IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Chatka gajowego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Rubeus Hagrid
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Nie 18 Maj 2014, 13:28

Hagrid przez pewną chwilę się nie odzywał, dając swoim gościom się bliżej poznać. Jared nie był z tego zadowolony, jednak to leżało tylko i wyłącznie w charakterze Aurora. Półolbrzym na pewno nie miał zamiaru odmawiać sobie tak zacnego towarzystwa, sądząc, że to byłoby po prostu nieuprzejme każąc im wszystkim wyjść. Jareda znał bardzo dobrze. Już zdążył się przyzwyczaić i tolerować jego pomruki oraz złe humory spowodowane naprawdę błahymi sytuacjami.
- No ja mam nadzieję, że się nimi zajmisz! – zaśmiał się Hagrid, po czym znów klepnął Wilsona mocno w plecy, jednak nie na tyle, aby złamać mu kręgosłup, rzecz jasna. Ot, przyjacielskie „klepnięcie”. Przecież od tego jeszcze nikt nie zginął, prawda?
Upił kolejnego łyka mocnej Whisky i uśmiechnął się szeroko, a jego policzki się zarumieniły. Uderzył drewnianym kubkiem o stolik, a ten aż się zatrząsł, prawie strącając naczynia, które wcześniej na nim postawił. Oj, czasami się zdarza chwila zapomnienia i nieuwagi, no.
Rubeus spojrzał na Doriana i uśmiechnął się szeroko, pokazując spod swojej długiej, krzaczastej brody zęby.  
- Myślisz, że jakbym cuś postawił przed lasem, to przestaną tam łazić? – Gajowy zamyślił się na chwilę, przesuwając dłonią po gęstwinie, w postaci brody. Wyglądał dosyć zabawnie, gdyż jego oczy już błyszczały od nadmiaru alkoholu, na który niestety, wcale nie był taki odporny, jak jego rodzinna rasa od strony matki.
Jeszcze się zastanowię. Może pomyślę nad ognistymi salamandrami czy tam może ghulami? Nie sądzicie chyba, że są jakoś bardzo nibezpiczne, co? – znów upił dosyć dużego łyka alkoholu. W sumie, to chyba wolał napić się gorzały, dawała większego kopa. Chyba… chyba gdzieś ją jeszcze miał.
- Ma ktoś ochotę na gorzałkę własnej roboty? – uśmiechnął się szeroko i chiknął. Eh… czkawka, co tam.
Ni będziecie mi tu mówić o Sami-Wiecie-Kim, cholibka! – krzyknął, gdy rozmowa nie szła w dobrym kierunku, co trzeba. Hej, miało być fajnie i wesoło, a tematy schodziły na jakieś czarnoksięstwa i złych czarodziejów. Nie, nie tak. – Nie psujmy sobie humoru! – poklepał się po brzuchu nerwowo, po czym wstał i podszedł nieco chwiejnym krokiem do kredensu, zawieszonego na ścianie. Wyjął z niego dużą butelkę wcześniej wspominanego alkoholu, a jego oczy znów się zaświeciły i spojrzał na Pandorę.
- A co do testrali, to Tenebrus dosyć często u mnie przesiaduje – powiedział, drapiąc się po głowie. – Lubi to, co mu tam do jedzenia wrzucam, rarytasy i tak dalej.
Zobacz profil autora
Jared Wilson
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Wto 20 Maj 2014, 16:37

Dźwięk lejącej się gorzały działał na Jerry'ego terapeutycznie. Nawet gadanie o niczym miało w sobie jakiś sens. Mógł siedzieć i obserwować, pić, zapalić i dalej pić. Kuszącą perspektywą wydawało się upicie na umór. Kiedy ostatnio dał się skusić na dobitne świętowanie? Nie mieli powodu do picia, ale czy był potrzebny? Dla Jerry'ego powodem może być rozmnożenie się tentaktuli czy urodziny Kła, a już był chętny do napicia się. Nie był co prawda alkoholikiem, ale lubił ostry smak na końcu języka, gdy łykał whisky.
Wypił połowę alkoholu duszkiem, jak tylko Hagrid nalał napoju. Przy okazji zakrztusił się, gdy gajowy ponownie go klepnął w plecy. Ten to ma siłę w łapach. Nie zwracał mu jednak na to uwagi, byli facetami, a każdy facet znosi prawie wszystko w dzielnym milczeniu dopóty dopóki nie jest to groszopryszczka.
- Salamandry wydają się całkiem przyjaznym pomysłem. - zauważył. Przytaknąłby nawet na smoka czy akromantule, było mu to teraz obojętne. Raz na jakiś czas można porządnie wystraszyć dzieciaków, przyda im się smak czystego strachu. Jeśli nie boją się obecności aurorów, ghul czy inny okropny brzydki stwór powinien załatwić sprawę. Jerry nie cierpiał nastolatków, tak więc można śmiało oczekiwać od niego gorliwego przytakiwania pomysłom odstraszania uczniaków.
Zignorował wypowiedź Pandory. Może miała takie zalecenia, a może nie czytała obecnych panujących zasad. Nic mu do tego, on tu tylko pilnował, aby dzieciaki nie pozabijały się przez swoje "potajemne" wycieczki do Zakazanego Lasu. Nikt mu nie mówił o niańczeniu dorosłych. Skoro ta jest na zasadach gajowego, z pewnością niedługo się przekona co do gustu Hagrida. Wielkie, niebezpieczne zwierzęta, kto by sie nich bał? Nawet się nie uśmiechnął. Wciąż siedział naburmuszony, jakby obraził się na cały świat. Skrzyżował ręce na ramionach i oparł się wygodnie o ścianę, słuchając luźnej wymiany zdań między zebranymi. Otworzył najpierw jedno oko, potem drugie, gdy Dorian skierował się bezpośrednio do jego osoby. Machnął ręką.
- Coś ty, nudzę się tu i wypluwam flaki. - jęknął, tęskniąc do gonitw, adrenaliny, zaklęć, perfekcyjnej szybkiej teleportacji i krwi śmierciojadków. Cała ta tęsknota była wypisz wymaluj na jego twarzy, a było to coś dziwnego, skoro wszystko skrzętnie ukrywał za maską gburowatości. Nalał sobie drugą porcję whisky, nie bawiąc się w kolejki. Posłał chłodne spojrzenie młodemu człowiekowi, gdy ten ominął imię wybitnie chorego na umyśle czarodzieja.
- Jak widać Voldemort kolekcjonuje sobie fanki i chwali się tym mediom. - wzruszył ramionami, nie mając żadnych oporów przed wypowiadaniem tego imienia. Ba, słychać było czystą pogardę, gdy wypluwał te imię z siebie. Zaraz schylił głowę, gdy Hagrid się uniósł, wyraźnie drżąc na dźwięk tego zlepka literek.
- Dobra, już dobra. - uniósł ręce w geście poddania i oparł łokcie na stoliku, nachylając się ku Dorianowi. - Pokażę ci później jego ciekawą fotografię. - zniżył nieco głos, aby nie gorszyć gajowego. Gdyby nie był to jego przyjaciel, śpiewałby imię Voldemorta, byleby dokuczyć i gnębić i cieszyć się czyimś niesmakiem. Powrócił spojrzeniem do praktykanta.
- Zobaczysz co się z takimi rzeczami robi. - odsunął się z powrotem do ściany i wyprostował nogi pod małym stolikiem. Uśmiechnął się tajemniczo i może nieco despotycznie. Tabu kusi, a Jared nie miał nad głową żadnego tabu. Widać sprawiało mu to wiele przyjemności. Kolejny łyk whisky i zacmokanie z uznaniem. Uniósł brew, gdy do chatki gajowego wleciał nagle kolorowy ptak, siadając obok jego ramienia. Ignorował ptaszysko dalej sącząc alkohol, jednak papuga, jak się okazało, domagała się uwagi i dziobała go w rękaw, wysuwając nóżkę.
- Idź sobie. Już wiem co chcesz przekazać. Spadaj, nie chce mi się iść. - warknął i machnął na papugę ręką, ale ta wcale się tym nie przejęła. Jerry posłał wiązankę słów pod adresem poczty i bardzo niechętnie sięgnął ku nóżkom ptaszyska. Mocował się z listem i mocował, przeklinając w duchu tego, kto mu to wysłał, wiążąc na tyle supełków głupią wiadomość. Gdy w końcu się już z tym uporał, niedelikatnie rozdarł pergamin. Jego gałki oczne dwukrotnie prześledziły wiadomość. Nawet podpis "Katja" nie poprawił mu humoru. Znowu zabluźnił pod nosem.
- Przeklęte obowiązki. - warknął i schował papier do kieszeni. Wypił do końca z kielicha i spojrzał na trójkę osobników. - Nawet popić nie dadzą. Odbiję to sobie jak tylko się uspokoi. - te słowa skierował głównie do Hagrida, niechętnie wstając. Nie zdążył nawet poczuć przyjemnego rozluźnienia poalkoholowego, a już musiał kończyć imprezę. Niesprawiedliwość.
- Jak pijecie, to zatroszczcie się potem o swoje zwłoki, coby mnie do tego nie wołali. - machnął im ręką, zostając odprowadzonym do drzwi przez Kła. Otworzył drzwiczki chatki i wyjrzał na zewnątrz. Zdecydowanie wolał zostać w środku. Ze skwaszoną miną zszedł po schodkach i popędził do gabinetu Katji. Skoro go wzywała, musiało coś się stać. Pytanie co, skoro wymagało to obecności aurora? Rozlew krwi? Śmierciojadek w Hogwarcie? Dogorywający szpieg? Oby nie gryfońska nastolatka, bo cierpliwości mu na nie już brak.

[zt]
/ sprawa nie cierpiąca zwłoki wypadła :/ potem wyślę sowy do Was i sie umówimy w Świńskim Łbie na popijawę!
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pią 23 Maj 2014, 14:29

Przyglądała im się znudzona. Jakoś nie miała dzisiaj ochotę zbyt dużo się odzywać. Właściwie po liście od brata, i tym całym zamieszaniu, najchętniej ukryła by się w swoim pokoju i nie wyściubiała z niego nosa na krok. Słysząc pomysł o salamandrach lub ghulach, zaśmiała się pod nosem, gdyby to od niej zależało wysłałaby tam jakiegoś małego smoczka. Pierwszy, który odważyłby się koło niego przejść skończyłby w jego brzuchu. Przynajmniej ilość kretynów uległa by pomniejszeniu, a kto wie, może na co poniektórych taki straszak by podziałał i zaprzestaliby szukać guza w lesie... Naiwni.
W pewnym momencie gdy temat zszedł na Czarnego Pana, zbladła lekko, niedostrzegalnie, szybko wyłączyła się. Odruchowo, nie chciała rozmawiać na ten temat, ani nawet tego słuchać. Mimowolnie przypomniała sobie nagłówek gazety. Pokręciła głową, żeby odrzucić zbędne myśli.
Ze snu na jawie otrząsnęła się dopiero gdy Jared opuścił Chatkę. Dostrzegając nadarzającą się okazję, również szybko wstała, pożegnała się ze wszystkimi i wyszła. Na dworze panował już półmrok, wzięła głęboki oddech i szybko ruszyła do zamku.

nmm

//sorry, że po za kolejką
Rubeus Hagrid
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Sro 04 Cze 2014, 21:55

Hagrid posmutniał, kiedy Pandora i Jared opuścili jego domek. Rozmawiali o różnych rzeczach, przyjemnych i tych mniej, ale zawsze lubił ich towarzystwo przy mocnym alkoholu i ciasteczkach. Idealne połączenie, w dodatku postaci podwieczorku. Gajowy nie lubił spędzać tego czasu w samotności, zawsze jakoś starał się znaleźć doborowe towarzystwo, z którym spędzi na rozmowach mnóstwo czasu, a później, dnia następnego… będzie zbierał towarzystwo z podłogi, których kac morderca powitał, jak tylko się przebudzili. Eh, nie jego wina, że sam był odporny na działanie procentów.
Spojrzał na Doriana, który jako jedyny został w jego chatce i klasnął w dłonie.
- No, to zostaliśmy sami – powiedział, a w jego oczach coś błysnęło. – Zaraz wyciągnę taki dobry trunek, lepszy od gorzałki, no mówię Ci – zaśmiał się i tanecznym ruchem, machając wesoło biodrami podszedł do jednej z szafek i wyjął kolejną już butelkę. Nie trwało to długo, zanim Hagrid i Lawrence się spili tak, iż nie mogli się podnieść z miejsca. Półolbrzym gadał jeszcze trochę czasu, sam do siebie, gdy dopiero po jakimś czasie zauważył, że Dorian po prostu zasnął na fotelu. Hagrid szybko otrzeźwiał i wziął go na ręce, tak, jakby w ogóle nic nie ważył. Postanowił, że zaniesie go do Hogwartu… Chyba dobrze by było w końcu, aby praktykant eliksirów… stawił się u profesorki Lacroix. Niekoniecznie jednak był to dobry pomysł, aby pokazywać go w tym stanie… No cóż, raz się żyje.

[z/t dla obu] – Hagrid zaniósł Doriana do zamku i wrócił znowu do chatki, w końcu była już noc.
Zobacz profil autora
Yumi Mizuno
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Nie 17 Maj 2015, 18:31

Pogoda nie sprzyjała wyjściom z Hogwartu. Mimo czarnych chmur kłębiących się nad zamkiem, panna Merberet z ulgą opuściła jego mury. Przyodziawszy się grubym, ciepłym czarnym paltem i krukońskim szalem była gotowa przenieść się do Doliny Godryka na kilka godzin. Przez ramię przerzuconą miała bezdenną torebkę skrywającą w sobie nieskończenie wiele przedmiotów począwszy od jedzenia dla jeżyków skończywszy na fiolkach kilku rodzajów eliksirów. Jeżyk spoczywał w kieszeni palta, owinięty arafatką swej pani. Nielogicznie czuła się lepiej w towarzystwie zaprzyjaźnionego żyjątka. 
Yumi była czarną plamą na tle krajobrazu. Atramentowe włosy łaskotały buzię barwy kości słoniowej, pchane i splątywane bezlitosnym chłodnym wiatrem. Spierzchnięte usta i płaski nos skryte były za grubym materiałem szala. Nie było słychać stukotu obcasów ani nierównego oddechu piętnastolatki. Pozornie nic się w niej nie zmieniło, choć gdyby się przyjrzeć, Yumi Merberet nie była już Yumi Merberet, a osobą całkowicie obcą. 
Przede wszystkim urosła, nie była tak malutka i drobna jak do niedawna. Wprawdzie wciąż większość rozmówców nad nią górowała, ale zmiana ta dodawała pewności siebie dziewczynie. Rysy jej buzi wyostrzyły się, wydłużyły, tak więc była teraz bardziej Japonką niźli Brytyjką. Nabrała ciała, co wyszło jej niewątpliwie na zdrowie. Dojrzewała na oczach, robiła się bardziej kobieca i silniejsza. Dodawszy do tego elegancki makijaż, nie przypominała siebie, była obca. Największy szok przeżyć można było po zajrzeniu w skośne czarne tęczówki. Zionęły chłodem, dystansem, niezidentyfikowanym zimnem, którego nie było jeszcze parę dni temu. Yumi nie wyglądała na zatroskaną ani na rozluźnioną. Spoważniała i szła z wysoko uniesionym podbródkiem, czując w końcu władzę nad swoim życiem i nad mocą buntu wobec niesprawiedliwości. Z zaciśniętymi zębami zatrzymała się przed chatką gajowego. Amycus wyjechał na turnus rehabilitacyjny na dwa tygodnie. Krukonka czuła jednocześnie ulgę i niepokój, gdy był tak daleko. Ulgę, bo wyruszała na cmentarz do matki tylko z Arią, bez niego. Nie chciała go teraz. Nie chciała domyślać się znaczenia błysków w jego oczach na wieść o schorowanym ojcu przebywającym w Mungu. Nie odwiedziła żywego rodziciela ani razu, zaś martwego o wiele częściej. 
Otuliła się ciaśniej szalem i czekała na przyjaciółkę, ufając, że ta przyjdzie na czas, wszak muszą wezwać Błędnego Rycerza i udać się do Doliny Godryka na cmentarz. Yumi nie chciała jechać tak sama. Na szczęście Machaivelli się zgodził, ufając jej. Ignorował incydenty z balu z okazji Nocy Duchów i dzięki przepustce, mogła opuścić zamek. Robiła to z zaskakującą ulgą. 
Przeszła kamienną dróżką, z oddali słysząc szczekanie. Nie pukała do drzwi gajowego, choć widziała, że w środku pali się światło. Widziała psa Sebastiana w ogródku. On też ją widział, bo uniósł głowę i podszedł do ogrodzenia. Krukonka otwarła furtkę i pozwoliła wilczakowi się obwąchać. Nie pamiętała imienia zwierzęcia, było zbyt trudne do wymowy.  Yumi nie kucnęła przy psiaku, nie pogłaskała go ani się z nim nie przywitała. Przyglądała mu się z rezerwą. Jego obecność była obowiązkiem, a więc go wypełniała. Pies usiadł przy niej. Rano widziała go, sprawdziła jego rozmiary i z ulgą stwierdziła, że nie będzie zmuszona znosić obecności zwierzęcia pokroju Kła. Odwróciła odeń wzrok i wyczekiwała Marii. Odpędzała od siebie wyrzuty sumienia. Zaniedbała obie przyjaciółki i była świadoma swojego zachowania. Odsuwała się od nich powoli, po cichu. Winę tego ponosił jeden, jedyny człowiek. Uroki kochania psychopaty.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Wto 19 Maj 2015, 23:57

Ani czarne chmury, ani inne przeciwności losu nie zdołałyby zniechęcić dziewczyny, która pędziła na spotkanie z przyjaciółką. Martwiła się o Yumi, martwiła się o Skai i wszystkich innych, którzy zostali przez nią obdarowani jakimkolwiek uczuciem. Prawdą było jednak, że ostatnio bardziej pochłaniały ją sprawy osobiste, związane z Porunn, Vincentem i Gilgameshem. Co jest z tymi Ślizgonami nie tak, że przysparzają samych kłopotów? Nigdy nie miała takich problemów z uczniami innych domów.
Miała wyrzuty sumienia. Nie umknęły jej ostrzegawcze sygnały, początkowo drobne zmiany. Dziewczyny w przeciągu ostatnich miesięcy i lat niesamowicie się do siebie zbliżyły, lecz ostatnio miała wrażenie, że znów dryfowały na otwartej wodzie, stopniowo się od siebie oddalając. Aria nie miała zamiaru pozwolić na to, by stało się to rzeczywistością. Nie dopuści do tego, a przynajmniej tak sobie postanowiła, gdy mknęła ku chatce gajowego. Nikomu nie powiedziała o tym, gdzie i z kim się wybiera, nawet nie pisnęła ani słowa własnej siostrze. Nie, że ta w ogóle zauważyłaby jej zniknięcie. Krukonka miała nieodparte wrażenie, że mimo usilnych starań coś między nimi pękło. Czy tak wygląda dorastanie? Miały być zawsze razem, zawsze tylko dla siebie. Śmiesznym było to, że zazwyczaj Porunn dbała o to, by tak pozostało. Aria nigdy nie należała do grona osób, które za wszelką cenę chciały komuś udowodnić, że dana osoba należy tylko i wyłącznie do niej. Co więc się zmieniło? Być może to strach przed porzuceniem, samotnością niosącą ze sobą tylko pustkę. Niedorzeczne myśli, w końcu tak naprawdę nigdy nie była sama – miała również swoje przyjaciółki. Nie mogła być egoistką i zaniedbywać nikogo tylko dlatego, że miała własne problemy. Każdy je miał, ale przecież trzeba być silnym. Trzeba się trzymać, umacniać każdego, kto tylko stanął na drodze i potrzebował pomocy. Nawet, jeżeli sama zaczęłaby spadać w dół, mogłaby pomóc podnieść się tym, którzy byli jeszcze niżej.
Matka zawsze czytała dziewczynkom książki, zachęcała do uciekania między ich stronnice. Norweżka zawsze myślała, że mogła czerpać siłę z magicznego świata wyobraźni, choć z czasem wszystkie ideały zaczęły upadać i rozsypywać się na drobne kawałki, które nie sposób pozbierać. Życie nie było tak piękne, ani tak kolorowe – ale przecież nie każda czytana przez nią książka przynosiła ze sobą szczęśliwe zakończenia.
Chłód uderzył rozgrzaną skórę twarzy, gdy wybiegła na zewnątrz. Poruszała się bezszelestnie, co zawdzięczała swojej cioci, choć w tym momencie ta umiejętność zdawała się po prostu zbędna. Przyśpieszyła kroku, gdy ujrzała drobną sylwetkę przyjaciółki. Rysy twarzy Arii złagodniały, a usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu. – Cześć – powiedziała, będąc wystarczająco blisko, by Yumi mogła ją wyraźnie usłyszeć. Poprawiła torbę na ramieniu, choć w zasadzie nie wzięła ze sobą zbyt wielu rzeczy. Nachyliła się nieco w stronę dziewczyny, po chwili namysłu przytulając ją do siebie na tyle, na ile jej na to pozwoliła.
- Będziesz nam towarzyszył, piesku? – skierowała spojrzenie na wilczaka, który siedział u stóp młodszej Krukonki. Wyciągnęła w jego stronę dłoń, by mógł zaznajomić się z jej zapachem, po czym bez wahania podrapała go za uchem. Nie mogła się oprzeć, za bardzo uwielbiała zwierzęta… Traktowała je jak przyjaciół, bo też nie byli dla niej czymś gorszym. Można było im ufać, wszystko powiedzieć, nie bojąc się tym samym, że kiedykolwiek zdradzą komuś sekret.
- Mam nadzieję, że nie musiałaś na mnie zbyt długo czekać – dodała, poświęcając znów całą uwagę Yumi. Chciała ją o tyle rzeczy zapytać, jednak jeszcze się wstrzymywała. Nie chciała wyciągać z niej niczego na siłę, a już sama obecność Krukonki wiele dawała.
Zobacz profil autora
Yumi Mizuno
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Czw 21 Maj 2015, 22:19

Yumi nie była na dnie. Pewien człowiek nie dopuścił do tego, aby tam spadła i choć jego pobudki nie były godne pochwały, Yumi nie była na dnie. Zahartowała się i nie spadnie, bo umiała trzymać się sama coraz wyżej. Nie czuła się zaniedbana przez Arię i Skai. Prawdę mówiąc było na odwrót - Yui je zaniedbała, zaniechała dziewczęcych plotek i uroczego chichotania wieczorami w dormitorium. Dodawszy do tego, że nie żałowała tych zmian... Japonka zmieniała się zgodnie z własną i cudzą wolą, a to ściśle łączyło się z emocjonalnym odseparowaniem się od przeszłości, czyli Arii i Skai. Lubiła je, bardzo. Kochała i żałowała, że miłość do przyjaciółek została zagłuszona toksycznym uczuciem podsycanym przez pewną osobę, której celem było uzależnienie od siebie Yumi. Cel został osiągnięty w większej całości.
Książki przestały nieść pociechę, choć wciąż lubiła zagłębiać się w astronomiczne układy gwiazd. Przestała być bojaźliwą dziewuszką ze skośnymi oczami, a przeobraziła się w twardo stąpającą po ziemi nastolatkę. Chłód bijący od niskiej sylwetki nie był naturalny, a przywodził na myśl wyrachowanie...
Nie ona usłyszała zbliżającą się Arię, a towarzyszący pies. Dzięki temu Aria pozbyła się elementu zaskoczenia, choć i tak Yumi nie spodziewała się nagłego przytulenia. Odwykła od serdecznych pieszczot, jednakże udało się jej zachować powagę i nie syknąć. Nie odtuliła się, pozwalając Arii tulać swe sztywne barki. Na jej ustach zakwitł sentymentalny uśmiech.
- Cześć. - palcem wskazującym odgarnęła z oczu atarmentowe kosmyki włosów. Doskonale rozumiała miłość Arii do zwierząt, wszak sama to podzielała. Z nieznanego nikomu powodu powstrzymała się przed przytuleniem do siebie zwierzaczka profesora Machiavelliego, stojąc grzecznie z boku. Bała się, że jeśli pozwoli sobie na czułość i ciepło, tama pęknie, a do tego nie mogła dopuścić. Wilczur wyczuwał najwyraźniej obecność jeżyka, gdyż nie odrywał ciemnych ufnych ślepi od Yui. Nie odwzajemniała emocjonalnego uśmiechu zwierzątka, zakrywając dłonią kieszonkę z ukrytym żyjątkiem. 
- Nie szkodzi. Dzięki, że jesteś. - uniosła badawcze oczęta na blade lica przyjaciółki, wyczuwając bardziej niźli rozumiejąc potencjalne źródła jej nerwów. Bliźniaczka, narzeczony... zazdrościła jej dwójki osób, przez których była kochana na dziwny sposób, lecz kochana. Arii poszczęściło się w życiu i Yu nigdy nie przestała jej zazdrościć. Otworzyła usta, aby dodać coś, zapytać jak się czuje czy wypytać szczegółowo o wymyśloną plotkę "Lustra". Z gardła nie wydobyło się nic oprócz gorącego oddechu. 
Kilka wdechów później...
- Wezwij Błędnego Rycerza. Nie przepadam za jego hukiem i hałasem, jednak profesor Machiavelli nie ucieszyłby się na widok swego pupila na miotle.  - poprosiła stanowczo, siląc się na cieplejszy ton. Nie mówiła dużo o celu ich krótkiej podróży aczkolwiek czarny ubiór mówił sam za siebie. Nie poświęciwszy uwagi chatce Hagrida, ruszyła przodem dróżką ku bramie wejściowej, niemo oddając Arii pałeczkę prowadzenia psa. Ukryła się pod miękkim materiałem szala i kaskadą włosów. Yumi nie była skłonna do zwierzeń. Natura pozbawiła ją umiejętności mówienia tego, co leży jej na sercu. Niedawno udało się jej przełamać blokadę, jednakże splot przypadków ponownie ją zbudował, solidniejszą i trudniejszą do przebicia. Dzisiejszy wieczór został pozbawiony szansy na ulgę.
Zatrzymała się gwałtownie, gdy po paru minutach dotarły do ogromnej, metalowej bramy pokrytej po bokach mchem. Leśny zapach nęcił, zaś serce dziewczyny wybiło nierówny rytm na myśl o rychłej wolności. Same, we dwie, z dala od Hogwartu, od narzeczonych, rodziców, rodziny. Powoli odwróciła się profilem do przyjaciółki bez cienia uśmiechu na bladej buzi. Wyciągnęła do niej chłodną rękę, spoglądając w jej czarne oczy z rezerwą. Tam, w środku klatki piersiowej bardzo cierpiała nie potrafiąc wylać z siebie słów i wszystek tajemnic ciążących na chudych barkach. Przywilej ten został jej odebrany. 
Wyciągnięta ku przyjaciółce dłoń ciążyła z prostego powodu. Na palcu serdecznym widniała prześliczna obrączka z błękitnym szmaragdem. Znienawidzona biżuteria nie pozwalała o sobie zapomnieć.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Nie 24 Maj 2015, 00:09

Zawsze miała wrażenie, że Yumi należy do grona osób jeszcze bardziej zamkniętych w sobie, niż ona sama. Aria pod odpowiednim naciskiem była w stanie powiedzieć sporo, choć nie każdy zasługiwał na tak ogromny kredyt zaufania. W momencie objęcia przyjaciółki poczuła się tak, jakby popełniła błąd i przez chwilę nawet rozważała przeprosiny, choć czy powinno się przepraszać za czułe powitania? Aria wyczuwała dziwny chłód odznaczający całą postawę młodszej Krukonki. Wystraszyła się nawet, że ta może być na nią o coś obrażona. Szybko odgoniła te myśli – gdyby faktycznie tak było, zapewne nie poprosiłaby ją o towarzyszenie podczas wyprawy poza mury Hogwartu.
Podziękowanie za przybycie skwitowała tylko krótkim skinieniem głowy, przyglądając się z lekkim niepokojem twarzy przyjaciółki. Korciło ją, by zapytać, pozbyć się własnych obaw i dowiedzieć się co wpłynęło na zmianę. A może tylko sobie wszystko ubzdurała? Wolała jednak poczekać z poważniejszą rozmową do czasu, aż nie opuszczą terenu szkoły. Co prawda nie podejrzewała nikogo o podsłuchiwanie, ale ostrożności nigdy nie było za wiele. Przez krótki moment wydawało jej się, że Yumi próbuje coś powiedzieć, lecz słowa z jej ust posypały się dopiero po kilku ciągnących się sekundach.
- Myślę, że pies również nie byłby zadowolony przemierzaniem drogi na miotle – skomentowała wypowiedź przyjaciółki, zerkając kątem oka na pupila profesora. Czy pies był faktycznie w stanie je upilnować? Zastanawiała się w jaki sposób mógłby przekazać nauczycielowi ewentualny brak posłuszeństwa z ich strony. Nie miała jednak zamiaru poddawać go próbie, w końcu ona i jej sowa również często ze sobą współpracowali. Zwierzęta rozumiały więcej, niż większości osób się wydawało, trzeba było tylko wystarczająco postarać się o przekazanie im własnych myśli.
Aria również nie przepadała za wybranym środkiem transportu, lecz była w stanie się dostosować. Poza tym nie była sama, więc nie miała się o co martwić. Podążyła cicho za Yumi, gdy ta ruszyła do przodu. Pies szedł posłusznie przy nodze, nie sprawiając problemów i zachowując się wyjątkowo cicho. Czyżby też wyczuwał dziwny nastrój? Fimmelówna nieco przyspieszyła, zrównując się krokiem z towarzyszką, a pies podążał za nimi niczym cień. To dopiero początek ich wyprawy, wszystko mogło się zmienić, a nadzieja na otwartą rozmowę napędzała Arię do myślenia. Chciała pomóc, bez narobienia szkód. Wiedziała, że granica między zachęcaniem kogoś do otworzenia się, a spowodowaniem jeszcze ciaśniejszego zamknięcia wzrastającego naokoło muru jest niezwykle cienka. Jednym słowem można było kogoś podnieść na duchu, albo jeszcze bardziej zniechęcić i zasmucić. Czy uda jej się pomóc Yumi, skoro najwyraźniej i na tym polu nie radziła sobie najlepiej?
Szły w milczeniu, ramię w ramię. Zapach lasu przywiódł na myśl dom w Norwegii i nagle zatęskniła za starymi murami ich posiadłości. Zatęskniła za swobodnym poruszaniu się na łonie natury, ćwicząc wraz z Ingrid stawanie się kimś silnym bez magii. Czuła się wtedy wolna, a jedynym zmartwieniem było dorównanie wymaganiom stawianym przez ciocię. Być może teraz zbytnio idealizowała te czasy, ale czy nie zawsze tak się dzieje, gdy głowę zaprzątają inne problemy?
Serce na kilka chwil przestało bić spokojnym rytmem, gdy Yumi przystanęła, odwracając się w jej stronę. Na widok obrączki mimowolnie pomyślała o własnej, której… cóż… nie nosiła. Złapała drobną dłoń w swoją, chcąc przelać choć odrobinę ciepła. Wzajemnie opuściły teren szkoły, by później wezwać Błędnego Rycerza i udać się do celu wspólnej podróży.

[z/t x2]
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:19

Siedział na wielkim głazie i czekał. Smok standardowo szybował wokół jego głowy, a więc wodził za nim wzrokiem i starał się nie spoglądać w kierunku dziedzińca. Wiosna nadchodziła wielkimi krokami o czym świadczyło chociażby mocno grzejące słońce. Castiel zdjął przez głowę czarny sweter i został w białym podkoszulku na krótki rękaw. Włosy wyjątkowo związał na karku, choć i tak przednią ich połowę miał po bokach twarzy. Nie była to zbyt elegancka fryzura lecz Horn nie należał do osób, które aż tak przejmują się pierdołami. Nieświadomie zaczął bawić się związanym rzemykiem kłem. Niecierpliwił się i wewnętrznie denerwował. Profesor Babbling odebrała mu możliwość wyjścia z chłopakami do Miodowego Królestwa. Ba, nauczycielka zrobiła to wszystkim siódmoklasistom uczęszczającym na zajęcia Starożytnych Run. Zanim zrobią zlecone przez nią zadanie, równie dobrze może minąć kilka dni. Castiel był w stanie pominąć fakt, że ta praca jest kluczowa w wystawianiu oceny końcowej z tego przedmiotu. Byłby w stanie nawet przełknąć informację, że zadanie wymaga kręcenia się po Hogwarcie i po terenach zielonych. Nie był jednak w stanie pojąć dlaczego cholerna Babbling po raz pieprzony dziesiąty podzieliła siódmoklasistów w pary, jakby nie potrafili zrobić tego samodzielnie. Gdzieś na tyłach głowy wiedział, że tak było zawsze lecz nie chciał słuchać teraz tego argumentu. Odkąd zobaczył na tablicy nazwisko Temple tuż obok swojego, zalała go jednocześnie fala ciepła i zimna. Dosyć często ich do siebie przydzielała i nigdy nie było z tym problemu. Sęk w tym, że Castiel trzymał się też z kilkoma innymi osobami, a dołączyła go akurat do Nessie. Oczywiście po lekcji próbował wyprosić u niej jakąś zamianę lecz jak to się mawia, przeklęta baba była uparta jak osioł. Nie przekonał go argument, że zapisała ich pary w dzienniku. Chciał zamiany i już. Musiał niestety pogodzić się z faktem spędzenia z Nessie przynajmniej jednego popołudnia.
Skrzyżował ręce na karku i westchnął, przerzucając wzrok na chatkę gajowego. Widział w tej sytuacji tylko jedną zaletę. Póki co udawało mu się zachowywać względnie obojętnie wobec Nessie. Gdy umawiał się z nią na spotkanie tutaj, głos miał standardowo znudzony czyli zarezerwowany dla osób... trzecich. Wziął ze sobą wiekowy kajet w brązowej skórzanej oprawie, gdzie czasami notował coś z lekcji. Trzymał go zgiętego w tylnej kieszeni spodni. Z tego co tam wyczytał zadanie mają podzielone na trzy części. Aby wykonać wszystkie muszą odnajdywać wskazówki schowane w różnych miejscach. Pamiętał, że Nessie wspomniała coś mimochodem "będziemy tłumaczyć", co chyba miało związek z jakimś szyfrem. Dałby rękę Conusowi uciąć, że chodzi o przetłumaczenie wskazówki z runicznego na angielski. To brzmiało jak minimum dwie godziny zabawy. Nie wnikał głębiej, nie teraz. Cały czas musiał się pilnować. Serce biło mu jak oszalałe na myśl o spędzeniu z Nessie czasu sam na sam. Nie był pewien czy to z radości czy z niepokoju. Obawiał się, że była to mordercza mieszanka obu emocji. Przybrał więc znudzoną minę i z założonymi na kark ramionami czekał. Ani razu nie obejrzał się za siebie. Słuchał.
Zobacz profil autora
Nessy Temple
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:19

Nie uśmiechało jej się opuszczanie dormitorium i bieganie po Howgarcie z głupią mapą, z jeszcze głupszą pracą domową, a już szczególnie, nie podobał jej się najgłupszy element całej układanki czyli Horn. Nie miała ochoty na kolejną dawkę jego ciążowych humorów ani na ten rzekomo pozbawiony uczuć głos, którym uraczył ją ostatnio przekazując datę i miejsce spotkania. Już wtedy miała mu ochotę powiedzieć by sobie darował, ona zrobi to sama. Jednak zanim w ogóle zdążyła otworzyć usta on już ruszył w dalszą drogę korytarzem. Rzucając w jego stronę ciche przekleństwa, miała wielką ochotę nie pojawić się tu dzisiaj, w ogóle udać, że zapomniała i później zrobić to wszystko samej lub z czyjaś drobną pomocą, na pewno był jakiś kujon, który z przyjemnością przyszedł by biednej Krukonce z pomocą. Może, jeżeli ładnie uśmiechnie się do Lupina, to przeszedłby z nią tę trasę.
No cóż, w końcu jednak decyduje się zjawić. Zanim jednak zdąży wyjść z dormitorium dostrzega na półce nocnej nową kartkę. Kolejną wiadomość od anonima. Przewraca oczami. Jej tajemniczy adorator, robił się strasznie melodramatyczny, do tego stopnia, że z przyjemnością odpisałaby mu, żeby przestał robić z siebie skończoną pizdę i w końcu pokazał twarz, bo tym smętnym, zawodzącym gadaniem prędzej ją zdenerwuje niż w sobie rozkocha. Nigdy jednak jej się to nie udaje, bo tajemniczy ptak zostawia, wszystkie kartki, kiedy akurat nie patrzy, jest na zajęciach lub śpi. Czyżby to był cel tajemniczego anonima? Wkurwienie jej? Może?
Wychodzi z dormitorium i brnąc powoli po krętych schodach w dół, wybierając odpowiednie ruchome przejścia, zastanawia się, czy aby na pewno dobrze robi idąc tam. Unikanie Ślizgona jak ognia wychodziło jej ostatnio idealnie, szczególnie od spotkania z pierdolonym Campbellem, po którym prawie zaczęła się głodzić, byle tylko ograniczyć szansę spotkania w Wielkiej Sali. Na śniadania wpadała na chwilę przed ich końcem, zgarniała ze stołu bułkę i jabłko, po czym wybiegała spóźniona. Obiady i kolacje wyglądały jeszcze marniej. Jadła szybko, kilka łyżek, aż brzuch przestawał grać marsze żałobne, po czym informując wszem i wobec, że postanowiła się odchudzać, bo ostatnio przytyła pół kilo opuszczała pomieszczenie. Prawie słyszała jak na te słowa, kilku jej grubszym i brzydszym koleżankom, jedzenie stanęło w gardle. Podobnie było na lekcjach siadała jak najbliżej profesora, by oszczędzić sobie patrzenia na plecy chłopaka. Wszystko to sprawdzało się do tamtej cholernej lekcji run.
- Jasna cholera – mruczy pod nosem zostawiając za sobą próg szkoły i wychodząc na skąpane wiosennym słońcem błonia. Przez chwilę pojawia się nawet myśl, że może nie będzie tak źle, kiedy jednak dociera do umówionego miejsca i dostrzega naburmuszoną twarz chłopaka, która prawdopodobnie jego zdaniem miała okazywać znudzenie i brak zainteresowania, cała bańka naiwnej nadziei pęka. Będzie dobrze jeżeli w ogóle uda im się nie pozabijać do końca spotkania.
- Mam kartkę od pani Babbling. Przetłumaczyłam pierwszą część, według tego co mówiła, kolejne będą pojawiać się w momencie, kiedy dobrze odpowiemy na ostatnie. – Spokojnie tłumaczy chłopakowi, głosem wyprutym z emocji, cała jej twarz zdaje się nie pokazywać nic oprócz idealnego obrazu piękna. - Pierwsza część brzmi – Ma ostrze i trzonek, skopiesz nim zagonek. Pani Babbling nie ma zbyt wyrafinowanego poczucia humoru. – Kończy kierując się w stronę szopy, którą gajowy postanowił nazwać swoim domem.
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:20

Przyszła, słyszał jej kroki. Odwrócił się w momencie, kiedy nie mógł udawać już, że jej nie dostrzega. Nie zajrzał do jej oczu tylko na smukłe zaciśnięte dłonie, co okazało się błędem. Nie może się jej przyglądać, skoro mają zachować się czysto po partnersku. Powtarzał sobie w myślach - bez emocji, bez emocji. Ty nie możesz oddychać, to jej chociaż pozwól. Standardowo obyło się bez powitania. Płytkie przekazanie informacji i dziewczyna już odwraca się plecami w kierunku szopy gajowego, nie czekając na niego nawet chwili. Podniósł się z westchnięciem i ruszył za nią, schodząc z górki i mimowolnie przyspieszając. Trzymał się od niej na przyzwoitą odległość. Niegdyś miał to w nosie i szedł tak, że ich ramiona się o siebie ocierały. Stare, spokojne czasy.
- Ostrze i trzonek to ma siekiera. - mruknął, gdy ją mijał. Wyprzedził ją oczywiście i nie kryła się za tym złośliwość. Ta tępa dziewucha zapomniała o pupilu Hagrida - zmutowanym ogromnym psie. Nie miał najmniejszej ochoty znowu jej ratować, więc ruszył półtora metra przed nią wlepiając swój wzrok w przytulną, skromną chatynkę. Wzrokiem szukał obecności czarnego cielska. Lepiej zapobiegać niż potem użerać się z paniką. Nie rozmawiał z Ness na siłę. Na usta cisnęło mu się sporo pytań, był ciekawy co się z nią działo przez ten martwy czas. Zacisnął usta w wąską linię, by nic nie wydostało się z jego gardła. Boleśnie odczuwał jej obecność. Mimo, że patrzył przed siebie, reszta zmysłów wyczulona była na osobę idącą za nim. Schował ręce do kieszeni, gdy zeszli z licznych pagórków i znaleźli się przed chatką. Zero obecności psa, choć widział ślady jego bytności - nadgryziony drewniany płotek, przekopane doły tu i ówdzie i czerwona ogromna miska z psim żarciem w środku.
- Zerknę. - rzucił przez ramię. Nie musiał na nią patrzeć. Potrafił wyobrazić sobie jej minę, gdy dostrzegła jawne ślady bytności Kła. Między innymi właśnie dlatego pierwszy wszedł na teren ogródka. Kiedyś kazałby jej wspiąć się na dach i tam przeczekać lecz dzisiaj... po prostu nic nie mówił tylko przystąpił od razu do działania. Wątpił by ta buła mogła to docenić. Mówiła obojętnym tonem, ale widział w jej oczach błysk rozdrażnienia, gdy nawiązał z nią dialog pierwszy raz od dłuższego czasu. Nie zachęcała do konwersacji.
Hagrid musiał niedawno podlać swój ogródek bowiem po paru krokach glany Horna były porządnie ubłocone. Zlokalizował skrzynkę na narzędzia, więc zwyczajnie podszedł do niej i ją dźwignął. Zadziwił się jej ciężarem - była znacznie cięższa niż wyglądała. Stęknął przy odrywaniu jej z ziemi i począł wlec poza teren ogródka. Widział pole kapusty, marchwi, jakichś niezidentyfikowanych pierdół i chwastów. Przez pół sekundy wydawało mu się, że jeden krzaczor się poruszył. Zapomniał o tym szybko, bo musiał zrobić większy krok nad niskim drewnianym płotkiem. Z ulgą postawił przed Nessie skrzynkę i przyklęknął na jedno kolano. Otworzył wieko i westchnął dostrzegając w środku masę narzędzi.
- Przejdę się wokół chatki i poszukam jakiejś podejrzanej siekiery. - zakomunikował spokojnym tonem i wstał. Odchodząc mimowolnie rozglądał się za Kłem. Hagrid zapewne zaszył się jak zawsze w Zakazanym Lesie lecz diabli wiedzą czy zabrał ze sobą swoje psie bydlę.
Zobacz profil autora
Nessy Temple
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:20

Nie zapomniała o Kle, po prostu przez te wszystkie lata udało jej się przeżyć w błogiej niewiedzy, że taka kreatura w ogóle istniała. No dobrze, może nie do końca. Czasami słyszała plotki o wielkim zmutowanym psie, mieszkającym z Hagridem, posiadającym trzy głowy, jedzącym z tej samej miski, śpiącym z nim w jednym łóżku i służącym mu do rzeczy, o jakich ze względu na swoją płeć i status społeczny, nie powinna w ogóle wiedzieć, a co dopiero o nich myśleć. Te wszystkie elementy sprawiały, że postać zmutowanego magicznie doga, traktowała jako bajkę, którą straszy się pierwszoroczniaków, żeby nie wymykali się nocą na błonia.
Zirytowana spogląda na plecy mijającego go ją Ślizgona, a słysząc jego odpowiedź na przeczytaną przez nią zagadkę, przez chwilę przygląda mu się z osłupieniem, po czym przeciąga dłonią po twarzy. Czy oni naprawdę byli tacy tępi, czy im za to płacono? Trudno jest jej odpowiedzieć na to pytanie, zanim jednak uda jej się zebrać myśli i wykrzyknąć za chłopakiem, że wcale nie chodzi o siekierę, ten już wyrusza na jej poszukiwanie.
- Idiota –[/i] mruczy pod nosem, po czym opierając się o drewniany płotek spogląda za Hornem. Nie chce jej się krzyczeć, zdzierać gardło by wytłumaczyć mu popełniony błąd. Jak się nie ma w głowie to ma się w nogach, mawiała babcia McIntosh. Czekając na jego powrót, wlepia w niego zielone spojrzenie, przyglądając się jak przemierza morze miękkiego błota, jak brnie w jej stronę z wielką skrzynką wypełnioną rzeczami, które na oczy w życiu nie widziała i które prawdopodobnie nawet nie potrafiła nazywać. [b]- Piękna zdobycz, ale gdybyś chwilę poczekał, to byś się dowiedział, że nie chodzi o siekierę, ale o łopatę. Zaganek – to taka rabatka. – Tłumaczy powoli Ślizgonowi, zanim ten znowu zniknie za rogiem domku.
No i zostaje sama. Znudzona opiera się o płotek wystawiając twarz w kierunku słońca i pozwalając mu na namalowanie na jej policzkach nowej sieci piegów. Kiedy chłopak szuka odpowiedzi na pierwszą zagadkę, ona zastanawia się dlaczego nie mogła trafić na kogoś milszego, kogoś z kim mogłaby porozmawiać, uśmiechnąć się przeuroczo i grać słodką idiotkę, która nic nie potrafi zrobić sama. Próbując tych sztuczek na Casie, jedynie zabiłby ją wzrokiem albo wyzwał od skretyniałych gumochłonów, a to tylko wtedy gdy miał lepszy dzień, dziś prawdopodobnie zignorowałby jej słowa, szukając własnej odpowiedzi na pytanie.
Nagle niby przez przypadek wzrok jej pada na czerwoną miskę wypełnioną jakimiś brązowymi chrupkami. Nieopodal niej leżą resztki, rozgryzionej kości, a przy rzędzie marchewki wielka piszcząca zabawka. Źrenice rozszerzają się jej do granic możliwości, kiedy te wszystkie elementy układają się w jeden, wręcz krzyczący obraz, przerażającej dwumetrowej bestii z trzema głowami, jaki tworzyły legendy o rzekomym pupilku gajowego.
Kolejne wizje psiego monstrum kreują się w jej wyobraźni, kiedy za sobą słyszy dźwięk pękającej gałązki, przerażona wolno obraca się do tyłu, by nagle stanąć twarzą w twarz, z wysokim jak na psa potworem. Pysk jego wygląda jakby bóg nie mógł się zdecydować czy jedna fałdka tłuszczu to za mało więc dał ich milion, długi pokryty śliną język spadał mu bokiem, a w ciemnych oczach malowało się coś, czego naprawdę nie planowała poznawać bliżej. Nessy, która nigdy nie miała do czynienia z psami, uważa to za przejaw głodu. Nie wiedząc, że w przypadku spotkania z dzikim zwierzęciem najmądrzejszym wyjściem jest pozycja żółwia, panna Temple planuje uciec jak najdalej się da, a że najdalej okazuje się na płot, to już po chwili stoi na nim z przerażenie wpatrujące się w rozemocjonowanego szczeniaka, który nie panując do końca nad swoimi łapami, raz po raz uderza obok niej. W końcu przy którejś próbie udaje mu się uderzyć w jej okryte jedynie czarnymi podkolanówkami nogi i zostawiając na nich ślady błota. Konstrukcja ogrodzenia okazuje się nie być taka wytrzymała i już po chwili płot, a na nim Krukonka, a na niej Kieł lądują na miękkim błocie.
– CAS!!! – Krzyczy ostatnimi siłami, zanim potworny szorstki język o bardzo nieprzyjemnym zapachu zacznie ją wylizywać na śmierć.

Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:21

- Siekiera, łopata i szpadel wpisują się w opis. - odpowiedział z cicho zanim ruszył na poszukiwanie wskazówek, które zaprowadzą go realizacji pierwszego etapu zadania. Nie obejrzał się za siebie ani razu, za co sobie pod nosem pogratulował. Póki co zachowywał się spokojnie i nie wyskakiwał ze swoimi dziwactwami. Panował nad sobą bardziej niż ostatnio. Zamiast rozwodzić się nad dzisiejszym strojem Nessie (swoją drogą - wciąż eksponowała swoje łydki odkąd trzy lata temu pierwszy raz je skomplementował) skupił się na zadaniu ze starożytnych run. Nauczycielom odbijało ponieważ wszyscy niczym jeden mąż wymyślali prace domowe do wykonania w terenie. Najpierw pamiętna lekcja łączona, podczas której szlajali się między błoniami, cieplarnią a lochami, a dzisiaj wycieczka do gajowego i cholera wie gdzie jeszcze. Wizytator z Ministerstwa zmotywował kadrę do kreatywności.
Chłopak podczas swojej leniwej wędrówki wokół budynku napotkał pokaźny stos drewnianych, bardzo grubych belek. Jedna musiała ważyć chyba z tonę, a tutaj widział ich na oko licząc trzydzieści sztuk. Hagrid ułożył je w spory pagórek sięgający połowy wysokości chatki. Siła gajowego była porażająca... Parę metrów dalej Castiel znalazł siekierę wbitą głęboko w pień. Po bliższych oględzinach uznał ją za całkowicie zwyczajną i nudną. Schował zatem ręce do kieszeni spodni i ruszył nieśpiesznie na dalsze poszukiwania. Łopaty musiały być składowane w schowku po drugiej strony ściany, skoro do tej pory nie znalazł ani jednej. Obszedł chatkę już w połowie, gdy do jego uszu dotarł wrzask. Ile razy on mówił tej przeklętej dziewczynie, że nie życzy sobie zdrabniania imienia. Czy on mówi po trytońsku, skoro od lat do niej to nie dociera? Zatrzymał się w połowie kroku i mimowolnie zesztywniał, gdy usłyszał w tym krzyku histeryczny strach. Odwrócił głowę w stronę źródła hałasu lecz marmurowa ściana domku gajowego skutecznie przesłaniała mu widok. Castiel zrobił błyskawiczny w tył zwrot. Na początku stawiał duże kroki a po upływie dokładnie trzech sekund przeszedł w szybki bieg. Wyłonił się zza ściany i aż otworzył szeroko oczy. Zdążył być świadkiem jak Nessie spada z płotu na plecy, a na nią czarne bydlę spragnione miłości każdej humanoidalnej istoty. Po chwili ciało dziewczyny zniknęło pod fałdami ogromnego cielska Kła. Krzyk Nessie zagłuszył potężny dźwięk siorbania gdy wielkim różowym jęzorem przesunął po jej twarzy.
- Na gatki Merlina. - sapnął i ruszył biegiem w ich stronę. - Hej! Kieł! Tutaj, Kieł! - krzyknął po drodze i zaczął machać rękami do psa, który zwabiony swym imieniem odwrócił doń na chwilę wielki pysk. Castiel nie był chyba wystarczającą atrakcją, ponieważ po krótkiej chwili pies wrócił do wylizywania twarzy dziewczyny. Nie spojrzał na jej twarz, bo mógłby stracić rezon. Musiał za wszelką cenę odciągnąć szczeniaczka znad jej leżącego ciała. Cóż, nie bez powodu Castiel wolał koty. Głęboko w głowie miał zakodowane odciąganie wszelakich zwierząt od Temple. Weszło mu to w krew dlatego nie wahał się podejść do psa. Zapomniał na chwilę o ich napiętych relacjach tylko skoncentrował się na nowym adoratorze Nessie.
- Kieł! Chooodź, Kieł. No już, chodź. Coś ci pokażę. - był już blisko nich. Wolał nie podkładać swoich rąk pod jego pysk. Jak to uczy się małe dzieci - nie podchodź do psa, kiedy zajęty jest konsumpcją. Co prawda ten nie pożerał Nessie, a traktował ją jedynie jako zabawkę i obiekt miłości. Jak powszechnie wiadomo, wyrywanie psu zabawki z pyska to dla niego świetna zabawa. Castiel mógłby się nawet tak chętnie chwilę pobawić gdyby nie gabaryty tego bydlaka. Wyglądał jak dorosły bernardyn, a nie jak młodziutki kilkumiesięczny szczeniak. Siłowanie się z nim mogło zakończyć się połamanymi kończynami... rzecz jasna człowieka, nie psa. Castiel nachylił się w jego kierunku z wyciągniętymi doń rękoma. Dłonie miał otwarte skierowane ku górze i mu je pokazywał. Kieł węszył i na chwilkę stracił zainteresowanie swą zabawką.
- No chodź szczeniaczku. Chodź tutaj... tam masz żarełko... o, tam są wrony. No chodź. - zmienił ton głosu na słodki i kuszący. Wysilił się nawet na uśmiech, specjalnie dla psiska. Patrzył w błyszczące, oszalałe ze szczęścia psie ślepia. Obserwował jak schodzi znad Nessie i ze sztywnym ogonem odwraca się całkowicie w jego stronę. Castiel nieustannie go przywoływał, a w myślach mordował już jakiś trzeci raz. Jeśli Nessie była w ogóle przytomna i zdolna się ruszać, powinna spieprzać na drzewo i to już. Castiel nie zamierzał dać się za nią wylizać na śmierć. Plan A obejmował odciągnięcie psa na bezpieczną odległość i tylko tyle. Kieł spiął swoje wielkie ciało i przybrał bardzo specyficzną pozę - pysk nisko przy ziemi, kręgosłup wygięty, zad uniesiony. Przypominało to jakby chciał zaraz... skoczyć. Hornowi się trochę pobladło.
- Kurwa, tylko nie to... - jęknął. Nie pomyślał co ma robić w takiej sytuacji, nie wziął jej nawet pod uwagę. - Nie skacz... ej! - równie dobrze mógł chcieć powstrzymać Miszę przed wpierdzieleniem czekoladek wiśniowych. Czas się zatrzymał dokładnie w chwili gdy Kieł odrywał swoje łapy od ziemi do potężnego skoku. Na jego trasie stał Castiel połowicznie zwrócony w prawą stronę, gdzie zamierzał się rzucić na ziemię byleby uniknąć stratowania przez słodkiego dwutonowego szczeniaczka.
Zobacz profil autora
Nessy Temple
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:21

Dzień w którym przybyła do Hogwartu, był dniem początku jej traumy, wtedy to pierwszy raz w swoim wówczas prawie dwunastoletnim życiu, Nessy została wylizana, wydrapana, a na końcu jeszcze opluta przez różnego rozmiaru i maści stwory futerkowe. Był to przełomowy moment, w którym uświadomiła sobie, że nigdy, ale to nigdy nie uda jej się zapałać miłością do czegoś co na twarzy posiada więcej futra już prawdziwej skóry albo nie posiada włosów wcale. Następne lata edukacji, nie pomogły jej przezwyciężyć swoich lęków, a jedynie powiększały je rok za rokiem coraz mocniej, do momentu, w którym zaczyna to stanowić prawdziwy problem i sporych rozmiarów dysfunkcję umysłową.
Wszyscy myśleli, że może przebywanie ze zwierzętami pod okiem specjalistycznej szkolnej kadry, pod postacią Gajowego i Profesora (wtedy jeszcze) Garricka, pomoże jej zwalczyć rosnącą fobię. Nic z tego. Pierwszą i na wiele lat ostatnią jej lekcja z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, nadal wspomina jako koszmar. Zajęcia zaczęły się z wysokiego C, kiedy to dziewczę, wtedy jeszcze mniej ładne, a bardziej śliczne i uroczę, zaczęło krzyczeć na widok druzgotka, później, w momencie, którym została poproszona o podejście i nakarmienia kreatury, udało jej się zrobić dwa kroki, po czym z gracją bali drewna zemdlała na ziemię. Ocknęła się dopiero niesiona do Skrzydła Szpitalnego, przez starego profesora. Jakby tego było mało na zakończenie przedstawienia zwymiotowała mu na szatę. Od tamtego czasu, do tej nieszczęsnej lekcji łączonej, poza Bezą i kilkoma innymi wyjątkami, udawało jej się unikać wszystkich czworonożnych, trójnożnych czy parzystokopytnych stworzeń, których w Hogwarcie o dziwo zdawało się być czasem więcej od ludzi.
Leżąc na miękkiej, błotnistej ziemi, z resztkami ogrodzenia wbijającymi się w miejsce, w które takowe elementy wbijać się nie powinny, Nessy wydawało się, że jej ciało jest szarpane przez morskie fale. Morzę rzucało nią między ostrymi skałami. Woda, szorstka i nieprzyjemna uderzała w jej policzki, próbowała dostać się pod powieki, a parę razy zaplątała się w jej włosy. Dodatkowo czuła na swojej piersi ucisk, dwóch młotów, starających się wypchnąć całe powietrze z jej płuc.
Przerażona i skamieniała ze strachu, z mocno zaciśniętymi ustami i oczami, Nessy w ciemności oczekiwała na śmierć albo ratunek. Nie potrafiła jasno wyliczyć ile czasu spędziła, błagając Piękną Rowenę, by ta zabrała jej nieśmiertelną duszę z tego ziemskiego padołu. Kiedy nagle pomiędzy głośnymi liźnięciami, słyszy głos, och, jeszcze nigdy tyle radości nie sprawił jej ten głos, szorstki i mało przyjemny dla ucha, tym razem miał on jednak zwiastować przybycie bohatera, który nie nosi lśniącej zbroi tylko zabłocone glany. No i mógłby czasami umyć głowę, ale to wszystko było nieistotne, darowanemu koniowi nie powinno zaglądać się w zęby.
Czując jak wielki pysk na chwilę od niej odstępuje, dziewczyna bierze kilka solidnych oddechów. Skamieniała ze strachu i skupiona na wewnętrznym przeżywaniu swojego nieszczęścia, nie zauważyła, w którym momencie zaczęła wstrzymywać oddech. Chłodne, śmierdzące powietrze niczym haust zimnej wody wypełnia jej płuca, przynosząc chwilą ulgę. Nie trwa ona jednak zbyt długo, bo próba odwrócenia od niej uwagi monstrum, szybko okazuje się nieefektowane i pies wraca do przerwanej czynności, tym razem próbując ciągnąć ja za brązowe włosy. Baw się ze mną, baw, będzie fajnie. Zdają się mówić jego brązowe, wpatrzone w Krukonkę oczy.
W przerażonej, przemokniętej i oblepionej błotem dziewczynie, zaczyna się budzić nowe uczucie - wściekłość. Co to miał być kurwa za rycerz. Strachajło jakich mało. Gdyby nie szorstki jak papier ścierny język, na jej twarzy, pewnie darłaby się właśnie na tego idiotę, by w końcu użył mózgu, a nie traktował go tylko jako fikuśny przycisk do papieru. W końcu po prośbach chłopaka, pies decyduje się, zmienić obiekt zainteresowania, z czego zadziwiająco szybko korzysta teraz bardziej wściekła niż przerażona Krukonka.
Podnosi się na kolana i szybko wyszarpuje z brudnej szaty bukowy patyczek, celuje nim w lecące w stronę Ślizgona cielsko.
- Drętwota! – Promień jaskrawego czerwonego światła uderza w czworonoga, zmieniając trochę tor jego lotu i sprawiając, że niczym kamień opada na metr przed Ślizgonem. - Tak się ratuje damy w opresji. – Krzyczy zirytowana, a po twarzy strumieniami płyną jej gorzkie łzy. W końcu bezpieczna, w końcu ten straszny pies nic nie może jej zrobić. Z ulgą opada na kolana, starając się nie spoglądać w stronę nowej ozdoby ogródkowej gajewego. Brudnym rękawem przeciąga po jasnej twarzy, by zetrzeć z niej łzy, na ich miejscu szybko jednak pojawiają się nowe, które jednak powoli stara się zatrzymać. - Za godzinę odzyska zdolność ruchu. – Mówi chcąc uspokoić chłopaka, a może siebie?
Powoli, niepewnie jak źrebak, który dopiero uczy się chodzić Temple podnosi się. Z obrzydzeniem przygląda się swojemu ubrudzonemu ubraniu. Nawet nie chce sobie wyobrażać, jak w tym momencie może wyglądać jej twarz i włosy.
- Chłoszczyć – mówi najspokojniej jak potrafi kierując na siebie zaklęcie. Nigdy nie próbowała nim czyścić ludzi, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Przez kilka sekund czuje się, jakby ktoś szorował nią po tarze do prania, po czym lekko oszołomiona i skołowana, na trzęsących się nogach spogląda na efekt zaklęcia. Na mundurku i podkolanówkach zostały jeszcze plamy, ale przynajmniej pozbyła się grubej warstwy błota.
Czysta, a przynajmniej czyściejsza, rusza na poszukiwania szpadla, łopaty, co to w ogóle była za różnica?
- Dzięki za pomoc. – Mówi cicho, bardziej w swoje buty niż do chłopaka, kiedy mija go po kilku krokach, żeby zaraz zniknąć za rogiem chatki. Poszukiwania narzędzia do kopania trwają chwilę, ale w końcu udaje się jej ją znaleźć. Kiedy podchodzi do niego, na kartka w jej ręce, na chwilę się świeci, a potem pojawiają się na niej nowe znaki.
Zobacz profil autora
Castiel Horn
avatar

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   Pon 10 Wrz 2018, 21:21

Upadek na twardą ziemię nie był aż tak nieprzyjemny na jaki się zapowiadał. Ledwie Castiel wylądował na trawie, a tuż metr przed nim śmignęło zaklęcie. Obserwował zdumiony zesztywniałego psa, leżącego na boku z przerażeniem w nieruchomych ślepiach. W myślach słyszał jego skomlenie. Chłopak usiadł na trawie, zgiął nogę w kolanie i oparł o nie łokieć. Rozmasowywał obolałe ramię, w którym chwilę temu wgniatał się większy kamień. Jego wzrok spoczął na rozwścieczonej, zapłakanej Nessie z gorejącą jeszcze zielonym blaskiem różdżce po bezbłędnej "Drętwocie". Każda ocierana przez nią łza wyrządzała mu w jakiś sposób mentalną krzywdę. Powieka mu zadrgała, gdy powstrzymał się przed dopadnięciem do niej. Siedział na trawie i w milczeniu obserwował jak czyści się z litra śliny zmieszanej z błotem. Nie powiedział jej, że zapomniała wyszorować włosy. W jednym miejscu były wciąż zlepione i wybrudzone. Mimowolnie wzrok powiódł do nieruchomego cielska psa. On by się nie powziął na taki czyn. Ba, Castiel czuł się w obowiązku odczarować za jakiś czas Kła, bo jeśli Hagrid to zobaczy... to niechybnie złamie mu serce. O tym ostatnim Castiel co nieco wiedział. Horn nie brał pod uwagę rzucania zaklęciami w zwierzęta. O ile dzikie pasożytnicze wrony chciał transmutować dla zabawy w biżuterię dla młodych dziewczynek, tak w swoim siedemnastoletnim życiu nigdy nie zaatakował zwierzęcia ot tak. Co innego kociaki na transmutacji, co innego dzikie zwierzęta, przed którymi należy się bronić. To był Kieł, hogwardzki pies. Castiel przyznawał tutaj słuszność niepoprawnego zachowania psiska, wszak rzucanie się na znacznie mniejsze i chudsze od siebie istoty mogło zakończyć się wizytą w skrzydle szpitalnym. Poradziłby sobie bez Drętwoty nawet jeśli to oznaczało przyjęcie psiej miłości i litrów śliny w gratisie. Nie skomentował tego w żaden sposób, choć swoje wiedział. Na wszelki wypadek rozejrzał się w poszukiwaniu sylwetki Hagrida lecz i tym razem niczego nie znalazł. Może to i dobrze, może do jego powrotu uda się ewakuować stąd roztrzęsioną Nessie i odczarować psa. Chłopak potarł czoło i siedział tak na trawie, kiedy Temple rzuciła doń ciche podziękowanie i poszła w kierunku ogródka. Odprowadzał ją wzrokiem aż zniknęła na chwilę za chatką. Kucnął przy Kle i poklepał go po szyi.
- Poczekaj jeszcze chwilę. - szepnął do psiska i opierając jedną dłoń o trawę podniósł się do pionu. Otrzepał się z trawy i ziemi. Ledwie to skończył Nessie wróciła z połyskującą kartką pergaminu w dłoniach. Musiała leżeć gdzieś na wierzchu bądź dziewczyna darowała sobie poszukiwania i użyła "Accio". Przyglądał się jej profilowi, a gdy w ułożeniu jej ust rozpoznał objawy złości, mimowolnie zacisnął palce w pięść. Tyle z dziewczęcej wdzięczności za jakikolwiek objaw ratunku z opresji. Nie powinien oczekiwać, że na niego nie wrzaśnie wyrzucając kiepską formę ocalenia. Jeszcze nie dalej jak miesiąc temu odpowiedziałby jej równie wściekły, wytykając skłonności samobójcze. Dzisiaj, gdy tak na nią spoglądał, bladą, brudną i roztrzęsioną nie miał na to ochoty. Nie, to nie była litość ani współczucie. Wzrok Castiela zrobił się chłodny. Wyjął z jej dłoni lśniący papier, przypadkiem muskając przy tym jej skórę. Poczuł łaskotanie w miejscu, gdzie się dotknęli. Rozwinął papier i przeczytał zawartość do przetłumaczenia. Na jego oko potrzebują godziny sprawnej współpracy, a znajdą kolejną wskazówkę. Zwinął pergamin z powrotem w rulon i zacisnął na nim palce.
- Chodź. - rzucił niedbale i czekał aż pójdzie pierwsza w kierunku błoni. Musiał uwolnić psa z zaklęcia, gdy znajdą się już w odpowiedniej odległości. Nie pochwalał zachowania Nessie jednak rozumiał jej szczery lęk przed zwierzętami. Nie było to jej własne widzimisię. Do tej pory wzdrygała się, gdy Beza przeskakiwała nad nimi na inny mebel. Odkąd ją znał wiedział o tym fakcie, dlatego też darował sobie wściekanie się na nią. Nie brał pod uwagę pocieszania jej, ofiarowania słów otuchy. Wątpił, by tego chciała, a nawet jeśli już zapewne nawymyślałaby mu w zamian. Palce go świerzbiły by dotknąć jej wilgotnego policzka, ot tak, by nie tracić głosu na słowa, które nie są w stanie opisać tego, co teraz czuł. Alecto nie powiedziała mu co miał robić w takich sytuacjach, aby znów nie popaść w szaleństwo od towarzystwa Ness. Jak zawsze brakowało instrukcji obsługi.
- Stój. Twoje włosy. - przypomniał sobie. Znał ją. Gdyby odkryła ich stan za jakąś godzinę, mogłaby obwinić go za zatajenie tej informacji. Widział jak sięga do różdżki. - Z tyłu. Ja to zrobię, jeśli chcesz. Nie będziesz cuchnąć. - Castiel... w dziwny sposób poprosił o przyzwolenie. To się mu jeszcze nie zdarzyło lecz nie kierował się tutaj żadnymi osobistymi obawami. Obiecał sobie dać Nessie więcej swobody, przestać jej nakazywać i ją sobą ograniczać. Co za tym idzie zaoferował pomoc, którą mogła zwyczajnie odrzucić. W innym przypadku wyciągnąłby ku niej ramię, zrobiłby ten kolejny krok w jej stronę i odsłonił kawałek swojego normalnego oblicza. Obawiał się znów pokazywać mając w pamięci jak dziewczyna ciężko na to reaguje. Darował jej też komentarze odnośnie sytuacji z psem. Zaciskał szczękę za każdym razem, gdy jej ramiona zadrżały i gdy próbowała to opanować.
- Pamiętam bitwę błotną w wakacje tysiąc sześćset sześćdziesiątego czwartego roku. - powiedział ni to do niej ni to do siebie. Byli na jednym z festynów, z rodzicami Nessie rzecz jasna. Castiel jako człowiek bez rodziny od czasu do czasu był zapraszany na takie uroczystości. To on wsmarowywał błoto w jej włosy, a ona odpowiadała dokładnie tym samym i nadrabiała rzucając kulę błotną prosto w jego twarz. Kącik ust mu zadrgał do uśmiechu na to wspomnienie. Wtedy w inny sposób czyścili się z błota. Gonił ją z wężem ogrodowym i bezczelnie oblewał lodowatą wodą. Gdyby sytuacja była inna, ich relacje wciąż beztroskie chętnie powróciłby do tamtych czasów. Spojrzał krótko w głębię oczu Nessie chcąc sprawdzić czy i ona przypomniała sobie tamtą chwilę. Byli zupełnie innymi ludźmi.


Ostatnio zmieniony przez Castiel Horn dnia Pon 10 Wrz 2018, 22:10, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Chatka gajowego   

 

Chatka gajowego

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Chatka Świąteczna

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
-