IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Most

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Narky Hyles
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 22 Lis 2015, 17:10

Takie towarzyskie stworzenie jakim niewątpliwie był Hyles z wielką radością przyjęło do wiadomości oświadczenie Melanie. Zawsze wychodził z założenia, że im więcej przyjaciół tym lepiej i lepiej mieć z innymi dobre relacje niż złe. Kolejna koleżanka "wygrała mu dzień", jak to sama wcześniej stwierdziła oraz przyprawiła o szeroki uśmiech.
- Cieszę się. - zapewnił już po jej zgodzie na ewentualny wypad do miasteczka na ciepły napój w niedalekiej przyszłości. Chętnie wybrałby się już teraz, lecz wiedział, że uczniom nie wolno samym opuszczać terenu szkoły i pozostało mu czekać na zaplanowaną wycieczkę. Oby trafiła się przed świętami na które będzie musiał wyjechać, bo miał obowiązek zakupić podarunki dla rodziców, a jeszcze nawet ich nie przemyślał. Pojawienie się w domu z pustymi rękoma byłoby co najmniej nie na miejscu i rozpętałoby burzę jeszcze przed zajęciem miejsc przy wigilijnym stole. Niby mógł zamówić coś wysyłkowo, ale nie prenumerował żadnych gazet, zresztą nie ufał sowom aż do takiego stopnia.
Zdążył postąpić ledwo parę kroków, gdy puchonka dogoniła go, żartując po drodze. Nie przypuszczał, że zapałała do niego aż taką sympatią, ale nie miał ku temu nic przeciwko, a nawet wręcz przeciwnie!
- Ha, nie. Nie chciałem ci się narzucać. - "Poza tym czuję, że zaraz dupa mi odmarznie na tym zimnie". Gdy wspomniała o ratowaniu, zaśmiał się głośno, po czym odkaszlnął, czując jak chłodne powietrze zaczęło dawać mu się we znaki. Trzeba było się cieplej ubrać... - No, w sumie nie powinienem był cię zostawiać w tak groźnej sytuacji. - puścił do niej oczko i zamyślił się. O innej porze roku zaproponowałby spacer po błoniach, jednak w tej chwili marzyło mu się już tylko ciepłe wyrko i mocny rock. - To może... sprawdźmy czy uda nam się namówić skrzaty chociaż na kakao z piankami? Pewnie siedzą w kuchni, jak zrobisz słodką minkę to nie będą w stanie ci odmówić. - sam by nie potrafił, więc jak mogło się nie udać z magicznymi knypkami o gołębich serduszkach? Plan doskonały.
Zobacz profil autora
Melanie Moore
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Nie 22 Lis 2015, 20:48

Przyjaciół nigdy dość, a raczej licznych znajomości. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy i warto znać kogoś odpowiedniego. Nie żeby od razu miałaby czerpać z tego korzyści, ale życie to życie. Z różnych stron trzeba patrzeć na życie bo nigdy nic nie wiadomo co przyszykuje nam los. No i do tego zawsze znajdzie się ktoś do krótkiej, sympatycznej rozmowy. Dzięki temu zabija się wolny czas, którego ostatnimi czasy Mel ma, aż nad to. Trzeba go jakoś spożytkować, a nie siedzieć w dormitorium puchonów pod kocem w towarzystwie kota. Stara, młoda panna z kotem, do tego ruda. Hah, ta ironia, cokolwiek by miała znaczyć. Chyba nie jest na dobrej ścieżce życiowej jeśli tak dalej będzie sobie postępować.
Tylko jak, skoro już na przykład w takie święta ma problem. Jak ma prowadzić normalne życie, skoro nawet nie ma gdzie na święta się udać. To przykre, już kolejna ujma na jej stanie psychicznym. Bo przecież więzi rodzinne powinny być najważniejsze, a ona nie ma już właściwie żadnych. Krew dzieli, ale życie już nie bardzo.
-Od razu się narzucać. Po prostu mam dzisiaj taki humor, że nawet ślizgonowi bym nie odmówiła gorącej czekolady... No dobra trochę przesadziłam - odparła, ale z małą pauzą gdy zrozumiała co powiedziała sekundę temu. Tak otwarta to jednak nie jest.
-Kakao zawsze. Nie martw się, regularnie odwiedzam kuchnię. Skrzaty już mnie znają i nawet wiedzą co lubię najbardziej - rzuciła z uśmiechem puszczając chłopaki oczko. Ma się już te znajomości po siedmiu latach. Jak ona sobie poradzi bez ciasta cytrynowego lub ciastek z cynamonem oraz gorącej herbaty z dodatkiem pomarańczy. Przede wszystkim sama będzie musiała się w nie zaopatrywać, a nie chodzić na gotowce. W ten sposób oboje skierowali się w stronę kuchni, gdzie czekały na nich smakołyki i coś na ogrzanie się. Chociaż Mel tego zimna w ogóle nie odczuwała.

z/t 2x
Zobacz profil autora
Blake Blackwood
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Wto 27 Lis 2018, 18:14

Wkurzała ją ta piękna pogoda za oknami. Wkurzało ją to, że wszyscy chodzą nagle tacy ze wszystkiego zadowoleni jakby fakt, że nastał kwiecień zobligował uczniów i nauczycieli do tego, by cieszyli się z każdej minuty wydłużającej dni tej wiosny. Ludzie zdawali sobie nic nie robić z faktu, że jeszcze całkiem niedawno wydarzyła się tragedia. Kompletnie zapomnieli o tym, że ktoś tam wtedy stracił życie. Kości się zrosły, siniaki poznikały, wspomnienia wyblakły... Blake z pogardą patrzyła na tych wszystkich beztroskich uczniów, którzy próbowali żyć dalej spychając to, co dzieje się poza zamkiem na dalszy plan.
Ona lubiła tak wszystko roztrząsać. Rozpamiętywać, analizować, notorycznie wracać do tego co było. Całe szczęście, że nie była obecna wtedy na cmentarzu - z pewnością nie powstrzymałaby się wtedy od wygłoszenia na głos swojej dezaprobaty wobec zachowania innych.
Póki co jednak całą swoją w zasadzie niewyjaśnioną złość okazywała światu krwiście czerwonymi końcówkami włosów, oraz surowym wyrazem twarzy. Opierając się o jeden z drewnianych filarów na moście prowadzącym na błonia machnęła różdżką sprawiając, że oplatający go bluszcz z zielonego stał się całkiem czarny.
Zupełnie jak jej dusza ostatnimi czasy.
Blake cmoknęła niezwykle z siebie zadowolona, gdyż po chwili czernią pokrył się nie tylko pojedynczy pęd, ale kolor ten stopniowo rozprzestrzeniał się po całym pnączu. Dziewczyna wychyliła się niebezpiecznie by sprawdzić jak skuteczne okazało się jej zaklęcie a kiedy z satysfakcją stwierdziła, że bluszcz pokrył się magicznym cieniem aż do połowy mostu uśmiechnęła się do siebie.
Może i była beznadziejna w relacjach z innymi ludźmi, czego dowodzi fakt, że już nawet Claire z nią nie rozmawia, ale znała się na zaklęciach, eliksirach i wiedziała jak sprawić, by już nikt nigdy nie przyłapał jej na gorącym uczynku, gdy robiła rzeczy niestosowne lub złe.
Szkoda, że jeszcze rok temu bała się swoich zdolności. Dziś z pełną premedytacją ukrywała to, że była metamorfomagiem, a jej tajemnica na całe szczęście była bezpieczna u tej jedynej zaufanej osoby, jaką był Prior.
Odliczała dni do końca nauki w Hogwarcie. Mając dość nauki w tej szkole czekała już tylko na to, by zdać egzaminy i już nigdy nie musieć oglądać się za siebie na korytarzu słysząc jak ktoś szeptem wypowiada jej imię.
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Czw 29 Lis 2018, 02:26

Hogwart był miejscem które łatwo było opuścić, jednakże nie tak łatwo było do niego nigdy nie wrócić - wiedział to nawet Gross, nic więc dziwnego że postanowił zakraść się do szkoły. Co prawda poszukiwało go Ministerstwo, aurorzy włóczyli się po błoniach, a w całej szkole prawdopodobnie nie było ani jednej osoby która nie rozpoznałaby tej szlachetnej facjaty którą posiadał, jednakże bezczelność była jedną z jego cech od dawna. Prawda też była taka że aurorzy to też ludzie, a na prawie każdego człowieka działa najwspanialszy odłam magii w której Gilgamesh był wręcz mistrzem - pieniądz. Bogactwo potrafiło być równie potężne co czarna magia, niczym najlepiej wymierzony Imperius, nic więc dziwnego że pomimo iż teoretycznie nie powinno go tu być, to oto on, poszukiwany pod zarzutem przynależności do śmierciożerców arystokrata, wyruszał na kolejne wspaniałe łowy, w murach szkoły która ponoć była najbezpieczniejszym miejscem. Oczywiście nawet on nie był tak butny aby wparować frontem i domagać się audiencji u Dumbledore'a, jednakże w czasach gdy jeszcze był uczniem poznał dwa tajemne przejścia. Jednego z nich, o dziwo nie strzeżonego użył aby dostać się tutaj i sprawdzić, czy wdzięki Hogwarckich niewiast wciąż mają się tak dobrze jak je zapamiętał. To było mu niezbędne - od dawna żył w samotności jak pieprzony pustelnik, wykonując misje zlecone mu przez paskudę która nawet w posiadaniu nosa nie była przodownikiem. Czy ryzykował? Oczywiście że ryzykował, ale nie po to przekupił dwie osoby które patrolowały błonia żeby z tego nie skorzystać.
Mimo że nie potrzebował więcej przykrywki niż czar "Przekupus Aurorus" to był odziany w szkolną szatę - dawno jej nie zakładał, a ostatnimi czasy jego masa mięśniowa trochę się zwiększyła, przez co wyjątkowo ciasno opinała ona jego muskulaturę. Pozwolił sobie nawet na swój stary krawat Slytherinu, zawiązany w nonszalancki sposób. Było jednak coś czego nie przemyślał zbyt dobrze. Każdy bowiem wiedział, że to Ślizgonki są najgorętsze (w końcu zmiennocieplne gadziny) a ten cholerny kawałek ściany niespecjalnie chciał go wpuścić. Nie spotkał nikogo znajomego kogo mógłby spytać, więc dostanie się do starego pokoju wspólnego nie wyszło mu najlepiej - wolał też unikać zatłoczonych miejsc, bo mimo że był obrzydliwie bogaty to nie miał ochoty przekupywać każdej pindy która mogłaby na niego donieść. Trochę zdemotywowany tym, że jest tu już ponad pół godziny a wciąż ma na sobie szatę, powędrował w końcu na most. Jego zmysł szósty i dziewięć dziesiątych, podpowiedział mu o obecności niewiasty zanim jeszcze ją ujrzał. Kiedy już ją dostrzegł, potrzebował chwili żeby się zastanowić skąd on tą twarz kojarzy. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego kto to może być. Nie pamiętał jej imienia, jednakże w niektórych kręgach dziewczyna była nazywana "Głębokim Gardłem Hufflepuffu". Podobał mu się ten przydomek, to bowiem było wystarczająco obiecujące by zignorował fakt że w tej ksywce jest Hufflepuff. Nigdy bowiem nie był pod tym względem konsekwentny - mimo że nienawidził Puchonów, to gdy były to urodziwe Puchony płci żeńskiej to jego niechęć znikała. Było jeszcze coś. Większość Puchonów czystokrwista raczej nie była. Mimo że nie pochwalał istnienia osób nieczystej krwi, to patrzył też na to z innej strony. Doskonale wiedział że gdyby ojciec dowiedział się że Gilgamesh splamił się nieczystej krwi dziewczyną i to jeszcze z Hufflepuffu, to byłby wściekły. To sprawiało że wydawały mu się jeszcze bardziej atrakcyjne. No wreszcie losie, coś pozytywnego, brawo. Tak trudno było? Jednakże gra rozpoczęta. Dawno nie miał czynnego kontaktu z płcią przeciwną, najwyższy czas jednak odkurzyć swój wrodzony czar i blichtr, prawda? Zbliżył się do dziewczyny.
- Niewiasta tak nietuzinkowej urody nie powinna być zmuszona na spędzanie czasu w samotności. To wielka strata dla wszystkich dumnych panów, którzy z radością nacieszyliby oko kimś tak urodziwym. Pozwól więc, że naprawię to niedopatrzenie losu swą szlachetną osobą - zagadał, karcąc się w myślach za nadmiar patosu który włożył w tą wypowiedź. Niech to szlag, on naprawdę wiele zapomniał. Mimo wszystko w ustach tak dystyngowanego młodzieńca jakim niewątpliwie był, miało to swój urok, nie miał więc z tym aż takiego problemu, chociaż fakt faktem - mógł zacząć tą dyskusję lepiej. Kiedy już był obok niej, ujął jej dłoń i na wierzchu złożył pocałunek.
- Gilgamesh. Chyba nie mieliśmy okazji się poznać - powiedział i posłał jej jeden ze swoich uwodzicielskich uśmiechów numer 9. Może i to nierozważne przedstawiać się imieniem ze względu na sławę, jakim mogło być owiane, jednakże jeśli ktoś już znałby o nim plotki to pewnie znałby i część prawdy - a tylko najbardziej nierozważni kretyni uraziliby prawdziwego arystokratę, odrzucając jego przychylność bez powodu. Szczególnie że skoro i tak był tu bezprawnie, to chyba nie było najlepszym pomysłem próbować go urazić. Jednakże wątpił żeby dziewczyna popełniła taki błąd - widywał się ze swoim lustrem na tyle często, że doskonale wiedział że nawet zanim się odezwie już robi dobre wrażenie.
Zobacz profil autora
Blake Blackwood
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Pią 30 Lis 2018, 09:05

Jak to się stało, że zaledwie szesnastoletnia Blake Blackwood miała większą ochotę zrzucić się z tego mostu niźli wrócić do lochów i tam znów musieć mierzyć się z niechcianą sławą, która do niej przylgnęła? Wszystko było nie tak, ale dziewczyna o każde swoje niepowodzenie obwiniała matkę - to ona, w imię miłości, popadła w mezalians i zamiast, jak przystało na dziedziczkę ogromnej fortuny i krwi czystej jak łza, poślubić kogoś z równie szanowanego rodu wybrała ucieczkę z jakimś mugolem, który zbajerował ją na piękne oczy, zrobił dzieciaka a potem wypadł z pędzącego Błędnego Rycerza i pozostawił swoją małżonkę ( z niemowlęciem u boku, tak tylko przypominam) pozbawioną nazwiska i bez środków do życia.
Blake śmiała się pod nosem za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślała. Nie inaczej też było tym razem. Zdążyła odczuć na własnej skórze, że miłość nie istniała - była tylko władza, kłamstwa, interesowność i magia. Odważyła się zakochać; oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie okazała się tak głupia. Tiara przydziału nie pomyliła się ani odrobinę przydzielając ją do innych patałachów w Pucholandzie. Co jej jednak przyszło z tego zakochania? Kilka miłych chwil, a potem uczucie rzucone w twarz oraz piętno zdrady, której się dopuściła. Gdyby nie rzekoma miłość wszystko potoczyłoby się inaczej. Dziś miałaby czystą krew, należałaby do Gryffindoru albo do Ravenclawu no albo nawet do Slytherinu i byłaby zupełnie inną osobą. Gdyby nie miłość mogłaby robić co by tylko chciała oraz z kim by tylko chciała i nikt nie miałby prawa zarzucić jej, że zachowuje się niestosownie bo to tylko i wyłącznie byłaby jej osobista sprawa. Cóż, już dawno postanowiła nigdy więcej nie dopuścić do tego by sytuacja się powtórzyła. Nie było opcji by jej serce zabiło ponownie na czyjś widok. Uodporniła się na wszystko i wyzuta z emocji odliczała tylko dni by pokazać tym wszystkim ludziom, którzy śmiali spojrzeć na nią krzywo, oraz rodzinie, która wydziedziczyła ją tylko dlatego, że się urodziła, że Blake Blackwood nie jest zwykłą szarą myszką, za którą ją mają. Plan rodzący się w jej głowie po prostu potrzebował czasu na realizację.
No, ale dość użalania się nad sobą.
Ciepło promieni słonecznych sprawiło, że policzki panny Blackwood pokryły się delikatnym rumieńcem. Stwierdziła, że w końcu zrobi to, po co tu przyszła. Z wewnętrznej kieszeni szaty wyciągnęła zwitek pergaminów, listów przysłanych jej przez matkę. Stukając różdżką w jeden z jego rogów wywołała płomień i z dziwaczną satysfakcją obserwowała jak ostatnia więź łącząca ją z tą kobietą zamienia się w popiół i opada w przepaść. Już nigdy nie wróci do domu. Była metamorfomagiem, gdyby ktoś zgłosił jej zaginięcie to byłoby jak szukanie igły w stogu siana. Już wiedziała jaką to dawało jej władzę.
Będąc od kilku długich chwil tak bardzo zamyślona nawet nie zauważyła zbliżającego się intruza. Może to jego zdolność cichego poruszania się, a może po prostu Blake od dawna nie czuła się tak swobodnie jak teraz, ale puchonka do ostatniej chwili nie zdawała sobie sprawy, że nie znajdowała się już na moście sama. Na brodę Merlina, gdyby tylko wiedziała kto zaraz postanowi uraczyć ją komplementem najpewniej obróciłaby się na pięcie i spiesznym krokiem oddaliłaby się z tego miejsca i ukryła nawet w zakazanym lesie.
Drgnęła, gdy jej uszu dotarł niski głos byłego ślizgona. Zaskoczona wyrzuciła tlący się jeszcze ostatni skrawek pergaminu z żalem obserwując jak widoczny jeszcze atrament nie ginie już w płomieniu wywołanym zaklęciem. Spojrzała na chłopaka, który przewyższał ją o conajmniej dwie długości jej różdżki nie musząc nawet zastanawiać się kogo ma przed sobą.
No proszę, czy to nie on poszukiwany był przez Ministerstwo od conajmniej kilku tygodni? Bez słowa dała mu chwycić się za dłoń, której wierzch musnął wargami jak na salonowego lwa przystało. Oczywiście, że mogłaby go w tym momencie wydać. Był jednak tak niepoważny i przepełniony brawurą, skoro śmiał pojawić się na terenie zamku, że w dziwny sposób jej tym imponował i z sobie znanych tylko powodów Blake nie zrobiła nic, by sprawić, by Gilgamesh pożałował swojej decyzji żeby się do niej odezwać.
Lustrując wzrokiem jego sylwetkę zastanawiała się jak bardzo trzeba być bezczelnym, by będąc w jego sytuacji ubrać szkolną szatę, a także jak wielką musiał odczuć desperację, skoro się do niej odezwał. Wszystkiego by się w życiu spodziewała ale nie tego, że największy bawidamek w Hogwarcie postanowi do niej zagadać. Mało tego - powiedzieć jej, że jest ładna, co przebijało jakikolwiek rachunek prawdopodobieństwa. To było jak śnieg w lipcu, jak noc w środku dnia, jak...
Nie musiał się jej przedstawiać. Ona jemu pewnie zresztą także nie, z pewnością była znana całym lochom - nie tylko tej żółtej części. Jej niegdyś zbyt bliskie stosunki z jednym z Pride’ów odbiły się szerokim echem po zamkowych murach, ale żeby przynajmniej sprawić jakiekolwiek pozory przybrała na twarz grymas podobny do uśmiechu.
— Blake. — Przeniosła swój wzrok z powrotem do przepaści pod mostem. Cokolwiek miał jej Gilgamesh do powiedzenia nie wydawało się dziewczynie w tym momencie tak strasznie ważne, by musieć gapić się na niego nieustannie. Generalnie wolałaby zostać mimo wszystko sama, ale jednak w którymś momencie chłopak zdążył już miłe połechtać jej ego i tylko dlatego nie pożegnała się z nim jeszcze środkowym palcem.
— Nie boisz się tu przychodzić? — spytała w przestrzeń nadal nie patrząc na chłopaka. Oparła przedramiona o balustradę i przeniosła na nie ciężar swojego ciała wystawiając twarz na działanie słońca. Zmrużyła oczy. — Albo nie, inaczej zadam pytanie, stęskniłeś się za szkołą?
Ona nigdy by tu nie wróciła, gdyby nie musiała oczywiście. Za rok przekroczy bramę zamkową i nie odwracając się za siebie deportuje się tuż za barierą, która tego zakazywała i jej noga już nigdy nie stanie na zamkowych błoniach.
Otworzyła minimalnie jedno oko by na spojrzeć na Grossa i sprawdzić jego reakcję na pytanie. Miała nadzieję, że porzuci ten patetyczny ton, którym ją powitał. Żadna z niej była wytworna czarownica, toteż mógł zwracać się do niej normalnie, jak na siedemnastolatka przystało.
— Masz teraz takie ekscytujące życie — zauważyła, a w jej głosie dało się wyczuć nutkę... zazdrości?

Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 01 Gru 2018, 15:48

Ach, no tak, Blake jej było na imię. Nie miało to dla niego znaczenia - większość kobiet wolał zapamiętywać po rozmiarze stanika, bowiem ich imiona miały dla niego niewielkie znaczenie. Chociaż niby warto znać, dla samej wiadomości, żeby nie dać się przyłapać na swojej prawdziwej naturze. Każda kolejna kretynka bardzo lubiła wyobrażać sobie że jest wyjątkowa, niesamowita i inna niż wszystkie, więc po co wyprowadzać je z błędu? Z jednej strony jego podejście do kobiet może i było rażące, ale z drugiej - większość zwracała uwagę na jego urodę, bogactwo, sławę albo pozycję społeczną, więc jak właściwie miał je szanować? Często nie musiał się odzywać, by ktoś już miał ochotę rozkraczyć się przed nim tak, by nogami bez problemu objąć cały teren Hogwartu. A zresztą, mniejsza.
- To miejsce do którego zawsze miło wrócić. Przeżyłem tu najlepsze lata życia, poznałem wiele ciekawych obiektów. Tak, w pewien sposób można powiedzieć że się stęskniłem - odparł, przechodząc lekko od swojej podniosłej wypowiedzi do luźnego tonu, zupełnie jakby właśnie gadał sobie, bo ja wiem, z Rosierem przy butelce szkockiej.
Gdyby Gross wiedział o czym niewiasta myśli, nigdy w życiu nie zrozumiałby jej punktu widzenia - on uwielbiał to miejsce, nawet jeśli nie przepadał za lekcjami. Nawet jeśli irytowali go Puchoni, nadmiar szlam i sam Dumbledore wydawał mu się odmóżdżonym, zbzikowanym dziadkiem który może i kiedyś był wielkim czarodziejem, ale któremu w dupie się poprzewracało. Może i to miejsce cuchnęło Filchem, jednakże...im dalej od szkoły, tym bardziej wchodził w dorosłość. A dorosłość ssie, to kupa gówna której nie życzył nikomu. Jednakże by to w pełni zrozumieć, trzeba faktycznie dorosnąć i stanąć przed pewnymi wyborami, nie spodziewał się więc że ktoś kto w konflikcie na miarę światową nigdy nie był, będzie rozumiał co tu się właściwie dzieje.
- Ekscytujące? - zapytał, z teatralnym zaskoczeniem po czym zaśmiał się perliście. Szczerze - Czy ja wiem. Moja pozycja zmusza się do wiecznych politycznych rozgrywek. Nawet jeśli kogoś pasjonuje mniej lub bardziej inwazyjna polityka, to każda gra robi się nudna, gdy przeciwnicy są wyraźnie gorszymi formami życia i nie stawiają wyzwań.
Sam nie wiedział czemu jego ego po raz kolejny wypłynęło na wierzch - może to dlatego że jego ciało składało się w 90% z ego, resztę zajmowały rozrośnięte potrzeby seksualne. Jednakże fakt faktem, to była akurat prawda - nie bawiło go to w co został wplątany. Nawet jeśli każdy otwarcie mógł mu zarzucić po której stronie konfliktu stoi, prawda była taka że nie był po żadnej stronie poza swoją, co z założenia powinno być ciekawe. Wszelkie zagrywki które stosował by oszukać samego siebie, tak by nikt nie mógł wykryć co tak naprawdę myśli - to powinno być ekscytujące. Jednakże nie odczuwał wyzwania, bowiem zdawał sobie sprawę z tego jak wyraźnie niżej na skali przydatności stoi każdy kto mógłby stanąć mu na drodze. Prawda była taka, że prowadził własną grę, niezależną od wydarzeń na skalę światową - i ta właśnie gra zaczynała go czasem nudzić, w szczególności to jak bardzo musiał pilnować własnego umysłu. Wszystkie wyuczone, wyszkolone formułki były dla niego po prostu uciążliwe. Znajdował się w tym momencie życia, w którym żeby przeżyć, nie mógł robić tego co mu się żywnie podoba - to sprawiało że ciągnęło go do Hogwartu, nawet jeśli jego rozrywki tutaj były niezbyt ambitne. Miały jednak pewną przewagę. Brały się z jego własnych pragnień, nie z powinności rodowej czy innych bzdur które wszyscy starali mu się wciskać.
- Jeśli mam być szczery, tu i teraz gdy mam okazję poznać piękną dziewczynę, jest znacznie ciekawsze niż kolejna potyczka z na wpół skretyniałym aurorem, przekonanym że wszystko jest czarne albo białe - sam nie był pewien, dlaczego wypowiedział się aż tak szczerze. Zupełnie oduczył się dyskutować z faktycznymi ludźmi, którzy mają nosy i nie brzydzą go za każdym razem kiedy się odezwą. Zabawne.
Zobacz profil autora
Blake Blackwood
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Sob 01 Gru 2018, 23:17

No i to ich właśnie różniło - Blake kochała chodzić na zajęcia, zgłębiać wiedzę, uczyć się nowych zaklęć ale nienawidziła faktu, że musi być w ciągłej interakcji z innymi. Gilgamesh brylował w towarzystwie i chociaż Hogwart był szkołą, w której naturalną koleją rzeczy było uczęszczanie na lekcje i zdawanie egzaminów jemu brakowało kontaktu z rówieśnikami, czyli tego, bez czego Blake mogła się spokojnie obejść.
To wcale oczywiście nie oznaczało, że go nie rozumiała. Jej pytanie było zagraniem czysto kulturalnym, by po prostu jakoś zacząć rozmowę, na którą z jednej strony wcale nie miała ochoty, ale z drugiej ciekawość tego co chłopak ma do powiedzenia na temat świata poza zamkiem wygrywała z naturalną niechęcią do pozostania na moście.
Powiedzmy sobie szczerze - gdyby teraz na miejscu Grossa stała jakakolwiek inna osoba Blake już dawno by tu nie było. Były ślizgon jednak zaintrygował ją na tyle, że przechyliwszy głowę w jego stronę spojrzała mu w oczy doszukując się w nich oznak faktycznej tęsknoty, czego jednak wcale nie musiała robić, bo w samym jego głosie dało się słyszeć szczerość, o którą by go nigdy nie posądziła.
No więc tak, rozumiała go. Może i sama stroniła od sztucznego towarzystwa ale to wcale nie oznaczało, że nie potrafiła postawić się w jego sytuacji. Cała nastoletnia społeczność magiczna przebywała obecnie w zamku i to nic dziwnego, że Gilgameshowi brakowało tego towarzystwa. Tu był księciem, kimś, za kim oglądała się prawie każda dziewczyna. Te wolne marzyły by chłopak uraczył je chociaż przelotnym spojrzeniem a te zajęte marzyły, by ich faceci byli tacy jak on, więc jakby wszystko sprowadzało się do niego. Poza zamkiem był jednym z wielu i takie strącenie z piedestału musiało nadszarpnąć jego ego. Cóż, najwidoczniej przyszedł przynajmniej przez moment poczuć się jak za starych czasów.
 — Coś się kończy, coś się zaczyna — stwierdziła filozoficznie. — Nie wolałeś najpierw normalnie ukończyć szkoły a potem dopiero wyruszyć w świat by walczyć z aurorami? Nie musiałbyś się tu teraz zakradać.
Ogólnie Blake nie zauważyła, by chłopak jakoś przesadnie ukrywał swoją obecność w zamku. Jak widać na załączonym obrazku przechadzał się bezczelnie po błoniach nic nie robiąc sobie z tego, że w każdej chwili może zostać złapany.
Obróciła się plecami do barierki mostu i oparła o nią, a potem wsadziła różdżkę do kieszeni szaty, bo dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przez cały czas trzymała ją w dłoni.
Słuchała uważnie tego, co mówił o swojej pozycji w politycznych rozgrywkach i kiedy zakończył zdanie uniosła brew zdziwiona i spojrzała na niego nie kryjąc tego, że lekko wzburzyły ją te słowa. Uważał swoich przeciwników za bezwartościowych? Sama jeszcze niedawno rozważała zostanie aurorem z racji zdolności jakie posiada. Wiedziała, że dzięki genowi metamorfomagii miałaby zagwarantowane miejsce wśród nich ale dziś już wcale nie była pewna, czy jest gotowa na to, by poświęcać swoje życie dla jakiejś sprawy.
 — Lekceważenie przeciwnika to cecha, o którą posądziłabym każdego typowego ślizgona, więc wcale mnie jednak nie dziwi, że to powiedziałeś — zaśmiała się. Przez chwilę zapomniała o tym, jaka opinia krążyła po zamku o chłopaku, który stał tu na przeciwko niej i prócz tych kilku tandentnych komplementów na początku wcale nie próbował jej bajerować. Te szczere wypowiedzi nieco ją zmyliły ale teraz już znów przypomniała sobie, że Grossherzog był wychowankiem Slytherinu wraz ze wszystkimi przywarami jakie się z tym wiązały.
 — Tak czy siak tu się nic nie dzieje... — zauważyła ze smutkiem, bo chociaż sama stroniła już od znalezienia się na ustach wszystkich uczniów przez branie udziału w skandalach, to wcale by nie narzekała, gdyby ktoś inny to zrobił. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że większość uczniów zaczęła się pilnować i nic nie wskazywało na to, by coś w tej kwestii w najbliższych dniach miało się zmienić.
W zasadzie jakby nie patrzeć pojawienie się w zamku poszukiwanego ex ślizgona było swego rodzaju wydarzeniem. To jednak taki mini skandal bo wyglądało na to, że nikt o tym pojawieniu się, prócz teraz Blake, wcale nie wiedział, toteż panna Blackwood nawet nie brała tego pod uwagę.
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że teraz gdy Blake patrzyła na Gilgamesha wcale nie widziała człowieka, który tak jakby jawnie opowiedział się po stronie Voldemorta. W tej szkolnej szacie wciąż wyglądał jak uczeń i właśnie taki obraz chłopaka kształtował się w jej głowie. Nie śmierciożerca, ale zwyczajny siedemnastolatek, przed którym nikt nigdy nie postawił wyboru: dobro, czy zło? Nie potrafiła przez to winić go za to, że brał udział w tym tragicznym pogrzebie. Blake może i była ostatnio źle nastawiona do świata, ale była też przede wszystkim naiwna. Może już nie tak bardzo jak kiedyś, ale nie potrafiła zwalczyć tego w sobie całkowicie dlatego też kiedy chłopak znów w pokrętny sposób uraczył ją komplementem jej niechęć do niego z już prawie znikomej automatycznie zmalała do zera.
Cóż, była dziewczyną. Dziewczyny lubią jak się docenia ich urodę. Gdzieś z tyłu głowy cichy głosik rozsądku podpowiadał jej, że przecież to Gilgamesh, który z pewnością mówił to samo każdej. Blake zepchnęła go jednak całkiem w kąt i postanowiła, że jeszcze trochę podtrzyma rozmowę. Skoro już nadarzyła się okazja do spędzenia czasu z taką osobą, to dlaczego miałaby z niej nie skorzystać? Wymiana poglądów nie łamie jej zasad, a towarzystwo Grossa okazało się być wcale takie straszne, jak do tej pory sądziła. Mimo wszystko poczuła się w obowiązku by przywołać chłopaka do porządku.
 — Jeszcze raz powiesz, że jestem ładna albo piękna to wetknę ci różdżkę w tyłek. W twoich ustach brzmi to prawie jak obelga — skłamała. Oczywiście, że jej się to podobało, no ale przecież się do tego nie przyzna. Nie miała zamiaru odpłacać chłopakowi czymś w podobnym tonie by jeszcze bardziej rozdmuchiwać jego ego, ale nawet nie dlatego, że nie chciała. Blake po prostu nie umiała tego robić. Była upośledzona w relacjach damsko - męskich, no i też nie chciała, by ta rozmowa obrała nieodpowiedni kierunek.
 — Czasu już nie cofniesz. Jedyne co ci teraz pozostaje to zakradanie się do zamku albo do Hogsmeade, tak jak teraz.
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Pon 03 Gru 2018, 11:43

Gross z trudem powstrzymał wymowne przewrócenie oczami. Żeby go o takiej porze filozofowaniem atakować? Na litość Grosską, tak po prostu się nie robi. Wolał tego nie skomentować i odnieść się tylko do drugiej części wypowiedzi.
- Wolałbym żeby wszyscy którzy stają mi na drodze popełnili grupowe samobójstwo. Czasem jednak nawet ja nie mam wszystkiego co bym sobie zamarzył - odparł spokojnie, z przyjaznym uśmiechem. Taka była prawda - aktualnie na przykład chciałby mieć szalony harem pięknych rudzielców, odpierdzielający mu tańce na genitaliach, a uganiał się za pojedynczymi Puchonkami w przerwach pomiędzy wydurnianiem się w masce i to tylko dlatego że jego ojciec i gość z przerostem ambicji, postanowili że oznaczą go jak bydło tatuażem. Prawdopodobnie wolałby nawet wrócić do szkoły, jednakże najwyraźniej nie było mu dane, więc będzie jednak musiał się tu tylko zakradać. Po jej następnej wypowiedzi nagle spoważniał, a jego wzrok stał się znacznie twardszy, mniej przyjazny, chłodniejszy i zdecydowanie szczerszy. Mimo że doskonale wiedział, że ten typ chłodu robi z niego jeszcze przystojniejszą bestię, to nie o to w tym wypadku chodziło. Po prostu w pewien sposób zirytowało go to, co dziewczyna powiedziała, bowiem absolutnie się z tym nie zgadzał, a jak każdy chyba doskonale wiedział, Gilgamesh poważał tylko swoje zdanie.
- Założenie że kogokolwiek lekceważę, jest krzywdzące. Powiedziałem wyraźnie - moi przeciwnicy polityczni są gorszymi formami życia. To nie lekkomyślność i przerost ego, to dokładna kalkulacja - odpowiedział spokojnie, acz wyniośle. Prawda była taka że nic nie kalkulował, po prostu wiedział że jest lepszy zarówno od aurorów, członków innych wielkich rodów, ministrów magii czy śmierciożerców. Wszyscy z nich byli dla niego nędznym pyłem, który powinien uchylić głowy przed księciem, być może w przyszłości królem jeśli kiedyś powstanie taki tytuł w jego rodzinnym RFN. Mimo to, jego wypowiedź ze względu na ton i wyraz twarzy, brzmiała wyjątkowo prawdopodobnie i szczerze, zupełnie jakby naprawdę siedział w wolnych chwilach i liczył, czy jakby tak dupnął aurorowi zaklęciem to poskłada go w pół czy na cztery.
Dopiero po chwili wrócił do swojej standardowej gamy uśmieszków - widać że arystokrata jednak, huśtawka nastroju jak nosorożec z okresem. A i gabaryty wiele się od nosorożca nie różnią, także i porównanie sensowne.
- Hej, żeby tak od razu w tyłek? Może najpierw postaw mi drinka - zażartował jowialnie po czym wyszczerzył się do niej. Doskonale wiedział że to nie prawda, bo może i nie znał się na kobietach na tyle, by uznawać się za znawce, ale znał się na nich wystarczająco by wiedzieć że kobiety w większości są zakompleksione i uwielbiają gdy się je komplementuje. Zresztą nie tylko kobiety, on też lubił gdy ktoś zauważał jego pozytywne cechy na głos, to zawsze było miłe. A wtedy zawsze mógł odpowiedzieć komplementem zwrotnym o doskonałym wzroku, więc każdy wygrywa, prawda?
Ni stąd ni zowąd pogładził jej policzek i nawiązał kontakt wzrokowy. Prędzej czy później musiał rozpocząć swoje klasyczne gierki, w końcu był cholernym Grossherzogiem, kto jak nie on?
- Dobrze, niech będzie. Ani ładna, ani piękna nie wyjdzie już z mych ust. Zabójczo atrakcyjna, lepiej? - spytał i lekko uniósł brwi.
Zobacz profil autora
Blake Blackwood
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Czw 06 Gru 2018, 09:38

Blake nie do końca potrafiła wyjaśnić jak to się stało, że znów (chociaż tym razem tego oczywiście absolutnie nie planowała) znalazła się w sytuacji sam na sam ze ślizgonem i ten ślizgon był dla niej MIŁY. To było wbrew naturalnemu porządkowi, wbrew naturze wychowanków Slytherina i dziewczyna nie do końca wiedziała jak ma się do obecnej sytuacji odnieść.
Rzecz jasna doskonale pamiętała jak skończyła się jej ostatnia znajomość z jednym z tych wychwalających czystość krwi, wrednych i interesownych ślizgonów i chociaż Envy Pride już nigdy więcej nie uraczył jej nawet uśmiechem na korytarzu to sama panna Blackwood nie zdawała się uważać, jakoby to był błąd. Błędem był fakt, że ta znajomość ujrzała światło dzienne - ot co. Gdyby nie to, nikt dziś nie patrzyłby na nią krzywo, chociaż z drugiej strony była wdzięczna losowi za pokazanie, że w tych czasach prawdziwi przyjaciele zwyczajnie nie istnieją.
Uśmiechnęła się słysząc stwierdzenie Grossa. To dziwny zbieg okoliczności, bo od jakiegoś czasu czuła dokładnie to samo.
To też jest moje marzenie — powiedziała. Znaczy, uściślając nie miała wszystkich żyjących czarodziejów za podgatunek, tak jak Gil. Po prostu w ostatnich tygodniach wydarzyło się tyle, że miała ludzi zwyczajnie dość. Nieoczekiwanym wyjątkiem okazał się ten oto ślizgon, który jakimś cudem nie sprawiał, że Blake miała ochotę zrównać go z ziemią. Nie, żeby miała z nim jakiekolwiek szanse, no ale i tak.
Jego dosadny ton wywołał uśmiech na jej twarzy. Podobało jej się, że nie owijał w bawełnę. Mówił to co myśli i wyglądał tak, jakby mocno w to wierzył.
Generalnie nie spodziewałaby się po nim innej odpowiedzi. Nie sądziła by zaczął się nagle tłumaczyć i objaśniać jej swoje stanowisko. Nie znała go prawie wcale ale była w stanie stwierdzić, że Gross nie należał do tego typu osób.
No dobrze, dobrze. Przecież nic ci nie zarzucam - powiedziała przywołując na twarz podobny uśmiech co chłopak. Bawiła ją ta rozmowa. Nie wkurzała, nie nudziła, tylko rozśmieszała. Dziewczyna odbiła się od drewnianej balustrady i stanęła przodem do chłopaka. Nie musiała go wcale oceniać, bardzo dobrze znała jego aparycję. Dzieliła z nim lochy przez kilka długich lat i obserwowała jak z małego podlotka zmienił się w faceta z krwi i kości. Wszystko w nim było zbyt idealne - począwszy od spojrzenia, aż po zawadiacki uśmieszek zapowiadający kłopoty.
Drinka? — powtórzyła za ślizgonem. Cóż to za dżentelmen, który każe sobie stawiać drinka. Z drugiej strony Blake obiecała też sobie już nie sięgać po alkohol, gdyż picie zazwyczaj kończyło się łzami. Wystarczyło jednak by ich spojrzenia spotkały się, a Blake już w połowie była przekonana do tego, by dziś wieczorem nie kłaść się grzecznie do łóżka w swoim dormitorium. Kiedy zaś dotknął jej policzka bariery obronne dziewczyny całkowicie ustąpiły.
Dawno nikt nie był dla niej tak miły. Doskonale wiedziała, że to przecież Gilgamesh i nie robi tego z dobroci serca ale całkowicie teraz o to nie dbała.
Mam postawić ci drinka w Hogwarcie, czy w Hogsmeade? — zapytała. Jej to absolutnie nie robiło różnicy. Sama rozmowa z nim to złamanie szkolnego regulaminu. Czy go złamie mniej, czy bardziej to już drugorzędna sprawa.
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Most   Pią 07 Gru 2018, 23:03

- Więc jednak mamy wiele wspólnego. Obawiam się jednak że nasze cele w pewnym momencie mogłyby się zazębić na tyle, by się wykluczyć - odparł spokojnie. A co, skoro i tak bawili się w chwilę szczerości to nie widział powodu by kłamać - chociaż w jego wypadku i tak nigdy nie wiadomo, bowiem jako arystokrata uczony był kłamania i osz dyplomacji i aktorstwa, więc nawet łżąc jak pies, wciąż potrafił brzmieć wiarygodnie. Wychodził jednak zawsze z założenia, że łatwiej ukryć drobne kłamstwo wśród ton prawdy, niż w steku bzdur tkać głębiej idącą sieć kłamstw. Wbrew temu co powszechnie o nim sądzono, wcale nie był głupi - zresztą sam dbał o to, aby nikt nie uważał go za nadmiernie inteligentnego, w końcu podstęp czasem był najlepszą bronią wtedy, kiedy kręcił się sam a on nie musiał dokładać nic więcej od siebie, prawda?
Co prawda akurat z tym drinkiem to żartował - to było krótkie nawiązanie do różdżki w tyłku i jego zdaniem był to zwyczajowy żart, taki wręcz sztampowy i klasyczny. Zaskoczyło go w duchu gdy dziewczyna wzięła to na poważnie, chociaż zadbał aby jego mimika tego nie zdradziła. W końcu co za różnica czy się tego spodziewał? Drinkowi nigdy nie odmówi, szczególnie któremuś z gatunku swoich ulubionych - wódka z wódką, bourbon z bourbonem, whisky z lodem i lodem etc, etc. Podobało mu się też jej konkretnie podejście do rzeczy. Nawet w myślach musiał przyznać, że całkiem nieźle jak na Puchonkę. Jednakże doskonale już wiedział że nie jest to pierwsza lepsza pyra, z doklejonymi cyckami, wepchnięta w szatę uczennicy - słyszał wystarczająco dużo (w jego mniemaniu przynajmniej) pochlebnych opinii na temat jej usposobienia. Znacznie gorsze na temat jej gustu, ale co tam, każdy w swojej historii ma jakiegoś Prajda czy coś równie nędznego, nie ma co osądzać.
- Szczerze mówiąc, mi bez różnicy, wszędzie jestem tak samo niepożądany. Zupełnie nie wiem dlaczego - odparł spokojnie i wyszczerzył się, zupełnie jakby fakt że jest poszukiwany był czymś nadmiernie zabawnym - Mam za to propozycje. Może, zanim my pójdziemy na drinka, to niech drink przyjdzie do nas? - dodał i uśmiechnął się zagadkowo, sięgając do torby uczniowskiej - w końcu miał ze sobą pełen zestaw, to czemu i odpuścić sobie taki sentyment? No dobra, torba akurat była nowa, ale on zazwyczaj zmieniał torby szkolne jak dziewczyny. Wyciągnął z niej dwa szczerozłote puchary (przecież nie będzie pił z byle czego, szanujmy się) i butelkę pięćsetletniej ognistej. Co jak co, nie zamierzał sobie żałować - ze względu na ostatnie wydarzenia, wszelkie zasoby alkoholowe należały teraz do niego, więc czemu miałby z nich nie korzystać? Ba, tak bardzo cenił sobie przywiązanie ojca do alkoholowych perełek, że nawet zamierzał się tym podzielić z Puchonką. Szach mat tatulku.
- No, chyba że leży Ci na sercu regulamin szkolny, wówczas faktycznie możemy się oddalić, aby przypadkiem nie złamać tak niebywale ważnego zbioru zasad i innych bzdetów - odparł, a przez myśl przemknęła mu wyjątkowo smutna myśl. Nigdy, za czasów uczniowskich, nie udało mu się doprowadzić do zawału ani Filcha ani Dumbledore'a. Cholera. Tyle szans zmarnowanych. Cóż, może przynajmniej będzie mu dane złamać regulamin ten ostatni raz?
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Most   

 

Most

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-