IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Miodowe Królestwo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Harleen Quincy
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 01 Gru 2015, 21:15

Poważnie, czasami miała spory problem by rozszyfrować, co takiego zanotował na pergaminie, a przecież nie będzie biegała za nim po całej szkole jak jakaś prześladowczyni. Opieka nad magicznymi stworzeniami mogła wydawać się łatwa dla tych, którzy mieli rękę do zwierząt. Szczerze powiedziawszy sama się ich bała i zazwyczaj trzymała się gdzieś na uboczu, byleby tylko nie mieć z nimi zbyt bliskiej styczności. Przeczuwała, że nawet kot jej nienawidzi, gdyż znikał gdzieś na całe dnie i przychodził dopiero wtedy, gdy zaburczało mu w brzuchu. Przebrzydłe kocisko… Dobrze, że nie drapie jej po rękach, bo nie zabierałaby go tak ochoczo do Hogwartu.
- Dwie czekoladowe żaby brzmią uczciwie, zważywszy na jakoś tych notatek. Liczyłam na „wybitny” zamiast „powyżej oczekiwań” i muszę przyznać, że nieco się zawiodłam… – westchnęła pod nosem w teatralnym geście, choć uśmiech nie schodził jej z ust. Gdyby nie jego pomoc zapewne otrzymałaby nędzny, w najlepszym przypadku zadowalający, o ile zmusiłaby się do siedzenia przy książkach, co raczej graniczy z cudem. Była mu ogromnie wdzięczna za pomoc, gdyż większość uczniów nawet przez myśl by nie przeszło, że można by było wymienić się notatkami. Zresztą, u kogo miałaby szukać pomocy jak nie u Krukona?
Traktowała Williama po przyjacielsku i nawet nie przypuszczała, że może do niej żywić jakieś głębsze uczucia. Odkąd została zraniona przez pewnego Ślizgona ostrożnie zaczęła wchodzić w relacje damsko-męskie. Nie chciała nikogo przy tym skrzywdzić, dając złudne nadzieje na odwzajemnione uczucie, dlatego trzymała wszystkich na dystans i mało komu pozwalała na swobodne zachowanie wobec jej osoby.  – Nie wygłupiaj się, zasługujesz na dwie. – zwróciła się do niego z lekkim uśmiechem na ustach po czym poinformowała sprzedawcę, z czym zamierza dzisiaj stąd wyjść. Oczywiście na czekoladowych żabach nie poprzestanie. Toffi. Po to między innymi właśnie tutaj przyszła. – W gospodzie… Mam nadzieję, że nie będzie zbyt tłoczno. Z przyjemnością Ci potowarzyszę. – pokiwała głową unosząc kąciki ust po czym podała sprzedawcy kilka monet, by uregulować zapłatę. Nie zamierzała tak szybko stąd wychodzić. W cukierni było o wiele cieplej niż na dworze, a słodki zapach słodyczy działał na nią lepiej niż narkotyk. Mogłaby godzinami wpatrywać się w te witryny, by choćby nacieszyć oczy.
Nie najgorzej. Nie, raczej nie. W końcu już i tak za wiele od Ciebie wymagam. Do pomocy w eliksirach zobowiązała się Courtney. Jest w tym naprawdę dobra. Z resztą jako tako daję sobie radę. – uniosła na niego spojrzenie rozciągając wargi w uśmiechu. – A Ty jak się masz? Jeszcze trochę i zostawisz mnie tutaj samą? – zapytała z przerysowanym smutkiem w głosie unosząc przy tym brew ku górze.  Liczyła się z tym, że William jest już u schyłku swojej kariery szkolnej i niedługo wyfrunie z tego gniazda ruszając w świat. Miała nadzieję, że ich znajomość na tym nie ucierpi i wciąż będą ze sobą utrzymywać kontakt.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Sro 09 Gru 2015, 19:31

/ my tylko na moment. proszę nie zwracać na nas uwagi.

Wanda księżniczką nie była. Nie była nawet królewną ani nie pretendowała do tytułu damy dworu. Była sobą, szarą, zbitą masą z lśniącą odznaką prefekta i błyszczącymi oczyma, które spoglądały co jakiś czas na Nathaniela, który wydawał się jej być porządnym chociaż nieco zakręconym chłopakiem. Nie znała go za dobrze, jedyne co zdążyła sama zaobserwować ewentualnie dowiedzieć się od Lucasa, który gdy tylko miał okazję paplał jej tuż nad uchem i miską z owsianką o tym jak to młody Cole dostał właśnie propozycję bycia kapitanem drużyny quidditcha. Chłopak z pewnością był zdolny i miał ten dryg do opiekowania się miotłą o czym dziewczyna miała już okazję się przekonać, ale chciała osobiście sprawdzić jak Nate naprawdę jest.
Gdy tylko wyruszyli mijając po drodze rozochoconych uczniów i kilku nauczycieli, potem zwykłych czarodziejów wraz z rodzinami, którzy prawdopodobnie wybrali się do Hogsmead właśnie po to co oni – by odpocząć od tego całego szkolnego zgiełku i poczuć tą magię świąt. Był już grudzień więc nie tylko śnieg zobowiązywał do białych szaleństw czy manii świątecznej, o której Krukonka myślała od kilku dni. Zastanawiała się w jaki sposób spędzi tegoroczną Wigilię – widmo samotnych świąt wisiało nad nią od momentu, w którym po raz ostatni wysłała apelację do Ministerstwa w sprawie swojego brata. Nie chciała się jednak załamywać bo wiedziała, że ma jeszcze szansę spędzić te dnie w szkole pośród znajomych, którzy nie wybierali się nigdzie, nie wracali do domów co również mogło być ciekawą opcją.
Niezrażona jednak niepowodzeniami w życiu osobistym nie chciała nikogo zarażać swoim wisielczym humorem dlatego uśmiechała się co i rusz gdy jasne tęczówki kolegi wwiercały się w jej facjatę. Czasami grać trzeba całe życie.
- Nie wiem czy posiadanie czerwonego nosa to aż taka frajda, ale być może ciastka spełnią moje oczekiwania. Wiesz, po tym jak zaczęłam piec własne wyroby ciężko mnie zadowolić. – Oczywiście żartowała bo doceniała każdy kęs mlecznej czekolady, każdego ciastka owsianego czy piernika ze sklepu. Chciała się jedynie podroczyć, rozluźnić się i rozmawiać o sprawach pozornie błahych. Poza tym wydawało się jej, że będzie wyglądać okropnie z czerwonym, świecącym się nosem co sprawiłoby, że szanse na bycie postrzeganą przez innych jako poważna pani prefekt zmniejszy się do zera.
Kilka kroków i śmiechów później dotarli do znanego budynku, który Wanda odwiedzała co najmniej dwa, trzy razy w ciągu roku szkolnego jak nie częściej. To tutaj, w Miodowym Królestwie zawsze zaopatruje się na czarne godziny wydając przy okazji mnóstwo galeonów, które bez problemu rzucała lekką ręką. Przesuwając się w drzwiach by wypuścić najpierw grubego karczmarza z baru naprzeciwko zerknęła kątem oka na Cole’a i zrobiła zabawną minę mając najpewniej na myśli sparodiowanie przed chwilą widzianego jegomościa. Potem dobił do niej zapach cynamonu, cukru i czekolady, który spleciony tworzył mieszankę wybuchową. Przystanęła przy ladzie pełnej bez, których szczerze mówiąc nie cierpiała ale postanowiła wziąć kilka ze względu na Riaana, który wprost je uwielbiał. Odszukała zaraz Nathaniela i chwyciła go za ramię przyciągając go do siebie by się jej nie zgubił pośród tłumu ludzi napierających na poszczególne stoiska. Rozejrzała się sprawdzając gdzie mają szansę się dobić stwierdzając, że do fontanny z czekoladą jest zbyt duża kolejka. Zmarkotniała.
- Co miałeś na myśli mówiąc o tym świątecznym piwie? To połączenie chmielu z choinką? – Palnęła zaciekawiona odwracając się chwilowo od kolegi by zamówić cztery, dorodne bezy, które uczynna kasjerka opakowała w ozdobny papier w gwiazdki. Sypnęły się monety, a brunetka na powrót skupiła całą swoją uwagę na chłopcu.
- I oby to piwo nie miało zbyt wielu procentów, bo się starzeję, a moja głowa nie jest już tak mocna. – Zażartowała jeszcze prowadząc Nate’a do kolejnego stoiska. Tutaj to chyba ona dyktowała warunki.
Zobacz profil autora
Nathaniel Cole
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Sro 09 Gru 2015, 19:32

Już od dawna chciał odwiedzić Hogsmeade, jednak dopiero w tej chwili, kiedy wreszcie trafił do wioski, naprawdę poczuł tę magię świąt, o której rozmawiał z panną Whisper jeszcze przez bramą wejściową do Hogwartu. Tłumy czarodziejów wędrowały alejkami, trzymając w rękach ogromne torby z zakupami. Wielu rodziców zabrało także ze sobą swoje małe dzieci, które biegały innym ludziom między nogami. Wydawało się jednak, że grudniowa atmosfera udzieliła się wszystkim, toteż nikt nie denerwował się szczególnie nieostrożnymi maluchami. Jedynym minusem były kolejki, które dwójka uczniów z Hogwartu mogła zauważyć już od wejścia do Miodowego Królestwa. Mieli jednak szczęście, bo chyba trafili na ten moment, kiedy rodzice wracali do domu, by położyć małe dzieci spać, a ulice Hogsmeade z czasem pustoszały; przechodnie wreszcie ograniczali się jedynie do czarodziejów bezdzietnych oraz młodych, rozrywkowych ludzi, którzy chcieli się zabawić.
- Pieczesz własne ciastka! - Bardziej stwierdził, niżeli zapytał, choć trzeba mu przyznać, że z dość dużym opóźnieniem z racji tego, że skoncentrował się na bacznej obserwacji bożonarodzeniowych, albo raczej jeszcze mikołajkowych, dekoracji.
- Mam nadzieję, że kiedyś zaprosisz na degustację. - Dodał po chwili już spokojniejszym tonem, mimo że uśmiech nadal nie schodził mu z twarzy. Nathaniel może i nie był jakimś zagorzałym fanem ciasteczek, ale na pewno były takie, którym ciężko było się oprzeć nawet jemu. Chociażby wspomniane renifery. Chłopak wierzył natomiast, że podobnie byłoby z wyrobami panny Whisper. Widział w końcu, że dziewczyna przykładała się do wszystkie z najwyższą starannością.
- I nie przejmuj się czerwonym nosem. Na pewno ładnie będziesz z nim wyglądała. Niech się poważna pani prefekt nie da prosić. - Pozwolił sobie zażartować, nad wyraz, jak na niego, swobodnie. Trudno powiedzieć czy to wcześniejsza rozmowa z kumplem sprawiła, że postanowił wrzucić na luz, czy może był na tyle nieogarnięty z powodu nadmiaru wrażeń, skoro nie unikał takich niewinnych złośliwości. Nie znał przecież jeszcze Wandy zbyt dobrze. Z drugiej strony jednak nie sądził, by Krukonka obraziła się o takie błahe uszczypliwości. Poza tym chyba udało mu się jakoś uniknąć uderzenia w łeb, bo dziewczyna skierowała się w stronę kasy wraz z kilkoma bezami, czego Puchon zresztą w ogóle nie zauważył. Zamiast tego szukał swojej towarzyszki po całym Miodowym Królestwie dopóki nie poczuł jak ta łapie go za ramię.
- Nie mogłaś poczekać z zakupami na mnie? Mówiłem, że to ja dzisiaj zapraszam, to i ja ogarniam napoje i przekąski. - Mruknął wyraźnie niezadowolony z tego, że panna Whisper wyprzedziła go z zakupami o parę minut.
- A co do piwa, niestety nie, ale jesteś blisko. Zobaczysz w swoim czasie. I nie martw się, nie jest zbyt mocne. - Po tych słowach przedstawiciel Domu Borsuka zdecydował się jakoś zrekompensować Wandzie swoją nieuwagę, gdy dziewczyna podążyła za bezami. Widział wcześniej jak dziewczyna tęsknym wzrokiem spogląda w kierunku fontanny czekolady, a że kolejka już nieco zmalała, chciał spróbować szczęścia. Kazał koleżance chwilę poczekać i udał się do stojącej przy fontannie dzieciaków, żeby przekonać je do przepuszczenia ich w kolejce. Nie zdradzał pannie Whisper, co im powiedział, ale pociągnął ją zaraz za rękę i razem mogli korzystać z dobrodziejstw płynnej czekolady i porozkładanych wokół owoców.
- Przynajmniej tyle mogłem zrobić. - Powiedział radośnie, po czym sam sięgnął po patyczek, na który nabił plasterek kiwi, kawałek banana i truskawkę. Umoczył owoce w czekoladzie i położył swojego słodkiego szaszłyka na tacce, czekając aż czekolada przynajmniej trochę "zastygnie", żeby wygodniej mu się jadło.
- To co? Zostawiamy renifery na następny raz i lecimy jednak na to piwo? Wątpię, żeby po raz kolejny udało mi się oszukać kolejkę. - Niemal wyszeptał jej na ucho, by nikt nie słyszał, że tak naprawdę zachachmęcił, żeby nie musieli czekać na fontannę z czekolady. Niestety zaś kolejka przy głównej kasie, mimo że mniejsza niż, kiedy weszli do Miodowego Królestwa, nadal zmusiłaby ich do zmarnowania przynajmniej dziesięciu minut spotkania. Nate'owi było więc obojętne, czy zostaną tutaj, czy od razu skierują się w stronę tawerny.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Sro 09 Gru 2015, 19:33

Gdzie wychowywał się Nate, gdzie spędzał lekcje, przerwy i noce by dopiero teraz zauważyć, że Wanda piecze własne pierniczki? Wszyscy jej przyjaciele i dalsi znajomi wymieniali się tylko informacjami kiedy będzie można spodziewać się kolejnej i długo wyczekiwanej porcji pachnących pierniczków panny Whisper, a on? Dziewczę odwróciło się w jego stronę wyraźnie poruszona – nie w tym złym znaczeniu, a raczej przyjemnie zaskoczona. No proszę, że ktoś się uchował kto nie miał styczności z jej wyrobami. Uśmiechnęła się do chłopca prezentując miękkie wcięcia w policzkach zwane potocznie dołkami.
- Raz na jakiś czas zdarza mi się coś upiec, wiesz. Nic szczególnego. – Machnęła przy tym dłonią jakby to nic nie znaczyło. Po chwili jednak się zasępiła – ostatni raz odwiedziła kuchnię miesiąc temu, tuż po rozstaniu z Henrym – myślała wówczas, że pieczenie przyniesie jej ulgę, ukoi jej nerwy, a co się stało? Nie była w stanie nic upiec, nic się jej nie kleiło, nic nie pasowało do siebie. A wszystko przez brak tajemniczego składnika który w niej tkwił póki była szczęśliwa. Ocknęła się i na powrót skupiła wzrok na koledze.
- Sądzę, że to da się załatwić. – Już teraz postanowiła wziąć się za siebie i zająć się na nowo produkcją pysznych słodyczy zwłaszcza, że zbliżają się wzięta i przede wszystkim jej myśli były przystosowane do braku obecności Lancastera. Nie powiedziała jednak nic na ten temat by nie psuć atmosfery, świątecznej warto dodać tylko wciąż uśmiechała się w miarę radośnie.
Nie skomentowała również uwagi na temat czerwieni na jej buzi – nie wydawało się jej to koniecznie, a nie chciała wciąż paplać o tym jakby to strasznie wyglądała w takim wydaniu. Zdobyła się jedynie na lekkie poklepanie pana Cole’a po ramieniu co miało jedynie oznaczać daj spokój. Lekka pobłażliwość, ot co.
Mimo tego, że to chłopak zaprosił ją na spotkanie, na cały ten wypad to nie mogła pozwolić by ten płacił za jej zakupy, którymi chciała sprawić przyjemność swojemu przyjacielowi z domu Godryka. Parsknęła śmiechem na jego słowa i pokręciła łepetyną jakby nie rozumiejąc jego oburzenia. Zamachała torebką w gwiazdki przed jego twarzą jak gdyby nigdy nic.
- Przykro mi Nate, ale to prezent dla Riaana. On strasznie uwielbia bezy, więc nie mogłam mu ich nie kupić. Dlatego nie marszcz już tak czoła. – Puknęła go w nie palcem wskazującym, a zaraz została sama bo towarzysz Puchon zniknął z jej pola widzenia co ta przyjęła z wielkim pytajnikiem unoszącym się nad jej głową. Przez chwilę wyglądała jak Vincent z Pulp Fiction co musiało wyglądać zabawnie. Po chwili jednak poczuła jak chwyta ją za rękę i prowadzi do słodkiej fontanny, na którą oglądała się chwilę temu zawiedziona zbyt dużym zainteresowaniem niewątpliwej atrakcji.
- O kurcze, Nathaniel! Nie spodziewałam się, że użyjesz podstępu. To bardzo miłe. – Podchodząc do zabawnego punktu w całym Miodowym Królestwie Krukonka po cichu stwierdziła w myślach, że Nate w ogóle jest cały miły i poprawny. Podobny odrobinę do Henryka – z tymże, ten drugi o wiele częściej żartował. O wiele za często chciałoby się rzec, co skradło jej serce. Cole nie był również na tyle opanowany i bezczelny co Timothy, który ostatnio bawił się uczuciami Whisperówny co doprowadzało ją do białej gorączki. Dlatego w gruncie rzeczy bardzo cieszyła się mogąc zwyczajnie zmienić otoczenie i spędzić miły wieczór w towarzystwie kogoś, kto jest normalny.
Czując ciepły oddech kolegi tuż przy swoim uchu drgnęła niezauważalnie usilnie starając się skupić wzrok na owocach, z których miała złożyć własnego, niepowtarzalnego szaszłyka. Wybrała podobnie jak Nate – banana, trzy truskawki i gruszkę. Po krótkiej konsternacji odmalowanej wzięła również kiwi. Obejrzała się za siebie widząc, że kolejka do kasy nie zmalała ani o cel dlatego wzruszyła ramionami.
- Nie spieszy mi się zbytnio do tego by zostać czerwononosym prefektem, dlatego chętnie zmienię lokal. – Obtoczyła owoce w czekoladzie i tak samo jak szatyn odłożyła je na moment na tackę by czekolada zmieniła swój stan.
- Gdzie konkretnie podają to piwo? Naprawdę nic mi o nim nie powiesz? Butelka jest wykonana ze złota czy co? – Spytała jeszcze niezaspokojona faktem, że nic kompletnie nie wie o świątecznym wyrobie. Pochwyciła swój patyczek jednocześnie grzebiąc w kieszeni by móc zaraz wrzucić galeona do magicznego kociołka stojącego tuż obok nich. Zrobiła to wówczas po tym jak tylko pchnęła Nathaniela do przodu, by nie zauważył, że ta znowu się porządziła.

Z tematu razy dwa.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Pon 11 Kwi 2016, 19:15

- Claire, musisz mi pomóc. - Gdy dopiero co przejęta z rodzicielskich rąk dziesięcioletnia siostra wita cię w taki sposób, już wiesz, że coś się dzieje. Uspokajająco działa wprawdzie jej spodziewany entuzjazm - skoro Miodowe Królestwo wciąż ją cieszyło, nie mogło się zadziać nic strasznego. Czegoś jednak oczekiwała, jakiegoś wsparcia i nim okazało się, o jaką to poważną sprawę chodzi Claire musiała cierpliwie przeczekać cały piątkowy wieczór, nim Maire zdecydowała się wyjawić, o co chodzi.
A chodziło, drodzy państwo, o przechwałki, które teraz chciała udowodnić. Udowodnić rękoma Klary i skrzypcami Aidena.
Klara nie uważała się za szczególnie utalentowaną jeśli chodzi o jakiekolwiek zdolności artystyczne. Jeśli coś szkicowała, to tylko dla samej siebie, do szuflady, a jeśli grała na skrzypcach - to po prostu dlatego, że to uwielbiała, że traktowała to za świetną zabawę, ze po prostu przy tym odpoczywała. Jeśli przy tym ktoś mógł z tego skorzystać, bawić się razem z nią - to świetnie, Annesley lubiła przecież poprawiać ludziom humor. Zresztą, to przecież oczywiste, że znacznie przyjemniej jest mieć towarzystwo, rwać się do tańca z kimś, nie samemu. Nigdy jednak nie chodziło jej o uznanie, o takowe nawet nie śmiałaby zabiegać - nie w czymś, co nie było magią uzdrawiającą czy eliksirami. Nie, w przypadku jakiegokolwiek wymiaru sztuki komplementy sprawiały, że Puchonka pąsowiała nieco i krępowała się w stopniu zależnym od nastroju danego dnia.
Gdy jednak Mi wydusiła z siebie wreszcie, co miała oznaczać ta pomoc, Klara nie mogła nie urosnąć odrobinę z dumy. 
- Powiedziałam im, jaką świetną jesteś skrzypaczką. - Gdy przyszło co do czego, w siostrzanych tęczówkach zajaśniały iskry zaciętości i determinacji. - Johnowi, Sally, Igorowi i Scottowi. Nie ma lepszych od ciebie i to właśnie im uzmysłowiłam, ale nie chcą mi wierzyć. - Maire zmarkotniała i założyła rączki na drobnej piersi. - Udowodnij im, Claire. Proszę.
Pierwsze zaskoczenie prędko ustąpiło miejsca rozczuleniu, a potem niezwykle przyjemnemu ciepłu, jakie rozlało się wokół jej serca. Wiara Mi była tak niewzruszona, że... Hej, nie uważała, by była najlepsza. Nawet nie przeciętnie dobra, szczerze mówiąc. Ale Maire sądziła inaczej i przecież nie mogła jej zawieść, prawda? Poza tym, wiecie, każda okazja, by wziąć skrzypce do rąk była dobra, szczególnie, że ostatnio nie sięgała po nie zbyt często. Prawie wcale, bo w końcu instrument był Aidena, co - po upchnięciu wspólnych zdjęć w najdalszym, najciemniejszym kącie - sprawiało, że stał się jednocześnie ostatnią tak sugestywną pamiątką po irlandzkich braciach.
- O rany, jasne - zgodziła się jednak bez zająknięcia, bo w końcu chodziło o Maire. Mi, która nieświadomie - czy aby na pewno? - popychała ją w kierunku jej kochanka. Bo tym skrzypce były, prawda? Jej miłością, ostatnio szczególnie bolesną, ale wciąż trwałą. Taką, do której bardzo, naprawdę bardzo chciała wrócić, potrzebowała tylko bodźca. Takiego, jak choćby pragnienie Mi.
W efekcie na sobotnią wyprawę do Miodowego Królestwa ruszyła z aidenowym pokrowcem przewieszonym niedbale przez ramię, starając się nie pokazywać, jak bardzo jej on ciąży - nie rzeczywiście, ale w przenośni, na sercu. Starała się ukrywać ambiwalencję uczuć, bo przecież... Wiecie, nie mogła, nie chciała popsuć wycieczki Maire. Siostrzyczce, która z taką niecierpliwością wyczekiwała już nie tylko samej wyprawy do Królestwa, ale też utarcia nosa jej znajomym. Jak mogłaby ją zawieść?
No właśnie, nie mogła, najpierw więc pokazała Mi też wszystkie wspaniałości, zaopatrując przy tym w nieco większy niż wypadało zestaw słodyczy, a potem... Potem, właśnie. Po wyjściu z cukrowego raju odetchnęła cicho i rozejrzała się. Mogłyby iść do Trzech Mioteł lub do któregoś z pobliskich lokali, tam jednak było tłumnie, a Klarze mimo wszystko nie uśmiechało się występować przed jakąkolwiek publiką. Tak dawno przecież nie grała, to... Nie. Nie potrzebowała słuchaczy. Nie chciała ich, nie w ilości większej niż minimalna konieczna.
- Przyprowadź ich tutaj - rzuciła więc lekko i uśmiechnęła się ciepło do Maire, prędko podejmując decyzję. Granie w pubach - przeważnie w rodzinnej Rudej, wiadomo - to jedno, ale improwizacje w mniej standardowych warunkach też miały swoją magię. Ulica? Czemu nie. Tu wprawdzie też był ruch, uczniowie plątali się w tę i z powrotem, śmigając między nauczycielskimi patrolami, nie zmieniało to jednak faktu, że było... lepiej. Klara czuła się tu swobodniej niż w jakichkolwiek murach, które mogłaby tu znaleźć.
Mi zresztą to wiedziała i bez słowa pognała do Mioteł, by wrócić z towarzystwem w chwili, w której Claire była już gotowa. W miarę. Bo tak naprawdę nie wiedziała, jak... Jak to wyjdzie. Nie miała pojęcia. Te skrzypce - nie, one nie były obce. Były aż nadto dobrze znane. Wygodnie leżały w dłoni, a wydrapane na boku inicjały mimo wszystko wywoływały na twarzyczce delikatny uśmiech. Nawet teraz. Nawet po tym wszystkim. 
Annesley westchnęła cicho i, kręcąc lekko głową, zrzuciła z ramion płaszcz. Za moment przecież zrobi się jej gorąco, jak zawsze. Na policzki wpełzną wypieki, a rude kosmyki uciekną gumce spinającej je w luźny kucyk. Bo przecież zamierzała wrócić do domu. Fakt, że tylko muzyką - ale czy naprawdę można było lepiej? Oczywiście, że nie. Cała Irlandia płonęła przecież w szalonym tańcu i nic nie mogło oddać tego lepiej, jak jedna z tamtejszych melodii. Nogi same rwały się do tańca, a sama Claire, początkowo niezbyt pewna, prędko zapomniała o wbitych w nią ciekawskich spojrzeniach przyprowadzonych przez Maire małolatów. O nich i o wielu... nie, o wszystkich innych rzeczach. Zapomniała. Odsunęła je w cień. Ostatnie rozmowy, problemy, niepewności, to wszystko rozpłynęło się, pozostawiając tylko czystą, coraz silniejszą radość z odzyskania swej miłości. Muzyka. To jedna z tych rzeczy, z której Claire zrezygnowała ostatnio w imię samobiczowania.
Zobacz profil autora
Anonim
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Pon 11 Kwi 2016, 19:50

Po długim namawianiu, Lincolnowi udało się przekonać mamę do wycieczki do Miodowego Królestwa. Chłopczyk nie wiedział, że jego rodzicielka ma pewną sprawę do załatwienia w tych okolicach, dla niego liczyły się słodycze, magia i jeszcze raz słodycze! Dostał od babci złotego pieniążka, za który może kupić sobie co tylko zapragnie.
Stali na zaśnieżonym poboczu, ponieważ Anya wdała się w rozmowę z jakimś starszym panem. Lincoln rozumiał pojedyncze słowa, jednakże nie wsłuchiwał się w dialog, bo nie był on ciekawy. Chłopiec zajmował się wgryzaniem w niebieską watę cukrową, po której ugryzieniu w buzi wybuchały łaskoczące kłujki, bądź innymi słowy wywoływacze chichotu. Wata była większa od niejednej dziecięcej głowy, jednakże dla energicznego Lincolna nie istniały rzeczy niemożliwe do wykonania. Obiecał mamie, że zje wszystko, a więc zje do ostatniej niebieskiej chmurki. Nie wziął pod uwagę, że coś może łatwo go rozproszyć i zainteresować na tyle, że porzuci dotrzymywanie obietnicy. Usłyszawszy po drugiej stronie ulicy wesołą melodię, schował niebieski język do buzi i wyjrzał zza waty. Jakaś pani grała na dziwnym przedmiocie (wiedział jak się on nazywa, jednakże miał problem z poprawną wymową, czego bardzo się wstydził), a wokół niej zebrało się dużo dzieci. Lin spojrzał z dołu na mamę i pociągnął ją za rękaw, przerywając dorosłą dyskusję.
- Mogę tam iść? Proszę, tam gra pani! - czy to ujmująca tonacja zapytania czy też pilność rozmowy, pięciolatek otrzymał zgodę na przejście przez ulicę pod czujnym, sokolim wzrokiem matki odprowadzającej go spojrzeniem do czasu, aż nie znalazł się na samym środku chodnika. Pomachał jej wesoło i odwrócił całym sobą do zgromadzenia. Zmarszczył małe brwi, bo nic nie widział. Mógł zdać się jedynie na swój słuch albo na spryt. Lincoln był drobniutkim chłopczykiem o brązowych, jaśniejących z dnia na dzień włosach i błękitnych ujmujących oczkach. Z racji wieku nie mógł poszczycić się wzrostem i przebić przez gromadkę wyższych i starszych odeń dzieci. Dojadł dwa kęsy waty i wyrzucił ją na śnieg, nie mając wyrzutów sumienia z powodu zmarnowanego słodycza. Mama nic nie widzi, to najważniejsze. Chłopczyk przecisnął się między ciałkami, chyląc się na wysokości ich tułowi. Dzielnie przebrnął przez plątaninę rąk i stanął przed grającą panią z niebieskim uśmiechem, językiem i zębami.
Lin kochał muzykę. Zmuszał mamę do codziennego, wielokrotnego nucenia różnorakich kołysanek, ale to... to było coś przewyższającego kołysanki niezwyciężonej mamy! Nim się obejrzał, podrygiwał w miejscu i wtórował reszcie klaskaniem. Dołączył się do okrzyków zachwytu, wpatrywał się w Claire z uwielbieniem. Grająca Pani wynalazła właśnie sposób na kilkuminutowe utrzymanie w miejscu takiego urwisa jakim był panicz Lincoln Lindsay.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Pon 11 Kwi 2016, 21:46

Całkiem nieźle szedł mu powrót do w miarę uporządkowanego, spokojnego życia. No nie, kogo on w ogóle próbował oszukiwać? Chyba tylko i wyłącznie siebie samego, bo choćby taka sytuacja jak jeszcze niedawne zalanie się w trupa w towarzystwie Timothy'ego przeczyła wszystkim zapewnieniom Wattsa, że było dobrze i że serce ani odrobinę go nie bolało, kiedy na korytarzu mignęły gdzieś rude włosy lub puchońska szata. Ben umiał zakładać maski i ukrywać pod nimi niewygodne sekrety lub po prostu te części siebie, których wolałby nie wystawiać na publiczny ogląd – ostatnio to wszystko uciekało mu z rąk, gubił gdzieś coraz częściej wszystkie przebrania oraz nadwątloną cierpliwość. Dlatego właśnie jak najaktywniej unikał ludzi, póki zbierał i sklejał na powrót w jedną całość obtłuczone serce, bo nie lubił sam siebie, gdy był opryskliwy bez powodu i niechętny do udzielania pomocy. A to by się zdziwili pewni złośliwcy, którzy lubili pobłażliwie nazywać go rycerzykiem w lśniącej zbroi.
Niestety, chociaż wolałby się zakopać w swojej krukońskiej jaskini pod stosem koców, Ben został zmuszony do wyjścia do ludzi przez jedyną i niepowtarzalną Jolene Dunbar, która tak długo słała mu wiadomości przez Emanuela Kota, że wreszcie musiał się zgodzić. Stosownie wywracając przy tym oczami i burcząc pod nosem, kiedy wreszcie pisał na odwrocie ostatniej z nich, że tak, przejdzie się z nią po Hogsmeade w najbliższy weekend i niech da mu wreszcie spokój, bo próbuje się uczyć. Co zresztą nie było dalekie od prawdy, bo prefekt Krukonów istotnie usiłował wyczytać coś nowego z wysłużonych tomów, ale szło mu to więcej niż marnie – najwyraźniej złamane serce w trakcie naprawy przeszkadzało w przyswajaniu nowych wiadomości. Kolejny powód, dla którego teoria, że lepiej byłoby żyć bez miłości, przestawała wydawać się Szkotowi taka głupia. Tylko jak do cholery wyłączyć tę nieznośną maszynerię, nijak nie słuchającą się rozumu?
Z całym pakietem nieznośnych myśli kręcących się po głowie, Watts zapakował się wreszcie w płaszcz i krukoński szalik, upchnął do kieszeni trochę monet z zamiarem obkupienia się w nikomu niepotrzebne zapasy słodyczy i zabrał Jolene do wioski, próbując wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu. Chyba nawet udało mu się krzywo uśmiechnąć, co w obecnej sytuacji stanowiło swego rodzaju wyczyn. W połowie drogi bez pytania chwycił pannę Dunbar pod rękę, gdy zaczęła się ślizgać na lodzie ukrytym pod śniegiem – może i miał nie najlepszy nastrój, ale perspektywa pozwolenia Joe zrobić fikołka i paść na pupę jakoś też mu nie leżała. Powoli, z każdym krokiem i słowem szczebiotanym przez pannę Dunbar, coraz dalej od zamku, Benowi robiło się jakoś lżej, jakby nagle dostał zielone światło na odcięcie się chociaż na chwilę od demonów, które w murach Hogwartu nie chciały zostawić go w spokoju. Może jednak nie będzie tak źle i musiał po prostu dać sobie jeszcze trochę czasu, by wyleczyć się z niepotrzebnych uczuć?
Akurat przechadzali się spokojnie jedną z uliczek Hogsmeade po naprędce wypitym kremowym piwie, gdy w powietrzu poniósł się żywiołowy, nie tak bardzo odległy dźwięk skrzypiec, który bezlitośnie ciął ciszę, w przyjemnie energetyczny sposób zachęcając ciało do ruchu.
- Słyszysz? – spytał, zerkając na Joe, choć trzeba było być głuchym, by dźwięk tak wyraźny umknął czyimś uszom. - Ciekawe, czy coś się dzie... Gdzie ty mnie ciągniesz?
Tak, nagły chwyt i niezbyt subtelne ciągnięcie za rękaw w kierunku źródła melodii, bo Ben, chodź, to brzmi tak ładnie, chcę zobaczyć, nie powinny dziwić chłopaka, w końcu znał pannę Dunbar nie od dziś. I może w jakiś sposób wcale nie był zaskoczony, bo tylko pokręcił lekko głową z niemal niewidocznym uniesieniem kąta ust i ruszył już żwawiej za Puchonką, w całym morzu swojego ogólnego niezadowolenia chcąc zrobić jej chociaż tę drobną przyjemność. Trochę dlatego, że ją po prostu bardzo lubił i trochę, bo sprawianie, by ktoś mógł poczuć odrobinę szczęścia, jemu samemu też egoistycznie poprawiało humor.
No cóż, tego się na pewno nie spodziewał. Jak się w ogóle przygotować na coś takiego? Wszystko, co jak sądził już posklejał, posypało się w drobny mak, gdy ruda dziewczyna ze skrzypcami wirująca radośnie między dziećmi przed wejściem do Miodowego Królestwa okazała się być Claire Annesley. Tą samą, której Ben unikał, tą samą, która od dłuższego czasu zaprzątała mu myśli od przebudzenia po kolejny sen, tą samą, która zarumieniona, z kosmykami włosów rozsypanymi dookoła twarzy i skrzącymi oczami wydawała mu się teraz tak piękna, że to nie powinno być w ogóle możliwe. Dlaczego ktoś na to pozwolił i jak w ogóle śmiał? Krukon zatrzymał się gwałtownie, a jego rękaw sam wysunął się z ręki panny Dunbar. Czuł, jak nie może opanować własnej mimiki i w ogóle nie chciał wiedzieć, co mogła teraz wyrażać jego twarz – bo jeśli malowały się na niej ból i tęsknota, to znaczyło, że definitywnie przegrał sam ze sobą. Nie chciał tego wiedzieć, tak samo jak nie chciał patrzeć na rozradowaną Claire, ale nie potrafił oderwać od niej wzroku. I to było naprawdę przerażające.
- Joe, chodźmy stąd – zdołał tylko wydusić, potrzebując jakiegoś bodźca, czyjejś interwencji, żeby złamać to mimowolne zaklęcie i zniknąć.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Pon 11 Kwi 2016, 22:25

Całkiem nieźle uporządkowała perfekcyjny plan udzielenia przyjaciołom drobnej pomocy. Nigdy żadne z nich nie poprosiłoby jej o przysługę, dlatego inteligentnie sama wpadła na realizację małego pomysłu. Skoro Mahomet nie chce iść w góry, to góry przyjdą do Mahometa, czy coś w tym stylu, tata lubił tak mawiać.
Po sporym nagimnastykowaniu się w próbach wyciągnięcia jaskiniowca z krukońskiej jaskini, kroczyła żwawo po chodniku u jego boku. Spoglądała na niego co około sekundę, sprawdzając czy czegokolwiek się domyśla. Jak na inteligentę, dosyć trudno przychodziło mu przejrzenie zamiarów Jo. Przez okrągły miesiąc ani razu nie podjęła się wyciągnięcia go gdziekolwiek poza Hogwart, zaś dziś wierciła mu dziurę w brzuchu do chwili aż się zgodził. Miłość oślepiała nawet najbardziej spostrzegawczą osobę. To słodkie, zważywszy, że Ben nigdy nie dał się na nic nabrać. To przemawiało na korzyść planu, to jego nieogarnięcie i nieobecny wzrok. Prowadziła gbura i przed nagłym spotkaniem starała się go rozluźnić i w jakiś niezaprzeczalnie trudny sposób rozweselić. Otrzymała może dwa, trzy malutkie uśmiechy. Efekty mocno ją ubodły, wszak czego oczekiwać po nie powiedzianej na głos miłości? Wystarczyło jedno spojrzenie na Bena, a drugie na Claire, aby mieć pewność, że to nie mdłe zauroczenie.
Trajkotała całą drogę, poruszając mniej i bardziej istotne tematy nie wychodzące poza odrąb omawiania szczegółowego zachowania kotów, odłamach transmutacji i prezencji Madame Rosmerty sobotniego poranka. Buzia Jo nie zamykała się nawet na sekundę, dzięki czemu zawdzięczała pozbawionego gracji wywinięcia się w tył. Uczepiła się rękawa Bena, stokroć mu dziękując za uratowanie życia, zdrowia i godności. Karmiła go błahymi rozmówkami doskonale świadoma, że nie on nie słucha ani jednego wypowiadanego przez nią słowa. Celowo odwracała jego uwagę od nawet najmniejszych kierowanych na siebie podejrzeń. Oczywiście jeśli cokolwiek działało pod tą blond czupryną, bo sądząc po pustym wzroku i mechanicznym stawianiu kroków, miała duże wątpliwości co do sprawności logicznego łączenia informacji. Ben nie radził sobie tak dobrze jak Claire, bo przede wszystkim nie przyznawał się światu do kłębka uczuć szamotającego się w jego klatce piersiowej. Panienka Dunbar wzdychała i łapała się za głowę. Miał wszystek na wyciągnięcie ręki, a Jo musiała chwycić jego ramiona i postawić go tuż przed jego własnym wszystkim. Stwierdziła, że łatwiej przyholować Bena do Hogsmade niż narażać się na oczywiste podejrzenia ze strony Claire, zachowującej aktualnie bardziej przejrzysty umysł.
Dźwięk skrzypiec rozniósł się punktualnie. Całe szczęście, wszak za siedem kroków mieli minąć miejsce, w której Claire miała potencjalnie się znajdować. Jo odpowiednio wcześniej przeprowadziła dyskretny wywiad z przyjaciółką, aby bezbłędnie zrealizować pomysł udzielenia obojgu pierwszej pomocy.
- Chodź, pospieszmy się. - posłała mu olśniewająco niewinny uśmiech, zaciskając palce na kawałku jego szaty. Nie brała pod uwagi protestów, wszak Ben znajdował się w stanie, w którym nie zwracał uwagi na nic, chyba, że znajdowało się to tuż przed jego nosem.
- Tam idziemy. - wskazała palcem gromadkę dzieci otaczających sylwetkę Claire. Nagły bezruch z lewej strony zmusił i Jolene do przystanięcia w połowie ulicyi. Dziewczyna zadarła brodę i z czystą knujną radością obserwowała zmiany na twarzy Bena. Cicho klasnęła w dłonie, pozwalając mu zabrać swój kawałek rękawa. Nie myliła się w żadnym słowie. Ben patrzył na Claire tak... nie umiała określić tego słowem, w każdym bądź razie zazdrościła im tego, co mają. Zaaferowana wyrazem twarzy przyjaciela, nie wsłuchała się w talent artystyczny Claire. Wystarczy, że on nie może oderwać od niej wszystkich zmysłów.
- Masz rację, musimy stąd iść. - zaszczebiotała, mając na myśli dosłowne opuszczenie ulicy i przejście na chodnik, na którym znajdowała się Claire, skrzypce i dzieci. Ben nie określił dokładnie swojego życzenia, a więc Jolene zinterpretowała je na swój uroczy sposób. Cofnęła się pół kroczku za chłopaka i popchnęła go do przodu. Obiema dłońmi objęła jego łokieć i nie wypuszczała go dopóty sylwetka Bena nie wyrosła ponad głowami dzieci. Upewniwszy się, że nie dojdzie do ucieczki, odsunęła się na ćwierć metra, splatając ręce przed sobą. Jo była jednym wielkim knujnym i szczęśliwym uśmiechem. Pokiwała się w rytm melodii, zerkając co rusz to na jedno nieszczęście, to na drugie. Przeczuwając puentę i koniec przedstawienia, ponownie przysunęła się do Bena, dźgając go lekko w bok.
- Wskazówka. Skończy to idź i powiedz, że jest pięk... że zagrała pięknie. - poradziła półgębkiem. Przybrała następnie minę mówiącą Znalazłam się tu przypadkiem, niczego nie ukartowałam.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Pon 11 Kwi 2016, 23:24

Świat mógłby przest... Nie, przestał istnieć. Wstyd się przyznać, ale Claire zapomniała już, jak to jest. Zapomniała, z czym wiąże się wzięcie skrzypiec w drobne dłonie i pozwolenie, by to one zaczęły prowadzić. Obawy, że nie pamięta, że odzwyczaiła się i nie opanuje melodii tak, jakby chciała prysły jak mydlane bańki wraz z pierwszymi pociągnięciami smyczka. Na Merlina, takie rzeczy wchodziły w krew. Dłonie same znajdywały dla siebie odpowiednie ułożenia, krzywdzone godzinami ćwiczeń opuszki palców bez trudu odnajdywały znajome miejsca. Myślenie? Zupełnie zbędne. Claire nie tworzyła przecież muzyki, ona po prostu pozwalała wyjść temu, co samo w niej siedziało.
Stąd też niemożność ustania w miejscu. Zresztą, kto to widział, by stać przy irlandzkich brzmieniach? Cóż, Annesley nie umiała, nie potrafiła. Początkowo niepewne, nieśmiałe, ograniczone jakimś wstydem dygnięcia prędko zrzuciły z siebie wszystkie te łańcuchy, przeradzając się w swobodny, lekki pląs na tym skrawku chodnika, który pozwoliła sobie zaanektować, a który teraz od całej reszty oddzielony był solidną, dziecięcą gwardią. Bo choć Maire przyprowadzić miała ledwie czwórkę znajomych, kilka kolejnych chwil przyniosło ich znacznie więcej. Głównie pierwszo- i drugoroczni, czasem jednak znacznie młodsi. Choćby ten malec, nie mógł mieć więcej niż pięć lat. Gdy przedarł się dzielnie przez starszych kolegów i koleżanki Claire uśmiechnęła się szeroko i zawirowała radośnie przed małym słuchaczem. A melodia? Płynęła. Uniezależniona od innych poczynań Puchonki spływała z męczonych niemiłosiernie strun i nie drgnęła ani przy spontanicznym piruecie, ani którymś z kolei podskoku, ani też wtedy, gdy płynnie przeszła w kolejne, nieco inne brzmienia.
Gdy się urwała, to gwałtownie, bez zapowiedzi w postaci lekkiego choćby zawahania. W jednej chwili Claire wylądowała zgrabnie po ostatnim piruecie, uniosła smyczek znad strun i odetchnęła cicho, uśmiechając się od ucha do ucha. Nagła cisza była nienaturalna, wręcz bolesna, potrwała jednak tylko przez chwilę, jedną krótką chwilę - dokładnie tyle, ile Maire potrzebowała, by złapać oddech, pisnąć cicho i w podskokach dopaść siostry.
- MÓWIŁAM! - wydarła się donośnie, spoglądając z dziką satysfakcją już nie tylko na swoich znajomych, ale też na tych, którzy się przypałętali w międzyczasie. - Mówiłam, że jest najlepsza!
Klara zaśmiała się cicho, szczerze, unosząc ostrożnie ręce by tym gestem uchronić skrzypce i smyczek od zgniecenia w nad podziw silnych objęciach dziesięcioletniej Mi, wtulającej się przez chwilę w siostrzany brzuch. 
- No już, puść mnie - zaśmiała się Claire cicho, czule całując czubek głowy Maire. - Daj mi się ruszyć, mała.
Dziesięciolatka burknęła coś cicho, ostatecznie jednak cofając się o krok czy dwa. Czy to jednak oznaczało upragnioną wolność? Nie, nie oznaczało. Nie zdążyła ani odłożyć aidenowych skrzypiec, ani choćby ruszyć się odrobinę, zejść ze środka chodnika, gdy jakaś pierwsza, dziecięca ręka dotknęła nieśmiało jej ręki. Annesley nie miała pojęcia, kim była ta pierwsza, niepewna, młodziutka blondyneczka, ani kolejne szkraby, które zbliżyły się ostrożnie, by dotknąć skrzypiec, smyczka czy jej samej. Z niedowierzaniem spoglądając na to, co się dzieje, jednym z przedramion otarła pojedyncze krople potu z czoła, z trudem odgarnęła kilka rudych kosmyków wchodzących jej do oczu i po pierwszym skrępowaniu po raz kolejny roześmiała się cicho. Nie próbowała już nawet odłożyć instrumentu czy ruszyć się gdziekolwiek. Spoglądając na otaczające ją dzieci - młodziutkich uczniów, w oczach których zyskała jakąś dziwną, niezrozumiałą dla niej rangę - promieniała. Nigdy nie sądziła, że zachwyt w czyichś oczach, ten szczery, nieskażony zawiścią może być tak... Tak... Pokręciła głową z niedowierzaniem. To nie mogło być naprawdę. Takie rzeczy przecież się nie działy!
A potem zauważyła Bena i... Nie, uśmiech pozostał na swoim miejscu. Rumieńce, roziskrzone spojrzenie, z trudem łapany oddech - nic się nie zmieniło. Choć nie uczyniła w kierunku Szkota ani kroku - nie mogła, były przecież dzieci, te kilkoro, kilkanaścioro młodszych od niej o kilka lat istotek, które odgradzały ją od Krukona - to przynajmniej nie uciekła. Och, na Merlina, nie zamierzała uciekać.
Jednak on tu robił? Przecież nie przyszedłby sam. W ogóle nie ruszyłby się do Hogsmeade, prawda? Tkwiłby w swojej wierzy i... Och. No tak. Jolene. Odnajdując sylwetkę przyjaciółki Claire mimowolnie uśmiechnęła się szerzej, nie w podziękowaniu wprawdzie, ale w wyrazie bezgranicznego szczęścia. Bo mogła zagrać i... bo Ben. Bo znowu nie poradziła z nim sobie sama, bo choć naprawdę miała zamiar się do niego zbliżyć, zainicjować tę rozmowę, to brakowało jej odwagi. Jedna próba, druga, kolejna. Zawsze uciekała.
A teraz już nie mogła, prawda? Nie mogła i nie chciała. Ten spontaniczny występ dodał jej sił, buzująca w żyłach krew zalała wszystkie lęki i obawy. I choć nie mogła podejść, jeszcze nie mogła - odruchowo przytulając do siebie tych, którzy akurat tego potrzebowali, jednocześnie wciąż uważała na instrument, który przecież nie mógł, po prostu nie mógł się teraz zniszczyć - to patrzyła. Szczerze. Ciepło. Nie umykając wzrokiem, nie tym razem.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 12 Kwi 2016, 00:37

Jeśli przez naukę legilimencji sądził, że wie, jak to jest dźwigać na barkach ciężar całego świata, to właśnie odbierał bolesną lekcję, że bardzo się mylił. Po raz kolejny. Bo tego ciężaru, tego bólu nagle rozrywającego klatkę piersiową i fali gorąca, od którego myślał, że się stopi, nie dało się porównać do niczego. Wszystko było zbyt nagłe, zbyt nieoczekiwane, zbyt wiele. Za dużo na przeciążony umysł, jaki postanowił spłatać Krukonowi figla i zwyczajnie ogłosił kapitulację wyłączając racjonalne, chłodne myślenie i przekierowując resztki pozostałych zasobów ku najbardziej podstawowym reakcjom. Ciągnąc go w kierunku Claire, a nie w stronę przeciwną, Jolene własnymi rękami wepchnęła Bena pod wodę, żeby się utopił, a co najgorsze, on w ogóle z tym nie walczył. Chociaż wszystko powinno w nim krzyczeć o ucieczce, z każdym krokiem brał kolejne łyki słonej wody, dusząc się pod jej powierzchnią w nieodwracalnej wycieczce na dno. Jeszcze trochę, jeszcze skradnie kilka obrazów, wypali je po wewnętrznej stronie powiek i może opaść ciężko jak kamień, żeby słońce oglądać już tylko jako odległe błyski tańczące na falach.
Zdawał sobie sprawę, że nie byli sali, że rudą Puchonkę otaczała gromadka dzieci, a za nim stała Jolene, ale nie potrafił nadać jakiegokolwiek priorytetu czemuś innemu niż gra i taniec panny Annesley, ruchy jej dłoni na instrumencie i iskry skrzące się w jasnych oczach. Jeśli kiedyś uważał, że te wszystkie wydumane opisy w bajkach były przesadzone, a wątki romantyczne patetycznie nudne, właśnie sam stawał się książkowym stereotypem, doświadczającym tego samego, co postacie, którymi w jakiś sposób pogardzał. Ciężar, gorąco i dudnienie serca, które powinno leżeć sobie roztrzaskane w klatce piersiowej.
A potem melodia nagle się urwała, okrąg utworzony z dzieci ruszył do przodu i zaczął wychwalać talent Claire, czepiając się jej dłoni oraz bioder, więżąc dziewczynę wśród drobnych ciałek i podekscytowanych głosów. To, co jeszcze moment wcześniej tak zawzięcie biło, wypełniając uszy Bena dudnieniem, zaczęło się topić. I wtedy, kiedy sądził, że już naprawdę gorzej być nie może, że już bardziej nie zdoła się rozpaść, Irlandka podniosła na niego wzrok, uśmiechając się tak jak wtedy, gdy wszystko było między nimi w porządku, a w eterze nie krążyły żadne nieporozumienia i osobiste bolączki. Przez moment, gdy Ben podtrzymywał to spojrzenie pełne ciepła, było po prostu dobrze. Na tyle dobrze, że Krukon prawie się zapomniał, otwierając usta, by pójść za radą Jolene i powiedzieć komplement na temat irlandzkiej gry – prawie, bo nagle mocno zagryzł dolną wargę, mimowolnie marszcząc brwi. Nieprzyjemne gorąco, ból i ciężar powróciły na swoje miejsca, sprawiając, że Watts nagle odzyskał kontrolę nad ciałem, które przez kilka ostatnich chwil zmieniło się najpierw w bezwolną kukiełkę, a potem słup soli, zdolny tylko wlepiać maślane oczy w dziewczynę, której nie mógł mieć. Jak bardzo trzeba było być żałosnym, żeby nie szanować się do tego stopnia? Dunbar to wszystko zrobiła specjalnie, Dunbar i Annesley, na pewno ukartowały całą sytuację, żeby śmiać się z jego głupoty oraz naiwności, a on podawał im wszyściutko na srebrnej tacy, włącznie z własną głową.
Dosyć.
Mimowolnie zaciskając ręce w pięści, Ben powoli zrobił krok do tyłu, potem drugi, aż wreszcie odwrócił się ze ściśniętym gardłem. Jednocześnie czuł przeraźliwe gorąco i zimno, drżenie mięśni oraz nadchodzący ból głowy. Uciekał.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 12 Kwi 2016, 06:41

Oczy Jo były odbiciem zachwytu zbierającego się podziwu i radości w oczach malców. Cieszyła się każdą komórką ciała, nie mając konkretnego powodu do wesołości. Widok Claire otoczonej przez gwardię młodych, kierowanych przez małego czterolatka, ściskał serce i wyciskał z oczu łzy. Jo zawsze reagowała nostalgią i wzruszeniem przy pięknej muzyce i szczerości dziecięcych charakterów. Śmiała porównywać to uczucie do hipnotyzującego kociego stosu mruku wylegującego się na słońcu. Czując na sobie wzrok Claire, prędko przeanalizowała detale. W głowie Jo pojawił się notatnik i samopiszące pióro. Rumieńce są? Są! Rozikrzone oczy są? Są! Szeroki uśmiech dosięgający oczu jest? Jest! Objawy niekontrolowanego chichotu i miłości są? Jak najbardziej. Wszystko wskazywało na szczęśliwe zakończenie. Jo nie wzięła pod uwagę tępoty mózgu, czyli standardowego objawu miłości. Doskonale pamiętała siebie sprzed pół roku. Zakładała skarpetki nie do pary, potykała się trzy razy o kufer stojący w tym samym miejscu, uderzyła czołem o framugę drzwi, zatrzymywała się w samym środku burzy, aby oddać się refleksjom życiowym i tym podobne niemądre sytuacje, statycznie typowe dla osób uniesionych zakochaniem. Ben osłupiał i przestał reagować. W chwili gdy Jolene zaczynała podejrzewać u niego zapaść, drgnął, a następnie odwrócił sylwetkę o sto osiemdziesiąt stopni. Puchonka otworzyła oczy z niedowierzaniem, źrenice rozszerzyły się z oszołomienia. Upłynęła dobra minuta zanim zrozumiała co Ben chce zrobić. Nie mieściło się jej to w głowie, a więc zanim zdołał uczynić choćby pół kroku i wydać się przed Claire, przecięła mu drogę, wyrosła przed nim z bardzo zaciętą miną. Nie taki scenariusz brała pod uwagę. Na myśl jej nie przyszedł taki obrót sprawy i zmarnowanie niesamowicie idealnej okazji. Z Bena zionęło milion uczuć, głównie barwionych ciepłem. Miał w twarzy takie coś, co go demaskowało i wydawało przed światem.
- Nie mów mi, że tchórzysz. - szepnęła na tyle głośno, aby słyszał ją przez dziecięcy gwar. Wbiła w jego buzię szare, zdecydowane tęczówki, w których śmiech został zastąpiony autentycznym niedowierzaniem. Chwyciła jego nadgarstek, aby nie pozwolić mu zrobić choćby najmniejszego kroku. Nie mógł zniweczyć całego planu przez... właśnie, przez co? Z tego co Jo zdążyła zauważyć, nie miał najmniejszego powodu tchórzyć. Ben Watts nie był tchórzem.
- Jeśli teraz uciekniesz, złamiesz jej serce raz na zawsze. Uwierz mi Ben, nie zdołasz go potem naprawić. Wiem jak to jest. - próbowała przebić się do jego mózgu, a najlepiej serca, przez falę uczuć z jakimi walczył. Nigdy nie sądziła, że Ben mógłby przed czymkolwiek i kimkolwiek uciekać. Jolene w to nie wierzyła, bo mogła pozwolić sobie na stwierdzenie, że dobrze zna Bena Wattsa i w jego naturze nie leży tchórzostwo. O czymkolwiek myślał, myślał w niepoprawny sposób. Jo musiała się pospieszyć i go nakierować w dobrą stronę zanim szczęście Claire pęknie jak bańka mydlana. Łamanie serca może być słychać na drugim końcu Wielkiej Brytanii. Na to Benowi nie może pozwolić.
- Ocknij się. Halo. - pstryknęła palcami przed jego twarzą, zaglądając do niej z uwagą. - Jeśli nie jesteś w stanie nic powiedzieć to tylko ją przytul. Zrób cokolwiek, ale nie uciekaj i nie łam niepotrzebnie serca. Choć raz mi zaufaj. - w głosie Jo pojawiła się pierwsza panika. Co się stanie, jeśli zawiedzie? Jeśli właśnie doprowadziła czyjeś uczucie do śmierci i będzie musiała już do końca życia pocieszać zapłakaną Claire, wiedząc, że absolutnie nic nie załagodzi bólu okruszków serca? Ben nie mógł tego zrobić. Nie spuszczała czujnych oczu z Krukona. Szukała w nim objawów załamania, które nader wszystko właśnie by się przydało. Ułatwiłoby mu to przejrzenie na oczy. Cicho, niczym echo, poradziła mu tylko oddychać. Szok minie, a reszta wygra. Jo była tego pewna. Nie chciała wierzyć, że stanie się coś innego. Lękała się bardzo wyjrzeć zza sylwetki chłopaka i sprawdzić czy Claire coś widzi. Modliła się cicho w duchu, aby nie patrzyła w tę stronę. Prosiła małe dzieci, aby zajęły jej uwagę i kupiły Jolene i przede wszystkim Benowi trochę czasu. Dwa momenty, tylko tyle.
Zobacz profil autora
Anonim
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 12 Kwi 2016, 06:56

Piszczał z radości. Dołączył do tańcowania z jakimiś dziewczynkami stojącymi po jego bokach. Klaskał, obracał się i uśmiechał najgłośniej, bowiem muzyka trafiła wprost do jego małego serduszka. Prawdopodobnie to jego śmiech było słychać najbardziej, roznosił się miłym dźwiękiem po całej ulicy. Gdy muzyka ucichła, nie krył rozczarowania malujących się w niebieścutkich, przejrzystych oczkach. To on jako pierwszy podbiegł do Grającej Pani i jako najodważniejszy, zaraz po jakiejś małej dziewczynce (Maire) objął panią w talii. Z dołu spoglądały nań szeroko otwarte, zachwycone oczy.
- Bardzo ładnie pani gra. Zagra pani coś jeszcze? Proooszę! Co to za instrument? Jak się na nim gra? Nauczy mnie pani? Jejciu, mogę pokazać panią mamie? Stoi tam, niedaleko. Zagra pani moją ulubioną piosenkę, taką kołysankę? Mama śpiewa mi ją co wieczór. - spomiędzy jego ust wylał się potok chaotycznie zebranych słów. Lincoln wyglądał przezabawnie z niebieskimi ustami i takim samym uśmiechem. W następnej chwili oderwał się od cudzej pani, wszak mama mówiła mu, że nie wypada przytulać się do pierwszej napotkanej osoby, bo komuś może się to nie spodobać. Miast tego wyciągnął rączki i paluszkiem dotknął obudowy skrzypiec. Zastukał w nie knykciem, postukał opuszkami i zachichotał wesoło.
- Zagra pani na moich urodzinach? Prooszę, mama się zgodzi, babcia też, one lubią bardzo śpiewać. - nie wiedział kiedy ma urodziny, co nie oznaczało, że nie mógł zarezerwować czasu tej Pani z rocznym wyprzedzeniem. Claire nieświadomie zasiała w małym człowieczku powiększoną i stabilniejszą miłość dla muzyki. Szkoci też potrafią tańczyć, śpiewać i grać! Nasz mały Szkot będzie tego żywym dowodem. Uwaga Lincolna została rozproszona. Jakiś nienazwany bodziec czy powiew wiatru nakazał mu zajrzeć przez ramię, a tam zauważył dobrze mu znaną sylwetkę. Buzia Lincolna rozjaśniła się dwakroć bardziej.
- Wujek Ben! Wujku! Zobacz, ta pani pięknie gra! Chodź do nas, tutaj jestem! - podskakiwał, machał rękoma i donośnym głosem nawoływał Bena. Nie wiedział kim on jest, ale mama powiedziała, że to taki bardzo daleki wujek. Syn kuzynki mamy, prawie nie jak rodzina, co nie zmieniało faktu, że w ich żyłach płynie taka sama krew i podobne, szkockie geny. Wystarczy spojrzeć na kolor oczu i włosów, aby móc śmiało przypuszczać, że w daleki sposób są ze sobą spokrewnieni.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 12 Kwi 2016, 10:49

Serce Klary topniało, zamieniając się w jedną ciepłą, słodką masę. Jej uwaga, ciągle odwracana od Bena przez dziecięce zgromadzenie, kierowała się do kolejnych drobnych istotek, wywołując na drobnej twarzyczce coraz szerszy, gorący, czuły uśmiech, apogeum którego przypadło na moment, gdy wtulił się w nią ten mały, kilkuletni chłopiec. Nie miała pojęcia, kim jest, ale ten gest czułości, ten entuzjastyczny potok słów... Przekładając smyczek do tej samej dłoni, w której wciąż trzymała skrzypce, ukradkiem otarła pojedyncze łzy wzruszenia. Nie mogła odpowiadać za swą wrażliwość i za to, jak silnie reaguje na podobne sytuacje. Ten dzisiejszy występ, do którego przecież wcale nie była aż tak optymistycznie nastawiona, przyniosło jej nieoczekiwane katharsis, masę emocji, w swoją zdolność odczuwania których zaczęła już przecież wątpić. A teraz wróciły, obejmując ją całą w tej samej chwili, w której uczyniły to drobne ramionka chłopczyka.
- Cieszę się, że tak ci się podobało. - Na niepowstrzymany potok słów trudno było odpowiedzieć. Uwolnioną przed momentem ręką obejmując dziecko czule Claire próbowała jednak to zrobić. Nie było nic piękniejszego od tak jawnego zachwytu i Annesley nie chciała, bardzo nie chciała złamać dziecięcego serduszka jakąś niepotrzebną oschłością czy lakonicznością odpowiedzi. - To są skrzypce, gra się na nich bardzo prosto. Trzeba tylko przeciągać tym czymś - smyczkiem - po strunach w odpowiedni sposób, reszta robi się sama. - Uśmiechnęła się nieznacznie. To oczywiście aż tak proste nie było, ale nie chodziło przecież o to, by potencjalnie przyszłego muzyka zrażać zbyt rzeczywistymi opowieściami. Wszystkie trudności i tak każdy odkrywa przecież sam, gdy decyduje się na naukę, nie ma potrzeby wyjawiać ich wcześniej. - Oczywiście, mogę nauczyć cię grać, jeśli tylko twoja mama nie będzie miała nic przeciwko - dodała, tym razem szybciej niż zdążyła się zastanowić. To nie pierwszy raz w życiu, kiedy tak się z czymś wyrywała, ale pierwszy już od dłuższego czasu. Nie miała pojęcia, dlaczego to powiedziała, dlaczego tak od razu wyszła z podobną propozycją. Z ofertą, której nie będzie miała przecież serca cofnąć i zranić tym samym chłopca. 
- Twoja mama jest nied... - Kolejne pytanie, zadane nieco obok chaotycznej wypowiedzi dziecka, urwało się w połowie, gdy Ben zaczął się wycofywać. Zauważyła to i choć nie zdążyła zinterpretować tego jako ucieczki - Jolene zatrzymała Krukona na tyle szybko, by z perspektywy Claire jego próba dezercji wyglądała bardziej jako chęć odsunięcia się po prostu od dziecięcego zamieszania - to serce i tak drgnęło jej niespokojnie. W tej samej zresztą chwili cichy głosik rozentuzjazmowanego chłopca poniósł się nad zgromadzeniem, kierując się ku Wattsowi- wujku? - i to wszystko... Nie mogła dłużej zwlekać. Po prostu nie mogła dłużej tego przeciągać. Odwagi nie starczy jej na zbyt długo, a i Ben, on... On przecież nie będzie tu czekał. Odetchnęła głęboko i ponownie zwróciła się do czterolatka.
- Umówmy się tak - zawołasz mamę, ja chwilę odpocznę, a później zagram ci tę kołysankę, dobrze? Albo razem ją zagramy, pomożesz mi. - Zmusiła się do ciepłego uśmiechu i, czochrając czule czuprynę chłopca, wymknęła się z jego ciepłych objęć. Jednocześnie wzrokiem odszukała puszącą się jak paw Maire, w kolejnej chwili wciskając w dłonie zdezorientowanej dziewczynki skrzypce i smyczek.
- Potrzymaj, muszę coś załatwić - mruknęła bez słowa wyjaśnienia i przepychając się przez dziecięcy tłum - kilkoro odprowadzało ją wzrokiem, inne jednak były zbyt podekscytowane, by w ogóle zauważyć jej zniknięcie - bez wahania skierowała się ku zwróconemu teraz do niej plecami Krukonowi. Brak kurtki, przeziębienie, z którym na pewno będzie musiała później powalczyć, zwracanie na siebie uwagi - to nie miało najmniejszego znaczenia, Claire podobnym szczegółom nie poświęciła ani jednej chwili. Była zaślepiona, dosłownie.
- Ben? - rzuciła z wahaniem, zatrzymując się kilka kroków za plecami Szkota. Jej głos brzmiał wątle, żałośnie cicho, jednak... Była w stanie to zmienić, prawda? Tym razem była. Musiała! Jeśli tego nie zrobi, straci po raz drugi, a to... Nie dałaby rady. Nie udźwignęłaby tego, już nie.
- Ben, spójrz na mnie, proszę. - Przygryzając lekko wargę uczyniła jeden krok na przód, drugi, wzbraniając się jednak przed dotknięciem chłopaka. Kiedyś po prostu złapałaby go za rękę i w ten sposób zwróciła na siebie jego uwagę, ale teraz chyba nie było jej wolno. Nie miała takiego prawa.
Zerkając za sylwetkę rosłego chłopaka uśmiechnęła się do Jo, nie kryjąc jednak własnych wątpliwości i obaw, które zaczęły w tym momencie wracać. Bała się. Naprawdę bała się tego, że mimo wszystko jest już za późno. Że nawet kochając ją, Watts nie zdecyduje się na żadną próbę więcej. To byłoby zrozumiałe, nie mogłaby mieć do niego żalu. Ale... Bała się. Potrzebowała go jak nikogo innego i jedynym jej przewinieniem było to, że zrozumiała to skandalicznie wręcz późno.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 12 Kwi 2016, 12:56

To wszystko przestało mieć jakikolwiek sens już dawno temu – bo choć podobne zaślepienie i magnetyzm dałoby się wytłumaczyć reakcjami chemicznymi czy zwykłą, mugolską fizyką, postawiony przed nimi twarzą w twarz, Ben czuł się, jakby ktoś potraktował go wyjątkowo zjadliwym zaklęciem. Ewentualnie rozpędzonym taranem. To było coś, co sprawiało, że Claire stawała się jedyną osobą, przed którą nie potrafił się bronić, nie potrafił świadomie zrobić krzywdy, ale gdyby tylko o to poprosiła, podpaliłby świat, jeśli miałoby to być kluczem do jej szczęścia. Tylko, że Watts się bał w ten śmiertelny, prawie zwierzęcy sposób, nakazujący ucieczkę do najgłębszej dziury, bo dwa razy już złamano mu serce, a on wciąż się nie nauczył i pozwoliłby Annesley zrobić ze sobą wiele rzeczy, zanim może... Ale tylko MOŻE, opamiętałby się i wyrwał z jej rąk. Jak to w ogóle możliwe w tak młodym wieku dawać komuś wszystko? Ludzie zwykle czekali tak długo na kogoś, komu chcieliby oddać siebie, a on bum, już, ulokował zainteresowanie w niewłaściwej osobie i samo jakoś poszło. Ha, czy to w jakiś sposób nie definiowało tego, kim Ben był? Wszystko albo nic, bo nie tolerował byle jakości? Tylko, że jeśli zasada ta sprawdzała się w nauce, tutaj stanowiła obosieczne ostrze, które potrafiło realnie skrzywdzić przy jednym nieuważnym ruchu.
Głos Joe brzmiał jakoś dziwnie przebijając się do uszu Krukona – z początku w ogóle nie rejestrował, co do niego mówiła, dopiero po dłuższej chwili odpowiednia zębatka wskoczyła na swoje miejsce, uświadamiając mu, że Dunbar WIE. Skąd? A przede wszystkim – JAK?! Tyle czasu wszystko chował, nie pozwalał nikomu zobaczyć, nawet samej Claire, a Joe co? Stracił umiejętność skrywania się pod maską obojętności? Jeśli tak było, to bardzo źle, to cholernie wręcz źle, bo w tym momencie pojawiał się zalążek myśli, by uciszyć raz na zawsze wszystkich, którzy byli świadkami jego słabości. Bo tak, Ben w tym momencie tchórzył, chcąc ochronić samego siebie przed niedoprecyzowaną, złą wolą, która mogłaby chcieć sterować nim w imię uczucia. Pstryknięcie palcami tuż przed twarzą sprawiło, że chłopak drgnął wyraźnie, mrugając szybko i przenosząc zaraz uwagę na pannę Dunbar. Nie łam niepotrzebnie serca. Cztery słowa wystarczyły, by miejsce bezradności i potrzeby ucieczki zajął gniew, huczący, gwałtowny, dający znów siłę, która została gdzieś utracona. Gniew był dobry, Ben witał go jak starego przyjaciela, bo choć wszystkim starał się wmawiać, że siłę i skupienie czerpał ze spokoju, prawda była zupełnie inna – to ze złości brał najwięcej, potrafił przekuwać ją w moc zdolną kruszyć góry, zachowując przy tym jasność umysłu. Ściśnięcie i suchość w gardle zniknęły jak za machnięciem różdżki, oddając Krukonowi głos.
- A moje serce można łamać? Bo ja zniosę wszystko? – odparł na słowa Joe, która przecież chciała dobrze, ale poruszyła jedną nieodpowiednią strunę. Bo tak, Ben sądził, że potrafiłby przetrwać każdą paskudną rzecz, która stałaby się jego udziałem – w końcu ci najbardziej potłuczeni byli też najgroźniejsi, bo nosili w sobie wiedzę, że dadzą radę przejść piekło i wyjść z niego żywymi. Tylko, że może niekoniecznie podobało im się, gdy ktoś próbował sugerować, że powinni odbywać podobną podróż za innych, tylko dlatego, że na pewno im się uda. No nie, tak to nie działało. Nie odrywając od Joe spojrzenia, które najprawdopodobniej miało w tej chwili zdolność wbijania w ziemię, Watts zmarszczył brwi, słysząc znajomy, chłopięcy głosik nawołujący do niego wujku. Nie, wybacz Lincoln, nie odwrócę się do ciebie, bo będę musiał zrobić komuś krzywdę, żeby potem stąd odejść. Tylko, że najwyraźniej nikt jednak nie brał pod uwagę zdania Bena, bo jak na złośliwość za jego plecami zabrzmiał głos, którego jednocześnie nie chciał i chciał słyszeć. Claire brzmiała tak żałośnie, że jego pierwszym odruchem, całkiem niezaskakująco byłoby odwrócić się i zamknąć ją w bezpiecznej klatce ramion – gdyby oczywiście nie zaczął się z nim siłować, odpychając ze złością. Dosyć. Tylko, że mimo tych wszystkich cichych obietnic wobec samego siebie, nie odmówił prośbie o spojrzenie, odwracając się powoli i z wyraźną ostrożnością, jakby jeden nieuważny krok miał skutkować stanięciem na minę. Wiedział już, że wszystko po nim widać i że nie zdoła tego ukryć, szczególnie patrząc Annesleyównie prosto w oczy.
Co miał, co mógł... Co powinien powiedzieć?
- Nie umiem przestać o tobie myśleć.
Nie, tego zdecydowanie nie powinien mówić, jeśli kiedykolwiek chciał się uwolnić spod zaklęcia, które mimowolnie rzuciła na niego Claire, ale to wszystko, co gnieździło się w jego sercu, zagłuszając podszepty świadomej woli, posiadało swoje własne racje.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   Wto 12 Kwi 2016, 14:04

Poważne rozmowy, zmora ludzkości. Klara nawet nie łudziła się, że będzie potrafiła taką poprowadzić. Nawet, jeśli początkowo coś takiego - dojrzałego, rozsądnego, pełnego pięknych słów - miała w planach, to teraz głupotą byłoby próbowanie czegoś takiego. Nie umiała. Nie znalazłaby odpowiednich sformułowań, same myśli nie dałyby się ubrać w żadne konkretne zwroty. Oczywiście, kwestią dyskusyjną pozostawało, czy potrafiła przekazać wszystko, co czuje inaczej, ale... Musiała spróbować, prawda? Musiała. W grę wchodziło przecież zbyt wiele, by tak po prostu ulec własnym słabościom - wstydowi, nieśmiałości i obawom. Nie mogła tak po prostu się poddać. Gdyby to zrobiła, nigdy by sobie tego nie wybaczyła, a szczęście... Szczęście, to najczystsze, najgłębsze, stałoby się pojęciem egzotycznym, zapomnianym.
Paradoksem było to, że jakąkolwiek deklarację ułatwił jej Ben. Choć to jego reakcji przecież się obawiała, gdy odwrócił się poczuła się pewniej. Jeszcze przed słowami, jakie padły z jego strony, będącymi niemal dokładnie tymi samymi, przed którymi poprzednio uciekła. Jeszcze przed tym bezpośrednim wyznaniem, które przedtem zaparło jej dech i odebrało rozum, skuwając irracjonalnym lękiem. Nie, jej wystarczyła ta chwila ciszy, to jedno spojrzenie i to, że tym razem... Że nie odszedł, choć przecież miał możliwość. I prawo, je przede wszystkim. Miał go więcej niż ona kiedykolwiek miała, bo gdyby teraz zawrócił, zrobiłby to po prostu w ramach wyrównania rachunków, ochrony samego siebie. Ale został. Został.
Wciągnęła głęboko powietrze. Spoglądając w znajome oczy bardzo chciała się uśmiechnąć, ale twarz stała się nienaruszalną maską, podległą obawom i nieśmiałości. Samo podtrzymywanie kontaktu wzrokowego też zresztą szybko stało się trudne, zbyt trudne, żeby Klara była w stanie mu podołać. Szczególnym wyzwaniem stało się zaś wtedy, gdy zrobiła jeszcze jeden krok. I kolejny. Tyle pokonanych centymetrów, by zatrzymać się tuż przed Benem. Przed chłopakiem, któremu nie była już w stanie patrzeć w oczy, mogła tylko umykać wzrokiem na bok, orbitując między klatką piersiową Szkota, czubkami własnych butów a kawałkiem chodnika gdzieś po lewej.
- Nie musisz - wydusiła z siebie cicho, w zasadzie szeptem, zmuszając się, by na tym nie skończyć. Przecież to nic nie wyjaśniało, to nie... Nie wystarczało. Nie mogło wystarczyć. - Nie chcę, żebyś przestał.
Jeszcze jeden kroczek, ostatnie dwa, może trzy milimetry. W przypływie chwilowej - nie, tak naprawdę wcale nie chwilowej, ale powstrzymanej własną niepewnością - potrzeby sięgnęła dłonią po dłoń Szkota, zabierając ją jednak szybko, jeszcze nim faktycznie musnęła skórę Krukona. Zwieszając głowę mimowolnie zacisnęła dłoń w pięść i zadrżała lekko, z zimna lub raczej z nadmiaru emocji, z napięcia, jakie wyzierało teraz z całej jej postawy.
Wiedziała, jak to wygląda. Nagła zmiana zdania, rozmyślenie się, pobłażliwe stwierdzenie hej, chyba jednak możemy spróbować. Wiedziała, że to jest żałosne, a jej wiarygodność... Szkoda gadać. I chyba właśnie dlatego się bała, przede wszystkim dlatego. Największy lęk sprowadzał się do możliwości, w której Ben po prostu jej nie uwierzy albo uzna, że do gry wkroczyła litość. A przecież tak nie było. Na Merlina, teraz, gdy już sobie pewne rzeczy, niczego nie była tak pewna. Potrzebowała go. Pragnęła. Gdyby go straciła, tak naprawdę, do reszty to... Nie mogła o tym myśleć. Nie mogła w ogóle brać tego pod uwagę.
Wbijając pazurki we wnętrza dłoni czuła, że jest źle. Jest coraz gorzej. Wahanie Bena, brak jakiejkolwiek większej reakcji z jego strony, ta ciężka cisza - odgłosy żyjącego miasteczka były stłumione, dochodzące jakby z daleka, zza grubej, kamiennej ściany - to zawieszenie. Nie mogła tego znieść. Nie mogła tego udźwignąć.
To chyba jednak był błąd, bogowie, popełniła błąd. Spóźniła się.
Gdyby mogła, cofnęłaby się. Jeden ostrożny kroczek, drugi, trzeci. Stała jednak wbita w ziemię, nie będąc w stanie choćby drgnąć. To było zbyt wiele. Mimo wszystko zbyt wiele.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Miodowe Królestwo   

 

Miodowe Królestwo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Miodowe Królestwo
» Miodowe Królestwo
» Miodowe Królestwo

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Inne Magiczne Miejsca
 :: 
Hogsmeade
 :: Ulica Główna
-