IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Wto 06 Sty 2015, 14:30

Oczy Jolene ponownie zaświeciły jak dwie żarówki. Pogłaskała pieszczotliwie aparat. Jak tylko uda się jej zrobić im zdjęcie, pobiegnie pędem do starej klasy eliksirów, aby je wywołać. Po zamoczeniu fotografii w specjalnym płynie, zdjęcia ożywiają się. Będzie miała śliczną pamiątkę i powód do chwalenia się na prawo i lewo wśród znajomych. W końcu Francis poznał jej imię, otrzymała potwierdzenie w kartach tarota, że będą parą, a więc wszystko kroczyło prawidłowym torem.
Rozchyliła pomalowane usta w uroczym uśmiechu. Zaczarowała aparat tak, aby lewitował pod dobrym kątem. Trzy razy sprawdzała czy wszystko działa i upewniwszy się każdego detalu, czmychnęła ku stażyście. Objęła go w pasie, ponownie naruszając jego prywatność. Nie mogła się powstrzymać. Zachłysnęła się jego zapachem, czyniąc go w duchu najpiękniejszym na świecie. Pstryknęła dyskretnie palcami i przylepiona do boku mężczyzny zrobiła im fotografię. Nie jedną. Siedem pstryknięć.
- Dziękuję! Wyszedłeś pewnie jeszcze piękniej niż jesteś w rzeczywistości. - pisnęła nisko, narażając bębenki uszne na uraz przez własne decybele. Podskoczyła do aparatu szukając zdjęć. Miała maleńki problem z wyjęciem ich wszystkich ze środka. Uporała się z tym po kilku minutach z zapartym tchem oglądając przepiękny obraz jej przyszłego męża.
- Wyszliśmy... - odwróciła się do Francisa, lecz jego już tutaj nie było. Zniknął, jakby wcale go tu nie było. Puchonka rozejrzała się na boki zaskoczona szukając jego oddalającej się sylwetki.
- Mężczyźni. - szepnęła i przycisnęła do piersi wszystkie siedem zdjęć piszcząc z radości. Zapakowała swoje rzeczy do plecaka i z nieśmiertelnym bananem na twarzy pognała ku lochom, aby pochwalić się sukcesem ze wszystkimi.

[z tematu oboje]
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 29 Sty 2015, 17:41

Ostatni wieczór, który spędziła w towarzystwie Vincenta okazał się zakończyć w dość ciekawy sposób. Mroczny znak, który pojawił się nad szkołą kazał im wracać do dormitoriów, pozostawiając po sobie delikatny posmak niepewności i cichej fascynacji. Ktoś, kto odważył się zrobić coś takiego tuż pod nosem dyrektora musiał mieć naprawdę niezły tupet, ale i też odwagę. Była ciekawa co pomyślał sobie wtedy sam Dumbledore. Czuł respekt? A może był wściekły, że ktoś z popleczników Czarnego Pana wałęsał się po zimnych, kamiennych korytarzach jego szkoły. Była ciekawa czy nauczyciel Historii Magii przeżyje, a jeszcze bardziej… czym się naraził Śmierciożercom, że dorwali go w miejscu potencjalnie bezpiecznym i chronionym.
Przerażenie, jakie ogarnęło uczniów Hogwartu nie udzieliło się jednak Porunn, chociaż obawiała się o swoją siostrę. Miała nadzieję, że przez całą noc siedziała w Pokoju Wspólnym Krukonów i nawet nie myślała o tym, aby gdziekolwiek wyjść. Znając jednak swoją siostrę i jej talent do znajdywania się w miejscach niekoniecznie odpowiednich, to miała nadzieję, że tym razem postanowiła pozostać w dormitorium lub w towarzystwie koleżanek. Oczywiście wychodziła z założenia, że przy nikim nie byłaby bezpieczniejsza niż przy niej samej, jednak siła wyższa nie pozwalała Krukonom przychodzić do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Wielka szkoda. Miałaby przynajmniej na nią oko, biorąc pod uwagę fakt, że jej siostra ostatnimi czasy miała dość duże powodzenie u chłopców, czego przykładem był Dwayne Morrison. Gdzieś przypadkiem udało jej się usłyszeć, że ten mały Puchon chwalił się, że idzie na randkę z Arią. Oczywiście w to nie uwierzyła. Jej siostra i randki? Świat musiałby upaść całkiem na głowę, żeby takie rzeczy miały miejsce w tym życiu, w dodatku z Puchonem. Wychodziła z założenia, że siostra miała o wiele, wiele lepszy gust i tego się trzymała.
Jak napisała wcześniej w liście do siostry, miały się spotkać po obiedzie, w najbardziej oczywistym miejscu. Porunn od razu wiedziała, że najlepszym punktem, w którym miały się zobaczyc, będzie korytarz prowadzący do biblioteki. Wydawał się o tej porze cichy i spokojny, w końcu po obiedzie większość uczniów wychodziło na zewnątrz cieszyć się ostatnimi ciepłymi dniami, chociaż częściej już padało, niż świeciło słońce. Usiadła na parapet, oparła się o zimną ścianę, a następnie podciągnęła pod siebie nogi, aby w końcu siedzieć po turecku. Bujała się do tylko sobie znanej melodii, która grała jej w głowie, nie chcąc dać spokoju. Rozejrzała się, w poszukiwaniu Arii, a gdy ją dostrzegła, pomachała wesoło w jej stronę.
- Tutaj jestem – zawołała, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym zeskoczyła z okna i podbiegła do siostry. Chwyciła ją mocno w ramiona i przez chwilę trwała w uścisku, nie dając Arii nawet na chwilę wziąć głębszego oddechu. Przymknęła powieki, aby wziąć kilka głębszych wdechów, chłonąc delikatną, kwiatową woń Krukonki, za którą okropnie się stęskniła. Nie rozmawiały ze sobą ostatnio, co nie do końca się Porunn spodobało, jednak nie chciała się narzucać, uważając, że i jej przydałoby się trochę więcej przestrzeni.
W końcu odsunęła się od niej, wciąż jednak trzymając ją za ramiona. Spojrzała w te ciemne oczy, badając każdy szczegół jej twarzy, szukając jakichkolwiek zmian. Na szczęście wszystko było na miejscu.
- Powinnyśmy porozmawiać, prawda? – jej pytanie brzmiało bardziej jak zdanie twierdzące. Porunn jednak nie chciała przechodzić od razu do sedna, w końcu musiały porozmawiać o tylu sprawach i wyjaśnić sobie wszystko, aby na przyszłość unikać podobnych sytuacji. Automatycznie, na samą myśl o tym, przesunęła opuszkami palców po nieco bledszych śladach na policzkach, które wciąż przypominały jej o, nie do końca przyjemny, spotkaniu z Wattsem.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob 31 Sty 2015, 21:22

STOP, bo komuś się zapomniało dopisać :P

Aria była niespokojna. Martwiła się o siostrę, zbyt długo z nią nie rozmawiała, choć właściwie dobrowolnie ponownie chowała się za książkami. Tej nocy źle spała, prawie nie zmrużyła oka w oczekiwaniu na następny dzień. Musiała się upewnić, że Porunn czuje się dobrze i nic złego jej nie spotkało. Na zajęciach była tylko bierną powłoką, prawie w ogóle się nie odezwała. Wiedziała, że nie powinna się tak zachowywać, lecz wyjście poza własne granice zdawało się jej czasem niemożliwe. Szczególnie wtedy, gdy nie potrafiła sobie nagle znów z niczym poradzić, a natłok zbyt dużej ilości innych skutecznie wbijał ją w pozycję biernego obserwatora. Tak było zdecydowanie najbezpieczniej, choć gdyby w końcu udało jej się na zawsze pozbyć swojej nieznośnie spokojnej strony, może udałoby jej się nieraz przeforsować swoje zdanie. Niedawne spotkanie właściciela uroczego kociaka tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że nigdy nie będzie potrafiła normalnie się zachować…
Po obiedzie udała się na umówione miejsce spotkania, ciesząc się, że korytarz nie był zalany uczniami. Panował względny spokój, nieco mącony przez idącą zbyt szybko Krukonkę. Chciała jak najszybciej znaleźć się u boku siostry, choć niekoniecznie miała ochotę na pogawędki. Brakowało jej bliskości siostry, szczególnie teraz, gdy wokół czaił się Vincent. Nie dość, że zbyt mało czasu spędziły wspólnie w wakacje, to jeszcze teraz okazało się, że jej pasywna wrogość względem wybranka siostry była czymś więcej, niż tylko objawiającą się zazdrością. Nie dała mu powodu do podejrzeń, w końcu jej nie znał i nie potrafił odgadnąć jej myśli. Zawsze była nieśmiała, spokojna i wycofana – tylko Porunn potrafiła bezbłędnie rozszyfrować Arię.
Na twarzy Krukonki pojawił się szeroki uśmiech, gdy tylko dostrzegła drugą Fimmelównę. Przyśpieszyła kroku i wyciągnęła w jej stronę ręce, by po chwili złapać ją w ramiona. Uścisnęła ją równie mocno, przez chwilę tracąc oddech. Całe ciało automatycznie się rozluźniło, tak jak zawsze w pobliżu bliźniaczki – czuła się najbezpieczniej, wzajemnie się uzupełniały i jeżeli chodziło o Arię, nikt więcej nie był jej w takich momentach potrzebny do szczęścia. Odsunęły się od siebie, jednocześnie łapiąc swoje spojrzenia. Po chwili jednak ciemne oczy spochmurniały, a pytanie Ślizgonki(które było raczej stwierdzeniem) zawisło w powietrzu.
Co się stało? Kto ci to zrobił? – spytała, wyciągając palce w stronę policzków Porunn. Uchwyciła twarz siostry delikatnie w swoje dłonie, obracając ją przez chwilę, a w jej wnętrzu zaczęło się gotować. Zmarszczyła brwi, żądając odpowiedz. Czy to sprawka Vincenta? A może wdała się w bójkę z kimś innym? Aria chwyciła siostrę za ramiona, wbijając swoje oczy w jej jasne tęczówki, jakby chciała odczytać jej myśli. Nieważne co się stało, ale ta osoba zapłaci za to, że tknęła jej siostrę! Tym razem nawet Charming nie będzie musiał się fatygować, by wykonać wyrok… Aria już dawno powinna była zacząć osobiście zajmować się tymi wszystkimi paskudnymi osobami, które odważyły się zrobić krzywdę jej siostrze.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pon 02 Lut 2015, 17:13

Dotyk Arii był w pewnym rodzaju orzeźwieniem w upalny dzień. Ślizgonka zamknęła oczy dając sobie chwilę zapomnienia, rozluźniając mięśnie i zapominając o tym, że jeszcze niedawno miała ochotę roznieść w pył przypadkową osobę, która stanęłaby jej na drodze. Aria przypominała o tym, że było się tylko i wyłącznie człowiekiem, o całej gamie uczuć, których nie w sposób powstrzymać. Przynajmniej Porunn nie potrafiła tego zrobić. Była osobą impulsywną, działającą pod wpływem chwili, dając się ponieść emocjom, które niekoniecznie należały do tych dobrych.
Pytanie, które pierwsze wydobyło się z ust jej siostry było jak ostre uderzenie w policzek, przypominające o tym, co się stało jeszcze nie tak dawno temu. Wspomnienie Bena Wattsa na nowo obudziło w dziewczynie chęć spalenia go żywcem lub zrobienia z nim czegoś jeszcze gorszego. Zacisnęła nerwowo pięści i otworzyła oczy, aby spotkać to ciekawskie, ciemne spojrzenie siostry, oczekującej odpowiedzi. Porunn przez chwilę milczała, zastanawiając się co też mogłaby jej takiego powiedzieć, skoro wszystko, cała sytuacja z Krukonem była po prostu dziwna. Ogrom uczuć, jakie przepełniały dziewczynę było niczym w porównaniu z niesamowicie czystą, jadowitą nienawiścią, którą żywiła do Bena. Życzyła mu wszystkiego, co najgorsze, nie bojąc się konsekwencji, które mogły z tego wyniknąć. Być może Arię łączyło coś z tym chłopakiem, jednak gdy się pozbędzie problemu, to bliźniaczka znów będzie tylko i wyłącznie jej. Plan idealny, który rokował naprawdę dobrze.
- Powiedzmy, że miałam mały zatarg z Benem Wattsem przy Gadającym Gobelinie – zaczęła, starając się jak najlepiej wyważyć wszystkie swoje słowa, aby nie brzmiały one ani głupio, ani źle. Jeśli faktycznie coś łączyło Arię z Benem, to zapewne dziewczyna będzie chciała go w jakiś sposób obronić czy usprawiedliwić, a to zdecydowanie nie przypadłoby Porunn do gustu. Westchnęła cicho, kładąc dłonie na ramionach siostry, zaciskając na nich palce, aby wzmocnić tym samym uścisk.
- Chciałam porozmawiać z nim na twój temat. Plotki dotarły też do mnie, że spędził z tobą trochę czasu w przedziale podczas podróży Hogwart Expressem – powiedziała, przechylając głowę lekko w bok, nie zaprzestając kontaktu wzrokowego z Arią nawet na chwilę. Błękitne ślepia świdrowały delikatną, kruchą posturę siostry uważnie a ich intensywność spojrzenia niemalże wwiercały się z siłą w ciało. Mimowolnie mocniej wbiła palce w ramię Krukonki, nieświadomie zadając jej tym ból. Dopiero po chwili odsunęła się jak oparzona i schowała dłonie za siebie. Zazdrość, jaka ją przepełniła była niebezpieczna dla innych, którzy przebywali w jej otoczeniu. Nawet nie była świadoma tego, że siostra była dla niej aż tak ważna.
- Pomyślałam, że dobrze będzie go o to zapytać. Nie chciał mi nic powiedzieć, więc się zdenerwowałam i… - tu na chwilę zamilkła, bijąc się z myślami, czy aby na pewno chciała powiedzieć Arii wszystko. Porunn zdawała sobie sprawę z tego, że nie do końca jej słowa, skierowane do Wattsa, przypadną do gustu dziewczynie. Jednak znała Porunn na tyle, że powinna wiedzieć, że cos takiego się zdarzało, szczególnie jeśli chodziło o Ślizgonkę.
- Nazwałam źle jego wujostwo, wściekł się i złapał mnie mocno za policzki. Też byłam na niego zła, ale nic mu nie zrobiłam, bo przyszła ta przeklęta harpia Lacorix i wszystko popsuła – warknęła nagle, nie mogąc się powstrzymać od złości, która niemalże telepała nią od środka. Wzięła głęboki wdech, po czym podeszła do ściany, aby się o nią oprzeć i spojrzeć w sufit. Przynajmniej była szczera, jednak nikt jej nie wmówi, że Watts na to nie zasługiwał.
- Wiesz co mi powiedział? - zagadnęła nagle, jednak nie spojrzała już na Arię, wbijając wciąż spojrzenie w wysokie sklepienie korytarza. - Że nie dziwi go, że wolisz rozmawiać z nim o swoich problemach, niż ze mną.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 04 Lut 2015, 00:38

Porunn musiała powrócić wspomnieniami do wydarzenia, które pozostawiło po sobie ślady na policzkach. Choć przez nieznośną chwilę milczała, Aria zdołała wyczytać z jej oczu przepełniające ją negatywne emocje. Krukonka zacisnęła zęby, czując wzrastające napięcie i niepokój. Słowa siostry wybiły ją z równowagi, zachwiały na chwilę pewność siebie. Czy dobrze usłyszała? Ciemne oczy rozszerzyły się na chwilę, gdy ich właścicielka próbowała przyjąć do wiadomości tę dziwną informację.
- Ben ci to zrobił? – spytała, nie próbując nawet ukryć zdziwienia. Przekręciła lekko głowę w bok, gdy Ślizgonka położyła dłonie na jej ramionach i niemalże zaczęła wbijać w nie swoje palce. Miała wrażenie, że nagle musiała utrzymać dodatkowy ciężar. Zawsze, gdy rozmawiała z Benem, chłopak wydawał się być bardzo miły i przyjazny. Nie zrobił krzywdy Porunn, gdy niesłusznie potraktowała go butelką w głowę, dlaczego teraz miałby coś takiego zrobić?
- Chciałaś z nim porozmawiać na mój temat? – powtórzyła głucho, próbując poukładać wszystko w jedną całość. Nie chciała nawet wiedzieć jakie plotki do niej dotarły, przecież tylko rozmawiali! A to chyba nie było zabronione, prawda? Aria tylko przez krótką chwilę łudziła się, że siostra nigdy nie dowie się o tej rozmowie, co oczywiście było niemożliwe. Nie mogła pojąć, dlaczego Porunn nie przyszła do niej i jej samej o to nie zapytała. Czyżby się bała, że mogłaby ją okłamać?
- Rozmawialiśmy, to prawda. Dlaczego poszłaś do niego, a nie do mnie? – spytała z lekkim wyrzutem w głosie, jakby już sam fakt sprawił jej ból. – To nie tajemnica, wiesz, że pomaga mi czasem w nauce… – dodała pośpiesznie, choć nie było to głównym tematem ich dyskusji. Porunn nie musiała tego jednak wiedzieć, Aria domyślała się, jakby się to mogło skończyć… Nie chciała dawać siostrze powodów, by ta mogła się na nią obrazić, nie teraz, kiedy była z Vincentem. Bałaby się, że zupełnie straciłaby ją z oczu, choć chyba i tak zaczęły się od siebie oddalać, skoro zdarzyła jej się chwila słabości i zwierzyła się komuś innemu. I to nie byle komu! Musiał to być oczywiście Ben, chłopak, który początkowo wzbudzał zainteresowanie jej siostry, po czym stał się dziwnym obiektem nienawiści. Ale co mogła na to poradzić? Powinna wstydzić się swojego zachowania, jednak nie odczuwała nic podobnego. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie o wszystkim mogła rozmawiać z Porunn, co niezwykle jej doskwierało. Zawsze mówiły sobie wszystko, czy nie mogło pozostać tak na zawsze? Po co tajemnice, półprawdy i kłamstwa…
Wysłuchała w spokoju reszty słów, dopiero z opóźnieniem czując delikatny ból na ramionach, gdy palce Porunn już dawno zniknęły z tego miejsca. Wydawało jej się, że Ben nie da się tak łatwo wyprowadzić z równowagi, gdy z nim rozmawiała był niemalże oazą spokoju. Była zła, że zranił jej siostrę, choć dziwnym trafem automatycznie zaczęła tłumaczyć sobie jego zachowanie. Znała Porunn, Ślizgonka potrafiła jak nikt inny ranić, nawet Aria czasem nie była bezpieczna przed jej słowami, choć zdarzało się to bardzo rzadko i szybko zostawało wybaczone. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co dokładnie powiedziała… Wściekłość Porunn powoli przelewała się na Arię, choć dziewczyna nie była tego nawet w pełni świadoma.
- Porunn… Nie tłumaczę go, źle zrobił, że cię tknął – zaczęła, splatając ze sobą dłonie, które nagle zaczęły drżeć. Już miała otworzyć usta, by dodać „ale”, lecz tego nie zrobiła. Wypuściła tylko całe powietrze z płuc, gdy dotarły do niej kolejne zdanie, które zupełnie ją rozwścieczyło.
- Tak ci powiedział? – na twarzy dziewczyny odmalowywało się zakłopotanie i… strach? Czuła jak jej serce zaczyna przyśpieszać, gdy nagle kilka różnych emocji zaczęło walczyć o dominację. Nie wiedziała, co powiedzieć… Jeżeli przytaknie, będzie źle. Jeżeli tego nie zrobi, będzie źle – dla Bena. Nie było tu dobrego wyjścia.


Ostatnio zmieniony przez Aria Fimmel dnia Pią 06 Lut 2015, 18:22, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro 04 Lut 2015, 20:28

Porunn mocno przywiązywała wagę do tego, co należało do niej. Ceniła sobie swoją własność i nie lubiła, kiedy ktoś kładł na niej swoje dłonie. Nic więc dziwnego, że nie potrafiła zaakceptować faktu, że ktoś inny starał się o względy Krukonki. Szczególnie taki Ben Watts, który zdawał się rościć sobie jeszcze większe prawa do dziewczyny, niż mógł. To śmieszne, że przeszło mu nawet przez myśl, że mógł się zbliżyć do jej siostry. Wiedziała, że Aria była cenną osobą, którą interesowało się mnóstwo ludzi. W końcu była ładna, miła, pomocna. Zdawała się być zupełnie oderwana od rzeczywistości. Tacy ludzie nie istnieli, a jednak jej siostra stała tuż przed nią. Była uroczą, młodą istotą pełną marzeń i dobroci, mnóstwa cech których nie jeden dorosły człowiek by zazdrościł. Porunn miała wrażenie, że z każdą chwilą traciła bliźniaczkę, jakby niewidzialne dłonie pazernych istot po prostu ją wyrywały i przywłaszczały. Nie mogła na to pozwolić w żadnym wypadku. To, co było jej, musiało takie pozostać.
Ślizgonka była zupełnie inna, a bliźniaczka przypominała jej o osobie, którą nigdy w życiu nie byłoby dane jej być. Zdawała sobie sprawę z tego znakomicie i nie próbowała oszukać własnej natury. Były jak ogień i woda, czego niestety nie dało się w żaden sposób zmienić.
Dziewczyna podniosła błękitne ślepia na Kurkonkę, przez chwilę obserwując ją w milczeniu. Widziała jej zakłopotanie wymalowane na twarzy. Zaskoczenie połączone z chęcią wycofania, może trochę też ze wstydem. Nie musiała udawać, żeby Porunn dostrzegła, że coś było nie tak, jednak postanowiła wypytać siostrę o wszystko, nie bacząc na przeszkody i konsekwencje. Chciała, żeby Aria była z nią szczera i odpowiedziała jej na pytania, które miała dla niej przygotowana. Musiały poważnie porozmawiać, bez owijania w bawełnę. Już na pierwszy rzut oka Ślizgonka widziała, że bliźniaczkę coś gryzie, jakby się bała poruszyć pewną sferę, aby przypadkiem nic nie zwaliło jej się na głowę.
- Tak, zrobił mi to Watts, ale miał swoje powody najwidoczniej. W końcu powiedziałam prawdę o jego rodzinie, a nikt nie potrafi jej przyjąć ze spokojem. Ludzie wolą otaczać się kłamstwami, tak jest lepiej i wygodniej – powiedziała Porunn, nie owijając w bawełnę. Wcale nie kryła się z tym, że sprowokowała Krukona do takiego postępowania. Nie miała czego jednak żałować, a na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmieszek, mówiący, że gdyby mogła, to jeszcze raz by to zrobiła. Chciała widzieć wściekłość w tych jasnych oczach i twarz wykrzywiającą się stopniowo w furii. Napięte mięśnie. Chciała doprowadzić go do takiego stanu, w którym zwolniłby hamulce, dzięki czemu byłaby świadkiem narodzin kolejnego potwora. Kusząca propozycja! Miała jednak inne plany względem niego. Powoli, wszystko w swoim czasie.
Spojrzała uważnie na siostrę, starając się odgadnąć jej wyraz twarzy. Czyżby usłyszała w jej głosie wyrzut? Nie wiedziała jak zinterpretować ten fakt, który w żadnym przypadku jej się nie spodobał. Zmarszczyła brwi, nie spuszczając z Arii błękitnego spojrzenia, przeszywającego ją niemalże na wylot.
- Wpadłam na niego, więc postanowiłam wykorzystać moment i zapytałam. Nie wydawał się skory do rozmowy. Resztę już znasz – odpowiedziała, odbijając się lekko od ściany. Podeszła do Arii i objęła ją mocno ramieniem w pasie, przyciągając tym samym do siebie. W tym momencie można było dostrzec różnicę w ich wzroście i posturze. W każdym calu były inne, a mimo wszystko wciąż pozostawały bliźniaczkami. Gdyby ich nie znano, nie powiązałby ich węzłami rodzinnymi. Nic się nie zgadzało.
- Oh, przecież nie ma wytłumaczenia tego, że mnie tknął. I tak powiedział dokładnie to. Nie podoba mi się, że rości sobie prawa do Ciebie – wycedziła przez zęby, ujmując brodę Arii w palce, aby nakierować jej spojrzenie prosto na siebie. Zmarszczyła brwi i gdyby spotkały się dokładnie tego dnia… nie miała pojęcia jak mogłoby się to skończyć. W tej chwili starała się być opanowana, w miarę możliwości. Ciemne, nieco przestraszone spojrzenie jej siostry było dla niej czymś w rodzaju ostoi i ukojenia. Pomagało jej się wyciszyć, żeby jeszcze bardziej jej nie przerazić. Nie chciała, żeby Aria widziała w niej potwora, którym faktycznie w pewnych chwilach była.
- Zrobił coś, za co się płaci i wierz mi, oddałabym mu z nawiązką, gdyby tylko nie zjawiła się jego odsiecz. W ogóle słyszałaś, że się Lacroix ma ku Wattsowi? Poszli ze sobą razem do łazienki i nie chcę wiedzieć co tam robili – wzdrygnęła się na samą myśl o Gryfonce i przewróciła oczami. Denerwował ją tylko fakt, że jeszcze nie tak dawno była z O’Connorem. Najwidoczniej szybko się nim znudziła, czego Porunn nie potrafiła zrozumieć. Miała tylko nadzieję, że Cu nie chodzi teraz ze złamanym sercem, w końcu ona sama nie za bardzo potrafiła pocieszać. Swoją drogą z nim też powinna porozmawiać, może jej siostra go gdzieś ostatnio widziała? Warto byłoby ją później o to spytać.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 06 Lut 2015, 20:32

Porunn miała rację – o wiele wygodniej było otaczać się kłamstwami i unikać prawdy. Szczególnie, jeżeli zrobiło się coś złego i chciało się to za wszelką cenę ukryć. Aria nigdy nie chciała mieć przed siostrą sekretów, była chyba jedyną osobą w jej życiu, której mówiła wszystko, nigdy nie żałując swoich decyzji. Ich ostatnia kłótnia jednak coś zniszczyła, a Krukonka nie była już taka pewna, czy powinna mówić Porunn wszystko. Najgorsze było to, że gdyby nie miała chwili słabości, nie byłaby teraz postawiona w takiej sytuacji. Co mogła jej powiedzieć? Rozmawiałam o tobie i o Vincencie z kimś innym, bo się bałam, że nie będziesz chciała tego słuchać? I to na dodatek z kimś, kto kiedyś wpadł Ślizgonce w oko… Przecież bliźniaczka rozszarpałaby Bena, uznając, że to wszystko jego wina, a zaufanie do Arii zostałoby roztrzaskane na drobne kawałki.
- Dlaczego to zrobiłaś? – spytała, nie chcąc zbytnio brać niczyjej strony, nie znając dokładnie wszystkich faktów. Była zła na Bena, nigdy nie powinien był podnosić ręki na jej siostrę. Z drugiej zaś strony przerażało ją zadowolenie siostry z tego, co zrobiła. Sprowokowała go, celowo uderzając tam, gdzie najbardziej boli – jak inaczej wytłumaczyć brak zahamowania Krukona? Nie chciała go tłumaczyć, nie mogła. Porunn była dla niej najważniejsza, nie chciała, by ktokolwiek ją ranił, jednak co mogła zrobić, gdy siostra sama prowokowała i narażała się na niebezpieczeństwo?
Mimowolnie śledząc ruchy siostry, początkowo myślała, że ta chce ją ponownie przytulić. Aria nie oponowała, jednak gdy jej głowa została uniesiona wyżej poczuła się raczej jak na jakimś przesłuchaniu. Wiedziała, że nic jej nie grozi, dlaczego narastał więc w niej niepokój?
- Przecież nie rości sobie do mnie prawa… Nie jestem przedmiotem, ani niczyją własnością i nigdy nie będę – powiedziała, skupiając się na jasnych oczach siostry. Złowrogi ton głosu i niemalże wysyczane słowa wcale nie dodawały jej uroku, czy zawsze tak się zachowywała? Była zazdrosna i zaborcza, ale czy Aria nie była dokładnie taka sama? Bała się, że ktoś może stanąć między nie, ale nigdy nie chciałaby ograniczać siostry, dlatego też łatwiej było jej się zwierzyć Benowi, skoro sam wyciągnął do niej pomocną dłoń. Nie powinna była tego robić, ale nie mogła też cofnąć czasu… lecz czy postąpiłaby inaczej? Ze słów siostry wynikało, że Watts nie powiedział jej, o czym tak naprawdę rozmawiali, nie miała się więc czego bać…
- Nic się nie stało, przecież wiesz – uśmiechnęła się delikatnie, oplatając siostrę rękami. Chciała złagodzić jej złość, uspokoić ją. – Nie rozmawialiśmy o niczym ważnym, naprawdę. Musiałam się tylko upewnić, że znajdzie dla mnie trochę czasu w tym roku, w końcu jest teraz prefektem. A wiesz, że dużo mi pomógł, nie boję się nawet sama do niego podejść – być może jej słowa zabrzmiały dziwnie, jednak starała się jak mogła. Naginała trochę prawdę, ale Porunn nie musiała tego wiedzieć… Czuła się źle, okłamując siostrę, w tej chwili nie widziała innego wyjścia z tej pokręconej sytuacji. Nie chciała zaostrzać konfliktu, a gdyby się przyznała, nic dobrego by z tego nie wyszło.
- Nic nie wiem o tym, ale przecież to nie nasza sprawa… – dodała pospiesznie, gdy siostra wspomniała o Benie i Aristos. Nie wiedziała, czemu miała służyć ta informacja, ale na jej twarzy wykwitły delikatne rumieńce. Pokręciła głową, nie chcąc się tym zajmować. Wystarczyło już, że rozmawiały o jednej, przez bliźniaczkę znienawidzonej osobie. Po co dokładać drugą i nakręcać falę nienawiści?
- Porunn, proszę, nie rób nic głupiego. Co zrobię, jak zabijesz mojego korepetytora? – spytała, a jej ciemne oczy były wlepione w Porunn jak w najpiękniejszy obrazek. Wiedziała, że to spojrzenie działa cuda, czy uda się i tym razem?
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pon 09 Lut 2015, 23:59

Dlaczego to zrobiła? Porunn miała różne motywy swojego działania, które nie zawsze były wyjaśnione. Nie potrafiła na wiele rzeczy sobie odpowiedzieć, gdyż impulsywność skłaniała ja do takiego zachowania, którego później powinna żałować. Problem jednak leżał w samej dziewczynie, kiedy to ani trochę nie odczuwała poczucia winy i nie miała zamiaru nic z tym fantem zrobić. Taka już była, jednak przy Arii potrafiła się pohamować. Starała się ubierać zdania w jak najlepsze słowa, aby tym razem niczego nie żałować. Ostatnio nie panowała nad sobą, czego nie mogła sobie wybaczyć. Gdyby nie chodziło o jej siostrę, a o zupełnie inną, przypadkową osobę, to raczej nie miałaby skrupułów, mówiąc co jej ślina na język przyniesie. Tutaj tak nie było, ale to dobrze. Panowała jakaś stabilność, która zmuszała Porunn do pohamowania temperamentu.
- Zdenerwował mnie, chyba powinno wystarczyć za wyjaśnienie, prawda? – odpowiedziała na trochę jej zdaniem głupie pytanie. Westchnęła, odgarniając włosy z twarzy, które bez przerwy leciały jej do oczu, tym samym potwornie irytując. Zmrużyła błękitne oczy, mierząc Arię uważnym spojrzeniem, aby w końcu wzruszyć ramionami i wyszczerzyć się szeroko, jakby rozmawiały co najmniej o pogodzie. Położyła dłoń na głowie swojej siostry i wzięła głęboki wdech, obserwując ją uważnie. Za bardzo się zamartwiała i przejmowała, próbując usprawiedliwić wszystkich w swojej małej główce. Zbyt dobrze znała Arię, aby tego nie zauważyć. Westchnęła cicho.
- Nie jesteś, nie jesteś – powiedziała, kręcąc krótko głową. Nie miała zamiaru podejmować tego tematu, który nie był głównym motywem tego spotkania. To, co było pewne i nie podlegało dyskusji, nie powinno być od nowa poruszane. Aria być może nie zdawała sobie do końca sprawy z obsesji, jaką żywiła do niej jej własna siostra, jednak małymi kroczkami powinna w końcu zrozumieć, że z nikim nie będzie jej tak dobrze, jak u boku Ślizgonki.
Porunn mruknęła z zadowoleniem, kiedy Aria objęła ją ramionami, odwzajemniając tym samym uścisk. Przysunęła twarz do jej, aby złożyć delikatny pocałunek na śnieżnobiałej skórze. Pachniała kwiatowo, jak zwykle idealnie wszystko się komponowało i tworzyło jedna całość. Schowała twarz w zagłębieniu obojczyka Arii i wzięła głęboki wdech, głaszcząc ją odruchowo po plecach.
- Wiesz o tym, że nie lubię, kiedy ktoś jest przy tobie zbyt blisko. Szczególnie ktoś, kogo nie darzę zaufaniem. Jesteś zbyt cenna, żeby ktokolwiek mógł na ciebie patrzeć dłużej, niż powinien. Wierz mi, że gdybym mogła sprzeciwić się decyzji ojca, to nawet Gilgamesh nie miałby możliwości sięgnąć swoimi łapami po ciebie – wymamrotała, upajając się chwilą, kiedy znów mogła być blisko Arii, przy okazji bez zbędnych gapiów, którzy tylko potrafili zniszczyć tę cudowną chwilę, w której dochodziło do pojednania. Miała taką nadzieję, że właśnie tak się to spotkanie skończy.
- Nie chcę, żebyś kręciła się koło Wattsa. Wiesz, że go nie lubię i nie może bezcześcić twojej osoby swoim towarzystwem. Nie jest odpowiedni. W dodatku może zrobić ci krzywdę, skoro nie zawahał się zrobić takowej mi – mruknęła, po czym podniosła swoje błękitne ślepia na twarz Arii, posyłając jej lekki uśmiech, niewinny i zupełnie nic nie sugerujący. Chociaż od razu można było rozpoznać w głosie Porunn pewną groźbę. Aria musiała się do tego zastosować, jeśli nie chciała, żeby stało się coś niepożądanego. Jednak uśmiech nie znikał jej z twarzy, jakby był do niej przylepiony. Wyszczerz i zachłannie spoglądające na siostrę oczy w pewnym momencie zaczynały przytłaczać, wprawiać w zakłopotanie.
Wzruszyła ramionami na wymijającą odpowiedź Arii, dotyczącą Bena i Aristos, po czym odsunęła się od Kurkonki, chwytając ją za rękę, niewerbalnie nawołując ją do ruszenia się z miejsca. Jeszcze zapuszczą tutaj korzenie, albo ktoś będzie je podsłuchiwał, a tego zdecydowanie chciała uniknąć. Nie potrzebni byli jej kolejni kandydaci to połamania im kości.
- Znajdę ci nowego. To nie takie trudne. Mnóstwo mądrych uczniów jest w szkole i kujonów – powiedziała beztrosko, wzruszając ramionami. Cóż to niby był za problem znaleźć jakiegoś frajera, który za paczkę czekoladek był w stanie napisać wypracowanie na sześć stóp i jeszcze się cieszyć, że zrobił dobry uczynek? Takich idiotów było w Hogwarcie na pęczki. Watts Arii nie był do niczego potrzebny.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 12 Lut 2015, 21:28

Porunn nie miała zamiaru wyjawiać siostrze szczegółów jej spotkania, a Aria postanowiła nie drążyć tego tematu. Wyjaśnienie okazało się wcale nim nie być, a argument o złości nie wydawał się Krukonce wystarczający. Od dawna próbowała nauczyć siostrę odpowiedniego zachowania i tego, że nie powinna działać impulsywnie, pod wpływem emocji. Wtedy popełniało się największe błędy, a nie kontrolując swoich odruchów można było wyrządzić niesamowite szkody. Z przerażeniem stwierdziła, że jej starania przynosiły marne skutki, a ona sama czasami przejmowała cechy, które próbowała wytępić u Porunn. Na chwilę między dwójką stojących naprzeciwko siebie dziewczyn zapadła cisza. Aria przyglądała się siostrze, gdy ta nieudolnie próbowała okiełznać wpadające do oczu pasma ciemnych włosów. Sama nawet wyciągnęła rękę, by delikatnym ruchem odgarnąć je bliźniaczce z twarzy, nie spuszczając z niej oczu.
Wiedziała, że siostra próbuje ją zbyć, a temat najwidoczniej ją drażnił. Uśmiech na jej twarzy mógł sugerować coś innego, Aria jednak znała ją na wylot, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nie wiedziała co tak naprawdę bliźniaczka przed nią ukrywa, czego jej nie mówi. Czy mogła mieć jej to za złe? Sama w tej chwili próbowała jak najłagodniej dobierać słowa, choć spoglądając na siniaki na twarzy Porunn, ciągle narastał w niej gniew.
Westchnęła cicho, chłonąc bliskość drugiego człowieka. Tylko przy siostrze czuła się na tyle swobodnie, by całkowicie oddać się chwili i nie martwić się strachem. Wzmocniła na chwilę swój uścisk, opierając głowę o ramię siostry. Nie czuła przy niej zagrożenia, ani chęci ucieczki – jej bliskość była dla Arii niczym oddychanie, czymś naturalnym, bez czego człowiek nie potrafił żyć. Wszystko inne nie było ważne, świat mógł rozpadać się na kawałki, jeżeli tylko nikt nie odbierze jej Porunn.
- Wiem, wiem… – mruknęła we włosy siostry, zamykając oczy. Sama najchętniej rzuciłaby w tej chwili wszystko i wszystkich, byle tylko na zawsze móc być z siostrą. Nie lubiła, gdy ktokolwiek wpychał się między nie, choć była zdecydowanie mniej zaborcza i zazdrosna od Ślizgonki. Miała za złe ojcu zaręczyny, a na Vincenta również nie mogła więcej patrzeć łaskawym okiem. A może już od samego początku tak było? Nie tylko od teraz, gdy dowiedziała się, że jest niebezpieczny. Nie chciała, żeby Porunn była blisko niego. Najchętniej po prostu zmiotłaby go z powierzchni ziemi, co też zrobi, gdyby postanowił zrobić coś głupiego. Nikomu nie odda siostry. Bała się, że Pride może jej namącić w głowie i przeciągnąć na swoją stronę. Zachowywał się zbyt idealnie i wzorowo, a na jego niekorzyść działał fakt, że Aria zupełnie go nie znała. Nawet nie chciała go poznać. Z drugiej strony siostra nigdy nie wspomniała jej o niczym podejrzanym, ani o tym, że zrobił jej krzywdę. Miała mętlik w głowie – Vincenta uważała za czarny charakter, który jednak musiał dobrze traktować jej siostrę, prawda? Ben był zawsze tym dobrym, ale skrzywdził Porunn. Wszystko było nie tak. Cieszyła się, że chłopak Ślizgonki dobrze ją traktował, w pewien sposób musieli się rozumieć… Czy mogła być jednak tego pewna?
Zastanawiała się, czy ojciec ugiąłby się, gdyby bliźniaczka bardziej próbowała z nim rozmawiać na temat Gilgamesha. Aria wiedziała, że sama nie miałaby nigdy szans na sprzeciwienie się, ale Porunn? Zawsze potrafiła dojść z ojcem do porozumienia, a ten miał na nią zły wpływ… Bo któżby inny? Ich matka była dobra. Miała do niego żal… Nie chciała jednak myśleć teraz o Gilgameshu, ani o ojcu.
- Porunn, teraz już przesadzasz. Czy ty słyszysz, co mówisz? – zaśmiała się cicho, odsuwając się nieznacznie, by spojrzeć jej znów w twarz. Najwidoczniej mówiła całkiem poważnie, a Aria wyczuła nutkę groźby, czającą się w wypowiedzianych słowach. – Przecież to niemożliwe. Poza tym nie będę uciekać, a krzywdy mi na pewno nie zrobi – dodała z przekonaniem, choć wiedziała, że zapewne taka odpowiedź nie przypadnie Porunn do gustu.
Nie musisz się o mnie martwić. Najwyżej napuszczę na niego Charminga, na pewno się ucieszy z nowej ofiary – powiedziała, wytrzymując ciężar intensywnego spojrzenia błękitnych tęczówek. Nadal próbowała ją rozbawić, z marnym skutkiem. Gdy Porunn próbowała się odsunąć, przez chwilę specjalnie nie wypuszczała jej z objęć. W końcu jednak dała jej się odsunąć, nie protestując, kiedy siostra złapała ją za rękę. Automatycznie ruszyła za nią, splatając palce ich dłoni ze sobą.
- Nie chcę, żebyś szukała nikogo nowego. Poradzę sobie, naprawdę – rzuciła krótko, nie wdając się w zbędne dyskusje. – Opowiedz mi lepiej co mnie ominęło? Długo nie miałyśmy okazji porozmawiać… – dodała, chcąc zmienić temat, na mniej drażliwy dla Ślizgonki. Pytanie nie wskazywało na nic konkretnego, dając tym samym siostrze pole do popisu.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią 13 Lut 2015, 22:35

Porunn nie chciała, żeby Aria poczuła się zagrożona czy też niepewnie. Najważniejszy był dla niej komfort psychiczny siostry, przez co nie miała zamiaru na nią naciskać zbyt mocno. Czasami jednak dochodziło do tego, że używała słów, których później niezwykle żałowała. Nawet teraz, mimo iż się starała, miała wrażenie, że wyszło jak wyszło. Narzucała jej swoją wolę i nie potrafiła za nic w świecie się tego wyzbyć, a zdawała sobie sprawę z tego, że Aria już nie była dzieckiem bez swojego zdania. Nie lubiła tej ciszy która zapadła. Była gęsta i uciążliwa, Porunn miała wrażenie, że z pewnym trudem zaczęła oddychać. Jej mięśnie lekko się napięły, a ciało zesztywniało. Cicho westchnęła i przymknęła oczy, gdy Aria zdecydowała się sama odgarnąć jej niesforne kosmyki włosów z twarzy. Zawsze była delikatna, a jej dotyk był jak muśnięcie płatków róży, delikatne, pozostawiające po sobie niezwykłą pieszczotę i zapach. Miała już się odezwać, kiedy Aria przytuliła się do niej mocniej, aż zaparło jej dech w piersiach. Przygryzła wargę, mocniej zaciskając kurczowo dłoń na połach szaty dziewczyny, jakby ta miała zaraz zniknąć. Nie zniknie, Porunn na to nigdy, przenigdy by nie pozwoliła. Była dla niej najważniejszą osobą w życiu, a jednak wciąż ją zawodziła. Nie potrafiła się nawet przyznać do tego, ile złych rzeczy zrobiła, wiedząc, że przez to zdecydowanie straciłaby siostrę. Jej zaufanie. Nawet nie mogła znieść myśli, że ten blask radości w tych ciemnych, brązowych oczach, gdy na siebie patrzyły, by zniknął dając miejsce niczemu innemu niż strachowi. Nie miała wątpliwości, że gdyby Aria się dowiedziała o wszystkim, co Porunn zrobiła i planowała zrobić, zdecydowanie by się od niej odsunęła,  a na to nie mogła pozwolić. Gorzej było z tym, że nie mogła nic innego zrobić, jak dalej ją okłamywać, gdyż jej prawdziwa natura nie pozwalała stać się wojownikiem o sprawiedliwość, jakim Aria chciała żeby była. To było zbyt trudne, niemalże przeczące jej charakterowi. Zbyt wiele złych rzeczy zrobiła. W dodatku wdała się w dziwny związek z człowiekiem, który nie tylko ją fascynował i pociągał, ale przede wszystkim przerażał. Vincent był osobą, która skutecznie namąciła jej w głowie, zdawała sobie też sprawę, że do całkowitego uzależnienia od niego powstrzymywała ją właśnie tylko i wyłącznie siostra. To Aria stała u niej na pierwszym miejscu, nie chciała tego w żadnym wypadku zmieniać, jednak domyślała się do czego był zdolny Ślizgon. Nie chciała, żeby Aria znalazła się w niebezpieczeństwie.
Roześmiała się, gdy siostra powiedziała o napuszczaniu swojej sowy na Wattsa. Przypadł jej do gustu ten pomysł niesamowicie. W końcu sowy były drapieżnikami i gdyby trochę przekupić je smakołykami, byłyby zdolne zrobić dosłownie wszystko, nawet większą krzywdę w postaci niezliczonych ran i blizn. Mimo niesamowitej niechęci do niego, to musiała przyznać, że wizja jego ciała we krwi wydawała się naprawdę… kusząca, pociągająca.
- Jeśli masz taki zamiar, to ja muszę wypiłować szpony Charminga, żeby Ben dostał od niego niezwykle boleśnie. Niespodziankę też musi mu zostawić, co powiesz na wydłubanie mu oczu i danie ich w prezencie ciotce Ingrid? Chyba by się jej to spodobało, zawsze była dziwna – powiedziała, nie mogąc się pohamować. Zbyt późno ugryzła się w język. Miała tylko nadzieję, że siostra weźmie to za przedni żart i jej zawtóruje. Przy Vincencie mogła mówić takie rzeczy, gorzej było jeśli chodziło o bliźniaczkę. Dla niej takie metody raczej nie były godne pochwały. Podrapała się nerwowo po policzku, uciekając tym samym spojrzeniem gdzieś w bok.
-Co do tego, co u mnie… to trochę się wydarzyło. Podoba mi się przebywanie z Vincentem. Chciałabym, żebyś go polubiła, albo chociaż zaakceptowała bardziej, chociaż wiem, że to trudne. Pamiętam jak było z O’Connorem, jednak uważam, że powinnaś dać mu szansę. Czuję się przy nim dobrze. Dba o mnie. Tak jak ty! Kiedy byłam zła po spotkaniu z Benem, to poszłam nad brzeg jeziora. Zauważył mnie i podszedł, a ja wrzuciłam go do wody zaklęciem. Niechcący! - zaśmiała się cicho na samo to wspomnienie. Fakt, że jeszcze żyła był niezwykły. - Porozmawiał ze mną mimo, że był trochę zły, że go zmoczyłam i nawet trochę poprawił mi się humor. – powiedziała, siadając pod ścianą i klepiąc dłonią o podłogę, aby i Aria obok niej usiadła. Po co miały stać, skro Porunn jeszcze nie miała zamiaru jej puszczać wolno? Chciała ją przekonać do Vincenta, chociaż trochę, wtedy byłoby jej o wiele, wiele łatwiej pogodzić te dwie strony samej siebie.
- Vincent to… - zawahała się dosłownie na moment – ...dobry człowiek. Wiesz, można go porównać do takiego... jak ty to tam w tych książkach nazywasz? Jeździ sobie na białych koniach i czaruje uśmiechem. Te sprawy - machnęła ręką. No to ten żart jej się zdecydowanie nie udał.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie 15 Lut 2015, 22:01

Aria uważała, że Ben miał wyjątkowo ładne oczy, które jednak powinny zostać na swoim miejscu. Stwierdziła, że jednak lepiej i bezpieczniej będzie zachować tę informację dla siebie.
- Ingrid chyba woli inne rzeczy – mruknęła, marszcząc przy tym nieznacznie brwi. – Bardziej ucieszyłaby się z serca, albo wątroby.- Postanowiła ciągnąć ten makabryczny żart, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że Porunn mogła mówić całkiem poważnie - a może po prostu nie chciała tego przyjąć do wiadomości? Słowa były tylko słowami, nikt nie miał zamiaru nikogo jeszcze bardziej krzywdzić. Krukonce nawet nie przeszło przez myśl, by skarcić bliźniaczkę za takie zachowanie. W końcu ostatnio nawet jej zdarzyło się kilka razy postraszyć wyrywaniem wątroby, tudzież zrobieniem z kogoś skarpetek. Być może nie była z tego dumna, jednak wydawało jej się to w pewnym momencie nawet całkiem zabawną (choć niezbyt przemyślaną) czynnością.
- Charming jest sową atakującą tylko z odległości, przecież nie będę go narażała na bezpośrednie starcie – uśmiechnęła się delikatnie. – Ciocia jest trochę dziwna, ale wcale nie jest taka zła – dodała pośpiesznie, czując się w obowiązku powiedzieć coś miłego. W końcu wiele zawdzięczała ciotce, choć nie mogła wiedzieć, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Podziwiała ją za opanowanie oraz umiejętności, ignorując zupełnie wszystko, co mogło wydawać się choć trochę podejrzane. W końcu była jej rodziną i zajęła się Arią, gdy ta tego potrzebowała.
Wdziała nerwowość w ruchach siostry, jej uciekający wzrok. Jakby się bała, że Krukonka zaraz odwróci się na pięcie i ucieknie z krzykiem. Nigdy tego nie robiła i nie zrobi – Śnieżka kochała ją ponad życie. Gdy Porunn podjęła kolejny temat, Aria ani razu jej nie przerwała, wysłuchując się dokładnie w każde wypowiedziane zdanie. Nie spuszczała Ślizgonki z oka, jakby próbowała wyłapać każdy szczegół jej zachowania, każdą zmianę na twarzy, w oczach. To, co jej właśnie opowiadała, nie miało sensu. Oczywiście Aria wiedziała, że Porunn będzie chciała akceptacji i polubienia jej wybranka… Wciąż w głowie dźwięczały jej jednak słowa Cu. Komu powinna wierzyć? A co, jeżeli Vincent już zdołał owinąć sobie jej siostrę wokół palca? A może to Porunn mówiła prawdę?
- Jakbym nie dała mu szansy to już dawno wpakowałabym mu strzałę między oczy – powiedziała nagle, krążąc wciąż w tej samej sferze absurdu. Skoro mogły rozmawiać o wydłubanych oczach Bena, to czemu nie o polowaniu na niebezpiecznych chłopaków sióstr? Czuję się przy nim dobrze. Dba o mnie. Tak jak ty. Aria nie wiedziała, dlaczego te słowa tak bardzo ją zabolały. Nie była egoistką, cieszyła się z tego, że Vincent dobrze traktuje Porunn. Nie spodobało jej się jednak porównanie do niej samej – tak, jakby nagle musiała jeszcze bardziej obawiać się konkurencji. Powoli przestawała być potrzebna, skoro mogła zostać tak łatwo zastąpiona jakimś chłopakiem... A może przesadzała i wcale tak nie było?
Usiadła obok siostry, spoglądając na nią podejrzliwie. Prawda była taka, że Krukonka nie chciała słuchać o Vincencie. W jej głowie stał się czarnym charakterem, a nie rycerzem na białym koniu. Ciągle biła się z myślami, nie wiedząc, która wersja Pride’a była prawdziwa. Musiała porozmawiać z Cu nim zacznie rzucać bezpodstawne oskarżenia, by nie wyjść na kogoś, kto kieruje się tylko i wyłącznie zazdrością. Poza tym… była kiedyś zazdrosna o O’Connora, to prawda. Ale przecież nie robiła nigdy z tego wielkiego problemu, nawet nie pisnęła o tym słówkiem! Unikała zazwyczaj pakowania się w grono znajomych Porunn, nigdy nie czując się jego stałą częścią. Była zawsze zbyt wystraszona i płochliwa, by czuć się swobodnie. Tak, jakby tam nie należała. Tak, jak czuła się za każdym razem, gdy Porunn i Vincent byli razem. Miała ponownie ochotę zaszyć się w jakimś kącie… Już wtedy bała się, że ją straci. Cu jednak szybko zdołał przekonać ją do siebie, nawet go polubiła. O Vincencie nie wiedziała zupełnie nic. Nie miała zamiaru dać mu jednak odczuć, że mu nie ufa. Niech myśli, że jest tylko małą, przestraszoną Krukonką, która jest zupełnie niegroźna…
Wiele kosztowało ją utrzymywanie w miarę zrelaksowanej pozycji i uśmiechu na twarzy. Starała się jak mogła, po chwili łapiąc dłoń Porunn w obie ręce. Czuła, że siostra za wszelką cenę chciała przekonać ją do swojego chłopaka. Czy mogła mieć jej to za złe? Skoro faktycznie był dla niej dobry i miała szansę na szczęście…
- Wiesz, że będę cię wspierać – odpowiedziała wymijająco, lecz szczerze. – Ale martwię się, to chyba normalne, prawda? Chcę, żebyś była szczęśliwa. – Ścisnęła delikatnie jej dłoń, by potwierdzić tym samym swoje słowa.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pon 16 Lut 2015, 22:25

Porunn zaśmiała się wesoło, słuchając słów swojej siostry. Jak zwykle wiedziała jak odebrać słowa Ślizgonki obracając wszystko w żart. Oczywiście zdawała sobie też sprawę z tego, że Aria nie chciała wierzyć w to, że to co dziewczyna powiedziała było tak naprawdę na poważnie. Gdyby miała możliwość wydłubania oczu Wattsowi, z chęcią by to zrobiła a następnie, dosyć kreatywnie przeobraziła w kolczyki. Następnie dałaby je swojej siostrze w prezencie, aby ta nosiła je z dumą i może nawet Ingrid patrzyłaby na Porunn nieco przychylniej. Aria lubiła biżuterię, więc a nuż prezent byłby trafiony.
- Wątroba też może być. Słyszałam przypadki, kiedy ludzie bez niej żyli – powiedziała z dumą dzieląc się tą bardzo ważną informacją, która zapewne… w żadnym wypadku nie zmieniłaby myślenia jej siostry. Porunn cudów się nie spodziewała, jednak jeśli Aria postanowiła podjąć się gry Porunn, to dziewczyna z chęcią ją jeszcze trochę pociągnie. Uśmiechnęła się do siostry szeroko, wyszczerzając przy tym rząd białych zębów. Słuchała dalej słów swojej siostry, kiwając głową ze zrozumieniem. Aria zawsze stawiała na porządku dziennym dobro swoich zwierząt. Nic się nie zmieniła pod tym względem. Dostrzegła jednak coś, co przykuło jej uwagę na dłużej. Bliźniaczka wydawała się być bardziej odważna niż normalnie. Pewna siebie i otwarta. Niezwykle ją to cieszyło i satysfakcjonowało. Wyciągnęła dłoń w kierunku Arii i uśmiechnęła się lekko, dotykając włosów siostry, aby je odgarnąć za ucho.
Gdy podjęła temat Vincenta, twarz Porunn drgnęła, a uśmiech jeszcze bardziej zrobił się szerszy. Uwydatniły się tym samym jej kości policzkowe, a oczy zdawały się śmiać na całego. Zawsze wiedziała, że Aria była odważna, że liczyło się dla niej dobro siostry, a dopiero później swoje własne. Porunn miła nadzieję, że przez to Krukonka nie potknie się i nie rozczaruje. Nie, ona by nie pozwoliła, żeby jej siostrze cokolwiek się stało, gdyż zawsze starała się czuwać nad nią i być wtedy, kiedy tego potrzebowała. Porunn chciała, aby Aria pod każdym względem była po prostu bezpieczna i szczęśliwa.
- Zmieniłaś się – powiedziała poważnie, lustrując ją spojrzeniem błękitnych oczu, które zdawały się błyszczeć ze zdwojoną siłą. Czuła się tylko tak w towarzystwie swojej siostry. Spokojna, wyciszona i przede wszystkim kochana. Przysunęła się bliżej, po czym położyła dłoń na potylicy Arii i przyciągnęła tym samym jej głowę do siebie, aby w końcu móc złożyć delikatny pocałunek na czole Krukonki. Coś jej podpowiadało, że Aria była w stanie dać sobie radę ze wszystkim, szczególnie, że teraz tak dużo się u niej działo. Milczała przez chwilę, zamykając oczy. Odetchnęła i odsunęła się, posyłając siostrze szeroki uśmiech.
- Też chcę, żebyś była szczęśliwa. Dlatego mam nadzieję, że to szczęście samo do ciebie przyjdzie i … i że nie będzie miało na imię Ben Watts – zaśmiała się, jednak mimo, że chciała żeby brzmiało to jak żart, to pod nim kryła się groźba i nieme ostrzeżenie. Już ona dopilnuje, żeby ta dwójka nie miała ze sobą zbyt dużo wspólnego. Musiała tylko wymyślić sposób, aby do tego doprowadzić. Spokojnie, na wszystko przyjdzie czas i miejsce. Potrzebny był jej plan, którego teraz… po prostu nie miała. W dodatku nie miały czasu na dalsze prowadzenie rozmowy. Grupa uczniów idących w stronę biblioteki wyszła zza zakrętu, przerywając im spotkanie. Porunn podniosła się, rzucając w stronę grupy rozeźlone spojrzenie, po czym podała dłoń Arii, aby pomóc jej podnieść się z zimnej posadzki. Przytuliła ją mocno, aby szepnąć ciche:
- Kocham cię. Zobaczymy się na kolacji.
I następnie udać się w stronę schodów i zniknąć z pola widzenia Krukonki.

[z tematu Porunn i Aria]
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 23 Kwi 2015, 19:46

Potarła brudne od sadzy policzki i z miną męczennicy opuszczała zakurzone, duszne pomieszczenie biblioteki szkolnej. Dwie godziny dobrowolnego tworzenia wypracowania na dwie stopy pergaminu dla profesora Williamsa oraz próby uwarzenia eliksiru żywej śmierci dla profesor Lacroix ( w kanciapie obok biblioteki) skrajnie wyczerpały Joe. Nie mogła liczyć na pomoc Dwayne'a, bo ten w trakcie pisania pierwszego akapitu zasnął, a gdy dotykał się do kociołka i składników, wszystkie dziwnym trafem latały w powietrzu. Wygnała go z biblioteki trzydzieści minut temu, gdy pomylił sproszkowane zęby smoka ze sproszkowanymi łuskami salamandry tworząc duże "BUM" i niszcząc dwugodzinną pracę. Biblioteka działała nasennie na Puchonkę, a myśl o obowiązkowym referacie na temat testrali, które zadał profesor Milton skutecznie psuła nastrój już i tak przygnębionej nastolatce. Nic się nie układało tak, jak powinno. Od czasu balu jej najbliżsi zmarniali i byli pozbawieni jakiejkolwiek chęci do wspólnego spędzania dni. Dwayne dwoił się i troił, aby rozbawić mieszkańców Hufflepuffu, jednak tylko Joe i Lau się śmiały z dziwacznych żartów wymyślonych na poczekaniu. Dementorów już nie było, ale dalej czuła chłód, którzy po sobie pozostawili.
Poprawiła wiercącą się książkę ONMS pod pachą. Powłócząc nogami pozwoliła sobie na dziesięć minut przerwy zanim nie przysiądzie do następnej pracy domowej dla nauczyciela, u którego miała szlaban i którego nie lubiła. Unikała go jak się dało, a psor Milton jak na złość szukał sytuacji, aby móc z nią porozmawiać pomimo jasnych sygnałów wskazujących wyraźnie niechęć Joe do jego podejrzanej osoby. Dodatkowo nie mogła znaleźć Fhancisa. Na dźwięk jego imienia w głowie Joe zadrżała i ciaśniej przycisnęła do siebie książkę ONMS, tym razem tuląc ją do brzucha. Potrzebowała stażysty do ujawnienia tak długo skrywanego sekretu animagii, jednak nie doczekała się od niego odpowiedzi, gdy poprosiła o poświęcenie jej piętnastu minut. Martwiła się o Collina i swego niemądrego Piotrusia Pana, którzy parę dni temu byli na pogrzebie taty. Obaj milczeli, stawiając Joe w niewygodnym położeniu. Pragnęła pomóc, chociaż ledwie radziła sobie z własnym złamanym sercem. Nieumyślnie wspomniała bal z okazji Nocy Duchów i głosik w głowie, szepcący okrutne słowa, w które uwierzyła. Książka ONMS ryknęła.
- Cicho. - mruknęła pocierając powieki i rozmazując trochę tuszu na i tak pobrudzone od sadzy poliki. Będzie zmuszona wyżebrać pomoc u Bena z eliksirem, jeśli chciała zachować włosy, brwi i czystą buzię. Joe nie chciała widzieć swojego odbicia - sterczące napuszone pukle nadawały jej wyglądu Norriski po kąpieli. Nie miała bladego pojęcia czy ktokolwiek widział kocura Filcha po spotkaniu z wodą i mydłem, jednak tak musiała wyglądać. Jak półtora nieszczęścia. Potworzasta księga potworów ponownie się ruszyła. Otworzyła okładki pokazując Joe imponujące uzębienie - zatrzymała się z wrażenia i szybko odrzuciła od siebie tomiszcze.
- Nie miałaś tych kłów pięć minut temu! - wytknęła ją palcem wybudzając się ze zmęczenia. Gwałtownie odskoczyła w tył chyląc się przed atakiem przedmiotu martwego, który obrał sobie ją dzisiaj za cel. 
 - Co ja tobie zrobiłam? Głaskałam cię, okropna książko tak jak instruował mnie Ben i trzymałam na łóżku a nie na podłodze, a ty mi się tak odwdzięczaaaa...aaasz? - księga chwyciła zębiskami kawałek kolorowej skarpetki i z dużym zaangażowaniem zaczęła ciągnąć w swoją stronę, sycząc, parskając i warcząc niczym dzikie zwierzątko. Dziewczyna machała butem, próbując się pozbyć potwora. Cud, że nie dorwał się do nagiej łydki - wolałaby ją zachować w całości bez śladów zębów. Zrzuciła torebkę na podłogę i drugą nogą kopnęła okładkę ogłuszając na parę sekund małego napastnika.
- Okej, to było niechcący... - jęknęła i uskoczyła na kamienną ławkę w tej samym momencie, w którym książka dwakroć głosniej zamachnęła się zębiskami, przypuszczając atak na jej kolano. Wlepiła się plecami w zimną ścianę i z wyraźnym przygnębieniem wymalowanym na buzi rozglądała się za ratunkiem. Różdżkę zostawiła w torbie leżącej na podłodze pięć metrów dalej. 
- Idź sobie, jestem koścista i muszę napisać z ciebie pracę domową. - bez skrępowania przemawiała do książki nic nie robiąc sobie z ironicznej sytuacji w jakiej się znalazła. Tylko tego jej dzisiaj brakowało, a na jutro musiała napisać wypracowanie. Z drugiej strony, jeśli zrobi fotografię książce toczącej śliny, z czerwonymi ślepiami to będzie miała namacalny powód, dla którego nie ma pracy. Przy okazji wyśle to Benowi z zapytaniem "Wspominałeś, że książki są przyjaciółmi człowieka?". Ta próbowała podskakiwać, za każdym razem trafiając okładką w nogę ławki, na której stała Puchonka. 
- Świetnie, nawet książka cię nie lubi, Joe. A ty chciałaś Fhancisa...  - mruknęła sama do siebie, drżąc od wewnętrznych boleści pojawiających się z każdą głoską tworzącą imię człowieka, w którym miała nieszczęście się nieszczęśliwie zakochać, a dziś mieć złamane serce i próbować je wyleczyć. Krwiożercza książka niczego nie ułatwiała. Joe kucnęła na ławce, opierając brodę o nagie kolano. Nawet księgi muszą się kiedyś zmęczyć.
Zobacz profil autora
Peter Forrester
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 23 Kwi 2015, 20:32

Ostatnie dni owszem, nie należały do najprzyjemniejszych. Informacja o masowej ucieczce zbirów z Azkabanu doszła i do czupryny samego Forrestera jak i innych uczniów Hogwartu, co nie napawało optymizmem. Jedyne co w tej chwili mogli robić to dalej uczęszczać na nudne jak flaki z olejem zajęcia czy trzymać się w grupach, by było bezpieczniej. Zauważył również jak dzieciaki zaczęły masowo zapisywać się na dodatkowe zajęcia z nauki patronusa, co i najpewniej on zaraz uczyni, niech mu tylko minie przeokropny leń. Wiadomo, pana Wilsona ciężko uchwycić, a i jemu nie zawsze było w smak prosić się o coś. I chociaż mu się to należało, bo jak najbardziej miał prawo do zapisania się na kurs samoobrony to najzwyczajniej w świecie nie miał ochoty na spotkanie twarzą w twarz z tym dziwnym człowiekiem.
Hogwart żył również balem, na którym i sam Peter się bawił – niewiele z tej zabawy pamiętał co prawda – co najwyżej kwiat bzu i słodkie usta swojej partnerki. Nicole, Nikoletta, a może Marianna? Szczerze mówiąc tamtej nocy chyba przesadził z alkoholem, który udało się mu przemycić na imprezę. Co miało i również swoje dobre strony, bo nie tylko ból żołądka i helikopter we łbie sprawił, że ten znalazł się wcześniej w łóżku, a to dawało mu tymczasowy spokój. Tak więc ten nawet nie był świadom istnienia dementorów – zwyczajnie zachlany leżał w swej pościeli nie pamiętając nawet czy zdjął skarpetki czy też nie.
Środek tygodnia nie zapowiadał jednak żadnego ciekawego wydarzenia – ot, zwykła szara codzienność, wyścig szczurów, czyli coś, czego Pete niezbyt lubił, a musiał tolerować jak i ciągła paplanina na temat zbliżających się OWUTemów. Sam Gryfon nie wiedział do końca czy uda mu się zdać wszystkie egzaminy, bo obecnie miał o wiele ważniejsze sprawy na głowie niż nauka. Tego popołudnia natomiast zajmował się rozgrywaniem niezwykle ważnej partii magicznych szachów ze swoim kumplem z klasy – Johnem. Partia tak ich pochłonęła – rozgrywali ją na dworze – że nie zauważył kiedy zapadł zmierzch, a drobne krople deszczu zsunęły się na ich mocno zużytą planszę. Dlatego teraz, panicz Forrester przemierzał sprężystym krokiem szkolne korytarze, by najzwyczajniej w świecie skierować się do swojej wieży, gdzie najpewniej czeka na niego urocza Murphy z kubkiem gorącej czekolady.
Pachnący tytoniem, świeżym powietrzem i deszczem gnał pośród uczniów mijając tych mniej ważnych i witając się z tymi ważniejszymi skinieniem ręki. Przeczesał dłonią lekko wilgotne, blond włosy tym samym zaczesując je do góry, a drugą łapą tylko wzmocnił uścisk na pasku skórzanej torby, w której trzymał podręczniki i inny szkolny stuff.
Najpewniej minąłby korytarz pełen dzieciaków, gdyby nie fakt, że do jego uszu doszedł pisk. Krzyk. Mamrotanie i dziwne odgłosy dobiegające z jednego z odłamów głównego holu. Peter, jak to odważny i ciekawski Gryfon nie mógł przejść obojętnie obok nieszczęścia, które spotkało pewną Puchonkę z młodszej klasy – nie znał jej zbyt dobrze, a i nie widywał jej na zajęciach dla VII klasistów. Wystawiwszy jasną łepetynę w paszczę samego lwa uniósł jedną brew i przypatrzył się książkę, ciemnej blondynce stojącej na ławce i strużce śliny wypływającej z mordy krwiożerczej bestii.
- Nie martw się, cna niewiasto! Twój wybawiciel już nadchodzi! – Wyszedł zza zakrętu ukazując swoją wysoką i postawną postać odzianą w czarny i całkiem elegancki rozpięty płaszcz. Pod nim miał założony standardowy mundur szkolny, a wokół szyi miał niedbale rzucony szal w kolorach domu. Wyprostował się dumnie i niewiele myśląc kopnął z rozpędu rozklekotaną książkę do nielubianego przezeń przedmiotu – ta wpadła z impetem na ścianę rozpłaszczając się jak smaczny naleśnik po czym zamilkła. Tak zwyczajnie. Forrester poczuł się niezwykle z siebie dumny, że w taki łatwy sposób pozbył się szkodnika, a tym samym uratował piękną damę.
- Nigdy nie zrozumiem fascynacji książkami. Zwłaszcza tymi, które pragną odgryźć Ci stopę. – Powiedział wzruszając ramionami kiedy jeszcze mierzył spojrzeniem znad okularów osłupiałą księgę, po czym odwrócił się powoli do Puchonki, do której wyciągnął zaczerwienioną i odrobinę chłodną rękę, by po prostu pomóc jej zejść. Zrobił to w sposób naturalny, nie wyuczony i nazbyt sztywny. Widział niebezpieczeństwo, podszedł, pomógł i tyle. Duma dalej go rozpierała i było to widać po rozbawionych iskierkach w jego błękitnych patrzałkach. Te zasnuły się mgłą, gdy przyuważył brudną twarz dziewczyny. Nie wiedział co powiedzieć w pewnej chwili dlatego zasłonił usta, by nie zaśmiać się wprost. Chociaż, dobra, zrobił to, ale bardzo serdecznie!
- Nie wiem teraz czy mam się wrócić i skopać raz jeszcze tą bestię. Oby to nie była jej sprawka. – Powiedział szczerze nawiązując do brudu na policzkach starając się znaleźć czystą chusteczkę do wytarcia – chwilę grzebał w odmętach swojej torby, nie trwało to długo tak naprawdę. Zaraz też wyciągnął ponownie dłoń – tym razem z jedwabną chustą w stronę Jolene.
- Moja matka zawsze powtarza bym nosił chusteczki przy sobie, bo nigdy nie wiadomo kiedy mogę dostać w twarz. – Uśmiechnął się do niej szeroko i zaraz wsunął łapska w kieszenie rozpiętego płaszcza.
- Może nie do końca przedstawiłem to słowo w słowo, ale sens jest taki sam. Albo to ja interpretuję zupełnie inaczej. – Zmarszczył brwi zastanawiając się nad tym czy jego rodzicielka faktycznie dba o jego higienę tylko po to… eee. Wrócił szybko spojrzeniem do nowej koleżanki i poczekał wyjątkowo grzecznie, aż ta wytrze swoje lico.
- Jest już okej? Skarpetki całe? – Dopytał z sympatycznym grymasem rozjaśniający jego młodzieńczą twarz kołysząc się w przód i w tył na piętach.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw 23 Kwi 2015, 21:06

Cóż ona uczyniła złego tej zacnej księdze, że ta próbowała ją zabić? Tyle lat uczono ją cierpliwie (bądź nie) prawidłowego traktowania stronic, obchodzenia się z nimi z czcią i czułością tak, jak wobec żyjących małych stworzonek. 
Nie wolno kłaść ich na podłodze.
Nie wolno na nich spać.
Nie wolno przy nich jeść.
Nie wolno ich transmutować w poduszki.
Nie wolno robić z nich kociej toalety.
Nie wolno traktować ich jako talerzy.
Nie wolno przyklejać do okładki balonowych gum.
Nie wolno upuszczać książek.
Cały dekalog dostępny u pani Pince - była pewna, że taki posiada. Sześć lat. Sześć lat nauki i wpajania podstawowych zasad traktowania książek, co wolno, a czego nie wolno i tak się jej toto odpłaca. Agresją. Gdzie tutaj sprawiedliwość? Jedna z nich próbowała dobrać się do jej skóry całkowicie bez powodu. Chwilę temu przytulała ONMS do brzucha, otaczała ciepłem swego ciała i mundurka, gdy nagle coś zaczęło jej przeszkadzać. Joe była pewna, że to wiązało się z profesorem Miltonem. Jego przedmiot i nagle wszystkie książki tej dziedziny magii buntowały się przeciwko uczniom. Szkoda, że to nie Hagrid ich uczy, ten olbrzym jest kochany i cudowny! Tymczasem miała przed sobą książkę, z której musiała jeszcze dzisiaj skorzystać bez potraktowania jej zaklęciem spowalniająco-wyciszającym.  To niesprawiedliwe! 
Wtem usłyszała wybawicielski głos rycerza pędzącego na białym koniu. Ach, był to wysoki Gryfon, rzecz jasna przystojny, gotów zaryzykować swe życie i uratować resztki wieczoru prawie obcej sobie dziewczyny.
- Uważaj! Nie daj się zajść od tyłu! - zawołała, prostując nogi w kolanach, aby oprzeć się wygodniej o ścianę i uniknąć ewentualnej wzmożonej agresji książki. Z duszą na ramieniu obserwowała odwagę, czy też brawurę Gryfona bezinteresownie ratującego ją z opresji. Zamachnął się potężnie i... było po wszystkim. Jak on to zrobił? Dlaczego Joe nie wpadła na ten pomysł? Ach, Ben. Wszystko wina Bena. "Nie wolno kopać książek, Joe. One czują, możesz je zranić i popsuć." - pięć lat temu, trzy dni po rozpoczęciu roku. Uwierzyła, lecz dlaczego? Właśnie została napadnięta przez książkę. Nie wolno im ufać.
- Mój wybawicielu! - nie od razu zeszła z bezpiecznej kamiennej ławki na wypadek, gdyby książka się ocknęła i postanowiła przypuścić następny, niespodziewany atak. 
- Miałam pisać z niej pracę domową, ale skoro mnie zaatakowała, mam powód, aby zrobić sobie dzisiaj wolne. - z dziecinną łatwością przyjęła argument wagarów. Nie było w pobliżu ani grama Krukona, który obudziłby w niej sumienie i nakłonił do odrobienia wypracowania na bieżąco, póki słońce ponownie nie wzeszło. Buzię Joe rozjaśnił uśmiech. Chłopak miał ładne niebieskie oczy schowane za okularami; jego spojrzenie automatycznie zjednało sobie Joe, która miała nosa do ludzi. Przynajmniej w większej większości. Delikatnie położyła palce na chłodnej dłoni Gryfona, odgadując, że wraca z dworu i zeszła z gracją z ławki na bezpieczną podłogę. Dostrzegłszy jego dumę i pawie zadowolenie z bohaterstwa, postanowiła trochę dłużej niż zwykle cieszyć się z ratunku, aby sprawić mu przyjemność.
- Naprawdę nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. Jestem twoją dłużniczką! Ta książka patrzyła na mnie jak na babeczkę nugatową. - Joe zamrugała rzęsami zbita z tropu słysząc śmiech. Pisnęła spanikowana przypominając sobie jak wygląda. Podkrążone oczy, brudne policzki i powieki, włosy napuszone jak po spaniu - nic dziwnego, że przyszedł jej z pomocą, widząc takie nieszczęście uwięzione na ławce. 
- Nie patrz na mnie! Przez trzy minuty! Zamknij oczy! - nakazała mu tonem nie znoszącym sprzeciwu i na wszelki wypadek położyła mu ręce na ramionach i obróciła go do siebie plecami. 
- Nie ruszaj się ani trochę. - pouczyła go dwukrotnie zanim nie podreptała do opuszczonej torebki. Sięgnęła ją i wygrzebała ze środka różdżkę oraz lusterko. Kilka błysków, kilkaset sekund i Joe powróciła do stanu, w którym nie miała szans nikogo wystraszyć wyglądem. Włosy związała w kucyk, układając go wygodnie na karku, policzki były czyściutkie tak samo jak powieki. Joe była zmęczona i nic dziwnego, wszak próbowała się dzisiaj uczyć za co powinna dostać Nobla, gdyż zrobiła to z nieprzymuszonej woli. Nie przepadała za nauką, nawet magiczną i teoretyczną. Lubiła tylko transmutację i zaklęcia, reszta była obowiązkiem, przy którym należało ją pilnować.
Poprawiona, powróciła za plecy dumnego Gryfona. Tyknęła go dwa razy palcem w ramię.
- Już możesz się odwrócić. - zerknęła obok niego na obezwładnioną książkę. - Jesteś taki dzielny i silny. Podałbyś mi tę książkę? Ona chciała mnie zjeść, sam widziałeś. - zatrzepotała rzęsami, zachęcając go słodkim uśmiechem do zaryzykowania swych dłoni i sprawdzenia w jakim stanie są zębiska Potworzastej księgi potworów. Przyjęła chusteczkę, choć już jej nie potrzebowała. Jej rąbkiem otarła blade i na szczęście, czyste już policzki. 
- Każda mama tak mówi, a i tak wszystkie chusteczki zjada mój kot. Dziękuję, oddam ci ją jutro. - złożyła ją na kilka kwadracików i schowała w jednej z kilkunastu małych kieszonek torby wypełnionej głównie bzdetami niż książkami. Spuściła gwałtownie głowę na kolorowe skarpetki sprawdzając ich stan. 
- Rozpruła mi nitkę. A tak dzisiaj dbałam o nią i mi się odpłaca tak okrutnie. Za karę nie odrobię z niej wypracowania. O. - teatralnie obraziła się na książkę. - Naskarżę na nią Benowi. - zmarszczyła usta mierząc gniewnie wzrokiem leżące martwo tomiszcze. 
- Ach. Jestem Jolene, ale to stare imię, więc Joe.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Korytarz   

 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
IV piętro
-