IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Drzewo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Lucas Shaw
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pią 06 Lis 2015, 22:02

Kiedy to się zaczęło? Chyba w ten sam dzień, kiedy oberwał od niej tłuczkiem. Już wtedy objawiła mu się jako anioł i serce drgnęło mu mocno. Wszystkie dziewczyny przestały się liczyć, kiedy Resa, nieco przerażona tym co zrobiła, zapytała czy wszystko w porządku. Jeszcze przez parę najbliższych dni słodko-gorzki ból w łokciu przywodził mu na myśl ową Gryfonkę. Oczywiście szukał jej wzrokiem na korytarzu, zagadywał o mecze, aż od słowa do słowa zgadali się na wspólne bieganie. Później na wspólną naukę... ostatecznie zaczęli ze sobą rozmawiać na każdy możliwy temat. Zaufali sobie. Jak przyjaciele. Chociaż Lucas od początku czuł, że to nie nosi znamion samej przyjaźni. Miał ochotę wyznać jej miłość i to wiele razy, ale ile razy się za to zabierał, akurat ktoś im przerywał albo sama Anderson podkreślała, jaki cudowny z niego PRZYJACIEL. Postanowił sobie odpuścić i znaleźć kogoś innego, skłamałby, gdyby powiedział, że nie zauroczył się kimś innym jak ta Gryfonka. Nawet starał się o związek. Tylko, że gdy Resa go potrzebowała rzucał wszystko, nawet randkę z dziewczyną i biegł do Gryfonki. Przez to wiele związków się rozsypało. W jego myślach zawsze była inna.
Jej dotyk koił jego rozedrgane nerwy. Lucas powoli przypominał sobie, jakie powinien mieć normalne bicie serca. Ciągle obejmując brunetkę Lucas wysłuchał jej historii. Drżał o jej życie, gdy wyobrażał sobie te obrazy. Pomógł jej odgarnąć kosmyk z czoła, ciągle słuchając.
-Podpowiem Ci, kto się boi krwiożerczych pand. Ty. -uśmiechnął się usilnie, aby dodać dziewczynie otuchy. Delikatnie złapał za prawą rękę dziewczyny, widząc w kącikach oczu jej łzy.
-Ważne, że już działa. Jak inaczej będziesz używała pałki na kolejnym meczu? -zapytał ją. Pozwolił, aby mocno się do niego przytuliła. Fenek też się uspokoił.
-Też mi brakowało tej małej przylepy, która wiecznie mnie irytuje swoim wysokim głosikiem. -zażartował. -Usiądźmy pod drzewem. -zaproponował i poprowadził Gryfonkę na trawę. Użył bluzy jako koca i usiadł na nim razem z Gryfonką.
-Ważne, że jesteś już cała i zdrowa. -westchnął, pocierając plecy Resy, pocieszająco. Fenek zawinął wokół siebie swój ogon i wygodnie się wymościł na kolanach dziewczyny.
-Jak się łaskawie obudzi to możemy w końcu pobiegać. I pójść coś zjeść, jestem masakrycznie głodny.
Zobacz profil autora
Resa Anderson
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pią 13 Lis 2015, 02:18

Roześmiała się cicho, stłumiona jego koszulką. Była mu wdzięczna za to, że zgrabnie rozładował atmosferę i sprawił, że mogła się rozluźnić.
- Tak, masz rację, teraz to i ja się ich boję. - przed oczyma objawił jej się niewyraźny potwór, którego pamiętała jak przez mgłę i skrzywiła się mimo woli. A potem skrzywiła się jeszcze bardziej, przypominając sobie o Quidditchu. Można śmiało powiedzieć, że ze wszystkich momentów tej rozmowy, w tym najbardziej miała ochotę się rozpłakać. Nie pozwoliła sobie jednak na chwilę słabości, zatrzymała w sobie przekleństwa, które cisnęły jej się na usta. Zacisnęła rękę, za którą ją złapał, czując przyjemne ciepło.
- Pałka tak czy siak wyląduje w kącie. - widać było jak bardzo denerwuje ją ten fakt. - Wyrzucili mnie z drużyny i nawet nie napisali żadnego listu. Dowiedziałam się dopiero na miejscu. Cholerny Potter.
Czuła złość i rozżalenie, ale nie umiała wyrazić tego słowami. Oswoiła się już z myślą, że nie zagra w nadchodzącym meczu, co nie oznacza, że udało jej się z tym pogodzić. Quidditch był całym jej życiem, po cichu, nie mówiąc o tym nikomu, to właśnie z nim wiązała swoją przyszłość. Na boisku czuła się potężna i wolna. A teraz utraciła tę wolność. Nie chciała jednak psuć nastroju Lucasowi i sobie, postanowiła uciąć temat zanim zdąży mocno się rozzłościć. W końcu mieli cały poranek tylko dla siebie i żal jej było tracić go na głupoty. Usiadła na kocu.
- Mniejsza z tym, zniknęłam nagle, mieli prawo tak zrobić. I ja ci dam wysoki głosik! - pogroziła mu palcem, z cieniem uśmiechu na ustach. Podparła się z tyłu rękoma i odchyliła głowę w stronę złocistej korony drzewa. Zaspane jesienne słońce nieśmiało przyświecało, rozwiewając powoli mgłę.
- Są też pozytywy, poznałam kogoś w Mungu. Nie chcę wiele mówić, ale jest miły i całkiem przystojny - uśmiechnęła się sama do siebie. Co prawda teraz, kiedy wróciła do zamku, na pewno wybrałaby towarzystwo Lucasa niż randkę ze starszym chłopakiem, niemniej jednak osobnik z Munga wydał jej się miły i chciała podzielić się z tym Lucasem.
- Chodź, pobiegamy. Nie dogonisz mnie! - zaśmiała się i zerwała się na nogi.

[z/t] x 2

_________________

Resa Anderson
Sometimes your joy is the source of your smile, but sometimes your smile can be the source of your joy.
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sob 11 Sie 2018, 22:42

Odnalezienie w Hogwarcie jednej Krukonki z pozoru nie stanowiło żadnego wyzwania. Problem pojawiał się, gdy tą Krukonką okazywała się Agnes. Tak ogromny zamek miał w sobie tysiące kryjówek, w których dziewczyna mogła się zaszyć. Z dala od niego, od Castiela. Jak więc ją odnalazł, tutaj, pod drzewem w czasie tak zwanego 'okienka'? Choć nie spojrzała na niego ani razu od ich ostatniego spotkania, on nie zamierzał pozbawiać się chociaż oglądania jej. Pod koniec lekcji transmutacji widział jak wyjmuje z torby "Przeminęło z wiatrem". Wiedział co zamierza zrobić w wolnej chwili i gdzie się uda. Znał ją. Często włóczył za nią nogami, kładł się obok i wcinał winogrona, gdy ta próbowała czytać trudną sztukę. Dzisiaj jak i od tygodni, nie poszedł za nią. Dał jej swobodę, by nie czuła się osaczona. Odpuścił jej, pozwolił na przestrzeń, którą często bezczelnie jej odbierał. Poczekał dwadzieścia minut zanim postanowił iść w jej kierunku. Zacisnął palce na pakunku. Przecenił swoją siłę, wbił sobie ostry kraniec przedmiotu w kciuk, nacinając na nim naskórek. Nie pozwolił aby nawet kropla krwi zabrudziła papier. Castiel był zrezygnowany. Przez ostatni tydzień izolował się od ludzi. Miał ich po dziurki w nosie. Zajął się o dziwo przygotowaniem do Owutemów i treningu do drużyny Ślizgonów. Zdobył ocenę Wybitną z eliksirów co było sporym osiągnięciem na obecnym poziomie nauczania ostatnich klas. Praca popłaciła. Non stop musiał odrywać swoje myśli od tej jednej - najpiękniejszej i zarazem najbardziej destrukcyjnej - Nessie. Czy żałował swoich czynów? Nie. Odczuwał żal odnośnie własnej oceny zachowań. Zyskał to, czego chciał, dostał nienawiść Nessie wierząc, że dzięki temu uczucie jakim ją darzy zniknie. Musiał wypić wielki kielich goryczy. Nie pomogło ani trochę, nic nie zelżało, nie przeminęło. Nie był pewien czy wygodniej jest trzymać blisko serca jej nienawiść niż czystą, i jakże bolesną, przyjaźń. Nie umiałby tkwić w friendzone. Zaszkodziłby jej tym bardziej niż wywołaniem nienawiści. Spojrzał na papier, którym owinął dwa lusterka. Wiedział, że chciała kiedyś takie mieć. Kiedy była pewna, że jej nie słucha, wspomniała o nich ot tak, mimochodem, poświęcając temu raptem kilka sekund rozmowy. Zapamiętał i oto je miał w ręku. Nie mógł ofiarować jej jednej sztuki, zatrzymując drugą. Mogłaby go jeszcze bardziej znienawidzić, a póki co starczało mu tej emocji na dłuższy okres czasu.
Widział jej sylwetkę z daleka, z pagórka na którym się zatrzymał. Mógłby patrzeć w nieskończoność jak czyta, jak włosy plączą się od wiatru, jak musi trzymać stronicę książki palcami, by wiatr jej nie porwał do pionu. Nie czuł już gniewu, zmęczył się nim. Przestał się krzywić i psioczyć, zupełnie jakby zrozumiał bezsens nękania otoczenia za ból, jaki sam sobie zafundował. Czuł się jak pieprzony masochista i poniekąd właśnie tak było.
Ruszył ostrożnie w kierunku siedzącej Nessie. Nie na wprost, bokiem. Nie skradał się, ale też nie stawał na gałązkach i nie hałasował. Im bliżej celu, tym intensywniej czuł bolesne ukłucia tuż pod sercem. Im bliżej, tym budziła się w niepożądane ciepło rozlewające się od czubka głowy aż do stóp. Przestał odczuwać złość na nią wtedy, o ironio, kiedy posłała go do wszystkich diabłów. Szedł z prawej strony, a więc widział jej prawy profil. Często mówiła, że to jej lepsza strona i dlatego tak ustawia się do zdjęć. Według Castiela jak zawsze plotła głupoty i zrzędziła gorzej niż on. Nie brakowało jej niczego, co powtarzał jeszcze za czasów trzeciej klasy. Wtedy mówił to, aby uzyskać święty spokój. Przystanął na pół sekundy, by wyrwać się z namysłu. Zrobił kilka większych kroków i w końcu stanął nad nią, przesłaniając słońce i rzucając cień na stronę starej książki. Ten moment, gdy podniosła na niego wzrok miał wryć mu się w pamięć już na zawsze. Nie pozwolił jej niczego powiedzieć. Położył - nie rzucił - pakunek tuż obok jej stóp. Spojrzał na Nessie spokojnie, bez burzy emocji na twarzy. Milcząco. Pragnął, by te kilka sekund trwały wiecznie. Zapamiętał ją sobie, bo nie wiedział czy kiedykolwiek zobaczy jej wyraz twarzy nieskalanego gniewem skierowanego w swoją stronę. Nie chciał czekać aż wykrzywi się, gdy zrozumie kto się nad nią nachylił. Nie rozumiała postępowania Castiela, bo nie pytała go nigdy dlaczego tak czyni. Nim dobyła z siebie głos, wyminął ją i ruszył przed siebie. Jak już postanowił, oddawał jej swobodę. Dał jej parę dwukierunkowych lusterek owiniętych w papier i zieloną wstążkę. Nie umiał pakować prezentów mimo, że kiedyś go uczyła. Idąc w kierunku szkolnego boiska, pilnował się, aby nie odwrócić i nie spojrzeć za siebie. Zacisnął palce prawej ręki w pięść na myśl o liściku dołączonym do upominku. Nie potrzebujesz Zmieniacza Czasu, aby wrócić do starej przeszłości. Przepraszam za whiskey. Czuł się wyczerpany emocjami kierowanymi wobec Nessie. Kochanie kogoś nie było łatwe, szczególnie, gdy druga osoba nie miała szans tego odwzajemnić. Pozbawił się złudzeń i pierwszy raz podjął dojrzałą decyzję - przeprosił - w dziwny sposób, ale jednak ten gest w jego wydaniu narastał do potężnych rozmiarów. Nie umiał przepraszać. Nie wierzył, że to cokolwiek naprawi i zmieni. Nie miał pojęcia co przyniesie przyszłość i przestał o tym myśleć. W pewnym momencie puścił się biegiem w kierunku boiska. Ostatni odcinek pokonał szybkim truchtem.

[z tematu]
Zobacz profil autora
Nessy Temple
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Nie 12 Sie 2018, 02:30

Hogwart zmęczony po długiej zimie, powoli wygrzebywał się z letargu. Pierwsze liście pojawiały się na drzewach, z brudnej, brązowej ziemi zaczynały wyrastać kiełki trawy, a na brzegu szkolnego bajora, widać było ślady życia, a raczej ponownej bytności wielkiej kałamarnicy. Nawet w kamiennych murach, wiosna zdawała się przynosić nowe życie i barwy, które od tak dawna zdawały się być zapomniane. Szczególnie wyraźne efekty, cieplejszych dni rzucał się w oczy, w dormitorium Krukonek z siódmej klasy, pomieszczenie wypełniał delikatny kwiatowy zapach, a kolorowe kwiaty przełamywały niebiesko-brązową scenerię. Choć mówienie, o tym w kontekście całej przestrzeni było lekkim wyolbrzymieniem, wszak efekt zakwitu dotyczył głównie, a w zasadzie, jedynie przestrzeni określanej jako część Nessy Temple. Co doprowadzało co poniektórych do szewskiej pasji. Mała szafka nocna uginała się, od ilości różnego rodzaju habazi. Była niebieska róża, która dzięki kilku kroplom specjalnego eliksiru, zdawała się istnieć, gdzieś poza upływającym czasem, ciągle świeża i piękna, obok w starym słoju po maśle orzechowym kwitł ogromny żółty słonecznik, wykrzywiający się w mozolnych trudach, w stronę witrażowego okna, był bogato wyglądający bukiet tulipanów od tajemniczego wielbiciela. Zapach tego całego zielnika wypełniał pomieszczenie, sprawiając, że miny współlokatorek Agnes, rzedły z zazdrości, za każdym razem gdy nieopatrznie spoglądały w stronę jej łóżka. Wiosna przybyła, a młodzi hogwardzcy chłopcy przepychali się, by choć przez chwilę ogrzać się w ciepłych promieniach panny Temple, ku zawiści reszty mieszkanek zamku.
Wróćmy jednak do naszej bohaterki, która w tym momencie przeżywała swoistą gehennę. Zamknięta razem z innymi uczniami w ciemnej klasie od Transmutacji, Nessy czuła się jak w więzieniu. Duszne powietrze, ograniczona przestrzeń i pewne stalowe oczy, które raz po raz spoglądały w jej stronę jakby w oczekiwaniu na cud, który miał nigdy nie nastąpić, a przynajmniej nie dla niego. Za każdym razem, kiedy wyczuwała jak na nią patrzy, dłonie zaciskały się jej w pieści, a w trzewiach rodził się potwór. Miała ochotę zacząć na niego krzyczeć, głośno i dobitnie dać do zrozumienia, żeby w tej chwili dał jej święty spokój. Szybko jednak bierze dwa głębokie wdechy i nakazuje sobie odpuścić, świadoma, że konsekwencją takiego zachowania, będzie uznanie jej za wariatkę. Wówczas nie on zachowywałby się dziwnie, tylko ta poryta dziewczyna wydzierająca się na niego bez powodu. Zirytowana, może jedynie cicho wzdychać nad swoim ciężkim losem i liczyć minuty do końca lekcji.
Nadchodzi koniec, a kiedy tylko Krukonka wyczuwa nosem słodki zew wolności, to ignorując wszystko dookoła pośpiesznie wybiega z klasy. Wreszcie wolna, kieruje swoje kroki w stronę głównego wyjścia z zamku. Jeszcze tylko kilka kroków i będzie wolna, jak jastrząb, będzie mogła zapomnieć o wszystkich smutkach, o przerażających anonimach, które równie mocno schlebiały jej pysze co napawały ją niepokojem. Może powinna komuś o nich powiedzieć? Za każdym razem, kiedy ta myśl się pojawiał, szybko była tłumiona, odrzucana, Nessy starała się sobie wmówić, że to się jej tylko wydaje.
No i jest, wspaniałe błonia, choć nie tak zielone jak lubi, to nadal budziły w jej sercu jakiś taki spokój. Kroki kieruje w stronę rozłożystego drzewa. Machnięciem różdżki przywołuje poduszkę i już po chwili, po raz jedenasty staje w płonącej Atlancie, czytając jak Scarllet O’Hara stara się wyrwać siebie i Melanię, i całą resztę ferajny z płonącej Atlanty. Prawie czuje na policzkach gorący żar płonącego miastach, a w uszach słyszy huk eksplodujących składów z amunicją. Rhett Butler jest czarujący jak zawsze, mimo strasznych okoliczności, które ich spotykają. Dochodzi do momentu, w którym panna Hamilton traci cały grunt pod nogami, oddając się pocałunkowi z kapitanem, kiedy nagle panna Temple zaczyna tonąć w cieniu. Nie udaje jej się nic powiedzieć, jedynie na sekundę oczy jej się spotykają z jej największym wrogiem. Już chce krzyknąć, usta jej się otwierają, kiedy chłopak kładzie małe zawiniątko przed nią i odchodzi.
W pierwszym szalonym odruchu ma chęć chwycić podarek i cisnąć nim w stronę oddalającego się Ślizgona. W końcu jednak dochodząc do wniosku, że szkoda chociaż nie dowiedzieć się co takiego wymyśliła ta szalona głowa, decyduje się zerknąć by potem odesłać mu to wszystko. Kiedy jednak zrywa z lusterek opakowanie, na chwile gubi język w gębie i spogląda za oddalającym się z każdą chwilą szybciej Castielu. Szkoda byłoby je niszczyć. Myśli otwierając jedno i przeglądając się w jego czystej tafli.
Chwilę przygląda się prezentowi, nawet czysta doczepioną kartkę. Po co to zrobił, skoro wiadomym było, że to ich koniec, po co robił coś tak głupiego? Ciągle zastanawiała się Nessy, nie mogąc skupić się na przeczytaniu chociażby jednego całego akapitu, ciągle zaczynając go od nowa. Zirytowana fuka, głośno zbierając swoje rzeczy i znowu zdenerwowana, tym bardziej z jeszcze bardziej irracjonalnego powodu, zbiera swoje klamoty i wraca do wieży.
No i co ona miała z nim zrobić?

nmm
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 27 Sie 2018, 19:46

Nareszcie nadszedł upragniony piątek. Porządni siedemnastolatkowie siedzieli w bibliotece i przyuczali się do Owutemów. Castiel darował sobie dzisiejsze wkuwanie. Po dziurki w nosie miał powtarzania na głos przepisów na eliksiry, pisania referatów o transmutowaniu rzeczy ożywionych w nieożywione i szczegółowym opisywaniu wojny ogrów w 1324 roku. Zamiast siedzieć z nosem w książkach wylegiwał się pod największym drzewem rosnącym na terenie Hogwartu, rzecz jasna zaraz po Bijącej Wierzbie. Kwiecień rozpieszczał i nie zezwalał na potulne koczowanie w murach zamku. Castiel pół siedział oparty o korę drzewa. Zielony krawat poluzował, zdjął wierzchni szkolny płaszcz i został w koszuli i spodniach do kompletu. Skrzyżował kostki i zajadał się wiśniami, które perfidnie ukradł komuś z Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Miał do skonsumowania spore opakowanie owoców, a świadomość, że je komuś zabrał tylko dodawały im smaku. Pestkami rzucał w nieopodal kręcące się stadko wron. Rozłożysta korona drzew wisiała nad jego głową, a grube gałęzie zachęcały by wspiąć się jak najwyżej. Znał to drzewo jak własną kieszeń, wszak przesiadywał na nim wiele, wiele razy. Stwierdziwszy, że szkoda marnować takie popołudnie na samotność, posłał wiadomość chłopakom aby przywlekli swe kuperki z dormitorium rzecz jasna w towarzystwie puszek piwa kremowego. Castiela opanował Leń Pospolity i nie chciało mu się wracać do szkoły.
Od ponad tygodnia miał bardzo zły humor. Trudno znosiło się jego obecność, a jeszcze gorzej szło z nawiązywaniem z nim rozmowy. Łatwo się denerwował, znacznie częściej przeklinał i palił. Drażniło go wszystko wokół, jeśli tylko chciało wejść z nim w interakcję. Tolerował obecność jedynie trzech osób - Connora, Miszy i Alecto. Inni nadwyrężali jego cierpliwość w zastraszającym tempie. Przestał się cieszyć, zaprzestał udziału w sabotowaniu działań Filcha... wycofał się ze społeczeństwa i lizał rany wewnątrz swojego umysłu. Buczał zamiast układać pełne zdania, odkrył w sobie zamiłowanie w rzucanie tłuczkiem w Pokoju Wspólnym. Zachowywał się jak dzikus, do którego nie dało się podejść bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym.
Zastanawiało go jedno. Przechodząc korytarzem w lochach napotkał Connora i Mikhaila, którzy na jego widok wymienili się znaczącymi spojrzeniami. Niezbyt mu się to spodobało, taki wzrok oznaczał niechybnie kłopoty. Miał nadzieję, że nie zamierzają go przywiązywać pasami do kamiennych filarów. Wolałby już do jakiejś ładnej panny z zacnie podkreślonymi kształtami. Najlepiej w schowku na miotły. Zamknięci pod klucz.
Trafił pestką w wronę. Odskoczyła lecz nie odleciała. Nie znalazł jeszcze żadnej słodkiej wiśni, napotykał tylko kwaśne. Leniwie obserwował jak jego smocza figurka wzbija się w powietrze i szybuje na wysokości jego oczu. Najlepszy nabytek roku. Wyprał się ze wszystkich oszczędzonych galeonów lecz było warto. Widział wiele zazdrosnych spojrzeń lecz o dziwo przestał czerpać z tego satysfakcję. Nie pozwalał dotykać i brać do ręki modelu kolczastego smoczyska, tylko cieszył nim oko. Słońce przedostawało się przez koronę drzew. Liście były zabójczo żywo zielone. Poprawił się w miejscu, zginając nogę w kolanie. Zerknął w kierunku zamku w oczekiwaniu na przyjście chłopaków. Zaczynało mu się nudzić, a to zazwyczaj doprowadzało do dziwnych sytuacji – na przykład strzelaniu zaklęciem we wrony, transmutowaniem ich w biżuterię i wręczaniu trzecioklasistkom z lubieżnym uśmiechem na ustach. Miło jest później wsłuchiwać się w dziki dziewczęcy wrzask, gdy nagle zamiast ładnej bransoletki znajdują na swoim łóżku martwą wronę. Zaiste, pomysły rodziły się mordercze.
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 27 Sie 2018, 22:36

Wiosna wchodziła na przyzamkowe tereny pełną parą w swoich uwalonych błotem buciorach. Chłodne temperatury, które dało się odczuć późnym wieczorem, nocą oraz wczesnym rankiem, nie pozwalały aby grunt znajdujący się pod dopiero odżywającym dywanem trawy dostatecznie wysechł. Przez to przemierzając błonia, słychać było specyficzny i nieprzyjemny plask pod podeszwami, które się ślizgały po wilgotnym podłożu, a nawet niekiedy grzęzły.
Campbell, aby uniknąć uwięzienia przez przeobrażającą się naturę, przywdział na nogi ciężkie buciory, które idealnie komponowały się z czarnymi jeansami i swetrem w tym samym odcieniu z przyszytym herbem Slythrinu. Dzięki temu, że był na siódmym roku i miał już o wiele mniej zajęć niż w poprzednich latach, po południu był całkowicie wolny, dlatego z wielką ulgą, ściągnął z siebie szkolny uniform, zastępując go czymś o wiele bardziej komfortowym. Bardzo mu się podobał jego piątkowy styl, dlatego aby tego nie zmarnować postanowił się wybrać na łowy.
Swoje poszukiwania rozpoczął w szkole, jednakże widząc, że większość ludzi kieruje się na zewnątrz majestatycznego budynku, poszedł w ich ślady i opuścił szkolne mury. Kiedy tylko znalazł się na dziedzińcu jego oczy aż rozbłysły w zachwycie, gdyż najwyraźniej pogoda sprzyjała do odsłonięcia nóg, założenia nieco krótszych spódniczek, zdjęcia krawatów i rozpięcia tych kilku górnych guziczków w nienagannie białych i wyprasowanych koszulach uczennic. Z zawadiackim uśmiechem ruszył przed siebie, raz po raz przystając na chwilę na krótką pogawędkę z coraz to odważniej odsłoniętą panienką. Nie zajęło mu długo znalezienie kandydatki chętnej na oddalenie się od tego tłumu łaknącego słońca i świeżego wiosennego powietrza po miesiącach jesiennej słoty i zimowego mrozu. Jego wybranką na przyjemnie spędzone popołudnie okazała się być niepozorna, ale niesamowicie seksowna Puchonka, która niezmiernie go zaskoczyła pewnymi umiejętnościami.
Właśnie z tego powodu pokazywał światu swoje pełne, bielutkie uzębienie, gdy zmierzał w stronę miejsca podanego przez Horna w krótkim liściku. Był odprężony i biło to po oczach, a endorfiny nadal w nim buzujące wręcz tryskały z każdego pora na jego ciele. Ciekawe, czy w tym momencie Campbell nie wydał na siebie wyroku, pojawiając się w zupełnie odmiennym nastawieniu do życia niż Castiel...
- Obraziła Ci matkę?* - z delikatnym uśmieszkiem na ustach, patrząc w stronę wrony bombardowanej pestkami, rzucił w stronę Horna zgryźliwym pytaniem, zamiast przywitać się jak człowiek. Campbell bardzo dobrze wiedział, iż chłopak nie zna swoich rodziców, ale w ich niepisanym kodeksie przyjaźni takie żarciki były dozwolone. Schylił się i bez pytania poczęstował się czereśnią, wyczekując reakcji Cassa.



*nie wiem na ile Castiel jest wrażliwy, że pochodzi z domu dziecka, więc jbc mogę to zmienić, tylko daj znaka
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 27 Sie 2018, 23:28

Ziewnął, zasłaniając pięścią paszczę. Transmutowanie wron w naszyjniki nie było takim złym pomysłem. Wpędziłby w traumę masę dziewcząt, które później potrzebowałyby ukojenia i pocieszenia w męskich ramionach. Co prawda Castiel jedyne co miał ochotę to ściskać między dłońmi czyjeś karki lecz najważniejsze są intencje. Zawsze skorzystać mogą na tym najprzystojniejsi z Hogwartu. Transmutowanie dla potrzeb własnych mogłoby być też dobrym ćwiczeniem przed egzaminami końcowymi. Upiekłby zatem dwie pieczenie na jednym ogniu. Blisko był wyciągnięcia różdżki, gdy w słońcu pojawił się nie kto inny, a wyszczerzony od ucha do ucha Connor. Jego mina ukłuła Castiela gdzieś w okolicach za mostkiem lecz nie dał tego po sobie poznać. Jako, że chłopaczyna znalazł się na linii ataku, przerwał stresowanie wron. Zauważył barwy jego stroju i w myślach mu przyklasnął. Ubrał się idealnie na ptasi mord i pogrzeb. Nie musiał nic mu mówić, a ten wiedział jak się stosownie odziać. Zerknął w ślepia przyjaciela i wywrócił wymownie oczami.
-Wystarczy, że dycha na smoka. Rozważam skręcenie jej karku i przetransmutowanie w naszyjnik. Wyobraź sobie minę pannic, kiedy rano znalazłyby na stoliku martwą wronę. Masz wtedy sznur dziewcząt do pocieszania i macania. - przy Connorze mówienie przychodziło mu znacznie łatwiej niż przy innych osobach. Głos miał wciąż chłodny, jakby przedstawiony plan go nie interesował. Oj chciałby wprowadzić go w życie jak najszybciej. Wiedział jednak, że byłoby to spore przegięcie i jawna oznaka szaleństwa. Nie zdziwiłby się, gdyby Connor posłał mu teraz przerażone spojrzenie.  Nie pytał o powód jego radości w obawie, że zacznie mu zazdrościć. Tak bardzo zapętlił się w swoich prywatnych katuszach iż reagował niechęcią na cudzą wesołość.
Wpakował do ust dwie wiśnie naraz. Oczywiście znów trafił na kwaśne. Zaplanował odnalezienie pierwotnego właściciela owoców i dobitne przekazanie mu opinii co do jakości zakupionego produktu. Skoro już ktoś zostawia opakowanie wiśni bez opieki, winien je chociaż zakupić odpowiednio słodkie. Pestki rzucił na trawę. Nie patrzył już na wyszczerzoną paszczę Campbella, by nie wysunąć w jego kierunku gorzkiego komentarza. Miał skłonności do kłótni, a nie chciałby spierać się z przyjacielem. Jednego już stracił i ledwie to znosił, a więc przy drugim starał się trzymać język za zębami.  
Wolną rękę założył na kark i tak oparty siedział wciąż pod drzewem. Obecność Conusa dawała obietnicę odwrócenia myśli od tych najbardziej bolesnych. Z dala od tęsknoty za tą przeklętą dziewuchą.  
- Gdzie ta przybłęda Asen? Zabrałeś mu okulary i nie może trafić? - zagaił delikatnie rozdrażniony opieszalstwem trzeciego i koniecznego osobnika. Skoro mają w planach zabijanie wron, warto byłoby zabrać się do tego raz dwa o ile rzecz jasna Con nie zacznie wybijać mu tego z głowy. Pomysły Castiela świetnie oddawały treść jego myśli. Nie należał do osób katujących bezbronne zwierzęta, jednakże zaistniała sytuacja przyćmiła mu mózg oraz zaburzała poprawne funkcjonowanie w otoczeniu. Nie zareagował w żaden sposób na poruszenie tematu jego matki. To temat, na który się nie wypowiada szczegółowo. Westchnął ciężko i powiódł wzrokiem za latającym smoczyskiem.
Zobacz profil autora
Mikhail Asen
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Wto 28 Sie 2018, 09:34

Liścik od Castiela znalazł go na boisku do Quidditcha, a chociaż piątek nie był dniem treningowym, to Misza i tak przywdział swój strój do gry by poćwiczyć. Po ostatniej kontuzji musiał wrócić do formy, a nawet dawać z siebie więcej niż zazwyczaj. Pod tym względem był niezwykle ambitny i wynajdywał każdą wolną chwilę byle tylko polatać.
Kiedy wiadomość uderzyła go w tył głowy i nie dawała mu spokoju dopóki jej nie przeczytał był już porządnie zgrzany. Wylądował zgrabnie, otworzył liścik po czym zerkając na zegarek bez większego żalu zauważył, że cokolwiek Horn zorganizował, Mikhail jak zwykle był już lekko spóźniony. Chłopacy na pewno się już do tego przyzwyczaili, ale żeby nie tracić więcej z ploteczek stwierdził, że zawita pod drzewo kierując się do niego prosto z boiska. Ani jeden ani drugi nie mieli na imię Corinne, dlatego nie musiał się specjalnie dla nich stroić, a już tym bardziej kąpać.
Znów dosiadł miotłę. Mógłby pójść z buta, ale przecież mu się niezwykle spieszyło. Rozwinął największą prędkość, jaka tylko była możliwa po czym efektywnie wyhamował tuż przed chłopakami.
- Siema lamusy - przywitał się, po czym rozłożył się na trawie chwytając ostatnie tego dnia promienie słońca.
Connor jak zwykle cieszył michę, a Misza był bardziej niż pewny, że ma to związek z jakąś dziewczyną, a raczej jej biustem. Albo ustami. Albo tyłkiem. Albo wszystkim naraz. Castiel zaś wyglądał...
- Masz minę jakbyś powąchał moje potreningowe skarpety, a przecież jeszcze nie ściągnąłem butów - stwierdził, zerkając na przyjaciela kątem oka.
Przeniósł wzrok na Campbella, szukając w jego twarzy odpowiedzi na dręczące Mikhaila pytanie - co ugryzło Castiela, ale kiedy niczego takiego się nie doszukał, znów zwrócił się do Horna.
- Weź poluzuj bardziej krawat, bo aż się brzydki robisz jak tak na ciebie patrzę - doradził z niezwykłą jak na siebie wrażliwością.
Jako, że usiadł tuż obok niego, na wyciągnięcie Asenowej ręki znalazły się czerwoniutkie wisienki, które widział wcześniej w Pokoju Wspólnym i sam się na nie czaił, ale bał się, że ktoś zwinie je mu z trybun. Z tym większą chęcią chwycił w dłoń kilka owoców i wpakował sobie jedną do ust.
- Fuuu! Jakie kwaśne! - wypluł pestkę. To od tego Horn wyglądał jakby mu ktoś wetknął różdżkę w łajno?
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sro 29 Sie 2018, 20:57

Campbell zarechotał głośno pomimo nieco skrzywionej estetyki morderczego planu Castiela. Czaił się w tym pomyśle pewien potencjał, jednakże Kanadyjczyk na pewno pozmieniałby kilka najważniejszych jego elementów. Po pierwsze - zabijanie niewinnych zwierząt nie leżało w sferze jego zainteresowań, dlatego zajęło to miejsce najważniejszej modyfikacji planu. Po drugie - pocieszanie dziewczyn powinno się kończyć na czymś przyjemnym, co by zrekompensowało ten czas cierpliwego głaskania po główce i kolanku. A to mogło w najlepszym przypadku prowadzić jedynie do subtelnego macanka. To wcale nie kalkulowało się dobrze w cenniku Ślizgona. Jednakże patrząc na drugą stronę medalu, było to idealne zapewnienie sobie bardzo długiego celibatu. Najwyraźniej Horn był na takim dnie emocjonalnym, że nawet seks nie był dla niego zapowiedzią przyjemności, w przeciwieństwie do masochizmu.
Oczywiście obecny stan Cassa nie pozostawał Campbellowi obojętny. Zauważenie pierwszych objawów takich ciągotek przyjaciela było bardzo łatwe do wychwycenia, ponieważ po prostu czuł jakby przebywał w dormitorium z zupełnie obcą mu jednostką. Nerwowość, niecierpliwość, wahania nastrojów nie były takie same u Horna jak te, którymi Kanadyjczyk był bombardowany przez ostatnie półtora roku. Naprawdę nie trzeba było być wykwalifikowanym i doświadczonym uzdrowicielem, żeby to stwierdzić. I kiedy wwiercające się w tył jego głowy zaniepokojenie blokowało mu możliwość skupienia się na czymkolwiek, postanowił porozmawiać z Miszą. Prawie zawsze wolał wybadać grunt zanim podjął się jakiejkolwiek interwencji.
Początkowo jego zaniepokojenie utrzymywało się na tym samym poziomie, pomimo że Asen potwierdził obserwacje Connora. Do czasu... Pewnego dnia szesnastolatek przybiegł zadyszany do dormitorium, jakby właśnie ukończył maraton mający swój start w odległej Rumunii. Pospiesznie, jakby zależało od tego jego życie, zaczął opowiadać jaka plotka właśnie obeszła caluśką szkołę, w której główną rolę grał właśnie ich przyjaciel i niejaka Agnes Temple. Najwyraźniej chłopaczyna musiał być w tak samo ogromnym szoku jak i Campbell. Toż to hańba, żeby najlepsi przyjaciele Horn'a dowiadywali się o takich rzeczach od osób trzecich. Nie zwlekając zaplanowali dość drastyczną jak na tamten moment interwencję, budząc Castiela z różdżkami przytkniętymi do gardła i żądając wyjaśnień. Dostali je. Co prawda lakoniczne, tajemnicze, ale też i prawdziwe, więc na tamten moment im to w zupełności wystarczało. Właśnie dzisiaj miała być powtórka.
- Halo, luzujemy poślady. Przyniosłem parę piwek, ażeby nam osłodzić tą czarną mszę - odparł energicznie, wymownie przenosząc spojrzenie na stadko wron. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął paczkę papierosów, poczęstował towarzyszy i sam się uraczył jednym. Tytoniowy rulonik natychmiast znalazł się pomiędzy jego wąskimi wargami i został rozpalony, aby mocniej zaczernić swoje usmolone płuca. Kątem oka złapał wymowne spojrzenie Miszy, którego nie zdążył odwzajemnić, gdyż ten właśnie rozsiadał się obok Horn'a. Pierwsze piwo trafiło w ręce najlepszego Ścigającego w szkole, następne zaś w dłoń długowłosego Ślizgona wraz ze stwierdzenio-pytaniem, które siłą rażenia mogło się równać z tysiącem Petrificusów.
- To jak, Temple nadal Cię nienawidzi za rozbicie butli z alkoholem? Pazerne dziewuszysko! - O tak... wyzwolił smoka z łańcuchów, i to bardzo rozwścieczonego, bowiem Campbell należał do osób prostolinijnych. Po co tracić czas na owijanie w bawełnę, kiedy można w ciągu sekundy przejść do sedna?
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Czw 30 Sie 2018, 09:48

Po co używać nóg, skoro można przylecieć na miotle, w dodatku cuchnącym od potu? Uniósł brew widząc niecodzienny sposób przybycia na spotkanie. Dobrze, że nie wyciągnął Miszy spod prysznica bo jeszcze zawstydziłby wszystkie obrazy w Hogwarcie, doprowadziłby Filcha do zawału mięśnia sercowego i zdemoralizował niepełnoletnie panienki. Ślizgoni przywykli już do bezwstydu jego i Miszy, kiedy to zdarzało się im siedzieć w samych galotach na kanapie. Inne domy mogłyby paść trupem na sam widok takiego seksapilu.
- Wal się. - mruknął do Asena. Machnął ręką by walnąć go po pazernych łapskach lecz skubany był szybszy i po chwili wpakował do swojej gęby garść wiśni. Zabrał więc pudełko owoców i położył po swojej drugiej stronie by ten łakomy potworus pospolitus nie wyżarł mu wszystkich. Znając jego możliwości, uporałby się z wiśniami w trymiga, zanim Castiel zdążyłby zjeść chociaż połowę.
- Ogarnij włosy Misza, bo ci tam kanarki gniazdo wiją. To jakaś nowa moda lamusów? - zacytował i odgryzł się, bo wyjątkowo nie miał ochoty na przekomarzanie i żarty. Chciał mieć w żyłach piwo zamiast krwi i najlepiej o wszystkim zapomnieć. Miał nadzieję, że chłopaki wymyślili coś ekstra, na przykład namalowanie karykatury Salvage'a z Krukolandu na ścianie przy bramie wejściowej. Wrzucił do ust kolejne wiśnie, a pestki wypluł na trawę. Z ogromną ochotą sięgnął po fajka. Z pomocą różdżki go podpalił i po chwili truł swoje płuca relaksującą trucizną. Po raz enty Castiel cieszył się z kontuzji Filcha. Oby trwała wiecznie i by ten zapyziały śmierdziuch nie opuszczał klitki aż do czerwca. Dzięki temu mogą palić bezkarnie.
- No, jeden chociaż pomyślał o przyniesieniu nałogów. - nie będzie odmawiał terapii trującej ciała. Oderwał kapsel z butelki i po chwili przyjrzał się etykiecie co też Cambpell dzisiaj przemycił. Zapasy Castiela mocno się pokurczyły. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że uszczupla teraz zawartość kufra przyjaciela. Po raz kolejny Connor udowodnił, że nie miał za grosz taktu. Dotychczas Castielowi nawet mu się to podobało, gdy Conus zawstydzał panienki i bez owijania w bawełnę mówił co myśli o paskudnych facjatach niektórych uczniów. Bawiło go obserwowanie reakcji innych, jednak gdy ta menda kierowała swoją bezpośredniość ku niemu, wstępował w niego diabeł. Nagle spojrzał prosto w oczy Connora wzrokiem zimnym jak świeży lód. Czy on widział, że Horn jeszcze nie schował różdżki? Zaciągnął się tytoniem i wyjął fajka z ust.
- Mam ci przywalić teraz czy dopiero jak wypijemy piwo? - zapytał tonem wyraźnie wskazującym, że nie ma ochoty rozmawiać o Nessie. W poszanowaniu do alkoholu i papierosów wolał najpierw się nimi nasycić i nacieszyć zanim je porzuci na rzecz fizycznego pokazania Conusowi co sądzi o rozmowie na temat Temple. Mierziła go prawdziwość wypowiedzianych słów jednak naprawdę nie chciał się w to zagłębiać. Wymusili od niego przyczynę takiego nienormalnego zachowania, ale to nie znaczyło, że bardzo chętnie będzie zwierzać się z tego, co czuł. Nigdy nie był dobry w te klocki, nie chciał mówić o tych prawdziwych uczuciach. Obaj o tym wiedzieli, ale nie powstrzymywało to ich przed wymianą znaczących spojrzeń. Zanim grunt zacznie mu się palić pod nogami, postanawia zmienić temat.
- Te, Asen, to prawda, że Veronica z Gryffindoru chciała wpakować w ciebie eliksir miłosny? - miał wielką nadzieję, że Misza złapie haczyk i zacznie się nad tym rozwodzić zanim Connor dopadnie do niego z różdżką i nie zacznie wyduszać większej ilości informacji. Castiel trochę się go obawiał... wolał więc zasłonić się żywą tarczą- Asenem i bronić przed prawdą.
Zobacz profil autora
Mikhail Asen
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Czw 30 Sie 2018, 19:15

Castiel ewidentnie był nie w sosie, choć jak na niego to właściwie żaden wyczyn. Horn bywał nie w sosie średnio sześć na siedem dni w tygodniu, przez co niektórzy często poddawali pod wątpliwość ich przyjaźń. Bo jak to, zarówno Campbell jak i Asen tak bardzo różnili się od Castiela jak tylko się dało. Mimo wszystko Bułgar lubił bardzo swojego przyjaciela, a do paki z Kanadyjczykiem tworzyli mieszankę istnie wybuchową, znaną bardziej tej damskiej części zamku. Misza i Campbell łamali serca regularnie, bez skrupułów, trzymając się wyłącznie jednej zasady - dziewczyna zmacana przynajmniej przez jednego z tej trójki jest już niedostępna dla reszty. Zresztą z taką prezencją pomimo swojej reputacji nie mieli problemów z znajdowaniem kolejnych ofiar. Uczennic było tak wiele, a chociaż mieli za sobą już pokaźną listę, to przecież do końca szkoły było jeszcze sporo czasu.
- Wiem, że już mi trochę urosły ale nie bój się, nawet z długimi jestem wciąż przystojniejszy niż ty - powiedział, mimowolnie przeczesując włosy palcami. Teraz Horn był taki mądry. Szkoda, że wcześniej nie przyszedł do niego z taką radą. Byli w zeszłym tygodniu w Hogsmeade, nie mógł mu wtedy powiedzieć, że czas na fryzjera? Teraz po randce z Corinne było już za późno.
Misza normalnie nie palił papierosów, no chyba, że była taka potrzeba. Bywały takie potrzeby, jak na przykład wtedy, kiedy okazało się, że jego stary jest gejem i sypia ze stażystą eliksirów, którego Asen musiał widywać na codzień i chociaż próbował nie wyobrażać sobie ich razem, to nie mógł opanować odruchu wymiotnego za każdym razem, gdy na niego patrzył.
Dziś już pogodził się z tym faktem, ale nawyk palenia w szczególnych chwilach mu pozostał. Dziś też był szczególny dzień. Mieli z Connorem przeprowadzić akcję reanimację na Castielu, którego nastawienie do wszystkiego przyprawiało ich o ból głowy od kilku dni.
- Ja jestem po treningu, to skąd miałem ci przynieść nałogi? - zwrócił się do Horna, częstując się papierosem oraz piwem. - Też byś mógł potrenować, a nie tylko użalasz się nad sobą - mruknął jeszcze.
Z niezadowoleniem przyjął fakt, że czerwone wisienki zostały odsunięte poza zasięg jego długich rąk. Musiał więc zadowolić się piwem, co w zasadzie po wyczerpującym treningu było tym, czego teraz potrzebował. Upił łyk, a kiedy okazało się, że jest bardzo dobre pokiwał głową z uznaniem, sprawdzając nazwę na etykiecie.
Connor wiedział co dobre.
Uniósł brwi kiedy usłyszał reakcję Castiela na wzmiankę o tej krukonce, której nazwisko uleciało mu z głowy, dlatego sam wcześniej do niej nie nawiązał. Oboje z Campbellem doskonale wiedzieli, że to przez nią nastrój Horna pogrążył się tak drastycznie ostatnimi dniami. Sam zainteresowany wcale nie kwapił się z wyjaśnianiem przyjaciołom tego co mu leży na sercu i po ostatniej interwencji postanowili wyciągnąć z niego dziś trochę więcej szczegółów. Tym razem się nie wywinie, choćby nie wiadomo jak bardzo unikał odpowiedzi. W zasadzie jak będzie trzeba, to Misza był gotów nawet pójść po tę całą Agnes, czy jak jej tam i skonfrontować ich, by Castiel w końcu przestał zabijać wszystkich wzrokiem.
Uśmiechnął się do Kanadyjczyka, a kiedy usłyszał następne słowa Horna roześmiał się w głos.
- Prawda, ale od trzeciej klasy już wiem jak wyłapywać takie rzeczy. - upił łyk, a następnie wrócił do poprzedniego tematu - Castiel, weź przestań się mazać, przez babę chodzisz taki zdołowany? Przecież w zamku jest ich tyle, zaraz ci ogarnę jakąś inną, lepszą, ładniejszą, z jędrnymi cycuszkami.
Wyciągnął ramię jakby chciał objąć całe błonia tym jednym gestem.
- Tego kwiatu jest pół światu. Nie warto - stwierdził niezwykle filozoficznie, ale zgodnie ze swoimi zasadami.[/b][/b]
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Czw 30 Sie 2018, 22:48

Kanadyjczyk nie mógł się powstrzymać rozbawienia, które zawsze było skutecznie rozbudzane przez dziecinne, wzajemne dogryzki chłopaków. Co prawda nie był na tyle rozwrzeszczany w porównaniu do nich, ale również potrafił dołożyć swoje trzy sykle do tych jakże inteligentnych dyskusji.
- Panowie, błagam... - wbił się w ich potyczkę słowną, sprawiając wrażenie zmęczonego ich zachowaniem. - Przecież nie od dziś wiadomo, że tron najprzystojniejszego zajmuję ja, więc mordy w kubeł przydupasy! - rozkazał w iście teatralny sposób i przybrał poważną, dystyngowaną minę. Oczywiście wszystko to było w żartobliwym tonie, dlatego długo nie wytrwał w tej pozie w końcu parskając lekkim śmiechem. Czasem kiedy melancholia pukała do drzwi Connora, siadał i dumał co by było gdyby na swoich pierwszych zajęciach z Transmutacji w Hogwarcie uspokoił swoją potrzebę zrobienia psikusa i przetransmutował mysz w kota tak jak to było zadane. Całe szczęście dał ujście swoim młodzieńczym zapędom i sprawił, że maluśki gryzoń zamienił się w słonia doszczętnie niszczącego całą salę zajęć. Oczywiście nie obyło się bez kilku uczniów w Skrzydle Szpitalnym, za co Campbell był skazany na codzienne towarzystwo Filcha przez kolejne trzy bite miesiące. Mimo straconych wolnych wieczorów, podczas których mógłby się oddawać swoim pasjom, nie żałował. Chyba nikt na jego miejscu nie chciałby zamienić takiej przyjaźni na cokolwiek innego.
- Właśnie. Sport pomógłby Ci rozładować to twoje wieczne napięcie przedmiesiączkowe - zawtórował Miszy, który zawsze starał się ich namawiać do większej aktywności fizycznej i Connor często korzystał z jego towarzystwa podczas wieczornego rytuału biegania.
Piwo którym właśnie raczyli się chłopcy nie było takie zwykłe, mdłe i niewinne na jakie wyglądało. Pozornie przypominało to kremowe i niealkoholowe tak bardzo popularne wśród społeczności hogwarckiej, ale miało kopa, gdyż sporo czasu leżakowało w beczkach po Ognistej Whisky. Wyrób prosto z prywatnego browaru w Hogsmeade. Tak się składa, że Kanadyjczyk już miał okazję próbować tego ciekawego trunku i będąc całkowicie przekonany, że przyjaciołom przypadnie ono do gustu zdecydował się na ten wybór.
- A kto ostatnio darł się wniebogłosy PIWO PONAD WSZYSTKO? - zapytał Castiela, chcąc mu dobitnie przypomnieć co takiego wyprawia po przekroczeniu tej magicznej granicy samokontroli. - Sugeruję się zastosować, bo więcej możesz nie mieć okazji spróbować tego cudeńka - Zaproponował, dobitnie dając przyjacielowi znak, że kompletnie się nie boi jego wpierdolu. Z drugiej strony właśnie takim zachowaniem Horn potwierdził podejrzenia Kanadyjczyka, który był bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby dał to po sobie poznać.
- Nie gadaj! - zwrócił się do Asena, gdy Cass zagaił o pewną Gryfonkę, która już od pewnego czasu latała za tym pierwszym jak smród po gaciach. - Niezła desperacja, brać się za takiego brudasa jak Ty - wystawił koniuszek języka, zawsze zwiastujący zgrywy z jego strony. Nim Connie się obejrzał nieco luźniejsza atmosfera zaczęła się powoli zagęszczać z każdym słowem wypowiedzianym przez Miszę na temat bardzo drażliwy dla długowłosego Ślizgona. Connor zauważył jak chęć mordu rodzi się w ciemnych tęczówkach przyjaciela, a mięśnie na całym ciele napinają się będąc w pełnej gotowości do ataku. - Miszka ma całkowitą rację. Może to MY - tutaj wskazał kilka razy na siebie i Asena, tak na wszelki wypadek jakby Castiel nie załapał kogo ma na myśli - powinniśmy Ci przywalić za odpierdalanie jakichś manian z szajbniętą dupą, o których na dodatek musimy się dowiadywać od osób trzecich. - Pomimo nerwowego machania łapskiem głos bruneta był całkowicie opanowany, wyzuty z jakiejkolwiek pretensji. - Więc choć raz mógłbyś się zachować jak na honorowego i dorosłego Ślizgona przystało i opowiedzieć nam wszystko od początku. - na tym zakończył swoją motywacyjną gadkę, łapiąc potężnego łyka piwa i odpalając kolejnego papierosa. Czekał.
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Czw 30 Sie 2018, 23:28

Ci dwaj potrafili zaleźć mu za skórę, w szczególności, jeśli atakowali z jednego frontu. Do tej pory nie wybaczył im niekonwencjonalnego sposobu wyduszania informacji. Nie ma to jak obudzić się po ciężkiej nocy z dwiema różdżkami przy gardle. Przyparli go do muru w jeden z najskuteczniejszych a zarazem nieprzyjemnych sposobów. Z bólem wydusił z siebie okrojoną prawdę - pokłóciłem się z Nessie, chyba oszalałem, nie mogę przestać o niej myśleć i to mnie dobija. Odmawiał głębszych wyjaśnień. Ich reakcja dała mu do myślenia. Skoro postanowili zainterweniować to znaczy, że stał się skrajnie nie do wytrzymania. Między innymi dlatego zaczął spędzać więcej czasu poza dormitorium, by nie mieć okazji do wyżywania się na niewinnych istotach. Doszło do chęci skręcenia karku wronom (!), a przecież nigdy nie wykazywał ciągotek do takiego rodzaju okrucieństwa. Wzrok Connora przymuszał go do ponownego rozważenia pogadania z nimi na udręczony temat.
- Tiaa... to wy przeglądajcie się w lusterkach, pudrujcie nosy, a ja dalej będę zajmował miejsce najinteligentniejszego. - dorzucił swoje sącząc przy okazji piwo. Miało bardzo wyrazisty smak, było w nim coś... coś znajomego, jednak nie mógł skojarzyć dokładnie co. Pokiwał z uznaniem głową i zwilżał gardło złocistym napojem bogów. Połączona z tym nikotyna zwiastowała rychłą poprawę nastroju. Nie palił od rana, a zważywszy na wzmożone potrzeby hodowania sobie paskudnych chorób, papieros od Connora był niemalże zbawieniem.
- Pieprzcie się. Obaj. - burknął pod nosem. - Gdybym zaniedbywał quidditch, nie zostałbym kapitanem. Ty się Asen lepiej nie martw o mój trening, tylko nie zapomnij drużynowym za tydzien, bo będziesz za karę latać na starej Błękitnej Butli. - powiedział doń pół żartem pół serio. Asen uraził jego dumę, więc musiał mu jakoś odwdzięczyć. Castiel próbował już ćwiczyć, by się uspokoić. Przez jakiś czas pomagało dopóki jego spokoju nie naruszyła Sophie. Ładna, cieszyła oko, ale spotkanie z nią było dla niego katorgą. Castiel interesował się panienkami tylko i wyłącznie, gdy go czymś zaciekawiły. Czymś więcej niż ładną buzią i cyckami. Owszem, aparycja miała tu duże znaczenie lecz nie kluczowe w przeciwieństwie do preferencji tych dwóch małpiszonów. Wyprostował plecy odrywając je od drzewa. Postawił otwartą butelkę piwa na trawie, obok bezpiecznych wiśni i strzepnął z fajka popiół. Wiedział, że jak tylko wejdzie do Hogwartu tytoń będzie czuć z ich ubrań na dobre kilka metrów. Już miał skomplementować napój bogów, gdy obaj postanowili przypuścić szturm. Jak to możliwe, by w ciągu raptem kilku sekund byli w stanie rozjuszyć Castiela do tak wysokiego stopnia? Wzrok chłopaka z zimnego stał się iście morderczy. Najpierw Asen, który postanowił wykazać się ignorancją i pośrednio ubliżyć aparycji Nessie. W następnej sekundzie Connor dolał oliwy do ognia. Castiel może i nie był w stanie normalnie rozmawiać z Temple, być może byli skłóceni i przez nią oszalał, lecz cholerka jasna, to nie zmieniało jego uczuć. Jak już raz się zakochał, tak na galopujące hipogryfy nie potrafił tego cofnąć. Nie mógł spokojnie słuchać sposobu w jaki się o niej wyrażają. Sam nie do końca rozumiał swoją reakcję. Po prostu nagle krew zawrzała mu w żyłach. Ubliżanie Nessie obudziło w nim diabła. To była chwila, gdy pięść Castiela poleciała prościutko na spotkanie ze szczęką Connora. Znienacka, bez słownego uprzedzenia. Od razu zerwał się na nogi, a różdżkę zatrzymał w dłoni.
- Jeszcze jedno złe słowo o niej a nie ręczę za siebie, zrozumiano?! - wycedził przez zaciśnięte zęby. Oddychał szybciej, wściekły, zezłoszczony na ich skrajny nietakt. Schował różdżkę. Nie był idiotą, nie zamierzał ciskać zaklęciami w przyjaciół mimo, że na chwilę obecną chciał ich obu obić. Wbił wściekłe ślepia w Connora.
- To po ludzku kurwa zapytać nie potrafisz? - cisnął papierosa na ziemię i go zdeptał. Stracił na niego ochotę. Przeniósł wzrok na Miszę. - Nie mam ochoty macać pustych laleczek. Mam większy problem niż którą pannę dzisiaj zaciągnę do schowka. - pomasował kłykcie. Nie żałował, że przyłożył Conusowi. Nagrabił sobie. Wyzywać Nessie mógł tylko sam Castiel, innym na to nie pozwalał. W pewnym sensie poczuł ulgę, gdy wyładował złość w jednym uderzeniu. Zastanowiło go, czy to nie była celowa prowokacja... ta myśl go mocno zaniepokoiła.
- Ja was nie budzę z różdżką przy gardle. Dobra, słuchajcie. - westchnął, jednocześnie jakby przyznając im rację co do konieczności rozmowy. Być może oni mogliby spojrzeć na sytuację z innego punktu widzenia. Być może powiedzą mu co tak właściwie powinien teraz zrobić. Albo... znajdą pomysł jak się odkochać. - To tak nienormalna sytuacja, że nie wiem czy nadążycie. Ja sam ledwie to ogarniam. - trzymał palce zaciśnięte w pięść na wypadek, gdyby któryś zechciał mu oddać. Ile Castiel natłukł się w swoim życiu to tylko on jeden wiedział. Wychowywanie się w przytułku w towarzystwie osiemdziesięciu rówieśników skutecznie wyuczało takiego delikwenta języka przemocy fizycznej.
Zobacz profil autora
Mikhail Asen
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pią 31 Sie 2018, 10:46

On się kochał przekomarzać. Z obojgiem. Cała ich trójka znana była w Hogwarcie z ciętego języka, ale nikt tak bardzo nie rozumiał sarkazmu, ironii i ich skrzywionego poczucia humoru jak oni sami. Mimo, że byli tak różni to nadawali na jednych falach i właśnie dlatego tak bardzo lubili swoje towarzystwo. Misza podejrzewał, że za pięćdziesiąt lat nadal bedą sobie tak siadać w trójkę, pykać fajeczkę i żartować ze wszystkiego i wszystkich. Siwizna (lub łysinka - kto wie) nie przeszkodzi im w niczym ani nie zmieni ich ani o jotę.
Wzruszył ramionami kończąc licytację dotyczącą tego, który z nich jest najprzystojniejszy a który najmądrzejszy. Upił kolejny łyk tego wspaniałego napoju bogów po czym stwierdził rzeczowo:
- Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Dobrze było mieć przyjaciela w drużynie. Na dodatek takiego, który był kapitanem. Nie, żeby Asen miał z tego powodu jakieś przywileje, ale ogólnie przydawała się taka znajomość. Wiedział wszystko pierwszy, miał informacje, których nie posiadała reszta drużyny. Dobrze, że Bułgar najpierw dostał się do drużyny a potem dopiero Castiel objął tę funkcję, bo pewnie wszyscy zarzucali by im nepotyzm. I tak nie ma taryfy ulgowej. Nawet dla Connora, który musiał im kibicować jak należy, w przeciwnym razie obaj byli bardzo niezadowoleni.
Misza wciągnął szybko powietrze słysząc groźbę padającą z ust Horna.
- Cicho! Nie mów tak przy niej! - powiedział głośno, po czym pogłaskał swoją ukochaną miotłę leżącą przecież tuż obok niego. Miotły nie były głupie, miały duszę i niestety wszystko słyszały. Potrafiły się nawet czasem obrazić, gdy się o nią należycie nie dbało. Jego miotła z pewnością strzeliłaby focha gdyby jego pośladki choć przez chwilę dosiadły rzeczonej Błękitnej Butli, nawet jeśli nie zrobiłyby tego specjalnie.
Puścił mimo uszu obelgę Campbella. To, że pochodził z Bułgarii nie oznaczało, że był brudasem. No chyba, że chodziło mu o to, że jest teraz po treningu, ale przecież Connor doskonale wiedział jak Asen prezentował się na codzień. On sobie nawet gacie prasował, a to, że opuścił wizytę u fryzjera o niczym nie świadczy.
Nastrój pod drzewem zmienił się w jednej chwili. Wywołali wilka z lasu, a Castiel dał się zrobić jak dziecko, kompletnie nie wyłapując jawnej prowokacji. Misza z szeroko otwartymi oczami obserwował jak szybko krew zawrzała w żyłach ich przyjaciela. Czerwień oblała mu twarz z wściekłości a dłonie zacisnęły się w pięści. Ewidentnie szajbnięta dupa nie była bezpiecznym określeniem, ale podziałało. Cel uświęca środki, jak to mówią. Nie spodziewał się jednak, że Horn wyskoczy z łapami do któregokolwiek z nich, toteż nie zareagował zbyt szybko. Zbielałe kłykcie spotkały się ze szczęką Connora, na szczęście chyba nie było to na tyle mocne uderzenie, by mogły wyrządzić jakąkolwiek krzywdę.
Asen poderwał się na równe nogi i złapał Horna od tyłu odciągając go od przyjaciela, by przypadkiem nie powtórzył uderzenia. Mieli przecież porozmawiać, a nie się lać. Inaczej to miało wyglądać.
- Uspokój się debilu, nikt jej nie obraża przecież - powiedział zirytowany. - Martwimy się o ciebie a ty w zamian zachowujesz się jak jakiś nawiedzony!
Misza na całe szczęście nie oberwał, a i Castiel wydawał się poprzestać na tym jedynym akcie przemocy tego popołudnia. I tak wszyscy będą gadać. Nie byli jedynymi uczniami chcącymi skorzystać z ładnej pogody w piątek po lekcjach. Na Błoniach roiło się od wychowanków wszystkich czterech domów, a nagła szarpanina pod drzewem zwróciłaby uwagę nawet najbardziej niewzruszonego z nich. Dobrze, że nie musieli martwić się Filchem. W przeciwnym razie już musieliby się pewnie przenosić w inne miejsce, byleby uniknąć kolejnego szlabanu za fajki, piwo i bójki.
Wracając, nie wyglądało już jakby Castiel miał ponowić atak, choć nadal był rozjuszony. Sprawa z Temple musiała go nieźle ruszyć, ale nie dziwił się trochę. Sam ostatnio biegał za Corinne jak za nikim wcześniej, choć było to do niego dalece nie podobne. Różnica między Asenem a Hornem polegała jednak na tym, że ten pierwszy na bieżąco informował swoich przyjaciół o tym, że chyba mu zależy i choć śmiali się pod nosem Misza był pewny, że nie nazwaliby go miękką fają. Horn dusił wszystko w sobie, zamiast wygadać się i być może zasięgnąć rady.
Nie mam ochoty macać pustych laleczek. Mam większy problem niż którą pannę dzisiaj zaciągnę do schowka.
Misza uniósł dłonie w obronnym geście. Nagle w stroju do Quidditcha zrobiło mu się bardzo gorąco. Też się wkurzył.
- Ja pierdole, tylko żartowałem. Nie byłoby tego, gdybyś nam sam wszystko od razu powiedział, co powinieneś zrobić skoro nazywasz siebie naszym przyjacielem - powiedział uszczypliwie. Już i tak oboje z Campbellem dotknęli wielu czułych punktów Horna. Jeden mniej, czy więcej, nie powinien zrobić żadnej różnicy.
W końcu ich prowokacja przyniosła oczekiwany skutek. Castiel, choć nadal w pełnej gotowości, postanowił w końcu wyznać im wszystko. Sami oczywiście i tak dużo wiedzieli, bo Connor rozmawiał z tą całą krukonką, która była powodem owego zamieszania, a Mikhail zasięgnął języka u największych plotkar w Hogwarcie. Mimo wszystko woleliby usłyszeć prawdę od samego zainteresowanego, porównać ją z informacjami, które posiadali, a następnie spróbować jakoś zaistniałą sytuację rozwiązać.
Asen westchnął, sprawiając, że napięcie powoli odpuszczało.
- No nareszcie. Bo już chcieliśmy ci dolać veritaseum do tego piwa...
Zobacz profil autora
Connor Campbell
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 10 Wrz 2018, 00:11

- Najwyraźniej Quidditch to za mało na twoje humorki - dodał i wsłuchał się w dalszą część wypowiedzi Castiela. Za każdym razem, gdy Misza i Horn wdawali się w dyskusję na temat tej gry, analizując trening bądź sam mecz, Connor cichł. Nie był w stanie pojąć ich miłości do tego sportu, jednakże jak na najlepszego przyjaciela przystało wspierał ich na każdym meczu.
Nagle, w jednej sekundzie sprawy nieoczekiwanie przeskoczyły na inny, ten niekontrolowany przez Asena i Campbella, tor. Ich przyjaciel, który w ciągu kilku ostatnich tygodni wyraźnie dawał im do zrozumienia, że coś ewidentnie nieprzyjemnego dzieje się w jego życiu, w mgnieniu oka przemienił się z niegroźnego marudy w kocioł złości.
Początkowo Kanadyjczyk był przekonany, że Asen zaraz dostanie w papę, jednakże sam również nie mógł utrzymać swojego prawdomównego języka na wodzy. Niewiele myśląc dał mocno nietaktowny popis oratorski, w ten sposób wyrzucając z siebie wszystko co myślał na ten temat. Connor mógł się spodziewać, że Cass będzie chciał do niego wylecieć z łapami, ale nie spodziewał się, że stanie się to praktycznie na samym początku misternie uknutej interwencji.
Zatoczył się do tyłu, gdy pięść przyjaciela przykleiła się do jego szczęki, czując jak ból rozlewa mu się po dolnej połowie twarzy, a przed oczami pojawiają się ciemne plamy. Sekundę później poczuł na języku metaliczny posmak krwi sączącej się z rany na wardze, którą podczas ciosu niefortunnie przygryzł. Lewą dłonią momentalnie dotknął miejsca, gdzie cios został wymierzony i delikatnie zaczął je masować, mrugając kilka razy aby mroczki zniknęły. Kiedy w końcu zdołał się doprowadzić do porządku spojrzał na przyjaciół, gdzie jeden wbijał w niego nienawistne spojrzenie, niewerbalnie wyzywając Campbella od najgorszych, a drugi przytrzymywał pierwszego, żeby sytuacja sprzed chwili się nie powtórzyła. Było to bardzo rozsądne ze strony Miszy, gdyż niepotrzebne im było zainteresowanie innych uczniów również korzystających z pogody, a ten jeden cios i tak przyciągnął wystarczająco dużo zaciekawionych spojrzeń.
- Castiel, uruchom na chwilę mózgownicę i wyłącz emocje - odparł po tym jak długowłosy Ślizgon wykrzyczał groźbę, a Mikhail próbował go uspokoić. - To ty się w niej zabujałeś, a nie my. I jakoś mi się wydaje, że chyba jeszcze mamy tu wolność słowa, więc przestań toczyć pianę z ust i może przedstaw nam sytuację od A do Z. - Skrzywił się lekko kiedy obite miejsce zapulsowało mocniej, po czym splunął krwią, która nadal powoli zbierała mu się w ustach. Co za tydzień, pomyślał delikatnie kręcąc głową na boki.
Z uwagą i zamkniętą gębą wysłuchał historii Horna, porównując ją z tym czego dowiedział się od Nessy zaledwie dzień wcześniej. Gdyby nie usłyszał obu wersji z obu stron konfliktu ciężko byłoby mu to poskładać w całość z samych plotek, gdyż sprawa była chyba niepotrzebnie wyolbrzymiona, przez co też i zawiła. Kiedy Asen wspomniał o veritaserum Campbell uśmiechnął się półgębkiem i zaczął gwizdać, rozglądając się po okolicy, będąc ciekaw jak chłopaki zinterpretują jego zachowanie i czy efekt placebo podziała na Cassa.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Drzewo   

 

Drzewo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-