IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Bal z okazji nocy duchów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next
AutorWiadomość
Argus Filch
avatar
Woźny
Data przyłączenia : 15/02/2014
Liczba postów : 290
Skąd : Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart, parter, drzwi pierwsze po lewej

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 2:49 pm

- AAAA, dementerzy, dementerzy! - wrzasnął na całe gardło, na wypadek gdyby ktoś jeszcze ich nie zauważył i nie poczuł. Pani Norris wystrzeliła jak z procy z jego ramion i rzuciła się do ucieczki. Przewróciła bliźniaczki, które wlókł za sobą Milton przebiegając między nogami przeszkód. To by było na tyle, jeśli chodzi o kocią miłość do swojego właściciela.
- KRYĆ SIĘ, CHOWAĆ! UCIEKAĆ! RUSZAĆ SIĘ! NIE MA CZASU! ZABIJĄ WAS, WSZYSCY UCIEKAĆ! - zagrzewał dzieci do ucieczek, chociaż przecież nikt nie potrzebował zachęty, żeby udać się niezwłocznie do drzwi. Filch biegał po Wielkiej Sali i nie mógł jakoś trafić do wyjścia. Machał rękoma nad głową w prawo i w lewo i poganiał wszystkich do ucieczki informując niedoinformowanych o pojawieniu się dementorów. Dopadł Ślizgonów m.in. Rosiera i di Scarno - pół ślizgonkę, łapiąc ich za ramiona i dysząc w ich twarze.
- Co WY TU JESZCZE ROBICIE?! DEMENTERZY ATAKUJĄ!- złapał ich łokcie i zaczął wlec w stronę wyjścia, dając im do zrozumienia, że jeśli tutaj zostaną dłużej niż kilka sekund to pomdleją. Filchowi nie uśmiechało się wykopywanie dołów na błoniach i pogrzebywanie uczniów, bo chociaż nienawidził ich i chętnie się na nich wyżywał, bolące plecy i reumatyzm nie pozwalały mu na tak wielkie poświęcenie. Odstawił uczniów przy drzwiach Wielkiej Sali i zamiast wrócić i kontynuować niesienie pomocy zwiał z pomieszczenia pełnego potworów i wskoczył w sam środek przerażonych uczniów ułożonych jeden obok drugiego przed Wielką Salą.
- CISZA! NIe ruszajcie się, co wy sobie wyobrażacie?! Siedźcie cicho i nie wchodźcie do środka, bo tam są dementerzy! Schować różdżki i ich nie używać, bo ich tylko zwabicie! - wrzeszczał nad uczniami i wyminął panią Sofię i panią Poppy.
Nagle się skulił pod wrzaskiem aurorki, która w dosyć mało uprzejmy sposób przywołała go do porządku. Wrzasnął i obślinił się ze strachu, bo donośny głos Włoszki przyprawił go o ciarki. Przerażająca baba. Strach jej nie posłuchać.
- Już się robi, miła pani! Już idę po koce, ale niech pani pilnuje tych dzieci, one się R U S Z A J Ą! - wskazał na nich krzywym palcem i dysząc jak lokomotywa pobiegł do swojego gabinetu. Tak, do swojego gabinetu po swoje koce. Po dwudziestu minutach wrócił niosąc w rękach kilkanaście gryzących koców o nienajlepszym zapachu, ale nic na to się zaradzić już nie dało.
- KOCE! KOCE! BRAĆ KOCE, PANI AUROR KAZAŁA! - zrzucił koc na Murphy, Henley'a, Morisonów, na Whisperównę, na głowę Rosiera, przy okazji też na Miltona, jeśli ten pojawił się pod ręką, czyli na każdego kogo spotkał na swojej drodze. No co? Nie sposób zarzucić mu braku troski o dobro uczniów. Każdy pomagał jak umiał a mimo, że Filch więcej szkodził niż robił pożytku, starał się tak jak starać się może przeciętny charłak.

_________________

Zobacz profil autora
Rosalie Rabe
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/02/2015
Liczba postów : 549
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 3:16 pm

Nie znosiła, kiedy nadto pewni siebie mężczyźni pozwalali sobie na zbyt wiele względem kobiet, obdarzając ich pełnym dzikiego pożądania spojrzeniem, niemo wołającym o zatracenie się w największej, aczkolwiek niemiłosiernie przyjemnej słabości ludzkiej. Rose na widok oceniającego ją z góry na dół wzroku Lloyda tylko w duchu wzruszyła ramionami, dochodząc do wniosku, że jest i tak zbyt zmęczona na wszczynanie nowych kłótni. Oczywiście, każdy pretekst był dobry, by tylko przed samą sobą się nie przyznać, że jej to schlebia. Zwłaszcza w tym wypadku, łaskocząc swoje niezaspokojone ego pragnące aprobaty ze strony starego obiektu zauroczenia. I to właśnie ku chorej i niewytłumaczalnej uciesze dostało. Ale sekret, oczywiście, nikt nie wie i nikt się nie dowie.
-Jeżeli tak chętno ci do bójek, to wiesz, że możesz na mnie liczyć – w tym wypadku z Rose było jak z ulatniającym się gazem, wybuchającym w wyniku nawet najmniejszej ognistej iskierki. Cały cholerny  wieczór czekała na zrobienie z życia Murphy Hathaway najgorszego piekła, a Avery nadawał się idealnie do roli przystojnego kompana, zajmującego się w tym czasie partnerem Gryfonki, Erikiem. Oczami wyobraźni widziała całą tę scenę: błagającą o litość rudowłosą, spuchniętego od kopnięć Henleya, zastygłego w kpiącym uśmiechu Ślizgona, ją skaczącą i piszczącą dookoła jak jakaś wariatka. Posłała nawet Lloyd’owi pełne nadziei spojrzenie, oczywiście szybko się opamiętując i przypominając, że to był tylko luźny żart. W końcu kto normalny podniecał się na myśl o wyrządzeniu komuś krzywdy, kto normalny wolał tłuczenie się zaklęciami w hogwarckim zaciszu od tańca i alkoholu przy muzyce The Beatles?
Widząc, jak dobrze udaje się mu odgrywać rolę zbitego pieska, ledwo powstrzymała się przed zmierzwieniem mu włosów. Takie gesty nie należały do codzienności blondynki, ograniczała się w tego typu kontaktach do minimum, nie chcąc takimi głupotami bądź co bądź skracać naturalnego dystansu, który wokół siebie stwarzała.
-Zraniony Avery, coś takiego – prychnęła pod nosem, niekoniecznie w sposób chamski czy ironiczny, i oplotła palcami podany przez Ślizgona kieliszek. Z całego zaszłego zamieszania zapomniała, czy udało jej się wcześniej choćby umoczyć wargi w alkoholu, więc chętnie przyjęła napój, upijając od razu kilka większych łyków. Wyglądając bardziej jak desperatka, aniżeli dama, ale dzisiejszy wieczór rządził się własnymi prawami, pozwalając Rose na odrobinę uchyleń od normy. Trzymanie fasonu od rana do nocy bywa doprawdy męczące. Na pytanie chłopaka zmarszczyła automatycznie brwi, mlaskając z niechęcią czerwonymi ustami – A, daj spokój. Z Gabrielem Rifflesione – machnęła ręką, dając tym jasno do zrozumienia, że nie ma po co dalej drążyć tematu Krukona – żałuję, że w ogóle przyszłam na ten bal.
Wypowiedź Rosalie była kłamstwem. Z założenia, wieczór okazał się jedną wielką klapą – nie udało jej się wlać eliksiru do napoju Murphy lub kogoś jej pokroju, spotkała tego idiotę Bena Austera, na dodatek straciła kogoś, kto, jak wcześniej myślała, nadawał się na partnera wspólnych, nocnych przechadzek i wybijania leśnych stworzeń. Straciła syna śmierciożercy, który mógł okazać się przydatny, i choćby nie wiem jak bardzo sam chłopak był jej obojętny, strata osoby tego pokroju była niewygodna. I niszczyła wiele planów. Ale człowiek obok, namiętnie ją lustrujący, był wynagrodzeniem każdej mniejszej krzywdy. Nie żałowała nawet w najmniejszym stopniu przybycia na bal. Do czasu.
Pierwszą rzeczą, jaka wydała jej się niewłaściwa, był chłód. Nie ten od zimy, nie ten od wiatru, ale przeszywający ciało blondynki głęboko i dosadnie, otulający mroźną płachtą jej serce, próbujący wbić się gwałtownie między popękaną skorupę. Jęknęła, czując, jak zimno przybiera na sile, jak się do niej bezszelestnie zbliża. Między myślami Rose przeleciała postać babci; szybkim ruchem wytargała różdżkę spod pończochy i zacisnęła na niej palce, pamiętając o złożonej samej sobie obietnicy.
W ułamku sekundy salę wypełniły wrzaski, czarne postaci, gdzieniegdzie smugi...srebra? Rabe dopiero po zauważeniu cielesnej formy sarny kogoś z grona pedagogicznego bądź zdolniejszego ucznia zorientowała się, że to patronusy. Zaklęła siarczyście, żałując, że nie zapisała się na zajęcia nauki obrony przed dementorami kiedy jeszcze miała ku temu okazję. Smutek, który ogarniał ją w każdej komórce, wyczuwalny w każdym oddechu i krzyku kogoś z boku, był jej doskonale znany. Musiała znosić tego typu emocje prawie każdego dnia, nie da się tak łatwo złamać. Nie da, nie da, nie da. Skupiła wszystkie myśli na babci i na Bellatrix, próbując wyjść z oszołomienia wywołanego całą sytuacją. Ból nadgarstka spowodowany chwytem Avery’ego tylko pomógł, wyprowadzając blondynkę do końca z otumanienia.
-Nic mi nie jest – skłamała, opanowując jak mogła drżenie głosu. Splotła swoje długie palce z palcami Lloyda, mając nadzieję, że dzięki temu go nie zgubi po drodze, że nikt ich nie rozdzieli, i pędem ruszyła do wyjścia.
Priorytet – nie dać się złapać dementorowi. Zdawała sobie sprawę, że nawet krótki kontakt może przebić wewnętrzną osłonę, niszcząc wszystko to, na co pracowała długimi latami. Nie pozwoli, by stworzenia takie jak te panoszące się na Sali  wyssały z niej sekrety i słabości, na oczach nie myślących w panice uczniów. Zręcznie omijała cały ten bałagan, przeskakując nad stłuczonymi kawałkami szkła i stosami poprzewracanych krzeseł. Wszystko wokół stało się ciche, jedynym dźwiękiem w jej uszach była dudniąca szalenie szybko krew.  Wciskała natarczywie długie paznokcie w skórę dłoni Ślizgona, myśląc, że to jej własna dłoń, jej własny ból. Dyszała, powoli obraz stawał się rozmazany, już tylko kawałek dzielił ich od drzwi, jeszcze tylko kilka sekund, kilka kroków i znajdą się na zewnątrz. Czy będą tam bezpieczni? Nie miało żadnego znaczenia. Pragnęła już osunąć się o przyjemne zimno murów szkoły i najnormalniej w świecie rozpłakać.
Zobacz profil autora
Murphy Hathaway
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 17/02/2015
Liczba postów : 263
Skąd : Aberdeen, Szkocja

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 4:08 pm

Jednak nie była taka odważna.
Zaatakowana aferią wspomnień: uczuć, obrazów, dźwięków, zapachów towarzyszących w chwilach samotności, beznadziei - skuliła się niczym przestraszone dziecko. Zamknęła oczy, zakryła twarz, z ust wydobył się cichy jęk. Wtedy na pomoc przyszła jej Wanda.
Nie zobaczyła sarny, tańczącej wokół nich, ale poczuła jej obecność. Dostrzegała pod powiekami nikłe światło i choć tchnęło ją to cudowne uczucie nadziei, nie odważyła się rozejrzeć dopóki nie poczuła na sobie silnych dłoni Wandy. Ciepłe i przyjemne w dotyku, szybkim stanowczym ruchem doprowadziły Murph do stanu przytomności. Coś mówiła, choć niewiele z tego dotarło do świadomości Gryfonki, poza tym, że prawdopodobnie pyta się o zdrowie. Chybocząc się na nogach, spojrzała prosto w piwne tęczówki i pokiwała na znak zgody głową. Nadal otumaniona, nadal nie do końca przytomna, ale za to uratowana poczuła wracające do niej siły. Przytuliła się do Wandy i na pół oślep dała poprowadzić do wyjścia. Murphy słyszała jęki, słyszała szlochy, krzyki, trzaski, postękiwania… dziewczyna nie czuła płynących z oczu łzy, gdy przedzierała się przez chaos, przez Wielką Salę. Wielki bal. Wielką… pułapkę.
Minęło parę sekund, nim uświadomiła sobie, że jest już przy wyjściu. Tu było spokojniej, ani śladu upiorów, krzyków, śmigających nad głową zaklęć. Mrugała zawzięcie zaszklonymi oczami próbując dojrzeć wśród wszystkich tych twarzy tę jedną, tłumiąc targający serce niepokój. Otwarła z łzy twarzy, akurat by zarejestrować pokrzepiające spojrzenie Wandy. Zanim Murph złożyła usta w jakiekolwiek słowo podzięki, tamta zniknęła znowu w tłumie.
Nie zdążyła się zorientować gdzie jest, co robi, co się dzieje bo nagle kolejna ręka porwała ją za sobą. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Wanda przekazała ją Henry’emu, który z kolei podtrzymywał… Erica. Dziewczyna zebrała się w sobie by dotrzymać im kroku, nadal była nieco słaba.
Gdy w końcu znaleźli się w bezpiecznym miejscu rozejrzała się w miarę przytomnie wkoło siebie, by końcu dostrzec biegnącego, powiedzmy, w jej stronę przyjaciela. Niewiele myśląc, wstała i  postąpiła krok czy dwa naprzód by przyjąć go z otwartymi ramionami. W odpowiedzi na jego  uwagę  uśmiechnęła się słabo a łzy znowu napłynęły do oczu. Nawet nie poczuła bólu, upadając na posadzkę - nie to się liczyło.
Czując jego blisko, jego ciepło tak blisko siebie, splotła ręce na ramionach. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś mu się stało, nigdy. Świadomość, że było tak blisko aby stała mu się krzywda podczas próby ratowania jej osoby… Dziewczyna spojrzała z wdzięcznością w zielone oczy, próbując usilnie uspokoić przerywany oddech.
- Przegryzłam wargę - westchnęła po chwili, nieświadoma lekkiego uśmiechu, który skradł usta, jak zawsze gdy próbował uspokoić jej zszargane nerwy. No tak, ten pieprzony optymizm. Dotknęła drżącą ręka jego policzka, szepcząc niemal niesłyszalnie - Ja, też się bałam, ja… też się bałam
Dziewczyna zamknęła oczy, po policzku spłynęła kolejna kropla. Gdy spojrzała po raz kolejny, przypomniała sobie o jego nodze. Usta już składały pytanie, ale on ją uprzedził.
- Jaka noga? - spytała pokrótce, po czym uświadomiła sobie znaczenie słów przyjaciela.  Wzrok swój skierowała w stronę uda, a ręką mimowolnie zbłądziła w okolice sparzonej skóry. Adrenalina skutecznie tłumiła ból, choć rana nie wyglądała przyjemnie. Szczerze powiedziawszy, Murph dopiero teraz ją zauważyła - Ja… to chyba od różdżki, wystrzeliła iskry a ja nie umiałam jej wyszarpać, była schowana w… ja rozdarłam materiał - mruknęła po chwili. Odwracając wzrok od nieprzyjemnego oparzenia, uświadomiła sobie jak za chwilę zacznie boleć. Wypierając tę nieprzyjemną myśl, odsunęła gwałtownie rękę. Jeśli… gdy ten cały koszmar się skończy na pewno jej pomogą. Takie oparzenia są chyba niegroźne, zresztą… nieważne, nie teraz. Murphy spojrzała ponownie w zielone tęczówki Erica, w uśmiech błądzący gdzieś na twarzy, przeczesała ręką ułożoną fryzurę, tak bardzo do niego niepodobną, czując ciepło, bliskość, szczęście. Skulona w jego ramionach, odetchnęła z ulgą.
Nie potrafiła określić, ile trwali w tym błogim uścisku. W każdym razie dziewczyna drgnęła nieznacznie, słysząc głos Henryka, o którym dawno zdążyła już zapomnieć. Jak o całym tym chaosie, od którego dzieliło ich paręnaście łokci, o szalejących nieopodal upiorach. A rzeczowy, trzeźwy ton puchona przywrócił jej rozsądek, dlatego chcąc nie chcąc dziewczyna niechętnie wypuściła z ramion przyjaciela, by tamten mógł udzielić potrzebnej pierwszej pomocy.
Obserwowała w milczeniu opuchnięte kolano oraz ciasny bandaż, który się na nim owinął. Boleśnie świadoma, że to z jej powodu chłopak doznał urazy, dziewczyna poczuła kulę w gardle. Westchnęła, by uspokoić oddech i z lichym uśmiechem ścisnęła pokrzepiająco rękę Erica. Po chwili zwróciła się do Henryka by z wdzięcznością przyjąć kostki lodu, Henryka który nagle stał się taki rzeczowy i poważny i… Miała ochotę go wyściskać, albo chociażby niemrawo podziękować, lecz nie zdążyła, bo Puchon, który zdawał się być wrócił by pomóc. Blady jak ściana, wyraźnie zmęczony, zmartwiony o bliskich. Murph przegryzła nerwowo spuchnięte wargi, zauważając Wandę niosącą młodszego Morrisona.
Nie wytrzymała, nie potrafiła powstrzymać szlochu, który gwałtownie wstrząsnął jej ciałem. Przecież Collin miał trzynaście lat! Odwróciła twarz w stronę Erica i ocierając atakujące oczy łzy, mruknęła cicho.
- Kto to mógł zrobić?
Chociaż chyba wszyscy znali na nie odpowiedź, stwierdziła ponuro gdy woźny okrył jej ciało kocem. Czuła się beznadziejnie bezbronna.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 4:40 pm

Ani się jej śniło zostawiać Dwayne'a za sobą. Wystarczyło poluzować splątane palce aby zwrócić na siebie uwagę ciemnobłękitnych błyszczących oczu. Zatrzymała się, zatrzymując również przy sobie Laurel i otwierała już usta do zakomunikowania Dwayne'owi, że bez niego nigdzie się nie ruszy. Podniósł się sprawnie i dołączył do nich. Chwyciła na powrót jego dłoń i dopiero wtedy mogli iść. Joe odwróciła głowę w stronę Laurel, zmartwiona jej ciężarem i oporem.
- Chodź, kochanie. Jesteśmy już prawie przy wyjściu. - szepnęła do dziewczyny, obejmując ją mocno i do siebie przytulając. Pociągnęła ją za sobą zanim dopadł ich pan Filch inteligentnie przypominający wszem i wobec o obecności dementorów. Och nie. Dementerów. Laurel czuła się bardzo źle, widziała to jak na dłoni i martwiła się. Przelotnie zerknęła w oczy Dwayne'a i cofnęła się, robiąc mu miejsca. Porozumiała się z nim bez słów. W tym samym czasie, w którym otulał Laurel rękoma, Joe zdjęła z nóg obcasy, aby móc szybciej iść. Cisnęła nimi w dementora, zezłoszczona na głos w głowie. Niewiele tym pomogła, gdyż obuwie przeleciało przez czarną pelerynę obojętną na działanie jakichkolwiek butów. Joe przełknęła nadmiar śliny w ustach i ruszyła zaraz za przyjacielem, ocierając się o jego bark swoim ramieniem. Bez większych szkód dobrnęli do straży składającej się z młodej aurorki i pani pielęgniarki, na której widok Joe pisnęła i czym prędzej schowała się za ramieniem Dwayne'a.
Zakryła usta dostrzegłszy nieprzytomnego Collina. Pociągnęła rękaw przyjaciela pokazując mu chłopca, choć w tym samym momencie pojawił się przed nimi blady jak ściana Henry. Zatrzęsła się od zimna i ochroniła Dwayne'a przed kocem Filcha. Chwyciła śmierdzący materiał, złożyła go na kilka części i odłożyła na podłogę. Nie ma czasu na dbanie o temperaturę ciał, wszak każdy na korytarzu trząsł się z emocji. Odnalazła pod ścianą wtulonych w siebie Erica i Murphy. Joe otarła wierzchem dłoni policzki z rozmazanego tuszu, czując w sercu bolesny skurcz. Pomachała im, nie będąc w stanie oderwać się od Dwayne'a. Laurel została wzięta w dobre ręce, ponieważ braterskie. Z natury usta Joe nie zamykały się ani na chwilę, potrafiła być największą gadułą w promieniu dziesięciu kilometrów, a teraz gardło miała ściśnięte i wysuszone. Chciała płakać, skulić się w pozycji embrionalnej, w prawdziwy koci kłębek i głucho szlochać. Nie mogła sobie na to pozwolić ze względu na wiele czynników. Uniosła więc dumnie podbródek i zwilżyła spierzchnięte wysuszone sine wargi językiem. Zaprowadziła sparaliżowanego Dwayne'a do Collina. Uklękła obok niego, obok Soleil i Wandzi, śląc dziewczynom smutny uśmiech. Pogłaskała chłopca po policzku z czułością i spuściła głowę. To przygnębiające. Dostrzegłszy wyraz Henia, Joe otarła oczy od zdradzieckiej łzy. Pragnęła tańczyć, czuć się jak księżniczka i bawić, a jedyne na co miała ochotę to owinięcie się kołdrą bądź ramionami futrem kota. Sięgnęła po złożony koc Filcha i okryła nim szczelnie Collina leżącego na podłodze z głową na kolanach Soleil.
- Masz ślicznego patronusa, Wandziu. Nie wiedziałam, że się go nauczyłaś. - postanowiła poprowadzić spokojną rozmowę i oderwać myśli przyjaciół od smutku.
- Postawisz go przy nas? Jest ciepły i piękny. - poprosiła, wpatrując się w Krukonkę z niezidentyfikowanym wyrazem twarzy.
Zobacz profil autora
Dimitr Cronström
avatar
Nauczyciel
Data przyłączenia : 18/01/2015
Liczba postów : 175
Skąd : Rosja, choć urodził się w Szwecji

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 5:41 pm

/w końcu post, ale nie bić za brak weny

Cóż, plan wypalił. Część dementorów, które "obstawiały" drzwi wejściowe skupiły na nim uwagę. Niestety nie przemyślał tego co zrobić potem.
Do głowy zaczęły przychodzić straszne myśli. Nigdy nie doświadczył bliższego spotkania z tymi stworami, ale miał teraz pewność, że nie jest to nic dobrego. Profesorowi przypomniał się moment, kiedy cała jego rodzina została wymordowana, a także scena, gdy jako chłopiec płakał w sierocińcu, pozostawiony tylko sobie... był taki sam... był niczym. Los tylko z niego drwił przez całe życie. Dlaczego wciąż musiał żyć na tym nędznym świecie?
Uff, na całe szczęścia Ktoś go uratował z tej dementorowej depresji. Ocknął się w momencie, gdy nim szarpnięto.
-Sofia?- Spytał jakby wzbudzony ze snu, wciąż zmęczony... Niestety obecność potworów w lodowej komnacie nie pozwalała pozbyć się uczucia przygnębienia.
Rosjanin odzyskał w pełni świadomość w momencie jak sympatyczna aurorka wrzasnęła mu do ucha! Mało tego, po odepchnięciu stracił równowagę i pewnie jakby nie ściana, leżałby tu jak długi. Dimitr chyba wciąż przeżywał jej słowa. "Coś pożytecznego?" Pomyślał. A co robił? Pewnie dzięki temu poświeceniu paru bachorów zdążyło uciec! Eh, po wszystkim obali flaszkę. Na ukojenie nerwów.
Dobra, więc co teraz? Nauczyciel zorientował się, że większość już zniknęła z komnaty. Zostało oczywiście paru uczniów, a także profesorów, lecz ile tu wytrwają? Mniejsza, trzeba chociaż kogoś ratować! A najbliżej znajdowała się wystraszona Puchonka, Meredith i jej partner, którego za nic nie pamiętał. Podbiegł do tej dwójki kochasiów, po czym wyprowadził ich na dziedziniec. Całe szczęście, że Milton rozpętał tu taki chaos, że można było się przekraść.
Chłodne powietrze... to jest to.
-Idźcie do reszty.- Wskazał palcem na grupkę uczniaków. I co teraz? Aurorzy dadzą radę? Wejście tam ponownie może być głupie, ponieważ patronus to nie jest jego mocna strona...
Zobacz profil autora
Sofia L. Clinton
avatar
Auror
Data przyłączenia : 21/02/2015
Liczba postów : 266
Skąd : Mediolan, Włochy.

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 5:59 pm

Sama nie wiedziała ilu ramion, czół, barków i pleców dotknęła dzisiejszego wieczora. Co i rusz pomagała tylko wydostać się z sali losowemu dzieciakowi, który podczas ucieczki zgubił znajomych/buta/zegarek/cnotę. I mimo tego, że nie była przyzwyczajona do pracy z nastolatkami to nie było jej trudno odnaleźć się w roli pewnego rodzaju mentora. Poganiała młodszych, wskazywała im drogę, gdy zachodziła taka potrzeba to i podprowadzała do innych nauczycieli, którzy stali na straży. Tutaj słowa były zbędne, wystarczyło jedno spojrzenie i druga osoba wiedziała co ma dokładnie robić.
Nie rozglądała się za innymi współpracownikami, bo wiedziała, że Ci się umieli sobą zająć i żaden z nich nie ucierpiał. Starała się jednak znaleźć wzrokiem Wilsona, który najpewniej teraz pragnął odnaleźć swoje dzieci w tym całym harmidrze, który się utworzył i wcale się mu nie dziwiła. Na powrót powróciła do pielęgniarki, która powolutku, w swoim tempie uwijała się z kolejną partią przerażonych uczniów. Sama Włoszka dalej czuła przenikliwy chłód, który towarzyszył jej mimo wyczarowania malutkiego kolibra, który wznosił się ku górze miotając swym blaskiem w zakapturzone postacie – ptaszek przeleciał tuż nad głową Rosiera i jego partnerki – błękitny pył opadł mu na twarz tym samym odganiając nieprzyjaciół. Wrzaski woźnego nasiliły się kiedy ten przebiegł tuż obok jej sylwetki, czym zwrócił na siebie jej uwagę. Ślepia Clintonówny zmrużyły się kiedy ta zaciskała szczękę, byleby tylko nie wybuchnąć. Miarka się przebrała jednak, gdy ten zaczął instruować uczniów – dawał im rady, kiedy tak naprawdę nic pożytecznego nie robił.
- FILCH. – Zagrzmiała, przebijając powietrze w Sali balowej – przez moment słyszała i czuła jak osoby postronne wstrzymywały oddech, a wodniste oczka wpatrują się w jej twarz.
- Weź się w garść człowieku! Nie pałętaj mi się pod nogami, bo zaraz rzucę Cię na pożarcie dementorom. Zmykaj w podskokach po koce! – Wyrzuciła z siebie musztrując stojącego przed nią charłaka i już więcej na niego nie spoglądając zajęła się grupką starszych uczniaków. Nie musiał jej mówić co ma robić, wiedziała lepiej od niego! Krew się w niej zagotowało i to ją dodatkowo zmobilizowała do działania. Nie zauważyła nawet kiedy zjawił się Wilson z malutką [już nie do końca] i kruchą Skai w ramionach. Nie pytawszy o nic przejęła ster i chwyciła w objęcia dziewczynę, wcześniej jeszcze wzmacniając zaklęcie tarczy. Skrzyżowała spojrzenie z Jaredem i kiwnęła głową – chciała mu tym samym powiedzieć, że jego córka będzie u niej bezpieczna. Nie da jej skrzywdzić i on o tym wiedział. Inaczej skorzystałby z opieki Poppy, która i tak zaraz będzie potrzebna.
Kobieta odsunęła się na bok, pozwalając innym gładko pracować, kiedy ona korzystając z okazji zajęła się Skai – znała ją już od kilku lat, od momentu rozpoczęcia współpracy z jej ojcem, kiedy ona jeszcze jako nieopierzony kurczak wstępowała w szeregi aurorów. Wiedziała, że pasją Krukonki jest balet, tak samo jak niegdyś jej był taniec. Mogłaby nauczyć ją kilku kroków, przydatnych zaklęć, obrotów, piruetów i innych babskich rzeczy. Może nie spoglądałaby na nią z pogardą, gdy dowie się, że ona i Jar…nie. Nic się nie dzieje.
Przesunęła dłonią po karmelowym policzku dziewczęcia i odgarnęła kilka zbłąkanych sprężynek. Zapach krwi sączącej się z łuku brwiowego doszedł do jej nozdrzy – stłumiła w sobie westchnięcie i nie bacząc na czerwoną ciecz na palcach przesuwała opuszkami po gładkiej fakturze skóry czując tylko delikatne posapywanie nieprzytomnej Wilsonówny.
Słysząc jednak polecenie czarnoskórego mężczyzny podniosła ciemną czuprynę i spróbowała skupić wzrok na obecnych tutaj nauczycielach. Nie wiedziała ilu z nich potrafiło wyczarować Patronusa, tak więc podniosła się powoli czując ciężar Krukoneczki w ramionach i podeszła do Poppy.
- Proszę się nią zająć, dobrze? To długo nie potrwa. – Szepnęła do pielęgniarki zostawiając u niej pod opieką latorośl Jareda. Jeszcze raz pogłaskała ją po głowie uśmiechając się do siebie smutno po czym odwróciła się i pomknęła na sam środek Sali po drodze wprawiając w ruch swój oręż, przez co skoczna ptaszyna błysnęła jasnym blaskiem zgarniając wszystkie zakapturzone istoty w centrum prowizorycznej pułapki, którą przyszykowali aurorzy wraz z nauczycielami Hogwartu.
- Pozostała garstka uczniów, niech nimi zajmie się grono pedagogiczne. – Powiedziała tylko kierując słowa do wszystkich obecnych. Ustawiła się jako jedna z pierwszych trzymając wysoko swoją różdżkę.
Zobacz profil autora
Poppy Pomfrey
avatar
Uzdrowiciel
Data przyłączenia : 07/08/2014
Liczba postów : 97
Skąd : Glasgow

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 6:32 pm

Martwiła się. Poppy martwiła się, bo ewakuacja trwała już długo. Obserwowała Harry'ego biegnącego w tę i z powrotem, przyprowadzającego w jej ramiona zbłąkanych uczniów. Otulała ich przyniesionymi przez pana Filcha kocami (w końcu przydał się do czegoś, za co pielęgniarka gorliwie podziękowała młodej Sofii), odsyłając w bezpieczne miejsca na dziedzińcu. Zasznurowała surowo usta dostrzegłszy drobne zranienie Harry'ego na skroni. Nie zdołała go zatrzymać, bo niesiony był najwyższą troską o uczniów. Wzruszał ją swą lojalnością i pracą, jednakże nie powinien w tak drastyczny sposób się odsłaniać przed dementorami. Mógł ucierpieć, wszak nigdy nie ujrzała przy nim różdżki, a o co nigdy nie zapytała.
- Sofio, złotko, zerknij proszę na Harry'ego ze swoim zaklęciem. - spojrzała ciepło na młodą kobietę przydzieloną jej do ewakuacji młodzieży. Przez drzwi wpadało coraz więcej zdyszanych, bladych osób.
- Potrzebuję prefekta! Nie, nie pan, panie Lancaster, bo wyzionie pan zaraz ducha. Ktoś jasno myślący jest mi tutaj natychmiast potrzebny! - zwróciła się do grona ewakuowanych uczniów, zabraniając pannie Whisper i panu Lancasterowi ruszać się z miejsca. Nie uważała, że nie myślą logicznie jednakże zmęczenie wymalowane na ich buziach mówiło więcej niż tysiąc słów. Kobieta dobyła różdżki i kilkakrotnie przecięła nią powietrze. Dziedziniec zapłonął światłem, znikąd w powietrzu zaczęły unosić się świece i kilka lamp oliwnych. W kamiennych okrągłych filarach stojących w pięciu kątach dziedzińca również zajarzyły się gorącym ogniem mającym ogrzać zziębnięte ciała uczniów, wszak było chwilę po północy, a listopadowa noc potrafiła dać w kość.
Odwróciła się i podbiegła na obcasach do niesionego chłopca, Collina. Uklęknęła nad nim, zdumiona jak ciasno jest otoczony przyjaciółmi. Dotknęła czoła chłopczyka i sprawdziła jego puls.
- Zadbajcie, aby było mu ciepło. I połóżcie go na noszach. - wyczarowała tuż obok nich niziutko lewitujące miękkie nosze. - Nie odstępujcie go na krok, młodzieży. - uśmiechnęła się ciepło do panicza Lancastera, który udzielił wielu osobom pierwszej pomocy. Powróciła na stanowisko w tym samym momencie,  w którym Harry przyprowadził Gabriela, również pół przytomnego.
- Panno Rabe! Widziałam pannę w jego towarzystwie. Proszę przy nim usiąść i go otulić kocami. - poleciła tonem nieznoszącym sprzeciwu namierzając bladą ślizgońską dziewuszkę. Posadziła Gabrysia na ławce, przeganiając przytomnych, żywych i zdrowych. W tym samym momencie podszedł do nich potężny auror niosący w ramionach swoje dziecię. Poppy zakryła usta, a jej oczy zaszkliły się z troski o dziewczynkę. Odebrała od Sofii piętnastolatkę, obchodząc się z nią z najwyższą delikatnością.
- Oczywiście, Sofio. Idź im pomóc, panuję nad ewakuacją. - chociaż nie przeczyła, że przydałby się jej nauczyciel, wszak Poppy miała na karku całą młodzież. Połowa z nich potrzebowała natychmiastowej pomocy, zaś eliksiry z suszonego korzenia melisy i słodka czekolada leżały zakurzone w spiżarni na pierwszym piętrze.
Niewerbalnie wyczarowała następne nosze, a dostrzegłszy nadchodzącego ku niej ślizgona (Llyod), machnięciem ręki ponagliła go, aby podszedł do niej żwawiej.
- Weź od pana Filcha dwa koce, chłopcze. Szybciutko. O tak, owiń teraz pannę Wilson. - z jego pomocą udało się okryć Krukonkę szczelnie kocami, a następnie ułożyć na noszach, które pod jej ciężarem lekko się ugięły.
- Przyświeć mi proszę. - przebiegła z drugiej strony pacjentki, odgarniając z jej kremowej buzi loki. Przyjrzała się rozcięciu, na szczęście niegroźnemu. Machnięcia różdżką poruszyły powietrze i przyspieszyły gojenie się ranki na łuku brwiowym dziewczynki. Nakleiła zwykły plaster na zranieniu, a pod kark ułożyła zwinięty koc odebrany panu Filchowi.
- Panie woźny, proszę przynieść jeszcze więcej koców. - poprosiła starucha, przy okazji mogąc się pozbyć go chociaż na chwilę. Wprowadzał zamieszanie i zamęt, straszył niepotrzebnie uczniów i hałasował, a najważniejsze jest zachować spokój.
- Gdy się obudzi, ma leżeć, bo może mieć wstrząs mózgu od upadku. Proszę jej pilnować, panie Avery i się stąd nie ruszać. - spojrzała surowo w oczy młodemu chłopcu, wszak ta dziewczynka jest córką pana Wilsona, aurora, którego nie sposób nie znać. Pielęgniarka nie miała czasu na wzięcie wdechu. Dobiegła z powrotem do ogromnych kamiennych drzwi, aby odebrać dwoje trzecioklasistów. Brakowało rąk do pracy. Brakowało czasu i ciepła. Ta noc będzie długa. Poppy nie mogła uwierzyć, że jeszcze raptem dwadzieścia minut temu wszyscy beztrosko tańczyli na parkiecie i popijali soki z alkoholem.
Zobacz profil autora
Lloyd Avery
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 27/07/2014
Liczba postów : 80
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 7:34 pm

Zostawili za sobą piekło zaklęć, dementorów miotających się po Wielkiej Sali w pijackim amoku; nasączeni wyssaną z uczniów radością, chęcią życia, iskierkami migoczącymi w różnokolorowych oczach i nadzieją, skrywaną tuż za nimi, wydawali się znacznie więksi, potężniejsi. Przerażający.
Lloyd starał się ignorować piski i krzyki, jak mantrę powtarzając pod nosem długa, nudną inkantację zaklęcia rozpalającego, próbując zapanować nad nerwami, którym doprawdy wystarczył teraz jeden nieodpowiedni ruch by wybuchnąć, odkrywając nieobliczalną naturę chłopaka przed ludźmi, tłoczącymi się dosłownie na każdym wolnym skrawku kamiennego bruku. Igiełki bólu płynące z dłoni, w którą Rosalie uparcie wbijała paznokcie nieco w tym pomagały, niewystarczająco jednak, by Avery czuł się komfortowo – potrzebował impulsu, czegoś, co zajęłoby myśli dostatecznie intensywnie, rozproszyło niszczycielskie zapędy kumulujące się pod skórą.
Do głowy jednak nie przyszyłoby mu, że ten impuls zostanie mu podarowany przez pielęgniarkę, która znała go przecież dosyć dobrze: ile to razy łatała go z tego, czy innego powodu, strofując chłopaka nad fiolkami pełnymi eliksirów leczących poparzenia? Zjeżył się z początku, skrzywił, słysząc polecenie, jednak wystarczył krótki rzut okiem na nosze wskazane przez pielęgniarkę, by cała niechęć wyparowała jak za dotknięciem różdżki. Wypuścił dłoń Rose, pozwalając jej podejść do łóżka tego dziwnego Krukona, którego przeżycia wieczora najwyraźniej przerosły, a później zgodnie z rozkazem pielęgniarki wyszarpnął Filchowi dwa koce, pomagając srebrnowłosej kobiecie otulić panienkę Wilson szorstkim, wełnianym materiałem. Jej twarz była poszarzała, dziwnie nieruchoma, jakby martwa; Lloyd zacisnął dłonie w pięści, rzucając wściekłe spojrzenie w stronę drzwi prowadzących do Wielkiej Sali, jak nigdy dotąd odczuwając obecność lubującej się w cierpieniu natury. Palącą, żądną krwi potrzebę by wrócić do środka i rozpętać piekło, obojętnie komu. Dołożyć swoje grosze do zniszczeń, paniki, strachu podchodzącego do gardeł falą żółci i bólu, tego mentalnego jak i fizycznego.
Nie zrobił tego jednak, powoli wypuszczając powietrze nosem. Słowa pani Pomfrey docierały do niego z opóźnieniem, jak przez mgłę, dostatecznie jednak wyraźnie, by sięgnął po różdżkę, mamrocząc pod nosem zaklęcie. Jej koniec rozjarzył się posłusznie, rzucając na drobną, nieruchomą sylwetkę Skai falę jasnego światła, pozwalającego pielęgniarce na opatrzenie ran dziewczyny. Ślizgon przypatrywał się tym zabiegom ze spokojem, przynajmniej tym, jaki można było zobaczyć na jego twarzy, bo wewnętrznie wciąż wrzał ze wściekłości. Czy to był pomysł Voldemorta? Czy może jego ojca? Dlaczego, u diabła, nikt o niczym ich nie powiadomił?
Musnął palcami ciemne włosy panienki Wilson, rzucając przelotne spojrzenie w stronę Wielkiej Sali, w której wciąż toczyła się zażarta walka, wymieszana z odgłosami towarzyszącymi ewakuacji ostatnich marudzących. Czy Rosier wiedział co jest grane? Dlaczego nie go nie ostrzegł? Snape? Ktokolwiek?
Syknął zirytowany, wciskając różdżkę do tylnej kieszeni spodni i znów skupił się na Krukonce, poświęcając znikomą część uwagi zaleceniom pielęgniarki.
- Jeśli trzeba będzie, przywiążę ją do tych noszy, pani Pomfrey – wycedził jednak, nie chcąc, by kobieta dwa razy upewniała się, czy ją usłyszał.
Kiedy odeszła, brązowe spojrzenie chłopaka złagodniało nieco, zmiękło. Troska ściągnęła brwi na jego czole, rysując się szeroką zmarszczką tuż nad nimi, a zaciśnięte w wyrazie zdenerwowania usta przybrały mniej zacięty wyraz, gdy ostrożnie odgarnął resztę włosów dziewczyny, ujmując palcami jej drobną dłoń.
- Głupia. Gdzieś ty, u diabła, była? I dlaczego nie ze mną, do cholery? – westchnął ciężko, mrużąc oczy w poszukiwaniu innych oznak fizycznego uszczerbku, jakiego mogła doznać panienka Wilson. W milczeniu docenił również jej sukienkę, subtelny, delikatny makijaż, nietknięty przez wydarzenia. Nie mógł powiedzieć, że jej spóźnienie, bądź chwila tchórzostwa, która sprawiła, że nie pojawiła się u jego boku tego wieczoru nie wzbudziła w nim żadnych negatywnych emocji, nie mógł też jednak zaprzeczać, że jej bezpieczeństwo zdjęło nieco ciężaru z szerokich barków rosłego Ślizgona.
W dziwny, niewytłumaczalny sposób, Skai ze swoją dziecinnością, naiwnością i niewinnością cechującą każde słowo, spojrzenie, gest czy uśmiech przedzierała się przez chłodną, ironiczną maskę okrucieństwa, jaka obejmowała serce Lloyda od wielu lat. I chociaż była jedynie droga do celu, co uparcie próbował sobie wmówić, jej los nie był mu obojętny.
Okazywało się nawet, że znaczył więcej, niż Ślizgon byłby zdolny przyznać.
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 8:35 pm

Dla Skai nie istniało nic poza ciemnością otaczającą ją ze wszystkich stron i przeczuciem, że nie może się obudzić. Zły sen przestał nosić znamiona koszmaru, kiedy dziewczyna kroczyła mrocznymi ścieżkami próżni. Nie czuła niczego związanego z fizycznymi bodźcami, przenoszona niczym bezwładna kukiełka z rąk Jareda do Lloyda, uprzednio zahaczając o szkolną pielęgniarkę i znaną aurorkę. Jedyną zmianą jaką odczuła przekraczając próg wielkiej sali to brak dementorów przywołujących najgorsze z możliwych scenariuszy, związanych bezpośrednio z rodzicami i przyjaciółmi. Względny spokój nie pozwolił jej opanować odruchów paniki, która przeszywała jej umysł na wskroś. Zagubiona w tym labiryncie swoistego piekła czekała na pomocną dłoń ukochanego, który obiecał wziąć na swoje barki wszystkie kłopoty i problemy. Gdzież on był?
- Po co miałby po ciebie przychodzić? Mulatkę z anoreksją, szukającą od siedmiu boleści. Michael miała rację, że on chce jedynie wygrać zakład. Twój ojciec odstraszy każdego chłopaka od ciebie, dlaczego Lloyd miałby być inny? Nawet nie pozwala przyjaźnić ci się z Arią. Pamiętasz jak podsłuchałaś jego rozmowę z matką? Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nawet różdżkę upuściłaś! Nawet nie spróbowałaś rzucić zaklęcia! – Głęboki tembr głosu wstrząsał poniewieraną nastolatką, która otoczona była ciepłymi kocami i opatrzona w profesjonalny sposób przez panią Pomfrey. Szamotała się wewnątrz swojego ciała, bezsilnie miotając między poczuciem bezsilności a beznadziejności, z czego to drugie zyskiwało coraz większą przewagę.
Ciepły dotyk okazał się kluczem do świadomości, którą dziewczyna odzyskiwała z wielkim trudem. Najpierw poruszyła niespokojnie mięśniami wokół oczu, a dopiero potem zadrżała i nerwowo poruszyła, jak się zorientowała po chwili, obolałą głową. Z początku nie rozpoznała sylwetki pochylonej nad jej twarzą, walcząc z próbą wyostrzenia spojrzenia. Nie pisnęła ani nie podskoczyła, przekonana że tak właśnie wygląda śmierć: widzi się ukochaną osobę z rozmazanymi rysami. Wydawało się jej, że westchnęła, jednak w rzeczywistości jej wydech przypominał jęk zdychającego chomika. Próbowała wyplątać rękę spod narzuconych na nią materiałów, jednak w końcowym efekcie zrezygnowała, wybierając niedolę bezsilnego tchórza. W zaledwie kilku sekundach po pierwszych oznakach przebudzenia, Krukonka zaczęła intensywnie mrugać powiekami, w marnych próbach powstrzymania łez cisnących się do oczu. Obraz przed nią rozmazywał się i nie widziała innych poszkodowanych, zajęta odganianiem niesfornej mgiełki, aby po raz kolejny – może ostatni – spojrzeć na ukochanego.
Syknęła, ruszając niespokojnie głową, która promieniowała bólem w każdy zakamarek umysłu. I wtedy też zrozumiała, w przebłysku inteligencji, że nie mogła umrzeć skoro ją coś boli. Prosta dedukcja, która zaskoczyła nawet ją. Wilsonówna przestała machać głową na boki jak szczurokret albo gołąb, odzyskując ostrość widzenia na tyle, aby ujrzeć ostro zarysowaną szczękę Lloyda. – P-przepraszam – wyjęczała płaczliwym głosem, ponownie walcząc z rękoma ukrytymi pod kocem. Kątem oka zerknęła na materiał, którym była okryta i z lepszym efektem przesunęła dłońmi na jego krawędź. – J-ja… tak bardzo chciałam…przyjść, ale Claudia mnie zatrzymała przy skrzydle szpitalnym i n-naopowiadała k-kłamstw o ttobie.. a jajejuwierzyłamitakbardzociebieprzepraszam – mówiła z wyraźnym trudem, rozpaczliwie szukając dłoni chłopaka w pobliżu swojej głowy. Miała wrażenie, że jeśli Lloyd jej nie wybaczy, to pęknie jej serce. Nie zniosłaby tego, gdyby teraz wstał i odszedł od niej! Dlatego zacisnęła łapczywie palce na pochwyconym materiale marynarki, aby w geście desperacji zatrzymać go przy sobie.
Zobacz profil autora
Katerina E. Argent
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 02/01/2015
Liczba postów : 152
Skąd : Szkocja

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 8:44 pm

Fajnie było czuć czyjąś dłoń w swojej, splecione palce i silny uścisk, który nie tracił na sile nawet wtedy kiedy Krukonka ciągnęła za sobą chłopaka przez tłum uczniów, by dostać się do jakiegokolwiek stoliczka. Ostatecznie stanęła przy jednym długim stole i obróciła się w kierunku Michele’a, uśmiechając się szeroko. Już chciała go o coś zapytać, już chciała pociągnąć jakoś rozmowę (chociażby opowiadając o ostatnich figlach Aramisa), kiedy ktoś bezceremonialnie im przeszkodził.
Oburzona obróciła się w kierunku intruza, mrużąc wściekle oczy i już szykując jakąś ciętą ripostę, jednak wyraz jej twarzy lekko złagodniał kiedy zauważyła kto przed nimi stał i robił z siebie błazna. Steward. Oczywiście, że on. Był jak cień, który przemykał korytarzami Hogwartu i powodując mętlik w jej głowie. Wydawał się bliski. Rysy twarzy wydawały się znajome, tak samo jak styl chodzenia i tembr głosu. Nie wiedziała czemu, ale nie umiała go zrugać. Jeszcze na dodatek te wycinki z Proroka z tamtej felernej nocy. A co jeżeli…? Czy mogła sobie pozwolić na odprawienie go z kwitkiem nie próbując dociec prawdy?
Wszystko jednak działo się zbyt szybko, a Katerina nie zdążyła zareagować przed jej partnerem. Michele jakby podjął decyzję za nią, co trochę zabolało. Westchnęła, patrząc na jego plecy kiedy znikał w tłumie uczniów. Odszedł tak po prostu. A ją wryło w parkiet i nie była w stanie się ruszyć, by go zatrzymać. Spojrzała z wyrzutem na stojącego obok Krukona, w końcu to była jego wina. Całkowicie jego.
Pozwoliła się poprowadzić Aeronowi, gdziekolwiek chciał. Skoro już zepsuł jej wieczór to może chyba poznać powód, prawda?
- Jeżeli chodzi o Wandę, to ci nie pomogę. Więc możesz sobie odpuścić. – mruknęła wściekłym tonem, idąc obok niego, ale bez jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Nie pozwoliła mu na objęcie swoją dłonią jej dłoni, ani na jakikolwiek inny gest. Była zła. Tak bardzo, że miała ochotę wywalić mu na głowę misę z ponczem. W tej wściekłości nawet nie zauważyła, że jej sukienka zmieniła swoje kolory i teraz była białą sukienką w czarne kropki. Odrzuciła niedbale włosy na plecy i stanęła naprzeciwko Aerona, krzyżując ręce na piersiach.
Po chwili jednak wszystko się zmieniło. Muzyka ucichła, na sali zrobiło się przeraźliwie zimno. Na jej rękach i dekolcie pojawiła się gęsia skórka. Rozejrzała się dookoła siebie, ale nic nie zobaczyła. Ruch głowy był jakby bezwiedny, a oczy nie rejestrowały obrazu wydarzeń, które miały miejsce dookoła niej. Przytłoczona najpierw smutkiem, a potem ogromnym bólem upadła na kolana. Po policzkach płynęły łzy. Nie widziała dementorów, ani biegających dookoła aurorów razem z nauczycielami. Zamiast tego widziała ogień tamtej zimowej nocy. Dnia, który całkowicie zmienił jej życie. Dnia kiedy straciła wszystko. Dnia kiedy jej życie zamieniło się w koszmar każdego dziecka. Życie pełne smutku i samotności.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 9:05 pm

Jeszcze przez moment po oderwaniu się od grupy dziewczyna starała się pomóc ogarnąć młodszych uczniów, którzy przelatywali jej przez dłonie. Zmęczona stała przez moment z boku zastanawiając się co ona też tutaj do cholery robi. Czy dementorzy musieli zaatakować teraz? I dlaczego to zrobili? Czy przypadkiem nie powinni pilnować Azkabanu, nie powinni tam się znajdować? Szatynka zmarszczyła brwi i odprowadziwszy jeszcze wzrokiem jednego młodszego Ślizgona wróciła do przyjaciół na dziedziniec, podczas gdy jasna sarna zatańczyła wokół sporej grupy niosąc ze sobą chociaż odrobinę ciepła, radości i słodyczy.
Listopadowa noc nie należała do najcieplejszym, ale lepsze było stanie i marznięcie na dworze niż ciągła ucieczka przed zakapturzonymi postaciami krążącymi po szkole. Wanda bezwiednie potarła nagie ramiona nawet nie zwracając uwagi na śmierdzące koce, które rzucał Filch, co nie znaczy, że nie zrobi później z nich użytku. Poczuła jak jej serce dochodzi powoli do siebie i zaczyna wybijać równy i silny rytm – oznaczało to, że pierwsza fala strachu minęła, zastępując ją uldze, gdy zobaczyła wszystkich w jednym miejscu, bezpiecznych i zdrowych. Wróciła do nich przyuważając bladą jak ścianę Laurel, do której pognał Henryk – wolała nie wtrącać się w bliskość rodzeństwa, bo doskonale zdawała sobie sprawę jak ważna jest więź między bratem i siostrą. Uśmiechnęła się smutno do swoich myśli, po których orbicie krążył Dorian i gdy pochwyciła kilka rozłożonych kocyków zarzuciła je luźno na ramiona Erica i Murphy, na których dłużej skupiła spojrzenie.
- Hej, wszystko w porządku? Nic Wam nie jest? – Spytała chyba po raz setny tej nocy gdy kucała przed dwójką młodszych Gryfonów. Unieruchomiona noga Henleya mówiła wiele, to samo poparzone udo rudowłosej koleżanki. Błękitne zwierzę zaciekawione zerknęło zza ramienia ognistej, a kącik ust panny Whisper nieco drgnął. Cieszyła się, że mimo wszystko, mimo tych drobnych utarczek i skaleczeń są żywi i się odnaleźli. Miała ochotę ich wszystkich wytulać mocno, jednak zdobyła się jedynie na nikły uśmiech.
- Eric, to, że wyglądasz jak po spotkaniu z miotłą Filcha nie usprawiedliwia Cię przed napisaniem wypracowania. – Rzuciła jeszcze siląc się na żartobliwy ton i zanurzyła dłoń w zmierzwionych włosach chłopaka w pieszczotliwym geście odchodząc do kolejnych osób, którymi chciała się zająć. Minęła się z Lancasterem, który u dopiero co opuszczonej dwójki zostawił swoją siostrę – zszokowaną drobną blondynkę, którą i również szybko obłożono kocem, by ta nie zamarzła. Dała moment rodzeństwu, tak jak i innym i powróciła do Collina, który dalej leżał nieprzytomny, tym razem w obecności Soleil, Dwayne’a i Jolene. Henry zaraz do nich doszedł. Wanda padła na kolana, nie zwracając już uwagi na to czy pobrudzi suknię czy też nie. Odgarnęła nerwowym ruchem kosmyk włosów za ucho i westchnęła głęboko, w przelocie łapiąc Joe za rękę, bo widziała w jakim stanie ta się znajduje. Nie powiedziała nic, nie przywitała się, bo to było całkowicie zbędne. Zerknęła na starszego Morisona i kiwnęła mu głową posyłając mu jedno z pokrzepiających spojrzeń. Chciała rzec, że wszystko będzie dobrze, ale kto tak naprawdę wiedział jak to się wszystko skończy?
Gdy zjawiła się pielęgniarka z praktyczną poradą uniosła głowę i odprowadziła ją wzrokiem, podczas gdy obok nich zmaterializowały się wygodne nosze, na których niemal od razu znalazł się Collin. Krukonka usiadła w miarę wygodnie obok niego, jednak tak, by nie zachowując maksymalnego dystansu między nią, resztą uczniów, a Erciem, Lau i Merfi, którzy siedzieli dosłownie kilka metrów od nich. Byli jednym skupiskiem, co bardzo radowało szatynkę.
Nie przeszkadzało jej to w jakim towarzystwie się znalazła, nie była o nic zazdrosna, nie chciała by i Soleil źle się czuła w ich grupie – powinni się jednoczyć w takich sytuacjach więc ból czy rozczarowanie należało odepchnąć na drugi plan.
Czuła zmęczenie, ból w mięśniach i palące drewno, które pulsowało miarowym ciepłem, gdy ta utrzymywała zaklęcie patronusa. Z oddali usłyszała krzyk Wilsona wydzierającego się do wszystkich obecnych czarodziejów, którzy potrafili coś więcej niż podpalenie swojego tyłka. Już miała się zerwać, by znowu nieść pomoc, by pokazać, że jest na coś zdatna, że chce, pragnie się na coś przydać, gdy poczuła na swoim przedramieniu mocny, niemal żelazny uścisk. Odwróciła głowę i napotkała poważne spojrzenie Henryka. Błękitnoszare tęczówki wbijały się w nią przenikliwie, a ta momentalnie poczuła, że musi odpuścić. Innym razem zbawisz świat, panno Whisper. Odwzajemniła zmęczona nieme przykazanie i kiwnęła głową wiedząc już, że ten nie da jej wrócić do szkoły gdy dzieją się rzeczy, o których nie powinni wiedzieć. Poklepała miejsce obok siebie i poprosiła by obok niej usiadł, jeżeli ten miał możliwość.
Gdy nieco się uspokoiło Wanda zorientowała się, że Jolene kieruje do niej jakieś słowa. Najpierw zauważyła jej bladą twarz, a dopiero potem usta poruszające się wolno. Z początku kompletnie nie zrozumiała o co ją pytała, dopiero później, gdy mózg zdołał przetworzyć sytuację sprzed kilku sekund ta jakby się obudziła i mrugając wzruszyła nagimi ramionami. Nie odczuwała już zimna, przyzwyczaiła się do panującego chłodu mimo, że na jej ciele pojawiła się gęsia skórka.
- Nie ma się czym chwalić. – Powiedziała dopiero po chwili zanim odgadła, że to teraz ona powinna coś powiedzieć, by potrzymać jałową konwersację. Miała ochotę machnąć ręką lekceważąco ale nie miała na to zwyczajnie siły. Chciała się tylko położyć, leżeć pod puchatą kołdrą i nie myśleć o niczym jak tylko o egzaminach, które się zbliżały.
Siłą rzeczy i tak musiała zareagować, dlatego uniosła delikatnie różdżkę, której koniec ponownie zajarzył się niebieskim blaskiem, a drobna sarna wyjrzała zza jednej z grupki starszych uczniów i dobiegła do nich spoglądając na każde z zebranych łagodnie. Przez moment stała tak i błyszczała dumnie, by za moment ułożyć się wygodnie w centrum ich półkola, które tworzyli. Rozgrzewające ciepło powoli przesuwało się ku nim i mogli je poczuć, może nie od razu aczkolwiek sukcesywnie, sekunda po sekundzie.
Było jej niewygodnie – szpilki uciskały jej stopy, obtarły pięty i palce, dlatego też podobnie jak Jolene zsunęła okropne i niepraktyczne buty i cisnęła je gdzieś obok siebie. Chciała usiąść po turecku, ale uniemożliwiała jej to sukienka więc tylko wzniosła oczy ku niebu i zamknąwszy japę zaczęła obserwować granat nieboskłonu. Cienie pod jej oczami idealnie współgrały z tuszem, a zmęczenie i bladość wcale nie dodawały jej uroku.
Czuła się jak matka Teresa z Kalkuty, jak samarytanka, jak bojowniczka, jak opiekunka. Tyle chciała zrobić, tyle powiedzieć, a jedyne na co w tej chwili mogła się zdobyć to przymknięcie powiek.

Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 17/02/2014
Liczba postów : 204
Skąd : Karasjok/Aviemore

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 9:12 pm

Sol nie miała pojęcia co się dzieje.
Wiedziała tylko, że w jednej chwili straciła przytomność, a w momencie, kiedy ją odzyskała, nic już nie było takie samo jak wcześniej. Zniknęły gdzieś uśmiechnięte twarze, zamilkła muzyka, zgasły kolorowe światła, atmosfera zabawy rozprysła się na miliony kawałków razem z szybami wielkiego okna, które teraz mieniły się delikatnie odbijając zagubione w półmroku resztki światła. Nie wiedziała zupełnie co się działo, nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że w Wielkiej Sali znajdują się gdzieś dementorzy i dopiero po chwili do niej to dotarło, kiedy jednego z nich dostrzegła, otoczonego przez patronusy wszelkich kształtów. Z jakiegoś powodu ocknęła się z Collinem na kolanach i z przerażeniem stwierdziła, że to jego krew barwi na czerwono jej nieskalaną wcześniej żywszym kolorem sukienkę. Głaskała go łagodnie po włosach, czując palącą bezradność w obliczu powracających ponownie wspomnień. Tak samo trzymała Daga. Tak samo głaskała Henry'ego.
Dopiero po chwili zorientowała się, że w momencie, w którym ktoś się wykrwawia, żadne, nawet najbardziej profesjonalne, głaskanie nie może mu pomóc. I nawet zbierała się w sobie aby wstać i zrobić coś, co mogłoby w jakikolwiek sposób być w tym momencie użyteczne, ale fala poczucia skrajnej bezradności i beznadziei nie za bardzo jej pomagała. Poza tym, ten krótki moment utraty przytomności wcale jej w niczym nie pomógł. Nade wszystko zaś bała się, że Tytan może pojawić się w każdej chwili, a z drugiej strony dziwiło ją, że jeszcze tego nie zrobił.
Przybycie Wandy w przynajmniej jednym wymiarze było pozytywne – ocuciło ją i przypomniało, że przede wszystkim ma się martwić o innych, dopiero potem o siebie, a priorytetem w tej chwili był Collin.
- Wszystko okej. – odparła na pytanie krukonki zwięźle - Ale z nim jest gorzej – dodała po chwili, wciąż bezwiednie przeczesując palcami ciemne włosy spoczywającego na jej kolanach Morrisona. Nie wdawała się w większe dyskusje, bardziej dlatego, że wciąż była bardzo mocno rozkojarzona i trudno było jej zebrać myśli niż ze względu na to, że to właśnie Wanda, nikt inny, zdecydowała się nimi zainteresować. Prawdę mówiąc w tej chwili nic, co wydarzyło się między nimi, nie było istotne, nie miało większego znaczenia, na te kilka chwil liczyło się jedynie zdrowie Collina i obie o tym wiedziały.
Bez słowa podniosła się z ziemi i pomogła krukonce wynieść chłopca z Wielkiej Sali, starając się jak najsprawniej omijać rozbieganych i spanikowanych osobników, bliżej niezidentyfikowanych, walczących lub na poły oszalałych. Kiedy w końcu znalazły się na korytarzu, Sol od razu ponownie wzięła głowę młodszego kolegi na kolana i zaczęła rozglądać się za kimś, kto mógłby jej pomóc. Gdzieś tam wyłapała znajomą jej tak dobrze sylwetkę Lancastera, ale ominęła ją pustym wzrokiem, szukając tak właściwie pielęgniarki. Nie dosłyszała nawet słów Wandy i kiedy w końcu przypomniała sobie o dziewczynie, jej już nie było obok, zniknęła gdzieś w tym chaotycznym tłumie, zostawiając ją samą z młodym Gryfonem, za co właściwie była jej wdzięczna. Po chwili zresztą Pani Pomfrey pojawiła się przy nich, niczym na zawołanie, i zajęła się ranami Collina. Sol odsunęła się nieznacznie na bok, czując, że jej obecność nie jest konieczna, a gdyby była zbyt natarczywa, mogłaby być nawet przeszkodą w prawidłowym postępowaniu z poszkodowanym chłopcem. Nie spuszczała jednak wzroku ze swojego partnera, z jego pobladłej twarzy, z przymkniętych oczu i lekko rozchylonych ust, z których od czasu do czasu wydobywał się jakiś cichy jęk. Nie wiedziała co dzieje się dokoła niej, nie widziała niczego, co ją otaczało, nie zdawała sobie sprawy nawet z tych rzeczy, które miały miejsce w jej najbliższym sąsiedztwie. Koncentrowała się całkowicie i niepodzielnie na Collinie, jakby w ten sposób mogła mu pomóc, jakby była to najlepsza metoda, aby poprawić jego stan. Nie zauważyła,że dookoła zbierają się ludzie, że Wanda wróciła. Była głucha i ślepa na wszystko, odrętwiała, nawet nie czuła do końca własnego ciała.
I nadal nie mała pojęcia co się dzieje na balu, który już przestał nim w istocie być.
Zobacz profil autora
Evan Rosier
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 15/02/2014
Liczba postów : 535
Skąd : Wiltshire.

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 9:23 pm

Odtańczyli walca, odegrali swoją rolę, odwirowawszy kilka obrotów pośród wystrojonych par, przez chwilę jak inni korzystając tylko z bliskości drugiego ciała, oszałamiającego zapachu, z naturalnej przyjemności wprawiania swoich mięśni w ruch w takt tej czy innej melodii, którą potrafił odczuwać każdy, jeśli nie przy odpowiednim rytmie, to przy wystarczającej ilości alkoholu. Jeszcze raz lekko obrócił panienką di Scarno w tańcu, na moment przyciągając ją bliżej siebie, zanim jednak wykonał kolejny krok, poczuł jak ktoś wpada na jego bark, jak kobieca dłoń odnajduje jego ramię, a panienka Rabe podejmuje ciężką próbę sięgnięcia jego ucha, wyprężając swoją sylwetkę na palcach. Łaskawie pochylił nieco głowę, z jakąś zrozumiałą oznaką zdziwienia wyraźnie rozpoznawalną w ściągniętych wyrazem niezadowolenia brwiach, Rosalie pognała jednak dalej, nim zdążył powiedzieć choć słowo, zachęcona brakiem kategorycznej odmowy. Obejrzał się za nią, odrobinę nawet rozbawiony, a następnie powrócił spojrzeniem do swojej partnerki, wyraźnie niepocieszonej ani zmianą melodii, ani w ogóle koniecznością obecności na balu. Gdzieś ponad jej smukłym ramieniem raz jeszcze zlokalizował O’Malleya i Vane, przybyłą bez zaginionego w akcji Kruegera, którego już od dłuższego czasu nigdzie nie widywał. No cóż, niektóre związki nie przetrwają podwójnego morderstwa, jak się okazuje.
— Zachowujesz się, jakby postępował w ten sposób po raz pierwszy. Przede wszystkim to nic, co powinno cię martwić, wręcz przeciwnie, di Scarno. — Zerknął na nią nieco chłodno, pobłażliwie, jak gdyby sugerując, by opowiedziała się wreszcie po którejś ze stron, tej rzecz jasna, której służyła, miast narzekać na błędy i potknięcia sędziwego starca na bardzo chwiejnym stołku. I byłby nawet porwał ją do charlestona, ożywił odrobinę i zarumienił jej bladą i niechętną twarz, wyraźnie dała mu jednak do zrozumienia, że nie czuje bluesa, nie ma ochoty na riki tiki ani cza cza cza. Znalazł im więc stolik i nalał sobie wódki, swobodnie wsuwając jedną dłoń do kieszeni spodni i coraz boleśniej odczuwając głód papierosa. Jej pytanie wisiało między nimi dłuższy moment, zupełnie jakby go nie usłyszał, wreszcie jednak jego wzrok przeniósł się z falującego tłumu na jej ciemne oczy, obejmując jej twarz spokojnym, acz twardym spojrzeniem. — To chyba oczywiste.
W tej samej chwili jednak, w czasie gdy pomiędzy nogami ich stolika pomknęła nie wiedzieć skąd kura, Wielka Sala ponownie zaczęła się zmieniać, zaś on poczuł, że coś niepokojącego wydarzyło się na jego głowie. Zmarszczył brwi, unosząc dłoń, a dostrzegłszy wyraźne rozbawienie w oczach Chiary, wymacał bujne afro na czubku własnej czaszki. Drugi raz tego dnia zakrztusił się łykiem wódki i przewróciwszy niecierpliwie oczami, wyciągnął zza paska różdżkę, mrucząc do Krukonki coś pomiędzy bluźnierstwem a bardzokurwazabawne. Strumień wody chlusnął na jego głowę, włosy przylgnęły mu do skroni i czoła, skróciły się, wyprostowały, przełamując moc zaklęcia. Przeczesał je palcami, pozwalając gdzieś pod ścianą panience Lacroix udławić się śmiechem, a potem wykrzywił ironicznie wargi do panny di Scarno, wznosząc do ust szklankę intensywnie i dławiąco pachnącą mocnym alkoholem. Nie zdążył się jednak napić, bo gdy tylko podniósł ją na wysokość oczu, szkło pod jego palcami zrobiło się zimne, ścianki powoli powlekły się szronem, a on odkrył, że jego oddech unosi się srebrnoszarą parą. Przeczucie natychmiast spięło jego mięśnie, obrócił głowę w sam raz, by zobaczyć, jak światła mrugają jakby niepewnie, jak powietrze robi się jakby gęstsze i cięższe, pomieszczenie jakby ciemniejsze. Boleśnie zacisnął palce na przegubie Chiary, automatycznie, wyuczonym, szybkim gestem wzniósł różdżkę, gdy okna nagle rozprysły się w tysiące odłamków, a ich ciała przejął paraliżujący chłód, otoczył ciasno trupi swąd, który bardzo szybko dał mu pojęcie, z czym ma do czynienia. Zaklął pod nosem, przez moment zastanawiając się w duchu, czy to nie kolejny doskonały pomysł Dumbledore’a, podobny do tego z drugiego etapu obozu, jednak krzyki paniki i chaos, który zapanował zaraz potem, odwiodły go od tej myśli.
— Do wyjścia — syknął twardo do pobladłej Krukonki, czując jak lekka postać dementora przesuwa się gdzieś obok, dobierając się do Lancastera (błogosław Merlinie, niech go pożre), a jego umysł wypełnia się poczuciem beznadziei, obrazami zmieszanych ze sobą scen, powykrzywianych wspomnień, chłodem zimowego poranka, kiedy patrzył na zapadający się lód, spojrzeniem Nagini, wyprężonej i gotowej do skoku, szorstkością stryczka, który ściągał zdrętwiałymi palcami z belki stropowej swojej rezydencji. Evan Rosier nie był jednak człowiekiem, który się poddawał, nie był kimś, kto pogrążał się w przeszłości i oddawał jej nad sobą władzę, trzymał się życia twardo i kurczowo, wolę miał silną i nieugiętą i niech każdy wie, że nie śpieszyło mu się jeszcze do grobu.
Ruszył w kierunku wyjścia z uniesioną różdżką, ciągnąc za sobą pannę di Scarno, a gniew powoli wypełniał jego żyły. Gdzieś nad ich głowami przemknęła srebrna surykatka, na moment rozjaśniając i wypełniając mrok. Nie, nie zamierzał walczyć ani pomagać, wszystko wskazywało na plan Czarnego Pana, nie planował też jednak zostać tutaj ani chwili dłużej i przez własną głupotę wpaść w oślizgłe ręce strażników Azkabanu, którzy nie różnicowali w tej chwili obecnych na popleczników Voldemorta i jego wrogów, jednako atakując wszystkich. Nagle jednak, w całym tym chaosie, w całym tłumie, znikąd wychynęła na niego wykrzywiona grymasem twarz Filcha, a jego brudne charłacze łapy chwyciły go za ramiona i pociągnęły. W pierwszej chwili zaskoczenia postąpił za nim kilka kroków, potem jednak z gardłowym warknięciem wyszarpnął mu rękę, a jego oczy groźnie pociemniały.
— Precz z łapami — mruknął chłodno, powstrzymując rodzącą się na języku obelgę, lecz zaraz, cofnąwszy się o krok przed jego nadchodzącym chwytem, pozwolił mu wytargać z Sali oszołomioną pannę di Scarno. Posłał jej znaczące, nieco ironiczne spojrzenie, a potem, korzystając z faktu, że stał w samym wejściu, na moment obejrzał się na wnętrze. Kilka ogromnych, wysokich sylwetek w czerni płynęło pomiędzy ciżbą, umykając przed nielicznymi zaklęciami patronusa, a gdzieś tam, całkiem niedaleko, jasnowłosa dziewczyna próbowała bronić się… zaklęciem tarczy.
Zacisnął szczęki, mięśnie jego twarzy zagrały nieprzyjemnie, a on sam niechętnie podjął ostatni wysiłek i raz jeszcze wkroczył w chaos, przedzierając się ku przebijającej przez tłum sylwetce Gryfonki. Zmagając się z przytłaczającym uczuciem melancholii, z każdym ze wspomnień, rozpraszanych od czasu do czasu przez światło przemykającego patronusa, przedarł się do niej przez ludzi, chwytając po drodze jakiegoś dzieciaka i bez cienia litości popychając go na zbliżającego się dementora. Nie spojrzał nawet na Wattsa, jak gdyby nigdy nic przerzucił ją sobie przez bark i jak nieposłuszną smarkulę wyniósł z Wielkiej Sali, osłaniany zaklęciem Sofii. Jego buty uderzyły o bruk gdzieś obok oczekującej na zewnątrz Chiary, ramiona bez żadnej delikatności rzuciły Aristos jak lalkę na jeden z koców.
— Jeśli po tym wszystkim starzec nie spadnie ze stołka, przysięgam, że sam złożę petycję — powiedział twardo, czując pulsujący gniew, widma wspomnień wygasające przed oczami.
Zobacz profil autora
Albus Dumbledore
avatar
Dyrektor Hogwartu
Data przyłączenia : 02/03/2014
Liczba postów : 65
Skąd : Mould-on-the-Wold

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Pon Kwi 13, 2015 10:06 pm

Dumbledore był w jak najlepszym humorze. Cieszyło go niezmiernie, że choć jeden wieczór uczniowie poświęcą na zabawę i radowanie się swoją ulotną młodością, zresztą nie tylko oni, personel szkoły także, bo w ostatnich czasach zbyt wiele było cierpienia, strachu i niebezpieczeństwa. I choć dyrektor dobrze zdawał sobie sprawę, że za pomocą tego wydarzenia stanu rzeczy nie zmieni, ale chciał chociaż podnieść nieco morale swoich podopiecznych w różnym wieku lub udowodnić im, że przyjemne sytuacje zdarzają się nawet w nieprzyjemnych czasach. On sam nie pozostał jednak w Wielkiej Sali, wzywały go sprawy nieco większej wagi, choć bez wątpienia nie miał by nic przeciwko poświęceniu tego wieczora na pokręcenie się w takt muzyki i podjedzenie przygotowanych przez skrzaty pyszności.
Tym niemniej jednak te kilka godzin, kiedy na balu bawiono się znakomicie, on spędził zamknięty w swoim gabinecie na sobie tylko znanych czynnościach, prawdopodobnie wszystkich niezmiernie ważkich dla świata czarodziejów, a zwłaszcza tej jego części która nie była zła i mhroczna i nie lubiła przed snem sobie kogoś potorturować, bo najlepiej zasypiała do wtóru jęków i krzyków. On wolał muzykę klasyczną, ale cóż, są gusta i guściki.
Dopiero pewien misiek, a konkretniej – Rosomak, sprawił, że jego myśli (a zaraz po nich także ciało) powędrowały z powrotem ku Wielkiej Sali. Poinformował on bowiem nieco osłupiałego dyrektora głosem Katji Odinevy, że na balu pojawili się dementorzy siejący przerażenie, a przede wszystkim nie koniecznie zbyt bezpieczni na tego rodzaju wydarzeniu. Nie mówiąc już o tym, dodawał głos (sugerujący, że jego właścicielka nie jest w stanie pierwszej trzeźwości), że zdecydowanie łamią wszystkie przepisy BHP tymi swoimi nieprzyjemnymi oddechami, liszajami i brudnymi wdziankami.
Jak dobrze, że był Fawkes. Jak dobrze, że chwilowo miał jeszcze jakieś pióra i zdolny był do wykonywania swoich magicznych sztuczek, a w jego repertuarze mieściła się także teleportacja na terenach, na których pierwszy lepszy osobnik nie mógłby tego dokonać. Ale to nie był pierwszy lepszy osobnik. To był Drops! Drops bojowy, w tej chwili nawet szata w kolorze lila nie mogła ukryć faktu, że jest, jeśli chce, człowiekiem dość przerażającym. Zdawało się, że urósł nieco, a jego broda nastroszyła się zwiększając swoją objętość. Na twarzy pojawił się wyraz zacięcia, a błękitne oczy zalśniły lodem, gubiąc gdzieś ten swój naturalny, dobrotliwy wyraz.
Trzask – płomień.
Trzask again – Wielka Sala pogrążona w chaosie. Patronusy wszędzie. Rozbiegani ludzie też wszędzie i widoczna panika oraz brak jakiejkolwiek kontroli nad sytuacją. Prawdę mówiąc, wszystkiego tutaj było za dużo. Za dużo uczniów, którzy wciąż nie odnaleźli się w sytuacji i nie potrafili trafić do wyjścia, za dużo przejętych sytuacją dorosłych, którzy usiłowali zgrywać bohaterów, za dużo, przede wszystkim, dementorów, których nie powinno być wcale. Dłoń Dumbledore'a dzierżąca różdżkę uniosła się, a srebrzysty feniks, nieco podobny do jego ulubionego pupila, wzniósł się w powietrze, aby po chwili zebrać wszystkie dementory na środku Sali i otoczyć ich wirującą, srebrzystą linę, w która przemienił się w nadzwyczajnie szybkim tempie okrążający je patronus dyrektora.
- Wilson. – spokojny, opanowany i niezdradzający żadnego poruszenia całą sytuacją głos Albusa rozległ się w sali, w której wciąż pobrzmiewało zbyt wiele głosów, w większości nie wykazujących się nawet w połowie podobną kontrolą jak ten należący do Dyrektora. - Proszę ściągnąć mi tutaj Ministra Magii, najszybciej jak to możliwe. – zwrócił się do Szefa Aurorów tonem, który sugerował, że to on tutaj rządzi. Spojrzenie, które posłał staremu znajomemu było jednak poważne i w sposób niewerbalny zdawało się dopowiadać, że to, co wydarzyło się w Hogwarcie, najpewniej znajdzie odbicie także w rzeczywistości poza Zamkiem. Jeśli dementorzy przestawali słuchać swoich zwierzchników, to nie tylko na tym konkretnym obszarze i za kilka godzin, kiedy nadejdą pierwsze wieści z Azkabanu, Pan Minchum nie będzie już miał czasu na kurtuazyjne wizyty u Albusa i przyjazne pogawędki z wysysającymi wszelkie pozytywne emocje monstrami.
- Resztę proszę o zebranie pozostałych uczniów i opuszczenie Wielkiej Sali. – dodał po chwili, kiedy Jared szybkim krokiem kierował się najprawdopodobniej w stronę najbliższego kominka, który pozwoli mu szybko przetransportować się do Ministerstwa. Albo nawet do prywatnego domu Ministra, bo pora była raczej dojrzała.
- Teraz. – dodał dyrektor po chwili, kiedy osłupiałe wciąż albo nie pojmujące co się do końca dzieje osoby wciąż tkwiły w miejscach niczym posążki. Sam Dumbledore nie poruszał się ani na krok, zdawał się być spokojny i zamyślony, choć dłoń na różdżce była napięta i zdradzała gotowość do posłużenia się w każdej chwili skutecznym zaklęciem.

Tym samym ogłaszam koniec balu, przynajmniej w sensie oficjalnym i nadzorowanym przez MG. Jeśli chcecie, możecie wciąż pisać, aż uznacie, że wasze postaci udały się do dormitoriów/gdziekolwiek indziej. Ostatecznie temat zostanie zamknięty (a postaci, które jeszcze tego nie zrobiły, dostaną wtedy automatyczne z/t), kiedy zakończy się krótka fabuła w WS.
Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze.
Zobacz profil autora
Rosalie Rabe
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/02/2015
Liczba postów : 549
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   Wto Kwi 14, 2015 5:09 pm

Świeże powietrze wlało się w jej płuca, kontrastując brutalnie z opuszczoną duchotą spoconych od tańca ciał i rozlanego alkoholu. Był cucący, zbawiennie uderzający do głowy, układając w nim większość tego, co było możliwe do poukładania. Bałagan, jaki panował na dziedzińcu był jeszcze większy niż w Sali; przy ścianach leżeli zmarznięci, półprzytomni uczniowie, inni płakali, jeszcze inni biegali jak szaleni rozrzucając koce na lewo i prawo. Widok był nieco przerażający, Rose miała wrażenie, jakby znalazła się w środku wojny, a zaraz sama z powrotem będzie musiała wrócić i walczyć za tych wszystkich obojętnych jej idiotów. Zrobiła kilka głębszych wdechów, opanowując drżenie ciała, i ruszyła przed siebie między spanikowanych ludzi.
Pociągnęła nosem kilkakrotnie, uświadamiając sobie, że po jej rozgrzanym policzku spływa kilka łez. Pospiesznie przetarła je wierzchem dłoni; nie z obawy zauważenia tego aktu słabości przez osobę nieodpowiednią, a z irracjonalnego strachu, że mogą od panującego dookoła zimna zamarznąć. Poza swoistym otępieniem, uczuciem pustki i wyziębieniem ze Ślizgonką było wszystko w porządku – względnie w porządku, można rzec – w porządku jak na ten moment.
Na polecenie wydane przez panią Pomfrey tylko obojętnie skinęła głową, rozkładając koc leżący nieopodal na ramionach krukońskiego partnera. Wydawał się nieobecny, nie zamierzała wyprowadzać go z tego stanu, niezbyt skora do rozmów. Przysiadła obok niego na noszach, obejmując zsiniałe kolana pokrytymi gęsią skórką rękami.
Było jej smutno. Czuła w każdej kości swojego marnego szkieletu, że zbliża się atak; godzina, może dwie, a całe jej ciało wypełnią drobne igiełki przeraźliwego bólu z którym ciężko sobie poradzić bez mocnych mikstur przeciwbólowych. Kąciki jej ust drgnęły odrobinę ku górze na ten fakt, ściągnął ją nieco na ziemię, przypomniał o codzienności, w której najmniejszą nawet cząstką siebie chciała zapomnieć o dzisiejszym wieczorze. O dementorach. Wystarczyła krótka styczność z tymi istotami, by znienawidzić je do reszty. Zakończenie balu dla Rosalie nie mogło być już gorsze. Nie mogło?
Sięgnęła po znajdujący się za Gabrielem drugi koc i opatuliła się nim, w nadziei, że gruby materiał szybko ją ogrzeje. Palce u rąk i stóp zaczęły zalewać miliony mikroskopijnych mrówek, gryzących i szczypiących. Co jak co, ale nie chciała w swoim życiu, i to tak wcześnie, doczekać się amputacji nogi. Nie przestawała trzeć dłoni, dając tym sobie złudne wrażenie wyimaginowanego grzania. Powstrzymała się przed wtuleniem do pierwszej lepszej przechodzącej osoby.
Potrzebowała  ciepła.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Bal z okazji nocy duchów   

 

Bal z okazji nocy duchów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 13 z 14Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14  Next

 Similar topics

-
» Spis Magii (forumowy)
» Sklep Magiczny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-