IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Most

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Henry Lancaster
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 31 Sty 2015, 12:48

nikt mi nic nie mówił, ale luz zmieniłem pierwsze zdanie i niby nie było rozbrojenia, skoro tak, ech.

Zacisnął zęby na widok sceny co najmniej nienormalnej. Serce mu stanęło, a różdżka znalazła się w ręku w pogotowiu. Henry podbiegł czym prędzej na środek mostu, blady jak ściana i wściekły. Wściekły tak jak nigdy do tej pory. Nie widział całego zajścia. Puchon pojawił się w momencie, gdy Dwayne został odrzucony na drewnianą podłogę mostu jak szmaciana lalka. Dopadł przyjaciela, złapał go za ramię i potrząsnął nim sprawdzając czy jest przytomny. Nie podobała mu się ta krew. Morison był zwinięty w kłębek, a wyglądał jak pół kroku od śmierci. Lancaster szukał go już od trzydziestu minut, zmartwiony jego ostatnim listem. Czytał między wierszami gniew po kłótni z Jolene i wściekłość, a to już niepokoiło. Nigdy nie widział przyjaciela w takim stanie, to kazało mu go poszukać i sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Tak na wszelki wypadek. Okazało się, że przybył za późno, aby pomóc Dwayne'owi ale na czas, aby zrobić z Niemca worek treningowy.
- Tym samym slytherin stracił trzydzieści punktów.- wycedził przez zaciśnięte zęby prostując się i celując różdżką w czoło Niemca. Gdyby tak mógł pozwolić sobie na utopienie go w tym jeziorze, byłby chyba najszczęśliwszym facetem na świecie. Dać ujście wściekłości i wyżyć się na aroganckiej sylwetce człowieka, który był ratowany od rozszarpania tylko i wyłącznie resztkami zdrowego myślenia prefekta. Gdyby nie miał odznaki, mógłby bez oporów poćwiczyć na ślizgonie kilkanaście ciekawych zaklęć.
- Zrób przyjemność światu i zwijaj się stąd nim stracę kontrolę i utopię cię w jeziorze. - końcówka jego różdżki zażyła się różnymi kolorami. Czerwień śniła mu się nie pierwszy raz, ale nigdy jeszcze nie chciała wyjść z jego broni. Krwiste zaklęcie zadające czysty ból, który niegdyś przeżył i miał to szczęście je zapomnieć. Zacisnął szczękę, aby z jego ust nie wymsknęły się paskudna zaklęcia. Wbił palce w trzonek różdżki, rozważając czy doprowadzić swój plan do końca czy zostawić ślizgona na pastwę...
- Wanda... - zauważył ją za ramieniem Gilgamesha. Nadbiegała zaalarmowana przez kogoś zajściem. Ucieszył się na jej widok. Bardzo się ucieszył, a jego szare oczy na chwilę złagodniały.
- Trzymaj skurwiela na muszce. Słono mi za to zapłaci. - odezwał się do swojej dziewczyny i dopiero gdy ta uniosła różdżkę, opuścił swoją i zawrócił do Dwayne'a. Klęknął przy nim i delikatnie przerzucił go na plecy.
- Cholera jasna, coś ty mu zrobił? - jego głos osłabł, nie miał sił nawet na krzyknięcie, rzucenie w Niemca klątwy, dzięki której popamięta go do końca życia. Ale nie, powtarzał sobie ciągle, że nie może zniżyć się do jego poziomu. Najważniejszy jest teraz Dwayne'a. Zauważył na jego szyi ślady paznokci. Całą twarz miał pokrwawioną, to było dla Henry'ego nieludzkie. Zanim go doniesie do Pomfrey, wykrwawi się i straci przytomność.
- Dwayne? Słyszysz mnie? Mów coś i nie odlatuj. - nachylił się nad przyjacielem i machnął mu ręką przed oczami. Nie było dobrze.  - Mytin. - szepnął celując w białą jak papier twarz Puchona. Krwotok z nosa powoli ustawał, ale krew... wszędzie była krew, teraz i na dłoniach Henry'ego. Musi go zaprowadzić do Pomfrey. Nie wiedział czy umiałby połatać Dwayne'a sam. Znał wiele zaklęć, pamiętał jakby miał je przed oczami na stronie studiowanej książki. Ale zawahał się, nie był pewien swoich umiejętności. Był wściekły, a to nie jest dobry stan na delikatne zaklęcia leczące. Teregeo oczyściło twarz Dwayne'a, ale to nadal nie uspokajało Henry'ego. Musiał pilnować siebie, żeby nie rzucić się do gardła Niemcowi i nie urządzić mu gorszej sceny niż przed chwilą on to zrobił. Dlaczego wcześniej nie poszedł szukać Dwayne'a? Zwlekał z błahego powodu, a przecież mógłby zaradzić tej bójce. Wróć, to nie była bójka, to było po prostu pobicie.

(zwykły prefekt może odejmować do 10 punktów)


Ostatnio zmieniony przez Henry Lancaster dnia Sob 31 Sty 2015, 20:35, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 31 Sty 2015, 14:23

/ otrzymałam pozwolenie na bilokację z rąk/ust/czegotamsobiechcecie samego Mistrza Lemura, zią.


Popołudnie mijało spokojnie pannie Whisper, która to pozwoliwszy sobie na wyrwanie się z kuszących i ciepłych ramion biblioteki spędzała ten czas na świeżym powietrzu, w towarzystwie swoich mocno rozentuzjazmowanych przyjaciółeczek. Plotkowały akurat  o nowej odżywce do włosów, która sprawia, że końcówki mienią się w zależności od nastroju osoby nakładającej to cudo na głowę. Wandzia akurat notowała zawzięcie skład dziwnej mikstury, chcąc zrobić przyjemność Gwen i pobawić się jej włosami – w końcu wiedziałaby dokładnie kiedy blondyneczka ma ochotę ją rozszarpać, a kiedy pragnie ucałować jej policzki. Przeszkodził jej jednak pewien chłopaczyna z drugiego roku – jeszcze w zeszłym roku udzielała mu korepetycji z transmutacji, a teraz on, nieco wyrośnięty jak na swój wiek informował ją o tragicznym zdarzeniu na moście. Słysząc nazwisko pewnego Niemca i jednego – czy już dwóch Puchonów zmarszczyła brwi i niemal natychmiast pognała na miejsce spotkania wrogów, nieprzyjaciół czy po prostu panów toczących bój o serce pewnej niewiasty.
Bolała ją myśl i świadomość rychłego spotkania z Grossem, z którym jeszcze do niedawna tak namiętnie się spotykała. Chcąc nie chcąc przez pewien czas był dla niej kimś w rodzaju ostoi, towarzysza, któremu w pewnym stopniu zaufała. Omamił ją swoimi słodkimi słówkami, obietnicami zdobycia niemożliwego, roztaczając wokół ten swój ślizgoński urok, który niegdyś ją pociągał. Od momentu gdy dowiedziała, że się jest zaręczony z jej koleżanką z domu postanowiła urwać z nim kontakt. W końcu nie chciała być tą drugą, nie chciała niszczyć czy zrywać czyichś zaręczyn, skoro nie do końca była pewna uczuć Księcia Slytherinu. Wiedziała, że przypadkowe posiedzenie uczniów na dworze rozpęta mini – wojnę pomiędzy nią, a Grossem, która i tak już wisiała od pewnego czasu. Nie chciała się z nim kłócić, wolała rozstać się w pokoju, polubownie. Zastanawiała się jednak jak teraz zareaguje.
Pojawiła się na moście chwilę po Lancasterze, nieco zdyszana – czuła jak jej serce wybija nierówny rytm, chcąc uciec z tego miejsca jak najszybciej. Jej żołądek zapętlił się, gdy ujrzała Niemca stojącego dumnie nad skulonym Dwaynem skąpanym we własnej krwi. Lancastera zauważyła, a raczej najpierw usłyszała dopiero potem – nie musiał się powtarzać. Ona już tu biegnąc, z rozwianym włosem i pociemniałym spojrzeniem wyciągała różdżkę zza pazuchy przeczuwając, że będzie jej potrzebna.  Znała Gila już trochę i wiedziała, że jest w stanie posunąć się do wielu rzeczy, niekoniecznie przyjemnych i czystych. Zupełnie jak teraz, kiedy zapach szkarłatu dobiegł do jej nozdrzy, a ta stłumiła w sobie złość. Jedyne co ją zdradzało, że faktycznie była wściekła to jej oczy. Teraz zmrużone i przeszywające postać Ślizgona. Wyprostowała prawą rękę i wycelowała w chłopaka, nie myśląc nawet czy robi dobrze czy źle. Jeszcze raz zerknęła na leżącego i nieprzytomnego Morisona – wyglądał okropnie. Lepka krew skleiła mu włosy i tych kilka piórek, które tak usilnie doczepiał, chcąc zapewne poczuć jak się jak postać z Piotrusia Pana. Przecież była jego Dzwoneczkiem, nie mogła tak łatwo odpuścić komuś kto wyrządził krzywdę jej przyjacielowi. Znowu ścisnęło ją w gardle gdy podchodziła bliżej do całej grupki, ani na moment nie spuszczając Gila z muszki. Nie podobało się jej to, że Henry się tutaj pojawił – nie chciała by i jemu stało się coś złego. Przez ostatni miesiąc bardzo się do siebie zbliżyli, czego efektem był ich dopiero co rozkwitający związek. Poczuła jak całym sercem wyrywa się do niego, chcąc jednocześnie zabrać i jego i Dłejna, by móc się nimi opiekować. Czy to był instynkt macierzyński czy po prostu jej dobra wola? Zacisnęła usta w cienką linię nie wiedząc co powinna uczynić. To co zrobił jej powiedzmy sobie ex nie było czymś prawym – pobił młodszego i słabszego. Nie popierała takich zachowań, gardziła nimi. Nie lubiła również załatwiać spraw siłą, wolała rozmawiać o problemach i z nimi walczyć. Jak teraz miała postąpić skoro jedyne na co miała ochotę to na posłanie w diabły Grossa?
- Jesteś z siebie zadowolony?  - Spytała zamiast tego, kierując swoją wypowiedź bezpośrednio w stronę Gilgamesha, na którego teraz patrzyła. Zawsze podziwiała go za niezwykłą pewność siebie, ale teraz po prostu wiedziała, że przesadzał. Na każdej płaszczyźnie. Był zarozumiałym dupkiem, który nie przepuści żadnej okazji by pokazać wszystkim i sobie, że jest lepszy od innych. Umiał jednak skutecznie mydlić oczy dziewczętom o czym przekonała się na własnej skórze. Miała pecha. Nie pierwszy raz.
Domyślała się, że głównym powodem kłótni była Aria – nie znała jednak przebiegu całej akcji od początku. Wiedziała jednak, że Dwayne znalazł się w dobrych rękach – w końcu jej Henry [hoho, jaki tytuł, patrzcie ją] interesował się magomedyką. Była pewna, że udzieli mu stosownej pomocy, a oni gdy tyko zajdzie taka potrzeba i możliwość przeniosą się do Skrzydła Szpitalnego.
- Mogłabym powiedzieć, że spodziewałam się po Tobie wszystkiego. Ale nie tego, że zniżysz się do tak niskiego poziomu i wlejesz komuś za to, że kto inny położył łapska na Twojej narzeczonej. – Powiedziała tonem poważnym i wyważonym, nie chcąc by jakiekolwiek uczucie sympatii, którą kiedyś do niego pałała wyszło na wierzch.
- Teraz dokładnie wiesz jak się czuli Ci, którym podebrałeś panienki. – Dokończyła spokojnie, robiąc krok na przód. Jej nadgarstek poszedł w ruch, płynnie i zgrabnie jakby ćwiczyła to codziennie przed lustrem, a jej różdżką zatoczyła niewielkie koło gdy brwi panny Whisper się ściągnęły, a ona w skupieniu, pełna przekonania  wypowiedziała na głos zaklęcie.
- Expulso! – Jej głos przebił powietrze, wprawiając je w delikatne drganie, zupełnie jak jej magiczny oręż, którego końcówka zapaliła się błękitnym blaskiem. Z racji tego, że dystans między nią, a Niemcem nie był taki spory skutek zaklęcia pojedynkowego powinien być łaskawy dla nich wszystkich. Z wyjątkiem postaci Grossa, który gdyby czar się udał – poleciałby kilka metrów dalej zmiażdżony siłą ośrodkową niechybnie wywracając się o własne nogi. Była pełna nadziei, chciała by jej zaklęcie się powiodło ale nie miała pewności czy na pewno jej się uda. W końcu była tylko słabą, bezbronną Krukonką, która w tej chwili powinna siedzieć z nosem utkwionym w książce. Po cóż się pojedynkować skoro można ukraść kolejne księgi z działu zakazanego?
Jeżeli jej czar by się nie powiódł - a miała tego pełną świadomość - i gdyby Gilgamesh miał ochotę zrównać ją [albo też jej towarzyszy] z ziemią to bez wahania użyje różdżki jeszcze raz.
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 31 Sty 2015, 21:02

Grossa przepełniała już tylko czysta niechęć i nienawiść. W jego głowie pojawiło się milion nowych sposobów, jak doprowadzić Puchona do szaleństwa, wymyślnymi torturami, a trzeba było przyznać że pomysłów mu nie brakowało. Zaczynając od tych najmniej nieprzyjemnych, jak spiłowanie paznokci do gołej skóry, poprzez przypalanie, kończąc na prawdziwie nieprzyjaznych praktykach - tyle wspaniałych planów, a czasu mu nie brakowało. Dwayne mógł się już przygotowywać na to, że czeka go piekło, które zapamięta do końca życia - Książę Slytherinu nie zamierzał odpuścić mu tak długo, aż doprowadzi chłopaka do samobójstwa, co zresztą zapewne nie potrwa zbyt długo. Niestety, szczęście i sianie terroru nigdy nie mogło trwać wiecznie, albowiem oto na scenie pojawiły się dwie kolejne postacie.
Pierwszą z nich był Puchon, pozbawiony najwyraźniej jakichkolwiek resztek instynktu samozachowawczego - żeby tak się wyrażać przy nim? Do tego odebrał mu punkty - Gross zacisnął mocniej palce na różdżce, przygotowując się na skorzystanie z trochę mniej delikatnych zaklęć. Nie zamierzał tolerować czegoś takiego, szczególnie gdy osobą robiącą takie rzeczy był śmieć pokroju Lancastera. Drugą postacią była...Wanda Whisper. Cholera. Ta to miała wyczucie jak i kiedy się pojawić - zdecydowanie ktoś powinien ją przywiązać do łoża Gilgamesha, zakuć w łańcuchy i nigdy jej nie wypuszczać. W końcu to byłoby połączenie przyjemnego z pożytecznym - nie dość że byłaby w pobliżu w razie potrzeb wszelakich, to jeszcze nie pojawiałaby się w takich momentach. Tylko ze względu na jej obecność, nie posunął się do wyjątkowo groźnych zaklęć, których zamierzał użyć wobec Henry'ego - trzeba przyznać, że uratowała mu tyłek - w przeciwnym wypadku, za moment w konwulsjach rzucałoby się tutaj dwóch Puchonów, nie jeden. Jednakże nim Wanda zdążyła się odezwać, Lancaster popełnił kolejny błąd, wyrażając się o Grossie w wyjątkowo nieprzystojny sposób. Przyjął na twarz obojętny wyraz i powiedział cicho, jednakże tak by dotarło to do uszu Puchona:
-Jeśli nazwiesz mnie tak jeszcze raz psie, to spotka Cie coś znacznie gorszego niż Twojego szlamowatego kolegę. Na Twoim miejscu uważałbym na słowa, chyba że chcesz pozbawić szkołę kolejnego borsuka. Nie masz w ogóle litości? Niewystarczająco wiele śmieci podobnych Tobie zostało wybite?
Po zakończeniu wypowiedzi przestał zwracać na niego uwagę i zajął się Wandą - to ona teraz go tu interesowała. Nie na wpółżywy Morison, nie podróbka prefekta, tylko ona - panna Whisper we własnej osobie.
-Tak, jestem z siebie wyjątkowo zadowolony. Uważam że wymiar kary był wyjątkowo adekwatny do przewinienia...chociaż nie. Cofam. Byłem zbyt łagodny. Następnym razem się poprawię-odparł uśmiechając się do niej lekko, zupełnie jakby dyskutowali o pogodzie. Obserwował ją uważnie, zupełnie jakby chciał zapamiętać każdy szczegół by opisać ją później najdokładniej jak to tylko możliwe. Wciąż była wyjątkowo urodziwa, jednakże jej następne słowa całkowicie odebrały jej wszelkie walory które do tej pory jej przypisywał. To było irracjonalne, zwyczajnie pozbawione sensu - jakby Wanda na chwilę straciła rozum i plotła co jej ślina na język przyniesie.
-Zniżyć się do poziomu ochrony swej własności? Przebywanie z Puchonami doprowadza Cie do skrajnej głupoty. Nie tak Cie zapamiętałem - gdy spotykałaś się ze mną, byłaś inteligentną, młoda czarownicą. Teraz pleciesz trzy po trzy. To żałosne, panno Whisper.-odparł z mieszaniną zażenowania i rozczarowania wymalowanymi na twarzy. Następnych słów nawet nie skomentował - nie czuł takiej potrzeby, jednakże nie odwrócił się od niej nawet na moment, wpatrując się w nią jak w obrazek.
Jej reakcja była całkiem niezła i prawdopodobnie gdyby trafiła na kogokolwiek innego, wówczas ten ktoś przeleciałby sporą odległość. Jednakże tym razem się przeliczyła nieznacznie - Gross nie był byle kimś, tylko odpowiednio wyszkolonym Ślizgonem, dla którego pojedynki nigdy nie były problemem. Stąd też jego refleks w połączeniu z instynktem po raz kolejny zadziałał wręcz bez zarzutu.
-Protego
Spojrzał na Wandę kpiąco. Nie zamierzał wyrządzać jej krzywdy - mimo wszystko w pewien sposób, dalej była dla niego ważna. Jednakże - tak żałosny atak nie zasługiwał na uznanie, a wręcz przeciwnie - powinien poinformować ją o swojej dezaprobacie. Zmniejszył pomiędzy nimi dystans, tak aby ich ciała prawie się stykały, cały czas patrząc jej w oczy.
-Nie rób tego więcej. Następnym razem nie okażę Ci litości tylko dlatego, że kiedyś byłaś mi bliska i każdą próbę ataku na moją osobą, potraktuję z odpowiednią surowością. Nie uratuje Cie wówczas fakt, że zależało mi na Tobie ani fakt że jesteś kobietą. Jeśli spróbujesz takich sztuczek ponownie - będę musiał Cie zmiażdżyć, pomimo tego kim jesteś. Mam nadzieję że wszystko sobie wyjaśniliśmy.-wyszeptał cicho, tak by tylko ona go słyszała i zrobił efektowną pauzę. Jednakże to nie wszystko co miał jej do przekazania - chciał powiedzieć znacznie więcej, w końcu kiedyś była kimś, prawda? Nie wypadało zostawiać jej bez słowa, co to to nie. A Gross miał plan, jak przekazać jej że popełniła błąd. Nie podnosił głosu, jednakże zbliżył się jeszcze bardziej, tak by ich twarze prawie się stykały. Nie zamierzał pozwolić jej uronić choćby słowa.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że kiedyś byłaś najważniejsza? Że byłem gotów oddać za Ciebie wszystko? Ba, nawet na pewien czas roztopiłaś moje zamarznięte serce, lecz jak widać tylko po to, aby zdeptać resztkę uczuć jakie we mnie tkwiły. I czego byś nie zrobiła, czego byś nie powiedziała i jak daleko byś nie uciekła - nigdy Ci tego nie wybaczę. Zniszczyłaś coś we mnie, coś, co tylko dzięki Tobie miało znaczenie, jednakże bezlitośnie to zgniotłaś. Dlatego też ja, ugodzę tam gdzie zaboli najbardziej.-wygłosił tonem ociekającym jadem, a jego wolna od różdżki ręka powędrowała do jej włosów, za które lekko szarpnął. Nie chciał wyrywać jej włosów, chciał jedynie lekko szarpnąć aby odczuła lekki ból, lecz nie na tyle mocny by uznać to za wyrządzanie jej krzywdy. Zbliżył swoją twarz do jej tak że teraz praktycznie się stykały.
-Nigdy nie wybaczę. Nigdy. Zniszczę Cie tak, jak Ty zrobiłaś to ze mną. I zniszczę też jego-wyszeptał, lekko odchylając głowę by wskazać na Henry'ego. I nadszedł czas na wielkie przedstawienie. Będą tak blisko i trzymając ją za włosy, nie zostawiał jej szans na ucieczkę. Zrobił coś, czego był pewien że nie będzie mu w stanie nigdy wybaczyć. Pocałował ją. Trwało to może pięć sekund nim się oderwał i spojrzał na nią ze złośliwym błyskiem oku. Zieleń jego spojrzenia przebiła ją na wylot, nim ją puścił.
-Jeszcze się spotkamy-wyszeptał po tym odsunął się i oddalił dość szybko.
-A Ty Lancaster...uważaj dokąd się zapuszczasz. Nie chciałbyś znaleźć się nigdy i nigdzie pozbawiony przyjaciół. Skończyłbyś gorzej niż Twój szlamowaty wódz zajęcze serce. Dlatego też pierdol się i nie życzę Ci miłego dnia-rzucił jeszcze na odchodne po czym zostawił ich w sytuacji którą stworzył, zupełnie jakby wszystko poszło zgodnie z planem.

z/t
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Pon 02 Lut 2015, 09:55

/ ponawiam informację Evana: prefekt może odejmować do 10 punktów;

Błoga cisza zapanowała w umyśle Dwayne’a chwilę przed tym, jak czar Gilgamesha przestał działać. Do umysłu nie docierał nawet krzyk wszechobecnego bólu, kiedy mięśnie spinały się i próbowały powstrzymać uchodzącą energię do zapanowania nad ciałem. Drewniana kładka wbijała się w umorusany krwią policzek, a chłopak nie potrafił ocenić czy jest chłodno czy ciepło. Nie tylko przypominał szmacianą lalkę, ale również czuł się pozbawiony godności i przegrany, chociaż właściwa walka jeszcze się nawet nie rozpoczęła. Poruszył się spazmatycznie w celu uniknięcia kolejnej dawki cierpienia, a maleńkie źrenice próbowały nieudolnie dostrzec twarz napastnika. Ze wszystkich sił podniósł ręce i odepchnął od siebie domniemanego wroga, wierząc że ma jeszcze wystarczająco odwagi aby przeciwstawić się Gilgameshowi. W rzeczywistości jedynie musnął palcami ramię przyjaciela, przytroczonym wzrokiem błądząc po sylwetce niczym niewidomy.
Słowa wypowiadane przez uczniów zamieniały się w niezrozumiały bełkot. Nie wysilał się, aby go zrozumieć i wyłapać co ważniejsze słowa. Teraz nie liczyło się nic prócz przegranej, do której dopuścił pomimo drzemiącego w trzewiach gniewu. Wielokrotnie przekonywał się o własnej słabości ciała i umysłu, przecież nie mógł mierzyć się z tym konkretnym Ślizgonem. Co go podkusiło, aby zadurzyć się w jego partnerce? Dlaczego los płatał takie głupie figle, wystawiając go na kolejne ciężkie próby, które prędzej czy później przegra?
Dotyk czyjegoś ramienia zniknął, a Dwayne powrócił na upragnioną podłogę odpoczywając i cicho jęcząc podczas odzyskiwania resztek świadomości, jakie mu pozostały. Podczas feralnej wymiany zdań miał chwilę samotnej kontemplacji nad własną beznadziejnością, dostrzegając brutalność Grossa, który przestał istnieć jako cel do sprzeciwiania się. Jeszcze nigdy, podczas sześciu lat nauki nie zdarzyła się taka sytuacja, w której Dwayne znalazłby się w opłakanym stanie – tak jak teraz. Był pewien, że jeszcze kilka minut dłużej i straciłby po raz pierwszy przytomność w pojedynku ze Ślizgonem, co odkupiłby z pewnością większą ilością ran: nie tyle fizycznych co psychicznych. Szczerze wątpił, aby ktokolwiek z zielonych mieszkańców przepuściłby okazję do spłatania wstydliwego psikusa.
Rozważania zostały brutalnie przerwane kolejnym pchnięciem – przynajmniej Dwayne miał wrażenie, że cały świat postanowił spaść na jego barki i chociaż na plecach było niewiele siniaków, cały gest skomentował głuchym protestem. Podczas oględzin, pierwsze co rzucało się w oczy to wszechobecna krew: przede wszystkim na twarzy i koszulce, sięgająca nawet rąk, którymi swego czasu próbował ją zatamować. Ślad na gdyce przykryty był aż do momentu, w którym prefekt nie oczyścił wciąż cieknącej z nosa i warg cieczy. Czerwony ślad po mocnym trzymaniu na długo pozostanie w pamięci Dwayne’a. Sam zainteresowany patrzył na błękitne niebo, przejaskrawione i pięknie błogie, stanowiące jedyną ucieczkę od rzeczywistości, do której Jolene starała się go zaciągnąć siłą. Miał wrażenie, że jego twarz zmienia się i nabiera cieplejszych odcieni, a on sam czuje lekkość ciała. Wewnętrzny spokój zakrawał o groteskę, odczuwalną przez najmniejsza komórkę w ciele. Tak naprawdę mrużył powieki, próbując uciec od natarczywej dłoni przyjaciela.
- Nie machaj… – wymamrotał ze zniekształconych warg i z ociąganiem usiłował złapać tę natrętną kończynę nad nosem. Nie był w stanie dostrzec zmiany we własnym ciele, chociaż przeczuwał w jakim stanie jest spuchnięty nos. Właściwie problemy z otwieraniem oczu brały się z przesuwającej się opuchlizny, skoro wyrżnął twarzą w barierkę. Było nikłe prawdopodobieństwo, że jego twarz będzie taka sama przez kilka następnych dni. – Ale mnie… – zaczął z trudem, ale na bladej twarzy pojawił się cień uśmiechu – sprał… co? – dokończył z nieznacznym trudem, przekręcając głowę w kierunku gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał oprawca. Przez krótki moment zdawało mu się, że Gross urósł wszerz. Właściwie był pewien, dlatego podniósł lewą rękę i wskazał palcem w stronę Wandy: - ale grubas… – skomentował nieudolnym żartem, starając się odzyskać twarz i nie pokazać przed przyjacielem jak wiele kosztuje go utrzymanie uśmiechu. Jolene miała rację, że nadszedł czas na dorastanie. Tylko, cholera, on tak bardzo się tego bał. Nie potrafiła zrozumieć jego podejścia, bo wychowała się w innej rodzinie i chociaż było to krzywdzące, Dwayne był przekonany – wyśmiałaby go i stwierdziła, że wymyśla głupoty.
W końcu zamknął powieki, poddając się bez dalszych protestów zaklęciom Henry’ego z przeczuciem, że powinien przeprosić nie tylko Joe, ale kogoś jeszcze. O wiele łatwiej było ukryć się w cieniu i stamtąd obserwować Krukonkę, po cichu przesyłając kwiaty albo inne upominki. Może by nikomu nie powiedziała, że to od niego? Mieliby niepisany kontrakt, on by ją tak po swojemu wielbiał, a ona w zamian uśmiechała. Nic więcej mu do szczęścia nie jest potrzebne. Może Gilgamesh by się o tym nie dowiedział i prałby go za samą szlamowatość, a nie „tykanie własności”? Nawet nie podejrzewał, że to tylko początek nieszczęść. To on rzucił pierwszy kamyk, który spowoduje lawinę zabierając ze sobą wielu z jego przyjaciół. Czyż Mroczny Znak nie był wymowny?
Nie wiedział, w którym momencie Gross zszedł ze sceny.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Pon 02 Lut 2015, 21:45

Aura wokół nich się zmieniła. Ciemne chmury przysłoniły przygasłe już słońce, zawiał silniejszy wiatr, który nie tyko wprawił w ruch ich włosy ale również i cienki materiał szkolnych szat. Wanda poczuła jak zimny dreszcz wstrząsa jej ciałem i sprawia, że ta ma nie tylko ochotę stąd uciec ale i schować się pod kołdrą i nie wychodzić stamtąd dopóki rok szkolny się nie skończy. Wyniesie się z Hogwartu i rozpocznie życie na własny rachunek. Już nigdy nie ujrzy narcystycznego Niemca, który potrafił skrzywdzić nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Tak jak teraz.
Złość odmalowywała się na jej jasnej twarzy, kiedy słowa niczym ostrze miecza przecinały powietrze i dochodziły  nie tylko do jej uszu, ale również uszu Lancastera, do którego ów słowa były wypowiedziane. Nie podobało się to w jaki sposób się do niego zwrócił to, że go obrażał i miał za nic. To właśnie wtedy uświadomiła sobie za co właściwie przestała lubić Grossa. Za jego wysokie mniemanie o swojej osobie, za głupie poglądy i za wchodzenie każdej pannie do łóżka. Czystokriwstej przypomnijmy, bo przecież Gil nie zadowoli się byle kim. To właśnie wtedy zacisnęła mocniej smukłe palce na drewnie z wiązu i to wtedy postanowiła, że sprawi, że ten odszczeka wszystko to co właśnie powiedział. Miała dość traktowania jak zabawka czy kujonka. Nie była słabą osobą, na pewno nie po tym co się wydarzyło w wakacje. Musiała znaleźć w sobie dostatecznie tyle siły by móc udźwignąć ciężar spraw codziennych, z którymi stykała się najczęściej.
Miała wielką ochotę zetrzeć z jego buźki ten cwaniacki uśmieszek, który teraz doprowadzał ją do szału. Zupełnie jak on, nie spuszczała z niego wzroku ani na moment, ale nie po to by zapamiętać każdy szczegół, każdą najdrobniejszą zmarszczkę, ale tylko po to by zadać sobie pytanie jak z kimś takim mogła się wcześniej zadawać? Jedyne co reprezentował sobą Gilgamesh to pogarda, bogactwo i to wybujałe ego, które musi mu ktoś kiedyś przyciąć.
- Ja uważam wręcz przeciwnie, panie Grossherzog.   – Zaczęła, mrużąc piwne ślepia, starając się dalej w miarę możliwości zachować obojętny wyraz twarzy. Było to trudne bo to co powiedział trafiło ją niczym kula z armaty. Poczuła jak słabnie – od zawsze była podatna na tego typu ataki. Zamykała się w sobie, unikała ludzi i tylko pielęgnowała w sobie smutek i żal. Gorycz, która pozostała po tym wszystkim. Czy teraz będzie tak samo? Pokręciła głową.
- Byłam głupia, że dałam się zmanipulować. I to Tobie. Pewnie nie byłam pierwsza i nie ostatnia. – Powiedziała jeszcze zanim ten odbił jej zaklęcie. Spodziewała się tego, toteż nie zareagowała nijak na ten wyczyn godny pozazdroszczenia. Zmarszczyła tylko brwi i cofnęła się instynktownie o krok zanim ten ją dopadł. Nie chciała czuć jego bliskości, zapachu dobrze znanych jej perfum. Nie chciała czuć na sobie tych jadowicie zielonych oczu, tak bardzo kojarzących się jej z zielenią wiosennej trawy. Poczuła jak ciśnienie się jej podnosi i zagłusza wszystko co się wokół niej znajdowało. Nie odwracała wzroku od Ślizgona, zwyczajnie zwabiona w pułapkę. Nie mogła się ruszyć, bo wiedziała, że ten i tak ją dopadnie. Dlatego tak stała, ze spuszczonymi rękoma wzdłuż ciała i tylko wstrzymywała oddech wsłuchując się dudniący głos Gila.  Słowo po słowie, głoska po głosce. Skierowane do niej bolały i paliły ją od środka. Przypieczętowały jej cierpienie i ból po rozstaniu.
Z uwagą łapała każdy wyraz, który odbijał się echem od ścian jej podświadomości. Wiedziała o co u chodziło, wiedziała, że już nie będzie bezpieczna. Chciała się od niego zwyczajnie odciąć, ukarać go za to zrobił jej przyjacielowi. Bo czyż nie zasługiwał na karę? To on był śmieciem skoro zaatakował młodszego i słabszego. I to za co? Za to, że rozmawiał z jego narzeczoną? Czysta hipokryzja. Zamrugała kilkukrotnie jakby czuła, że lada moment mogą pojawić się łzy. Nie chciała ich, nie chciała się zbłaźnić i pokazać, że jego wypowiedź w jakikolwiek sposób ją ruszyła.  Mimo, że tak było. Bolało ją cholernie, czuła jak serce rozpada się na miliard kawałeczków. Jak znowu jest tylko słabą i głupią dziewczyną, która nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Która nic nie umie i potrzebuje kompasu albo silnej ręki, która wskaże jej drogę.
- Pieprzysz Gilgamesh. Dobrze wiesz, że tak nie było. Nigdy nic do mnie nie czułeś. – Syknęła nie chcąc nawet dopuścić do siebie takiej myśli, że faktycznie cokolwiek znaczyła dla Niemca. Owszem, oświadczył się jej, wyznawał miłość, ale czy to było prawdziwe? Czyż nie prowadził z nią głupiej gierki, która miała stanąć tylko na tym, że ta oślepiona zgubnym uczuciem wskoczy mu do łóżka? Nie chciała w to wierzyć. Ani się nad tym zastanawiać. Na pewno nie teraz, kiedy jej serducho należało do innego.  
Czuła na sobie wzrok Niemca jak Henryka, który momentami chyba zwracał uwagę na to co się dzieje. Ponownie chciała się cofnąć, ale w tym samym momencie ręka Gila powędrowała do jej głowy. Kilka kosmyków zostało boleśnie szarpniętych, a spomiędzy jej ust wydostało się ciche jęknięcie. Już miała odpowiedzieć, że nie da mu ruszyć kogokolwiek z jej bliskich, bo to nie jego sprawa z kim się spotyka i dlaczego to robi. On miał już swoją szansę, którą zaprzepaścił, nie umiał jej wykorzystać. Więc dlaczego teraz to ona ma cierpieć, skoro to ona  była jego ofiarą? Rozchyliła wargi by powiedzieć mu coś jeszcze, najpewniej by ją puścił spieprzał stąd, bo ta nie może na niego patrzeć. Spojrzenie chłopaka dalej błyskało jadowicie, a jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko. Oddech dziewczyny stał się urywany, bo zaczynała wpadać w lekką panikę. Nie podobało się jej to, nie podobało. Był stanowczo za blisko, a ucisk jego dłoni nieprzyjemny. Źrenice Whisperówny się rozszerzyły, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz kiedy usta Grossa spijały słodki nektar z jej warg. Fuknęła buńczuczno chcąc go od siebie odepchnąć. Poczuła kolejne szarpnięcie. I zimną szpilę wbijającą się w jej umysł. Odwzajemniła lodowate spojrzenie pełne nienawiści. Czystej nienawiści, która powoli tłoczyła się w jej żyłach, niczym krew pompująca najważniejszy ludzki organ. Stała niewzruszona i dopóki ten nie zniknął z jej pola widzenia podniosła rękę i wierzchem wytarła twarz chcąc zmazać z siebie dotyk młodzieńca. Jego słów już nie słyszała. Kompletnie jej umknęły, uciekły. Trwała tak dłuższą chwilę, kompletnie zawieszona, jakby zapomniała gdzie się znalazła i co się dzieje. Szum krwi dalej utrudniał jej racjonalne myślenie, a krzywdząca wypowiedź Gila obijała się o uszy. Była pewna, że ją dopadnie. To była tylko kwestia kilku dni, miesiąca.
Jej tętno wariowało, a ona poczuła jak się czerwieni. Ze wstydu, ze złości i bezsilności. Nogi jej zmiękły, a podświadomość tego co się stało okropnie paliła. Nie miała siły nawet odpyskować, odpowiedzieć, uderzyć go. Bała się, że by oddał. Że ją zbruka.
Dopiero po kilku chwilach postanowiła wziąć głęboki wdech. Świeże powietrze wypełniło jej płuc, a ona dalej zdezorientowana i zwyczajnie wściekła wypuściła resztki tłoczące się w środku. Odwróciła powoli spojrzenie w stronę Puchonów znajdujących się niedaleko niej, a na jej buzi automatycznie odmalowała się troska. Od razu dopadła do chłopców i kucnąwszy przy Dwaynie zerknęła na lepką krew, którą naznaczony był nie tylko Indianin ale i Henry.
- Trzeba przenieść go do Skrzydła Szpitalnego. – Powiedziała cicho roztrzęsiona. Zapach krwi uderzył jej do głowy, a ona ponownie cofnęła się do wydarzeń sprzed kilku miesięcy. Poczuła pod powiekami słone łzy, jednak nie pozwoliła sobie na uronienie ani jednej. Zacisnęła zęby i tylko obserwowała jak Lancaster sprawnie zajmuje się przyjacielem. Chciała coś jeszcze powiedzieć. Odnieść się do sytuacji, ale zwyczajnie nie mogła. Potworna gula ugrzęzła jej w gardle, ż w końcu sama zaczęła mieć problemy z oddychaniem, więc tylko pogłaskała Morisona po policzku chcąc pokazać mu, że wszystko z nim będzie dobrze. Że to tylko kilka zadrapań, a jego twarz wcale nie jest opuchnięta. Potem położyła rękę na ramieniu Henryka, na którego bała się spojrzeć. Być może obwiniał ją o to całe zajście, albo był na nią zły za Gilgamesha. Nie chciała by ten oglądał jej pożal się Boże pocałunek z innym chłopakiem. Nie chciała go krzywdzić, był dla niej zbyt ważny i cenny.
Było jej niedobrze i zimno. Złość zastąpił smutek i żal.  Zaraz dźwignęła się z kolan i machnęła różdżką  zgrabnie. Końcówka patyczka zamigotała wesoło,  a ich oczom ukazały się wygodne nosze unoszące się w powietrzu.
- Połóż się Dwayne. – Poleciła jedynie bo nie chciała by ten szedł o własnych siłach do zamku. Niby nie mieli daleko ale chłopak mógł być osłabiony z powodu chociażby drobnej utraty krwi. Pomogła mu wejść na środek lokomocyjny i gdy Puszek leżał już wygodnie, ta dalej unosząc różdżkę odważyła się dopiero przenieść piwne oczyska na twarz Lancastera. Zauważyła szkarłat na jego dłoniach, dlatego niewiele myśląc sięgnęła wolną dłonią do kieszeni szaty i wyciągnęła z niej jedwabną chusteczkę, którą zaraz wcisnęła mu do łapy, przy okazji muskając ją swoją. Była ciepła, jakby nagle dostała gorączki, jednak ten  jej czuły gest mówił wszystko.  
Ruszyli lada chwila najpewniej nie odzywając się za wiele, a jedynymi ich towarzyszami był cichy stukot obcasów pozostałej dwójki uczniów. Wanda skupiła się na prowadzeniu noszy i odstawieniu Dwayne’a  prosto w ręce Poppy, która najpewniej zaalarmowana przez jednego z dzieciaków czekała na nich.
Whisperówna również nie powiedziała nic, gdy Henry w pewnym momencie się od nich odłączył. Posłała mu jedynie nikły uśmiech, który miała nadzieję rozjaśni mu drogę powrotną.

Z tematu. Cała Trójca Święta.
Zobacz profil autora
Chayenne Montgomery
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 25 Lip 2015, 13:05

{Kilka dni przed meczem}
Montgomery przygotowywała się psychicznie do swojego pierwszego meczu w barwach Slytherinu, grała w drużynie na pozycji szukającego, spędziła cały poranek i popołudnie na trenowaniu, łapaniu prowizorycznego znicza i trenowaniu szybkości. Od kilku dni mniej jadła, byleby tylko być jak najlżejszą, w końcu to mogło jej się przydać, powinna być drobna, lekka, szybka i bardzo zwinna i liczyła na to, że jej długie treningi przyniosą odpowiedni skutek.
Po treningu wzięła długi, gorący prysznic, trenowanie na takim chłodzie wcale nie sprzyjało, mogła się przecież przeziębić. Wypiła w Wielkiej Sali gorącą czekoladę, zjadła niewielką porcję obiadu, odpoczęła przez pewien czas i wieczorem postanowiła po raz kolejny zaczerpnąć świeżego powietrza. Temperatura prawdopodobnie oscylowała w granicy zera stopni. Nie przeszkadzało to jednak ślizgowce, miała wysokie buty z kożuchem, do tego długi, ciepły płaszcz i obowiązkowo szalik Slytherinu. Lekki wiatr rozwiewał jej długie włosy kiedy kroczyła przez błonia, rozjerzała się, aby upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu, nie wiedziała sama czy ma chęć na rozmowę z kimkolwiek, ostatnio i tak spędzała większość czasu z ludźmi, treningi „zmuszały” ją do tego, a tak na dobrą sprawę wychodziło jej to na dobre.
Dotarła wreszcie do mostu, który był celem jej dzisiejszej, wieczornej wyprawy. Okryła się szczelniej płaszczem i wkroczyła na pomost, od wody było czuć jeszcze większy chłód niż normalnie. Usiadła na skraju pomostu, buty zawisły kilak centymetrów nad taflą pod nią, wzięła różdżkę, wyczarowała niewielki ogrzewający płomyk i zaczęła grzać na nim dłonie. Cisza, spokój, jedynie wiatr, który powiał mocniej od czasu do czasu wydał charakterystyczny świst… Dla niej raj na chwilę obecną.
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 25 Lip 2015, 18:00

Kanadyjczyk spędził ten dzień leniuchując. Dzięki temu, że Antonija zaoferowała, że napisze za niego dodatkowy esej na Eliksiry nie był zmuszony do spędzenia całego dnia w bibliotece. Systematyczne uzupełnianie zapasów składników potrzebnych do przyrządzania wywarów w końcu się na coś przydało. I on był zadowolony i Puchonka będzie mogła sobie gotować amortencję do woli.
Dla niektórych leniuchowanie przez cały dzień było totalną stratą czasu, jednakże Campbell tego tak nie odbierał. Kiedy miał okazję się poobijać to to robił, gdyż nie zawsze przydarzały mu się takie dni. Oczywiście było to lenistwo czysto umysłowe, kiedy chłopak mógł się zrelaksować i nie myśleć o esejach, praktykach zaklęć, czytaniu nudnych dziejów historii magii i temu podobne. Oczywiście w takie dni nie wykluczał wysiłku fizycznego. To jeszcze bardziej mu pomagało się rozluźnić. Dlatego pod wieczór postanowił się wybrać na błonia, aby trochę pobiegać, póki jeszcze pogoda na to pozwalała. Założył odpowiednie buty, luźne spodnie, zwykłą koszulkę i sportową bluzę bez kaptura. Być może było to dość lekkie odzienie jak na tak chłodną pogodę, jednakże Campbell nie miał zamiaru pozostawać na zewnątrz dłużej niż przez pół godziny, oczywiście w ciągłym, miarowym biegu.
Po opuszczeniu murów zamku Kanadyjczyk zaserwował sobie krótką rozgrzewkę i na początek lekkim truchtem skierował się w stronę mostu, prowadzącego na błonia. Nie spodziewał się zastać na nim kogokolwiek zważając na godzinę i temperaturę panującą na dworze, a jednak znalazł się ktoś odważny (a może nawet szalony!). Dopiero będąc w połowie drogi do tajemniczej postaci chłopak zorientował się, iż jest nią nie kto inny jak panienka Montgomery. Relacja między nim a dziewczyną była dość skomplikowana prawie od samego początku jej powstania. Oboje mieli bardzo podobne do siebie charaktery, co raczej nie wróżyło dla nich świetlanej przyszłości. Mimo to początkowo dobrze się dogadywali, czerpali przyjemność (fizycznie i psychicznie) ze wspólnie spędzanego czasu. Wszystko to trwało do czasu, kiedy w związku z niezgodnością niektórych poglądów zaczynali się sprzeczać. Początkowo niewinne sprzeczki szybko przerodziły się w szalone kłótnie, będące jedną z przyczyn zerwania ich kontaktów. Oczywiście codziennie na siebie wpadali, gdyż byli na tym samym roku, chodzili na te same zajęcia i byli z tego samego domu, jednakże od paru miesięcy nie zamienili ze sobą ani słowa. Aż do dziś...
- Mam nadzieję, że nie chcesz skoczyć. W końcu musimy wygrać z Kurkonami i wszystko jest w twoich rękach! - Dość nietypowe powitanie, jednakże Campbell niespecjalnie przepadał za tymi typowymi. Lubił sobie urozmaicać życie poprzez zaskakiwanie ludzi, którzy niekiedy reagowali naprawdę różnie i w bardzo ciekawy sposób. Zaskoczony człowiek to bardziej interesujący człowiek, gdyż pokazuje wtedy swoją prawdziwą naturę.
Brunet oparł się biodrem o barierkę mostu, przez chwilę patrząc w czarną otchłań przepaści pod nimi. Natura często go hipnotyzowała, dlatego też często można go było spotkać gdzieś na błoniach wpatrującego się w dal, wsłuchującego się w odgłosy natury, albo przelewającego na papier piękno rozciągającego się przed nim krajobrazu. Jednakże teraz był w towarzystwie i trzymał swoje myśli na wodzy. Czemu w ogóle postanowił się odezwać do dziewczyny po takim czasie nie odzywania się? Sam nie wiedział. Coś w jej postawie sprawiło, że poczuł potrzebę zaczepienia jej, a może to była po prostu zasługa niesamowitej aury mostu, bądź jedynie czysta, ludzka ciekawość...
Zobacz profil autora
Chayenne Montgomery
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 25 Lip 2015, 23:28

Gdyby było to tylko takie proste, leniwe leżenie w łóżku ostatnio było nie dla niej, albo jakaś panna z dormitorium nieco zbyt ciekawsko zaczynała zadawać pytania, albo ktoś do niej rozmawiał, albo przenosiła się do Pokoju Wspólnego gdzie był jeszcze większy natłok ludzi. Chayenne nie miała ochoty na rozmowy z nikim kompletnie, odizolowała się i stworzyła wokół siebie ogromny mur, którego nikomu nie pozwalała przekraczać, nawet te osoby, które znały ją kiedyś i wiedziały jaka ta podła ślizgonka jest teraz z całą pewnością by jej nie rozpoznały albo po krótkiej rozmowie zauważyłyby, że coś jest z nią bardzo nie tak, dlatego tak bardzo starała się unikać starych znajomych, a na nowe znajomości zwyczajnie nie miała czasu. A z resztą, po co jej to? W końcu uznała już jakiś czas temu, że jest jej to bardzo obojętne.
Dzisiaj miała już swój wysiłek fizyczny, teraz pozostał jej odpoczynek nad pomostem, gdzie chciała pobyć w samotności, oderwać się od rzeczywistości i uciec z strefę niedozwolonych, zakazanych wręcz marzeń, o które już nie chciała nawet walczyć, na szczęście marzenia były bezpłatnym gratisem i mogła z nich korzystać ile się tylko dało. Nie spodziewała się, że ktoś oderwie ją od tego wszystkiego i dodatkowo, że tym kimś będzie…
- Connor… – szepnęła cicho. Nie rozmawiali długo, nawet bardzo długo. Kiedyś tak dobrze się dogadywali, spędzali ze sobą masę czasu, rozmawiając o pasjach, o wszystkim i o niczym. Byli do siebie podobni, a fakt, to zazwyczaj nie wróży nic dobrego. Chociaż byli pod wieloma względami bardzo dopasowani do siebie to te drobne różnice charakterów sprawiły, że ich wspaniała znajomość przerodziła się w milczący koszmar. Szkoda jej było tej znajomości, brakowało jej Connor’a, jednak nigdy nie przyznała tego na głos, to zapewne ugodziłoby jej dumę, a tego przecież panna Montgomery nie chciała. Teraz nie była w stanie wydusić z ust nawet słowa. Nie wiedziała co ma powiedzieć, chociaż jego zagadanie do niej było dość banalne, a jednak jak zwykle w jego stylu, inne niż w większości przypadków.
- Nie zamierzam dopuścić do wygranej krukonów… – powiedziała całkiem poważnie, miała zamiar złapać złoty znicz jak najszybciej się dało. W końcu był to też jej pierwszy mecz i chciała pokazać na co tak naprawdę ją stać, a była bardzo zdolnym graczem skoro została wybrana przez Rosiera do drużyny reprezentującej Slytherin. Miała odpowiednią budowę i umiejętności, predyspozycje, szczęście było po jej stronie i nie zamierzała zawieźć swojej drużyny, no chyba, że ktoś postanowiła zabić ją przy pomocy wspaniałych tłuczków, wtedy raczej nie będzie to jej wina.
- Nie musisz udawać, że Cię martwię. – dodała dość oschle i odwróciła wzrok. Nie potrzebowała niczego zainteresowania. Co z tego, że w przeszłości dzielili ze sobą wiele swoich sekretów, teraz Chayenne stała za murem, który był nie do przejścia dla nikogo, nawet jeśli Connor kiedyś był bardzo ważną osobą w jej życiu, teraz jej nie znał i nie zrozumie tego kim jest, dlaczego miałby w sumie próbować to zrobić? Przysunęła dłonie jeszcze bardziej do płomyka chcąc się dokładnie ogrzać, jak wróci to po raz kolejny weźmie gorący prysznic.
Być może w tym momencie zachowała się… źle. Nie chodziło o to, że nie chciała… w sumie to było trudne. Chciałaby z nim odbudować relację, ale nie chciała nikogo do siebie dopuszczać. Było jej trudno, wiedziała, że ludzie nie zrozumieją jej postawy ani tego co chciała zrobić, jednak wciąż gdzieś w niej kłębiła się ta agresja wobec rodziny i nienawiść do całego świata, która coraz bardziej ją przepełniała, a nie zwiastowało to nic dobrego. Przeciwnie, w końcu kiedyś wybuchnie i będzie tylko gorzej. Przymknęła powieki i odetchnęła głęboko. Znów chciała po prostu zniknąć…
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 26 Lip 2015, 00:40

Campbell już jakiś czaz temu zaczął dostrzegać dziwne zachowanie Chay. Z pewnych, dość oczywistych względów raz po raz spotykali się gdzieś w przelocie, na zajęciach, albo w Pokoju Wspólnym. Oczywiście, że ją obserował dokładnie tam samo robił z każdą inną osobą w swoim otoczeniu, gdyż każdy zachowywał się naturalnie nie wiedząc, że ktoś ich obserwuje. Broń Merlinie, nke był żadnym psycholem, jedynie prowadził dokładne obserwacje świata na własny użytek. Właśnie dzięki temu zwyczajowi dziwna metamorfoza Ślizgonki nie mogła pozostać przez niego niezauważona.
- Wiem, że do tego nie dopuścisz. Ostatnio jak chodziłem pobiegać to widywałem Cię na boisku. Naprawdę świetnie Ci idzie. - Odpał całkiem poważnie, posyłając dziewczynie przeciągłe spojrzenie. Dawno nie miał okazji przyjrzeć jej się z bliska, a swego czasu bardzo to lubił. Montgomery miała przyjemnie delikatne rysy twarzy, którym uroku dodawały wielkie oczy, prosty niewielki nosek i pełne usta będące idealną kompozycją w ramie z kaskad ciemnych włosów. W tym momencie Campbell nie był nawet w stanie przypomnieclć sobie o co się tak pokłócili, że zerwal ze sobą kontakt. I właśnie rozmyślał o tym, starając się wyciągnąć konkretne wspomnienie z zakamarków swojej pamięci kiedy dziewczyna weszła na temat, na który Campbell raczej niespecjalnie miał ochotę rozmawiać.Ukazywanie uczuć i rozmawianie o nich od już dłuższego czasu było dla niego trudne, więc tak jak teraz Ślizgonka wybudowała wokół siebie mur, tak Connor już dawno się nim osłonił przed innymi. Mimo wielu sprzeczności pomiędzy nimi to była kolejna rzecz, która ich łączyła.
- Wiedziałem, że marny ze mnie aktor! - Cmoknął cicho z rozczarowaniem, delikatnie uderzając pięścią w barierkę. Zaczął się czuć nieco niezręcznie, ale wiedział, że w jego przhpadku jest to chwilowe odczucie. Przywykł do tego, ponieważ tak po prostu miał. Sięgnął do kieszeni bluzy i wyciągnął stamtąd niewielki rulonik z tytoniem, który podpalił sobie czarodziejską zapalniczką z grawerem, którą sprezentowała mu przyrodnia siostra. Kanadyjczyk porządnie zaciągnał się używką po czym powoli wypuszczał mleczno-szary dym spomiędzy warg. Miało to odciągnąć uwagę Chay od jego chwili słabości, miało to idealnie odwzorowywać iluzję Connora, jakiego znała i pamiętała.
- Swoją drogą wybrałaś sobie dość nietypowe miejsce na nocne kontemplacje, przedmeczowe medytacje czy co tam sobie robiłaś... - Zakręcił parę kółek dłonią z papierosem patrząc na czar ą linię koron drzew z Zakazanego Lasu majaczącą na granatowym tle nieba. Ślizgon jeszcze nie miał okazji zatrzymać się na tym moście na dłużej, bo albo się spieszył na zajęcia, albo do znajomych, albo po prostu podczas biegania w zamyśleniu umykało mu to miejsce. Lubił znajdować się na dużych wysokościach, ale do tej pory ograniczał się jedynie do przesiadywania na jednej z hogwarckich wież i czuł, że częściej będ,ie zaszczycać to miejsce swoją obecnością
Zobacz profil autora
Chayenne Montgomery
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 26 Lip 2015, 11:42

Nie interesowało ją to kto i po cholerę ją obserwował, tak na dobrą sprawę to Chayenne miała gdzieś zdanie innych i nie przejmowała się nim. Może i jej życie, to które prowadziła po rozstaniu z Lucasem było głupotą w czystej postaci… ale teraz bardzo się zmieniła i nie chciała mieć nic wspólnego z panną złą Montgomery, którą była. Ludzie i tak tego nie zauważali, dla wszystkich była chłodna, oschła i zła, nie potrafili dostrzec tego, że jest inną osobą, a to było jej na rękę. Nikt jej nie zaczepiał, nikt nie zadawał zbędnych, głupich pytań. Chciała świętego spokoju i go miała, no prawie, bo właśnie dosiadł się do niej jej dawny przyjaciel i zaczął rozmowę po długich miesiącach milczenia.
- Jeśli mnie nie zabiją tłuczkami to złapię znicza… – proste założenie, domyślała się jak to wygląda, wyeliminowanie ważnego ogniwa w meczu, którym był szukający zazwyczaj było podstawową akcją, która musiała się odbyć, bo inaczej nie byłoby w tym nic ciekawego, miała nadzieję, że uda jej się obronić przed tymi wszystkimi tłuczkami, uniki też trenowała, tak profilaktycznie. Wolała jednak nie zejść połamana albo martwa z boiska.
To o co się pokłócili był jak widać mało istotne, bo Chay (chociaż pamiętliwa z niej bestia) nie była w stanie sobie przypomnieć tej kłótni, za bardzo nią to wszystko wtedy wstrząsnęło, ale niestety, nie było to jak widać nic ważnego skoro nie mogła sobie przywołać w myśli całego tamtego wydarzenia, zupełnie tak jakby ktoś wymazał jej wspomnienia tamtego dnia, a teraz? Teraz siedzieli obok siebie na pomoście i rozmawiali (o ile można to nazwać rozmową), jak gdyby nigdy nic się nie stało, chociaż dało się wyraźnie wyczuć między nimi napięcie spowodowane rozmową „przez bardzo grube mury”, które wokół siebie zbudowali.
-Marny od zawsze. – dodała, czyżby po to, żeby mu dopiec? Raczej nie, po prostu go znała wtedy za dobrze i akurat przed nią mało co się ukrywało, jej wyjątkowo czujny wzrok potrafił zdziałać cuda wręcz! A teraz? Nie wiedziała czy to prawda, tak na dobrą sprawę to siedziała obok osoby, której już nie znała, byli dla siebie obcy, zupełnie obcy pomimo faktu, że razem chodzili na zajęcia, byli w jednym domu na jednym roku. Byli sobie obcy.
Chociaż… bez żadnego problemu zabrała mu z dłoni rulonik z tytoniem, zupełnie nie przeszkadzał jej fakt, że była sportowcem. Zaciągnęła się dymem i spojrzała na niego bez żadnych emocji. Zabrała mu, to zabrała, nie ma co drążyć tematu, ot co.
- Zawsze tu przychodzę jak potrzebuję się wyciszyć. – szepnęła cicho znów się zaciągając. Przymknęła lekko powieki i wypuściła dym z ust oddychając swobodnie. Wiedziałby o tym, gdyby ich relacje nie rozpadły się jak szkło na drobne kawałeczki. Dla niej to miejsce było bardzo magiczne i znaczyło dla niej wiele, było odpowiednie ku temu, aby pobyć w samotności i całkowicie się odprężyć. Zerknęła w jego stronę.
- Co nakłoniło Cię do tego, aby do mnie podejść? – uniosła brew ku górze i przygryzła lekko wargę. Chciałaby znów mieć z nim dobry kontakt, ale bała się, że już jest to mało możliwe.
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 26 Lip 2015, 14:02

- Ej, trochę pozytywnego nastawienia! - odparł, patrząc na Chayenne z ukosa. Kanadyjczyk nie zwykł pocieszać inne osoby, gdyż uważał, że kompletnie nie jest w tym dobry. Jednakże czasem można go było spotkać z różowymi okularami na nosie (oczywiście w przenośni) i wtedy każdy napotkany człowiek otrzymywał od niego jakieś pokrzepiające słowo. Nie zdarzało mu się to często, a jedynie raz na ruski rok, co zapewne było skutkiem częstego przebywania z ta pozytywną osobą, jaką była jego przyjaciółka Antonija.
- Jak zawsze szczera do bólu. - zaśmiał się lekko pod nosem. Nie śmiał się z niej, jedynie z samej sytuacji. Przez pół roku zapewne wiele się pozmieniało w ich życiach, a także głowach, jednakże niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. Dlatego mimo chwilowego skrępowania na początku rozmowy Campbell zaczął sobie przypominać wiele informacji na temat Chay, o których niewiele osób wiedziało i o których mógł wspomnieć jedynie w jej towarzystwie. Natomiast z drugiej strony dziewczyna była jedną z niewielu osób, które Campbell wpuścił trochę bardziej wgłąb siebie niż innych, jednakże nie zdążyła poznać go w stu procentach. Właśnie dzięki temu Kanadyjczyk, w przeciwieństwie do panienki Montgomery, nie uważał, iż są sobie kompletnie obcy.
W momencie, gdy Angielka wręcz wyjęła mu z ust papierosa Connor jedynie posłał jej lekko zdziwione spojrzenie spod ciemnych, zmarszczonych brwi, po czym wzruszył ramionami i odpalił sobie kolejnego. Jej wyznanie pozostawił bez komentarza, gdyż nie wymagało ono, żeby cokolwiek do tego dodawać. Przez kolejną chwilę siedzieli obok siebie wpatrując się w nicość przed nimi, aż z ust dziewczyny ponownie wydobyły się słowa, których Campbell miał nadzieję nie usłyszeć.
Spuścił głowę, zastanawiając się co powinien odpowiedzieć. Nie wiem? Po prostu? Która dziewczyna w to uwierzy? Żadna, nawet jeśli to prawda. Za każdym razem wniosek był z tego taki, iż oczekiwały, aby je okłamywać, aby mówić im rzeczy, które chciały usłyszeć, a nie to co było prawdą. Mimo tego Ślizgon starał się nie wciskać innym kłamstw, niezależnie od płci.
- Nie wiem. To był trudny do wytłumaczenia impuls. - Odpowiedział w końcu zwracając swe czekoladowe tęczówki wprost na oblicze Chay, aby móc zarejestrować jej reakcję. Ponownie przytknął papierosa do ust po czym powoli wydychał szarawy dym, który tworzył przed nimi delikatną mgiełkę. - Jak widać i słychać moja intuicja nie zawiodła, bo mogłaś mnie kompletnie olać, albo odprawić jakimś zgryźliwym tekstem, albo po prostu ostentacyjnie opuścić to miejsce. Zapewne jeszcze parę miesięcy temu by tak było, prawda? - Dodał po chwili ani na sekundę nie spuszczając wzroku z Angielki, która zapewne nie zdawała sobie sprawy z tego jak Connor jest świadom jej nieoczekiwanej przemiany. Może właśnie to sprawiło, że kiedy nadarzyła się okazja to do niej zagadał, bo chciał poznać tę nową odsłonę panienki Montgomery?
Zobacz profil autora
Chayenne Montgomery
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 26 Lip 2015, 15:14

Ale panna Montgomery była pozytywnie nastawiona! Po prostu… no cóż, spodziewała się ciekawych, ambitnych akcji i agresywnych rozgrywek, ale nie… ona jest uparta i nie da się tak łatwo zrzucić z miotły, o to w ogóle nie musiał się martwić. Czaj nie da wygrać niebieskim, bo najważniejsze było, aby to Slytherin wygrał.
- Nie wiem czemu Cię to zaskakuje… – zaśmiała się lekko. Była szczera zawsze, o każdej porze dnia i nocy, jak każdemu zdarzały się mniejsze lub większe kłamstewka, a jednak Czaj była raczej z reguły totalnie szczerą osobą. Może kiedyś częściej zdarzało jej się ściemniać, ale teraz? Co miała na myśli mówiła i kompletnie niczym się nie przejmowała.
Dobra. Mniejsza. Trzeba w końcu poruszyć ten temat, nie mogą ukrywać tego wszystkiego, w końcu muszą o tym porozmawiać i wyjaśnić sobie. Dlaczego nie? Skoro już zdecydowali się zagadać do siebie i porozmawiać muszą to zaakceptować, muszą powoli przejść do tej trudnej dla ich obojga rozmowy. Chayenne też nie była szczęśliwa z tego powodu. Dlaczego miałaby być? To przykry temat, ale jeśli sobie nie wyjaśnią pewnych rzeczy to nie dogadają się nigdy. A może teraz los znów zesłał jej Connora, żeby miała z kim porozmawiać o swoich problemach? Trzeba tylko rozbić znów te mury pomiędzy nimi, bo będzie nieciekawie.
- Może po prostu mnie potrzebujesz… – westchnęła cicho. Czasami tak jest, żę pewne instynktowne odruchy kierowały nas ku osobom, na którym nam zależało i którym może niekoniecznie z pełną świadomością potrzebowaliście. Może on jej nie potrzebował, ale ona jego potrzebowała. To tak jakby wyczuł gdzieś wewnętrznie jej wołanie o pomoc, które ona tak doskonale starała się ukryć przez ostatnie kilka miesięcy. Życie było jedną wielką zagadką i nigdy nie było wiadomo czego tak naprawdę można się spodziewać. – Albo ja Ciebie… – szepnęła znów, nie no, Czaj spuściła wzrok i dokończyła w milczeniu palić tego papierosa. Trochę sama siebie zaskoczyła takimi słowami, nie wiedziała czemu to powiedziała, ale powiedziała.
- Taa… byłam na Ciebie totalnie wściekła… Teraz już nawet nie wiem o co. – zaśmiała się spoglądając na niego, uniosła brew ku górze i uśmiechnęła się delikatnie. Przygryzła wargę spoglądając na niego, przesunęła palce po włosach poprawiając je. Zaraz jednak uśmiech zszedł z jej ust, w końcu teraz… już prawie się nie znali albo i ledwo się znali, kto ich tam wie.
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 26 Lip 2015, 18:08

Connor rozsiadł się wygodniej jedną nogę zaginając w kolanie, natomiast drugą swobodnie spuszczając nad przepaścią. I to by było na tyle z jego wieczornego biegania, które oczywiście będzie musiał nadrobić następnego dnia, jeśli nadal chciał podtrzymać formę. Kanadyjczyk ćwiczył tylko i wyłącznie dla swojego dobrego samopoczucia. Od małego był uczony, że ruch i sport to zdrowie i po dzień dzisiejszy podążał za tą dewizą.
- Nie jestem zaskoczony. - Odparł zgodnie z prawdą, a na jego wąskich ustach widniał delikatny półuśmiech. - Jedynie zdążyłem się od tego odzwyczaić. - Dodał czysto informacyjnie, ale takie były fakty. Niewiele osób w otoczeniu Connora było tak bezpośrednie i szczere jak towarzysząca mu Ślizgonka. A dzięki umiejętności uważnego obserwowania chłopak w większości przypadków potrafił rozpoznać kto kłamie, kto zmyśla, a kto mówi prawdę i zazwyczaj się zawodził. Czyż nie łatwiej było powiedzieć komuś coś prosto w twarz, aniżeli kombinować za jego plecami, udając jego przyjaciela? Bez sensu.
- Sugerujesz, że to tęsknota? - Zapytał z wyraźnym zaskoczeniem wymalowanym na kwadratowej i upstrzonej pieprzykami twarzy bruneta. Niespecjalnie rozumiał o co może chodzić dziewczynie, albo po prostu się bał tego co może mieć na myśli. W tym momencie nie interesowały go stałe związki, a jednak jej słowa zabrzmiały tak jakby chciała mu zaproponować coś prowadzącego do tego. Podrapał się po ciemnej czuprynie co sprawiło, że kilka zagubionych kosmyków opadło mu na czoło.
- Też już niespecjalnie pamiętam o co nam poszło. I szczerze nie zależy mi na przypomnieniu sobie tego. Myślę, że już minęło wystarczająco dużo czasu, żebyśmy przestali się na siebie gniewać, a to że nie pamiętamy o co nam poszło jest najlepszym dowodem na to, że już nie żywimy do siebie jakiejkolwiek urazy, więc... - tu zawiesił głos na chwilę, łącząc swoje czekoladowe spojrzenie z jej błękitnym. - Sztama? - W tym momencie Kanadyjczyk wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń i posłał jej wyczekujące spojrzenie. Nawet nie próbował snuć planów ani wyobrażeń co do przyszłości ich relacji, gdyż w każdym przypadku wychodziło to zupełnie inaczej. Mimo wszystko był ciekaw jak to im się może potoczyć po raz drugi.
Zobacz profil autora
Chayenne Montgomery
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 26 Lip 2015, 18:40

Od wielu rzeczy można się bardzo szybko odzwyczaić, tak też było z ludźmi, często jak z kimś nie rozmawialiśmy bardzo długo wtedy mieliśmy wrażenie nawet jakbyśmy przeżywali Deja Vu, bo przecież kiedys była przyzwyczajona do jego osoby bardzo, a teraz? Nie odważyłaby się zrobić tych wszystkich rzeczy, które robiła kiedyś. Odzwyczaił się to się przyzwyczai, prawda? Na tym przecież to polegało.
- Niemożliwe… – jasne, że możliwe, powiedziała to bo powiedziała, w sumie sama nie wie czemu. Zaśmiała się lekko i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, chociaż widać było, że jest to inny uśmiech niż ten, którym śmiała się kiedyś. Było w nim coś dziwnego, zupełne tak jakby był przygaszony, przyćmiony wręcz negatywnymi emocjami. Uniosła lekko brew ku górze. Czaj nic nie zasugerowała, po prostu powiedziała, że być może los znów stawia ich sobie na drodze bo się potrzebują. Nie wspomniała nic na temat tęsknoty, a on owszem.
- Skoro tak to traktujesz… sam to powiedziałeś. – wybrnęła pierwszorzędnie. Ona tylko powiedziała kilka słów, które jakoś nie miały w tym wszystkim większego znaczenia, a to on wyskoczył z tęsknieniem. – Ale skoro mówisz, że tęskniłeś to dobrze wiedzieć. – dodała z cwanym uśmiechem i poruszyła zabawnie brwiami. Nie chciała poruszać dręczących, nieprzyjemnych tematów. Wolała sobie co nieco pożartować, a to zawsze wychodziło na dobre, tym razem miała nadzieję, że i tak będzie dobrze. Kiedyś śmiała się więcej, żartowała więcej, przede wszystkim bawiła się… a teraz? No cóż. Przygasła, chociaż jej wewnętrzny płomień gdzieś tam jeszcze płonął.
- Zapewne była to jakaś głupota. – skwitowała jedynie. Gdyby to było coś totalnie ważnego zapewne ani on, ani ona nie zapomnieliby o tym. A jeśli oboje puścili to w niepamięć, a dalej, ze zwykłego przyzwyczajenia najzwyczajniej ignorowali się, to pewnie było to głupie. Ale teraz… on zaproponował sztamę. Odetchnęła głęboko patrząc najpierw na jego dłoń, a potem prosto w jego oczy. Przygryzła lekko wargę. - Sztama. – powiedziała ściskając jego dłoń. – I tak wiem, że tęskniłeś. – dodała jeszcze z przekąsem, teraz to naprawdę sobie żartowała, ale miała nadzieję, że Connor się domyśli.
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Pon 27 Lip 2015, 21:39

Kwestia odzwyczajania się i przyzwyczajania w ich przypadku mogła być sporna. Pół roku temu prawie na wylot znali swoje przyzwyczajenia, ulubione miejsca, a nawet ulubione części garderoby. Teraz na pewno coś im się pozmieniało (a zwłaszcza Chay w głowie), oduczyli się przebywania razem, dlatego ta ich dzisiejsza rozmowa była okraszona niewidoczną, ale wyraźnie wyczuwalną niezręcznością. Musieli po prostu od początku nauczyć się swoich nawyków, generalnie siebie na wzajem.
Czy Connor tęsknił? Ciężko mu było to jednoznacznie określić. Na pewno od czasu do czasu nachodziły go wspomnienia wspólnie spędzonych mile i namiętnie chwil, jednakże Kanadyjczyk nie był typem sentymentalisty. Jedynymi wspomnieniami, które mógł wspominać bez końca były złote czasy jego dzieciństwa kiedy miał oboje kochających się rodziców, z którymi zwiedzały cały świat. Starał się nie przywiązywać do ludzi, a więc strata kontaktów z kimkolwiek delikatnie mówiąc spływała po nim jak krople wody po woskowanych liściach. Co za tym idzie nie potrafił do końca określić czy za kimś naprawdę tęskni, gdyż od dawien dawna nie miał okazji ponownie zaznać tego uczucia, z resztą jak wielu innych.
- Dobra, dobra... Nie odwracaj kota ogonem, ty perfidnie pewna siebie bestio - odparł zgryźliwie, jednakże to nie Ślizgonka starała się tu zmienić temat rozmowy. Były to dla niego takie grząskie tematy, w które wolał się dzisiaj nie zapuszczać, gdyż nie zdołałby sobie znaleźć z nich wyjścia.
Ku uciesze Campbella owiał ich subtelnie chłodny wiaterek przyjemnie łaskocząc w policzki i bawiąc się cienkimi kosmykami ich włosów. Chłopak dosłownie na chwilę przymknął powieki i nosem głęboko wciągnął chłodne powietrze do płuc. Musiał oczyścić atmosferę w sobie, gdyż na moment myślał, że traci kontrolę nad sytuacją. Kiedy uniósł powieki spojrzał wprost na dziewczynę, a w międzyczasie na jego ustach pojawił się delikatny, ledwo zauważalny uśmieszek.
- No właśnie! - odparł tajemniczo i skierował palec wskazujący na Chay. - Gdzie... - palec powędrował w stronę okolicy lewego obojczyka dziewczyny, delikatnie odbijając się z miejsca dokładnie pod nim.- Jest ta... - i jeszcze raz. - Pewna siebie bestia? - I jeszcze z dwa razy przy atakował jej obojczyk wypowiadając słowa z kumpelskim wyrzutem. Wiedział, że to jest jedyny sposób w taki będzie mógł wyciągnąć od niej jakieś informacje na temat jej zmiany. Czuł, że w tej sytuacji i jeszcze na dopiero larwalnym stadium ponownego poznawania się nie mógłby sobie pozwolić na walnięcie jej bardziej bezpośredniego pytania. Teraz to on uniósł jedną brew ku górze, czego swoją drogą nauczył się bardzo sprawnie od niej w ich wspólnej niedalekiej przeszłości.
- Nie krępuj się, jak mam czas i jeszcze kilka fajek w zanadrzu - wyszczerzył się w swoim specjalnym lekko diabolicznym uśmieszku i rzucił Angielce wyczekujące spojrzenie. No dobra, może to nie było zbyt subtelne, jednakże dziewczyna powinna bardzo dobrze pamiętać własnie takiego Connora, który był nieprzewidywalny. Raz bywał lekko rozkojarzony i zaczepny, a raz chłodny i mocno pewien siebie i nigdy nie było wiadome co mu z tego wyniknie, na jaki pomysł znów wpadnie.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Most   

 

Most

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-