IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Cienisty zakątek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Francis T. Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Czw 05 Mar 2015, 21:08

Po prostu należało założyć, że niektóre rzeczy działy się. Właściwie, wszystkie rzeczy się działy, w mniejszy lub większy sposób, ale życie szło do przodu i z niektórymi z nich nie dało się wiele zrobić, a zbędne rozmyślanie wprowadzało jedynie w jakiś przykry stan przybicia emocjonalnego, które było niewskazane, zwłaszcza, kiedy znajdowało się w podobnie przyjemnym dla oka i duszy otoczeniu jak ten nieco zabawny duet.
Liście dalej opadały dookoła leniwie z drzew, wykładając trawę dookoła nich złocistym parkietem, a Francis leżał, jak go Merlin stworzył i próbował niezdarnie poderwać się do uznawanego społecznie pionu. Łagodny tembr jej śmiechu wkradł mu się do uszu i sprawił, że ten mimochodem uśmiechnął się jeszcze szerzej, a jakaś dziwna pogoda ducha nim zawładnęła w tym jednym momencie, zupełnie, jakby nie dzieliło ich wcale aż tak dużo, bo i ostatecznie - przecież tak było.
Pędy zwolniły swój intensywny uścisk, a Francis rozmasował delikatnie ramiona, na których nadal czuł ucisk po niedawnych pętach.
Z wdzięcznością przyjął jej wyciągniętą dłoń, złapał delikatnie, odrobinę nieśmiało z początku, odczuwając, że jest bardzo ciepła, jak panujące dookoła chłodnawe nieco warunki i kontrastowo delikatna, do jego własnej, która była lekko wyschnięta przez poranne mrozy. Wychodzi kto tutaj nie nosił rękawiczek! Podciągnął się z jej pomocą i niechętnie odrobinę puścił jej rękę, nie chcąc wprowadzać jakiejś niepokojącej atmosfery, chociaż coś w nim lekko zadrżało.
Uniósł lekko brew poweselały wyraźnie i pokiwał głową, wyczuwając jej entuzjazm, który kiełkował już jakiś czas, ale teraz ostatecznie wydostał się na zewnątrz pobudzony takim, cóż, nie można tego ukrywać, ale niemałym sukcesem. Francis zawsze wydawał się sobie być całkiem dobrym czarodziejem, w kwestii zaklęć ofensywnych i defensywnych, ale zawsze było jakieś ale. Zawsze brakowało mu tej kontroli, którą pokazała Wanda, rozpraszał się dość łatwo, tracił tok, jeśli coś innego docierało do jego myśli niż tylko gdybania o pojedynku. W pewnym stopniu, poczuł w tej chwili, że ich taktyki się odrobinę uzupełniają, w taki zabawny kontrastowy sposób.
- Mogłem, ale widzisz, Wando… - ciągnął, szczerze rozbawiony, otrzepując w międzyczasie spodnie z przyklejających się do nich kawałków wilgotnej trawy, małych patyków, czy innych elementów leśnego wystroju ściółki. - Nie zrobiłem tego. - skwitował rzeczowo, stwierdził właściwie fakt rzeczywisty, któremu, cóż, któremu nie mógł zaprzeczyć. Schylił się po swoją różdżkę i wcisnął ją za pasek.
- Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się zupełnie. Masz mnie, Panno Wando. - przyznał szczerze, odwracając się do młodej Whisperówny z jakąś lekką dumą widoczną w spojrzeniu. - I nie do końca rozumiem za co mi dziękujesz, ostatecznie, to tylko i wyłącznie twoja zasługa. - kontynuował, dość stanowczo, wzruszając ramionami.
Tak już było, to tak, jakby rolnik dziękował komuś, że mu płaci za wykonaną pracę. Nie było za co dziękować, wszystko w tej kwestii było zasługą własną. Francis nie zrobił właściwie nic niesamowitego, oprócz kierunkowania jej w odpowiednią stronę, podpowiadania delikatnie, przeważnie w taki sposób, żeby sama doszła do rozwiązania właściwego dla niej, zamiast podawać jej proste odpowiedzi na tacy, pod sam nos. Taka lekcja dawała więcej, plus, młody Lacroix widział w Wandzie potencjał na tyle duży, że wierzył, że jeśli da jej wędkę to sama doskonale nauczy się łowić wyborne ryby, ba, nawet lepsze niż on.
- To nie dotyczy zaklęć, ale pamiętaj proszę, Wando. Nie musisz nikomu za nic dziękować, jeśli zapracowałaś na to sama. - skwitował, kończąc ten temat, a tym samym swoje rozmyślania. Przyglądał się z uwagą jej intensywnej gestykulacji, uśmiechając się lekko. Całą sobą potwierdzała to, co zauważył wcześniej. Entuzjazm. Żywy płomień entuzjazmu, który w niej płonął i wydarł się na wierzch przy pierwszej okazji.
- Dzielna z ciebie uczennica, lekcje nauki patronusa o których słyszałem też pewnie idą ci wybornie? - zagaił lekko, szczerze zainteresowany tym tematem, wracając na swoje miejsce na pieńku. Ostatnio dużo się mówiło o nauce uczniów obrony przed dementorami, a jak by nie patrzeć, dotyczyło to też jego, w pewien bezpośredni sposób. Cieszył się, że ktoś podejmuje takie inicjatywy i dzieciaki, albo właściwie - dorośli już w większości ludzie, są bardziej pewni i wiedzą, jak bronić siebie i robią chociaż ten całkiem duży krok do przodu w kierunku bezpieczeństwa. Odwrócił się twarzą w stronę lasku i podwinął rękawy swetra.
-Jak wiesz, zaklęcia niewerbalne to zaklęcia ‘bez mówienia’. Słowa są zbędne. Zaraz to poczujesz. - stwierdził i przyłożył dłonie do ust tworząc naturalny megafon. Wziął głęboki wdech, wstrzymał przez moment powietrze w płucach i wydarł się, dość grubym głosem, przecinając sielską ciszę. -Halo halo! Depulso! - echo rozniosło ten hałas za nimi, a Francis zapraszającym gestem zachęcił Wandę do, cóż, do zdecydowanie nie zachowywania się jak dorosły.
Ale najlepsze wartości edukacyjne są ukryte w zabawie.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Czw 05 Mar 2015, 21:09

W gruncie rzeczy to każdy z nas był kowalem swojego losu i to on w dużej mierze decydował o tym co ma zrobić, a czego robić nie powinien, prawda? Więc tak naprawdę to my sprawiamy, że nasze życie jest takie, a nie inne. Oczywiście wyłączając wszelkie wypadki losowe, jak nagła śmierć kogoś bliskiego, nieszczęśliwe zakochanie czy tego typu sprawy. Są jednak przypadki kiedy to my działamy, to my wiemy co wykonać by żyło nam się lepiej. Tak samo jak panna Whisper, chociaż niepozorna miała plany na siebie, na swoją przyszłość i chciała je zrealizować. Krok po kroku chcąc również pokazać nie tylko samozaparcie ale i wewnętrzną siłę i to, że każdy – każdy niezależnie od statusu, płci i przeżyć jest w stanie osiągnąć coś wielkiego. Wystarczyły marzenia, czyste serce i silne wspomnienia.
Pomogła mu wstać, z należytą sumiennością i przykładnością oraz delikatnym uśmiechem na ustach. To, że jej się znowu coś udało wprawiało ją w stan pewnej euforii – czuła, że teraz bez problemu mogłaby zacząć przenosić góry, gdyby tylko jakieś znalazła! Puściła niemal natychmiast jego dłoń, dużo większą od jej własnej gdy tylko przeszedł ją dziwny dreszcz – zupełnie jakby kopnął ją prąd, jakby sama była naelektryzowana. Nie zmieniła jednak pozycji tylko dalej szczerzyła się jak głupia do swojego nauczyciela, oszołomiona tym wszystkim. To było zbyt proste! Podejrzewała, że w pewnym sensie Francis z sympatii pozwolił, by jej zaklęcie się udało – ale w takim razie po co byłaby odgrywana ta cała szopka, jeżeli to było tylko na pokaz, a w praktyce nic nie będzie potrafiła zrobić? Rozmyślała nad tym intensywnie po chwili zwyczajnie dając sobie z tym spokój. Jeżeli się jej udało, a faktycznie tak było, to miała kolejny powód do dumy. Wpierw wyczarowanie Patronusa – udało się jej to jako pierwszej uczennicy w szkole, co było naprawdę sporym osiągnięciem zważywszy na fakt, że ów czar polegał na przywołaniu jak najżywszych i słodkich wspomnień z życia czarującego. Można by powiedzieć, że to nic trudnego, prawda? Ale biorąc pod uwagę fakt, że w te wakacje Whisperówna straciła drugiego z rodziców, została sierotą, a chłopak, z którym poniekąd była związana zaczął jej wygrażać…cóż. Miała niejako utrudnione zadanie, ale efekt był jaki był. Z czego również była niezmiernie dumna.
Pochyliła głowę i z zaciekawieniem obserwowała jak ten otrzepuje spodnie z paprochów, podnosi swoją różdżkę, której dopiero teraz skrupulatnie się przyjrzała – zmarszczyła brwi bo nie do końca mogła rozpoznać drzewo, z którego było wykonane. Podniosła wzrok na twarz stażysty zaraz przyznając mu rację.
- No dobrze, mam Pana! Ale następnym razem proszę mnie nie oszczędzać! – Roześmiała się znowu, nie wiadomo czym tak naprawdę rozbawiona i zaraz przekręciła różdżkę w dłoni sprawdzając jej ułożenie i czy leży w jej łapie tak jak zwykle. Leżała.
Słuchała zaskoczona jego słów, w duchu myśląc, że najpewniej ten wie co mówi – w końcu jest pedagogiem, współpracuje z dzieciarnią – igrające chochliki w jej oczach odbijały się od światła jesiennego słońca, a ona dalej stała jak stała. Przez chwilę tuptała w miejscu, by rozprostować kości, uzdatnić krążenie, jednak nie spuszczała z niego wzroku. Po pierwsze – nie chciała wyjść na niekulturalną, bowiem zawsze jej wpajano, że podczas rozmowy należy patrzeć rozmówcy w oczy. Po drugie – bławatkowy odcień jego oczu był niezwykle przyjemny w odbiorze. Zapytana o Patronusa spięła się i przestąpiła z nogi na nogę. Nie lubiła się chwalić każdemu na prawo i lewo co udało się jej wyczarować – nie była tego typu osobą, która musi wszystkim rozgadać czego też to nie potrafi.
- Ojej. – Stropiła się wpierw zanim powiedziała coś konkretnego.
- Jestem już po trzeciej lekcji. Grupa nie jest duża, co mnie cieszy, bo nauczyciel może skupić się na jednostkach, a nie na całości. Zauważa wtedy więcej rzeczy, może do każdego podejść i potraktować go indywidualnie. Nie jesteśmy do końca zgrani, bo w grupie znajduje się dziewczyna, która niezbyt mnie lubi... – Przy tych słowach parsknęła, jakby opowiedziała dobry żart. Mimo śmiechu można było zauważyć, że niezbyt jej to odpowiada, ale ciągnęła dalej.
- Pan Wilson mimo, że jest chyba największym gburem na całej planecie potrafi wiele. Ma niekonwencjonalne sposoby nauczania, bo dają efekty. Wszystko powoli, ale skutecznie. – Dokończyła zgrabnie, wcześniej zniżając głos do szeptu gdy zaczęła mówić o aurorze. Największym postrachu uczniów. Mrugnęła okiem do Francisa, bo miała nadzieję, ze ten jej nie wyda, że tak się o nim wyraziła. Na szczęście tematyka ich rozmowy znowu się zmieniła, a ta dyskretnie odetchnęła z ulgą, że nie muszą rozmawiać o jej postępach. Nie pochwaliła się tym, że to jej udało się wyczarować cielesne zwierzę magiczne – czułaby się niezręcznie mówiąc o tym. Spojrzała jednak na nauczyciela ponownie i kiedy ten zwijał w trąbkę dłonie ta uniosła brwi nie wiedząc do końca o co chodzi.
- Mam się wydzierać? Po co? Czy to w czymś pomoże? – Spytała będąc odrobinę sceptycznie nastawiona do ów pomysłu – po chwili walki ze sobą i zazgrzytania zębami kiedy ten wydarł się jej nad uchem, schowała różdżkę i rozluźniła się ponownie. Strząsnęła nadmiar energii z ramiona i odchrząknęła.
- Tylko żeby nikt nas nie zamknął w Mungu za takie zachowanie. Bierze Pan za mnie w tej chwili odpowiedzialność! – Jej śmiech ponownie rozniósł się po zagajniku, tak samo jak zaraz jej głos.
- Duro! – Krzyknęła z pełną parą w płucach, wcześniej opierając kanty dłoni po obu stronach ust. Wyszło na to, że chciała wszystkich zamienić w kamień. Cóż, z transmutacji była niezła!
Czuła się wolna, niespętana nie tylko marnymi obietnicami dotyczące lepszego dnia, marzeń czy innych spraw przyziemnych. Była wolna! Otaczała ją zieleń, natura. Odetchnęła głęboko.
Zobacz profil autora
Francis T. Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Czw 05 Mar 2015, 21:11


Były sytuacje gdzie nie było miejsca na sympatię. Jakikolwiek uczucia żywił do Wandy sam Francis nie chciałby sprawiać pozorów. Te tylko psuły wzajemne relacje i dawały iluzoryczne, chwilowe szczęście za cenę późniejszego zawodu, który bolałby bardziej niż szczere słowa wcześniej. Więc nie, nie było żadnego szwindla, nie było podpuchy ze strony młodego Lacroixa. Panna Whisper wyczuła moment i go wykorzystała, należała się za to pochwała, co nie zmieniało faktu, ze przed nimi jeszcze długa droga, a wszystko wskazywało na to, że oboje będą mogli się nauczyć dużo od siebie nawzajem. Zaleta sama w sobie, czyż nie?
Francis był pedagogiem. Tak myślało całe otoczenie, tak myśleli uczniowie, jego rodzina, ludzie, którzy znali go pobieżnie i słyszeli, że uczy w szkole. Bo i taka była prawda, teoretycznie. Jednak młody Lacroix nie czuł się pedagogiem w żadnym stopniu, nie znał teorii, nie wiedział jak właściwie, z ‘psychologicznego’ punktu widzenia, powinien podejść do uczniów, jak analizować ich problemy i trudności. Właściwie, nie chciał tego robić, obawiał się, że to doda jego pracy jakiejś mechaniki, w której bardziej niż rozsądkiem i wyczuciem, będzie się kierował dziwnymi, wykutymi zachowaniami. Byłoby to odrobinę przykre, ba, nawet bardzo. Dlatego Francis wolał po prostu brać sprawę instynktownie. Zwłaszcza, że nie był nauczycielem w ścisłym tego słowa znaczeniu, a jedynie stażystą. Traktował ich raczej jak ludzi równych sobie, improwizował w dużej mierze ze swoimi metodami, próbował nauczyć ich tego, czego był zmuszony niegdyś nauczyć się samodzielnie, z ksiąg i zasłyszanych relacji z pojedynków czy wykładów. Współpraca, o to mu chodziło.
Uśmiechał się nadal, widząc jej entuzjazm. Ciepłe, miodowe spojrzenie utkwione było w jego, w ten przyjemny i wypełniony spokojem, ale też ekscytacją, sposób. Wcześniej Francis nie zwrócił uwagi na kolor wandowych oczu, niezbyt często to robił, tak samo, jak niezbyt często poświęcał aż tyle uwagi takim pozornym detalom, jednak tym razem było odrobinę inaczej.
Prawa brew Francuza powędrowała nieznacznie w górę, kiedy Krukonka wyraźnie skorbiła się niedawno zadanym przez niego pytaniem o patronusa, rozbawiony lekko przysłuchiwał się jej odpowiedzi i wyczuwając wyraźnie, że ucieka od odpowiedzi na jego pytanie wprost, domyślał się przyczyn, ba, plotki między nauczycielami rozchodziły się dość szybko i młody Lacroix kiwał głową posyłając jej ciepły półuśmiech. Zastanawiał się przez chwilę nad ‘elementem niepożądanym’ w ich grupie i pokiwał tylko grzecznie głową, notując jej słowa uważnie w pamięci, jak robił z resztą z każdą usłyszaną informacją, a kiedy padło wspomnienie legendarnej Czarnej Łapy aurorów wybuchnął krótkim, poczciwym śmiechem. Legenda wiecznie żywa i wyglądało na to, że każdy w Anglii i nie tylko zna już poczciwego Pana Jareda, który mimo, że był częstym tematem dowcipów ze względu na jego naturalny, cóż, niezbyt optymistyczny stosunek do życia nadal budził ogromny szacunek, bo był czarodziejem jedynym w swoim rodzaju.
- Oczywiście, że Wilson jest gburem. Ale to poczciwy gbur. I dobrze uczy. - stwierdził, podchwytując jej mrugnięcie, które odwzajemnił. -Wszyscy wiedzą o jego zrzędliwości, nawet on, ale spokojnie, Panno Wando. Zostawię to między nami. - skwitował spokojnym tonem, ten czarnoskóry auror powoli urastał do rangi wartości uniwersalnej, tematu, który wraca zawsze w ten sympatyczny sposób, czasami zabawny, ale zawsze kojarzący się z pozytywnymi cechami, cóż, poza jego marudnością, rzecz jasna, w której też było coś w dużej mierze zabawnego.
Orzeźwiający krzyk wydobył się z jego płuc, przeciął ciszę poranka, a Francis poczuł się dużo młodziej, na dziesięć, a nie dwadzieścia lat. Chłodne powietrze zawirowało w krtani, a echo niosło jeszcze przez moment ich głosy, podbijając do lotu grupę ptaków, z trzepotem skrzydeł wbijających się w powietrze.
- Czy to w czymś pomoże?! - zapytał, szczerze zdziwiony tym irracjonalnym z jego punktu widzenia pytaniem. -Oczywiście, że pomoże! - rzucił, pełen najprawdziwszego entuzjazmu, z lekko zarumienionymi policzkami, przyśpieszonym oddechem i postawą świadczącą, że jest gotów zrobić to jeszcze raz. Przyłożył dłonie podobnie do ust, nie udzielając jej większej odpowiedzi, uśmiechnął się do niej tylko lekko zaczepnie, jakby wyzywając na swoisty, niewypowiedziany pojedynek. Nabrał powietrza i przy wydechu huknął.
- Salvio Hexia! Confringo! Quietus! Misertus! Pripendo! - krzyczał ożywiony, niekiedy zdradzając swój akcent przypadkowo, przerywając tylko na krótkie momenty, żeby wziąć oddech i zebrać siły na następną salwę. Spojrzał na Wandę, z początku kątem oka, a potem bardziej otwarcie, zdecydowanie. Zastanawiał się, czy zrozumie o co mu chodziło, nie chciał podpowiadać. Wolał, żeby sama wzięła to pod rozwagę, a prawda była taka, że nauka z tej lekcji była dość uniwersalna i każdy mógł dopasować ją pod siebie, co stanowiło pewien rodzaj esencji. Może czasy były niepewne, może było źle, może było nawet gorzej, ale nie trzeba było się bać, jakkolwiek irracjonalnie to brzmiało. Byli młodzi i naturalne, że bali się śmierci, swojej, swoich bliskich, desperacko próbowali znaleźć punkt zaczepienia. Wszyscy uczyli ich ostrożności, ale nikt nie uczył ich krzyczeć, nikt nie pozwalał im na to w cichej z natury, mimo tłumów, atmosferze zamku. Moment spędził w milczeniu, patrząc jeszcze w las, wsłuchując w ostatnie odgłosy echa rozbrzmiewające jeszcze w oddali, między drzewami. Chwila ciszy napawała go pewną melancholią, nie typową dla jesieni chandrą czy irytacją, która zwykle zaczynała ogarniać wszystkich w okolicach listopada. Czuł się dobrze, w ten najzwyklejszy na świecie sposób.
Zeskoczył z pieńka i ukłonił się, jak aktor po udanym spektaklu.
- Dziękuję, Panno Whisper. Na dzisiaj wystarczy. - zarządził, z nadal różowymi policzkami i nieco przyśpieszonym oddechem. Zaraz pacnął się w czoło delikatnie, zupełnie jak ktoś, kto przypomina sobie nie o żelazku czy mleko, ale o czymś stanowczo, stanowczo ważniejszym.
- Ah. I jeszcze jedno! Chwilę po proszę! - rzucił, odwracając się na pięcie. Rozglądał się moment dookoła, aż w końcu wszedł w lasek, podnosił nogi wysoko, przechodząc między krzewami, strącając pojedyncze krople rosy z liści i nie martwiąc się już wszechobecnymi latem pajęczynami, nieprzyjemnie wplątującymi się w swetry, takie jak, dla przykładu, ten jego. Zniknął na moment Krukonce z oczu, żeby wrócić parę minut później. Słońce wzeszło już wyżej, zaraz pierwsi uczniowie, i członkowie grona pedagogicznego, zaczną staczać się z łózek. Wypadało się śpieszyć. W dłoni młodego stażysty można było dostrzec nie duży bukiecik. Parę ziół, najzwyczajniejszych, które kwitły właśnie w tym okresie. Wierzbówka. Kosaciec. Wierzbówka i żmijowiec. Francis uśmiechał się promiennie i przystanął przed Krukonką wręczając jej, cóż, skromny ale sympatyczny bukiecik.
- Miałbym prośbę, żeby fakt naszych zajęć został, cóż, między nami. Niezbyt dobrze mogłoby się dla mnie skończyć, jeśli ta informacja rozejdzie się po szkole. Więc uznajmy, że tego poranka wybrałaś się na spacer pozbierać parę ziół na zajęcia, albo po prostu, do wazonu. - wyjaśnił spokojnie i przeczesał włosy palcami, wyczuł w nich coś dziwnego i zaraz wyciągnął liść, dość spory, dębowy i ciepło bursztynowy. Mruknął w zastanowieniu, ale w końcu odrzucił go za siebie, z wyczekiwaniem trzymając łapkę z Zestawem Ziółek Idealnych przed sobą.
-I widziałem, jak się przyglądasz. - zaczął ostrożnie i uśmiechnął się zadziornie nieco. -Dereń.

Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Czw 05 Mar 2015, 21:12

Zawsze lepszą opcją jest prawda, szczerość, a nie głupie półsłówka czy mydlenie oczu niemożliwym. Wanda odkąd pojęła czym tak naprawdę jest życie wystrzegała się kłamstwa, tego ciężkiego kalibru bo wielokrotnie udowadniano jej, że ono ma krótkie nogi i prędzej czy później to co zostało zamazane wyjdzie na jaw. Konsekwencje są różne, od braku zaufania osób ważnych do zwykłych kar cielesnych. Jednak czy nie gorsze są blizny pozostawione przez świadomość? Być może.
Krukonka nigdy nie wiązała swojego dalszego życia z nauczaniem innym – nie chciała zostać nauczyciele, stażystką, kimkolwiek innym. Już teraz, gdy przychodziło jej pomagać uczniom, rówieśnikom czy tym młodszym miała niekiedy problem ze zrozumieniem ich toku myślenia. Nie to, że byli głupsi od niej, a mieli inne poczucie wartości, inny system. I choć odsetek spaczonych umysłowo osób był stosunkowo niewielki i tak skutecznie obrzydził Wandzie zawód pedagoga. Drugą sprawą było jednak to, że w głębi serca dziewczyna chciała po prostu na coś się przydać światu, chciała walczyć o swoje przekonania i właściwe według niej zachowania. To wiązało się z poświęceniem, a tego u niej nie brakowało. Tak samo jak logiki czy inteligenci. Od kilku lat planowała zostać aurorem, już teraz skrupulatnie przygotowywała się do trudnych egzaminów zaczytując się w odpowiedniej lekturze. Malo osób jednak wiedziało kim chce zostać w przyszłości – wszyscy wróżyli jej nudną i papierkowa robotę w Ministerstwie, bez czego pewnie się nie obejdzie – początkowo każdy tam lądował, a z właściwymi ocenami miał szansę zajść naprawdę wysoko. Wszystko jednak zależało od znajomości czy samozaparcia. Obie te cechy dziewczę posiadało.
Słysząc śmiech Francisa otworzyła usta w zdziwieniu obserwując jednocześnie reakcję młodego stażysty, który chyba tak jak ona podzielał zdanie co do Wilsona, który ostatnio był nie tylko nazywany postrachem wśród uczniów, ale również jako jednym z lepszych w swym fachu. Nie dało się tego ukryć ani temu zaprzeczyć skoro takie były fakty. Uśmiechnęła się po chwili, dosyć niepewnie bo sama poczuła się zbita z tropu. Powrócili jednak do tematu ich spotkania, o co w sumie chodziło głównie Wandzie, reszta schodziła w tym czasie na drugi plan.
Zaobserwowała jak jego pociągła twarz nabiera rumieńców, jak błysk w oku mówi więcej niż powinien, a jego grymas się poszerza. Zmarszczyła brwi i coś ją tknęło. Przygryzła wargę i parsknęła zaraz w typie Ja tego nie zrobię? Oczywiście nie powiedziała nic, nie skomentowała tylko dalej spoglądała na swojego mentora zastanawiając się czy znowu powinna wziąć z niego przykład. Coś w środku podpowiadało jej, że naprawdę będzie dobrze się bawić. Krzyk był bardzo oczyszczający, pozwalał wyzwolić mnóstwo energii tak kłębiącej się w środku ciała i duszy. Gdy ten wykrzykiwał dobrze znane jej zaklęcia ona zaśmiewała się niemal do łez. Nie wytrzymała, wszystko w niej puściło. Ramiona się jej trzęsły od kolejnych salw śmiechu, bo widok był i niecodzienny i tak sympatyczny, ze ta ledwo powstrzymywała delikatne parsknięcia.
- Obscuro! Protego! Riddiculus! – Nabrała powietrza w płuca i wykrzyczała to co jej na sercu leżało. Uniosła ramiona do góry i wystawiła twarz do tego jesiennego słońca, które zerkało na nich nieśmiało spomiędzy listowia i chmary wielu drzew ich otaczających. Odeszła od mężczyzny kilka kroków i dalej nawoływała zdzierając sobie gardło niemal do bólu, do momentu kiedy ta nie poczuła, że zachciało jej się pić.
- Aquamenti! – Wydarła się raz jeszcze śmiejąc się pod nosem, że faktycznie woda by się jej przydała. Odgarnęła włosy z buzi i przystanęła wsłuchując się w echo niesione przez las, w swój głos, powoli niknący w zaroślach zmieszany z basem Francisa, który chyba tak jak i ona na nowo poczuł się małym dzieckiem. Westchnęła zadowolona, jak to miała ostatnio w zwyczaju i odwróciła się w stronę stażysty, który akurat poinformował ją o chwilowej nieobecności. Zamrugała zdziwiona, nie wiedząc do końca o co może mu chodzić, ale kiwnęła głową nie zdradzając się z niczym. Odprowadziła go wzrokiem w milczeniu i podciągnęła rękawy bluzy po starszym bracie, która jeszcze nosiła w sobie jego zapach.
Gdy ten powrócił zaraz, za moment, dosłownie za kilka minut i trzymał w dłoniach zwyczajny bukiecik zielska ta zaśmiała się znowu – lekko histerycznie bo nie do końca wiedziała co się kroi, co się święci. Poczuła się nieswojo, jednak bukiet przyjęła momentalnie wtulając twarz w rośliny rozpoznając tylko niektóre z nich. Świeża mieszanka, dobrze. Podniosła piwne spojrzenie na twarz Lacroixa - pytanie czaiło się w jej oczach.
- Zaraz… – Zaczęła czując jak ciśnienie się jej podnosi. Odetchnęła głębiej niemal przytulając zaborczo podarunek od Francuza. Jej mina zdradzała zdezorientowanie i niepewność.
- To znaczy, że robimy coś nielegalnie? Ja, ja nie wiedziałam, że należy mieć jakieś pozwolenie przy nauczaniu tego typu magii, myślałam, że to normalne, że… O Merlinie, przepraszam. Nie musi mnie Pan uczyć. Jeżeli ma Pan mieć jakieś problemy z mojego powodu, to naprawdę możemy zaprzestać, a ja po prostu znajdę inny sposób. – Otworzyła szerzej patrzałki i zalała lawiną słów młodego towarzysza – mówiła szybko, prędko, jakby ktoś ja gonił – twarz jej poczerwieniała, a ona sama dalej była skołowana, bo to, że spotkali się tutaj było nie tylko czymś miłym, ale również jak się okazało było poświęceniem. Przez chwilę złapały ją wątpliwości czy w ogóle powinni kontynuować te zajęcia. Nie miała czasu się jednak nad tym zastanowić, bo ten znowu się uśmiechnął czym wprowadził pannę Whisper w konsternację. Zauważył, że patrzyła się na jego różdżkę.
- Dereń? Nietypowy budulec. – Skomentowała cicho, dalej czerwieniąc się jak piwonia.
Co robić?
Zobacz profil autora
Francis T. Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Czw 05 Mar 2015, 21:13

Układy były różne. Mniej lub bardziej równe, jednak fakt faktem, Francis nigdy nie wchodził w układ jeśli nie chciał. Dlatego rozmówił się z Alice w taki, a nie inny sposób, dlatego unikał dziedziczenia fortuny i dlatego robił wszystko, żeby móc robić tylko to, co uważa za odpowiednie i do czego podchodzi z sercem.
Przyglądał się uważnie, jak Krukonka w ślad za nim wykrzykuje zaklęcia w pustkę, w przestrzeń, rozluźnia się i pozwolą sobie być nikim innym jak sobą. Poza pozornie przestronnymi korytarzami zamku, poza słuchem nauczycieli i kolegów, poza kimkolwiek, oprócz Francisa, który stał tylko z boku i uczestniczył w tej scenie, nie jak reżyser, ale jako towarzysz.
Jak przy zaklęciach. Nie potrzebowała scenarzysty czy kogoś, kto ją skontroluje, potrzebowała kogoś, kto powie jej, że jeśli ktoś ma prawo czegoś od niej wymagać to ona sama. On tylko cicho, niczym sufler ze swojej budki skrytej w cieniu sceny, podpowiadał nieśmiało, rzucał sugestie, dając jej szanse samej próbować, jak tylko będzie chciała. Ostatecznie, wszyscy byliśmy tylko aktorami bez scenariusza, którzy podejmowali próby przebrnięcia przez życie jak najlepiej, odnosząc jak najwięcej sukcesów.
Przysłuchiwał się Wandzie uważnie, lekkim uśmiechem odpowiadając na jej zdezorientowanie i delikatny przestrach, słyszalny w słowach, które wydobywały się z jej ust, swoją drogą, bardzo atrakcyjnych, co stażysta kątem oka zauważył. Tak samo jak jej pokraśniałe policzki i przyśpieszony oddech, nie wiedzieć czy z powodu krzyku i rozluźnienia, czy przez to nagłe zakłopotanie, którym się otuliła.
- Nie muszę, ale chcę. Ja jestem gotowy podjąć to ryzyko. Już zdecydowałem. A ty? - odpowiedział stanowczo. Mimo uśmiechu na jego twarzy i awanturniczego błysku w oku ton stażysty wskazywał jednoznacznie, że jest bardzo poważny i słowa, która wypowiada waży ostrożnie, z pełną świadomością jaką wartość ze sobą niosą. I Lacroix nie kłamał.
Wyciągnął przed siebie dłoń, lekko poczerwieniałą i suchą od chłodu, ale nadal bijącą jakimś ciepłem. Francis wydawał się pewien swoich słów, pokazywał to całym sobą, w dużej mierze - bardzo nieświadomie. Stał wyprostowany, bez żadnej wątpliwości wypisanej na jego twarzy, emanujący jakimś wewnętrznym spokojem i może odrobinę nawet młodzieńczą chęcią przygody, pobłyskująca w jego bławatkowych oczach, jakby wiedział, ze nie do końca powinni to robić, ale jednocześnie ze świadomością, że jest to krok potrzebny, krok, którego nie będą żałować bo czynią go oboje w słusznej sprawie. I brzmiało to, przed czym do końca sam nie chciał przyznać, jak przygoda. Chciał uczyć Wandę zaklęć, a ta nutka adrenaliny, poczucie, że nie można się z tym afiszować, że mają wspólny sekret, tylko pobudzała jego i tak naturalnie duży entuzjazm. Rozważał nawet, jeśli sprawdzą się jego solidne już przypuszczenia co do stanu umiejętności młodej Krukonki, wcielenie jej w pewien plan, chociaż na to także miał jeszcze nadejść odpowiedni czas i pora.
Francis potrzebował towarzystwa, co sobie uświadomił podczas tego niezbyt długiego spotkania. Odświeżającym było dostać możliwość bycia po prostu sobą, robienia tego co się kocha i nie udawaniu innego człowieka, ubieraniu się w jakieś maski do jakich zobowiązywała go jego pozycja w szkole, społeczeństwie czy w rodzinie. Nie musiał spełniać niczyich wymagań, mógł sobie pozwolić na tę odrobinę bycia sobą, bez żadnej presji, za cenę nauki, która jemu też przynosiła przyjemność i z której sam wiele wynosił. Praca zespołowa.
- Wchodzisz w to, Wando? - zapytał jeszcze. Miękko, łagodnie, sugerując jasno swoim tonem co o tym myśli, ale jednocześnie nie naciskając, pozostawiając Krukonce wolne pole do decyzji. Ostatecznie, podejmowali ryzyko, wcale nie takie małe, ale oboje po równo. Francis wolał nie zastanawiać się jak by się to skończyło, gdyby cała sprawa wyszła na wierzch. Chociaż, może diabeł nie był aż taki straszny, jak go malowali? Przecież po prostu uczyli się zaklęć, a nie utrzymywali w tajemnicy przed światem jakiś namiętny, zakazany przez konwenanse romans. Prawda?
Zauważył w końcu żołty pyłek z podarowanego bukietu ziół, które Wanda przytulała teraz kurczowo, nieco zaborczym gestem do piersi, na nosie Krukonki. Francis wskazał palcem lewej dłoni na swój własny nos, który podrapał w wymownym geście. W końcu zrezygnował i sam delikatnie strącił go z wyraźną ostrożnością.
- I masz pyłek na nosie. Miałaś. - wyjaśnił krótko.
Odwrócił się i spojrzał na niebo, słońce było już wysoko nad horyzontem, a to oznaczało tylko jedno. Westchnął ciężko i podszedł do torby, zebrał swoje rzeczy spokojnie, w paru sprawnych ruchach.
Nie minęło parę minut, a po duecie, który zebrał się w zagajniku na małą lekcję magii nie zostało nic. Kto wie jak długo?


z.tx2
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Pią 08 Maj 2015, 14:36

STOP
Gdyby nie to, że czuła, że nie może uchylić się od konieczności udania się w ścisle określone miejsce pośrodku szkolnych błoni, wcale nie wyszłaby tego dnia z łóżka. Była sobota. Za oknem było deszczowo i pochmurnie, a wszystko jakby krzyczało, żeby szczelniej otulić się pierzyną i nie wyściubiać nosa poza bezpieczne dormitorium, gdzie przechadzały się Wandy, Lancastery i inne osobniki zatruwające jej ostatnimi czasy życie (i vice versa, jak przypuszczała).
Czasem jednak bywa tak, że musimy zrobić coś, co absolutnie i nawet w najmniejszym stopniu się nam nie podoba. Z różnych przyczyn, w przypadku Sol przyczyną tą był zaś Tytan we własnej osobie. Wygonił ją z łóżka, kazał się ubrać (nie przejmując się jednak estetyką tego stroju), wygonił z dormitorium i zaprowadził pomiędzy drzewa, ale nie do Zakazanego Lasu, a do miejsca, w którym wciąż znajdował się (porośnięty kocimiętką) grób Luny.
Przemierzała błonia dość nieprzytomnie, potykając się od czasu do czasu, raz nawet przewracając. Miała wrażenie, jakby jakaś obca siła powoli przejmowała kontrolę nad jej ciałem, sprawiając, że stała się niezgrabna i niezdarna. W końcu jednak udało jej się dobrnąć do pierwszych drzew zagajnika, oprzeć się o nie ciężko dysząc, choć nie było na to dobrego wytłumaczenia, bo przecież pokonanie tej krótkiej trasy nie powinno było jej zmęczyć.
Oparła dłonie na kolanach, pochylając się i pozwalając, żeby włosy zakryły jej twarz splataną kurtyną. Nie wiedziała, dlaczego tutaj przyszła, nie do końca była też świadoma wpływu Tytana, na tę okoliczność. Nie ulegało natomiast wątpliwości, że stała w delikatnej mżawce, drżąc z zimna bądź zmęczenia gdzieś daleko od Ciepłego łózka i czekała na coś, czego nie potrafiła nazwać ani nawet bliżej określić.
Zobacz profil autora
Collin Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Pią 08 Maj 2015, 15:04

Z okna piątego piętra zobaczył Soleil potykającą się o własne nogi i zmierzającą w nieznanym nikomu celu. Collin już od dawna przymierzał się do spotkania z byłą partnerką balu, jednakże zawsze pojawiał się powód, aby odłożyć to w czasie. Wstydził się spojrzeć w oczy Sol pamiętając jak dał ciała. Tylko on stracił przytomność na balu i spędził w skrzydle szpitalnym trzy dni, co było niewątpliwie powodem do wstydu. Przełykając mieszane uczucia wyszedł z Hogwartu, kierując się automatycznie na błonia. Postawił kołnierzyk kurtki, kryjąc dłonie w jej kieszeniach i chroniąc się przed zimnem niespiesznie pokonywał pagórki. Upłynęło raptem kilka minut, gdy jego oczom ponownie ukazała się sylwetka Gryfonki opierającej się o drzewo. Cóż ona robiła w taką pogodę na dworze? Ciemne chmury na niebie zapowiadały rychłe opady deszczu. 
- Cześć, Sol. W porządku? Potknęłaś się trzy razy na płaskiej powierzchni. - przesunął się do przodu, aby mogła zobaczyć łagodny uśmiech chłopaka i smutne niebieskie tęczówki. Rozejrzał się z zaciekawieniem po najbliżej okolicy, unosząc blade brwi (nie odrosły do końca po pamiętnym wybuchu eliksiru) wyraźnie zaskoczony scenerią.
- Nigdy tutaj nie byłem. Co to za miejsce? - Co tutaj robimy? Przyglądał się bladym licom Soleil, która wyglądała jakby jeszcze spała i nie wiedziała, że wyszła w ogóle z łóżka. Patrzył nań łagodnie i życzliwie, pragnąc za wszelką cenę zatuszować niemiłe pierwsze wrażenie 31 października. Trzynastolatek oparł się plecami o pobliski pień, ubrany na czarno od stóp do głów. Ostatnie dni nie były dla niego łatwe. Nie potrafił skupić się na lekcjach ani nie miał najmniejszej ochoty na odbieranie listów od zrozpaczonej matki. Dorosła kobieta nie potrafiła poradzić sobie ze stratą męża, z którym i tak się rozwodziła. Przelewała na Collina toksyczną troskę, osaczając go ze wszystek stron. Dwayne zrobił się nieznośny, wygrażał się non stop i zachowywał po prostu jak dzieciak. Nic więc dziwnego, że Collin był psychicznie wykończony, wszak to na jego barki została zrzucona odpowiedzialność i bycie "tym silnym". To on jest najdoroślejszy z tej trójki, a fizycznie był od nich młodszy. Pogoda nie sprzyjała poprawie nastroju. 
Powrócił na ziemię, odszukując dużych oczu Soleil, aby usunąć z sumienia listę "trudnych obowiązków".
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Nie 10 Maj 2015, 17:20

Sol z doświadczenia wiedziała, że wiek i poczucie odpowiedzialności bardzo często niewiele mają ze sobą wspólnego, wbrew temu, co zdawała się uważać znakomita większość populacji. Prawdę powiedziawszy miałam nawet niekiedy wrażenie, że to na barki najmłodszych członków familii spada największa odpowiedzialność, choć nie do końca potrafiła wytłumaczyć dlaczego i jak to się dzieje. Ona także, w okresie zaraz po śmierci Daga, kiedy jej rodzice powoli zaczęli dojrzewać do decyzji o rozwodzie, a właściwie nie tak powoli, bo papiery były podpisane w kilka miesięcy po pogrzebie ich jedynego syna, musiała znaleźć w sobie dość energii, aby pomimo pożerającego ją smutku i wyrzutów sumienia, móc wspierać oboje rodzicieli i nie raz siłą wypychać ich z łóżek i domu, aby nie pogrążyli się w całkowitej apatii. Bardzo zresztą prawdopodobne, że ją samą też to uratowało przed podobnym losem.
Nie zauważyła przybycia Collina, bo wszystko zasłaniały jej włosy, ale nic nie tłumaczyło faktu, że nie usłyszała jego kroków. Nie była zamyślona, prawdę powiedziawszy jej głowę wypełniała niepokojąca pustka, jakby nie potrafiła się skoncentrować nawet na tyle, aby nadać swoim myślom jakiś konkretny kierunek i temat. Po prostu trwała zgięta w pół, z palcami zaciśniętymi mocno na udach, oddychając ciężko i zaciskając oczy, nie dlatego, że coś ją bolało, ale ze zwyczajnego zmęczenia, podobnie niewytłumaczalnego jak ta pustka w głowie. Kiedy jednak dotarł do niej cichy głos byłego partnera i kolegi z domu, podniosła głowę i wlepiła w niego nieco rozkojarzone spojrzenie, które po chwili nabrało jednak wyrazu świadczącego o tym, że rozpoznała osobę, która z jakichś powodów uznała za stosowne również wyjść z łóżka o tak wczesnej porze i podążyć za nią na błonia mimo niesprzyjającej pogody.
- Prawdę mówiąc chyba nie do końca jest w porządku. – wydusiła z siebie w końcu, chwiejąc się lekko i bezwładnie osuwając się po pniu na wilgotną ziemię. - Kręci mi się w głowie i nie czuję się najlepiej, potrzebowałam chyba zaczerpnąć trochę powietrza. – usiłowała wytłumaczyć Collinowi swoją obecność na dworze, równocześnie szukając chyba powodów sama dla siebie. Bo co robiła wbrew wszystkiemu, w ten zimny i wietrzny poranek właśnie tutaj? Zamiast wylegiwać się w ciepłej pościeli? Albo jeść śniadanie z innymi, normalnymi uczniami?
- Przypuszczam, że to zwyczajny zagajnik. Pewnie dawniej Zakazany Las był znacznie bardziej rozległy. – zaryzykowała stwierdzeniem, sama też nie miała pojęcia, czy to miejsce posiadało jakąś nazwę i było znaczące dla kogoś poza nią samą - Ja pochowałam tutaj moją kotkę, Lunę. – dodała po chwili, wskazując dłonią na niewielki kopczyk ukryty pod kwitnącą w swoim czasie niczym szalona kocimiętką.
- Co się stało z Twoimi brwiami? – zapytała po chwili ciszy, chcąc w jakiś sposób kontynuować rozmowę i zmienić temat. Nie do końca miała ochotę aby wszystko koncentrowało się na jej dość słabym stanie psychofizycznym. - I wszystko u Ciebie okej? Przepraszam, że nie przyszłam do Ciebie już więcej po balu, sama czułam się nie najlepiej.
Zobacz profil autora
Collin Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Pon 11 Maj 2015, 14:59

Oficjalnie matka troszczyła się właśnie o Collina, jako o najmłodszą latorośl. Przelewała nań swą rozpacz oraz nadopiekuńczość, błagając go między wierszami w licznych listach o powrót do domu. Nalegała na ścisły kontakt z nim, nie zaś z Dwayne'm, który jako głowa rodziny powinien wziąć na swe barki odpowiedzialność. Collin odseparował się więc od swej jedynej rodziny, postanawiając samodzielnie uporać się z pustką po ojcu. Nie wylał nań ani jednej łzy, nosząc w sercu blokadę nakłaniającą go do wyprostowania kręgosłupa oraz wmówienie matce, że jest silnym. Listopad nie zaczął się wesoło, zaś barki chłopca były zgarbione bardziej niż raptem dwa tygodnie temu.
Blade brwi Gryfona zbiegły się na środek czoła tworząc zmarszczkę powszechnie uważaną za uroczą. 
- Odprowadzić cię do pielęgniarki? - kucnął naprzeciw dziewczyny, zsuwając z ramion czarną kurtkę i otulając nią barki starszej koleżanki. Pobyt w skrzydle szpitalnym nie należał do złych wspomnień. Czasami bardzo miło jest pozwolić komuś się sobą zaopiekować, zamknąć oczy oraz zasłużenie odpocząć. Blade lica Soleil nie gwarantowały potencjalnego omdlenia oraz obowiązku Collina odprowadzenia nieprzytomnej dziewczyny do szkoły. Równie dobrze mogą posiedzieć nad kielichami gorącego kakao, a skoro Collin obarczony został obowiązkiem szybszego dojrzenia, zaopiekowanie się Sol nie budziło w nim przerażenia. 
Usadził kość ogonową na mokrej, zimnej trawie, spoglądając z uwagą na porośnięty kocimiętką kopiec. 
- Miłe miejsce. - wbił górne zęby w dolną wargę, czując się odrobinkę niezręcznie. Nie potrafił odnaleźć słów pt "odpowiednie złote myśli podczas pogawędki o kocich zwłokach". Niesiony nie utraconą spontanicznością, wygramolił różdżkę z kieszeni. Dotykając jej czubkiem kopca, wyczarował nań bliżej nieznanego gatunku białe kwiatki. Morisonowie byli kiepscy w relacjach damsko-męskich, odziedziczyli to po ojcu i jeden i drugi. Całe szczęście, Collin nie jąkał się tak jak braciak i potrafił składnie odpowiadać na zadawane pytania. Gorzej sprawa się miała podczas podtrzymywania rozmowy. 
Potarł brwi, rozciągając kąciki ust w uśmiechu. 
- Przygody u Smoczycy dwa tygodnie temu. - i tutaj los się doń uśmiechnął, bo tylko brwi sobie podpalił. Chłopak z tego samego roku ze Slyherinu podpalił sobie włosy, a żeby nie chodzić łysym, zażył na własną rękę eliksir Bujnego Owłosienia. Collin jeszcze dwa dni temu widział zbyt dużo sierści na koledze, co go niezmiernie bawiło. Magia jest niesamowita i nigdy mu się nie znudzi.
- W porządku, nic nie szkodzi. - uśmiechnął się wyrozumiale, tuszując informację, że nikt wówczas do niego nie przyszedł wymawiając się brakiem gościnności pani Pomfrey. Kilka liścików pełnych pokrzepiających słów i nic więcej. 
- Soleil, to bardzo miłe miejsce, ale rozchorujesz się. Nie chciałbym mieć ciebie na sumieniu. - zatrzymał wzrok na jej dużych, okrągłych oczach dziwiąc się, że jest odeń starsza o całe dwa lata. Postronny obserwator oceniłby Collina jako starszego, szczególnie spojrzawszy na jego wyraz twarzy, wyostrzone rysy i odrobinkę zbyt wcześnie dojrzałe błękitne tęczówki. 
Kierował rozmową na osobę Soleil, nie mając ochoty i sił mówić co słychać w życiu. Z trudem przychodziło mu napominanie o sobie, przez co czuł się bardziej samotny i bardziej opuszczony niż dotychczas. Sam jak palec i nie robił nic w kierunku, aby to zmienić.
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Wto 12 Maj 2015, 09:05

Podobna różnica jak pomiędzy wiekiem i dojrzałością istniała pomiędzy tym, co teoretycznie i tym, co miało miejsce w praktyce. Nie wspominając już o tym, że rodzice bardzo często robili rzeczy, nawet w najlepszej wierze, które potem okazywały się dość fatalne w skutkach. Poza tym mieli dość męczący zwyczaj projektowania na dzieci wszystkich swoich niespełnionych marzeń, pragnień i planów. W pewnym momencie można by nawet nabrać wrażenia, że część z nich rezygnowała z własnego życia, aby egzystować sycąc się tym należacym do ich pociech. A tak ciasne objęcia krępowały i sprawiały jedynie, że chciało się uciec jak najdalej. Oczywiście w tym przypadku Sol tylko teoretyzowała, bo jej rodzice po śmierci Daga zdecydowali się pójść odmienną drogą, drogą dystansu, jakby przeczuwali, że i ją czeka przedwczesna śmierć i nie chcieli dodawać sobie cierpień. Albo robili to na wszelki wypadek, przechowując w pamięci te tygodnie, miesiące po śmierci ukochanego synka niczym najcenniejszy skarb.
- Nie, dziękuję, nie trzeba. Odetchnę trochę i zaraz będę wracała do zamku, jeśli chcesz to… - w tym momencie poczuła, jak coś lodowatego zaciska się na jej gardle i odbiera możliwość kontynuowania wypowiedzi. Zaczerpnęła chrapliwie powietrza i szarpnęła głową, nieskutecznie usiłując się wyzwolić. Zimny, ironiczny głos rozległ się w jej głowie, napełniając lodem jej żołądek i wywołując gęsią skórkę na ramionach, co Collin odebrał najwyraźniej opacznie, bo oddał jej swoją kurtkę, jak na gentlemana przystało.
- Chłopak będzie nam dzisiaj potrzebny, kontynuuj grzecznie rozmowę, jeśli jego zdrowie jest Ci miłe. - wiedziała, że to nie czcza groźba, znała możliwości Tytana i bała się tego, co mógłby zrobić Morisonowi, gdyby mu się sprzeciwiła. Przerażało ją to, jak dobrze ten twór, którego pierwotnie uważała za niegroźny wytwór własnej wyobraźni, ją zna. Wiedział, że grożenie, że zrobi coś jej samej będzie nieskuteczne i zawsze obierał na potencjalne ofiary niewinne osoby, które nieszczęśliwie dla siebie postanowiły się do niej zbliżyć. Próbowała uciekać od wszelkiego towarzystwa, próbowała naprawdę, ale zawsze znalazł się ktoś, kto postanawiał do niej podejść, zazwyczaj po to tylko, aby ją pocieszyć.
Westchnęła cicho, kiedy kolega usiadł obok niej na trawie i wiedziona odruchem umieściła głowę, która zdawała się ważyć znacznie więcej, niż powinna, na jego ramieniu. Uśmiechnęła się lekko, kiedy wyczarował kwiatki na grobie Luny i dalej pozwalając instynktowi działać, splotła swoje drobne palce małej dziewczynki z jego, już większymi, pomimo niedorosłego wieku. Przeczuwała jakby, że czeka ich coś złego, coś, co stanie się z jej powodu i chciała zadośćuczynić Collinowi, nieporadnie, gubiąc się wśród domysłów i złych przeczuć. Poza tym, miała wrażenie, że to też dobry sposób na to, aby został z nią, jak wymagał tego Tytan.
- Musisz bardziej uważać na siebie, okej? - odezwała się cichutko, ciepło i jakby odrobinę błagalnie. W pewnym momencie wstrząsnął nią nawet delikatny dreszcz, a odległe pohukiwanie sowy wcale jej nie uspokoiło, chociaż nie było niczym aż tak niesamowitym. Nie w Hogwarcie. Zignorowała jego słowa, nie odpowiadając i nie czyniąc najmniejszego ruchu, który mógłby sugerować, że ma zamiar faktycznie wrócić do ciepłego, bezpiecznego zamku. Zamiast tego zaczęła niespokojnie rozglądać się dookoła, jeszcze mocniej zaciskając palce na dłoni chłopaka.
- Czujesz coś? - zapytała zdenerwowanym tonem - Mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje.


Ostatnio zmieniony przez Soleil Larsen dnia Pią 15 Maj 2015, 08:24, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Collin Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Wto 12 Maj 2015, 13:38

Mama i tata odkąd pamięta, faworyzowali młodszego syna. Zauważył to dopiero po latach, bo wówczas, gdy był rozpieszczany uznawał to za naturalny objaw rodzinnej troski.  Urodził się według nich jako syn idealny. Spokojny, opanowany, bez silnych emocji pragnących wydostać się na światło dzienne tak, jak czynił to nieraz Dwayne. Nie sprawiał kłopotów, był posłuszny, grzeczny, posiadał same zalety, zero wad. Cudem nie wyrósł na rozpieszczonego bachora, otrzymując od natury przejrzyste spojrzenie na świat. Wyidealizowano go kosztem Dwayne'a, jednakże Collin nie zrozumiał jeszcze źródła niechęci brata. Cierpiał z tego powodu w zaciszu własnych myśli, odcinając się od rodziny na rzecz ukojenia rwącego bólu po utracie ojca oraz porozumienia z matką i bratem. Śmierć taty zburzyła ich rodzinę, od dawna chwiejącą się w posadach. Trzynastolatek odpędził się od gorzkich myśli, aby nie pogłębić smutnej atmosfery cienistego zakątka. 
- To co? Odprowadzę cię, spokojnie. - umilkła tak nagle, kuląc się w sobie i robiąc się mniejszą niż była. Usłyszał hukanie sowy, mające zwyczaj przynoszenia korespondencji w czasie lunchu. Musiał w duchu przyznać, że gęstsza atmosfera i huk ptaka wzbudził w Morisonie zimny dreszcz niepokoju. Nie powinni tak rano przesiadywać poza zamkiem, a jednak Soleil zamiast podnieść się, splotła ich palce. Na ramieniu poczuł ciężar jej głowy i nie mógł pozbyć się wrażenia, że dziewczyna się poddała. Pytanie, czemu? Zmarszczył brwi, pocieszająco zakrywając chłodne palce Sol swoimi, jak zawsze ciepłymi. Pytanie zinterpretował w jedyny możliwy obecnie sposób - wypomniała mu bal z okazji Nocy Duchów. Zadrżał, gdy owionął go chłód.
- Już jest bezpiecznie, Sol. W zamku są aurorzy i nic nam nie grozi. - czując drżenie jej ciała, przesunął rękę za jej lewe ramię, przygarniając ją do siebie i nie pytając już dlaczego nie wstaną i nie pójdą do zamku. Być może potrzebowała tutaj być. Być może to było jej zacisze, w którym czuła się lepiej. Powiódł wzrokiem po zakątku, szukając czegoś, co mogłoby im towarzyszyć i wzbudzać lęk. Oprócz niepokoju nie potrafił określić co mu się nie podoba w tym uroczym miejscu. 
- Nikogo oprócz nas tutaj nie ma. - postawił na racjonalne podejście do zachowania Soleil. Wystraszyła się czegoś i biedny Collin nie potrafił temu poradzić. 
- Może jakieś zwierzątko nam się przygląda? - uśmiechnął się delikatnie do dziewczyny, zszokowany zagubieniem wymalowanym na jej buzi i ... i strachem. - Hej, Sol. W każdej chwili możemy iść w bardziej osłonecznione i miłe miejsce. - nie miałby nic przeciwko temu. Cienisty zakątek zrobił się ciaśniejszy i mniejszy. Chłopcu udzielał się niepokój Soleil, w efekcie czego oddychanie zaczęło przychodzić mu z trudem. Zdecydowanie powinni się przejść, rozgrzać mięśnie i poruszać się, a poczują się lepiej. Tata zwykł mawiać, że gdy jest coś ważnego do przemyślenia bądź trzeba uspokoić nerwy, należy udać się na wędkowanie. Zabrałby na ryby Soleil, gdyby miał odwagi, posiadał wędkę i miał pewność, że ryby ze szkolnego jeziorka nie zechcą ich pożreć zaraz po złowieniu. Tymczasem wyginał usta w łagodnym uśmiechu chcąc pokrzepić Soleil i dać jej do zrozumienia, że mogą być przyjaciółmi. Jemu nie przeszkadza jej dziwaczność ani nietypowa szkolna sława.
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Sro 13 Maj 2015, 08:48

W rodzinie Larsenów także to młodsza z pociech była zawsze rozpieszczana ponad miarę. Soleil była wpadką, przyczyną, dla której jej niepasujący do siebie za bardzo rodzice postanowili podjąć (jak się okazało - nieudaną) próbę stworzenia trwałego związku. Dag natomiast był owocem ich zmagań ze sprzecznymi charakterami, dzieckiem przemyślanym, upragnionym, no i wymarzonym, bo chłopcem. Wbrew pozorom Sol nie przeszkadzało to w najmniejszej mierze i nigdy nie czuła się o niego zazdrosna. To nie leżało w jej charakterze. Wbrew przeciwnie, przyłączyła się do ogólnego uwielbienia dla małego, pociesznego, radosnego i bardzo otwartego chłopczyka, jakim był jej młodszy braciszek. Spędzała z nim dużo czasu, bo najbliższe towarzystwo w jej wieku było dość mocno oddalone od ich domu, bawiła się z nim, uczyła różnych psikusów i kochała całym słonecznym serduszkiem.
I wydawało się nawet, że plan rodziców zadziałał. Dogadywali się przez te parę lat zadziwiająco dobrze, może dlatego, że ich rozmowy dotyczyły tematów, co do których się zgadzali, a przede wszystkim Daga właśnie. Śmierć jednak faktycznie zawsze niszczy rodziny. Każdą na inny sposób, ale w jakiś sposób narusza fundamenty, sprawia, że każdy pogrąża się we własnym cierpieniu, a przynajmniej jedna z osób nie umie odczuwać bólu i żałoby w towarzystwie pozostałych. Było tak w rodzinie Sol i teraz podobnie działo się chyba u Collina. Nie wiedziała o tym, co chłopak przeżywa, ale i tak nie wiedziałaby chyba jak mu pomóc. Mogła z nim rozmawiać, mogła być, mogła go wspierać w każdy dostępny sposób, ale to oznaczałoby dla niego niebezpieczeństwo. Każdy, kto się do niej zbliżał, stawał się zagrożony.
- Jeszcze moment. - odparła, choć z całych sił pragnęła przytaknąć, zgodzić się, pójść za nim do Zamku, w którym było ciepło i bezpiecznie. Czuła jednak, że nie może tego zrobić. Następne jego słowa sprawiły, że skrzywiła się lekko. Na Balu także byli aurorzy, kiedy torturowano Henry’ego znajdowali się zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca zdarzenia. I nie, nie krytykowała ich, byli tylko ludźmi, nie mogli wiedzieć i widzieć wszystkiego. Buntowała się natomiast przeciwko takiemu dziwacznemu poczuciu bezpieczeństwa, które nie miało podstaw. Potrzebne jednak było do życia, do tego, aby zachować zdrowie psychiczne, co umykało Sol, już na wpół zaszczutej i zachowującej się jak uciekające przed znacznie potężniejszym drapieżcą zwierzątko, które dobrze wie, że nie ma szans na przetrwanie. Nie chciała jednak aby podobny niepokój, ba, strach, stał się udziałem Collina, skinęła więc tylko głową, dalej wczepiając się w niego, jakby był jej ostatnią deską ratunku i przy okazji zatrzymując go przy sobie, jak tego chciał Tytan.
- Chyba tak, chyba masz rację, to musi być jakieś zwierzątko. - odparła, usiłując się uspokoić i wypuszczając ze świstem powietrze przez zaciśnięte zęby. Zwiększyła odrobinę dystans pomiędzy sobą, a gryfońskim kolegą, aby rozejrzeć się nieco swobodniej dookoła. W pewnym momencie coś musiało przyciągnąć jej uwagę, bo wyswobodziła dłoń Morisona ze swojego uścisku i podniosła się z wilgotnej ziemi. Niczym zaczarowana drobnymi kroczkami zaczęła zmierzać ku jakiejś bujnej, acz niewysokiej roślinie w głębi zagajnika, gdzie panował półmrok i spokój.
- Myślisz, że przyleciała do nas? - zapytała w końcu, rzucając te słowa w próżnię, jakby nie chodziło jej o określonego odbiorcę, tylko skoncentrowanie w ten sposób rozbieganych myśli. Oczy miała wbite w pokaźny okaz sowy, wyglądającej dość egzotycznie, jakby przyleciała z daleka, na co wskazywało także jej wzburzone i zabrudzone upierzenie. Odpowiedź nadeszła jednak niebawem i to od osoby, od której się jej nie spodziewała.
- O tak, przyleciała właśnie do nas.


Ostatnio zmieniony przez Soleil Larsen dnia Pią 15 Maj 2015, 08:24, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Collin Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Sro 13 Maj 2015, 16:30

Collin nie wiedział czy był dzieckiem planowanym czy dzieckiem niespodzianką. Tak czy owak, miał zapewniony solidny start od samego początku. Nigdy mu niczego nie brakowało, nie mógł narzekać na trudne dzieciństwo czy zaniedbanie. Był zapatrzony w Dwayne'a odkąd nauczył się chodzić, jednak ze smutkiem musiał przyznać, że podziwianie starszego brata zakończyło się nie tak dawno temu. Potrzebował porozmawiać z kimś szczerze z rodziny o bólu serca, a napotykał odmowę za to, że jemu wiodło się lepiej w życiu i w rodzinie. Collin miał trzynaście lat i uważał, że czas jego dzieciństwa właśnie się zakończył wraz z informacją o śmierci Maxymiliana. Chłopiec martwił się o swe jedyne rodzeństwo i jedyną matkę, martwił się czy przetrwają we troje bez taty. Nie chciał przyznać się przed sobą, że rodzina kulała grubo za życia ojca. Kłótnie, rozwód, to wszystek przemawiało ujemnie na imię i honor Maxymiliana. Nie dopuszczał do siebie gorzkiej prawdy, chcąc wierzyć do końca swych dni w potęgę i siłę ojca. Zamykał oczy na jego liczne wady i winy, od dawien identyfikując się ze swym idolem. Utrata bolała go dwakroć bardziej, być może najbardziej.
Nie mówił o sobie, nie przywykł do mówienia o tym, co go dręczy. Rzadko otwierał się na drugą osobę, w zaciszu swych myśli analizując wszystek z każdej strony. Przez długi czas nie potrzebował niczyjego wsparcia dopóki świat nie spadł mu na barki. Nie pozwoliłby sobie zwierzyć się Soleil, bo choć ledwie ją znał, odróżniał jasną karnację od chorobliwie bladych policzków. Nie miałby serca nakładać na nią własnych smutków mimo intuicyjnego przeczucia, iż Soleil należy do osób bardzo silnych i odważnych.
Niepewnie mu przytaknęła, a widział, że jej nie przekonał. Usłyszawszy szelest, odrobinę zbyt szybko odwrócił głowę w kierunku hałasu zakłócającego ich ciszę. Wypuścił Soleil, z opóźnieniem przypominając sobie, że nie powinien puszczać dziewczyny samej w ciemne krzaczory. Merlin raczy wiedzieć co się tam kryje.
- Zaczekaj... - ale już odnalazła ich gościa. - Widzisz, to ona się nam przyglądała. Uauu, nie widziałem jeszcze nigdy takiej sowy. - podparł się o korzeń i podniósł, podchodząc do zmęczonej ogromnej sowy pochodzącej z pewnością z terenów poza Wielką Brytanią. Collinowi zrobiło się żal ptaka, a więc wyciągnął do niej dłoń i pogłaskał ją po główce.
- Nigdy nie mogłem się nadziwić w jaki sposób one odnajdują adresatów. Sprawdź do kogo zaadresowane, to może odniesiemy zgubę. - nie znał nikogo spoza Wielkiej Brytanii, a więc nie sądził, aby sowa miała coś dla nich. Widząc reakcję Soleil to i ona nie oczekiwała przesyłek zza granicy. Zanurzył dłoń w kieszeni odnajdując ciastka Kłopota opakowane w foliową paczuszkę. Odwinął ją i podsunął pod dziób wykończonej sówki. Oczy chłopca zajarzyły się błękitem, gdy z zapartym tchem oglądał ubarwienie ptaka. Jego niepokój został uciszony.
Zobacz profil autora
Soleil Larsen
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Pią 15 Maj 2015, 09:03

Sol zdążyła już zauważyć, choć w żadnej mierze nie uważała się za eksperta w tej kwestii, że przedstawicielom płci przeciwnej przeważnie przychodzi bardzo trudno rozmawianie o tym, co ich boli, z czym sobie nie radzą, co ich martwi, smuci i powoduje, że czują się słabi, bezbronni lub bezradni. Henry też tak postępował, czując, że musi chronić ją przed całym złem tego świata i zapominając, że ten układ nie powinien być jednostronny, a Sol nie jest z porcelany. Jej wgląd zewnętrzny, kruchość, delikatność, to wszystko mogło sugerować, że podobnie rzecz ma się z jej charakterem, ale nie była to prawda. W rzeczywistości była silną psychicznie, wytrzymałą i inteligentną osóbką, choć ostatnimi czasy dość mocno zszarganą przez życie, wystawioną na próbę, z której nie wiadomo było jeszcze czy wyjdzie zwycięsko.
W przypadku Henry’ego zachodziła jednak jednak, podstawowa różnica – znała go na tyle, że zazwyczaj potrafiła dociec przyczyny jego zmartwień, a przynajmniej próbować.. Przynajmniej kiedyś go znała, bo teraz powoli stawał się dla niej osobą obcą, daleką, jakimś odległym obiektem swego rodzaju obsesji, ale nie jednej z tych niebezpiecznych i toksycznych, przynajmniej dla chłopaka. Zatruwała jedynie swoje myśli, swoje życie, swoją codzienność. Collin był dla niej natomiast nadal właściwie obcą osobą, nigdy nie poświęciła większej ilości czasu, aby czegokolwiek się o nim dowiedzieć. Znała bliżej Dwayna, ale on nie opowiadał o bracie nigdy zbyt wiele, a Sol nie dopytywała, czego z resztą w tej chwili żałowała. Nie wiedziała o śmierci ich ojca, a widząc niechęć młodego Morisona do rozmów na tematy osobiste, postanowiła je zarzucić, aby nie pogarszać i tak napiętej atmosfery.
Prawdę mówiąc zdziwienie Sol wynikało raczej z tego, że wiedziała skąd pochodzi sowa. Swego czasu otrzymywała bowiem wiele przesyłek z najróżniejszych krajów i kontynentów, a poza tym, połowę wakacji spędzała zawsze z ojcem, podróżując w coraz to nowe miejsca i poznając w konsekwencji ich faunę, florę, kulturę i mieszkańców. Nie podejrzewała jednak, aby przesyłka mogła być dla niej, jakiś czas temu zarzuciła swój zwyczaj nagabywania ludzi z prośbą o pocztówki z najdziwniejszych stron świata, nie miała już na to czasu ani ochoty, a poza tym zaczynała wyrastać chyba powoli z niektórych dziwactw.
- Nie widziałeś, bo nie jest tutejsza. Musiała przylecieć z Azji, a przynajmniej stamtąd pochodzi. – stwierdziła cichym tonem, jakby nieco głośniejszy mógł być już profanacją tego spokojnego, pogrążonego w półmroku zakątka, w którym w tej chwili panowała atmosfera tajemnicy. Skinęła głową na słowa Collina i odetchnęła głęboko, jakby chciała razem z powietrzem pozbyć się wszystkich dręczących ją niepokojów i złych przeczuć, które paraliżowały do pewnego stopnia jej ruchy. Wyciągnęła lekko drżące słonie w kierunku sowy i zdziwiła się, kiedy podniosła ona nóżkę, ukazując nałożony na nią, misternie wykonany pierścionek z jakiegoś nieznanego jej metalu. Przypominająca fale wzburzonego morza oprawka otaczała pobłyskujące akwamarynowe oczko, które rozsyłało dookoła niewielkie błyski, choć przecież nie mogło odbijać w tym osłoniętym miejscu słonecznego światła. Podczas gdy niepokój Collina został ukojony, jej wzrastał z każdym momentem. Jej dłoń sama bowiem uniosła się w stronę tego niezwykłego przykładu złotniczego kunsztu i nie dała się zatrzymać, pomimo wysiłków dziewczyny.
- Walczysz ze sobą na próżno, moja kochana. – chłodny głos Tytana, w którym pobrzmiewało wyczekiwanie, ekscytacja, ale także coś na kształt rezerwy, rozległ się zza jej pleców i sprawił, że jej ciało pokryła gęsia skórka. – Ta przesyłka jest dla nas i niezależnie od Twojej woli, zamierzam ją przyjąć. – Kiedy palce dziewczyny musnęły pierścionek, sowa posłusznie opuściła go na wyciągnięta dłoń dziewczyny, kilkoma kłapnięciami dzioba dokończyła posiłek i z godnością, ale jakby nieco otępiała, zatrzepotała potężnymi skrzydłami i odleciała w sobie tylko znanym kierunku.
- Wygląda na to, że to przesyłka dla mnie. – szepnęła cicho, bardziej do siebie, niż do Collina i niczym w jakimś transie wsunęła pierścionek na palec. Pasował idealnie, choć przecież dłonie panny Larsen nie były zbyt typowe dla osób w jej wieku. Drobne, szczupłe, kruche… Zazwyczaj pierścionki zsuwały się z nich. Z resztą po jednej z takich historii przestała je nosić, obudziła w sobie jakąś szczególną niechęć do tego typu biżuterii, czego jej towarzysz nie mógł jednak wiedzieć. W głowie Sol zapanował chaos, a z gardła wydobyło się głębokie och o nieokreślonym zabarwieniu. Po chwili potrząsnęła gwałtownie głową i stanowczym ruchem, całkowicie do niej niepodobnym, bo szybkim i gwałtownym, zdjęła z przegubu rzemykową bransoletkę i wyciągnęła go w kierunku Collina.
- Wpadłam na pewien pomysł! Ten wisiorek zawsze przynosił mi szczęście i chciałabym, żebyś Ty zaczął go nosić… Chciałabym się odwdzięczyć ze to, że się o mnie troszczysz. Poza tym… – tutaj przełknęła ślinę – Poza tym ja mam teraz ten pierścionek, rozpoznają go i musiał mi go przysłać tata, on dużo podróżuje, co wyjaśnia gatunek sowy. – uśmiechnęła się delikatnie i wolną ręka pochwyciła dłoń chłopaka, kładąc na niej talizman. Gdzieś w środku krzyczała, ale nie mogła się sprzeciwić jakiejś potężniejsze od jej woli, która opanowała jej ciało i do pewnego stopnia także i umysł.
- Zrobiłbyś to dla mnie? Byłoby mi bardzo bardzo miło. – dodała po chwili, nadal utrzymując ten ciepły, przyjazny uśmiech i proszące acz szczere spojrzenie szarych oczu, w których pojawiły się nagle jakieś niebieskawe błyski, co można było jednakże zrzucić na niezwykły rodzaj oświetlenia w tym miejscu, w którym obecnie się znajdowali.
Zobacz profil autora
Collin Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   Pią 15 Maj 2015, 16:09

Collin nigdy nie wyjeżdżał za granicę, choć jego rodzina nie cierpiała biedy. Wakacje spędzali u babci na podwórku albo w domu z Dunbarami, gdyż z nimi nudno nie było. Nie ciągnęło go do podróży, a gdy otrzymał list z Hogwartu tym bardziej marzenia o wyjeździe wyparowały mu z głowy. Zafascynowany magią testował ją od podszewki, a w szczególności rozumowanie i tresurę sów, które nigdy nie przestały go zadziwiać. Nie miał pojęcia, że te ptaki można wychować i czegoś nauczyć, a gdy zakupił na Pokątnej Ninję, przez pierwsze dwa miesiące wysyłał namiętnie listy do domu, aby pochwalić się inteligencją sówki. Napotykając tak egzotycznego ptaka, oczy Collina świeciły jak bożonarodzeniowe lampki. Knykciami pogłaskał kolorowe pióra, ledwie zwracając uwagę na zachowanie Soleil, do której przesyłka została jednak zaadresowana. 
- Jest bardzo piękna. Musiała przebyć bardzo długą drogę. Może zaniesiemy ją do sowiarni, aby odpoczęła? Och. - chwilę po złożeniu propozycji, sówka zerwała się z gałązki i opuściła ich, zupełnie jakby nie była wykończona po ciężkiej podróży. Odprowadził wzrokiem ptaszysko, uśmiechając się pod nosem z dziecięcą fascynacją. Nigdy nie widział tak barwnego upierzenia. Może uda mu się to uwiecznić na rysunku? Miał dobrą pamięć, już teraz zapisywał w umyśle detale wyglądu egzotycznej, eterycznej wręcz sówki. Chłopiec odwrócił się po paru chwilach do Soleil, napotykając na jej palcu mały pierścionek. 
- Ładny. Zazdroszczę twojemu tacie takich podróży. - nie nauczył się komplementowania pierścionków, a więc ograniczył się do wyrazów uznania i życzliwego uśmiechu. Nie chciał pytać dlaczego przycichła i smutnym głosem oznajmiła, że dostała prezent. Na jej miejscu Collin bardzo by się cieszył, wszak nie każdy może pochwalić się oryginalną pamiątką z Azji. 
Uniósł blade brwi zaskoczony gestem dziewczyny. Uśmiechnął się odrobinkę zażenowany nagłym pomysłem, gdyż nie przywykł do przyjmowania prezentów. Lubił je dawać, jednakże przyjmowanie ich sprawiało mu pewną trudność. Wówczas uprzejmość nakazywała wystarczające okazanie wdzięczności, a tego Collin nie umiał. Dla niego słowo dziękuję było zbyt małe, aby określić ciepło w sercu po otrzymaniu jakiegokolwiek upominku. Gryfon nie zdążył zaprotestować, gdy Soleil już wręczała mu rzemyk z drobnym talizmanem. Nie był pewien. Podrapał się po potylicy i to ciepły uśmiech dziewczyny go zjednał. Zacisnął palce na prezencie.
- Dz-dziękuję. Skoro przynosił tobie szczęście, to mi też się przyda. Trochę mi głupio, bo sam nie mam czego tobie dać. - poczuł się dziwnie, bo mógł przysiąc, że z oczami Soleil jest coś nie tak. Przez chwilkę błysnęło w nich coś innej barwy, jednak działo się to tak szybko, że przypisał to faktycznie światłu cienistego kącika. 
- Z "Lustra" mam tylko talizman ochronny, ale nie wierzę w jego działanie. - uśmiechnął się troszkę zażenowany. Aby nie urazić i nie zgasić uśmiechu koleżanki, odwinął sznureczek wisiorka, wsuwając go na lewy nadgarstek. Nie był dziewczęcy, tylko neutralny. Jolene uznałaby nawet, że stylowy, choć odrobinkę przestarzały. Talizman gibał się delikatnie na boki, nie ciążąc mu ani trochę.
 Collin w pewnej chwili zachłysnął się zimnym powietrzem, gdy przez jego ciało przeszedł lodowaty dreszcz kończący się na karku. Zatrząsł się z zimna. Był pewien, że wiatr nie dociera w miejsca tak ciasno okryte gałązkami i roślinnością.
- Zrobiło się strasznie chłodno. Wracamy do szko...? - urwał, czując na sobie czyjś wzrok. Nie była to Soleil, to było coś innego. Collin poczuł się uważnie obserwowany i mógłby przysiąc na wszystkie ciasteczka dyniowe, że usłyszał echo czyjegoś śmiechu. Rozejrzał się nerwowo i potarł ręce, które nigdy nie miały zwyczaju marznąć, a teraz były lodowate.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Cienisty zakątek   

 

Cienisty zakątek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-