IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Drzewo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Haven Paravel
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sob 06 Cze 2015, 19:07

Opierała się o drzewo, siedząc spokojnie na trawie. Myślała jednocześnie o swoim ojcu, który ostatnio próbował się skontaktować z dziadkami Haven, a jego teściami. Ostatnio dostał od nich list, którego nie chciał córce pokazać. Dziadków od strony matki nigdy nie poznała, z tego, co słyszała zerwali kontakt po tym, jak ich córka wyszła za jej ojca. Nie chcieli o tym słyszeć, więc nigdy nie pisali. A tutaj nagle list, po którym znowu przestali pisać.  Myślała również, czy list, który zjadł Whiskey nie był przypadkiem od jej ojca. Jeśli tak, to jeszcze bardziej ma ochotę kota ukatrupić.
A skoro o kocie mowa...
Whiskey właśnie zaczął wariować, syczeć i tym podobne rzeczy. Ślizgonka spojrzała na niego zaskoczona, po czym próbowała go wziąć na ręce. Udało jej się to, jednak kot zadrapał ją w policzek. Po chwili zobaczyła, czemu kocisko tak się szarpało. W jej stronę leciała sowa. Nie miała zbytnio pojęcia, czemu akurat w jej stronę, ale zdołała powiedzieć głośne 'Co na gacie Merlina...', gdy ptaszysko zapikowało w jej stronę. Krzyknęła, gdy odezwała się w niej panika. Cholersne sowy, dlaczego ich w Hogwarcie musi być tak dużo? Jakby z gołębi korzystać nie mogli!
Nie zwróciła nawet uwagi, że chodzi o jej wianek, gdy zobaczyła następną sowę. Serio? Jakieś fatum się na nią uwzięło.  Kot w którymś momencie zdołał czmychnąć, tchórz jeden. Ta druga sowa zaczęła ją bez powodu dziobać, na co Haven próbowała ją odtrząsnąć dłonią. Nie krzyczała już teraz na głos, ale w duchu owszem. Merlinie, jak ona bała się sów.
Usłyszała kroki, które jednak zignorowała. Poczuła także, że z jej głowy został usunięty wianek, co na chwilę odgoniło sowy, które po chwili jednak wróciły. Znaczy, nie wiedziała czy obie, ale nadal jakaś ją atakowała. Przez ten moment, kiedy ptaszyska zostawiły ją w spokoju, wstała na nogi, obrzucając spojrzeniem chłopaków, którzy najwidoczniej byli właścicielami sów. Tak uznała, no bo nie sądziła, aby były bezpańskie. Raczej mało było bezpańskich sów w Hogwarcie.
- Co do cholery jasnej? Zabierzcie te swoje straszydła z daleka ode mnie!
I cóż, znowu doznała lekkiego ataku paniki. Sowy są najgorszymi stworzeniami, jakie mogła spotkać w życiu. I tego dnia. Nie dość, że prawdopodobnie miała na policzku ślad po pazurach swojego kota, straciła list, to jeszcze ją zaatakowały ptaki. Nie wiedziała, co nad nią czuwa, ale widocznie jej nie lubiło. I ona nie lubiła tego, co nad nią czuwało. Taka wzajemna relacja, bo co.
Zobacz profil autora
Eric Henley
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Nie 07 Cze 2015, 00:05

Ten chłodny, listopadowy dzień zapowiadał się dla Erica całkiem dobrze. Z nieukrywanym wyrazem błogiej ulgi na twarzy, jeszcze kilkanaście minut temu latał na swojej nowej miotle, którą to na jego prośbę zakupili i przysłali mu rodzice, rzecz jasna za jego z trudem oszczędzane pieniądze. W każdym razie, chłopak który poprzez wizytę na stadionie, próbował zostawić za sobą trudy całego tygodnia, zrelaksowany krótkim, aczkolwiek niezwykle przyjemnym lotem, zupełnie nie spodziewał się, że jego własna sowa z premedytacją będzie próbowała mu ten dzień zepsuć.
-Trochę taa…ale ciesz się, że tego nie słyszała, Ona chyba uważa sie za najdzielniejszą z sów jeśli tylko zdoła przynieść jeden, najzwyklejszy list i no...niezbyt dobrze znosi słowa krytyki – odparł Gryfon na słowa Adama z którym wracał do Zamku.
Wprawdzie kumpel miał nieco racji, Fiołek od jakiegoś czasu stała się troszkę zbyt nadpobudliwa i humorzasta, ale Ericowi z trudem było to przyznać, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że duży był w tym jego udział. W końcu kto jak nie on odpowiadał za wychowanie swego zwierzaka? Obecny stan rzeczy był jego zasługą, niezależnie od tego czy mu się to podobało czy nie. No ale przecież nie jego wina, że zwyczajnie nie potrafił powstrzymać się od wyrażania zachwytu ilekroć sowa przynosiła mu list. Początkowo zaowocowało to tym, że zwierzak przejął nawyki swojego właściciela i zaczął bardzo wyraziście okazywać radość z ponownego wypełnienia swojego obowiązku. Chłopak pod żadnym pozorem nie winił zwierzaka za takie zachowanie, wręcz przeciwnie, jako, że sam najczęściej był strasznym gadułą, doskonale rozumiał chęć sowy do pokazania całemu świata swych zasług. Jedynym problemem były te głupie kwiaty. Fiołek - zdarzało się, że Gryfon wierząc iż cały problem ma w nim swoje podłoże, czasem żałował nadania jej tego konkretnego imienia.
Aktualnie jednak nie było czasu na rozważania o przyczynach, aktualnie priorytetem było niwelowanie dość nieprzyjemnych skutków.
Po raz kolejny piekielne drzewo było świadkiem gwałtownej burzy wydarzeń. Eric który już miał rzucić się na Fiołek i odgonić ją od na zmianę piszczącej i przeklinającej dziewczyny, nagle dostrzegł kolejną, malutką sowę i skonsternowany zastygł w pół kroku.
No jasne – przemknęło chłopakowi przez myśl gdy zobaczył, że ofiarą jego doręczycielki listów, okazała się być całkiem ładna brunetka. Otrząsnąwszy się ze zdziwienia, ponownie szybko ruszył w jej stronę, ale na drodze stanął mu Adam, a właściwie wyrzucony przez niego w powietrze wianek który – bo jakże by inaczej – wylądował mu na twarzy, oraz Fiołek która pojawiła się tuż przed nim.
Jak na Ścigającego drużyny Gryffindoru przystało, chłopak całkiem zręcznie chwycił pachnącą wiązankę i spojrzał groźnie na swoją sowę.
-Nawet nie próbuj – powiedział ostrzegawczym tonem w nadziei, że zwierzak który właśnie próbował wylądować mu na lewej ręce, zrozumie jego intencje i zaprzestanie ataku – Znajdź sobie jakieś inne śmierdzące badyle Ty…Ty Głuptasie – oznajmił widząc niewinny pyszczek i przestraszone spojrzenie swojej przyjaciółki. Oddałby wiele za umiejętność gniewania się za nią, ale zamiast tego, ukradkiem zerwał kilka płatków jakiegoś niebieskiego kwiatka z rzeczonego wianka i podał sówce.
-I to niby moja sowa jest krnąbrna - rzucił w stronę Adama który walczył z czymś maleńkim latającym obok głowy dziewczyny. Miał nawet ochotę się roześmiać, ale uznał, że to byłoby troszkę nie na miejscu, dlatego też, stojąc przez chwilę jak kołek, w końcu – z Fiołek na ramieniu - postanowił łaskawie pomóc kumplowi.
-Bez paniki, wszystko jest pod kontrolą – powiedział do zadziobywanej właśnie na śmierć dziewczyny i zaczął machać wiankiem by odgonić od niej sówkę.
Eric najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że zaufanie swemu nienormalnemu zwierzakowi nie było najlepszym pomysłem.
Zobacz profil autora
Carney Ua Duibhne
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sro 10 Cze 2015, 22:22

/wtrącam się po ustaleniach z Adamem, mam nadzieję, że nikt nie ma nic przeciwko <3

Owinięty w szary trencz i szalik w barwach swojego domu, Carney szedł przez błonia zmarnowany i zrezygnowany. Spędził kilka ładnych godzin na porządkowaniu sali do eliksirów, co było jego karą za wysadzenie fiolki z magiczną cieczą. Nie byłoby w tym jeszcze nic strasznego, gdyby nie to, że fiolkę tę trzymała w dłoni Rosemary, która na oczach całej grupy zamieniła się w ropuchę (co, swoją drogą, zdaniem młodego Gryfona wyszło jej tylko na dobre). Nie zrobił tego celowo, ale mając taką, a nie inną reputację, na którą sobie oczywiście zapracował, nikt nie słuchał jego tłumaczeń. Szczególnie profesor Lacroix, która lubiła dać mu karę dla zasady, bo tak jest zabawnie, nie dlatego, że naprawdę na nią zasłużył. A potrafiła być wyjątkowo wredna...
No, ale już po wypolerowaniu ostatniej menzurki (która była niewątpliwie zaczarowana i po finalnym wytarciu co do jednego paprocha kurzu znowu stawała się brudna niczym uszy Filcha) mógł wreszcie wydostać się z piwnicy i wyjść na świeże powietrze. Było chłodno, ale wiatr przyjemnie owiewał twarz młodego Ua Duibhne, pozbywając się resztek zapachu stęchlizny z jego nosa.
Uwagę czarodzieja przykuły wysokie, piskliwe okrzyki dochodzące spod wielkiego drzewa. Właścicielka głosu masakrującego słuch Carney'a była mu znana tylko z widzenia, jeden z chłopaków był znajomym z domu, drugi natomiast był jednym z najlepszych kumpli Gryfona. Postanowił więc sprawdzić, o co cały ten raban - miło będzie móc wreszcie odezwać się do kogoś, kto może ci odpowiedzieć (nie to co stare księgi z przepisami na mikstury).
- Morgan, nie tak się podrywa dziewczyny w tym wieku. Nie ciągnij jej za włosy, to znaczy, niech twoja sowa nie ciągnie - wtrącił się, nie kryjąc rozbawienia, w przeciwieństwie do Erica, który próbował zatuszować swój uśmiech.
Jego sówka była na szczęście bardzo flegmatyczna. Czasem aż tak bardzo, że musiał sam biegać do niej po swoją pocztę, bo ta leniwa buła nie chciała się ruszyć z wieży. Próbował na niej wszystkiego, nawet accio, ale ona jak po złości albo nie zabierała ze sobą listów, albo wypluwała je po drodze, gdy Carney przyzywał ją zaklęciem. Dlatego przestał, bo szkoda czasu i energii na coś, co nie rokuje poprawy. Ale kochał tę małą zarazę, więc nie zamierzał zamieniać jej na żadną inną.
W tym momencie cieszył się z wad zwierzaka, którego potrafił z całą mocą przeklinać, gdy miała muchy w nosie - nie musiał uczestniczyć w rozgrywającej się właśnie scenie...
Zobacz profil autora
Adam Morgan
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pią 12 Cze 2015, 11:34

- Wszystko jest pod kontrolą? A co tutaj było w tej chwili pod kontrolą? – spytał donośnie, gdyż najwyraźniej chyba nie wiedział jak Eric definiował to stwierdzenie. Starał się uratować swoją sówkę od przypadkowego trzepnięcia przez tę rozpanikowaną pannę. Przyznał sam przed sobą, że jego wcześniejsze zagranie nie za bardzo było przemyślane. Trzeba było jednak zachować pozory, że miało się chociaż malutki wpływ na poczynania sówki, która z pewnością chciała zadziobać Ślizgonkę na śmierć, albo i gorzej. Spojrzał dosłownie przelotnie w stronę Erica, który również zmagał się z sową, jednak swoją. Dzisiejszy dzień zdecydowanie nie należał do dziewczyny, która wbrew pozorom wcale sobie nie pomagała. Wierzganie się na prawo i lewo utrudniało tylko Adamowi chwycenie za swoją sowę i schowanie jej do kieszeni szaty, z której niemalże wysypywały się sowie smakołyki. Być może to przez tę nadprogramową dawkę energii Chester była taka pobudzona i gotowa do mordu. Gdyby Tiara Przydziału miała przydzielić sówkę do któregoś z domów, to z pewnością, dzięki swojej złośliwości i terytorializmowi – byłaby świetnym Ślizgonem.
W końcu udało mu się złapać sowę i szybkim ruchem odciągnąć od przerażonej, która w tej chwili wyglądała jakby miała zaraz zejść z tego świata. Usłyszał za sobą rozbawiony komentarz wypowiadany przez dobrze znanego mu chłopaka. Jeden z tych uczniów, którzy nie chcieli zapomnieć jego imienia, a co dopiero nazwiska. Odwrócił się na pięcie w stronę Carneya i schował wściekłą sowę do kieszeni szaty i obsypał ją smakołykami, mając nadzieję, że to chociaż na chwilą ją przekupi.
- Cześć Car, dawno Cię nie widziałem. Już miałem nadzieję, że wstąpiłeś do mojego klubu pod wezwaniem „Zapomnianych” do którego oczywiście sam należę – powiedział żartobliwie, po czym klepnął chłopaka przyjacielsko po ramieniu, po czym uśmiechnął się szeroko, zaciskając na nim dłoń. Dawno go faktycznie nie widział i nawet zaczął się zastanawiać w jakie on miejsca chodzi, że go ciągle nie było. W sumie... można byłoby też wziąć jednak pod uwagę fakt, że to Adam szlajał się tam, gdzie innym uczniom nawet się nie śniło i to mógłby być główny powód jego problemu związanego z Carneyem. Powinien częściej zabierać go na spacery, które nie obejmowały drogi na zajęcia. Henleyowi też by się czasami przydało. Chwilę tak trwał, po czym popchnął nagle Gryfona w stronę Ślizgonki.
- Może nam wytłumaczysz w takim razie jak się obchodzi z dziewczynami? Bo mamy mały problem, prawda, Eric? – zwrócił się do Henleya, mając nadzieję, że ten uporał się w końcu z atakującą wianek sową. Podrapał się po policzku, szczerząc się jak mysz do sera. Może nie było do śmiechu tej młodej dziewczynie. Z zewnątrz wyglądało to tak, jakby w tej chwili była napastowana przez trzech Gryfonów, a oni po prostu chcieli jej pomóc. Możliwe nawet, że Adam odstąpiłby jej ten mugolski odświeżacz do samochodu, miał chyba trzy w drugiej kieszeni szaty, która aktualnie nie była napastowana przez wiecznie nienajedzoną i wściekłą sowę.

/wielkie przeprosiny za takie opóźnienia. SESJAA...
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sob 13 Cze 2015, 14:07

Od czasu rozmowy z Regulusem i pamiętnego popołudnia w bibliotece wszystko biegnąc swoim własnym torem zaczynało się wreszcie układać tak, jak Brooklyn sobie życzyła; nie licząc oczywiście nawału pracy, którym nauczyciele zarzucali siódmoklasistów i balu, który skończył się w sposób co najmniej nieprzyjemny, panienka Lowsley nie miała na co narzekać.
Jesień uderzyła w zamkowe włości z pełną siłą, zamieniając ciepłe, październikowe słońce na pluchę, mżawki, szarość i wszechobecną wilgoć. Uczniowie chowali się po pokojach wspólnych, dormitoriach i opuszczonych klasach, próbując spożytkować w jakiś sposób energię, jaka nieproporcjonalnie do pogody wypełniała wszystkich. Trudno było tylko powiedzieć skąd brał się cały ten entuzjazm - wystarczy jednak nadpisać, że w pewnym momencie taka ilość głupich pomysłów na zabijanie nudy stężonych w zamkniętych pomieszczeniach prowadziła do dość wybuchowych finałów. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko chmury odeszły na kilka chwil, nawet Ślizgoni wysypali się na błoniach niczym ulęgałki, łaknąc odrobiny tlenu i względnego spokoju. Lyn nie różniła się tym od innych, w żaden sposób.
Nie podejrzewała jednak, że pokusa odetchnięcia przepełnionym zapachem Zakazanego Lasu i mokrej trawy powietrza zaowocuje prywatnym pokazem cyrkowym, w wykonaniu dwóch rosłych samców i Ślizgonki, którą znała z widzenia, a której imię mgliście kołatało się gdzieś w odmętach pamięci. Jeszcze większe zdziwienie ogarnęło dziewczynę na widok jej własnego, osobistego chłopaka, dołączającego do tego rozhukanego, dość zaaferowanego towarzystwa. Uśmiechając się złośliwie pod nosem ruszyła w kierunku hałastry, a wraz ze zmniejszającą się odległością, powoli zaczynała rozpoznawać twarze 'oprawców' Ślizgonki, identyfikując w nich Morgana, dość blisko przyjaźniącego się z Carney'em i Henleya, o którym ostatnimi czasy dość głośno było w dziewczęcym dormitorium, a to za sprawą Rabe, złorzeczącej na prawo i lewo pod adresem wspomnianego wcześniej jegomościa.
Ślizgonka odgarnęła rozburzone wiatrem włosy, niecierpliwie odrzucając je na plecy i wsuwając dłonie do kieszeni bluzy do quidditcha przyspieszyła nieco kroku, by znaleźć się tuż obok rozmawiających ze sobą Gryfonów w samą porę by usłyszeć komentarz Carneya i odpowiedź Adama. Parsknęła śmiechem, nie potrafiąc opanować wesołości, tym samym zresztą zwracając na siebie uwagę całego towarzystwa.
- Ua Duibhne pouczający ludzi w sprawach sercowych. Wiedziałam, że to będzie dobry dzień - rzuciła nieco złośliwym tonem, unosząc lekko brwi i przyglądając się Carney'owi z pewnym rozbawieniem - Chętnie sama dowiem się czegoś ciekawego, zanim jednak przejdziemy do tego fascynującego wykładu, może powiecie mi łaskawie co się tutaj wyrabia? Wszystko w porządku? - zwróciła się wreszcie do Heaven, kątem oka obrzucając jeszcze kieszeń Morgana, w której coś wściekle burczało, huczało i szamotało się z wyraźną irytacją.


/dołączam po konsultacji z Adamem i Carem, mając nadzieję na przednią zabawę. ;)
Haven Paravel
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Wto 16 Cze 2015, 17:45

Ten dzień z pewnością nie był jej dniem. No błagam, właśnie straciła jeden ze swoich ulubionych wianków, jej kot gdzieś poleciał (jeśli nie utopił się już w jeziorze, a wiadomo? Jej kot zachowuje się jak pijany, może gdzieś w ukryciu popija Ognistą Whiskey, czy coś w tym stylu), a ona sama dostała ataku paniki przed nieznanymi jej chłopakami, bo zaatakowały ją dwie głupie sowy. W ogóle jej zdaniem sowy powinny być w Hogwarcie zakazane i powinno się je zmienić na jakieś gołębie, czy inne żurawie. Bo to mało ptaków na świecie, ale oczywiście sowy muszą donosić listy.
Cóż, nawet wydobyło się z jej ust lekkie prychnięcie, gdy usłyszała, że wszystko jest pod kontrolą. Większość rzeczy mówionych przez Gryfonów do niej nie docierało, była zbyt zajęta baniem się. Ale to akurat do niej doszło. Zbyt wielkiej kontroli tu nie widać. Nie miała wątpliwości, że urządzali jedno większe przedstawienie dla innych uczniów, no tylko Irytka czy woźnego tu brakowało (nie, ja wcale ich nie wzywam. Do diabła z nimi, niech nie przychodzą).
Zarejestrowała przybycie nowego chłopaka. No serio? Zaraz przyjedzie orkiestra i prawdziwy cyrk, clowny już są. A jedna sowa została od niej zabrana, co skwitowała krótkim westchnięciem, a gdy drugi potwór ją atakujący także sobie dał spokój, jej kot postanowił się wreszcie objawić. Tego można było się spodziewać. Prawdziwy bohater. Nadal roztrzęsiona spojrzała na niego wściekła, jakby to on był sprawcą tego całego zamieszania.
- Ty zdrajco, ty tchórzu - powiedziała do niego, głosem praktycznie nasączonym wściekłością. Po chwili jednak wzięła go na ręce, nadal siedząc na trawie i zadzierając głowę do góry, aby cały czas móc patrzeć na twarze swoich oprawców i tego jednego, co się przypałętał i zaczął gadać o podrywaniu dziewczyn. W jednym miał rację, osoby, która sów się panicznie boi, na sowę nie poderwiesz. Nie, żeby Haven chciała być w ogóle podrywana. Ma już dosyć kłopotów. Lekkim uniesieniem brwi skwitowała popchnięcie w jej stronę tego, którego sowy tu nie było. Jeśli już się mają bawić w portale randkowe czy biura matrymonialne to bez niej. Szczególnie, że w tym momencie prawdopodobnie wyglądała jak Filch, albo jeszcze gorzej. Miała nadzieję, że jednak żadna sowa na nią nie nafajdała, bo nie chciała też tak pachnieć jak woźny.
Słysząc śmiech dziewczyny, odwróciła głowę w jej stronę. Widocznie Haven była jedyną osobą, która w tym całym wydarzeniu nie widziała nic śmiesznego. Ślizgonce, bo dziewczyna była niewątpliwie z jej domu, pokiwała głową, choć ewidentnie nic nie było w porządku.
- Panicznie boję się sów, to się dzieje - powiedziała nadal nieco roztrzęsiona i wściekła, jednakże głaskanie kota było nieco uspokajające. Więc Whiskey się na coś przydał, bo inaczej z pewnością by trzech (bądź dwóch, zależy, ile by miała siły) Gryfonów zabiła chwilę po zabraniu ptaszysk. Podniosła się z trawy, nadal trzymając swojego kota - Swoją drogą, sama się chętnie dowiem, co się tutaj właściwie stało. Bo byłam zbyt zajęta atakami paniki i krzykami, żeby ogarnąć co się dzieje - i choć te słowa były wypowiedziane z niewątpliwym sarkazmem i irytacją, chciała się naprawdę dowiedzieć czemu, za cholerę, ona?
Zobacz profil autora
Eric Henley
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pią 26 Cze 2015, 00:42

Na co dzień grzeczna i wielce uczynna sowa, tego popołudnia pokazywała się ze swojej najgorszej strony. Wprawdzie Eric jakoś specjalnie się na nią nie gniewał, bo jak to już zostało wspomniane, nie posiadł niestety takiej umiejętności, ale wrzaski dziewczyny, które swoich zachowaniem wywołała, były dość niepokojące. Sytuacja w której ptaszyska atakują Twoją głowę nie należała oczywiście do najbardziej komfortowych, jednak panika przez nią szerzona była zupełnie przesadzona. W końcu wszystko było pod kontrolą, czyż nie? Fiołek skubała sobie kilka zerwanych główek kwiatów, a Adam – wprawdzie dość topornie– dawał sobie radę ze swoim - delikatnie mówiąc – wszędobylskim i nieco nadpobudliwym zwierzakiem. Na dobrą sprawę, zdarzenie to przyniosło same plusy, w końcu grono znajomych Erica powiększyło się o jedno piskliwe dziewczę. Oczywiście zdarzało mu się zawierać znajomości w nieco przyjemniejszych i ogólnie nieco bardziej sprzyjających warunkach, ale fakt był faktem. Normalnie nigdy nie odezwałby się do owej dziewczyny, a tak przynajmniej miał już to za sobą. Możliwe, że właśnie zafundował sobie nowego wroga, ale lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca. O wrogów w obecnych czasach nie było trudno, zatem Gryfona jakoś wyjątkowo by to nie obeszło, nawet jeśli był on całkiem zgrabny. Poza tym, zgrabnego wroga to już jednego miał i dopóki się go nie pozbędzie – a o zrobieniu Rosie jakiegoś psikusa marzył od lekcji transmutacji - raczej wolałby uniknąć nabycia kolejnego, zwłaszcza z domu węża. Ślizgońskie koalicje nie były nikomu na rękę. A już na pewno nie Mugolakom. Oprócz tego, że dużo wrzeszczała, dziewczyna wyglądała jednak na dość ekstrawagancką, w końcu kto łazi po zamku w wianuszkach? Na pewno nie żaden uczeń Slytherinu, a to już dawało jej całkiem dobrą pozycje w hierarchii osób bardziej i mniej przez Henley’a lubianych. Już miał uprzejmie oddać jej -zniszczone już nieco- nakrycie głowy, gdy do akcji włączył się kolejny Gryfon i zarazem kolejna nie do końca znajoma Ericowi twarz. Obdarzony poczuciem humoru godnym samego właściciela Fiołek, wyraził on dezaprobatę dla sposobu podrywania dziewcząt przez Adama. Szesnastolatek uznał to za dobry omen i wyszczerzył się do chłopaka.
-Oboje wydajecie się nieco podenerwowani, ale to całkiem zrozumiałe przy pierwszym spotkaniu – rzekł by wyrazić przesiąkniętą kpiną analizę zachowania nieszczęsnych randkowiczów. Eric nie miał zielonego pojęcia o podrywaniu dziewcząt, ale zupełnie przeszkadzało mu to w udzielaniu rad. Zresztą, Gryfon udzielał rad w wielu dziedzinach na których się nie znał, więc to nic nowego – Ja nie mam żadnego problemu – dodał wzruszając ramionami i wskazał wymownie głową na skubiącą grzecznie kwiatki Fiołek.
Nie było się czym martwić, to tylko jedna dziewczyna - jąkactwo nie powinno objawiać się tak drastycznie. Rzecz jasna gdy chłopakowi przemknęła przez głowę owa myśl, los postanowił – bo jakże mogłoby być inaczej - z niego zakpić. Nie miał pojęcia skąd się przy nich wzięła, może aportowała, ale nie miałoto większego znaczenia. Ważne, że się pojawiła, była nadzwyczaj ładna i postanowiła wesprzeć płeć przeciwną.
- Yyyy…Heej, no wiesz, w sumie to nic takiego się nie stało, Fiołek lubi kwiatki i no jakoś tak…yyy...chciała sobie podjeść i no jakoś tak wyszło… – odezwał się niepewnie, otaczała go grupka ledwie znanych siódmoklasistów z której połowę stanowiły dziewczyny. To nie wróżyło dla Henley’a zbyt dobrze. Gdy wypowiedziała pierwsze zdanie, chłopak zorientował się mniej więcej z kim ma do czynienia. Starszy Gryfon był jakimś krewnym psora od transmutacji. Nie to było jednak najważniejsze, bowiem dziewczyna zaczęła powoli dochodzić do siebie a obok niej pojawił się całkiem uroczy kocur, którego zresztą Eric uznał za obiekt niezwykle interesujący i począł się w niego intensywnie wpatrywać.
-Fajny kot – rzucił prawdopodobnie w przestrzeń bo uwaga wszystkich była skupiona na dość agresywnej poszkodowanej. Wcale zresztą nad tym nie ubolewał, zwłaszcza, że aktualnie przetrawiał uzyskane od dziewczyny informacje. Jak można bać się sów? Przecież to najbardziej urocze stworzenia na świecie. Fiołek wydawała się mieć podobne zdanie, bo furknęła dość złowrogo i jakby w zemście wyszarpnęła z jego dłoni kolejną porcję kwiatów i połknęła ze smakiem.
-Eee…to chyba Twój wianek…- zaczął Eric i spojrzał na pozostałości z nakrycia głowy dziewczyny - Yyy…albo chyba lepiej jak zrobię Ci nowy…eee…kiedyś siostra mnie nauczyła, to żadna sztuka, chociaż no nie wiem czy będzie taki śliczny jak tenźle Henley, nie wspominaj, że coś co zdążyłeś zniszczyć było ładne - Chociaż w sumie to aż taki ładny to On nie był…yyy…zrobię Ci lepszy – powiedział chyba nie do końca zdając sobie sprawę z prawdopodobnie pechowo dobranych słów.
/sesja, praca zepsuty laptop - wybaczcie
Zobacz profil autora
Carney Ua Duibhne
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 29 Cze 2015, 20:07

W odpowiedzi na słowa Adama, Carney rónież poklepał kumpla po ramieniu. Nie musiał nic dodawać, taka była prawda - mijali się co i rusz. Czasem tylko Car widział przelotem Gryfona w ich wspólnym salonie domu lwa, ale nigdy jakoś nie było czasu na dłuższą pogawędkę. No cóż, nie było wielką tajemnicą, że młody Ua Duibhne w tym roku miał zajęcie, które pochłaniało go bez reszty - miało ono duże, orzechowe oczy, piękny uśmiech i na imię Amelia.
Czarodziej cenił sobie jednak przyjaźń z Morganem. Była to jedna z tych relacji, w których mogli się do siebie nie odzywać cały rok szkolny, ale gdyby któremuś działa się krzywda i potrzebowałby pomocy (bądź po prostu zwykłej, szczerej rozmowy) to wiadome było, że mogą na siebie liczyć. I tak też było teraz, żaden nie krył urazy, że ich drogi ostatnio się nie krzyżowały, przywitali się tak, jakby rozmawiali ze sobą ledwie wczoraj.
- Na pewno nie powinno się dawać swojej sowie wić gniazda z włosów kobiety - odpowiedział Adamowi, lustrując fryzurę panny Paravel. Mógłby uśmiechnąć się krzepiąco, ale w sumie to wyglądała całkiem zabawnie...
Dobrze, że nie pokusił się na żaden komentarz, bowiem dosłownie chwilę później dołączyła do nich Brooklyn, która zapewne znała rudą Ślizgonkę i może nawet ją lubiła.
- To naprawdę ci współczuję - mruknął do Haven, unosząc jedną brew do góry i wskazując ręką na latające nad ich głowami sowy, które najwyraźniej wracały z pocztą. Cóż, bycie czarodziejem z fobią na tle nocnych skrzydlatych musiało być kłopotliwe. Co ciekawe, przypomniało mu się, że w średniowieczu sowy były utożsamiane ze złośliwymi czarownicami... O ironio.
Carney obserwował, jak szóstoklasista plącze się i próbuje wysłowić. Chyba nie miał zbyt dużego doświadczenia z dziewczynami, w efekcie pogrążał się jeszcze bardziej, co mogło się skończyć dla niego niezbyt ciekawie (biada facetom, którzy rozgniewali kobietę, a tym bardziej tę, która pochodziła z domu Salazara Slytherina - a Car wiedział o tym w oparciu o własne doświadczenie, niestety). Męska solidarność kazała mu więc pomóc młodemu Gryfonowi.
- W skrócie, chciał powiedzieć, że jest mu głupio i jakoś ci to wynagrodzi - powiedział Ua Duibhne i popatrzył na Henleya znacząco, oczekując od niego właściwej reakcji. Jego wzrok mówił: "no, dalej, wiesz co masz robić".
Kiedy Adam niespodziewanie się odwrócił, Car przeprosił wszystkich zebranych i pobiegł za kumplem. Miał do niego parę pytań.

[zt]


Ostatnio zmieniony przez Carney Ua Duibhne dnia Czw 17 Wrz 2015, 20:35, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Adam Morgan
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sob 11 Lip 2015, 20:04

Co się tutaj stało. Co się tutaj stało? Skąd miał wiedzieć, będąc zajętym naciąganiem się z własną sową, a później witaniem się z przyjacielem z domu, Carneyem. Erik wydawał się jakiś podenerwowany, jednak przecież nic się takiego nie działo. Zwykły napad na Ślizgonkę w biały dzień i to przy użyciu sów wojowników. Co jak co, ale jego osobista sowa miała charakterek, a sam nawet niedawno usłyszał, że uczniowie plotkują o niej na prawo i lewo. Oczywiście, nikt nie wiedział do kogo należała, bo przecież łatwo było zapomnieć o kimś takim jak Adam. Na jego szczęście! Przynajmniej nie będzie musiał chodzić na wizyty do gabinetu jednego z nauczycieli czy też woźnego, który z przyjemnością wymierzyłby mu szlaban na kilka miesięcy za niedopilnowanie swojej sowy. Nie żeby woźnego cokolwiek obchodziło dobro uczniów. Powinien mu chyba przynieść w prezencie jeszcze kilak odświeżaczy do samochodu, na wypadek, jakby sam trafił gdzieś w okolice pieczary Filcha. Mógłby przypadkiem zapomnieć jak się oddycha i co wtedy? Pewnie dostałby szlaban za zaśmiecanie środowiska swoimi zwłokami. Naprawdę okropne przewinienie.
Dopiero po chwili zorientował się, że ktoś jeszcze do nich podszedł. Odwrócił się w stronę nowoprzybyłej i podniósł rękę do góry, aby się przywitać. Kolejna dziewczyna z domu Węża, w dodatku wybranka serca Carneya. Adam westchnął, kładąc dłoń na potylicy, a chwilę później znów łapiąc za kieszeń, w której Chester urzędowała i zajadała się sowimi smakołykami. Nic dziwnego, że miała kompleksy, skoro obżerała się niemalże bez przerwy. Zajrzał do kieszeni i pochylił się, mówiąc:
- Chester, przestań tyle jeść. Twoje sowie koleżanki będą się z ciebie później śmiały, jak przytyjesz. Plus Berserker znajdzie sobie lepszą panienkę od ciebie, zarazo– wyszeptał, mając nadzieję, że sowa weźmie jego słowa do serca i zacznie dbać o swoją masę. Niestety, przeliczył się, gdyż w odpowiedzi mała zaraza znów zaczęła się szamotać, niesamowicie głośno skrzecząc i piszcząc, wyrażając tym samym swoje niezadowolenie. Nie sądził, że tak bolesne słowa kobieta przyjmie ze stoickim spokojem, więc nie kontynuował tej żenującej rozmowy. Będzie musiał jeszcze raz do tego podejść, ale z pewnym zachowanym dystansem. To było najważniejsze.
Zupełnie zapomniał o tym, że aktualnie przebywał w towarzystwie innych uczniów. Jakby w ogóle znalazł się w innym świecie, pełnym sów i płatków śniadaniowych w kształcie głowy Pana Wilsona. Otrząsnął się z dziwnego letargu, gdy usłyszał jąkanie się Henleya. Pokręcił tylko głową, nie komentując tego. On nie miał żadnego zamiaru niańczyć innych dziewczyn. Nie interesowały go w tej chwili. Wychodził z założenia, że jeszcze ta jedyna się nie pojawiła w jego życiu, a on i tak miał głowę pełną innych rzeczy, jak na przykład zastanawianie się gdzie był jego kuzyn i co Wilson jadł na obiad.
- Moja sowa już jest ujarzmiona, albo przynajmniej mi się tak wydaje. Nieważne, zabieram ją ze sobą i zwijam się – powiedział, podchodząc do Carneya, po czym klepnął go po bratersku w plecy, a następnie uniósł kciuk w górę, aby Erik zobaczył, że Adam uważał, że całkiem nieźle mu poszło wypowiedzenie składnie jakiegokolwiek zdania. Nie miał jednak w tej chwili czasu, aby zabawiać na dłużej. Jego sowa musiała zostać zamknięta przynajmniej na kilka godzin w klatce, aby ochłonęła i nie zrobiła nikomu krzywdy. Pomachał więc pozostałym, ukłonił się Brooklym i chwycił za miotłę, którą rzucił niedaleko na trawnik. Odleciał, spiesząc się do wieży Gryffindora, chcąc być tam najszybciej jak tylko mógł.

[z/t - przepraszam jeszcze raz za takie tempo odpisów, ale nie wyrabiałem, a teraz nie chciałem po prostu blokować]
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sro 15 Lip 2015, 09:35

Jo nie byłaby sobą, gdyby nie biegła przez błonia. Ona nie potrafiła iść spacerkiem i nie spieszyć się w nieznanym nikomu celu. Poplątane i dzikie pukle włosów podskakiwały przy każdym przeskoczeniu kamienia, człowieka i zwierzęcia, jeśli takowe napatoczyło się pod nogi Puchonki. Sprawnie wymijała przeszkody i biegła dzielnie ku celowi: paniczowi Henley, który był jej nagle, bardzo pilnie potrzebny. Prędko dowiedziała się gdzie też on się znajduje, wszak Ercio wciąż był na ustach Hogwartu - nowy ścigający w Gryffindorze - także nie sprawiło trudności zlokalizowanie tejże charakterystycznej jednostki.
Wyhamowała tuż przed zgromadzeniem, dziwiąc się po chwili z różnorodności składu. Nie miała pojęcia, iż Ercio kumpluje się ze Ślizgonkami. Przywołała do siebie jego wzrok i posłała uśmiech dziewczynom.
- Cześć. Ja na chwilkę. Dosłownie muszę porwać Erica. - wyjaśniła wciąż z bananem na buzi. Spojrzała na chłopaka znacząco, aby nawet nie próbował się sprzeciwiać.
- Jesteś mi pilnie potrzebny. To sprawa życia i śmierci i jeśli teraz ze mną nie pójdziesz, cała praca pójdzie na nic. Nie porywam nikogo, jeśli nie jest to bardzo ważne. - podeszła doń i pomogła mu wstać, podając mu rękę i ciągnąc go wręcz do siebie, aby się pospieszył i opanował Fiołka. Dopiero po poderwaniu kumpla do pionu, tak naprawdę zauważyła drugiego Gryfona.
- Uau! Ty jesteś Carney? Brat Diarmunda? - ułożyła usta w "o", wpatrując się w niego jak oczarowana.
- Szaleję za nim, jest boski. Choć mam chłopaka już... ale i tak twój brat jest cool. - nie potrafiła powiedzieć dlaczego podzieliła się tą informacją z Carneyem, aczkolwiek nie nazywałaby się Dunbar, gdyby nie skomplementowała nauczyciela przy uszach i na oczach jego brata. Posłała Carneyowi szeroki uśmiech od ucha do ucha. Chwyciła Ercia pod ramię i pomachała dłonią Brooklyn i Haven, których nie znała ani trochę, lecz to nie przeszkodziło jej w suszeniu doń zębów.
- Okej, zmykamy. Dzięki za Ercia! Trzymajcie się, misie. - pociągnęła, a wręcz wywlokła pana Henley'a w stronę zamku, nie bacząc na potencjalne protesty czy pytania. Gdy znaleźli się za pagórkiem, Joe nie przerywając szybkiego marszu spojrzała na przyjaciela bardzo poważnym wzrokiem.
- Musisz mi pilnie pomóc wybrać buty na najbliższy mecz Ravenclawu i Slytherinu. - zdradziła mu też ważny powód, dla którego przeprowadziła porwanie na biednym, nieszczęsnym Gryfonie.

[ z tematu Jo i wyciągnięty stąd siłą Ercio <3]
Zobacz profil autora
Resa Anderson
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Sob 12 Wrz 2015, 18:56

Ostatni miesiąc to była prawdziwa katorga - dni pełne bólu, tygodnie, kiedy nie pozwalano jej wstawać z łóżka. Wyobrażacie to sobie? Resa Anderson, pałkarka gryfońskiej drużyny w Quidditchu, naczelny szpieg Hogwartu, osoba, której zawsze wszędzie jest pełno, przez niemal miesiąc leżała w łóżku, zatrzymywana tam groźbami i prośbami. Ledwo wytrzymywała w szpitalnych ścianach, na niewygodnym materacu, który uwierał ją w prawą łopatkę. Przez jakiś czas przebywała także w domu, co nie cieszyło jej tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Czuła się tam samotna, wyrwana brutalnie ze szkoły, zamknięta wbrew jej woli. W dodatku wieczne marudzenie matki nad uchem doprowadzało ją do szału. Miała dość kazań o tym, że powinna się zachowywać bardziej jak dama, a mniej jak małpa skacząca po drzewach. Też mi coś.
Powrót do Hogwartu przyjęła z niebywałą radością i zapałem, w zasadzie nawet nie zastanawiała się nad tym, że nie było jej tam ponad miesiąc i będzie musiała się jakoś z tego wytłumaczyć. Było jej głupio, bo nie napisała żadnej sowy z wyjaśnieniami. Najmocniej zła na siebie była kiedy myślała o tym, że nie napisała do Lucasa. Pewnie się martwił, może pomyślał, że gdzieś wyjechała i już nie wróci? Dostała kilka listów, nie była jednak w stanie na nie odpisać. Dręczyły ją z tego powodu wyrzuty sumienia.
Dlatego kiedy przyjechała do szkoły w niedzielę wieczorem, od razu znalazła skrawek pergaminu i drżącą ręka napisała krótki, nerwowy liścik do Krukona, który brzmiał tak, jakby nigdy nie zniknęła, jakby widzieli się zaledwie wczoraj. Wcześnie rano wstała i jak najszybciej popędziła na błonia. Nie wiedziała jak Lucas zareaguje na jej wielki powrót, czy będzie zły, czy uda, że nic się w zasadzie nie wydarzyło? Czuła, że jej żołądek protestuje, tak bardzo się denerwowała. W końcu dotarła do drzewa, które zasłynęło jako drzewo huncwotów,lub, co znacznie mniej jej się podobało - drzewo smarkerusa. Oparła się o jego szeroki, mocny pień i zaczęła wyglądać Lucasa, nerwowo skubiąc zeschnięty liść, który przed chwilą spadł jej na głowę.

_________________

Resa Anderson
Sometimes your joy is the source of your smile, but sometimes your smile can be the source of your joy.
Zobacz profil autora
Lucas Shaw
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Nie 13 Wrz 2015, 14:53

Kiedy kalendarz ze smutkiem zrzucił z siebie kartkę, która wskazywała, że kolejny miesiąc bez Resy w Hogwarcie się rozpoczyna, a Lucas jakoś zaczynał się z tym oswajać, dostał list. Nie od byle kogo. Od niej. Jakby nigdy nic się nie stało, zapytała go, czy przyjdzie rano pobiegać. Był to niedzielny wieczór, kiedy Lucas oddawał się zabawie z Felixem. Lisek słodko piszczał i warczał, kiedy nie mógł dostać swojej zabawki. Niektóre dziewczęta wpatrywały się z uwielbieniem w czworonoga, ale ten był zajęty czymś zupełnie innym. Ze śmiechem złapał list, który spadł na jego kolana i oddał zabawkę pupilowi. Spojrzał na pergamin, a z każdym kolejnym słowem jego uśmiech rzednął. Nie zauważył nawet, jak fenek trąca go w nogę, by kontynuować zapasy. Lucas pożyczył od kolegi pióro i naskrobał chaotyczną odpowiedź na odwrocie.
Późniejsza noc była dla niego praktycznie bezsenna, bo kiedy tylko zasypiał miał niespokojne sny z Resą w roli głównej. Już od piątej przechadzał się po pokoju wspólnym z zaspanym liskiem na rękach. W końcu wybiła za kwadrans szósta i Lucas udał się szybkim krokiem na błonia. Widział jej sylwetkę od samych bram. Starał się nie biec, bo wyglądało by na to, że się cieszy. Z jednej strony faktycznie, rozpierała go radość, ale jak nigdy przedtem czuł w sobie gorycz złości i zrozpaczenia. Kiedy był już na odległości paru metrów od Gryfonki, lisek zeskoczył z jego rąk i podbiegł do dziewczyny. Machał ogonem i wyraźnie się cieszył. Lucas zatrzymał się natomiast i nie okazywał tego samego entuzjazmu.
-Co.. gdzieś Ty była?! Co się z Tobą działo?! -wybuchnął, przez co fenek schował się za nogami Gryfonki. -Znikasz, nie ma Cię, nie odpisujesz na moje listy, zamartwiam się, czy w ogóle żyjesz, czy Cię nie porwali i nagle się pojawiasz jakby nic się nie stało?!
Wyrzucił z siebie całą gorycz tej nieobecności, zmartwienie i żal. Kochał ją, kochał do szaleństwa i w końcu pogodził się, że nie będzie jej miał, zaczął oglądać się za kimś innym i nagle to wszystko runęło jak domek z kart. Był zagubiony. Cholernie zagubiony i wściekły.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to bolało. Myślałem, że jestem Twoim przyjacielem i należą mi się wyjaśnienia! -burknął.
Zobacz profil autora
Resa Anderson
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Nie 13 Wrz 2015, 15:25

"Na pewno nie będzie na mnie aż tak zły, zrozumie", przemknęło jej przez myśl, a w tym samym momencie na zamglonym horyzoncie pojawił się Krukon. Resa potarła ramiona aby ogrzać się choć trochę i czekała aż ten podejdzie bliżej. W końcu uśmiechnęła się szczerze i pogłaskała Felixa, który wyraźnie ucieszył się na jej widok. Cóż za kłamstwo! Wcale nie opały mu uszka!
Jej radość nie trwała jednak długo, w zasadzie pękła w momencie kiedy zauważyła, że Lucas nie jest aż tak szczęśliwy jak jego pupil i zachował wyraźny dystans. Przyjrzała mu się uważnie, jakby nie widziała go przez całe lata i podniosła się z ziemi, otrzepując kolana. Chciała się przywitać, powiedzieć cokolwiek, podejść i go przytulić, ale czuła, że nie powinna mu przeszkadzać, że to nie jest dobry moment by pokonać ten dystans, który ich od siebie dzielił. Przez moment zwątpiła nawet, że ten kiedykolwiek przestanie się gniewać. Jego słowa uderzyły w nią jak celny policzek, trafiły prosto w sam środek jej poczucia winy i głęboko schowanego wstydu. Zrobiło jej się przykro, ale tylko dlatego, że wiedziała, iż chłopak miał wszelkie podstawy do złości. W zasadzie nic z tego co powiedział nie mijało się z prawdą. Przyjęła to ze spokojem, choć nie do końca umiała ukryć swoje zawstydzenie i złość na samą siebie. Nigdy nie umiała ukrywać uczuć, nie przed Lucasem.
- Bo jesteś moim przyjacielem, najlepszym na świecie. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że tak bardzo się o mnie martwiłeś.
Podniosła fenka i przytuliła zwierzątko, wtulając się w jego mięciutką sierść, a po kilku sekundach przełamała swój strach, puściła Felixa wolno, za to pokonała kroki, które dzieliły ją od Krukona i niepewnie oparła głowę o jego bark.
- Przepraszam - powiedziała cicho, jakby głos uwiązł jej w gardle, a zaraz poprawiła się, powtarzając wyraźniej przeprosiny. - Nawet nie umiem ci tego wyjaśnić. Szłam ze Stewardem schodami w dół, potem pojawiła się ta panda, ogień, potem już nic nie wiem. Obudziłam się w Mungu, a moja ręka nie chciała nawet utrzymać pióra...
Wydawała się bliska płaczu. Tak, Resa Anderson prawdopodobnie pierwszy raz od kilku lat wyglądała jakby miała się rozpłakać.

_________________

Resa Anderson
Sometimes your joy is the source of your smile, but sometimes your smile can be the source of your joy.
Zobacz profil autora
Lucas Shaw
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 14 Wrz 2015, 12:40

Nie był osobą, która z lubością patrzy na czyjeś cierpienie, nie lubił rzucać krzywdzących słów do eteru ani oglądać czyiś łez. Tym bardziej, jak miały być to łzy Resy. Jednak nie potrafił milczeć, nie umiał zatrzymać dla siebie tych gorzkich słów, które trawiły go od środka od blisko miesiąca. Chciał, by zrozumiała, jak go tak bolało. Jaką tęsknotę czuł, jak miotał się od ściany do ściany, jak rozwalał wszystko wokoło. Tylko dlatego, że jej nie było. Nie chciał udawać, że nic się nie stało. I niech ona tego nie udaje.
Felix nieco przerażony przytulał się do nóg Gryfonki, nie rozumiejąc złości swego pana. Dla niego wszystko było łatwiejsze. Tęsknił za kimś czy go nie było parę minut czy parę dni. Fenek zapiszczał i wsunął nosek w załamanie ręki dziewczyny, gdy ta tylko go podniosła. Lucas nie spoglądał teraz na niego, ale na Gryfonkę, która wyraźnie się zasępiła i posmutniała. Oczekiwał, że będzie mieć poczucie winy. Chyba nawet to przerwało spiralę gniewu u Krukona.
-Jak mam czuć, że nim jestem, skoro spotyka nas taka sytuacja, co? -zapytał już nie krzycząc, a jedynie z pretensją. Nie był wybuchowy i Resa to dobrze wiedziała. Na końcu języka miał wiele słów, których i tak teraz nie powie.
Chciał zrobić krok do tyłu, kiedy Resa podeszła do niego już bez zwierzaka. Chciał ją ostrzec, aby nie dotykała go, bo może przypadkiem zrobić jej krzywdę w tych nerwach, ale kiedy tylko poczuł miękkość jej włosów na barku, cała złość uciekła do ziemi. Lucas oddychał głośno i szybko, starając się opanować to porażenie prądem, które go ogarnęło od samego czubka głowy. Do jego nozdrzy uderzył zapach Gryfonki. Pachniała porannym, letnim deszczem, rześkim i spływającym po zielonej trawie. W jej włosy był wplątany zapach wiatru, zapewne uzyskany po każdej przebieżce rano. Jej usta wydawały się mieć woń poziomek, słodko-cierpkich, małych, leśnych. Nie potrafił odgadnąć wszystkich woni, które czuł, ale Resa wydawała mu się być kruchym, małym dzwoneczkiem, w którego wnętrzu znajdowała się kropla porannego deszczu, która dzwoniła wraz z podmuchami delikatnego wiatru. Wśród polanki pełnej malutkich owoców. A sam kwiat pachniał najpiękniej, bo tak nie pachniał żaden. Tylko ten jeden.
Niepewnie położył dłonie na jej ramionach, czując ciepło dziewczyny. Oparł czoło o jej głowę, słuchając jej wyjaśnień.
-Jaka panda, jaki ogień? -zapytał rozedrganym z troski głosem. Wyprostował się by się jej dobrze przyjrzeć. -Ale nic Ci już nie jest? -zapytał, zapominając o złości. Wziął jej dłoń, którą pisała i pogłaskał ją. Przeniósł błękitne oczy na nią i widział, że w kącikach zaczęły zbierać się łzy.
-Resa, przepraszam, nie chciałem tak krzyczeć... ja... ja się tak cholernie martwiłem, że Cię już nie zobaczę... a potem udawałaś, że nic się nie stało, myślałem... myślałem, że to była taka kpina... ale Ty byś przecież nie mogła. -westchnął, przytulając mocno do siebie Resę. Wplótł dłoń w jej cudnie pachnące włosy i zatracał się w ich zapachu.
-Zabiję Stewarda, mógł mi powiedzieć. Cokolwiek. Chociaż słowo. -groził koledze z domu. Już on się z nim policzy.
-Dobrze, że już jesteś. -szepnął jej do ucha, czując błogi spokój.
Zobacz profil autora
Resa Anderson
avatar

PisanieTemat: Re: Drzewo   Pon 14 Wrz 2015, 23:46

Jej uwadze nie umknęła chwila wahania chłopaka, zresztą rozumiała go i nawet zdziwiła się lekko, że ten nie zrobił kroku w tył. Wydawało jej się też, że zmiękł zupełnie kiedy go dotknęła. I to nie tak, że chciała zrobić z siebie sierotę, wziąć go na litość, wywołać poczucie winy z powodu jego złości, udobruchać za pomocą łez. Potrzebowała się wygadać, do tej pory nikomu nie powiedziała co tak naprawdę wydarzyło się w zamku. Szkoła była pełna zaskakujących miejsc, często niebezpiecznych, nie mogła przecież pozwolić żeby ktokolwiek zaczął węszyć tam gdzie nie powinien, gdyby znaleźli coś niepokojącego Hogwart mógłby ucierpieć, a to byłaby wyłącznie jej wina. Za bardzo kochała to miejsce. Zachowała więc krwiożercze pandy dla siebie, udając, że to niekontrolowane zaklęcie jakiegoś trzecioklasisty. To się przecież zdarza, prawda? Czasem dzieją się różne rzeczy kiedy przekręci się formułkę.
Jego dotyk w połączeniu z mglistym chłodem poranka wywołał na jej ciele gęsią skórkę skrytą pod materiałem bluzy. Czuła jego ciepły oddech, który tworzył wokół nich szybko znikający obłoczek pary i chciała żeby ta chwila trwała jak najdłużej, żeby nie przerywały jej żadne słowa. Serce wybijało szaleńczy rytm, ręce niemal rwały się do tego, by go objąć. Resa nie potrafiła zrozumieć tego co działo się w jej umyśle kiedy Lucas był tak blisko niej. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że przestał być dla niej tylko przyjacielem i uparcie wmawiała sobie, że od trzeciej klasy nic nie zmieniło się w ich relacjach. Dobrze jej wychodziło okłamywanie samej siebie, nawet w momentach kiedy miała ochotę przywalić pałką każdej nowej sympatii Krukona.
W końcu jego głos przerwał ciszę. Ile minęło? Godzina? A może pięć sekund? Przywołała się do porządku.
Skrywane w jej głębi wspomnienia wywołały falę strachu i bezsilności, ale nie pozwoliła łzom spłynąć po policzkach, wytarła je rękawem dresowej bluzy w tym samym momencie, kiedy ten zagórował nad nią w wyprostowanej pozycji.
- Zaczepiłam Stewarda na korytarzu, obiecał mi kiedyś korki z transmutacji. Wtedy zagadał do nas dziwny obraz, zadał zagadkę. Znaleźliśmy odpowiedź, pojawiły się schody, poszliśmy. Potem z szafy wylazł bogin. Naprawdę nie wiem kto normalny boi się krwiożerczych pand... odgarnęła z twarzy zabłąkany kosmyk, który wyszedł z zaczesanego wysoko kucyka. Czuła ulgę, że w końcu może o tym komuś powiedzieć, choć najgorsze jeszcze nie zostało powiedziane. - Przeszliśmy do innego pomieszczenia, a tam czekały ogniste salamandry. Aeron miał więcej szczęścia, a ja oberwałam, szata zajęła się ogniem... najgorzej było z nogami, ale prawa ręka...
Głos jej zadrżał, warga drgnęła, ale Anderson obiecała sobie, że się nie rozpłacze. Wzięła głęboki wdech.
- Gdyby nie magia, pewnie dalej nie mogłabym stanąć na nogach. Zostały ślady po oparzeniach, ale cały czas bledną, w końcu będą niemal niewidoczne, może całkowicie.
Poczuła się nagle o wiele lżejsza, jakby zrzuciła z siebie ogromny ciężar. A może obarczyła nim Lucasa? Wiedziała na pewno, że Krukon był jedyną osobą, której powie prawdę. I... może Tanja? Ona jedyna zrozumie, sama miała "przygodę" z ogniem. Nie chciała by ktokolwiek inny widział strach w jej oczach, wspomnienie przeraźliwego bólu objawiające się grymasem na jej twarzy.
- Nie przepraszaj, Luc, należało mi się. Nie wiedziałam jak mam powiedzieć ci, że nagle wróciłam i wybrałam najgłupszy możliwy sposób. - spojrzała mu w oczy, a kąciki jej ust uniosły się w lekkim uśmiechu, którego nie mogła i nie chciała zatrzymać. Nie chciała teraz myśleć o Stewardzie. Jego szept wywołał przyjemny dreszcz rozchodzący się od płatka ucha, aż po czubki palców u stóp. W końcu przytuliła się do niego, myśląc intensywnie, że przecież "tak właśnie robią przyjaciele".
- Brakowało mi Ciebie, Shaw.

_________________

Resa Anderson
Sometimes your joy is the source of your smile, but sometimes your smile can be the source of your joy.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Drzewo   

 

Drzewo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-