IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Obserwatorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Carmen Luminous
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Wto 18 Sie 2015, 10:58

Wbrew temu co mówiła do Dimitra i co uważała o nim samym, nie była pewna skąd się wzięła taka niechęć do niego. Obawiała się, że przyczyna leżeć mogła w zupełnie odrębnym miejscu, po za salą lekcyjną, gdzieś w jej zmatowiałym sercu, które choć wrażliwe wolało zachowywać pozory twardego kamienia. Paradoksalnie nie pragnęła nawiązywać żadnej nici porozumienia z profesorem, bojąc się… No właśnie czego? Czego lękasz się rudowłoso istoto, jeśli obok Ciebie znajduje się anioł z błękitnymi, jak nieprzejednana oceaniczna toń, oczętami i licem nieskalanym żadną rysą? Ano właśnie tego, wredny głosiku w głowie. Tego, że Cronstorm wygląda jak bóstwo, które bez mocy naginania woli mogłoby namieszać w życiu szesnastolatki przechodzącej jeszcze okres dojrzewania. Carmen zatem utrzymywała dystans między ich obojgiem dyskretnie, odsuwając się o milimetr, gdy tylko jej czujne oko zauważyło niebezpieczne, choć nieświadome, zbliżenie się Dimitra. Trudno było nastoletniej dziewczynie zachowywać zdrowy rozsądek, gdy w pomieszczeniu rozchodziła się delikatna woń wody kolońskiej pomieszanej z męskim zapachem potu, zapewne po dość długiej podróży z urlopu. Rudowłosa znajdując się za kratami duszy artystki wyczulona była wszystkimi zmysłami na to, co dzieje się w obrębie jej osoby, zwracając szczególną uwagę na walory estetyczne. Uwielbiała podziwiać indywidualne piękno ludzi, lecz znajdując się w jednym miejscu z Cronstormem, którego oblicze skąpane było w niebiańskim świetle księżyca, a zapach nieznośnie drażnił nozdrza, miała ochotę wspiąć się na barierkę i wyskoczyć z wieży. Jedyne, co powstrzymywało dziewczynę to obraz Porunn, która z premedytacją zgłębiając techniki nekromanckie, ożywiłaby martwego rudzielca, tylko po to, by zabić ją ponownie za taki idiotyzm. Carmen zmuszona była kotłować w sobie natłok dziwnych myśli, które pojawiały się równie szybko jak pałka Gilgamesha w trakcie meczu Quiddittcha.
Zanim odpowiedziała profesorowi, westchnęła cicho, nerwowo bębniąc opuszkami palców po drewnianej balustradzie.
Każdy inaczej odbiera drugą osobą – zaczęła, nie do końca odpowiadając na pytanie Dimitra, ale tym razem delikatnie ważąc sens tego co chciała powiedzieć - Inni mogą uważać pana za czarującego człowieka, inni… nie – dokończyła, mając głęboką nadzieję, że profesor nie poruszy już tematu swojej osoby, narażając się na nieprzewidziany obrót sytuacji. Wsłuchując się w opisywany przez Dimitra obraz Skandynawii, miała nieodparte wrażenie, że Cronstorm w pewnym sensie czuje się zagubiony, powracając myślami do tego miejsca. Słysząc od niego słowa zachęty do ujrzenia owych terenów, była pewna, że profesor także miał przyjemność podziwiać skandynawskie uroki. – Każde miejsce posiada zakątki warte odwiedzenia, i te których warto się wystrzegać – zaczęła tonem podróżnika i znawcy, choć jedynymi terenami, które odwiedziła to była Genewa, jej miejsce urodzenia, Alpy będące niemal jej drugim domem oraz Holyhead w Walli, dosłownie będąc jej drugim domem. Miała to szczęście, że dorastała w naprawdę klimatycznym i urokliwym miejscu, wśród ludzi jedynych w swoim rodzaju. Bolesne zerwanie z tamtą rzeczywistością odcięło niewidzialne piętno na jej sercu, oraz fizyczne, w postaci paskudnej blizny schowanej pod puklami rudych włosów. – Pewna rodzina? – lewa brew pomknęła subtelnie do góry – To znaczy Pańska? – zapytała, nie kryjąc ciekawości za stalowym murem obojętności. Niewiele wiedziała o swoim nauczycielu, tym bardziej o tym, że mógłby wychować się w Rosji, a nie w rejonach północnych. Jednak zdecydowanie wolała, by kierunek ich rozmowy zwrócił się przede wszystkim ku historii Dimitra niźli jej samej.
Zobacz profil autora
Dimitr Cronström
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Wto 18 Sie 2015, 12:07

Dimitr zawsze był ślepcem. Nawet błękitne oczy nie pomagały w dostrzeżeniu tego co najistotniejsza. Dlatego często miewał problemy ze zrozumieniem uczniów. Stąd u niego mylne pojmowanie problemu, jakim był on sam dla Panny Luminous. Zawsze tak miał. Sądził, że ze względu na to kim jest, musi liczyć tylko na siebie. Nigdy nie zauważał większego zainteresowania wokół swojej osoby. Dziewczęta mogły tylko wzdychać, zbyt niepewne, aby podejść, albo dumne, liczące na to, że zrobi to on. I choć sporo osób mu mówiło "daj spokój, kogo to obchodzi, znajdź sobie partnerkę", nigdy nie uznał momentu za właściwy, aby podjąć się niemożliwego.
Gdyby Carmen chociaż dała mu znak, w czym rzecz... no właśnie. Co by zrobił? Chyba także nie wiedziałby jak temu zaradzić. Doprowadziłoby to tylko do większego mętliku w jego głowie. Bo przecież stara się dla wszystkich być tylko zwykłym profesorem, nie zachęcającym do bliższych relacji.
A słysząc jej odpowiedź uśmiechnął się mimowolnie.
-Tak jest chyba z każdym człowiekiem.
Odparł ogólnie, nawet niczemu nie zaprzeczając. Może nie miał na to sił, albo uznał, że lepiej zakończyć sam temat.
Padło jej pytanie, dość osobiste, jeśli tak na to spojrzeć. Poza Landonem, który zniknął tajemniczo, nikt nie znał historii Dimitra. A opowiedział mu wszystko po przez impuls, spowodowany wspomnieniami. Cronström był zagadką dla niektórych, szczególnie tych, którzy niezbyt go znali. I taka postać rzeczy odpowiadała Astronomowi. Bo to w Hogwarcie chciał zacząć nowe życie.
-Nie. Ta rodzina już od dawna jest wymarła.
Po części skłamał, bo choć prawdą było, że nikt tam obecnie nie mieszka, to Dimitr nie przyznał się do jakichkolwiek powiązań z tym miejscem. Po prostu... nie chciał...
Zobacz profil autora
Carmen Luminous
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Sro 19 Sie 2015, 14:23

Która mogła być godzina? Trzecia, czwarta? Ich dialog przerywany momentami niezręcznej ciszy pochłaniał biegnący do przodu czas, dając rudowłosej złudne przeświadczenie rychłego pojawienia się złotego blasku na horyzoncie. Nie nacieszyła się wystarczająco oddechem rozkosznej wolności, która na widok rozgwieżdżonego sklepienia wywoływała przyjemną falę powietrza, wdychanego przez zmęczone płuca dziewczyny. Obawa przed nadchodzącym świtem wzmagała się z każdym porywem nocnego wiatru wraz z wtórującym mu dźwiękiem tajemniczego szelestu liści. Łagodziła to uczucie polegając na rozmowie z Dimitrem, lecz zauważyła rosnące znużenie u profesora splecione z cieniem melancholii opadłym na błękitne tęczówki. Nie przyszło jej przez myśl, że poruszała tematów głęboko drażniącym jego serce, jak sól na gorejące rany, wszak sam rozpoczął motyw opustoszałej rezydencji. Delikatne spojrzenie rudowłosej doszukiwało się na urodziwej twarzy przyczyn enigmatycznej odpowiedzi ze strony nauczyciela. Z niepowodzeniem natrafiała wyłącznie na stalową maską, za którą Dimitr skrywał prawdę o swoim jestestwie, czuwając nad sekretami pochodzenia, by przypadkiem nikt nie ważył się dotknąć jego przeszłości. Za żadne skarby nie próbowała szargać granicy jaką Cronstorm wyznaczył swoim nostalgicznym milczeniem , choć jego historia mogła zaciekawić rudowłosą na tyle, by chęć opustoszenia przez nią tego miejsca niezwłocznie zmalała. Spotkanie dwóch introwertyków, którymi de facto byli, mogło wydawać się dla trzeciej osoby zbyt ciche, zbyt milczące, podczas gdy dla nich samych słowa niewypowiedziane i niezawisłe w powietrzu stanowiły największy komfort, na jaki mogli sobie pozwolić. Znalezienie osoby, która gotowa była wspólnie milczeć, dla samotnika stanowiła skarb, którego trudno szukać w gąszczu chaotycznych i głośnych osobowości.
Rozumiem – odparła, szanując ściany grubego muru, którymi otoczył się jej rozmówca. Gotowa była powrócić do tematu, jeśli tylko sam Cronstorm czułby się na tyle śmiały by podzielić się ze swą przeszłością ze zwykłą uczennicą. Póki co pozwoliła się wątkowi samoistnie wypalić, znów wypełniając, ogarniającą ich atmosferę, delikatną melodią ciszy. Subtelne nuty, może i mogłyby trwać dłużej, gdyby nie paskudne zrządzenie losu, starające się uczynić z Carmen niepisaną ofiarę. Chcąc przenieść cały ciężar ciała na lewą dłoń, by zmienić niewygodną, podpartą pozycję sylwetki, materiał barierki, na którym dziewczyna polegała, zwyczajnie zawiódł. Ręka mimowolnie pomknęła ku przestrzeni przed sobą, zwabiona śliskością faktury zdobiącej bezpieczną niegdyś balustradkę, podczas gdy korpus rudowłosej okrutnie wbił się w metalową obręcz. Na twarzy Carmen równocześnie wypłynął grymas zaskoczenia i bólu, którego wydźwięk znalazł się w pojedynczej sylabie „Oj!” wydobytej przez zduszone płuca dziewczyny. Szok spowodował, że jej osoba z impetem pomknęła do tyłu, pośladkami uderzając o okurzoną podłogę Obserwatorium. Niemal natychmiast skuliła się, gorączkowo rozmasowując ucierpiałe żebra, gdyż ból był tak wielki, że każdy oddech był po prostu nie do zniesienia. Zdawała sobie sprawę, że cała sytuacja w oczach Dimitra musiała wyglądać dość kuriozalnie, jednak był to fakt, najmniej dla niej istotny w obliczu płonącej w ogniu klatki piersiowej. Mimowolne jęknięcie wydobywało się z odmętów opuchniętych płuc, przy każdym większym poruszeniu, co tylko wzmagało szklistość jej zaczerwienionych oczu. Jeszcze nigdy, tak pieczołowicie, nie pomstowała w myślach swojej głupoty, która ujście znajdowała w najmniej spodziewanych momentach.
Zobacz profil autora
Dimitr Cronström
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Sro 19 Sie 2015, 15:33

"Rozumiem". Jedyne słowo wyłapane z tej ciszy, a i tak użyte tylko do zakończenia tematu. Carmen nie rozumiała, taka prawda. Grzeczność nakazała jednak powiedzieć inaczej. Na kilometr śmierdziało, że Dimitr ukrywa prawdę, a jednak nie dopytywała. Miał swoje powody dla których nie chciał zburzyć tak zwanego muru. Nigdy tego nie zrobił. Nigdy nawet nie miał ku temu powodów. I prawdą jest, że kwestia bliskich profesora jest dla niego najcięższa. Wstydził się, gdy tylko myślał skąd jest, kim jest. Z gniewu stawał się kimś obcym samemu sobie. Jeśli się czegoś bał, to własnej osoby. Próbował być silny, nie okazywać słabości. To nawet smutne. Może komuś byłoby go szkoda...
To były w sumie sekundy, gdy niefortunny wypadek Ślizgonki zwrócił uwagę nauczyciela. Akcja była dość puchoniasto wykonana, lecz skutki rozdanych kart przez los, wcale nie były warte śmiechu. Prawdę mówiąc, nawet Dimitr się wystraszył. Miał pecha do tych uczennic. Niedawno przecież była akcja z tym łokciem panienki Dunbar.
-Luminous!
Wyrwało mu się mimowolnie z ust, po czym upadł na kolana, tuż przy siedzącej dziewczynie ze łzami w oczach. Nie trzeba było być geniuszem, aby się domyślić w jakim miejscu doznała obrażeń. Jednak wypadało to sprawdzić.
-Złap mnie za ramię, jeśli zaboli bardziej zaciskaj palce.
Doradził i podwinął jej koszulę na tyle, aby zobaczyć wielkiego siniaka. Nawet już nie dotykał go, żeby nie męczyć biedaczki. Prawdopodobnie stłuczone żebra. Sam miał tak wielokrotnie po bójkach w młodości. Uderzenie było raczej za słabe na złamanie. Lecz kto wie.
-Zabiorę Cię najpierw do mojego gabinetu, bo jest najbliżej. Dam Ci coś na złagodzenie bólu. Następnie odwiedzisz Skrzydło Szpitalne. Obejmij mnie...
Choć ostatnie słowa zabrzmiały dziwnie, musiał jakoś pomóc jej zejść z tego Obserwatorium.
Po dłużesz chwili już ich tu nie było, a spadające gwiazdy utraciły dwóch widzów...

z/t
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Sob 26 Wrz 2015, 20:12

STOP

„Niektórzy nawet zasypiać muszą przy dźwiękach muzyki by nie słyszeć szeptu rozgoryczonych myśli. Bo Mrok nocy bywa jaśniejszy od Blasku dnia.... „
Było już ciemno i chłodno, a aura dzisiejszej nocy nadawała tajemniczości i muskała skórę lekkim dreszczykiem. Jason długo szukał sposobu na spędzenie dzisiejszej nocy.  Na pomysł wpadł przypadkiem, widząc, jak na szkolnym korytarzu pierwszoroczni ćwiczyli transmutację zmieniając chryzantemę w maleńką gwiazdę i na odwrót. I to właśnie widok tej małej, często spaczonej gwiazdki sprawił, że postanowił wybrać się do Obserwatorium, umiejscowionym na samym szczycie Wieży Astronomicznej. Być może nie był oryginalny, ale nie obchodziło go to. Miał cichą nadzieję, że w ciszy, samotności i spokoju będzie mógł poobserwować niebo. Dla samego patrzenia. Późno w nocy więc stanął przed lustrem w dormitorium i ubrał się w czarną koszulę wraz z czarną szatą. Spodnie czarne, do tego wygodne buty o gumowej podeszwie, by nieco zminimalizować hałas kroków, bijący echem po szkolnych korytarzach o tej porze.  Zaczesał swoje włosy do tyłu, by nieco zmienić swój wizerunek. Bladość skóry niesamowicie kontrastowała z czernią jego stroju. Gdy tak się przeglądał w lustrze to ciężko można go rozpoznać, szczególnie, że na co dzień chodzi w jaśniejszych rzeczach i nieładem na głowie. Tym razem był uczesany, tajemniczy. Swoisty Anioł Śmierci. Jason starał się nie płacić zbyt wysokiej ceny za znakomite wyniki w nauce, ale niestety mu to nie wyszło. Długie siedzenie w nocy nad opasłymi tomiskami, niezbyt częste wychodzenie ze szkoły na dwór poskutkowało tym, że teraz mamy obraz wysokiego, szczupłego i bladego młodzieńca. Tony wiedzy za bladość skóry i często podkrążone, niewyspane oczy? Jak dla chłopaka, warta każdej świeczki cena. Czasem myślał, że gdyby mógł to najchętniej by nie sypiał. Niejako łatka kujona i wieczne siedzenie nosem w książkach podkreśliła jeszcze bardziej odcień jego skóry, niemalże wybielając go niczym marmurowy posąg. Z jego ciemnymi włosami i niesamowicie głębokimi oczami tworzył się tutaj fantastyczny kontrast. Biel i czerń - przeciwności, które w jego osobie tworzą coś niezwykłego. I mrocznego zarazem.
Wycie wilków oznajmiło dwie godziny temu tą część dnia, w której wszyscy ludzie powoli kładą się do łóżek, by odpocząć po kolejnym, ciężkim dniu i nabrać sił, by sprostać kolejnemu. Gdy słońce zachodzi za dalekim horyzontem, księżyc zaczyna swe władanie nad tą bardziej mroczną częścią doby. Także i w Hogwarcie o tej godzinie wszyscy powinni już spać. Pojedyncze światła w budynku szkoły świadczyły o tym, że nauczyciele sprawdzają dokładnie, czy aby jacyś uczniowie nie zamierzają łamać regulaminu i przebywać poza dormitorium w trakcie ciszy nocnej. Światło daje poczucie bezpieczeństwa, odpędza wszelkie nienawistne istoty żyjące w ciemności, chętne, by żerować na niewinnych ludziach, na ich strachu, słabościach, na ich ciele. Gęsty mrok jest domem dla wielu stworzeń, wyjętych choćby z najgorszych koszmarów. Strach jest wszechobecny wszędzie, nawet w trakcie dnia, jednak to właśnie po zapadnięciu zmroku nasila się do tego stopnia, iż nasza wyobraźnia zaczyna płatać nam figle. Wydaje się nam, że widzimy różne rzeczy, czasem choćby mały ruch w czarnych koronach drzew czy też na wysokości ich pnia. Mamy wrażenie, jakbyśmy byli obserwowani niczym ofiara przez drapieżnika, jakby ktoś nieustannie czyhał na nasze życia. Płomień świecy, tak bezpiecznie nas otulający w ciemnościach, druzgoczący jej powije, kiedyś w końcu zgaśnie. A wtedy wypełzną demony, chcące pożreć naszą duszę, zaciągnąć Cię w mrok i spaczyć Twój umysł do tego stopnia, iż przestaniesz zauważać granicę między cieniem, a światłem.
Jason wyszedł po cichu z Pokoju Wspólnego Puchonów, nasuwając kaptur na swoją twarz. Ruszył pewnym krokiem w kierunku Wież Zamkowych, omijając po drodze najbardziej "obchodzone" przez nauczycieli i innych kolegów prefektów rejony szkoły. Zajęło mu to trochę czasu, ale..w końcu dotarł. Musiał przyznać, że wspinaczka na sam szczyt wieży astronomicznej, by dosięgnąć Obserwatorium nie należała do najbardziej wygodnych, ale to go nie zniechęcało. Puchon lubił czasem podnieść sobie wyżej poprzeczkę. Nawet częściej niż czasem.
Gdy już się wdrapał odetchnął z ulgą. Na szczęście owa noc była zbyt chłodna, by jakakolwiek zakochana para udała się tutaj na jakieś tańce godowe, także Puchon nie musiał martwić się o tego typu towarzystwo. Poza tym jako prefekt miałby chyba dość władzy, by ich stąd po prostu przegonić. I pewnie tak by zrobił. Podszedł do balkonu, omijając specjalistyczny i magiczny sprzęt do obserwacji gwiazd.
Noc była piękna, magiczna, cicha, aczkolwiek chłodna. Uczucie zimna jednak nie przeszkadzało Puchonowi obserwować stąd całych błoni szkolnych, strasznych koron drzew Zakazanego Lasu, taflę jeziora czy sławetną Wierzbę Bijącą. Z każdym oddechem Puchona wydobywała się ciepła para z jego ust.  A wraz z nią miliony myśli.
Cała noc przed nim, tak słodka, cicha...i zimna...


Ostatnio zmieniony przez Jason Snakebow dnia Nie 27 Wrz 2015, 20:01, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Tove Lindberg
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Sob 26 Wrz 2015, 21:05

Spacery  w nocy są często dużo przyjemniejsze, niż te w dzień. Przede wszystkim jest ciszej i spokojniej, bo niewielu ludzi chce spotkać woźnego, a potem wisząc za nadgarstki lub kostki w jego gabinecie. Tove lubiła nocne spacery, choć niewątpliwie w tym czasie powinna spać i zbierać siły na jutrzejszy ranek, aby być nieco bardziej rozgarniętą niż zazwyczaj. Jednak była to jedna z ładniejszych nocy, na niebie było pełno gwiazd. I choć było chłodno, ona tego nie odczuwała. Bo naprawdę, jej chłodno była praktycznie zawsze, więc swetry były standardową cechą jej codziennego wyglądu. Z tego również względu, że była noc, zrezygnowała ze swojej deskorolki, coby nie narobić wielkiego harmidru. Ale kota pozbyć się nie mogła. Albo deskorolka, albo Spiritus. I tak musiała dzisiaj jeszcze napisać list do swojej babki, uwzględniający cały ostatni tydzień, który spędziła. I oczywiście cały musiał być po szwedzku, bo jej babka przecież nie znała angielskiego. Nigdy nie wyściubiła nosa poza rodzinne Örebro i nigdy nie czuła obowiązku nauki innych języków.
Spojrzała na zegar w Pokoju Wspólnym Gryffindorui zbierając pergamin, pióro oraz swojego kota wyruszyła na poszukiwania. Czego? Pewnie sama nie wiedziała. Czegoś. Każdy czegoś szuka. Jedni przygody, inni mocnych wrażeń, a Tove... Tove aktualnie szukała spokojnego miejsca, w którym mogłaby napisać do swojej babci zwierzający się list i popatrzeć w śliczne, ciemne niebo.
Kiedy nocą na ulicę należy założyć ubrania w jaskrawych kolorach, to na nocne, hogwarckie spacery należy ubrać się w ciemne ubrania, najlepiej na czarno. Bo naprawdę, nie wiadomo, jacy nauczyciele mogą kryć się w ciemnych korytarzach. Nie od dziś wiadomo, że oni widzą w ciemności. Nie potrzebne im jakieś lumosy, czy inne zaklęcia. Oni są jak koty (ekhm, pani profesor McGonagall) i wyczują wszystko, nawet ucznia wymykającego się nocą na spotkanie z... kimś. Gryfonka nie miała zamiaru się z nikim co prawda spotykać, tym bardziej nie spodziewała się spotkać kogokolwiek. Raczej niewiele jest takich osób, co to wałęsają się po zamku w tak późnych porach. Ale z pewnością kilkoro można spotkać.
Tove była ubrana w czarną bluzę na suwak oraz z kapturem, który założyła na głowę i szare dresy, a przez ramię miała przewieszoną torbę, do której włożyła wszystkie potrzebne jej rzeczy. Koło jej nóg grzecznie wałęsał się jej czarny, podobno przynoszący pecha, kot, który mądrze wiedział, że lepiej w teraz nie wydawać żadnych dźwięków. Ogólnie Spiritus byl bardzo mądrym zwierzęciem, tylko trochę markotnym. Jak zresztą chyba każdy kot.
Wybrała sobie obserwatorium. Wdychała spokojnie nocne powietrze, niczym się nie zamartwiając. Jej oddech powoli zamieniał się w parę, kiedy spokojnie wspinała się po wielu schodkach, prowadzących do jednej w wież. Kot wyprzedził ją o kilka stopni i teraz wpatrywał się w nią swoimi niebieskimi oczami, które świeciły w ciemności. Gdy weszła na samą górę, do obserwatorium, pierwszym, co rzuciło się jej w oczy był chłopak. Chłopak, który stał tam na balkonie. Gryfonka jęknęła w duchu, jednak nie chciała mu przeszkadzać i zaczęła się cofać tyłem. Pech chciał, że przypadkiem przydepnęła na ogon swojego kota, który usiadł gdzieś za nią. Spiritus głośno miałknął i gdzieś uciekł, przy okazji sprawiając, że Tove się wywróciła i wylądowała na podłodze. Gdy nieznajomy chłopak odwrócił się w jej stronę nie zdążyła jeszcze wstać.
- Åh Merlin, jag är ledsen - powiedziała w swoim ojczystym języku, po chwili jednak stwierdziła, że on tej choroby gardła z pewnością nie zna. Pokręciła niezauważalnie głową i powtórzyła swoje słowa, tym razem po angielsku - Na Merlina, przepraszam. Nie chciałam ci przeszkadzać.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Sob 26 Wrz 2015, 21:57

Jason jednocześnie uwielbiał i nienawidził pory roku, jaką była jesień...ale tą wczesną, kiedy promienie słońca pieszczą jeszcze mocno twarz, a w powietrzu unosi się "jej" zapach... Zapach opadających już liści, zaoranych pól, porannej mgły i chłodu nocy.  Wczoraj kochał te kolorowe liście, natomiast dziś ich nienawidził ! Kochał je za to, że spadają niczym na pajęczynie powoli , a nienawidził za to, że tak słabo  trzymają się tych drzew. Bez końca mógłby w nich pływać, tak samo jak moknąć w deszczu.
To taka pora, kiedy Puchon wiedział, że coś już się kończy, a mimo wszystko miał cały czas wrażenie, że musi jeszcze coś zrobić. To tak, jakby chciał wykorzystać mijający czas - odebrać to co może i dać coś w zamian. Magia życia znika wraz z nieubłaganą jesienią.  Jako ludzie żyjemy zbyt szybko. W tej pogoni gubimy wszystko, co ważne. Gubimy sens istnienia. Kim wtedy się stajemy? Istotą żyjącą tylko przeszłością, nie zauważającą teraźniejszości? Pustką zatracającą wszelakie wartości w nieustannej pogoni? Nie. Jesteśmy wtedy nikim. Brakiem absolutnym. Stajemy się martwi. Praktycznie przestajemy istnieć.  Przestajemy dostrzegać to co piękne i żywe wokół nas, zatracamy umiejętność poszukiwania tego, co wartościowe na rzecz tego co materialne. Wtedy nadchodzi jesień, a później zima naszego istnienia.
Jason oparł się o balustradę balkonu i zsunął kaptur z głowy. Poczuł chłodny wiatr, uderzający go w twarz. Westchnął ciężko, wypuszczając z chłodnych warg kolejną porcję pary. Jego ciemne, głębokie tęczówki wraz ze źrenicami spoczęły na błoniach zamkowych - chyba najbardziej rozległym terenie w całej szkole. Jason postanowił delektować się nieco widokiem jesieni w szkole, bo jak wiadomo, niedługo przyjdzie zima i wszystko pokryje gruba warstwa białego puchu, który niejako zabija kolory.
Już z daleka tereny szkolne prezentują się bardzo pięknie. Początkowo Jason widział tylko plamy różnobarwnych drzew: zielonych, żółtych, czerwonych i brązowych. Szczególnie kolorowe są drzewa na alejkach, po których spacerują uczniowie w ciągu dnia. Kolorowe liście leżą wszędzie. Wiatr nawiewa ich całe sterty, w których można brodzić, słuchając jak szeleszczą. Puchon porównywał w swej wyobraźni widok jesieni nocą, a wczesnym rankiem. To dwa, jakby różne światy...Wczesnym rankiem błyszczy rosa, niekiedy srebrzy się szron. Pomiędzy krzakami pająki przeciągają swoje nici, zakładają sieci, w które wpada niejeden owad. Ożywa się to wszystko wtedy, gdy słońce świeci nieco mocniej. Jego promienie przenikają przez liście, wydobywają z roślin wszystkie barwy. Jasne plamy promieni docierają nawet do traw i mchów. Podczas świtu ptaki zaczynają śpiewać, fruwają gdzieś pomiędzy koronami drzew, nawołują się. A w nocy? W nocy panuje cisza, kochanka wszystkiego, co żyje w ciemnościach.
Nie spodziewał się, że ktokolwiek tu przyjdzie. A już na pewno nie spodziewał się tutaj widoku jakiegokolwiek ucznia. Prędzej dałby sobie rękę uciąć, że osoba, która wchodzi do obserwatorium jest nauczycielem i czeka go za to solidna kara i utrata odznaki prefekta. Jakże...miłe...było jego zdziwienie, gdy słodką ciszę przerwało głośne miauknięcie kota ( jego czarny kocur Gladius spał wygodnie w jego łóżku w miejscu poduszki przykrytej kołdrą w celu prowizorki, że jednak mimo wszystko Puchon nie ruszył się z miejsca). Odwrócił się powoli w stronę źródła wywołanego dźwięku. Zauważył dziewczynę o wzburzonych blond włosach, tak bardzo wchłaniających światło gwiazd. Brwi chłopaka podjechały w górę. Kojarzył ją z widzenia. Obracała się w towarzystwie Gryfonów, niestety nie znał jej imienia. Stąd też nasunął się wniosek, iż owa nocna spacerowiczka również do Domu Lwa należy. Ot, taki urok bycia kimś, kto stroni od kontaktów między rówieśnikami. Dziewczyna leżała na podłodze, więc nogi same poniosły go obok Gryfonki. Złapał swoją prawą ręką jej prawicę, natomiast drugą wsunął za jej łopatkę i pomógł jej wstać. Gdy już obydwoje byli w pozycji pionowej, dopiero teraz jej odpowiedział, unikając wcześniej komentarza na temat dziwacznego języka.
- Nie przeszkadzasz... - powiedział krótko z czystym, angielskim akcentem. Ot, cały Jason. Otaksował ją wzrokiem oceniając, czy dziewczyna nie zrobiła sobie poważnej krzywdy. Z zewnątrz wszystko było w porządku. Poza zakurzeniem w miejscu zetknięcia się ubrań z podłogą.  - Wszystko w porządku? No i...przede wszystkim co tu robisz o tak późnej porze?
Zapytał z lekko wyczuwalną troską w jego niskim, acz melodyjnym głosem. Spojrzał na chwilę w oczy dziewczyny. Miała szaroniebieskie tęczówki, tak bardzo inne niż jego. Wyglądało to tak, jakby w świetle księżyca spotkała się światłość z ciemnością. Co z tego spotkania wyniknie?
Zobacz profil autora
Tove Lindberg
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Nie 27 Wrz 2015, 12:58

Młoda Gryfonka uwielbiała jesień, szczególnie gdy ta się zaczynała. Kolorowe liście, powoli spadające z drzew, dynie, słoneczniki, grzyby... Tak urodziwie to wszystko wyglądało. Wolała oglądać to dużo bardziej niżeli takową zimę czy lato, choć podczas tej pierwszej pory roku obchodziła swoje urodziny. Jednak kiedy okres przygotowań do Bożego Narodzenia był lubiany przez większość ludzi, to Tove dużo bardziej lubiła przygotowania do Nocy Duchów, która była jedyna w swoim rodzaju. Było to jej ulubione święto, co nie zmienia faktu, że Walentynki również kochała. Wszędobylskie deszcze jej nie przeszkadzały, ba! ona wręcz uwielbiała oglądać burzę i pioruny. Bo choć była to chłodna pora roku, to Tove nie robiło to różnicy, w końcu jej zimno było zawsze i wszędzie, również w lato. Dlatego w swojej szafie miała sporą kolekcję grubych, wełnianych swetrów w wszystkich odcieniach tęczy, a nawet więcej. W tym momencie najbardziej żałowała, że jednak nie wzięła z dormitorium gryfońskiego szalika, bo noc jednak okazała się mocno chłodna. Pozostało około tygodnia do rozpoczęcia się zimy, więc powoli robiło się coraz ciemniej i chłodniej.
Oddech Gryfonki zamieniał się w obłoki pary, kiedy spokojnie siedziała na ziemi, wzrokiem poszukując swojego kota, który wyruszył zza jej pleców w którąś stronę. Wreszcie dojrzała na balkonie jasno świecące błękitne ślepia, które wpatrywały się w jej stronę z lekkim wyrzutem. Podczas upadku z głowy spadł jej kaptur ciemnej bluzy, odsłaniając jej włosy, które były jednym z niewielu kolorowych akcentów widocznych w tej ciemności. Po chwili znowu czmychnął w swoją stronę, więc ponownie spojrzała na chłopaka tam stojącego. Cóż, podłoga była z pewnością była bardzo wygodna, ale samo wycieranie swoim ubraniem zakurzonych zamkowych podłóg do przyjemnych nie należało. Dlatego z radością przyjęła jego dłoń i pozwoliła pomóc sobie wstać. Uśmiechnęła się lekko, kiedy usłyszała ten miły dla ucha angielski akcent. Ona sama takowego nie posiadała, w końcu pochodziła z kompletnie innego kraju. Szwecki akcent, mimo lat spędzonych w Hogwarcie u niej pozostał. Gdy stała już na nogach, zwróciła uwagę na jego twarz. Spodobały jej się jego ciemne oczy. Kojarzyła go w zasadzie tylko z widzenia i z tego faktu, że był prefektem Hufflepuffu. Jak zwykle nie kojarzyła jego imienia, ale Tove po prostu nie miała pamięci do twarzy.
- Ale i tak przepraszam, bo narobiłam trochę hałasu - odpowiedziała mu, wycierając nieco ubrania z kurzu. Doprawdy, co ten woźny tu robi, bo chyba nie sprząta. Gryfonka nie była poobijana, miała na rękach kilka siniaków, ale to już sprzed kilku dni, które nabiła sobie podczas jazdy na deskorolce po korytarzach - Ja... spaceruję. Znaczy, no. Miałam zamiar napisać list.
Również przez chwilę wpatrywała się w jego tęczówki, które chwilę wcześniej tak jej się spodobały. Uśmiechnęła się lekko. Jej kot podbiegł do nich, powoli ocierając się o nogi dziewczyny. Mruczał przy tym tak rozkosznie, że nawet nie miała go ochoty odgonić. Po chwili odkryła, że zaczęła od nieco złej strony.
- Jestem Tove Lindberg - przedstawiła mu się. Powinna w zasadzie od tego zacząć, a jakoś tak wyszło. Wskazała palcem na swojego kota, który wałęsał się między och nogami - A to jest Spiritus.
Zwierzak słysząc swoje imię miauknął i usiadł na ziemi, patrząc się to na nią, to na jej towarzysza.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Nie 27 Wrz 2015, 18:22

Chłopak prócz osobistego uwielbienia utożsamia jesień z małą nutą nostalgii i samotności. To właśnie podczas tej pory roku chłopak bardziej zmaga się z poczuciem, że...jest sam. Samotność to aspekt, który doskwiera mu najbardziej mimo, że z zewnątrz wydaje się być niewzruszonym. Tak naprawdę to tylko powłoka. Twarda, zimna skorupa chroniąca wrażliwe wnętrze. Jason wczoraj zmagał się z pewnym snem...

Jason stanął na piaszczystym brzegu, wpatrując się w horyzont namaszczony zachodzącym słońcem. Ubrany w szaty szkolne pozwalał, by wiatr czesał mu włosy i muskał skórę, lekko smagniętą białym, ciepłym piaskiem. Stał tak, nasłuchując śpiewu mew i szumu morza. Wtem stanął obok niego...on sam. Walka z samym sobą to najtrudniejsze, co może nas w życiu spotkać.
- Witaj Jason... - zaczął drugi typ, po czym wziął głęboki wdech czystego, morskiego powietrza. - Cieszę się, że Cię widzę...
- A ja niezbyt... - odpowiedział ten pierwszy, marszcząc brwi z lekkiej irytacji. Czy nawet teraz, podczas spokojnego oglądania wyciszonego morza, nie może po prostu odetchnąć i odpocząć? - Czego Ty ode mnie znowu chcesz?
Drugi z Puchonów uśmiechnął się lekko i odpowiedział. Głos stał się głębszy, jakby wydobył się z tych partii duszy Jasona, do których nie chciał wracać.
-  Narodziłem się ze znamieniem popiołów, ze szczątek wyrzuconych z gwiazd... Czy pokochałbyś siebie? Człowieka-potwora...? Czy zrozumiałbyś piękno bestii? W Twoim wnętrzu krąży zatruty nektar, szkarłatna ciecz, którą poi się niezawinione człowieczeństwo... Twoje człowieczeństwo, Twoją wrażliwą część... - wziął krótki oddech i kontynuował. Pierwszy Jason zaciskał wargi z każdym kolejnym słowem. - Czasem owocuję chorym pragnieniem poszukiwań szczęścia przez gobeliny pajęczyn, setki poplamionych wspomnień i roztrzaskanych obietnic. Tym razem nie powstanę. Nie otrzepię się z piór, pozostanę upadły. Ty również... bo ja...to Ty... Po co aniołowi skrzydła, gdy nie ma własnego nieba? Gdy jeden gest, słowo… na zawsze zatrzaskuje mu wielkie żelazne drzwi, a jego strąca się w bezdenną otchłań zapomnienia... Tam, za tymi przysłowiowymi drzwiami, pozostało niebo, tam zostałeś Ty, Jasonie… ale jednak...przybyłeś nocą, gdy świat zdawał się być na wieczność utracony. Karmiłeś się słowami złudnej nadziei, jakbyś sam chciał się przekonać , że wciąż potrafisz latać… Byś znów odżył, nauczył się kochać…
- Dość... - przerwał mu pierwszy z Puchonów, którego oddech znacznie przyspieszył. - Nie porównuj mnie do anioła, bo nim nie byłem i nie jestem... i nie czuję potrzeby kochania...
Drugi Jason parsknął pustym i niedowierzającym śmiechem.
- Oczywiście, że czujesz taką potrzebę, tylko się jej wstydzisz, boisz się zranienia, pozostawienia, odrzucenia, wyśmiania... - w tym momencie niebo zaczęło czernieć, przechodzić w stan nocy. Nocy, z której wylęgają się największe demony. - Płacz… wiesz, czym jest płacz Jasonie? Pusty dźwięk pośród miliona tchnień wszechświata, kilka bezładnych ruchów rzęsami i łzy spływające donikąd...
Chwila ciszy.
- Anioły też płaczą. Nawet te, w które przestajemy wierzyć. Zwykle za innymi aniołami. Tymi, które skazują Cię na wieczne potępienie i tułaczkę po rozbitej mozaice własnego szczęścia.  Gdzie jest Twoje szczęście Jasonie? W której kobiecie? Znalazłeś je? Znalazłeś tę jedyną? O nie...wciąż szukasz...wciąż kroczysz, a ostre kawałki szkła wbijają się w stopy, skrzydła są zlepione, ciężkie… Tańczyłem na tej kruchej kładce niczym ślepy akolita… Krew płynęła przez poznaczone bliznami wąwozy. Wiem co czujesz...
Po tych słowach pierwszy z chłopaków chciał krzyknąć, nie wytrzymywał już bowiem napięcia. Już miał coś odpowiedzieć, obronić się przed tym i zarzutami, ale...był sam. Znów był sam. Anioł z czarnymi skrzydłami pośrodku nocy własnych uczuć...


Na każdym kroku Jason walczył z samym sobą, nie miał odwagi walczyć o własne szczęście. Teraz jednak znajdował się późną porą w Obserwatorium w towarzystwie uroczej Gryfonki. Spotkanie, można by rzec, przypadkowe. A może jednak nie ma przypadków? Może los stawia nam na drodze konkretnych ludzi...w jakimś celu. Dlatego też Jason... postanowił skorzystać z uroków i całunu nocy. Być może nowo poznana uczennica będzie miłym aspektem wszechogarniającego chłodu i tajemniczości.
Na wydźwięk jej imienia uśmiechnął się, ale i zmarszczył lekko brwi. Brzmiało nietypowo, na pewno nie była Angielką. Wrodzona ciekawość Puchona właśnie się załączyła.
- Jestem Jason... - powiedział krótko, po czym zaraz zadał nurtujące go pytanie. - Tove... nie jesteś z Anglii prawda? Hm... Norwegia?
Strzelił ślepo, być może liczył, że jednak trafi w dziesiątkę. Musiał przyznać, że oczy dziewczyny też miały w sobie coś magicznego, coś, co przyciągało. Dlatego też przy każdej możliwej okazji patrzył w nie głęboko i intensywnie, czując miłe ciepło w środku. Na wydźwięk kociego imienia wyszczerzył lekko białe ząbki.
- Dość..oryginalnie jak na kota... w zasadzie jego imię symbolizuję duszę lub...alkohol...zależy, z której strony spojrzeć...ciekawie, nie powiem...
Gdy dziewczyna przeprosiła go po raz kolejny Puchon kiwnął głową.
- Naprawdę nie masz za co przepraszać... teraz tylko musimy się modlić, by nikt tu nie przyszedł...szczególnie Filch lub nauczyciele... po co mają nam zepsuć piękno tej nocy...- puścił do niej małe oczko, po czym na wzmiankę o liście wziął krótki wdech i dodał. - Oh..to w takim razie to ja powinienem przeprosić Ciebie... popsułem Ci plany...
Powiedział poważnie, ale zaraz uśmiechnął się lekko, ledwie drgnęły mu kąciki warg.
- Chcesz razem ze mną pooglądać gwiazdy? I te tajemnicze Piękno, które przynosi noc?
Być może brzmiał jak zagadka, brzmiał tajemniczo i przypominał Upiora, który przyjmuje postać przystojnego młodzieńca, by porywać piękne dziewczyny i żerować na ich naiwności. Ale nie... Takim typem widma nie był... Jakim więc? Panienka Lindberg wkrótce się dowie.
Zobacz profil autora
Tove Lindberg
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Nie 27 Wrz 2015, 21:07

Tove jakoś nigdy nie zaznała uczucia wielkiej samotności. Ciągle otaczali ją ludzie, z którymi potrafiła znaleźć wspólny język i się dogadać. Gryfonka była osobą, która nie przepada za samotnością i dużo lepiej czuje się w tłumie. Chyba nigdy nie musiała radzić sobie sama, odkąd sięga pamięcią miała oparcie w rodzinie lub znajomych. Nigdy nie musiała sama radzić sobie ze swoimi problemami, zawsze mogła liczyć na czyjąś pomoc. Najprawdopodobniej gdyby została sama ze sobą by sobie nie poradziła. Dlatego, gdyby wiedziała o tym wszystkim, przez co Jason przechodził, to byłaby pod wielkim wrażeniem, że się jeszcze nie załamał. Ona zawsze mogła liczyć na innych ludzi. A jej sny... Swoich snów zazwyczaj nie pamiętała. Śniły się jej koszmary, po których budziła się przerażona, jednak nie było to nic poważnego. Każdemu się one śnią od czasu do czasu. Ze swoich snów pamiętała zazwyczaj tyle, że były mocno realistyczne i zazwyczaj kolorowe. Jakby była na haju.
Jesień była porą roku, podczas której czas zazwyczaj spędza się samotnie, przy książkach i herbacie. Wtedy, kiedy inni spędzali czas przy ciekawych lekturach, Tove wolała wykorzystać na dokładniejsze zwiedzenie zamku lub spacery w deszczu. Bardzo lubiła wędrować ze swoją czerwoną parasolką po błoniach, skacząc w kałuże, czy łapiąc krople w usta. Kiedy inni czym prędzej uciekali pod dach, ona świetnie się bawiła sama ze sobą.
- Miło mi cię poznać, Jason - uśmiechnęła się szeroko. Przy kolejnych jego słowach zaśmiała się - Owszem, nie urodziłam się w Anglii, w Norwegii także. Pochodzę ze Szwecji, konkretniej z Örebro.
A w Tove odezwała się jej nieczo romantyczna dusza. Wyobraziła sobie, jakie to spacery w świetle księżyca są romantyczne i w ogóle. Po chwili odgoniła od siebie jednak te myśli, bo były niesamowicie głupie i nie na miejscu. Toż przed chwilą go dopiero spotkała, przecież nie była dziewczyną, która na siłę próbuje odnaleźć sobie księcia Charminga w korytarzach Hogwartu. Raczej białego konia też tutaj nie uraczy.
- On się nazywa po alkoholu akurat. Nie pytaj czemu, jedenastoletnia Tove miała bardzo ciekawe pomysły i bardzo małą znajomość angielskiego - wyszczerzyła do niego ząbki, bawiąc się swoimi blond kłakami, próbując je w lekkim stopniu przygłaskać. Kiedy jej się nie udało, opuściła rękę i odwołała się do kolejnego powiedzianego przez niego zdania - Jakie tam plany... Moja babcia nie jest cierpliwą osobą, ale jeszcze trochę poczeka. Ładnie ci z uśmiechem, tak notabene.
Gdy zapytał ją, czy chciałaby spędzić z nim czas i oglądać gwiazdy, pokiwała głową. Raczej nie był psychopatą z siekierą, który rozwala ściany z okrzykiem 'Here's Johnny!', a przynajmniej na takiego wyglądał. Podeszła do balkonu i oparła się o balustradę spoglądając w ciemne niebo. A może uraczy ją spadającą gwiazdą?
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Nie 27 Wrz 2015, 22:33

"Różnica między słodyczą, a zakazanym owocem jest taka, że czekoladą mogę się delektować, a o Tobie tylko pomarzyć. Chociaż..."
W przeciwieństwie do Gryfonki  Jason żył z samotnością za pan brat. Nie, że tego chciał, ale...przyzwyczaił się. Puchon stronił od wielkich tłumów, poruszał się mniej uczęszczanymi ścieżkami niż większość uczniów. Był niejako "niewidzialny", znał trzy czwarte szkoły jedynie z widzenia, bodajże trzy, może cztery osoby wiedzą jak do niego dotrzeć. Czy Tove będzie kolejną z tych osób? A może...tą naprawdę pierwszą...i...jedyną? Czas pokaże... czas  z reguły obnaża wszystko.
Nowe przyjaźnie, miłości, rozczarowania, złamane serca - z reguły wszystkie te aspekty rodziły się w objęciach nocy.  Wtedy też trwa walka z własnymi myślami, słabościami, swoista regeneracja przed następnym dniem pełnym wyzwań. Na szczęście, ( lub też nie) poza poszerzaną wiedzą, Jasonowi nie grozi żadna z tych rzeczy. Do tej pory, przez ostatnie sześć lat utarł w sobie pewien schemat, że nie ma odwagi choćby spojrzeć na dziewczynę, a co dopiero rozpocząć rozmowę. Wszystko dzięki jego mugolskiemu ojcu. Hm... może jednak sformułowanie "dzięki" nie jest tu dość trafne. Lepiej by zabrzmiało "przez jego ojca". O tak, brzmi o wiele lepiej.  Gdy tak szedł w kierunku Obserwatorium, otulony ciemną szatą z kapturem, przez jego głowę przemknęła scenka, gdy po pierwszej, ostrej awanturze pijanego ojca został uderzony w twarz. Dość mocno. Nie miał wtedy nawet jedenastu lat. Wspominając to,  młody chłopak zacisnął wargi w wąską szparkę starając się, by kolejna łza czy też zmarszczka nienawiści nie pojawiła się na jego twarzy. Udało mu się. Przez te wszystkie lata wyćwiczył dość dobrze "chowanie" swoich uczuć. Pomagało mu to. Magia tej szkoły sprawiała , że chłopak się uspokajał, wyciszał, mógł pobyć sam ze sobą, walczyć z natrętnymi myślami i swoimi demonami. Tak! Już od tak młodego wieku! Tak naprawdę w każdym z nas tkwi jakiś potwór, istota, która wyciąga na zewnątrz to, co w nas najgorsze. Uwidacznia się wtedy nasza mroczna strona, te drugie "ja". Jesteśmy wtedy podzieleni, rozdarci niczym nordycka bogini Hel o dwóch twarzach, będąca ucieleśnieniem zarówno światła, jak i ciemności.
”-Czy wiesz, jakie uczucia teraz w Tobie siedzą? Potrafisz je nazwać?” - zapytał starszy mężczyzna, psychiatra, poprawiając okrągłe okulary na pomarszczonym nosie. Młodzieniec spojrzał na niego swoimi ciemnobrązowymi oczami, a jego wargi nawet nie drgnęły.
- Nie… - odpowiedział po chwili. Po chwili westchnął cicho i dodał. - Boję się wyciągać je na zewnątrz…”

To wszystko pokazuje, jak bardzo zniszczony od wewnątrz jest Jason. Podczas, gdy inni cieszą się tym, że są tak młodzi, korzystają z każdej chwili radości, on jest zamknięty w swojej podświadomości, buduje mur, przez który nie da się przejść bez odpowiedniej maszyny oblężniczej. Jego matka starała mu się w tym pomóc, jednak bezskutecznie, dlatego wysłała go do psychiatry. Wizyty były dwa razy w miesiącu po to, by zachować ciągłość terapii. Jednak im dłużej Jason uczęszczał na zajęcia, tym bardziej zamykał się w sobie. Został określony "niesłychanie trudnym, ale zarazem ciekawym przypadkiem". Matka Jasona widząc, że terapie bardziej mu szkodzą niż pomagają, postanowiła zająć się nim na własną rękę. I to dzięki jej sile, dzięki tej nadziei w lepsze jutro, którą go karmiła przez tyle kolejnych lat, Jason próbował odnaleźć się w tej ciemności. Ale czy się uwolni z jej szponów? Czy może będzie skazany na chodzenie w mroku własnych słabości do końca swoich dni?
Nie...bo oto pojawiło się światełko w jego życiu, o którym on nie ma jeszcze bladego pojęcia, że go dotknęło... Stawiając obecną tu Tove oraz Jasona ma się wrażenie jakby postawiło się światło oraz ciemność.
Cóż za słodkie delirium, którym był głos Szwedki. Owijał Jasona wokół niewidzialną pętlą i mile łechtał jego zmysł słuchu drażniąc przyjemnie owe narządy. Dźwięk tembru jej wymowy nie mącił ciszy panującej w Obserwatorium, o nie. Jedynie go potęgował w taki sposób, że Jason mógł porozmawiać sam na sam ze swoimi myślami, jednocześnie zaś prowadząc interesującą konwersację znowo poznaną dziewczyną. Jego myśli nie były może do końca przejrzyste, poukładane, były mu nad wyraz obce. W tej chwili jakby sam do końca siebie nie poznawał.  Rodziło się w jego głowie pytanie - kim ja tak naprawdę jestem? Niech jego myśli pozostaną tam, gdzie są, nietknięte przez nikogo innego, w czystej, nieskalanej postaci chorej idei, której może dotknąć jedynie on sam. Był spaczony, jego wizja dzisiejszych czasów jest zdegenerowana, zbezczeszczona i z pewnością myśli inaczej niż większość jego rówieśników. Dlatego się tak bardzo od nich różni. Dlatego siedzi często samotnie, z dala od innych. Dlatego nazwał ciszę swoją siostrą, a noc - kochanką. A czyż noc nie jest cicha? Mentalne kazirodztwo?  
- Mnie również jest miło... - odpowiedział, patrząc wprost w te...nad wyraz piękne oczy. Poczuł miłe ciepło rozlewające się po jego wnętrzu. Gdy powiedziała, że jest ze Szwecji uśmiechnął się ponownie. -Byłem całkiem blisko...masz...niesamowity akcent...niezwykle...barwny...
Każde słowo wypowiadał powoli, jakby badał jego wartość. Nie lubił rzucać tak wyniosłych słów na wiatr. Tove natomiast była...inna. Puchon nie wiedział jeszcze w jaki sposób, ale się dowie, zbada to. Szwedka stała się dla niego swoistego rodzaju zagadką, a on...uwielbiał zagadki. Podobnie jak ona, Jason nie łudził się, że znajdzie tu miłość. Bo...która by go zechciała? Potem temat zszedł na imię jej kota. Tak jak Puchon podejrzewał, imię niezwykle oryginalne.
- No proszę... wygląda na to, że panienka Tove w wieku jedenastu lat miała już coś za uszami, hm? Ale żeby od razu alkohol? - zapytał nieco żartobliwym tonem i uśmiechnął się w odpowiedzi na jej wyszczerz białych ząbków. Niezwykle działał na niego fakt, że podczas rozmowy z nim, dziewczyna niemalże nie urywała kontaktu wzrokowego. Jason czasem czuł się speszony, częściej to on na chwilę przymykał oczy. Dlaczego? Bał się tego, co dziewczyna może w jego czekoladowych tęczówkach ujrzeć.
- Nie chciałbym, by Twoja babcia potem wytargała mnie za uszy przez to, że uniemożliwiłem Ci pisanie listu... - powiedział, ale zaraz poczuł ogromną gulę w gardle. Usłyszał komplement na temat jego uśmiechu. To było niesamowite zderzenie. Jednocześnie bardzo się speszył, albo wiem spuścił na chwilę wzrok i zrobił się czerwony na policzkach ( na bladej skórze wyglądało to jeszcze bardziej intensywnie), a głos zaczął mu się lekko łamać.
- Dz..dziękuję... - odpowiedział krótko, przełykając cicho ślinę. - Ty...Ty również jesteś...znaczy się... ehh...
Westchnął cicho, po czym dokończył. Niemalże się zapowietrzył, dzielny pan prefekt.
- Jesteś bardzo ładna... - wydukał to w końcu i chrząknął. Jego serce waliło jak oszalałe, a w głowie kłębiło się milion myśli. Gdy zgodziła się na wspólne oglądanie gwiazd, ucieszył się. Wypuścił cicho powietrze z ust, odprowadził wzrokiem Gryfonkę, która stanęła przy balustradzie balkonu. Musiał przyznać, że jej włosy niejako wchłaniały blask księżyca. Były owinięte niczym łuną, lśniły jak diament. Jason powoli podszedł do balustrady balkonu, oparł się o niego i zerknął w ciemne niebo nasączone tysiącami gwiazd.
- Uwielbiam taki widok... - powiedział cicho. - Zawsze jak byłem mały próbowałem je policzyć...
Zaśmiał się cicho, po czym zmrużył oczy. Wyciągnął rękę i palcem wskazującym pokazał Szwedce to co zauważył. Piękne w swej prostocie...ale jakże głębokie i cudowne.
- To Droga Mleczna, największa konstelacja gwiazd, widziana z ziemi...ten czarny pas, który ją rozdziela to Wielka Szczelina... - po czym dodał. - Lubisz obserwować gwiazdy? Znalazłaś w nich kiedyś coś...ciekawego?
Gdy tak pokazywał jej to wszystko musiał się nieco zbliżyć do Gryfonki, by pokazać jej to z jej perspektywy. Swoim palcem pokazywał gwiazdy, a do jego nozdrzy dotarł zapach Szwedki. Niezwykle interesujący...Wyczuwalna nuta jaśminu, opalonej słońcem pomarańczy i goździki...
Zobacz profil autora
Tove Lindberg
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Pon 28 Wrz 2015, 20:17

Ona była urodzoną optymistką. Choć czuła, że wojna zbliża się nieubłaganie, to jednak taka była jej natura. Z wszystkiego potrafiła wyciągnąć coś pozytywnego i dobrego, ale każdemu optymiście zdarzają się chwile zwątpienia. Tove również takie miała. Zdarzało się jej nie raz i nie dwa zwątpić, czy na pewno to wszystko jest takie, jak sobie to wyobrażała. Atmosfera zbliżającej się wojny sprawiała, że te krótkie momenty pesymizmu u Gryfonki się przedłużały i robiły się coraz większe. Jednak starała się, aby na jej ustach zawsze widniał uśmiech. Z tego powodu wielu ludzi twierdziło, że była bardzo głupia, nieczuła i nie zwracała uwagi na otaczający ją świat, tylko siedziała we własnej głowie i wymyślała jakieś niestworzone rzeczy. A ona tylko chciała im pokazać, że żaleniem się nie osiągną zbyt wiele i zamiast się załamywać, powinni korzystać z tych ostatnich chwil spokoju i nie spędzać ich wlepiając smutno wzrok w ścianę. Wbrew pozorom optymiści nie mają łatwego życia w tym praktycznie pozbawionym szczęścia świecie. Według ludzi powinni być zawsze uśmiechnięci i rozbawieni, a jak nie są, to często jest to dziwnie odbierane. Tove coś o tym wiedziała.
Naprawdę nie spodziewała się, że jeden spacer, jedna noc będą mogły zmienić tyle w jej życiu, choć jeszcze się o tym nie dowiedziała. Swoją kobiecą intuicją czuła, że nie będzie to jedno ze zwykłych spotkań ze znajomym, czuła, że to będzie coś innego. Tylko jeszcze nie wiedziała co.
Tove z radością wdychała zapach zakurzonej wieży. Wydawało się, że jest to jedno z miejsc w Hogwarcie, które nie zostało zmącone wiadomością rychłą wiadomością na temat wojny. Było tu tak spokojnie, tak przyjemnie, jakby do tej wieży nie docierały wszystkie wiadomości i plotki roznoszone w Hogwarcie. Czuła się tam bardzo komfortowo, szczególnie z miłym towarzystwem, którym okazał się nie jej kot, a nowo poznany Puchon. Cóż za szczęście, bo z kotem raczej nie porozmawiasz.
- I umiem mówić w języku brzmiącym jak choroba gardła. Powtarzam to zawsze, bo to prawda - nadal uśmiechając się mocno odpowiedziała mu na komplement na temat jej akcentu. Jeśli miałaby być szczera, to wolałaby mieć czysty, angielski akcent, który tak jej się podobał. Był taki wdzięczny, miły dla ucha. Od zawsze chciała taki mieć, choć raczej nigdy jej się nie uda go zdobyć. Przy jego kolejnych słowach zaśmiała się szczerze i  wesoło - Jedenastoletnie Tove miała bardzo dużo za uszami (teraz ma jeszcze więcej), mój drogi. Alkoholu jeszcze nie próbowała w tamtym czasie, ale potrafiła słuchać.
Nadal nie przestawała utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego. Naprawdę, miał takie piękne oczy. I choć Gryfonka nie wiedziała, czemu przymykał oczy, nic sobie z tego nie robiła. Te oczy naprawdę się jej podobały, nie wiedziała czemu. Może to była ta ich barwa, która tak pięknie prezentowała się w połączeniu z resztą jego twarzy? Naprawdę, nie miała pojęcia. Uniosła w górę kąciki ust, kiedy usłyszała, jak chłopak speszył się nieco po jej komplemencie. Nie skomentowała tego, bo rozumiała, że nie każdy musiał takie rzeczy lubić (oczywiście miło jest usłyszeć komplement od czasu do czasu).  Jednak gdy to on skomplementował ją, wpatrywała się przez sekundę w niego zaskoczona. Cóż, ona nie przywykła do komplementów, nie należała do tych typowych dziewuch, co to za nimi ogląda się każdy facet w Hogwarcie. Znaczy, jeśli za komplement uznać słowa 'ty wariatko', które były za nią posyłane bardzo często, gdy przemykała po korytarzach na deskorolce, to tak, była komplementowana nad wyraz często. Po chwili podziękowała mu krótko.
Po niedługiej chwili oboje już stali na balkonie, wpatrując się w bezchmurne, nocne niebo.  Wyglądało naprawdę niezwykle tej nocy, strasznie jej się podobało. Gdy usłyszała głos Jasona, odwróciła się w jego stronę. Uśmiechnęła się lekko na wzmiankę o liczeniu gwiazd, jednak nie odezwała się. Zrobiła to dopiero wtedy, gdy ten pokazał jej Drogę Mleczną i  zadał pytanie.
- Chyba każdy lubi. Niektórzy wolą chmury, inni gwiazdy. Ja to drugie. Od zawsze lubiłam szukać gwiazdozbiór smoka. To... To jest związane z takim głupim, dziecięcym marzeniem. Mała Tove zawsze marzyła o smokach. Nigdy nie widziałam powodu, żeby się tym chwalić. To dosyć niebezpieczny zawód i nie sądzę, aby kobiety byłyby tam mile widziane - zarejestrowała, że są zdecydowanie bliżej siebie, niżeli poprzednio. Jednak nie miała zamiaru protestować, wręcz przemknęło jej przez myśl, że jest to bardzo przyjemna chwila i nie chciała jej przerywać.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Wto 29 Wrz 2015, 13:26

W aspekcie bycia optymistą bardzo się od siebie różnili. Co prawda, małe chwile szczęścia chwytał i odczuwał przyjemną radość z nich płynąca, jednak w większości przypadków starał się do wszystkiego podchodzić ze zdrowym, chłodnym rozsądkiem. Emocje potrafią wiele namieszać, jeśli chodzi o ocenę sytuacji. Jeden podryw wywołany jakimś skrajnym odczuciem i cały plan potrafi spełznąć na niczym. Potem zaczynają się wyrzuty sumienia, niepotrzebne myśli, ale... to chyba właśnie jest kwintesencja bycia człowiekiem. Zmaganie się z tym, co w nas siedzi niejako wpisane jest w jego naturę. Pesymista z optymistą mają jedną wspólną cechę- obaj są święcie przekonani o swoim realizmie. Jason zdawał sobie sprawę, że każdy ma wytyczoną ścieżkę, którą podąża lub wybiera coś odwrotnego do sugerowanej drogi. Taką alternatywę. Nie ma szczęśliwych, dobrych dróg czy nieszczęśliwych, nie dobrych...
Każda niesie ze sobą radość i cierpienie, słońce i deszcz...i tylko zależy od nas jak przynajmniej te radości i cierpienia, jak wykorzystamy szansę nam daną przez los, jak skorzystamy z tego życia...
Może życie wydawać się chorobliwie złe, ale jest w tym jakaś ukryta nutka nadziei.
Czasem Puchon myśli, że trzeba po prostu przejrzeć na oczy i zobaczyć to wszystko, co nas otacza z zupełnie innej, świeżej perspektywy .Oczyścić swój umysł i ciało z toksyn życia doczesnego i poszukać pozytywów nawet w negatywach, choć to trudne... Jednak, gdy nam się to uda, będziemy potrafili na wiele rzeczy spojrzeć zupełnie inaczej, niż do tej pory.
Z niesamowitym spokojem i jednocześnie wewnętrznym podekscytowaniem obserwował jej emocje, po kolei uwidaczniające się na jej twarzy. Musiał przyznać, że uroda Gryfonki wybijała się ponad normę w jego hierarchii katalogowania piękna. Trzeba sobie najpierw zadać pytanie czym jest Piękno samo w sobie? Czy jest to coś, co wszyscy uważają za piękne? Czerwona róża? Może maleńki kotek? Czy też może Piękno jest bytem nie do zdefiniowania? Wszak oczywiste jest, że każdy ma swój obraz piękna, który go fascynuje. W przypadku Jasona Pięknem jest cisza, pożółkłe kartki księgi, zachód słońca, gwiazdy na ciemnym niebie, widoczne zamarzanie wody oraz wiele innych rzeczy. Niby proste, normalne rzeczy, ale jakże niezwykłe! Jason starał się widzieć Piękno we wszystkim, nawet w brzydkich na pierwszy rzut oka rzeczach. Pokryta pleśnią gruszka przypomina górę, której szczyt usypany jest śniegiem, a suchy, martwy liść przypomina pergamin, na którym napisano pewne wersy historii. Czy Tove wpisywała się w kanon piękna, którego Jason cicho pożądał i szukał? Owszem. Dziewczyna zauroczyła go barwą swoich dużych, pięknych oczu, od których Puchon nie potrafił oderwać swoich, ciemnych niczym gorzka czekolada. Głęboki odcień szaroniebieskich oczu Szwedki był "żywy" i wyjątkowo hipnotyzujący. Jakby nawoływał, jakby zachęcał, kusił do zbadania wnętrza.
Jason słyszał plotki na temat wojny, wewnętrznie się zaniepokoił. Nie o siebie, o nie, tylko o osoby, na których mu zależało. Na jego rodzinie przede wszystkim. Tove... nie wiedział dlaczego, ale dziewczyna nieśmiało wpisywała swoje nazwisko na listę osób dla niego niejako...ważnych, choć dopiero co się poznali! To jest właśnie prawdziwa magia, której on w życiu nie zasmakował. Choć nadal nie wiedział dlaczego czuł, że to bardzo...przyjemne. I warte zastanowienia się.
Tak, Obserwatorium było jednym z tych niedotkniętych miejsc, jakby wyrwanym z czasoprzestrzeni, żyjące swoim powolnym życiem w towarzystwie gwiazd. Było urokliwe, nawet, jeśli było pokryte kurzem. Miało w sobie pewną nutkę tajemnicy i spokoju. Może właśnie dlatego większość uczniów podczas nocnych schadzek spotykało się właśnie tutaj. Nie tylko ze względu na przepiękny widok. I musiał przyznać, że towarzystwo dziewczyny było... bardzo miłe, Jason nie potrafił dokładnie opisać tego, co czuje przebywając z nią tutaj, ale jego umysł rejestrował to jako coś bardzo przyjemnego i dającego mu poczucie, że ich znajomość nie będzie pomalowana na szaro. Czuł, że będzie wręcz przeciwnie.
Na wzmiankę o jej określenie własnego akcentu jako choroba gardła zaśmiał się cicho, po czym powiedział.
- Nigdy nie słyszałem takiego określenia, że można mówić chorobą gardła... - uniósł brwi na chwilę, a w jego ciemnych oczach pojawiły się iskierki. - Musisz mnie nauczyć paru fajnych kwestii...koniecznie...
Jej akcent był barwny, ciekawie rozłożony, a w połączeniu z jej głosem - była to najpiękniejsza gama dźwięków, jaką słyszał do tej pory. Obecność Tove niejako łechtała wszystkie jego zmysły. No, prawie wszystkie, jeszcze nie miał okazji dotknąć jej, choć już jego wyobraźnia działała w taki sposób i nie miał żadnych wątpliwości, że skóra dziewczyny należy do tych miękkich. Na samą myśl aż poczuł przyjemne mrowienie w palcach. Jej zapach, tak mile nęcący nozdrza... uczta dla zmysłów. I choć z zewnątrz ciężko było wyczytać z niego cokolwiek poza uśmiechem i tajemniczymi iskierkami w oczach, to wewnątrz chłonął wszystko, co mu podarowywała tej nocy - miłe słowa, radosny śmiech, zwyczajna obecność. Miła odskocznia od chodzenia samemu po korytarzach. Może teraz...jakoś się uda z tą samotnością powalczyć. Nie umknęło mu zaskoczenie Szwedki na temat jego komplementu o jej urodzie. Zdziwił sie nieco w duchu. Wyglądała w tym momencie na taką, która nie słyszy takich rzeczy codziennie, dlatego jego słowa w pewny sposób ją poruszyły. Widział jednak w jej zaskoczonych oczach dużą dawkę radości...i wdzięczności, którą później przekształciła w krótkie, ale jakże wymowne "dziękuję".
Niebo było przepiękne tej nocy, pokazywało się w pełnej krasie, usypane gwiazdami niczym posypka na dobrym kawałku ciasta. A do całej tej pięknej otoczki prawdziwą wisienką na torcie okazała się obecność Szwedki. Tak, to ona była tu dzisiaj prawdziwie magicznym elementem, niezbadanym i jednocześnie kuszącym...zakazany owoc. I choć myśli Jasona były teraz głównie skierowane ku jej osobie, coś mówiło mu w środku, że znów robi sobie niepotrzebne nadzieje. Choć, kto wie, być może jakoś zasłuży na szczególne miejsce w jej sercu. Można było powiedzieć, że przy pierwszym wejrzeniu coś go w środku ruszyło. Czy wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia? Trudno powiedzieć.
Gdy zaczęła mówić o gwiazdach słuchał jej z wyraźnym zainteresowaniem. Co chwilę na nią spoglądał patrząc jak jej kształtne wargi wypowiadają każde kolejne słowo, jak jej oddech zmienia się w parę pod wpływem chłodu, jak w niektórych momentach jej policzka przybierają czerwień broniąc się przed wiatrem. I musiał przyznać, że w pewnym momencie gapi się na nią jak zahipnotyzowany. Chrząknął więc cicho i spojrzał na Drogę Mleczną. Gdy skończyła odpowiedział.
- Oj, znam takich, którzy nie bardzo przepadają za oglądaniem gwiazd... Osobiście uważam, że sami nie wiedzą, co tracą... - gdy napomknęła o smokach, spojrzał na nią nieco zaskoczony. Ale w jego spojrzeniu można było zauważyć swoistego rodzaju podziw. - No proszę... mała, niepozorna kobieta marząca o smokach...
Uśmiechnął się lekko, po czym kontynuował.
- Fakt, to niebezpieczny zawód, pełno w nim adrenaliny i codziennej walki o własne życie tak naprawdę, ale jest bardzo satysfakcjonujący...w końcu nie na co dzień obcujesz ze smokami... pewnie zastanawiasz się, skąd to wiem...moja siostra pracuje ze smokami... i jest bardzo zadowolona, nie spotkała się z jakimiś docinkami ze strony męskiej części załogi. Ba, jest nawet lepsza od niektórych. Ostatnio napisała mi w liście, że aktualnie opiekuje się małym Opalookim Antypodzkim... wysłała mi nawet zdjęcie, ale mam je w dormitorium, pokaże Ci następnym razem...
Ostatnie zdanie było niejako zaproszeniem na kolejne spotkanie, był ciekaw jak na nie odpowie.
Codziennie się o nią martwił, codziennie wyczekiwał listu od niej. Nie odpisywała od dwóch miesięcy, chyba wyśle kolejną sowę, miał nadzieję, że nie w eter. Po chwili ciszy zaczął.
- Powiedz mi coś o sobie, Tove... czym się interesujesz, coś o Twojej rodzinie, co najbardziej cenisz w ludziach... - mówił patrząc w gwiazdy, a następnie skierował swoje ciemne tęczówki, na nią. Skoro tak bardzo się jej podobały, pozwolił się jej w nich zanurzyć.
Zobacz profil autora
Tove Lindberg
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Sro 30 Wrz 2015, 21:03

Wojnę powoli wyczuwało się w powietrzu, było wiadome, że prawdopodobnie niedługo się ona zacznie. Hogwart był podobno najbezpieczniejszym miejscem na całym cholernym świecie, a Albus Dumbledore jedynym czarodziejem, którego kiedykolwiek bał się Lord Voldemort, więc póki byli w zamku, nie powinno im się niz stać, wszyscy uczniowie powinni być bezpieczni. Ale co potem? Tove został jeszcze rok. Jeszcze jeden rok do ukończenia nauki, ale wielu uczniów już znikało powoli z Hogwartu, w tym również Jason, z tego, co się orientowała, niedługo już kończy szkołę. W zasadzie to Gryfonka była osobą, która łatwo przywiązuje się do ludzi. Teraz, po krótkiej rozmowie z chłopakiem, martwiła się o niego. Martwiła się o to, że kiedy siódmioklasiści skończą Hogwart, to wielu z nich nigdy więcej nie zobaczy. Gryfoni podobno byli głupi z tą całą swoją brawurą i odwagą, momentami również lekkomyślnością, z czym Tove cicho się w duszy zgadzała, choć równocześnie zazdrościła tym, co mieli jej tak dużo. Także chciałaby mieć więcej tej głupiej odwagi, ile mieli jej co poniektórzy. Wtedy może by się tak nie obawiała nadchodzących czasów.
Bo choć do tych Gryfonów, co to u nich odwaga często była mylona z głupotą nie należała, to sama nie wiedziała, czy chciałaby do nich należeć. Co prawda już latała po zamku jak szalona, na tym swoim diabelnym wynalazku na kółkach, za co kilka szlabanów udać jej się udało, to do głupich ludzi raczej nie należała. Nie miała jakiś świetnych ocen, ale też nie miała na co narzekać. Z przedmiotu, z którym chciała wiązać przyszłość, miała ocenydobre.
A czy Tove wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia? Raczej nie, choć duszę niewątpliwie miała romantyczną do bólu kości, to jednak uważała, że do miłości trzeba się lepiej poznać, porozmawiać o rzeczach ważniejszych i głupszych. Dopiero wtedy można stwierdzć stan beznadziejny, znany jako zakochanie. Co nie zmienia faktu, że im dłużej spędzała z Jasonem czas, to jej młode serduszko stopniowo zaczynało bić coraz mocniej, z czym jeszcze nie potrafiła stwierdzić, dlaczego. Jeszcze nie miała takiej sytuacji, bo choć z chłopcami dogadywała się bardzo dobrze, to w towarzystwie żadnego nie czuła się tak... niepewnie? I naprawdę nie potrafiła zrozumieć dlaczego, bo z Puchonem rozmawiało jej się naprawdę dobrze, był tak świetnym rozmówcą, że nawet nie zwróciła uwagi, że jej kot gdzieś czmychnął i szczerze mówiąc, to mało ją to w tym momencie obchodziło. Miała dużo ciekawsze rzeczy do roboty, jak chociażby prowadzenie miłej konwersacj, nie miała teraz głowy do szukania zwierzaka.
- Z tego co wiem, to chorobą gardła mówi się w wielu krajach, tylko mało kto się do tego przyznaje. Tylko ja taka szczera - zaśmiała się. Z pewnością miała bardzo obiektywne zdanie na temat swojego kraju i języka, którym posługiwała się od dziecka. Bo cóż poradzić, kiedy on w porównaniu z angielskim brzmiał potwornie źle, wręcz śmiesznie? - Jak chcesz, to mogę. Znam wszystkie przekleństwa, choć niektóre brzmią doprawdy komicznie, ale mogą się przydać.
Ona sama za swoim głosem niezbyt przepadała, szczególnie w kwesti śpiewania. Och, bądź święty człowieku, który choć raz usłyszał, jak Tove śpiewała i przeżył! Jej głos pod tym względem był okropny, choć lubiła momentami śpiewać, między innymi podczas zmywania oraz prysznica. Takie przyzwyczajenie, które było doprawdy szkodliwe dla osób pośrednich. Gdy usłyszała to, że zna osoby, które spoglądać w gwiazdy wyjątkowo nie lubią, prychnęła, wyrażając dezapropadę w stronę tych właśnie ludzi. Co za głupota! Nie wiedziała, jak można nie lubić gwiazd? Ona sama uwielbiała w nie spoglądać i robiła to zawsze, kiedy miała taką możliwość. Zawiał nieco mocniejszy wiatr, który rozwiał jej włosy i sprawił, że zadrżała. Swoje blond włosy szybko zebrała, ale nadal czuła ten chłodny podmuch. Że też musiała być człowiekiem, któremu zawsze jest zimno!
- Jestem dzielniejsza, niż ci się wydaje - uśmiechnęła się w jego stronę, gdy powiedział coś o tym, że jest 'małą, niepozorną kobietą'. Najczęściej właśnie takie kobiety ukrywały psychopatyczne skłonności. Nie, żeby Tove również taka była. Wysłuchała z uwagą jego opowieści o siostrze, była mocno zainteresowana. Po krótkiej chwili, kiedy skończył mówić, zastanawiała się nad swoimi słowami - Bardzo chciałabym poznać swoją siostrę, igdy takowej nie miałam... Nie miałam w ogóle rodzeństwa, niestety. I naprawdę cieszę się na wieść, że mężczyźni nie mają nic przeciwko kobietom w takowej pracy. A zdjęcie naprawdę chętnie zobaczę, przy naszym kolejnym spotkaniu.
Wpatrzyła się w niebo, szukając wzrokiem Małej Niedźwiedzicy, która była dobrze znanym wszystkim zjawiskiem. Gdy ją odnalazła, pokazała palcem, chcąc wskazać gwiazdozbiór Puchonowi.
- Coś o sobie? Och, nie mam pojęcia, niezbyt umiem opowiadać o sobie. Ale, hm, bardzo lubię jeść - uśmiechnęła się nieśmiało, bo po chwili zrozumiała, że to co mówi jest wielką głupotą. Po sekundzie się cichutko zaśmiała - Uwielbiam słodycze, choć z gotowaniem i pieczeniem już gorzej. Co poza tym? Czytam dużo mugolskich komiksów o superbohaterach, szczególnie o Batmanie. Uwielbiam postać Jokera. Czasami wymyślam nowe zaklęcia, gnam po korytarzach na deskorolce... Nie wiem, co innego mogłabym powiedzieć. Moja rodzina jest mała - jak mówiłam, nigdy nie doczekałam się rodzeństwa, jestem czarownicą półkrwi. Mój ojciec jest mugolem, tak samo dziadkowie, mama czarodziejką czystej krwi. A w ludziach cenię... wszystko. Sądzę, że każdy ma coś ciekawego do pokazania, nie każdy jest idealnym księciem lub księżniczką na białym koniu. A ty?
Znowu zwróciła swoją uwagę w jego stronę, czekając na odpowiedź, miała nadzieję, że szczerą. Lubiła szczerych ludzi, bo sama takim była.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   Pon 05 Paź 2015, 12:17

Postęp...
Do niego wciąż dążymy jako ogól ludzki, jak również jako każda osobna jednostka. Dokładamy wszelkich starań aby się rozwijać i osiągać coraz to nowsze, wyższe, lepsze cele. Widać to na każdym kroku m.in. w Hogwarcie, gdzie wciąż są modernizowane materiały do nauki oraz jej zakres, jak i w pracach, gdzie mamy wytyczne tygodniowe, miesięczne, roczne cele do zrealizowania, aby wszystko szło gładko i zgodnie z odgórnym planem. No właśnie...odgórnym planem? Takim, który sami sobie założymy, pchani czasem chorą ambicją? Czy to jest tego wszystkiego warte? Nieprzespane noce, spędzone nad grubymi, zakurzonymi księgami, zszargane nerwy, cisza i zamknięcie w sobie w obawie, że uczucia zakłócą rytm logicznego myślenia...? Jason uważa, że jak najbardziej...
Dokładnie… uczucia. To one były wszystkiemu winne. Jason nienawidził w sobie tego, że przez emocje potrafi być taki słaby, taki podatny na wszelkie inne bodźce. Nigdy nie był zakochany, jego drobne zauroczenia spotykały się z bolesnym ucięciem skrzydeł, gdy został na tą ziemię sprowadzony. Co prawda, była w tym jego wina, ale nie tylko. Wina zawsze leży po obu stronach. Ból odczuwa czasem do dzisiaj i zapewne będzie jeszcze długo. Jednak, jak ktoś mądry kiedyś powiedział: „Ból to tylko kwestia woli”. Jason uśmiechnął się sam do siebie. Trzeba będzie tę maksymę wdrożyć w życie i udawać twardego, zamkniętego, niewzruszonego. Jak zawsze. Tak powinno być, jednak...przy Tove nie potrafił opanować bicia swojego serca, które było coraz mocniejsze... Miał ochotę zostać tu przez resztę nocy, by wczesnym rankiem wymknąć się do dormitorium. Już nie chciał być tu sam, cieszył się z obecności Gryfonki, która okazała się bardzo...ciekawym i...wybornym towarzystwem. Przy niej Jason nie czuł tego spięcia, co było nad wyraz zaskakujące. Co prawda pierwsze myśli, jak się tu pojawiła, krzyczały coś w stylu :"Dobra, uciekaj stąd, nie jesteś tu bezpieczny, skorupa Ci przy niej pęknie!". I pękła... pojawiła się mała rysa, przez którą zaczęły wylewać się pewne emocje i uczucia, które z reguły Jason chował w sobie, nie pokazywał ich światu. Tym bardziej Tove stawała się jego słodkim delirium, im dłużej z nią przebywał.
A chciał z nią przebyć całą tę noc...i jeszcze dłużej...
Nieco się przeraził swoimi myślami, co było widoczne choćby mocne ściągnięcie i zmarszczenie czoła. Nigdy...czegoś tak mocnego nie czuł, jego chłodny umysł postanowił potem to wszystko przeanalizować. Podniósł wzrok z powrotem na piękne niebo i westchnął z ulgą. To była piękna noc. Gwiazdy świeciły wysoko na niebie, a tarcza księżyca zsyłała swoją piękną łunę, muskając każdy skrawek terenu szkolnego. Jason uwielbiał Hogwart nocą. Był magiczny, jedyny, niepowtarzalny...
Zaśmiał się cicho, ale szczerze na wydźwięk tego, że mogłaby go nauczyć przekleństw. No proszę, panienka Lindberg zaczyna pokazywać pazurki. Jason był ciekaw, w jakim kierunku to podąży. Jego wnętrze buzowało, umysł zaś pozostał chłodny. Jeszcze...
- Brzmi ciekawie, kiedy pierwsza lekcja? - zapytał z wyraźnym zainteresowaniem. Jakby nie patrząc jest to kolejna okazja do spotkania się i na samą myśl przez ciało Jasona przebiegł przyjemny dreszczyk, zatrzymując się na poziomie lędźwi. - I przydadzą się...o tak, szczególnie w stosunku do Ślizgonów...
Gdy poczuł na swojej skórze bardzo chłodny podmuch, przymknął oczy. Był to ostry, zimny wiaterek, ale...przez swoją ostrość był niesamowicie czysty i krystaliczny. Nie umknęło jego uwadze to, że Tove zatrzęsła się z powodu tego zimna. Dlatego postanowił działać.
- Oj, nie wątpię w Twoją odwagę, panienko... - wraz z kolejnymi słowami ściągnął swój ogrzany od środka ciepły płaszcz i zarzucił jej na ramiona. Był bardzo gorący od środka...pachnący kardamonem, drzewem sandałowym, muśniętych lekko nutą palonego tytoniu, mimo, że Puchon nie palił. Jason wiedział, że jego ciepło było spowodowane jej obecnością. Sam został w czarnej koszuli z rozpiętym kołnierzem i przymknął oczy na kolejny podmuch. - Ale z zimnem nie masz szans, jeszcze się przeziębisz...
Jason poczuł gęsią skórkę na swoich rekach, ale...tak bardzo uwielbiał te uczucie...
- Myślę, że na pewno będziesz miała okazję i to nie jedną, aby ją spotkać... - puścił jej tajemnicze oczko, po czym zerknął na odnalezioną przez Szwedkę konstelację gwiazd. Czy w tych słowach zawarta była pewna obietnica? Uśmiechnął się lekko jakby odpowiedział sam sobie. Gdy zaczęła opowiadać o sobie uśmiechnął się szeroko i odwrócił się w taki sposób, by cała swoją uwagę, zarówno spojrzeniem jak i ciałem, prze kierować na nią. I nie żałował tego. Była piękna w świetle księżyca, dziecię nocy...w ciągu dnia pewnie byłaby uznana za nimfę, driadę...może miała coś z wili? Omotała go? Jasonowi to jakoś by nie przeszkadzało... Przez jego ciało przebiegło tysiące małych dreszczy...
- To ciekawe co mówisz...jesteś...niesamowicie interesująca...intrygująca i...bardzo chciałbym...poznać Cię bardziej... - na wydźwięk tego samego pytania, skierowanego do niego, na chwilę spuścił wzrok, ale chrząknął i powiedział. Potrafił się przed nią otworzyć...to...było coś zupełnie nowego. Jednocześnie wspaniałego jak i przerażającego w jego mniemaniu.
- Mój ... ojciec...( słowo ojciec wypowiedziane bardzo powoli i jakby z niechęcią)jest mugolem i alkoholikiem, mama jest czarodziejką czystej krwi, mam też siostrę...w zasadzie to..miałem mieć dwie siostry, ale...matka poroniła... - mimo tego uśmiechnął się lekko i poszczypał delikatnie policzek dziewczyny, by nabrał rumieńców. - W ludziach cenię przede wszystkim szczerość, obdarzanie się zaufaniem...i...naturalność...by nie wstydzili się siebie samych...by...nie popełnili tego błędu co ja...
Spuścił na chwilę głowę, po czym spojrzał na nią i nie wiedział nawet kiedy, ale...znalazł się przy Tove bardzo blisko, niemal czuł jej ciepły oddech na swojej twarzy. Jego ciemne tęczówki pochłonęły jej jasne, dotknął swoją dłonią jej zarumienionego policzka z lekko drżącymi dłońmi. Miała tak miękką skórę, po czym szepnął.
- W Twoich oczach...widzę całe niebo nad nami... - uśmiechnął się lekko, po czym. - Jesteś...aniołem? Spotkanie nasze można porównać do spotkania światła i ciemności...nie boisz się ciemności?
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   

 

Obserwatorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Obserwatorium

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Wieże
-