IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Dorian Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Nie 28 Wrz 2014, 15:03

Dorian poznałby kłamstwo na kilometr. Sam wiele razy kłamał, aby dostać to, czego chciał lub po prostu aby zamaskować to, co tak naprawdę czuł. Przechylił głowę lekko w bok, a jego usta wykrzywiły się w parodii uśmiechu, który nie do końca był zrozumiały. Powrót do szkoły zdawał się dla Gryfona czymś, czego obawiał się najbardziej i to na pewno nie z powodu nadmiaru nauki. W szóstej klasie akurat był luz, jeśli brało się pod uwagę nawał nauki jaki był rok niżej, spowodowany nauką do SUM’ów. Kiwnął jednak głową na znak zrozumienia, po czym wzruszył ramionami.
- Myślałem, że takie rzeczy kupuje się na Pokątnej – zauważył, nie przejmując się tym, że w tej sytuacji był trochę bezczelny, poprzez wytknięcie mu kłamstwa. Jednak taki już był i nie zamierzał się zmieniać tylko dlatego, żeby sprawić komuś złudną przyjemność. Jeśli coś go gryzło z pewnością będzie chciał o tym komuś powiedzieć, aby dać upust swoim emocjom.
Jakieś kłopoty z dziewczyną, czy coś? – zagadnął, unosząc brew. Może się mylił, a może nie, jednak jak to na obserwatora przystało, potrafił odgadnąć mowę ciała i drobne zmiany na twarzy, nawet te ledwo zauważalne. Założył ręce na torsie, nie chcąc jednak naciskać. Jeśli nie miał zamiaru o tym rozmawiać, to z całą pewnością Dorian to uszanuje i zostawi ten temat w spokoju. W sumie chyba potrzebował po prostu porozmawiać o czymś, co nie dotyczyło bezpośrednio Whispera, a kogoś innego. Pewnie większość z tej rozmowy zapomni, jednak możliwość zapomnienia na chwilę o swoich problemach, aby zająć się czyimiś była naprawdę bardzo kusząca.
Na pytanie o to, co będzie robił Dorian… chłopak wzruszył szybko ramionami, po czym wyjął z kiszeni list od Hagrida i dał mu do poczytania:

Cytat :
Dorian Wispir,
Piszę do Ciebie, bo żym słyszoł, żyś ukuńczył szkołę. Ładni to tak bez pożygnonia? Myślołżym, że może zostanisz jeszcze... no i robótkę bym ci jakąś doł. Wisz, mówię tu o łażeniu po Zakazanym Lesie, jako mój partner. Dom ci kuszę, albo jakiś nożyk i bydziesz śmigoł. Ni powim, że ramię w ramię, bo dziwacznie to brzmi, no nie? Cholibka, przydołby mi się w tych czasach jakiś partnyr, bo wiadomo, nie jest bezpieczni. Dobra, to czekam na odpowiedź. Z Dumbledorem już gadałem, dostanisz nawet pokoik w Zamku, pełen wypasik.
Czekam na Twoją odpowiedź i wracej do zdrowia, bo przeciż bez kości w nodze nie będziesz patatajał po Lesie, no nie?
Rubeus Hagrid.

Sam nie wiedział czy podejmowanie się pracy w Hogwarcie było czymś, czego pragnął. Zbyt wiele rzeczy będzie mu się kojarzyło z Alexandrem, który niestety, tego roku już nie zawita w szkole. Śmierć z rąk mugolskich ścierw nie należała do najbardziej pożądanych przez czarodzieja, jednak Dorian przysiągł sobie, że będzie odwiedzał jego grób tak często, jak tylko będzie to możliwe. Dzisiejszego dnia też miał taki zamiar. I jutro. I po jutrze.
Podniósł spojrzenie na Carneya i wzruszył ramionami.
- Chyba jednak jeszcze będziesz miał swojego korepetytora od eliksirów przy sobie – powiedział, wyszczerzając na chwilę zęby w uśmiechu. Podrapał się po głowie, spoglądając uważnie na swojego rozmówce. – Może będziemy ważyć eliksir wieloskokowy z Argusa Filcha? – zaproponował. Opcja wypicia jakiejkolwiek części woźnego jednak nie napawała jakimś wielkim entuzjazmem, ale czego nie robi się dla nauki, prawda?
Zobacz profil autora
Carney Ua Duibhne
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 29 Wrz 2014, 15:26

Na uwagę o ulicy Pokątnej zareagował tylko krótkim spojrzeniem spode łba, bo wiedział, że nie ma co się z tego tłumaczyć. Carney nie wkurzył się na Doriana, w końcu miał on rację. No i był równie bezczelny co sam młody Ua Duibhne – byli więc na tyle podobni, że raczej było to dość zabawne. Trafiła kosa na kamień, i tak dalej.
- Z nimi zawsze są problemy – odpowiedział mu wymijająco.
Nie zamierzał poruszać tego tematu, więc Whisper będzie musiał sobie znaleźć inny, by móc zapomnieć o swoich problemach. Gryfon należy do tych ludzi, którzy raczej trzymają wszystko dla siebie, nie rozdrapują publicznie ran i sami starają się znaleźć rozwiązanie w ciężkiej sytuacji. Oczywiście nie było to zdrowe, ale kto powiedział, że chłopaka interesuje higiena psychiczna?
Wziął od Krukona świstek papieru i zaczął czytać. Od razu poznał charakterystyczny sposób wysławiania się, jaki prezentował Hagrid. Oferta olbrzyma wydawała się Ua Duibhne nudna jak flaki z olejem, ale stała posadka w Hogwarcie to jakaś tam opcja na najbliższy czas, póki Dorian nie znalazłby czegoś lepszego, a poza tym z tego co kojarzył, to koleś lubi zwierzęta, więc może znalazłby nawet swoje powołanie w tej robocie. Nie jego sprawa, więc nie skomentował na głos. Po prostu ucieszył się, że Whisper jeszcze trochę zostanie w szkole.
- Kusząca propozycja – odparł ironicznie i zaśmiał się na samą myśl, choć równie szybko, jak się pojawiła, to zniknęła. Najwyraźniej Argus Filch nie był osobą, która zagrzeje na długo miejsce w głowie Carneya. Całe szczęście, bo to też zbyt zdrowe nie było.
Zobacz profil autora
Dorian Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 02 Paź 2014, 16:04

Dorian uśmiechnął się półgębkiem, spoglądając na Carneya uważnie. Był normalny, dzieliła ich ściana, której żaden z nich nie chciał przekraczać, przez co obaj czuli się w swoim towarzystwie swobodnie i po prostu dobrze. Dorian mógł się odprężyć, mógł przez chwilę zapomnieć o problemach w jego życiu i po prostu porozmawiać o głupotach. Było mu to potrzebne, nawet nie wiedział jak bardzo. Kiwnął głową na słowa Gryfona.
- Dziewczyny… tak, wiem o czym mówisz – powiedział, a jego myśli popłynęły prosto w stronę Arii Fimmel, którą pragnął rozgryźć. Była skomplikowana, jak krzyżówka z dziwnymi hasłami, o których istnieniu czasami nie miało się pojęcia. Denerwująca sprawa, jednak cóż miał począć? Wystarczyło poczekać, obserwować. Będzie pracował w Hogwarcie, więc nie będzie miał problemu ze zbieraniem informacji na temat osób, na których mu zależy. Mogły mu się przydać do czegoś wielkiego, bądź całkiem odwrotnie. Robił to, aby umilić sobie czas, zawsze był obserwatorem, wycofaną osobą, która wolała po prostu trzymać dystans między jedną osobą, a drugą. Po prostu, taki już był. Westchnął ciężko drapiąc się po głowie.
Dodatkowe problemy nie są fajne – mruknął. Drążenie tego tematu było może nie do końca tym, o czym chciał rozmawiać, jednak jeśli już go podjęli to może trochę poplotkują. Brakowało mu tylko … oh, wcale mu nie brakowało. Wyjął z kieszeni marynarki piersiówkę, po czym uśmiechnął się pod nosem.
- Rum nigdy nie krzywdzi – powiedział, uśmiechając się kątem ust, po czym wziął głębokiego łyka. Westchnął z zadowoleniem, po czym wyciągnął rękę z alkoholem w stronę chłopaka. – Pij, nikt nie widzi – mrugnął, wiedząc, że chłopak jest nieletni i takich rzeczy raczej nie powinien pić. Oczywiście nie miał zamiaru go upić co to, to nie. Dorian wiedział, kiedy przestać. Uśmiechnął się szeroko, po czym objął Carneya ramieniem, po czym poprowadził do miejsca, gdzie mogli spokojnie, bez naocznych świadków, po prostu napić się w spokoju.

[z/t dla Carneya i Doriana]
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 21 Sty 2015, 20:51

Artie bardzo cieszył się z wolnego dnia. Dzisiaj w końcu była sobota, nie miał żadnych zaległych zadań domowych, mógł w dodatku wyjść do Hogsmeade. Żyć, nie umierać, prawda? Umówił się z Dziadkiem, że będzie czekał na niego w wiosce czarodziejów w okolicach południa. Nigdy nie musiał precyzować czasów, Dziadzio zawsze wiedział o której ma się pojawić. Wysłał mu jeszcze sowę, aby przypomnieć mu o spotkaniu, tak na wszelki wypadek.
Dzień był nieco chłodny, więc Puchon odpowiednio się ubrał. Naciągnął na nogi spodnie, wsunął trampki na stopy. Ubrał koszulę, wybrał swój ulubiony bezrękawnik – żółty w czarne pasy. Wiedział, że nie może opuścić zamku bez kurtki, dlatego znalazł w kufrze czarny płaszcz. Ubrał go, zapiął wszystkie guziki. Dookoła szyi obwiązał szalik w barwach Hufflepuffu, a na uszy włożył puchate nauszniki, oczywiście w ulubionym kolorze czyli żółtym. Nie zapomniał również o rękawiczkach bez palców, które nosił, kiedy musiał sam poruszać się na wózku.
O rączki wózka zaczepił plecak. W nim miał najpotrzebniejsze przybory – portfel, różdżkę, coś do pisania, notatnik oraz gruszy sweter, tak na wszelki wypadek, gdyby zrobiło się jeszcze zimniej.
Tak przygotowany, opuścił dormitorium Puchonów. Wyszedł przez wielkie drzwi w Sali Wejściowej, przejechał obok bramy. Uśmiechnął się do woźnego, który łypał na niego ostrzegawczo. Niech sobie Puchon nie myśli, że poza Hogwartem może pozwolić sobie na coś więcej! Filch miał na niego oko, o!
Kiedy opuścił teren zamku, poczuł się wolny. Pchnął wózek do przodu i zaczął jak wariat szarżować przez ulicę główną. Wreszcie mógł się odprężyć! Poczuć wiatr we włosach! Nie był niczym skrępowany! Był niczym ptak!
Bob McCallister
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 21 Sty 2015, 21:40

Z głośnym trzaskiem teleportował się przy Madame Rosmercie, płosząc jej zwierza i strasząc samą kobietę. Ucałował jej dłoń, uniósł melonik i uprzejmie przeprosił za najście. Tłumacząc się wnukiem, żwawym krokiem podbiegł do wózka, klepiąc chłopca w ramię.
-Cześć wnusiu! Cukierka? - podsunął mu pod nos fioletowy melonik z cuksami w galaretce cytrynowej i polewie czekoladowej. Szata pana McCallistera wyraźnie odznaczała się na tle czarnej odzieży przechodniów. Dziadek podrapał się spaloną ręką po nosie i uśmiechnął szeroko do Artiego.
- Co tam słychać chłopcze w wielkim puchońskim świecie? Gdzie zgubiłeś Wendy? Zabierz jej kilka cukierków. podsunął mu ponownie melonik, a następnie stuknął swą niewygodną różdżką w koła chłopaka. Wózek czknął i sam zaczął jechać pod pieczą Boba. Artie powinien zająć się słodyczami. Tak się składało, że Bob zawsze miał coś dobrego w rękawie. Spacerkiem szedł ulicą obok Puchona. Stęsknił się za wnukiem mimo rozpoczęcia roku szkolnego i faktu, że siedzieli razem przez pół wakacji. Bob odwiedził swego syna Paula i kochaną jego żonę, ale został zmuszony zwiać z ich domu, gdy znowu padł temat jego emerytury. Kursował więc między dziećmi i wnukami, rozpieszczając ich do bólu. Po chwili Bob nachylił się do wnuka, jakby ktoś miał ich posłuchać.
- Powiedz mi no... czy twój ojciec wyrzucił w końcu te ulotki z obozem dla emerytów? - zapytał śmiertelnie poważnie, martwiąc się najścia w pracy przez własne dziecko i wymuszaniem na nim wakacji. Doprawdy nie wiedział co Paulowi strzeliło do głowy, aby pozbywać się własnego ojca. Emeryci! Też mu coś. Dumbledore ma 100 lat i pracuje, także Bob próbował go przebić.
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 21 Sty 2015, 22:21

- Buuu! – wrzasnął wesoło do pierwszej napotkanej grupki trzecioklasistów. Dzieciaki już go znały, więc nie zlękły się aż za bardzo dzieciaka na wózku. Artie, pomimo dziwnej pogody, miał bardzo dobry humor. Zobaczy przecież Dziadzia! Ten zawsze miał coś w rękawie, więc jak go nie kochać? Jak wiadomo zresztą, Artie był wielkim łakomczuchem.
Na spotkanie z Bobem długo nie mógł czekać. Jak tylko jechał w dół uliczki, Dziadek go złapał. Chłopak od razu się zatrzymał. Prawie by go przeoczył! Ale by była wtopa!
- Siemasz Dziadek! – Wyszczerzył się chyba do granic możliwości. Spojrzał do melonika. Bez ceregieli włożył do niego rękę i wyciągnął sobie garść cuksów. Położył je na kolanach. Odwrócił wózek w odpowiednią stronę. Chciał zabrać się do pchania swojej cudownej machiny, ale Dziadzio go wyręczył, stukając różdżką w koła. Wózek ruszył sam.
- Co słychać? Jak na razie rozpoczął się rok szkolny, Dziadku! Nadal jestem w szoku, że udało mi się zdać SUMy! – Chyba to była wielka zasługa Wendy. Pewnie, młody miał rękę do eliksirów i tutaj akurat nie wątpił, że sobie poradzi, ale z innymi przedmiotami? Oj, obawiał się bardzo. – Ten szok nadal się utrzymuje. – Odpakował jednego cuksa i wpakował sobie do buzi.
- Wendy się pewnie gdzieś szlaja. Mówiłem jej, żeby wpadła, jeśli ma ochotę. Bo będziesz Ty i w ogóle. No. – Machnął ręką. Miał nadzieję, że Krukonce może uda się wyrwać od tych wszystkich obowiązków. Była przecież jego najlepszą przyjaciółką, na którą zawsze mógł liczyć. Jeśli jednak nie znajdzie trochę wolnego czasu, to i tak nie będzie się na nią obrażał. Zwyczajnie będzie mu lekko smutno.
- Pewnie, wezmę. Niech nie myśli, że dla niej cukierków nie ma. – Włożył dłoń do melonika ponownie. Wyciągnął z niego kolejną garść, przekręcił się, aby wrzucić cuksy do plecaka. Te będą dla Wendy. Nie zamierzał ich zjeść, aż taki to chamski nie był.
- No nie gadaj! Ojciec znowu z tymi ulotkami o emeryturze? – Zrobił minę kota srającego na pustyni. Wpakował sobie do buzi kolejnego cukierka. „Poćmokał” trochę. – Mówiłem mu, żeby się ogarnął i to wyrzucił. Jak wrócę do zamku, to napiszę do matki. Co prawda ona za bardzo nie lubi sów, ale jak jest list zaadresowany, to go otworzy. Napiszę, żeby wreszcie ojciec wyrzucił te oferty. Wiesz jaki z niego pantoflarz. Bardzo Cię za niego przepraszam. – Zrobił przepraszającą minę.
- Chociaż wiesz… On ostatnio pokazywał mi dziwne mugolskie pisma z panienkami. Czy on naprawdę nie wie, że wymiatam w Hogwarcie? – Uniósł jedną brew do góry. No przecież był wnuczkiem swojego Dziadka! Musiał być Wielką Szychą!
Bob McCallister
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 22 Sty 2015, 10:01

Odprowadził szerokim uśmiechem grupę spłoszonych trzecioklasistów. Artie był najbardziej do niego podobny. Bardziej niż Paul, który wrodził się w swoją matkę. Ten sam uśmiech, temperament, zamiłowanie do łakoci i przede wszystkim nadają na tych samych falach. Bob poklepał po ramieniu Artiego, pusząc się jak dorodny paw.
- Wrodziłeś się we mnie, chłopcze. Nauka to dla McCallisterów pestka. My zawsze jesteśmy kimś wielkim. - machnął ręką w powietrzu jakby reprezentował wnukowi świat, który kiedyś podbije. Bobowi skromności brakowało, nad czym ubolewał najstarszy syn, twierdząc, że trochę pierze mózg Artiemu dziwnymi ideami. Bob po prostu wpajał mu niezachwianą pewność siebie. A tak jego rodzice martwili się o Hogwart, a tu zdał SUMy! Jego krew! Nie było na świecie bardziej dumnego dziadka.
Szczerze żałował nieobecności Wendy. Ten mały promyk był taki jasny! Oraz najlepszy przyjaciel jego wnuka, a co za tym idzie przyjaciel Boba. Gdy już cukierki zostały zabrane, stuknął w melonik i włożył go na łysą głowę z odrobiną siwych włosów. Rozważal zażycie eliksiru bujnego owłosienia, ale gdy ostatnim razem go testował, włosy wyrosły mu nie tam gdzie trzeba. Pod pachami i na nogach oraz broda. To ostatnie mu się podobało, no ale reszta była kapkę niekomfortowa.
- Aj tam, nie przepraszaj synu! Wychowałem twojego ojca i zawsze po około miesiącu jego dziwne pomysły odchodzą w zapomnienie. Martwiłem się czy nie zamierza zatrudnić mych kolegów do teleportowania mnie na Jamajkę. - odparł pogodnie, susząc zęby na prawo i lewo. Obcy przechodzień już z daleka by zauważył, że to dziadek z wnukiem przechadzają się ulicą.
Roześmiał się głosno. Omal nie spadł mu melonik z głowy. Bob złapał się za brzuch trzęsąc się od salwy śmiechu.
- Synowa będzie zaskoczona co też jej mąż czyta. Ach chłopcze, chłopcze. - otarł łzę spod oka i chichotał. - Sprowadź mu do domu koleżanki, a uwierzy po tylu latach, że wymiatasz w szkole jak swój dziadek. W twoim wieku też nie mogłem się odpędzić od fanek. -westchnął rozmarzony, przypominając siebie sprzed tylu lat. Nosił nawet takie same okulary jak Artie. Powitał entuzjastycznie Olivandera wybierającego się pewnie na szklaneczkę grzanego piwa. Niezmiennie od tylu lat.
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 22 Sty 2015, 10:29

- No raczej! – Uśmiechnął się szeroko. Nie było żadnych wątpliwości, że Artie sobie z tym wszystkim poradzi. Może rodzice lekko w niego nie wierzyli, ale tym się wcale nie przejmował. Chciał pokazać, że potrafi. Głupi nie był, siłę woli miał silną, nie chciał się poddawać. Zresztą – dlaczego miałby? Życie na wózku było kolejnym etapem wszystkiego, było częścią jego egzystencji. Kiedyś marzył o tym, aby chodzić, ale teraz? Nie. Nikomu nie zazdrościł, że jest pełnosprawny. Zresztą! Artie nie postrzegał samego siebie jako niepełnosprawnego, tylko osobę, która otrzymała szansę, aby zamienić swoje życie w jeszcze coś wspanialszego. I tak coś, co pozornie było przeszkodą, stało się jego największą siłą.
- Na Jamajkę? – powtórzył po Dziadku kiwając głową. Właściwie chciałby się tam udać. Z pewnością było tam o wiele cieplej niż tutaj. Może Artie nigdy nie narzekał na zimną i deszczową pogodę, jaka panowała w Anglii, ale kiedy kolejny dzień z rzędu lało, miał pewne obiekcje. Znalezienie się nagle w ciepłych krajach byłoby niesamowitą przygodą! – Ale wiesz… Jak tak zaczynam sobie myśleć, to wcale nie jest taki głupi pomysł. Oczywiście, nie chodzi mi o emeryturę, tylko o samą Jamajkę. Wiesz, może jakąś fajną babcię byś poznał? Albo nawet babcie? – Nie żeby coś sugerował, skądże! Wiedział jednak, że Dziadek formę miał, był bardzo energicznym facetem i nie potrafił usiedzieć w miejscu, więc może by załatwił sobie jakąś misję na Jamajce właśnie? – Albo wiem! Pojedź do Brazylii! Na karnawał w Rio! Powiem po cichu… Zawsze chciałem znaleźć się na jednej z platform. Nie wiem właściwie za co bym się przebrał, ale pewnie byłoby dużo żółtego. – Żółty był ulubionym kolorem Artiego, bez dwóch zdań.
- Wiesz jaka mama jest… Ona cały czas jest zakochana w swoich kwiatkach. I załamuje ręce. – Artie zaczął udawać własną matkę. – „Och Artie, jak ty sobie dajesz radę? Przecież to chyba strasznie trudne jest wejście po tych schodach!” Tłumaczyłem jej wielokrotnie, że jestem CZARODZIEJEM, ale chyba nie potrafi poskładać tego obrazka w jedno. – W końcu jego matka była mugolką. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie potrafiła sobie wyobrazić.
- Może ona sobie wyobraża, że trzymam różdżkę w zębach i próbuję mruczeć zaklęcia? – Uniósł ręce do góry. Nigdy jednak nie mógł zademonstrować matce swoich umiejętności, bo po pierwsze: w wakacje nie mógł używać magii z racji tego, że był nieletnim czarodziejem, a po drugie: ich dom był całkowicie płaski i schodków nie posiadał.
- Chyba będę musiał, bo nie da mi spokoju. Pomyślę o tym na Boże Narodzenie. Przyjadę z jakąś dziewczyną… Albo lepiej! Dwoma! Niech sobie zobaczy i uwierzy! – Wepchał sobie do buzi kolejnego cukierka. Miał wyjątkowo dobry humor.
Bob McCallister
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 22 Sty 2015, 11:38

Nigdy nie przestał wierzyć w możliwości Artiego. Widział w nim utalentowanego czarodzieja i to się liczyło, a nie jakiś tam wózek. Stawiał się za chłopcem w każdej sytuacji, nie ważne czy miał rację. Bob zawsze stał murem za bliskimi i szczególnie za wnukiem. Nieszczęścia się zdarzają i nie warto się z ich powodów załamywać. Trzeba iść na przód i mieć do siebie dystnas, czego tak bardzo chciał nauczyć wszystkie wnuki.
-Wycieczka do Rio i gorące babcie w bikini... gdyby Paul od razu tak mówił, już stałbym z walizkami na ganku.- wyszczerzył się, bo obecność ponętnych babć uatrakcyjniała diabelny plan eksmitowania Boba na emeryturę Zabrał Artiemu cukierka i wrzucił sobie do ust, mlaszcząc i kiwając głową z uznaniem. Galaretka rządzi.
-Też chcesz jechać do Rio na gorące babcie? - spojrzał na wnuka zaniepokojony, jakby ten zechciał z  nim rywalizować o gorące laski.
-Żółty jest fajny, racja.- spojrzał na fioletową szatę, którą założył dzisiejszego ranka. Oraz krawat w drinki, zupełnie jakby dopiero co wrócił z Jamajki. -Co powiesz, żebym przebrał się za grubą kałamarnicę z siwymi włosami?- zapytał rozkładając ręce na boki i falując nimi jak macki.  Może nie przypominał prawdziwej kałamarnicy, ale co dwóch McCallisterów to nie jeden. Ich pomysły były jak najbardziej genialne i oryginalne. Ale czy w takim przebraniu poderwie jakąś babcię? Bob nigdy nie podrywał jeszcze babci. W tym przypadku dzikie pląsy chyba nie oczarują lasek.
Powrócił myślami do wnuka i jego matki. Mugolska, przeurocza dziewczyna, która stanowczo za bardzo się zamartwia o swego pierworodnego.
-Jeszcze rok, namiar z głowy i oczarujesz cały dom. Matki tak mają, synu. Twoja prababka, świętej pamięci jędza, do tej pory na obrazie szyje mi skarpety. - pokiwał głową zasmucony, ale zaraz pokraśniał, witając trzecią osobę z rzędu ukłonem, podnosząc melonik.
Schował brzydką rękę do kieszeni i żwawo kroczył obok zaczarowanego wózka. Zachichotał trochę obłąkańczo na myśl o minie swego syna na widok wnuka otoczonego pięknymi niewiastami.
-A właśnie. Wysłałem twojej matce samowychwalające małe lusterko przed szkołą. Nie wiesz jak zareagowała? Od lat groziłem jej prezentem i w końcu Mundungus mnie poratował. - złośliwe błyski odbijały się w jego niebieskich oczach. Bob lubił się z wszystkimi przekomarzać. Nie wyrósł z tego. Alice do tej pory nazywała go dużym dzieckiem.[/b]
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 22 Sty 2015, 12:37

Artie był naprawdę wdzięczny Dziadkowi za to, że wstawiał się za niego. Młody niekiedy nie miał siły przebicia, szczególnie, kiedy jego rodzice upierali się przy czymś. Prawdopodobnie tylko dzięki Bobowi młody mógł pójść do Hogwartu, ponieważ Paul z Sandrą mieli dużo „przeciw”. Nigdy nie żałował, że poszedł do szkoły magii i czarodziejstwa. To był jego drugi dom.
- Widzisz… Ojciec czasami nie potrafi zainteresować tematem. Mam wrażenie, że nie potrafi dostosować odpowiedniego tematu do odpowiedniej osoby. Ale to można mu wybaczyć, nie? – W końcu Paul bardziej wdał się w babkę Alice niż w dziadka Boba. Wielki wpływ miała na niego również żona, która była bardzo upartą kobietą. – Więc ja Ci mówię. Jamajka, gorące babcie, może jakieś pościgi też się znajdą. I drinki z palemką! Gdybym tylko był aurorem, to bym poprosił o misję. – Właśnie, ciekawe kim chciał być Artie w przyszłości? Po cichu marzył o karierze aurora, ale nie do końca wiedział czy by sobie poradził. Zresztą… praca w Departamencie Tajemnic jako niewymowny nie wydawała się być taka nudna. Mógł badać to, co tylko mu się podobało. Artie naukowiec? A dlaczego by nie?!
- Być może nie na gorące babcie, Dziadku. Wolałbym jakieś młodsze koleżanki… - Podgryzł dolną wargę. A może Dziadek też chciał młodsze? Przyjrzał mu się uważnie. Istniało powiedzenie, że w zdrowym ciele, młody duch. Bob był przepełniony młodzieńczą energią, a więc powinien znaleźć sobie kogoś o podobnym temperamencie.
- Kałamarnica jest śmieszna. – Sam rozłożył ręce na boki i zaczął wymachiwać nimi jak szalony. Z boku musieli wyglądać jak para idiotów, a tu psikus! Bo to byli McCallisterowie! – Więc popieram ten pomysł! Całą swoją duszą! Jeśli miałbym się odrodzić jeszcze raz, to chciałbym być kałamarnicą i wylegiwałbym się całymi dniami! I przy okazji straszył dzieciaki! – To brzmiało całkiem jak dobry plan.
- Właściwie to w ostatnie Boże Narodzenie robiła dla mnie sweter na drutach. Nie chciała słyszeć mojej odmowy, że go nie wezmę. Do tej pory nie wiem w jakiej ramie się znajduje. Nie zdziwiłbym się, gdybym przyszedł do gabinetu profesora Dumbledore’a, a tam któryś z dyrektorów nosiłby ohydny sweter, który mi prababka uszyła. – Rodzinę to mieli szaloną. Nawet portrety poszczególnych członków rodziny były szalone.
- O! To było dobre! Kłóciła się z ojcem przez dobre trzy godziny, że jej nie kocha, bo nie prawi jej komplementów jak to lusterko. Nigdy nie przypuszczałem, że potrafi być tak… próżna. Kiedy wreszcie je zostawiła, skubnąłem jej je. Usłyszałem, że jestem najprzystojniejszym facetem na ziemi. Myślę, że to się wszystko zgadza.
Bob McCallister
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 22 Sty 2015, 19:09

-Tak, można mu wybaczyć. - zgodził się pogodnie, skręcając z wnukiem w boczną alejkę. Zatrzymali się przy stoisku ze słodyczami, powitani przez szczerbatą babcię. Bob rozkasłał się tuszując śmiech. Piękna antyreklama.
-Niestety chłopcze, mamy dużo interwencji tutaj, w Anglii i prędko nie wyślą nikogo do krajów turystycznych. Ale zawsze możemy urządzić sobie małe wakacje.- puścił oczko do Artiego. Za pracę aurora otrzymywał swoitą zapłatę. Brak wyjazdów za granicę przez ostatnie dziesięć lat pozwoliło mu zaoszczędzić na tyle, że po otwarciu skrytki w banku nie jęczał z żalem. Bob zapuścił żurawia za szybkę zamawiając gumowy mroczny znak w polewie czekoladowej. Skinął Puchonowi, aby się nie krępował. Rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania.
Ponownie wybuchnął śmiechem. Są tak do siebie podobni!
-Zostawię tobie młodsze koleżanki. - odsłonił zęby i podał monetę sprzedawczyni, odgryzając żelkowaty mroczny znak. Całkiem dobre.
-A w proroku brazylijskim pojawi się notka o dwóch zmutowanych kałamarnicach. Wchodzę w to. - pokiwał głową z uznaniem. Warto wprowadzić to w życie. Nie ma co tracić žycia na zrzędliwość. Bob zadrżał na samą myśl o kałamarnicy. Wybrałby walkę ze smokiem niż to stworzenie. Ohydne, ale żadna kałamarnica nie dowie się przeciez, że Bob sobie z niej żartuje. Trzeba powściągnąć strach i podchodzić do niego z dystansem. Na szczęście nikt nie znał jego sekretu. Nawet Artie!
-Nie martw się synu, w Hogwarcie nie ma jej portretu. Sprawdzałem dziesięć razy jak byłem w twoim wieku. Wtedy też dawała popalic.- wzdrygnął się na samą myśl o matuli kochanej nieboszczce. McCallisterowie nie mieli równo pod sufitem. Całe Ministerstwo o tym wiedziało mieszcząc w soboe ich jedną sztukę.
Zatrzymał swoją rękę ze znakiem w połowie drogi do ust. Zachchichotał zwracając na nich uwagę przechodzących dwóch malutkich goblinów.
-To lustro sławne jest z mówienia prawdy. Mi powiedziało, że z tym krawatem mi do twarzy. Nie zdjąłem go ani razu od tamtej pory. - pogłaskał się po żółtym krawacie, który choć traktowany Chłoszczyć wręcz blagał o odświeżenie.
-Każda kobieta powinna mieć takie cacko. Gdy będziesz podrywał piękną niewiastę, wiesz już czym ją obdarować. Wtedy będzie twoja.- poradził tonem eksperta i znawcy w dziedzinie podrywania. McCallisterowie to szychy. Po prostu.
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Ulica   Pią 23 Sty 2015, 20:03

Artie spojrzał na Dziadka i mimo wszystko wygiął usta w dziwnym uśmiechu.
- Nie chce mi się wierzyć, że przyjmujesz takie tłumaczenie. Jesteś aurorem, a czasami kierowcą w Błędnym Rycerzu. Dla Ciebie nie zrobią wyjątku? Dla swojego najlepszego pracownika? Nie chce mi się wierzyć, naprawdę. – Dzieciak kombinował, zresztą jak zwykle. Wierzył, że Dziadzio potrafi ze wszystkimi rozprawić się raz, dwa i nie było żadnego czarodzieja, który dałby mu radę! Na jakiej podstawie tak twierdził? Bo Bob był jego Dziadkiem! A Dziadek musiał być najlepszy, najpotężniejszy i wszystko razem. Wierzył, że Dziadzio, kiedy będzie w wieku Dumbledore’a, to będzie od niego jeszcze potężniejszy! Zresztą, nie tylko wierzył. On to po prostu wiedział! McCallisterowie mieli potęgę we krwi!
Kolejne słodycze? Artie nie narzekał. Również zerknął na stoisko Babci. Dla siebie wybrał coś mniej krzykliwego, ponieważ galaretkę w kształcie podręcznika do eliksirów, była dodatkowo polana cytrynowym sosem. Tego jeszcze nie grali! Będzie połykał wiedzę, dosłownie!
- Musimy być sławni również w innych krajach, nie? Niech wszyscy wiedzą, jak bardzo jesteśmy… - Szukał odpowiedniego słowa. Na usta cisnęło mu się jedno bardzo niecenzuralne, ale Artie przy Dziadku bardzo uważał na takie słowa. Nie wiedział właściwie dlaczego, ale pewnie robił to z szacunku do niego. - …jak bardzo wymiatamy. Zresztą uważam, że każdemu przyda się trochę uśmiechu w życiu, nie można być takim smutasem! – Pomimo tego, że czasy, w którym przyszło im żyć, były bardzo trudne, Artie nie tracił swojego pozytywnego nastawienia.
- Na pewno nie ma? Ale wiesz… Może gdzieś ma portret, gdzie ktoś, kto ma portret w Hogwarcie też ma i w taki sposób się komunikuje. Muszę uważać w łazience, bo może się okazać, że ktoś mnie obserwuje, a potem zdaje relacje prababce. To nie byłoby fajne. – Aż wzdrygnął się na samą myśl, że ktokolwiek mógłby podglądać go w łazience. To było strasznie krepujące!
- Cudny krawat. Też taki chcę! – Łypnął na krawat Dziadka, który wymagał lepszego przeczyszczenia, ale młody nie zabierał głosu. Po co będzie się wychylał?
- Zapamiętam na przyszłość! Wanda mnie umówiła z jedną ze swoich koleżanek. Mam nadzieję, że się uda. – Ale jak nie ta, to inna. Artie nie zamierzał rozpaczać!
Bob McCallister
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 26 Sty 2015, 10:45

Uśmiechnął się wyrozumiale, płacąc Babci za słodycze i kontynuując spacer. Bob był czystym łasuchem, czym sobie zdobywał serca młodszych od siebie, szczególnie uczniów, których miał przyjemność kiedyś poznać.
- Oczywiście, że dałbym radę załatwić sobie przeniesienie do Brazylii, synu. Jednak przydam się tutaj. Prorokowi Codziennemu ostatnio zdarzyło się mówić prawdę, a więc wolę mieć ciebie, twoich rodziców, wujków, ciocie i kuzynów na oku. - powiedział to tonem poważniejszym, bardziej dostojnym, tłumacząc dlaczego odrzuca kuszącą propozycję wyjazdu do Brazylii, do Rio. Martwił się o swoich najbliższych. Co chwila na niebie jawiły się Mroczne Znaki. Bob nie wybaczyłby sobie, gdyby wyjechał teraz na wakacje, co prawda zasłużone, ale wakacje gdy nie było bezpiecznie na świecie. Nie byli najczystszej krwi, mogliby być na celowniku głównie ze względu na pracę Boba. Niejednemu Śmierciożercy zdołał podpaść. Jeśli miałby wyjechać, musiałby zabrać całą swoją rodzinę ze sobą, a trochę ich jest. McCallisterowie byli rozsiani po świecie.
- I słusznie mówisz, Artie! Tak, jak uczył cię dziadek odkąd zacząłeś mówić. - znowu napęczniał dumą, ciesząc się, że ma takiego, a nie innego wnuka. Nie zamieniłby go na żadnego innego, widząc w Artim siebie samego sprzed wielu laty. Byli nawet trochę do siebie fizycznie podobni, jeśli spojrzeć na stare fotografie za młodu, gdy to powziął sobie staż w Marynarce Wojennej, długo przed tym zanim przekwalifikował się na aurora.
- Portret w łazience? Nie daj Merlinie, kobiety McCallisterów zaczynają mnie przerażać. - myśl o obrazach w tak intymnych pomieszczeniach porażała Boba. Nie może do tego dopuścić! Sprawdzi wszystkie łazienki w Londynie. Znaczy się, wszystkie łazienki jego najbliższych. Za bardziej szalonego starca nie da się go wziąć.
Uśmiechnął się, dumny jak paw ze komplementu na temat jego krawatu. Uwielbiał je kolekcjonować. Cóż z tego, że zakładał je nieadekwatnie do sytuacji. Czasami goniąc Śmierciożercę po Londynie, przywdziewał zielony krawat w kiwi. To była część jego charakteru, bez tego by nie był sobą. Każdy ma takie coś dziwnego w sobie, tylko czasami się do tego po prostu nie przyznaje.
- No jasne, że ci się uda, synu. A samej Wandy nie zaprosisz na randkę? To ładna dziewczyna i bardzo ciebie lubi... - puścił oczko do Puchona. Wanda towarzyszyła jego wnukowi odkąd ten dołączył do Hogwartu. Bob dobrze był o tym poinformowany, bo to do niego były w większości adresowane listy od jedenastoletniego Artiego. Zachował je do dziś.
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 26 Sty 2015, 15:47

- Ciągła ingwilacja? – Artie całkowicie nie wiedział o tym, że użył całkowicie nie istniejącego rzeczownika. Czasami Puchon źle wymawiał wyrazy, a kiedy ktoś zwrócił mu uwagę, bardzo się awanturował. Trudno powiedzieć dlaczego. Po prostu nienawidził poprawiania.
- No wiesz… Ja tam naprawdę chciałbym stąd uciec. Mam w nosie te wszystkie wojny i burdy. Wolałbym żyć nudnym życiem piernika. Podrywać dziewczyny w barze, pracować nad stertą papierów, pić drinki z palemką, próbować odnaleźć sposób, aby chodzić. A te Czarne Znaki… - I znowu Artie powiedział źle, ale to akurat było z premedytacją. - …narastająca panika i Merlin raczy wiedzieć jeszcze kto… To po prostu nie dla mnie. – Podrapał się po nosie. – Czy ludzie nie mogą ze sobą żyć w pokoju? Przecież spokój jest dobry i nikomu nie wadzi. – Miał nadzieję, że Dziadek nie da mu po głowie za to, że Artie zrobił się takim wielkim pacyfistą. Ale zresztą taka była prawda. Po co te wszystkie wojny, skoro i tak z nich nie wynikało niczego dobrego?
- Kobiety McCallisterów są nie tylko przerażające, ale też przerażająco piękne. Tego nie zapominaj! Czy siostra, ciotka czy wżeniona żonka… Zawsze są urodziwe! Tak jak i moja przyszła żona! – Bo jakby inaczej, nie? Taki przystojniak musiał wziąć za żonę tylko urodziwą pannę! Nie było innej możliwości!
- Wanda? – Spojrzał na Dziadka i pokręcił głową. – Sióstr nie zaprasza się na randkę, Dziadku. To nie wypada. – Owszem, Artie przyjaźnił się z Krukonką już od wielu lat, ale nigdy nie pomyślał o niej tak inaczej, zwyczajnie nie potrafił. Dojadł swoją słodkość.
- No, będę musiał uciekać, bo przypomniałem sobie, że zostawiłem pudełko galaretki truskawkowej na łóżku. Pewnie już jej tam nie ma, bo chłopacy zdążyli zjeść. – Westchnął ciężko. – Ale spróbuję coś uratować! Do zobaczenia! Dzięki, że przyszedłeś! – Pożegnał się z Dziadkiem i jak najszybciej udał się w stronę Hogwartu.

[Z tematu]
Bob McCallister
avatar

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 28 Sty 2015, 16:27

Spojrzał z góry na wnuka trajkotającego o prowadzeniu życia starego piernika. Tym był podobny do swojego ojca, bo Bob musiał coś zrobić. Nie lubił siedzieć bezczynnie. To główna zaleta aurorów. Ich nadmiar energii, ambicja, potrzeba bycia w ruchu zamiast siedzenia i kwitnięcia na werandzie z imbrykiem.
- Nie ty jeden byś tego pragnął, synu. Nie ty jeden. - odpowiedział spokojnie, spacerując wzdłuż niekończącej się uliczki. - Nie zapominaj, że ludzie są chciwi i pragną władzy. - przypomniał, komentując w ten sposób nastoletni pogląd na świat. Bob mógł się cieszyć, że jego wnuk nie wykazuje żadnych odruchów i zainteresowania Czarnym Panem. Tyle dobrego. Współczuł szczerze czarodziejom, znajomym z Ministerstwa słysząc szepty o ich potomnych pragnących wstąpić w szeregi Śmierciożerców. Nie ma większej zguby i bólu dla rodziców, gdy widzą jak ich dziecko samo skazuje siebie na śmierć.
- Nie mogę się doczekać gdy poznam twoją przyszłą żonę. - puścił mu oczko i też dojadł gumowy mroczny znak. Pokiwał głową, wpisując Wandę jako siostrę swojego wnuka. A szkoda, to bardzo ładna dziewczyna. Pasuje do Artiego, ale co on, starzec może mieć tu do powiedzenia. Młodzi są tacy zakręceni! Nim mężczyzna zdążył zapytać o początek września, Artie zebrał się w drogę powrotną. Pożegnał go i odprowadził wzrokiem toczący się wózek. Gdy był mały, wystarczało mu towarzystwo starego dziadka a dzisiaj pędził do swych równolatków. Jak te dzieci szybko dorastają, to jest niepojęte. Auror powitał znajomą z Ministerstwa i udał się wraz z nią do pracy. Nie musiał, odrobił już wiele nadgodzin, ale wizja powrotu do pustego domu nie zachęcała go. Musi nakarmić swoją ropuchę wylegującą się w jego gabinecie. Matylda się rozpasła i niedługo będzie dorównywać masą Klementynie.

[z tematu]
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Ulica   

 

Ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Kawiarenka Starbucks - Ulica Nankińska
» Główna ulica
» Ulica czerwonych latarni
» Główna ulica
» Ulica

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Inne Magiczne Miejsca
 :: 
Hogsmeade
 :: Ulica Główna
-