanie mu nosa. Ot tak, dla zabawy. Przecież złamana kość jeszcze nikogo nie zabiła! I Porunn wiedziała o tym doskonale, szczególnie podczas pełni, kiedy czuła dosłownie każdą łamiącą się kość pod wpływem przemiany w wilkołaka. I nie narzekała. Bo była twardzielką. Nie inaczej.
Gdy znalazła się na dziedzińcu, rozejrzała się dookoła i przeczesała włosy palcami. Wzięła do ust kolejny dyniowy kociołek i zaczęła go przeżuwać powoli, ruszając w kierunku Gryfona, który już na nią czekał.
- Czego chcesz, Prior? Znowu połamanego nosa, czy może tym razem masz ochotę na zwolnienie z latania na miotle z powodu złamanej ręki? - zagadnęła, dając mu tym samym znak ostrzeżenia, żeby na razie nie przechodził do żadnych działań, ponieważ tak pyszne, słodziutkie jedzenie mogłoby się zmarnować. Chwyciła za różdżkę i wycelowała w jedną babeczkę, aby przetransmitować ją w mały kocyk, na który mogła położyć resztę łakoci.
- Zjedz jakieś, żebyś był tłusty jak Margarett z piątego roku. Wiedziałeś o tym, że gdy nikt nie widzi, to zamiast normalnie schodzić po schodach, to ona się toczy? Dlatego tak szybko przychodzi do Wielkiej Sali na kolację. Nigdy nie zazdrościłam jej takiego środka lokomocji - powiedziała, wzruszając ramionami, aby chwilę później spojrzeć na Priora, pakując do ust kolejną porcję słodyczy. Uśmiechnęła się szeroko, zakładając ręce na piersiach. Przechyliła głowę lekko na bok i nagle wybuchła śmiechem, tak głośnym, że aż opluła się jedzeniem.
- No cholera, teraz sobie przypomniałam. To TWOJA BYŁA. Pewnie udawało ci się zjeżdżać na niej do Wielkiej Sali. Powiedz mi, jak wrażenia? I żryj te ciastka bo nic nie zostanie - powiedziała, wciąż chichocząc, wskazując tym samym palcem na dyniowe kociołki, czekające na zjedzenie przez Priora.
Zobacz profil autora
Jonathan Prior
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Sob 09 Kwi 2016, 16:03

Nikt nigdy nie doceniał jego intencji. Organizował spotkania na których wszyscy mogą się bawić, a od razu znajdywał się ktoś, kto podejrzewał go o najgorsze.
Słusznie.
Zaproszenie nie było zaproszeniem na romantyczny spacerek na dziedzińcu o zachodzie słońca. To, co miał zamiar zrobić i co przygotowywał od dwóch godzin miało pozostać jeszcze przez chwilę tajemnicą. Jonathan wypatrzył jej sylwetkę zanim zdążyła go zauważyć. Miał moment, aby się ukryć, lecz coś go powstrzymało. Jedzenie. Zastygł w bezruchu i cofnął się, wracając na poprzednie miejsce, odkładając niecny plan na kilka minut później. Jedzeniu nie potrafił odmówić i to zaważyło na chwilowym ułaskawieniu Porunn. Dał jej w prezencie parę minut błogiej nieświadomości tego, co jej lada moment zrobi.
- Chcę trochę ognia z czeluści piekieł. - wyszczerzył się odpowiadając wymijająco. Wyszedł jej naprzeciw, przyciągany ilością niesionego jedzenia. Nie da się jej znowu połamać jak to było w listopadzie. Dał jej fory i dzięki temu skręciła mu prawy nadgarstek, na tydzień zwalniając go z notowania na lekcjach. To było całkiem przydatne, ale jeszcze jej tego nie wybaczył. Fimmelówna dobrze wiedziała, że prędzej czy później mu za to zapłaci. Tak się złożyło, że prędzej nadeszło właśnie teraz.
Parsknął śmiechem, bo oboje darowali sobie na te popołudnie wierzchnie szaty. Prior kręcił się w gryfońskim czarno-czerwonym golfie z godłem na piersi. Nie odczuwał specjalnie zimna, dobrze przyzwyczajony do norweskich zim.
- Wiesz co? Daruj sobie ubieranie się jak ja. Nigdy nie będziesz tak zajebista i wcale nie jest mi przykro. - co miał owijać w bawełnę. Fimmelówna była o tyle dobrym kompanem do dyskusji, że mógł jej wygarnąć wszystko co chciał. Nie musiał się przy niej hamować. No dobra, on się przy nikim nie hamował. Jeszcze zanim go ponagliła, w dwóch kęsach poradził sobie z babeczką. Pech chciał, że prawie się udławił ciastkiem, gdy umyślnie zaczęła wspominać nieudane pół miesiąca z Margarett. Ślepia Jonathana świeciły czymś nieokreślonym, wahającym się między morderstwem a wybuchnięciem śmiechem.
- Zazdrość mi. To lepsze niż na miotle, na spokojnie wyciągnęłaby dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. - wyjął z jej ręki do połowy zjedzoną babeczkę i wpakował sobie do ust. No co? Trzeba się dzielić z bliźnim. Kradzione nie tuczy.
- Żrę, ale skoro jesteś taka miła, to teraz, a nie później dostaniesz ode mnie prezent poświąteczny. - rozłożył ręce na boki i pstryknął palcami.
- Panowie, do dzieła. - zaczął się zgrabnie wycofywać. Zza filarów wyjrzały dwie głowy bałwanów. Tak, ulepionych własnoręcznie i zaczarowanych bałwanów, z wszystkimi akcesoriami: węgielkami, marchewką i ślizgońskimi czapkami, które ukradł drugoklasistom. Nim Porunn mogła zareagować, w jej stronę poleciało trzydzieści śnieżek.
- Jak wrażenia? - przedrzeźniał ją, krztusząc się ze śmiechu. Jeszcze chwila, jeszcze poczeka na ten moment jej prawdziwej wściekłości i przystąpi do osobistego przekazywania prezentu.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Sob 09 Kwi 2016, 16:03

Czy on przypadkiem nie zabrał jej ciastka na wpół zjedzonego? Niebieskie oczy Porunn pociemniały ze złości, spoglądając, jak jej ukochany dyniowy pasztecik znika w ustach Priora. Ślizgonka nie mogła tego przepuścić mu płazem i mocno zacisnęła pięści, z trudem powstrzymując się przed rzuceniem na niego i przyłożeniem w szczękę. Jak na razie liczyło się dobro babeczek, które było najważniejsze - zostało jeszcze trochę, jedzenie zmarnować się nie mogło. Ochrona łakoci była priorytetem, przynajmniej na razie, kiedy oboje objadali się jak dwie małe świnki. W końcu skądś energię musieli zaczerpnąć, a cukier z cukrem był idealny.
- To ty chcesz być marną imitacją mnie, Prior - fuknęła tylko, zakładając ręce na piersiach. Ona już skończyła pożeranie, jednak chłopak wciąż zajadał, aż nie zostało zupełnie nic. O to chodziło, nic nie mogło się zmarnować. Na wspomnienie i przytaknięcie o zjeżdżaniu na Tłustej Margarett zrobiło jej się co najmniej niedobrze. Nawet nie chciała sobie tego wyobrażać w jaki sposób chłopak w ogóle mógł trzymać się z nią za rękę i przyznawać się do bycia chłopakiem kogoś takiego, kto równie dobrze mógłby robić za trampolinę, albo łóżko wodne. Prychnęła tylko.
- Ty też dostaniesz ode mnie prezent poświąteczny, ale poczekam na to, aż zaszczycisz mnie swoim - powiedziała, uśmiechając się szeroko, złośliwie w kierunku Jonathana. Obserwowała go dosłownie przez chwilę, zanim jej spojrzenie skierowało się na dwa zaczarowane bałwany. Roześmiała się tylko głośno, przypominając sobie jak jeszcze nie tak dawno walczyła z wielkimi bałwanami w sali od zajęć z magii niewerbalnej. Całkiem dobrze dawała sobie wtedy z nimi rade, więc nie wątpiła w to, że tym razem też jej się uda.
Gdy zaczęły w jej stronę lecieć kule śnieżne i uderzały raz po raz w twarz i ubranie, śmiała się wesoło, starając się unikać pocisków. W końcu jednak postanowiła przestać się bawić, kiedy dostała kilka razy w ucho. Bolało, może nie tak bardzo, jak normalnie bolałoby normalnych uczniów, ale bolało, drażniło.
- Ignis Clustrum - warknęła ostro zaklęcie, które sprawiło, że wszystkie pociski wymierzane w nią po zetknięciu z niewidzialnym polem obronnym, zaczęły się topić. Rzuciła wyzywające spojrzenie w stronę Jonathana, aby zaraz później machnąć ponownie różdżką, wykrzykując zaklęcie: Immobilus, patrząc jak uderza w Priora. I korzystając z chwilowego spowolnienia Gryfona, z okrzykiem wojennym rzuciła się prosto na niego, aby chwilę później powalić chłopaka na śnieg i mocno, kilka razy uderzyć jego twarzą o pokrywę śnieżną, przy okazji śmiejąc się głośno.
- Słuchaj no. Wszystko spoko, ale jak ktoś uderza w ucho to już tak wesoło nie jest - warknęła mu prosto do ucha, aby zaraz później natrzeć jego oba uszy śniegiem. Jeśli już się bili, to na całego. Śnieżki wciąż leciały już nie tylko w stronę Porunn, ale także Jonathana. Oboje dostawali raz po raz, a dziewczyna nie miała zamiaru nawet na chwilę go puścić i przestać go torturować śniegiem. Już on ją popamięta.
Zobacz profil autora
Jonathan Prior
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Sob 09 Kwi 2016, 16:03

Celem jego życia było wkurzanie Porunn. Nie zawsze mu to wychodziło, co doprowadzało go do szewskiej pasji. Robił wszystko to i był tym, czego i kogo osóbka pokroju Fimmelówny powinna nienawidzić. Owszem, nienawidzili się, ale jednocześnie lubili. To drugie znacznie mu przeszkadzało w denerwowaniu ślizgońskiej legendy. Nigdy nie udało mu się jeszcze wkurzyć ją tak naprawdę, dotknąć jej do żywego. Zawsze opierało się to o żarty, a to zaczynało się powoli nudzić masochistycznemu umysłowi Gryfona.
Gdy tak słabo zareagowała na kradzież babeczki, minę miał rozczarowaną. Liczył na coś więcej!
- Nie schlebiaj sobie. Oboje wiemy które z nas jest bardziej popularne. - odgryzł się, nie wracając chętnie do tematu Margarett. Chorował wtedy na zaćmienie umysłu, skoro mu się spodobała. Prior lubił ładne dziewczyny, ale tamta... cóż, znajomość z nią była pożyteczna, bo odrabiała jego prace domowe, non stop go komplementowała i nie wymagała niczego poza kilkoma oznakami czułości. Mniejsza o to, Porunn grabiła sobie wspominając jego byłe. Wiedział dobrze, że mu zazdrościła, bo sama coś nie mogła nikogo przy sobie utrzymać. W sumie, wcale się nie dziwił. Kto wytrzyma z taką wiedźmą? Nikt o zdrowych zmysłach.
- Jak sobie życzysz, stara wiedźmo. - skłonił się przed nią teatralnie z rozłożonymi na bok ramionami i pozwoli zaczarowanym bałwanom wyrzucić zgromadzoną amunicję. Nie, nie miał ich trzydzieści kulek. Przez dwie godziny ulepił ich ponad setkę, o czym oczywiście Fimmelówna jeszcze nie wiedziała. Słysząc jej śmiech, tylko się zirytował. Dźwięk wwiercał mu się w czaszkę i odświeżał wspomnienia, bo wiele spotkań kończyło się śmiechem - rozbawionym albo morderczym.
- Znowu rechoczesz? W końcu, kuźwa, zetrę ci ten uśmiech z buźki. - pogroził, marszcząc się jak mors. Nim się obejrzał roztopiła śnieżki i je odesłała z powrotem. Odwrócił się do nich plecami, przyjmując cały wystrzał na kręgosłup. Nie zwaliło go to z nóg, ale musiał się cofnąć bardziej na środek dziedzińca. Nie wiedział jakim cudem, ale powaliła go na kolanach. Zarobił twarzą o śnieg, co go tylko rozjuszyło. Coraz bardziej go denerwowała, bo mimo lat, ciągle go zaskakiwała. Szarpnął się i złapał jej nadgarstek. Korzystając z przewagi masy ciała siłą ją z siebie ściągnął, cały mokry, poczerwieniały i z oklapniętymi kręcącymi się włosami. W oczach miał mord. Usiadł jej na nogach okrakiem, zgarnął śnieg i wysypał go na wyszczerzoną twarzyczkę.
- Wszyscy wiedzą, że na mnie lecisz, no ale w ten sposób mnie nie poderwiesz. - wycedził między jedną warstwą śniegu, a drugą. Pech chciał, że teraz to on był na celowniku bałwanów. Zaklęcie się pochrzaniło i oboje obrywali śnieżkami, którym poświęcił tyle popołudnia. Obrywał w plecy i kark, ale nie przeszkodziło mu to w odwinięciu kołnierza ślizgońskiego swetra i wpakowania za niego śniegu. Porunn nauczy się w końcu, żeby z nim nie zadzierać.
- Możesz... przestać... się... szarpać...? - osłaniał się przed jej pazurami. - Próbuję... cię... do cholery... natrzeć. Leż spokojnie! - chwycił w locie jej pięść pędzącą na spotkanie z jego przystojną twarzą. Musiał się schylić, gdy bałwany posłały na nich kolejną serię śnieżek. Spomiędzy ust Jonathana wydobyła się wiązanka norweskich przekleństw, które stety Porunn dobrze rozumiała. Nie żeby się tym przejmował. Wyciągnął różdżkę i próbował zamachnąć się przez ramię na bałwany, aby przestały ataku. Przeciął nią powietrze i trafił w jednego napastnika, który pod wpływem zaklęcia wyleciał w powietrze. Prior musiał to zapłacić uwolnieniem się Porunn. Zaklął szpetnie, czując jak całe jego ubranie w jednej chwili moknie.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   Sob 09 Kwi 2016, 16:04

Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie chciał w ich obecności powiedzieć „kto się czubi, ten się lubi”, to raczej będzie to bardzo nietrafione porzekadło, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Porunn chciała roztrzaskać Priorowi głowę o najbliższy kamień oraz jednocześnie nie chciała pozbawić go życia, albo częściowej zdolności do samodzielnego poruszania się. Lubiła go i dlatego życzyła mu wszystkiego, co najgorsze, ale nie do końca. Logiczne, prawda?
Gdy ją złapał i tym samym usiadł na nogach, uniemożliwiając swobodne poruszanie się, ona nie przestawała się śmiać, wiedząc, że to go jeszcze bardziej denerwowało. W końcu jeśli mieli bawić się na całego, to nie mogła pozwolić, aby zmarnował się potencjał, który mógł wykorzystać gdy tylko się dobrze zdenerwuje. Idealnie. Czuła w kościach, że chłopak powoli dociera do pierwszej fazy rozjuszenia. Jeszcze tylko kilkanaście innych - w końcu był Norwegiem, a w nich siłą rzeczy płynęła krew rdzennych wikingów. Mieli się więc czym pochwalić i być z tego jednocześnie dumnym.
- Lecę na ciebie? Muszę się zastanowić chwilę, czy mam się śmiać, czy rozpaczać nad twoim durnym łbem - powiedziała, śmiejąc mu się prosto w twarz. Nawet, jeśli w tej chwili znajdowała się w niekomfortowej pozycji, to dobry humor jej nie opuszczał. W końcu nic nie było lepsze jak ostre naparzanie się śnieżkami i to z kumplem po fachu. Oczywiście chodziło o kumpla w nieoficjalnym tego słowa znaczeniu. Przecież go nienawidziła!
Nie dawała mu oczywiście za wygraną i nawet przez chwilę nie pozwoliła, aby poczuł chociażby przedsmak zwycięstwa. Śnieg za kołnierzem owszem, był denerwujący, ale jej zimno nie straszne! Była zgrzana na potęgę i przeczuwała, że będzie musiała na dzień następny wstąpić do skrzydła szpitalnego, aby zwędzić coś na przeziębienie. Pozostawała też Aria, która chyba znała jakieś sztuczki na odpędzenie przeziębienia. Na magii leczniczej Porunn nie znała się w ogóle. To Aria była mózgiem operacji w tej dziedzinie.
No, ale! Teraz nie czas było na rozmyślania o leczeniu przyszłej choroby. Miała na głowie, prawie dosłownie, swojego Gryfońskiego wroga, który właśnie stał się ofiarą swojego własnego bałwana. No cóż, żadne zaklęcie nie było idealne, jeśli taki głąb, jak Jonathan zabierał się za czarowanie. Miała ochotę zaśmiać mu się w twarz, jednak nie zrobiła tego, decydując się na manewr, który pomógł jej w jednej sekundzie uwolnić się i zaatakować. Nie sięgnęła jednak po czary, a po prostu chwyciła w dłonie śnieg, szybko formując go w niedbałą kulę śnieżną i z rozpędu uderzyła nią chłopaka w zęby.
- Zajadaj śnieg, Prior! żryj go, skoro tak ci dyniowy kociołek smakował - warknęła paskudnie, po czym roześmiała się, dopiero teraz chwytając za różdżkę. Nie wycelowała jednak w kolegę, a w drugiego bałwana, po którym chwilę później nie było śladu. Nastała taka błoga cisza, którą szybko Porunn zakłóciła szyderczym śmiechem. Następnie nim się zorientował, rzuciła się na niego, znów powalając na śnieg, rewanżując się śniegiem za kołnierzem. Była silniejsza od Jonathana, może nie znacząco, ale jednak. Wszystko dzięki genowi likantropi płynącemu w jej krwi. Zazwyczaj, na co dzień starała się hamować, ograniczając się tylko i wyłącznie do zaklęć. Czasami jednak ją po prostu ponosiło i nie zważała na konsekwencje. W końcu zabawa była przednia, a możliwość obicia facjaty Priorowi była wręcz bezcenna.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Wierzba Bijąca   

 

Wierzba Bijąca

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Wierzba Bijąca

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-