IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Schody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Lloyd Avery
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 27/07/2014
Liczba postów : 80
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Schody   Pon Cze 22, 2015 12:42 am

/ przepraszam! w ramach zadośćuczynienia - klik ;>


Oderwał się od jej ust i parsknął śmiechem, zerkając na dziewczynę spod uniesionych lekko brwi, gdy dotarło do niego, z lekkim opóźnieniem, co powiedziała kilka sekund wcześniej. Poklepał ją po ramieniu, wciąż rozciągając wargi w rozbawionym uśmiechu.
- Mamy tylko jedną ścigającą, a ona nie umawiała się z Whisperem. Nie którą, a którym. O’Malley. Alexander. Jest rok wyżej od ciebie. Zdaje się nawet, że to kuzyn siostrzenicy Chantal – odparł, wciąż z trudem powstrzymując wesołość. Pary mieszane nie wzbudzały w Hogwarcie emocji, chyba, że wyjątkowo znane indywidua zdecydowały się na radosne, publiczne życie – jak w wypadku Vane i Kruegera, których legendarna wręcz niechęć do siebie przekształciła się w miłość, choć wypaloną prędko i z hukiem. Skrzywił się na samo wspomnienie spotkania z Jasmine, tuż po treningu, odpychając od siebie wspomnienie jej łez, zagubienia i bezsilnej wściekłości, powracając do tematu Whispera.
- Nie sądziłem, że jest ktoś, kto jeszcze o tym nie słyszał. Spotykają się ze sobą od ostatniej ślizgońskiej imprezy, to jest, tak oficjalnie. Whisper dał w pysk Grossherzogowi w obronie Alexa i najwidoczniej młody na to poleciał. Każda panienka lubi bohaterskie czyny – dodał, mrugając do Skai w jakiejś parodii spoufalonego gestu, nim podniósł się ze stopnia i podszedł do swojej torby, unosząc ją i zarzucając na ramię.
- Chodź, odprowadzę cię do wieży. Wolę mieć pewność, że tym razem dotarłaś tam w jednym kawałku – mruknął, podając dziewczynie dłoń.
Widział zmieszanie na jej twarzy, rozlewające się po policzkach ciemnym rumieńcem. Dla niego samego temat O’Malleya i Whispera nie wydawał się być specjalnie sensacyjny, może dlatego, że Avery raczej nie zaglądał innym w pościel – ich sprawa, co robili i kiedy robili, dopóki to nie przeszkadzało Alexandrowi w grze. Pionowa zmarszczka na moment przecięła czoło rezerwowego pałkarza Ślizgonów; ciekawe, czy młody już o tym wiedział? Zapewne cała sprawa wyprowadzi go z równowagi, którą w tym roku coś zdążyło już zachwiać. Sam doskonale przecież pamiętał klepsydry i przygaszenie, jakie panowało w części żeńskiej drużyny z obozu, gdy informacja o rzekomej śmierci Ślizgona rozniosła się wśród uczniów.
Wciąż niezaspokojona ciekawość krążyła po żyłach Lloyda od czasu, gdy Alexander pojawił się magicznie na treningu, nie omieszkał nawet skomentować tego później w dormitorium, chłopak milczał jednak jak grób, uparcie odmawiając wyjaśnień. O dziwo, ojcec Avery’ego również nie zamierzał powiedzieć mu o co w tym wszystkim chodziło, chociaż wcześniej twierdził, że O’Malley jest na liście potencjalnych rekrutów.
To wszystko było na tyle podejrzane i zastanawiające, że przy okazji rozmowy ze Skai Lloyd obiecał sobie dociec do sedna, rozwiewając ewentualne legendy narastające na całej sprawie.
Zerknął znów na Skai, by następnie sięgnąć i po jej torbę.
- Więc jak będzie, Dzwoneczku? Wstajesz? Czy zostajemy tu jeszcze trochę? Nie, żeby gdzieś mi się spieszyło, ale schody nie są najwygodniejszym miejscem do rozmów -
Zobacz profil autora
Skai Wilson
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 25/06/2014
Liczba postów : 183
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Schody   Czw Lip 02, 2015 6:50 pm

/Jaki milutki teledysk! Taki… Lloydowski <3

W oka mgnieniu została wyrwana z czeluści uwielbienia, a niegroźny śmiech chłopaka przeistoczył się dla niej w kolejną kpinę. Traktował ją jak niedojrzałą dziewczynkę, która nie rozumie prostych mechanizmów poruszających światem. Poniekąd miał rację, ale ta świadomość przeszkadzała Skai jeszcze bardziej. Nie potrafiła opanować grymasu niezadowolenia, który wydął jej policzki i ukształtował usta w dziubek. Dopiero po chwili całe napięcie uleciało z ciała, a dobroduszne politowanie ze strony Lloyda nabrało właściwego znaczenia. – Alexander? Czyli, że…? Umawiał się z chło… chłopak z chłopakiem? – Powtarzała poszczególne urywki zdań Ślizgona w taki sposób, jakby trybiki w umyśle zardzewiały. Albo nie potrafiła dopuścić do siebie tak obrzydliwej rzeczywistości, jaką zaprezentował jej Lloyd. Wzdrygnęła się ze wstrętem, ale nie powiedziała nic więcej, zaciskając mocno dolną wargę w przejęciu. Z pewnością nie chciałaby ciągnąć tego tematu, dlatego zamknięcie ust i odsunięcie spojrzenia ponownie na ukochane tomiszcze uznała za najodpowiedniejsze wyjaśnienie. Poniekąd, wyglądała tak, jakby w ogóle nie słuchała kolejnych wyjaśnień Lloyda, który usilnie próbował naświetlić jej sytuację. Merlinie kochany, dlaczego Lustro nie uprzedziło jej wcześniej o czymś tak okropecznie obrzydliwym?! Zaraz zachłysnęła się powietrzem, prostując plecy i zerknęła przelotnie na rozmówcę, próbując spojrzeniem przekazać mu prośbę o porzucenie tematu jednopłciowej pary. Nawet nie zauważyła, że zaciskała coraz mocniej palce na okładce książki.
Być może jej wzrok został źle odczytany, ale ostatecznie poczuła przejmujący żal, że muszą się już rozstać. Przypadkowe spotkania napawały Skai pozytywną energią, jednak kończyły się tak okropecznie szybko! Zamiast zaprotestować od razu, skinęła głową i nieśmiało wyciągnęła rękę w stronę Ślizgona, przekonana że nie powinna tego robić. Część niej zamierzała czym prędzej zaszyć się w dormitorium i zakopać pod ciepłą kołdrą, zaszyć przed natrętnymi pytaniami dlaczego jest taka rumiana; ale część pragnęła zostać jak najdłużej przy Lloydzie, słychać jego głosu, dowiedzieć się co lubi, wymusić jakieś obietnice może, nawet, gdyby, jeśli porzuciłaby swoją chorobliwą nieśmiałość. Posłała mu przygaszony uśmiech, lekkim gestem podnosząc się ze schodów. Dopiero po chwili pojęła, że ból w kostce zniknął! Pochyliła się w przód, aby zerknąć uważniej na własne kończyny i chwytając kciukami rąbki spódnicy, zaszeleściła nią w jawnym przejawie radości. – Nie boli, Lloyd, ani trochę! – Zachwycona omal zarzuciła ręce na szyi chłopaka, popatrując na niego z coraz szerszym uśmiechem. Jakoś nie było jej śpieszno do wieży, ani trochę. Zaplotła ręce na książce za placami, a w brązowych oczach błyszczała pewna figlarna iskierka. Zdecydowanie coś chodziło jej po głowie, coś tam niecnego knuła, ale wyraźnie czekała na zachętę ze strony przyjaciela.
Zobacz profil autora
Rosalie Rabe
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/02/2015
Liczba postów : 549
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Schody   Sro Lip 15, 2015 11:45 pm

/bilo, bilo dostałam, panie premierze! od panny A.

Stukot obcych obcasów rozbrzmiewający gdzieś w niedalekiej oddali musiał wydać się panience Wilson wysoce nieprzyjemny i niechciany, zważywszy na wymarzoną sytuację, w której się znalazła, sam na sam z obiektem westchnień nie jednej i nie dwóch uczennic Hogwartu. Rosalie, popchana niewiadomego źródła zachętą, przemierzała schody akurat w momencie, w którym Lloyd, chłopak całujący ją po szyi zaledwie kilka nocy temu, oraz jakaś drobna Krukonka świecili do siebie oczami i posyłali przymilne uśmieszki. Na ten widok kąciki ust Ślizgonki powędrowały nieznacznie ku górze, nadając jej wyraz przekoloryzowanego zadowolenia, kiepsko ukrywający zresztą złość, jaka w niej narosła. Bycia temperamentną młodą kobietą nie można jej było odmówić.
- Przeszkadzam, przepraszam? – bez zbędnych ceregieli okręciła się wokół Avery’ego, przelotnie muskając jego policzek czubkiem nosa i wreszcie zerknęła na Skai, w grymasie wydobywając z siebie obrzydzenie i niechęć. Krytycznie prześlizgnęła się po jej sylwetce, która poza kolorem skóry niewiele szczerze powiedziawszy różniła się od jej własnej, może poza rozmiarem noszonego biustonosza. Westchnęła przeciągle i z kobiecą pewnością siebie oplotła dłonie wokół ramienia chłopaka, nie odmawiając sobie przy tym uśmiechu kipiącego satysfakcją. – my chyba mamy jeszcze kilka niedokończonych spraw, hm?
Nie była głupia, błysk w ciemnych oczach Wilsonównej był aż nadto wyraźny, by go nie zauważyć. Albo Lloyd był głupi i ślepy, albo perfidnie wykorzystywał jej słabość. Bo że mogła podobać mu się dziewczyna taka jak ta tutaj nie potrafiła uwierzyć – albo przynajmniej nie chciała uwierzyć. Zabiłaby wszystkich w obrębie kilometra lub trzydziestu gdyby okazało się, że Avery nie jest nią zainteresowany przez kogoś tak nijakiego.
- Pożegnaj się ładnie z…koleżanką – uśmiechnęła się słodko obracając na pięcie i ciągnąc za sobą Ślizgona, nie pozwalając mu nawet dojść do słowa. – masz teraz ważniejsze rzeczy do roboty. Ciao!
Zachichotawszy pod nosem, ale bardzo dosadnie, ruszyła w kierunku wyjścia; zerknęła ukradkiem na twarz Lloyda, nie zwracając za dużej uwagi na to, czy jest zaskoczony, zły czy szczęśliwy. Odciągnęła go od tej małolaty, co było teraz najważniejsze. A tamta zyskała sobie wroga, o którym nie śmiałaby nawet pomyśleć, więc niech trzyma się na baczności. I nie próbuje zbliżać do Avery’ego, bo pożałuje.


/ZTX3
Zobacz profil autora
Berenice Andriacchi
avatar
Nauczyciel
Data przyłączenia : 17/12/2015
Liczba postów : 90
Skąd : Florencja, Włochy

PisanieTemat: Re: Schody   Pią Sty 01, 2016 7:09 pm

Balkony hogwarckich wież miały to do siebie, że przyciągały romantyków. Berenice romantyczką przestała być w dniu śmierci Theo, nie byłaby jednak sobą gdyby któregoś z wreszcie wolnych, pierwszych wieczorów w szkolnych murach nie poświęciła na wycieczkę ku najwyższym kondygnacjom zamku. Wyposażona w mięciutki sweter od mamy i termos pełen gorącej herbaty szybkim krokiem pokonała kolejne piętra, by wreszcie stawić czoła cichemu, mroźnemu powietrzu jednej z galerii. Nieznajomość poszczególnych konstelacji i reguł wprawiających w ruch księżycową tarczę nie przeszkadzała jej w delektowaniu się magią zimowego wieczoru aż do chwili, w której zrobiło jej się zbyt zimno by wytrwać na balkonie dłużej.
W drogę powrotną zebrała się jednak niechętnie. Tam na górze, siedząc po turecku na mroźnej posadzce i spoglądając ku migoczącym na nieboskłonie punkcikom, poczuła się prawie jak dawniej. Prawie. Z Theodorem mało kiedy mieli czas na podobne posiedzenia - praca pana Andriacchiego była naprawdę zaborcza i zazdrosna - Włoch jednak sprawiał, że całe życie Berry pozwalało jej się czuć tak, jak czuła się teraz, sama, na balkonie. Uzmysłowienie sobie tego było zaskakujące miłe, przynajmniej do chwili, gdy znów zrobiło jej się przykro. Tak czy inaczej musiała zabrać się z balkonu zanim doprawi się mało przyjemnego przeziębienia. Z westchnieniem podniosła się z ziemi, otrzepała i w kolejnej chwili wyszła na przeciw drodze powrotnej - znów przez setki, jeśli nie tysiące, czekających na nią stopni schodów.
Chwila spokoju na balkonie oraz nieprzyzwoicie wczesny zachód słońca wytworzyły w niej mylne wrażenie, że zrobiło się już bardzo późno. Tak jednak nie było - uczniowie dopiero kończyli swój dzień, uciekając z ostatnich w tej dobie zajęć. Z nieznacznym uśmiechem omijając grupkę podekscytowanych pierwszorocznych oraz z gracją unikając papierowego samolociku zaczarowanego przez innego z nastolatków, a krążącego teraz radośnie po korytarzu panna Berenice powoli zmierzała w swoją stronę. Pokonując ostatnie metry prostej ścieżki weszła na kolejną partię schodów i niespiesznie skierowała się na dół, stopień za stopniem.
Plan na dzień dzisiejszy był prosty, dokładnie taki sam jak każdego poprzedniego dnia, którego nie musiała spędzać w szkole - zebrać najpotrzebniejsze rzeczy i wrócić do mieszkania, gdzie czekała jej rozszczekana Bona oraz nie mniej ważna, niecierpliwie wypatrująca odrobiny włoskiej uwagi kuchnia. Gdy normalni ludzie w nocy śpią, panna Andriacchi, nieustannie zmagająca się z obawami przed nocnymi koszmarami, wyczarowuje zazwyczaj nowe, smakowite dania.
Zobacz profil autora
Sebastian Machiavelli
avatar
Opiekun Ravenclawu
Data przyłączenia : 22/06/2014
Liczba postów : 263
Skąd : Watykan, Rzym

PisanieTemat: Re: Schody   Pią Sty 01, 2016 8:26 pm

Tego dnia, jedynym o czym marzył Sebastian było zakopanie się w swoim gabinecie i oddanie się tej wybitnej szkockiej, którą podarowała mu matka jakoś niedawno, żeby przekupić go w czymś, o czym już w ogóle nie potrafił sobie przypomnieć. Niestety, pozostało mu jeszcze przemierzenie przez schody, które uwielbiały być niesamowicie kapryśne i zamiast zaprowadzić go na piętro, na którym rezydował, postanowiły go tym razem zmienić kierunek na taki, żeby miał jeszcze dalej, niż zwykle. Był nieco poirytowany, ponieważ panna, na którą miał oko, zniknęła z powierzchni ziemi, a on mimo, że wiedział, gdzie się znajdowała, to nie potrafił nawiązać z nią kontaktu.
Jednym słowem - przerąbane.
Miał ochotę wlepić tym wszystkim uczniom porządną ilość minusowych punktów i skazać na dożywotni szlaban u Filcha, żeby wiedzieli, jak to jest pracować na swoje życie. On tak podczas swoich lat nauki w murach tej szkoły robił. Często odwiedzał swojego ulubionego woźnego, który w akompaniamencie koperku i innych warzyw wesoło kazał mu czyścić najbrudniejsze zakamarki zamku. Tak, uczniowie też powinni tego doświadczyć, żeby mieć co wspominać - szczególnie siniaki na kolanach i smród woźnego niechcący się zmyć z szaty. Ciężka sprawa, bardzo ciężka. Tak po prostu, bez powodu miał ochotę tego dnia na bycie niemiłym nauczycielem, jak to zwykle bywało. Zmęczenie? Może. Oczekiwał tylko momentu, kiedy będzie mógł spakować swoje rzeczy i wyjechać na zasłużony urlop świąteczny w okolice swojego miejsca zamieszkania. Zabrałby ze sobą oczywiście swojego młodszego brata, żeby go pilnować. Nie mógł przypadkowo stać się młodocianym ojcem, bo Sebastiana nie stać było na opłacanie dziecka, szczególnie, że matka ich obojgu raczej by nie zwróciła nawet uwagi na to, że została babcią.
Oczom jednak nie wierzył, gdy dostrzegł dosyć znaną mu osobę z dawnych lat, która tak samo jak on, sprzątała z nim zakamarki zamku. Oczywiście Filch często znajdował tę dwójkę razem i może tylko Sebastian był tym, który bardzo broił, to jego towarzyszce także się obrywało, dla zasady - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
- Berry? - spytał, aby się upewnić, po czym bez chwili zastanowienia, podbiegł do znajomej mu kobiety i chwycił mocno w ramiona, podnosząc przy okazji w mocnym uścisku. Dawno się widzieli, jednak słyszał o tragedii, która dosięgła tę młodą kobietę. Nie miał okazji jeszcze z nią porozmawiać. Raczej po ukończeniu szkoły ich drogi się trochę rozeszły, dlatego tym bardziej się cieszył, że ją tutaj spotkał. Nie miał pojęcia, że postanowiła zająć miejsce świętej pamięci Vincenta Rogińskyego. Dyrektor jednak dokonał właściwego wyboru. Znał Beatrice na tyle, że był niemalże pewien, że dziewczyna sobie poradzi na tej posadzie, szczególnie z miłością do Historii Magii. A gdzie można było znaleźć jeszcze większą kopalnię wiedzy, jak tutaj, w Hogwarcie. Sam podjął się pracy jako nauczyciel z prostego powodu; dostęp do niezwykle rzadkich, czasami pojedynczych egzemplarzy ksiąg był po prostu na wagę złota.
- Tak się cieszę, że cię widzę. Nie wiedziałem, że zaczęłaś tutaj pracę. Bo zaczęłaś, prawda? Jeśli nie, to zacznij - zaśmiał się, nie mogąc pohamować, ba, nawet nie zamierzał, pozytywnych emocji. Kobieta była jedną z osób, przy których nie musiał udawać wesołka. Po prostu dobrze się przy niej czuł.
Zobacz profil autora
Berenice Andriacchi
avatar
Nauczyciel
Data przyłączenia : 17/12/2015
Liczba postów : 90
Skąd : Florencja, Włochy

PisanieTemat: Re: Schody   Pią Sty 01, 2016 8:57 pm

Ukończenie szkoły rzeczywiście potrafiło pomieszać szyki. Nastoletnie obietnice, że po uzyskaniu dyplomów nic się nie zmieni siłą rzeczy przegrywały konkurencję z dorosłym życiem. Nawał obowiązków, jakie spadały na barki młodego człowieka wraz z opuszczeniem bezpiecznych, szkolnych murów zmuszały do przedłożenia własnej przyszłości ponad relacje towarzyskie... A przynajmniej mniej więcej w taki sposób prezentowało się to w przypadku Berry. Ukończenie Hogwartu pociągnęło za sobą powrót do Włoch i choć z Sebastianem - tak dla niej ważnym i tak jej bliskim - wciąż jeszcze się widywała, było to raczej od czasu do czasu, gdy trafiała się specjalna okazja. Urodziny, świętowanie nadejścia nowego roku czy jej ślub - a więc wszystko to, na co czas po prostu było trzeba znaleźć i już. Codzienność wyglądała jednak inaczej i niekoniecznie pozwalała na pielęgnowanie cennych kiedyś relacji.
Nic dziwnego więc, że Andriacchi nie zdawała sobie sprawy z bliskości przyjaciela. Dostając etat w Hogwarcie nie wiedziała, że na jednym z tutejszych korytarzy natknie się na kogoś, z kim dzieliła tak wiele wspólnych wspomnień, odrobionych prac domowych i szlabanów odpracowanych u Filcha.
- Sebastian - wykrztusiła szczerze zdumiona ledwie chwilę przed tym, gdy mężczyzna uniósł ją ponad szkolny korytarz. Obejmując przyjaciela mocno i całując słodko w oba policzki przez moment poczuła się tak, jak za dawnych lat. Kiedyś wszystko było takie łatwe! Największym dramatem było trafienie nie do tego domu, do którego by się chciało lub zapominalstwo skutkujące trollem z wypracowania. Ogromne problemy były wtedy niczym, gdy u boku miało się kogoś bliskiego, kto pozwalał się z tym uporać - chociażby tak, jak Berry pomagała Sebastianowi, a Sebastian Berry. A teraz? Teraz wszystko wyglądało inaczej i nie tak kolorowo, mimo tego zamknięta w objęciach mężczyzny na kilka chwil skutecznie o tym zapomniała.
- Przestań, puść mnie - zaprotestowała ze śmiechem, by już na stabilnym gruncie korytarza zgarnąć z twarzy wyzwolone niespodziewanie kosmyki starannie upiętych włosów. - Co ty tu robisz? Pracujesz tu?
Kilka chwil nasycając się tylko widokiem kolegi z przyjemnością zarejestrowała, że potrafi się jednak uśmiechać. Przez pewien czas nawet ona w to wątpiła, teraz jednak okazywało się, że wciąż to umie. Rzadziej to robi, ale umie.
- Zaczęłam - przyznała tymczasem chyba po raz pierwszy tak szczerze zadowolona z podjętej decyzji. Praca w Hogwarcie budziła w niej bardzo wiele wątpliwości, ale jeśli miała się wiązać nie tylko z bogatą biblioteką, ale też posiadaniem Bastiana pod ręką - Andriacchi była chyba gotowa znieść jakoś wszystkie jej minusy. - Niedawno, jakiś tydzień temu.
Westchnęła cicho i pokręciła głową z niedowierzaniem.
- A więc to tu ukrywałeś się przez tyle czasu! - Dotychczasowe, okazjonalne spotkania zawsze odbywały się w większych grupach, nic dziwnego, że aż dotąd zbrakło im czasu na zaktualizowanie posiadanych o sobie nawzajem informacji.
Zobacz profil autora
Sebastian Machiavelli
avatar
Opiekun Ravenclawu
Data przyłączenia : 22/06/2014
Liczba postów : 263
Skąd : Watykan, Rzym

PisanieTemat: Re: Schody   Pią Sty 01, 2016 10:11 pm

Beatrice i Sebastian kiedyś, w czasach szkolnych byli wręcz nierozłączni. Poznanie się w Hogwart Expresie zapoczątkowało naprawdę wyjątkową znajomość, którą śmiało można było nazwać przyjaźnią. Papużki nierozłączki przez prawie całą szkołę. W dodatku Beatrice, jako przedstawicielka domu Kruka często pomagała Sebastianowi w tym, czego nie rozumiał, bo przecież jako kujon, umiała wszystko, a Gryfon ograniczał się do tego, co go interesowało. W dodatku jako szkolny kawalarz nie miał czasu na jakąś tam naukę. Od tego miał właśnie Berry. Bardzo się więc ucieszył, kiedy się dowiedział, że znów mógł mieć ją na co dzień. Może i był świetny ze Starożytnych Run, to cała Historia Magii średnio mu do głowy potrafiła wejść. Kobieta była jego encyklopedią, z której teraz będzie mógł korzystać częściej niż z książek. Wciąż pozostawał interesownym człowiekiem, jednak mimo wszystko brakowało mu kobiety, z którą spędził tak naprawdę pół życia.
Puścił Berry, tak jak prosiła, chociaż tak naprawdę nie chciał. Dzień był na tyle podły, że jedynym, na co miał ochotę przed spotkaniem kobiety, było po prostu upicie się i zapomnienie o reszcie świata. Szczególnie, że niedługo zaczynał się Bel Zimowy, na który oczywiście nie pójdzie, bo jego obiekt westchnień zupełnie nie zwracał na niego uwagi - tak jak wcześniej wspomniano, po prostu ciężko było nawiązać jakieś „połączenie” z Ministerstwem, w którym pracowała.
- Co ja tutaj robię? Pracuję! Od roku i zgadnij co… - zaczął, uśmiechając się od ucha do ucha. W to na pewno nikt by nie uwierzył bez jakiegoś dowodu. Miał nadzieję, że Berry nie będzie chciała jakichś papierów, potwierdzając jego prawdomówność. W tej chwili nie musiał przecież kłamać.
- Jestem opiekunem Krukolandu - powiedział, wypinając dumnie pierś, chcąc się zaprezentować jak najlepiej. Skrzyżował ręce na torsie, wyszczerzając się szeroko. Nawet się nie spodziewał, że spotkanie starej przyjaciółki mogło być tak odświeżające, szczególnie, że niedawno, dwa miesiące temu stracił swojego najlepszego przyjaciela. Długo to do niego nie docierało, starał się to po prostu wyrzucić z głowy, stawał się przez to nieprzewidywalny. Berry była naprawdę bardzo miłą odmianą w tym roku.
- Cieszę się, że będziemy ze sobą pracować. Nawet nie wiesz jak bardzo mi brakowało naszych rozmów do późnych nocy na tematy ważne i te mniej ważne - powiedział to z takim entuzjazmem w głosie, jakby już zaczął planować naprawdę nieskończenie długie libacje alkoholowe, rozmawianie i wszystkim i o niczym, a także bitwy na śnieżki i dokuczanie Filchowi. No, może na to ostatnie Berry była już za stara, ale Sebastian stale był młodym duchem i nawet parafka nauczyciela nie była niczym ważnym, co mogło by go powstrzymać przed dokuczaniem tym, kogo nie lubił. Uczniom też dokuczał, szczególnie jemu ulubionemu prefektowi.
- Ukrywałem? Myślałem, że było wiadomo, gdzie teraz urzęduję. Poszedłem w ślady mojej matki. Lepiej uważaj i nie wchodź jej w drogę. Cały czas wróży ludziom ponuraki, więc … - nie skończył, przypominając sobie, że temat śmierci i ponuraków nie był dobrym podejściem, szczególnie na rozpoczęcie rozmowy z kimś, kto niedawno stracił ukochaną osobę, w której Beatrice była niezaprzeczalnie zakochana. Sebastian podrapał się tylko po głowie i chwycił kobietę za rękę.
- Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór? - spytał, chcąc szybko zmienić temat.
Zobacz profil autora
Berenice Andriacchi
avatar
Nauczyciel
Data przyłączenia : 17/12/2015
Liczba postów : 90
Skąd : Florencja, Włochy

PisanieTemat: Re: Schody   Sob Sty 02, 2016 1:45 pm

Kujonka, tak - Berry rzeczywiście nią była. Jak w pierwszej klasie wpadła w świat opasłych podręczników, tak wygrzebała się z niego dopiero w dniu otrzymania dyplomu ukończenia szkoły. To, że nie przepadła w krainie nauki zupełnie zawdzięczała zaś właśnie Sebastianowi - w ich duecie to właśnie on stał na straży dobrego samopoczucia i nieprzesadzania z obowiązkowością. Uzupełniali się doskonale, dzięki czemu siedem lat wspólnej nauki było nie tylko obowiązkiem, ale prawdziwą przygodą obfitującą we wspomnienia, które można sobie teraz przywoływać przy kominku. W całej wspólnej przeszłości brakującym ogniwem mógł być tylko niesformalizowany nigdy związek, z którego jednak nasza urocza parka zrezygnowała całkowicie świadomie, wbrew sugestiom co niektórych ich rówieśników. Jak nie ma chemii to nic z tym nie zrobisz - a w przypadku Berenice pierwsza i jedyna chemia pojawiła się dopiero w kontaktach z Theodorem. Koniec, kropka.
- Żartujesz! - Niespodziewane oświadczenie Sebastiana skutecznie wyrwało ją z rozważań na temat minionych lat młodości. Kiedyś było naprawdę przyjemnie i radośnie, nie można było jednak zapomnieć i o tym, że teraz dorośli. Każde miało już swoje życie, swoje osiągnięcia i swoje plany na kolejne lata. Kiedyś zawsze byli z tym na bieżąco - Berry wiedziała wszystko o zamiarach przyjaciela, a i on mógł w środku nocy wyrecytować, co też w najbliższym czasie ma zamiar zrobić ze sobą wtedy jeszcze Contarini - teraz jednak każda wiadomość byłaby niespodzianką. Dopóki wydarzenie nie było rangi ślubu, narodzin potomka czy problematycznego romansu, dopóty prawdopodobieństwo, że sobie o tym opowiedzieli było naprawdę bardzo nikłe.
- Chcesz mi powiedzieć, że troszczysz się teraz o tych małych, ambitnych, przyszłych karierowiczów? - zapytała z nieskrywanym rozbawieniem. Oboje wiedzieli, że przynajmniej pozornie Machiavelli wzorem człowieka sukcesu był raczej umiarkowanym, nie byłoby więc niczym dziwnym, gdyby taki wybór opiekuna komuś się nie podobał. Z drugiej strony Andriacchi była przekonana, że Krukoni nie mogli trafić lepiej. Sebastian to ten tym człowieka, który młodym czarodziejom podarowałby choćby i gwiazdkę z nieba - zakładając, że przedtem nie daliby mu powodu do zrezygnowania z takich zamiarów.
- Ja też, Bastian, naprawdę. - Westchnęła cicho i choć poprzednio sama zarządziła odstawienie jej na ziemię, tak teraz również sama przytuliła się do mężczyzny. W tej chwili taka bliskość, jego bliskość była jedyną, którą nie tylko mogła tolerować, ale wręcz potrzebować. - Tęskniłam za tobą.
A potem pojawiła się wzmianka o ponurakach. W duchu Berenice wciąż na podobne tematy reagowała nagłym wycofaniem, zabarykadowaniem się za wysokim murem i wyciem w kącie - ale tylko w duchu. Na zewnątrz nauczyła się już być bardziej opanowaną, stonowaną, spokojną. Musiała, inaczej co to by było za życie?
- Szczerze mówiąc zamierzałam wrócić do domu i pobawić się w kucharkę. - To była jedna z tych rzeczy, o których Sebastian wiedział. Gotowanie, podobnie jak malowanie, było jej pasją już w czasach szkolnych. - Może poszedłbyś ze mną? - rzuciła lekko. Nie przepadała za zapraszaniem obcych do swoich czterech kątów, ale Machiavelli nie był obcy. Tak naprawdę był kimś, kogo bardzo chętnie by nakarmiła, jednocześnie ratując się przed samotną, późnonocną kolacją. - Obiecuję nie otruć i nie zapędzać do prac wysiłkowych. - Uśmiechnęła się spoglądając z rozbawieniem na Sebastiana.
Zobacz profil autora
Sebastian Machiavelli
avatar
Opiekun Ravenclawu
Data przyłączenia : 22/06/2014
Liczba postów : 263
Skąd : Watykan, Rzym

PisanieTemat: Re: Schody   Nie Sty 03, 2016 8:40 pm

Nie spodziewał się, że ten dzień mógł się jakoś przyjemniej zakończyć. Spotkanie najbliższej osoby ze szkoły było czymś odświeżającym, sprawiającym, że na samą myśl biło mu szybciej serce. Przy Berry mógł bez problemu zachowywać się naturalnie, tak, jak kiedyś w szkole, jak rodowity Gryfon. Dorosłość sprawiła, że musiał większość swoich dobrych cech schować głęboko. Życie nauczyło go kłamać, aby dostać tego, czego pragnął. A pragnął wielu rzeczy, które zdawały się nieosiągalne dla osób prawych. Miał tylko skrytą nadzieję, że jego brat nie pójdzie w jego ślady, to byłoby przykre patrzeć na jedną z najważniejszych osób w jego życiu, które powoli staczały się na dno, jak on. Ale jednak idealnie to ukrywał. Nikt nie musiał wiedzieć, oprócz Chantal, że codziennie wieczorem, w gabinecie zapijał się w trupa i nie pamiętał większości. Już do tego przywyknął, stało się to codziennością, której nie był w stanie przeskoczyć. Nie przeszkadzało mu to jednak. Czuł się z tym świetnie. Berenice nie musiała o tym wiedzieć. Przynajmniej nie teraz, kiedy dopiero zaczynał ją odzyskiwać.
- A jestem najlepszym opiekunem pod słońcem. Kocham tych niebieskich karierowiczów - powiedział z uśmiechem na twarz, patrząc kobiecie prosto w oczy. Kłamał, jak to zwykle robił. Nigdy nie lubił dzieci, a już na pewno nie tych wrzeszczących nastolatków, którzy myśleli, że wszystkie rozumy pozjadali, że byli najlepsi ze wszystkich. Hogwart był skarbnicą wiedzy i tylko to trzymało go tutaj, a teraz jeszcze Berry. Wszystko składało się w piękną całość. Brakowało mu tylko wybranki serca, która siedziała w Ministerstwie Magii i pewnie zapomniała o jego istnieniu. Był jednak uparty, może i to właśnie jego dawna przyjaciółka pomoże mu w tej sprawie coś zdziałać.
Skrzyżował ręce na torsie i przyjrzał się kobiecie uważnie. Wyglądała mizernie, mimo, że chciała to za wszelką cenę ukryć. Nie była dobra w kłamstwie i szybko to zauważył. Poczuł wręcz, jak atmosfera na chwilę zgęstniała, gdy wspomniał o ponurakach. Nie musiała się jednak przejmować. To Sebastian był mistrzem w wykrywaniu kłamstw, przeciętny człowiek niczego by nie zauważył.
- Chętnie wpadnę do Ciebie na jakieś jedzenie. Wiem, że dobrze gotujesz i od razu na samą myśl robię się głodny - powiedział, po czym zaśmiał się, łapiąc teatralnie za brzuch, aby pokazać, jak bardzo w tej chwili chciałby coś zjeść. I faktycznie tak było. Sebastian ostatnio jadł jakieś dziwne rzeczy ugotowane przez jego matkę i zapijał alkoholem, dzięki czemu idealnie funkcjonował. Takie rzeczy się chwaliło, bo przecież był świetnym nauczycielem ze starożytnych run, którego uczennice kochały.
- To co, idziemy teraz? Czy masz jeszcze trochę pracy? Ja zamieszkałem w Hogwarcie, bo to swojego domu wpadam raz na jakiś czas. Muszę mieć oczy szeroko otwarte, w końcu jestem opiekunem, a wierz lub nie, ale uczniowie w dzisiejszych czasach to niezłe ziółka - które by zamordował gdyby tylko mógł, jednak tych słów nie wypowiedział na głos. Byłoby co najmniej niezręcznie, biorąc pod uwagę fakt, ze Berry nie zdążyła mieć swojego własnego dziecka z Theo, zanim ją zostawił, postanawiając umrzeć. Sebastian osobiście nie widział w tym problemu, w końcu mogła bez problemu jakieś zaadoptować, prawda?
Zobacz profil autora
Berenice Andriacchi
avatar
Nauczyciel
Data przyłączenia : 17/12/2015
Liczba postów : 90
Skąd : Florencja, Włochy

PisanieTemat: Re: Schody   Nie Sty 03, 2016 9:43 pm

Podobnie jak Sebastian, tak i o na nie była przygotowana na taki rozwój wypadków. Nim jednak w powyższym stwierdzeniu zaczniemy dopatrywać się jakiegokolwiek niezadowolenia postawmy sprawę jasno - drobna zmiana planów jaka związana była z nieoczekiwanym spotkaniem była tą przyjemną, którą Berenice przyjmowała z szeroko otwartymi ramionami. Co innego, gdy wszystkie zamiary rujnuje ci nadmiar pracy czy co najmniej nielubiane towarzystwo, co innego jednak, gdy za koniecznością rewizji swego grafiku stoi ktoś bardzo ci bliski i równie bardzo dawno niewidziany. A że jednocześnie była to jedna z niewielu osób potrafiących bez trudu przejrzeć maskaradę... Cóż, nie można mieć wszystkiego. Z drugiej strony - ileż można udawać? Andriacchi była w tej chwili bardzo blisko wniosku, że nic się nie stanie, jeśli raz zdejmie maskę nie tylko w samotności, ale też przy kimś. Szczególnie, że tym kimś był Machiavelli.
- Nie wątpię - zaśmiała się teraz jednak jeszcze, bo wciąż byli w Hogwarcie, w miejscu pracy, w którym nie mogła pozwolić sobie na jakąkolwiek słabość. Nawet na pustym korytarzu, bo kto wie, kto czai się za rogiem? - Jestem też przekonana, że w którymś momencie sobie któregoś adoptujesz z tej wielkiej miłości.
Adopcja, dzieci, to też temat drażliwy. Utrzymanie uśmiechu było więc trudne, wręcz bolesne. Jeśli jednak jej by się to nie udało, to komu miałoby? Berry do perfekcji opanowała udawanie, bo trzeba było w końcu jakoś żyć. I przekonać psychologa, że jest lepiej - to też było trzeba. Tak naprawdę wcale nie było, ale po co utrudniać sobie życie prawdomównością? Na jej niegdyś szczere stwierdzenia, że straciła grunt pod nogami reagowano pozornie wyrozumiałym kiwaniem głową, współczującymi uśmiechami, ale w efekcie także stwierdzeniem, że poetycko wyolbrzymia. Nie można przecież kochać kogoś tak bardzo, by w momencie jego śmierci zostać tak... pustym. Takie rzeczy się nie zdarzały, to nie było możliwe.
Było. Tylko Berenice straciła już ochotę na nieustanne tłumaczenie tego.
- Idziemy, Hogwart chyba poradzi sobie bez nas przez jeden wieczór. - Uśmiechnęła się nieznacznie tym samym przypieczętowując nową wersję planu. Z tymi słowy ruszyła też powoli we wcześniej obranym kierunku - najpierw do własnego gabinetu, by zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy, a potem do bramy, za którą mogliby się teleportować pod drzwi jej mieszkania. - A dom... W tej chwili jestem jeszcze pewna, że nie mogłabym mieszkać tutaj. Z czasem może się to zmieni, póki jednak będę mogła, póty będę dzielić życie między zamek a Londyn. Muszę. Mam taki swój azyl, kryjówkę przed światem... Och, wiesz, o co mi chodzi. Nie wiem, czy umiałabym z tego zrezygnować. - Wzruszyła lekko ramionami. Bardzo nie chciała sprawdzać, czy umiałaby całą swoją egzystencję przenieść na teren Hogwartu. W tej chwili miała nieodparte wrażenie, że gdyby musiała to zrobić, gdyby musiała niemal na stałe zamknąć się za murami zamku - że coś by wtedy straciła. A ona nie chciała tracić już nic więcej.
Tak czy inaczej po jeszcze kilku chwilach spędzonych w szkole mogli wreszcie z czystym sumieniem ją opuścić, by resztę wieczoru spędzić w środowisku mniej hałaśliwym i mniej przypominającym o czekających na nich obowiązkach.

zt x2, możesz zaczynać tutaj :)
Zobacz profil autora
Mikhail Asen
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 23/12/2015
Liczba postów : 98
Skąd : Tyrnewo Wielkie, Bułgaria.

PisanieTemat: Re: Schody   Czw Lis 24, 2016 7:46 pm

Następnego dnia widział Tanję. Pomiędzy trzecią a czwartą lekcją próbował nawet posłać jej promienny uśmiech ale coś podpowiadało mu, że to mało prawdopodobne by dziewczyna go w ogóle zanotowała. Sam był wtedy niesamowicie zmęczony, jako, że położył się spać o skandalicznie późnej porze i gdy tylko zegar z kukułką wiszący w jego dormitorium oświadczył, że pora wstawać, młodemu ślizgonowi wydawało się jakby dopiero co zamknął oczy.
Zastanawiał się, czy tamta noc zmieni cokolwiek w jego relacjach z Tanją. Miał nadzieję, że tak. Miał nadzieję, że Everett powstrzyma się już przed posyłaniem w ich stronę pogardliwych spojrzeń a nawet odpowie na jego powitania. Dużo myślał o tym co mu wtedy powiedziała i chociaż nie mieli okazji od tamtego czasu porozmawiać to Misza wciąż był nieprzejednany w twierdzeniu, że dziewczyna prędzej czy pózniej się do niego przekona.
Starał się. Znaczy, gdy tylko gryfonka była w pobliżu zmieniał się w kulturalnego i poważnego ucznia. Przestał się wygłupiać i pajacować, jednak gdy tylko znikała z pola widzenia wracał oczywiście stary i dobry Asen, oraz jego często sprośne żarty.
Nie wymyślił jeszcze co zrobić, by znów się do niej zbliżyć. Wtedy spotkali się przypadkiem w gabinecie Halla, ale mimo tego, że wędrował do Alexa od czasu do czasu już jej tam nie spotkał. Nie wiedział jak zrobić na Tanji wrażenie a nie chciał bawić się w półśrodki.
Wracał właśnie z zielarstwa, ostatniej lekcji tego dnia, a u jego boku kroczył dumnie Prior. Planowali jak zwykle najpierw najeść się porządnie, a potem przed treningiem Asena wyciągnąć nogi i nie robić nic konkretnego w sali kominkowej lub gdzieś w obserwatorium. Ślizgon zdążył już wcześniej opowiedzieć przyjacielowi o tym co ostatnio zaszło między nim a Priora koleżanką z Gryffindoru, co brunet przyjął z radością, jako, że od dawna nakłaniał Miszę by się Everett zainteresował. To co Asen cenił w przyjacielu najbardziej to fakt, że się nie wtrącał. Nie zmienił swojego nastawienia do dziewczyny, nie robił żadnych aluzji co do pamiętnego wieczoru, jednym słowem nie dawał po sobie poznać, że mocno Miszy kibicuje. Nie nakłaniał go jednocześnie do niczego i nie naciskał by ten robił coś wbrew sobie, wiedząc, że Bułgar doskonale wie co robi j skoro się nie spieszy to taki widocznie jest jego plan.
Bo tak było w istocie. Misza chciał dać Tanji czas by ta zauważyła, że chłopak nie jest wcale taki zły za jakiego go uważa. Oczywiście, że gdyby to od niego zależało już dawno zamknąłby się z nią w schowku na miotły badając wnikliwie zawartość jej stanika ale w przypadku tej dziewczyny wszystko trzeba było robić inaczej.
- To Rubin? - Z zamyślenia wyrwało go pytanie Jonathana tuż po tym jak pod nogami przebiegł im jakiś wyrośnięty szczur. Misza nie był jakimś przesadnym miłośnikiem zwierząt, samemu posiadając tylko, a jednocześnie aż jedną zwyczajną sowę. Nie miał bladego pojęcia czyje stworzenie właśnie przecięło korytarz, ale spokojnie. Prior od razu wyjawił mu tę tajemnicę. - To była chyba fretka Tanji. Musiała znów uciec z Pokoju Wspólnego.
Niewiele myśląc Asen puścił się biegiem za tym pseudo gryzoniem i gdy tylko dostrzegł ją na końcu korytarza rzucił zaklęcie unieruchamiające, które natychmiast zdjął, gdy wziął fretkę na ręce. Wrócił do Priora i z błyskiem w oku stwierdził:
- Zażądam wysokiego znaleźnego, trzymaj kciuki.
Fretka wyrywała się niemiłosiernie przez co o mały włos dwukrotnie musiałby gonić ją ponownie. Będąc w drodze do wieży miał nadzieję, że Tanja doceni jego poświęcenie i zrekompensuje mu podrapane dłonie czymś przyjemnym na przykład randką. Jednocześnie musiał przyznać, że to idealny pretekst to ponownej rozmowy. Lepsza okazja mogła się znów długo nie trafić.
Zobacz profil autora
Tanja Everett
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 255
Skąd : Walia

PisanieTemat: Re: Schody   Pią Lis 25, 2016 2:49 am

Gdyby tylko Los był na tyle łaskawy, aby pozwolić Tanji zauważyć te promienne uśmiechy Miszy na korytarzu... najwyraźniej łut szczęścia został wykorzystany poprzedniej nocy, gdyż wraz z nastaniem poranka Tanja zauważyła brak swego pupila. Początkowo się tym nie przejęła, ale nawet jeśli znikał na noc, to przychodził do niej na śniadanie. Tym razem zjadła je sama. Z każdą kolejną lekcją zaniepokojenie Gryfonki rosło, więc była myślami wiecznie gdzieś indziej. Czekała tylko na ostatni dzwonek w tym dniu, aby wreszcie poszukać niezdyscyplinowanego zwierza. Bała się, że coś mu się stało, ale liczyła na zwykłą ciekawość świata i brak poczucia czasu. Wtedy Rubin mógł być pewny, że nie dostanie nic dobrego przez tydzień!
Głównie dlatego też Tanja nie myślała zbytnio o nocnych przygodach i stosunkach z Asenem. Wystarczyło jej, że gdy już wróciła z eskapady to nie mogła zasnąć przez przeszło godzinę, dopatrując się wszelkich za i przeciw odnośnie tej relacji. Zaczynała już ją przerastać, a według niej nie wyszło to jeszcze z ram obojętności, przynajmniej z jej strony. Nadzieja Asena na pocałunek zaskoczyła Gryfonkę. Czy to aż tak daleko zaszło czy Ślizgon dobrze odgrywał swoją rolę w tym marnym przedstawieniu?
Kiedy tylko rozbrzmiał ostatni dzwonek, Tanja rzuciła się biegiem do wieży Gryffindoru by sprawdzić, czy jest tam pupil. Gorzkie rozczarowanie owładnęło jej sercem na widok pustego posłania Rubina. Odrzuciła w kąt torbę, pospiesznie zdjęła z siebie niewygodną szatę zamieniając to na jeansy i bluzę, której nawet nie dopięła, gdy już była na siódmym piętrze w poszukiwaniu fretki. Zaglądała w każdy kąt, ośmielając się nawet ruszyć przyłbicę zardzewiałej zbroi.
-Rubin? Rubin, no gdzie jesteś. –rzuciła w przestrzeń, zaglądając pod ławki na korytarzu. Kiedy podniosła się z klęczek, jej oczom ukazał się Misza. Początkowo nie miała ochoty nawet zajmować sobie głowy jego osobą, ale sekundę później dojrzała cel jego wizyty. Podbiegła do Ślizgona, nie pozwalając mu nawet dojść do słowa. Chwyciła pupila w dłonie, czując postępującą ulgę.
-Rubin! Gdzie byłeś?! Nigdy więcej tak nie rób, martwiłam się! –obruszyła się na pupila, karcąc go głośno. Fretka skuliła się na rękach swej pani, by po chwili wdrapać się na jej ramię i pyszczkiem pogłaskać ją po policzku. Na ustach Tanji pojawił się lekki uśmiech. Nie potrafiła się długo złościć na fretkę. Dopiero wtedy wzrok jej błękitnych tęczówek spoczął na Miszy. W akcie jakiegoś niezrozumiałego aktu radości przytuliła się do niego.
-Dziękuję, dziękuję! Nie wiem, co bym zrobiła, gdybyś go nie znalazł! –krzyknęła uradowana, odsuwając się od Ślizgona. Dopiero teraz zrozumiała, co właśnie zrobiła. Niepewnie zrobiła krok do tyłu i pospiesznie zapięła bluzę.
-Mmm... ogólnie to cześć. I dzięki. Serio. Po prostu dzięki. –rzuciła po chwili nieco zdenerwowanym tonem, nie wiedząc co podziać z rękami. –Co słychać? –zapytała, nie będąc pewna, z jakim podejściem do niej przyszedł Ślizgon.
Zobacz profil autora
Mikhail Asen
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 23/12/2015
Liczba postów : 98
Skąd : Tyrnewo Wielkie, Bułgaria.

PisanieTemat: Re: Schody   Pią Lis 25, 2016 6:45 pm

Trzymając w dłoniach to nieznośnie stworzenie już wiedział, dlaczego nigdy jakoś przesadnie nie ciągnęło go do zwierząt. Nie miał pojęcia co Tanja widziała w tym futrzaku bo fretka zdążyła już konkretnie podrapać dłonie panicza Asena, co i tak chłopak przyjmował z wdzięcznością. Gorzej by przecież było gdyby zaczęła go gryźć, na całe szczęście Everett chyba jako tako wychowała swojego pupila i obywało się póki co bez krwawych akcji.
Musiał przyznać, że fretka odziedziczyła charakterek po właścicielce. Z lekkim niepokojem obliczał ilość pięter dzielących go od wieży. W zasadzie nie wpadł jeszcze na to co zrobi jak już dotrze pod portret Grubej Damy. Zapuka? Będzie czekał milion lat aż spotka jakiegoś gryfona i poprosi go by zawołał Tanję? W jednej sekundzie pożałował, że jednak nie zabrał Priora ze sobą, bo jego obecność znacznie ułatwiłaby sprawę, no ale trudno. Będzie się tym głowił jak już dotrze na miejsce.
Na całe szczęście los mu sprzyjał. Już stawiając pierwsze kroki na schodach prowadzących na siódme piętro słyszał rozpaczliwe nawoływanie gryfonki. Szukała zguby która wierzgała się w Asenowych rękach i chłopak był w siódmym niebie wiedząc, że za chwile stanie się jej bohaterem.
Błyskawicznie pokonał schody i gdy wkroczył na piętro dziewczyna już żwawo zmierzała ku niemu wyrywając mu Rubina z rąk i karcąc go przy tym lekko. Słyszał ulgę w jej głosie i jakoś tak przyjemnie zrobiło mu się na sercu gdy pomyślał, że to on jest tego sprawcą. Mimo, że jeszcze przed chwilą chciał wykorzystać fakt, że w pewnym sensie jej pomógł i poświęcił dla niej skórę własnych dłoni tak teraz schował je za siebie.
Nie. Nie będzie teraz wyskakiwać z tekstami w których oznajmia jej, że w nagrodę muszą pobawić się w lekarzy, że ich szpitalem będzie schowek na miotły w którym opatrzy mu rany a potem on w zamian językiem dogłębnie zbada jej gardło. W tej samej chwili, w której o tym pomyślał dziewczyna rzuciła mu się w objęcia, żarliwie dziękując mu za odnalezienie pupila.
No, no. Tanja nawet nie wiedziała, że przez ten ułamek sekundy uczyniła Miszę najszczęśliwszym chłopakiem na tej planecie. Żałował, że ta chwila trwała tak krótko, ale zawstydzony i zmieszany wyraz twarzy dziewczyny rekompensował mu to nieprzyjemne uczucie zimna, gdy się od niego odsunęła.
- Chyba ktoś tu się czerwieni - zażartował, samemu nie będąc pewnym czy twarz dziewczyny faktycznie oblała się lekkim szkarłatem, czy to po prostu gra świateł. - Nie martw się Everett, to nic wielkiego. Chłopcy i dziewczyny czasami się przytulają. Nie trzeba się po tym aż tak denerwować.
Schował dłonie do kieszeni. Nadal nie chciał pokazywać ich Tanji, co wiązało się z tym, że najpewniej za chwilę lub dwie będzie musiał ją opuścić. Chciał przeciągnąć ten moment jak najdłużej bo a) to chyba pierwszy raz kiedy gryfonka na niego nie warczała b) to również pierwszy raz gdy wykazała na jego widok jakiś tam entuzjazm c) była zajebiście seksowna w tym pozaszkolnym stroju i tym samym urozmaicała mu wyobrażanie sobie co skrywa pod mundurkiem.
- Znalazłem go na parterze prawie pod Wielką Salą i jak tylko dowiedziałem się, że należy do ciebie to stwierdziłem, że ci go przyniosę, bo na pewno bardzo się denerwujesz - wyznał, tylko trochę mijając się z prawdą. Oczywiście, że intencje miał inne. Miał nadzieję zarobić tym gestem u dziewczyny kilka punktów. Troska w przypadku ślizgona nie wchodziła w grę, bo dopiero zdał sobie z niej sprawę gdy zobaczył jak uradowana Tanja odbiera fretkę z wyrazem ogromnej wdzięczności. Gdyby był gryfonem to pewnie jego pierwszą myślą byłoby to, że Everett musi szukać swojego zwierzątka oraz niesamowicie się o niego martwić. Asen jednak nie był taki szlachetny i patrzył na świat przez pryzmat swojego osobistego interesu. To, że nie pokazał jej swoich podrapanych dłoni świadczyło jednak o tym, że gryfonka już wywarła na nim jakiś wpływ. Może metodą małych kroczków da się Miszę wyprowadzić na ludzi?
- W zasadzie to nic nowego - odpowiedział na jej pytanie. - Poza tym oczywiście, że ciągle myślę o tym co mi ostatnio powiedziałaś. Naprawdę wolałabyś pocałować mopa niż mnie? Aż taki jestem szkaradny?
Zobacz profil autora
Tanja Everett
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 255
Skąd : Walia

PisanieTemat: Re: Schody   Sob Lis 26, 2016 2:33 am

Nie tylko Mikhail mógł mieć mieszane uczucia do posiadania zwierząt, gdy na swojej drodze spotkał Rubina. Fretka była bardzo specyficzna. Uwielbiała uciekać na całe dnie z dormitorium, wracając potem z podkulonym ogonem, gdyż jedna z sów dosadnie pokazała, co myśli o takim nachodzeniu sowiarnii. Rubin potrafił rozerwać poduszkę, aż wyleciał z niej biały puch czy wylać coś zupełnie przypadkiem na podłogę. Mimo tych pokaźnych wad, Tanja ceniła sobie pupila, bo już nie raz udowodnił, jaki z niego wierny kompan. Chociaż ciągle wieszała na Rubinie psy, nie umiała tak po prostu się go pozbyć. Zawsze ocierał puchatym ogonkiem jej łzy, gdy tylko się pojawiały. Nie dopuszczał osób, które nie chciały być widziane przez właścicielkę. Cud, nie fretka.
Tanja nie spostrzegła ran na dłoniach Miszy, zaaferowana obecnością pupila. Nadmiar emocji wyraziła poprzez nagłe rzucenie się na szyję Ślizgona, co w normalnych okolicznościach zapewne nigdy by się nie wydarzyło. Pojawienie się rumieńców nie było efektem wstydu, ale nagłego pozbycia się kontroli nad ciałem. Źle naciągnięta przez bieg bluzka, rozpięta bluza i nerwowy oddech na pewno nie pokazywały Ślizgonowi, że Tanja nadal nie jest nim zainteresowana. Wcale. Jeszcze bardziej przykleiła go do swojej osoby.
Tanja zakaszlała zdezorientowana, poprawiając w międzyczasie rozburzone włosy.
-No... tak. Chyba. -odparła, chcąc jak najszybciej zmienić temat. Gryfonka spojrzała na pupila, który zajmował szlachetne miejsce na ramieniu.
-Powinieneś podziękować Mikhailowi za dostarczenie, kto wie, czy pani Norris by Cię nie upolowała na obiad. -rzuciła do Rubina, który posłusznie skoczył z powrotem na tors Asena. Fretka pomachała długim ogonem, obiegła dookoła głowy Ślizgona i wróciła zgrabnie do Tanji.
-Wybacz za pazury, pewno odczułeś ich długość. -westchnęła, drapiąc Rubina za uchem. Nie była to komfortowa sytuacja dla Gryfonki. Za dużo się wydarzyło poprzedniego wieczora.
Dziewczyna przytaknęła słowom Miszy, że denerwowała się brakiem zwierzęcia.
Kontynuowanie rozmowy wydawało się Tanji czymś naturalnym, a nawet pożądanym, skoro dopiero co chłopak przyniósł jej zaginioną fretkę. Serce mocniej zabiło na słowa, że Asen wciąż myśli o tym, co mu powiedziała. Dopiero postawione pytanie wywołało falę ulgi w postaci głębokiego wydechu i mimowolnego uśmiechu na twarzy.
-Nie, nie w urodzie rzecz. -roześmiała się krótko. -Stałeś się przy mnie tak poważny, że nawet mop nie jest tak sztywny jak Ty. Na pewno nie chciałbyś teraz iść się trochę pościgać na miotłach, bo bałbyś się o swoją fryzurę... tak więc na razie. -rzuciła niby od niechcenia, obracając się na pięcie. Chciała sprowokować Miszę, aby zrzucił z siebie tę maskę powagi i zechciał udowodnić jej, że... wcale tak dobrze nie lata i pragnie, aby Tanja mu to uświadomiła.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Schody   

 

Schody

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Schody przed szkołą
» Kręte Schody
» Ruchome Schody
» Na zewnątrz
» Spiralne schody

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
VI piętro
-