IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Na końcu korytarza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
The author of this message was banned from the forum - See the message
Dorian Whisper
avatar
Pracownik Księgarni
Data przyłączenia : 29/04/2014
Liczba postów : 276
Skąd : Anglia

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Sro Maj 21, 2014 8:18 pm

Dorian uniósł brwi, gdy podszedł do niego Niemiec z dwoma kieliszkami whisky. Oho? No, to mu się nawet podoba, szczególnie, gdy w grę wchodził alkohol, którym można było się ładnie… delikatnie mówiąc, upić. Bez słowa wziął od Gilgamesha „podarunek” i po stuknięciu się obu szkieł ze sobą, Whisper wypił alkohol od razu do dna. Wydał z siebie ciche westchnięcie i spojrzał na chłopaka badawczo. Toast za piękne kobiety i mężczyzn?
- Nie jesteś w moim typie, jeśli o to chodzi – powiedział zgryźliwie, pokazując rząd białych zębów w geście złośliwości. Pokręcił głową i podniósł do góry swoją butelkę alkoholu, który sam przytargał.
Nalejmy sobie jeszcze, co nam szkodzi… - powiedział. I wtedy padło pytanie o Wandę. Dorian w połowie przerwał na chwilę nalewanie i zastygł w bezruchu, kalkulując słowa ślizgona i zastanawiając nad ich głębszym znaczeniem. Oczywiście, że to usłyszał. Ta nutka w głosie Ślizgona była aż nadto słyszalna. Znów zaczął nalewać wódki i położył butelkę, do połowy pustą, na podłodze obok siebie.
- Z Wandą w porządku – powiedział tylko, lustrując spojrzeniem swojego rozmówcę, po czym napił się trochę alkoholu. Jego twarz stężała. Stał się czujny, jak wilk.
I nagle z tego dziwnego stanu wyrwał go głos O’Malleya. Zauważył go, a jakże. Dziwnie by było, gdyby tego nie zrobił. W końcu przyszedł i czekał. W końcu musiał podejść.
Pierwsze co poczuł, to uderzający jego nozdrza zapach alkoholu, wymieszany z wodą kolońską, jakiej używał Alexander.
- A dlaczego miałoby mnie tutaj nie być? – odpowiedział pytaniem na pytanie, podnosząc głowę lekko do góry i prostując się. Był od Alexandra wyższy i właśnie w tej chwili to wykorzystywał bez żadnego ociągania się. Nie czekał jednak na zgryźliwą odpowiedź młodszego ślizgona, tylko pokręcił głową i wskazał na butelkę wódki, która stała na podłodze.
Gdzie alkohol, tam i ja – oznajmił w końcu, mierząc chłopaka spojrzeniem błękitnych tęczówek. Nie skończył na tym. Założył ręce na torsie i dopowiedział: - Mam sobie iść?
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 26/04/2014
Liczba postów : 526
Skąd : Deutschland, Deutschland uber alles

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Sro Maj 21, 2014 8:40 pm

Niestety, kiedy Gilgamesh zobaczył że przybył Rosier, na chwilę musiał zostawić Doriana. W końcu whiskey, prawda? Whiskey! Opróżnił nawet kieliszek z resztą towarzystwa.
-Wybacz Rosier, byłem zbyt zajęty zwalaniem O'Connora oraz Meadowes z mioteł i zasypywaniem Pottera tłuczkami, żeby pilnować czy przypadkiem, zła, wielka i silna Gryfonka Cie nie krzywdzi-rzucił po czym z drugim kieliszkiem powrócił do kolegi. W końcu nie wypadało tak kogoś zostawiać, nawet jeśli kapitan strzelał przemówienie. A że nie mógł odmówić kielona z drużyną...no, dał radę zrobić wszystko co powinienm. Kiedy wrócił, nie bardzo wiedział co odpowiedzieć Dorianowi - zapomniał co Krukon przed chwilą mówił. Chwilę później przylazł Alex. Jakże wspaniale że był tu jego jakże drogi kolega. Ah jak przyjemnie. Gil tak go uwielbiał, że kiedyś zrobi mu taki burdel na twarzy, że będzie przypominał Hagrida. Chociaż nie, aż tak brzydki to chyba nie będzie. Zresztą...obaj go irytowali, Malley i ta przerośnięta kupa mieszaństwa. Swoją drogą, Dorian trochę dziwnie na nie spojrzał. Czyżby Wanda mu się wygadała na temat ich małej przygody?
-Eh, gołąbeczki, gołąbeczki, spokojnie, bez nerwów. Impreza otwarta, wszystko co nieszlamowate jest zaproszone.-rzucił do Whispera i O'Malleya. Coś czuł że dzisiaj jest dzień w którym Alex przestanie go wreszcie tolerować i da mu powód aby go sprał. Wypił to co trzymał w ręce i uznał...że przegrali mecz, w tym pomieszczeniu jest jego niedoszła narzeczona a on i tak nie zaliczył siostry Whispera. No paskudztwo, paskudztwo po prostu. Otworzył swój mały prezent od Evana. Swoją drogą...wypadałoby się podzielić z Franzem. Rozejrzał się. Ok, w pobliżu go nie było, z czystym sumieniem w najbliższym czasie postawi mu flachę, a ta z radością opróżni samotnie. Nie bawiąc się w jakieś śmieszne toaty, uniósł butelkę i pociągnął parę potężnych łyków. Lekko go skręciło. Potem spojrzał na Alexa...nie, no po prostu no nie. Postanowił że wypije jeszcze ze dwa łyczki. Albo najlepiej zaleje się w trupa. Bo jak nie to on temu niedojdzie przez pysk strzeli.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Sro Maj 21, 2014 10:21 pm

Było już cholernie późno, kiedy Wanda zdała sobie sprawę, że jej brat jeszcze się nie pojawił w pokoju wspólnym Krukonów. O ile się nie myliła zaraz po meczu miał wpaść dosłownie na chwilę na imprezę Ślizgonów, gdzie dziewczyna raczej wolała się nie pokazywać z racji tego chociażby, że kibicowała nie komu innemu jak Gryfonom. Zadowolona jak nie wiem, że szkarłatni wkopali zielonym rzuciła się z piskiem na O’Connora i Charlie, którzy dzielnie bronili honoru i niczym rycerze Jedi odbijali krnąbrne ataki drużyny przeciwnej. Przyjaciołom życzyła dobrej zabawy i sama postanowiła odpocząć od wszechobecnego hałasu i udać się do biblioteki, gdzie czekał na nią cudowny wieczór z transmutacją.
No ale teraz, kiedy jej brata nie była w pobliżu, dziewczyna zaczęła się denerwować jego nieobecnością. Zniżyła się do tego poziomu, że nawet zajrzała do dormitorium starszego Whispera, ale zastała tylko chichrających się chłopaków i zasłane łoże. Chcąc nie chcąc narzuciła na siebie czarną sukienkę w grochy, włosy pozostawiła rozpuszczone i wyszła z pokoju wspólnego udając się do lochów. Czuła ogromny niepokój, wiedziała, że nie jest tam mile widziana, ale jak mus to mus. Musiała odnaleźć brata i sprawdzić czy nic mu nie jest. Martwiła się, że może się spił, pokłócił z kimś, albo oberwał. Nigdy nie wiadomo co się tam może dziać… Na imprezę weszła niepostrzeżenie, pełna obaw kogo i co może tam spotkać. Nikt na nią nie zwracał uwagi, tylko jacyś starsi Ślizgoni rzucali jej co najmniej dziwne spojrzenia i mamrotali coś pomiędzy sobą. Na wielu twarzach widziała złość, niezadowolenie, co mogło być spowodowane wynikiem meczu. No cóż, zdarza się.
W końcu dostrzegła w tłumie swoją koleżankę Chiarę, jak zwykle śliczną w otoczeniu mężczyzn, której to machnęła dłonią i posłała niepewny uśmiech. Potem wzrokiem zahaczyła o Doriana, który rozmawiał z O’Malleyem co wcale, a wcale ją nie dziwiło. Ta dwójka znowu stawała się jednością. Już kierowała się w stronę brata rozlewającego alkohol na lewo i prawo kiedy nagle poczuła, że wpada na kogoś, kto dosłownie wyrósł przed nią spod ziemi. No masz Ci los! Dziewczyna spłoszona spojrzała w górę, by zobaczyć kto jest tym szczęśliwcem…
- No nie. – Mruknęła widząc przed sobą twarz nikogo innego jak Gilgamesha. Nie mogła trafić lepiej, prawda? Stanęła jak wryta i tylko patrzyła na niego osłupiała, nie wiedząc za bardzo jak się zachować.
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 26/04/2014
Liczba postów : 526
Skąd : Deutschland, Deutschland uber alles

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Sro Maj 21, 2014 10:43 pm

Gilgamesh postanowił że lepiej będzie się trochę odsunąć od Doriana z jego przyszłym partnerem. A może obecnym? A kto ich tam wie. W każdym razie Gil uznał że lepiej będzie ich zostawić samych sobie. Wszyscy trzej poczują się lepiej. Napił się jeszcze. Ta butelka zadziwiająco szybko schodziła. I wtedy, nagle ktoś na niego brutalnie wpadł. Podejrzewał że to jakaś zmyłka i to tak naprawdę jakaś fanka, zainspirowana jego bohaterskimi zagrywkami na meczu postanowiła się z nim spotkać twarzą w twarz. Spojrzał więc na osobę z którą się zderzył, w celu rozpoznania i ocenienia. Po chwili ze zdumieniem zauważył nikogo innego jak....Wandę. Co ona tu do cholery robiła? Czy ona nie kibicowała Gryfonom czy coś? Nie bardzo wiedział jak powinien się teraz zachować, a alkohol wcale mu nie ułatwiał sprawy. Był na nią obrażony, jednakże dalej go pociągała. Na gacie Merlina, tyle sprzecznych emocji naraz. Pociągnął jeszcze jednego, długiego łyka ze swojej flaszki. Czemu miałby sobie żałować? Chociaż...trochę pustawa się robiła. Gdzie się to whiskey podziało? Co się z nim stało? Hmm. Nieważne. Powinien chyba się odezwać.
-Tsaaa...mi też miło Cie widzieć. Przyszłaś się ponaśmiewać z naszego szukającego, czy może wytknąć nam że gorsza drużyna fartem wygrała?-powiedział trochę oschle. Prawdopodobnie nawet nie chodziło mu o to że był na nią obrażony - po prostu był wściekły po meczu. Chociaż...im więcej wprowadzał w siebie whiskey, tym ładniej Wanda wyglądała. A wprowadził w siebie dość sporo jak na taki krótki okres czasu. To było nie do końca pozytywne, szczególnie że...
-...od czasu wieży wyładniała. Skubana zrobiła to specjalnie.-mruknął pod nosem nieświadom że głośno myśli. Cholera, był w kiepskiej sytuacji. Z jednej strony, miał ochotę wylać na nią cały żal po meczu, a z drugiej chciał ją wziąć na stole, tu i teraz. Ciężkie życie. Pociągnął jeszcze łyka. Flaszka już prawie opróżniona, a impreza nawet dobrze się nie zaczęła. Nieciekawie. Gil czuł że urżnie się jak prosie. Spojrzał na Wandę, po czym podjął ważną życiową decyzję.
-A pieprzyć to.-burknął jakby w powietrze, po czym przytulił do siebie Krukonkę. Co mu tam, najwyżej później to odpokutuje. I tak jutro zbyt wiele pamiętać nie będzie.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Sro Maj 21, 2014 11:27 pm

Czując spojrzenie Ślizgona na sobie nie odwróciła wzroku, tylko twardo spoglądała na niego. Zauważyła, że chłopak jest już nieźle podpity – zapewne pił wcześniej z Dorianem, który teraz nieźle wkręcał się w rozmowę z Alexandrem. Chciała to wykorzystać, jeszcze nie wiedziała jak, ale na pewno coś wymyśli. Słysząc jego bełkot miała ochotę parsknąć mu śmiechem w twarz, ale mogło to być odebrane jako nieeleganckie zachowanie, dlatego z kamienna twarzą powiedziała tylko.
- Oczywiście, że nie, Gilgamesh. Przykro mi, że przegraliście. No ale cóż, wygrała lepsza drużyna. – Kąciki jej ust lekko się wygięły, a oczy brunetki zaświeciły tajemniczo.
- Grałeś dobrze. – Dodała po chwili, żeby nie było zbyt sztywno i żeby nie wyszła na zbyt chamską – bo przecież taka nie jest. Spojrzała na prawie pustą butelkę po alkoholu chłopaka i tylko uniosła zdziwiona brew do góry w niemym zapytaniu, czy przypadkiem on sam nie wydudnił całej whiskey. To by było odpowiedzialne za jego dziwne zachowanie. Nie spodziewała się jednak takiego wybuchu emocji ze strony Gila. Totalnie zaskoczona objęła go mimowolnie, czując jego zapach, jakby znajomy zmieszany z alkoholem oraz miękkość jego ciała. Ciała, które ją pobudzało do gestów czy czynów, których mogłaby żałować. Westchnęła cicho i przymknęła oczy chwilowo zapominając o tym po co tutaj w ogóle przyszła. Jej uczucia związane z osobą Panicza znowu zlały się w jedną całość i znowu zaczynały ją męczyć. Chyba lepiej by było, gdyby została w swoim dormitorium i po prostu rano opieprzyła Doriana za jego niesubordynację od stóp do głów. Teraz jednak się wkopała i wolała na razie nie denerwować swojego rozmówcy.
- Och, miłe powitanie. Nie jesteś już na mnie zły, słonko? – Spytała niewinnie, szepcąc mu do uszka i odsuwając się od niego na moment, by spojrzeć mu w zapijaczone ślepia. Specjalnie użyła zdrobnienia by znowu namieszać Gilowi, tak jak on namieszał jej. Coś za coś.
Zobacz profil autora
Jasmine Vane
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 15/02/2014
Liczba postów : 864
Skąd : Swansea, Walia

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 12:25 am

Na imprezie zaczynało się robić tłoczno i to nie była sprawka samych Ślizgonów. Jasmine rozpoznawała większość twarzy... chyba prawie wszyscy to byli Krukoni, jedyny dom jaki Slytherin był w stanie tolerować. Jednak ją najbardziej interesowała osoba Chiary di Scarno, jeśli można być szczerym. Na jej twarzy zawitał uśmiech, kiedy przyjaciółką ją przyciągnęła. Nie szczędziły sobie czułości i tylko pewne drobiazgi nie pozwalały im nadal tytułować się mianem pary.
-Hm.. myślę, że Twoja obecność jest już dobrym początkiem świętowania.. niestety nie wygrałam przez to zakłądu z Rosierem. -westchnęła niepocieszona i wypiła łyk whiskey. Wiedziała, że zażyte niedawno eliksiry przeciwbólowe nie mogły być mieszane z alkoholem.. but who cares?
Usłyszała Franza i nie spięła się tak bardzo jak zrobiła to Chiara. Jasme dosyć powoli odwróciła głowę i przywitała Franza lekkim skinieniem głowy.
-Dzięki. Dla takich gratulacji warto było ją strzelić. Zapiszę sobie to w kalendarzu. -odparła równie znudzonym tonem co Franz, chociaż wymagało to od niej pewnej dawki aktorstwa. Nie potrafiła z łątwością być oschła dla Kruegera.. chociaż po dzisiejszej "kąpieli" w mózgu miała istny chaos. Nie wiedziała co myśleć i co robić. Ona.. się bała. Kolejnego kroku.
Nie sądziła, że tak szybko pożegna towarzystwo Franza, który został porwany przez Victorię. Jasme stłumiła w sobie rozdrażnienie i zazdrość. Ugryzła się jednak w język i powróciła spojrzeniem do Chiary.
-Taak.. wiesz doskonale, jak się uwielbiamy.. -odparowała, mijając się z prawdą. Chiara nie lubiła Franza i Jasmine miała tego świadomość. Jeszcze raz kątem oka spojrzała na parę w kącie. Pożałowała tego, bo Vicky dotknęła Franza. Uhhh... Jas dopiła alkohol i z chęcią przyjęła kolejny.
-Dziękuję ma charie.. faktycznie to komplement. -mrugnęła do Krukonki i również objęła ją w pasie. Ot.. dla przyjemności.
Zaraz potem pojawił się Evan oraz Aristos, którą Jasmine dobrze znała. I jako jedną z nielicznych Gryfonek akceptowała. Wróć. Jedyną.
-Arrrri.. jak miło. Kibicowałaś jedynej słusznej stronie. -uniosła kącik ust do góry. Spojrzała na Evana, któy był chyba najbardziej rozżalonym członkiem zespołu. Przyjęła od niego kieliszek i wypiła do dna. Dostając kolejny jednak miała w głowie ułożony toast. Uniosła wysoko kieliszek.
-Toast. Za najlepszego kapitana drużyny Ślizgonów. Pokazał, że nawet jak dotkniesz dna, łatwo można się odbić. -ironia? Może odrobinę. Dopiero wtedy wypiła kolejny kieliszek. Chyba odrobina "sympatii" ze strony Jas nie była czymś nienaturalnym?
Za wszelką cenę wystrzegała się patrzenia na Franza. Chyba będzie musiała z nim porozmawiać potem na osobności.. na wiele tematów. Oj wiele.


_________________
 
You'll never find another love like mine
Someone who needs you like I do
You'll never see what you've found in me
You'll keep searching and searching your whole life through
Zobacz profil autora
Victoria Craven
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 26/04/2014
Liczba postów : 105
Skąd : Edynburg

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 12:39 am

Nawet jeśli chłopak w tym momencie nie pamiętał o takim kimś jak Victoria, to ona już miała swoje sposoby, by o sobie przypomnieć. I nie miała również tego za złe Franzowi. Zapewne przegrany mecz nie wpłynął zbyt dobrze na jego samopoczucie, chociaż starał się tego nie okazywać i nie komentował przebiegu rozgrywki. Widziała, że na boisku radził sobie naprawdę świetnie, tylko gdzieś tam zabrakło im tego szczęścia. Na pewno nadrobią w przyszłym roku i pokażą pozostałym domostwom kto tu rozdaje karty. Aż sama nieco uśmiechnęła się pod nosem, mimo braku głębszego zainteresowania tymi meczami. Wystarczy jednak o tym! Była teraz w towarzystwie mężczyzny, który pełnił ważną rolę w jej życiu, więc zamierzała skupić się wyłącznie na nim.
Korzystając z tego, że Franz nie protestował, jej dłoń powędrowała za materiał jego marynarki, skąd wyciągnęła upragnioną teraz buteleczkę. Nie była to dla niej pierwszyzna. Nie pierwszy raz dotykała klatki piersiowej chłopaka, a tutaj to jeszcze przez materiał! Nic zdrożnego. Nie marnując takiej okazji jej palce owinęły się wokół butelki, wyjmując ją z objęć marynarki. Odkręciła powoli i zaczerpnęła parę łyków, rozkoszując się przyjemnym i charakterystycznym smakiem. Nie za dużo. Nie chodziło o to, by upić się na umór w pierwszej godzinie pobytu tutaj. Wolała raczej smakować z umiarem, zachowując trzeźwość umysłu. Alkohol przelał się przez jej gardło, powoli sprawiając, że po ciele dziewczyny przeszło przyjemne ciepło. Przymknęła dosłownie na sekundę oczy, chowając przed światem zielone oczy. Chociaż w tym świetle zapewne ich kolor nie był tak jasny, jakby się to mogło wydawać. Pokazała je światu dopiero wtedy, kiedy usłyszała pierwsze słowa z ust Franza. Oczywiście nie w takiej kolejności, jakby tego oczekiwała, chociaż mogła się tego spodziewać. Ślizgon raczej nie czuł się pewnie rozmawiając o rzeczach bardziej wślizgających się w naszą duszę i serce, więc zahaczył o bardziej przyziemny temat. Na jego komplement jedynie uśmiechnęła się szerzej, z wyraźną wdzięcznością i podzięką w tym geście. Franz mógł to szybko odczytać, znał ją niemal jak nikt inny. Mogło to być naprawdę wielce zaskakujące, że ta dwójka nigdy nie znalazła się w dwuznacznej dla siebie sytuacji. Rozpoczęcie znajomości w dzieciństwie sprawiło, iż nie patrzyli na siebie jak na obiekt seksualny, chociaż zapewne byli dla siebie atrakcyjni. Może to nawet wydawać się nieco zabawne, ale nie pozwoliłaby byle jakiej dziewczynie kręcić się obok tego faceta. Zresztą nie podejrzewała Franza o to, by zainteresował się kobietą niewartą jego samego. Jeśli już na jakąś zwracał uwagę bardziej, niż na jednorazową przygodę, musiała czymś się wyróżniać.
- Zapewne wiele osób powiedziałoby teraz, że nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz. Sama nie wiem czy mogłabym ci to w tym momencie poradzić. Nie zapominaj jednak o tym, że jesteś już dużym chłopczykiem i na pewno wiesz jak postarać się o coś, co chcesz mieć. No, kogo chcesz mieć. - mruknęła, nie chcąc mu narzucać swojej woli. W końcu zrobi to, co zechce. Czy podejrzewała o kogo chodzi? Wiedziała z kim drze koty. Nieświadomie coś już wcześniej ciągnęło go do tej osoby, ale pewności nie mogła mieć, dopóki sam jej o tym nie powie, bądź jej tego nie pokaże. Swoją drogą, ciekawe. Jeszcze nie widziała by Franz miał wątpliwości w takiej kwestii życiowej. Ba, raczej nie była świadkiem jakichkolwiek głębszych przemyśleń jego powiązań z jakąkolwiek kobietą. A jego niepewność tylko umocniła ją w przekonaniu, że to nie jest nic błahego. Że to coś, co przeniknęło właśnie w jego duszę. Może nawet to sprawiło, że chciała by pomóc, poprowadzić do zwycięstwa, do zdobycia tego, czego potrzebował.
Pozwoliła sobie na kolejny, całkowicie szczery uśmiech w stronę Franza, który wywołany był również cichym śmiechem. Uwielbiała te jego puenty. Momentami rozczulał ją wtedy do granic możliwości, chociaż teraz tak nie było. Wiedziała już jednak, że postawił wszystko na jedną kartę i zamierzał wcielić coś w życie. Co, zapewne już niedługo sama się przekona.
- Będę twoim najwierniejszym widzem. Chociaż mam nadzieję, że szczęśliwe zakończenie nie będzie miało miejsca w objęciach śmierci. - powiedziała, kątem oka zauważając kolejne osoby, które się tutaj pojawiały. Jej spojrzeniu nie umknęła nad Gryfonka, która tak wiernie kibicowała Slytherinowi na meczu. I to w towarzystwie Evana. Na sam widok jego osoby skinęła tylko lekko głową w tamtą stronę, przy okazji dając znać Franzowi, że pojawili się kolejni goście. W tym także ich dobry i wspólny znajomy, Rosier.
- No, no! Kapitan Ślizgońskiej drużyny z pewnością zasłużył na miano najbardziej wytrzymałego zawodnika tego roku. Evan, byłam pod wrażeniem. - jej głos był nieco bardziej doniosły, by chłopak mógł ją usłyszeć. Nie znajdowali się jednak aż tak daleko, by musiała krzyczeć, a jednocześnie byli w bezpiecznej strefie, by móc spokojnie z Franzem rozmawiać. Gdzieś w międzyczasie przez myśl przebrnął jej obraz z jednej z imprez, kiedy to przyczajona w jakimś kącie, kosztowała warg Evana, które z pewnością trudno było zapomnieć. W końcu od czasu do czasu można było sobie pozwolić na coś więcej, bez specjalnych powodów, żadnych głębszych pobudek, z czystego pożądania.
- To co, mam trzymam kciuki? - zapytała swojego kompana, marszcząc przy tym delikatnie brwi i uśmiechając się do Franza porozumiewawczo. Życzyła mu jak najlepiej, stąd ta jej postawa. Oby tylko jego wybranka potrafiła zaakceptować ich relacje, bo inaczej będzie ciężko. Ona łatwo Franza nie odpuści dla kobiety, która dopiero teraz ma pojawić się w jego życiu. W końcu to ona była pierwsza. Ta druga będzie musiała się z tym pogodzić, chociaż będą zajmowały inne funkcje w jego życiu.
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message
Aristos Lacroix
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 29/04/2014
Liczba postów : 598
Skąd : Orlean, Francja

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 1:11 am

Nie była rozczarowana jego reakcją; właściwie można by rzec, że Evan nieco ją zdziwił. Wiedziała, że nie odpowie na jej troskę i niepewne słowa w sposób inny, niż zgryźliwy. Taki był jego wątpliwy urok, chociaż pamiętała czasy gdy Rosier zachowywał się zupełnie inaczej. Później rozdzieliły ich różnice między domami, do których trafili, a chociaż ten specyficzny rodzaj przyjaźni przetrwał, Aristos przestała nadążać za zmianami zachodzącymi w Evanie.
Parsknęła jedynie, gdy napomknął o czarach ochronnych.
- Wyobraź sobie, że potrafię rzucić confundus! - syknęła, mrużąc oczy - Jeśli chcesz, mogę ci to udowodnić w każdej chwili. - dodała jeszcze, unosząc brwi, ale pozwoliła wziąć się za dłoń i zaprowadzić do końca korytarza, gdzie w sali z wgłębieniem bawili się inni członkowie drużyny. I najwyraźniej nie tylko.
Uśmiechnęła się do Chiary, ogarniając towarzystwo szybkim spojrzeniem; osobiście nie znała tylko Blaisa i Franza. Jasmine, Grossherzog, Whisper... Whisper? Jeśli Whisper, to pewnie i O'Malley.
Dostrzegła go dopiero po chwili, gdy podszedł odebrać zasłużoną butelkę Ognistej. Przyjęła komplement, a później przyjęła kieliszek od Evana z wyraźną satysfakcją na twarzy.
- Za Anderson... Za Anderson mogę spełnić jedno twoje życzenie, Rosier. - powiedziała, unosząc lekko brew i patrząc na niego wyzywająco. Następnie przechyliła kieliszek bez wahania, czując jak palący płyn spływa w dół jej przełyku, wywołując przyjemnie ciepło w żołądku.
Odstawiła go na stolik, powoli oblizując wargi.
- Tylko w granicach rozsądku. - dodała jeszcze, na wszelki wypadek.
Jej wzrok leniwie przesuwał się po obecnych na imprezie Ślizgonach, dopóki Jasmine nie podeszła bliżej. Obdarzyła swoją ulubioną Ślizgonkę szerokim uśmiechem i skinęła głową.
- Jas, nie wyobrażasz sobie chyba, że mogłabym kibicować komu innemu? - spytała przechylając głowę filuternie w bok; ciemne włosy spłynęły kaskadą na jej ramię, by znów opaść na plecy gdy Gryfonka wyprostowała się, sięgając po kieliszek.
Toast spełniła z prawdziwą przyjemnością, z większą jednak witając kolejny kieliszek.
Nie zamierzała być dziś trzeźwa.
Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 19/02/2014
Liczba postów : 469
Skąd : Berlin

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 1:23 am

Uwaga dla osób o słabych nerwach.
Jeżeli do tej pory uważałeś/aś Franza za skurwiela bez serca, a nie chcesz doznać szoku na skutek zmiany swojego wyobrażania o tym uroczym, w rzeczywistości, chłopaku, odpuść sobie czytanie tego posta, tkwiąc dalej w swoich błędnych przekonaniach.

Akurat, co do tego, że Victoria potrafiła mu skutecznie o sobie przypominać, nie mógł mieć żadnych wątpliwości. Jednak jej stwierdzenie, jakoby zapomniał o niej na skutek złego samopoczucia po przegranym meczu, było jak najbardziej nietrafne. Franz bowiem, w przeciwieństwie do większości drużyny, nie przejmował się wynikiem szkolnych rozgrywek. Rzecz jasna, swój udział w kompanii traktował poważnie i nigdy nie ignorował swoich obowiązków na boisku, jednak wystarczała mu sama przyjemność i satysfakcja płynąca z gry. Poza tym, tak jak wcześniej już wszystko sobie tłumaczył, jednak przegrana z Gryfonami nijak się miała do całokształtu relacji pomiędzy domami, w której to jednak w znacznej większości przypadków Slytherin wychodził na prowadzenie. Zresztą, Krueger już teraz wiedział, że przedstawiciele domu Godryka po tym, co działo się na boisku i na trybunach, już do zakończenia roku szkolnego, nie będą mieli życia. O ile Ślizgoni nigdy za nimi nie przepadali, tak teraz poziom nienawiści najpewniej osiągnie apogeum, co będzie wiązało się z wieloma przykrościami odczuwanymi przez tych słabszych. W każdym razie, panna Craven miała rację. Nie było sensu tracić czasu na powracanie myślami do tego, co było. Mecz w perspektywie tego, co działo się na imprezie, całkowicie stracił na znaczeniu, a przynajmniej w mniemaniu tej dwójki. W dodatku, czy można było myśleć o czymkolwiek innym, znajdując się w towarzystwie pięknego dziewczęcia, które w życiu mężczyzny naprawdę stanowiło niezwykle ważną i bliską osobę? Odpowiedź na to pytanie wydawała się dość oczywista, a niemiecki czarodziej już na dobre zapomniał o meczu, koncentrując swoją uwagę jedynie na towarzyszce rozmów. No, może poza wyłączeniem tych kilku, przelotnych spojrzeń rzuconych w stronę Jasmine. Chłopak miał nawet raz wrażenie, że te się spotkały, chociaż z takiej odległości nie rozpoznałby w ślepiach panny Vane żadnej reakcji. Ba, nawet przez myśl nie przeszło mu, że może być zazdrosna. Sam przecież zdawał sobie sprawę z tego, jak wygląda jego relacja z Victorią, a że nie zastanawiał się w ogóle przez to nad tym, jak mogą wyglądać ich rozmowy i gesty z punktu widzenia postronnych obserwatorów, nie wziął także i pod uwagę tego, że w sercu brunetki może nagle coś pęknąć. Jedno jednak było pewne – ze strony przyjaciółki Franza Jasmine nie powinna odczuwać żadnego zagrożenia. Być może właśnie ze względu na to, że Niemiec i Szkotka znali się od tak dawna, że jakiekolwiek relacja związane z seksualnością czy związkami przestały ich tak naprawdę dotyczyć.
-Nie musisz nic doradzać. Ważne, że jesteś. – mruknął niezbyt głośno, uśmiechając się czarująco do Victorii, kiedy ta wyraźnie przejęła się jego sytuacją. Wiedział, że zawsze może na nią liczyć, chociaż w tym wypadku akurat nie mogłaby i tak zrobić nic, aby wesprzeć go w jego dążeniach. Takie słowa były dla niego zatem wystarczające, by utwierdzić go w przekonaniu, że podjął odpowiednią decyzję. Niezależnie od tego, jakie będą jej konsekwencje. Ten, kto nie ryzykował niczym w swoim życiu, nie mógł też liczyć na zbyt duże korzyści.
-Myślę, że jako dorosły mężczyzna podołam i takiemu zadaniu. – dodał zaraz wyraźnie żartobliwym tonem. Jakby nie patrzeć, miał dopiero siedemnaście lat i ledwie stał się pełnoprawnym członkiem czarodziejskiej społeczności. W rzeczywistości zatem sam miałby wątpliwości czy mógłby określić samego siebie mianem dojrzałego mężczyzny, chociażby takiego, jakim był jego ojciec. Chociaż akurat on był ostatnią osobą, do której Krueger chciałby samego siebie przyrównać. I bardzo prawdopodobne, że właśnie ten fakt sprawiał, że Franz wyrastał jednak z małego chłopca, który nie ma swoich poglądów i przekonań na osobę dojrzałą, samodzielną, taką, która potrafi sama decydować o własnym życiu.
-Nawet nie wiesz, jak śmierć jest mi bliska, więc myślę, że nawet, jeżeli wyląduję w jej objęciach, nie pozostanę tam na wieki. – odparł znowu dość filozoficznie i poetycko, co w jego ustach naprawdę musiało brzmieć komicznie. Sam zdawał sobie sprawę z tego, że ludzie biorą go często za zupełnie kogoś innego, niż był naprawdę. Takie słowa, z pozoru tylko, zupełnie do niego nie pasowały. Stąd też niemiecki czarodziej nie dziwił się wcale szczerym uśmiechom Victorii ani temu, że dziewczyna właściwie zawsze reagowała na jego wysublimowane puenty w ten sposób. Poza tym, z jego ust takie słowa padały zawsze w obecności butelki whiskey, co raczej odbierało im, niestety, powagi. Już same słowa o rzekomym toaście stanowiące cytat z „Romea i Julii” przy pociągnięciu przy nich kilku łyków whiskey brzmiały, niczym profanacja. Franz jednak zdawał się tym w ogóle nie przejmować, a wręcz przeciwnie, nawet uznał to za nowy wyraz sztuki rozumianej zresztą chyba tylko przez niego samego.
Kiedy Victoria odeszła niedaleko, rzucając w kierunku Rosiera nieco kąśliwym, z punktu widzenia Franza, komentarzem, siedemnastolatek zniknął z pola widzenia na dłuższą chwilę. Jeszcze przed chwilą był zestresowany zrealizowaniem swoich planów, a teraz cała trema, jakby odeszła w zapomnienie. Chłopak poprawił tylko krawat i zapiął guziki swojej marynarki, ukrywając skrzętnie butelkę whiskey, po czym wszedł na niewielkie wzniesienie podobne do czegoś w rodzaju podestu, które miał zamiar potraktować dzisiejszego wieczoru jako scenę. Miał świadomość tego, że jego najlepszy przyjaciel, Evan, najprawdopodobniej będzie wyraźnie zaskoczony jego działaniem, a być może opatrzy go nawet jakimś pogardliwym spojrzeniem, chociaż w tym momencie Kruegera niewiele to obchodziło. Liczyła się dla niego tylko ta jedna dziewczyna, która skryła się gdzieś wśród tłumu znajomych twarzy, najwyraźniej nadal pozostając w towarzystwie Chiary, co zresztą, nie do końca odpowiadało Niemcowi. Nie miał jednak na to żadnego wpływu, więc wolał się przesadnie nie przejmować tym, czy relacje, niegdyś tak żywe, pomiędzy dziewczętami mogą na nowo odżyć w ich sercach. Postanowił, po prostu, robić swoje, nie zwracać uwagi na nikogo, prócz tej pięknej brunetki, która zawładnęła nad jego ciałem i umysłem. Gdy tylko wkroczył na swoją prowizoryczną scenę, wykonał zaklęcie caccio, przywołując przygotowane wcześniej w pokoju życzeń instrumenty, które teraz tworzyły kompletną całość, a zaczarowane przez niego miał za chwilę rozbrzmieć, niczym orkiestra, stanowiąc tym samym dla Franza podkład dla jego występu. Pojawił się także i mikrofon, chociaż jego sposób działania znacznie odbiegał od tego znanego mugolom. Zamiast nagłośnienia bowiem korzystał z mocy magicznej, wzmacniając głos siedemnastolatka do tego stopnia, aby był on słyszalny w obrębie miejsca imprezy. Ślizgon pochwycił go w dłoń, stukając w niego lekko palcami, jakby sprawdzając, czy rzucone przez niego zaklęcie na pewno działa.
-Na pewno dobrze się bawicie, prawda? Kto by się nie bawił dobrze, kiedy na stołach roi się od butelek whiskey… - rozpoczął swój wywód, kierując słowa, rzecz jasna, do wszystkich znajdujących się w lochach i pojących kolejne toasty, czy to za zdrowie potłuczonego Evana, czy za powodzenie w przyszłorocznych meczach. Krueger jednak nie wszedł tutaj po to, aby robić za imprezowego wodzireja, więc stwierdził, że lepiej będzie od razu przejść do rzeczy, podjąć to ryzyko, które mogło okazać się dla niego, równie dobrze, zgubnym.
-Korzystając z okazji, chciałem zadedykować piosenkę pewnej pięknej dziewczynie, która nie tylko dzisiaj na boisku potrafiła pokazać pazur. Jasmine, to dla Ciebie. – rzucił po krótkiej chwili namysłu. Przypuszczał, że miny i spojrzenia obecnych będą nietęgie. Każdy bowiem zdawał sobie sprawę z tego, że ta dwójka darzy się szczerą nienawiścią. Zmiana ich relacji pozostawała nadal w ogromnej tajemnicy, którą Franz tego wieczoru zadecydował przełamać, ujawnić innym, że pozory mylą. Zaklął więc instrumenty i przy akompaniamencie przygotowanej wcześniej orkiestry, zaczął śpiewać (Klik). Ręce trzymał w kieszeni i jakkolwiek niekulturalne mogłoby się to wydawać, tak jednak ten gest idealnie wpasowywał się w charakter niemieckiego czarodzieja, który często wydawał się dość chłodnym i obojętnym typem, ciężkim w relacjach z ludźmi. W rzeczywistości jednak, jak widać, stać go było na znacznie więcej. Potrafił z siebie wykrzesać wystarczająco dużo odwagi i ciepłych uczuć, by porwać się… praktycznie z motyką na słońce. Na jego twarzy cały czas gościł uśmiech. W duchu nawet śmiał się z tego, że słowa wybranego przez niego utworu rozpoczyna włoska fraza, która niejako mogła zostać nawet odczytana jako taka, która miała godzić w osobę panny di Scarno, która teraz z takim zaangażowaniem dotrzymywała towarzystwa dziewczynie, której dedykowana była piosenka.
-If you're ever gonna kiss me, it had better be tonight. – wreszcie z ust Franza padły angielskie słowa pierwszej zwrotki. Już na wstępie były one dość wymowne i wskazywały na to, że jednak pomiędzy tą dwójką istniała jakaś bardziej skomplikowana więź, niż ta nienawiść, która znana była wszystkim innym na zewnątrz. Cały świat mógł posłuchać niemieckich zdolności wokalnych, chociaż użycie tutaj przymiotnika „niemieckich” stanowi raczej pewną przesadę. Franz bowiem, niestety, Niemcem był chyba tylko z nazwiska. Od dziecka mieszkał w Londynie i przesiąkł angielską kulturą i językiem, co zresztą w śpiewie odznaczało się jeszcze bardziej słyszalnym brytyjskim akcentem. Nic dziwnego, skoro to właśnie w brytyjskiej stolicy chłopak rozwijał swoje artystyczne, a ściślej mówiąc, muzyczne, pasje. W każdym razie, nieistotne było teraz źródło czy to, w jaki sposób Krueger pracował nad swoim głosem czy fortepianem. Ważne było to, jak bardzo wczuł się teraz, na tej stworzonej samemu scenie, w tekst utworu. W ogóle nie było po nim widać stresu, nie wydawał się spięty. Wręcz przeciwnie, zachowywał się tak, jakby to było zupełnie naturalne, jakby występował przed ludźmi każdego wieczora, śpiewając do przysłowiowego kotleta. Uśmiechał się przy tym do dziewcząt, chociaż swoją uwagę skoncentrował głównie na Jasmine, i to właśnie na niej przez dłuższy czas „wisiał” wzrok nastolatka. Wreszcie Ślizgon zakończył swój wokalny występ wysokim dźwiękiem i zeskoczył z podestu, ponownie wkładając ręce do kieszeni, jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby cała ta stworzona przez niego szopka w ogóle nie miała miejsce. Jedynym dowodem na to mogły być teraz pozostawione same sobie instrumenty, które przestały jednak grać, a także ewentualne różnorodne emocje na twarzach przybyłych na imprezę uczniów.

_________________

This is all I ever wanted for You, Jas. For both of us.
Zobacz profil autora
Chiara di Scarno
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 250
Skąd : Tivoli, Włochy

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 1:03 pm

/naprawdę starałam się to skrócić! Nawet pod tym kątem czytałam, ale skończyło się na tym, że wyszło dłużej. xd Po prostu muszę pisać częściej i mniej./

No proszę, jednak nie miała pozostać samotną zapominajką wśród zielonych traw. Kiedy wyłapała spojrzenie Doriana gdzieś ponad otaczającym ją małym tłumkiem, mrugnęła jednym okiem, po czym więcej już nie wracała do osoby Whispera. Ich znajomość była raczej specyficzna i nader oszczędna w słowa. Chiara nie czuła potrzeby wykraczania w tej chwili poza to, co ich łączyło. Zapewne spotkają się jeszcze w tym tygodniu któregoś dnia i w cichszy swojego towarzystwa pozwolą sobie na wymianę myśli. A teraz? Teraz zupełnie co innego wymagało jej uwagi.
W wejściu do lochu pojawiła się bowiem ta osoba, na którą wciąż jeszcze czekała, właściwie z bliżej niesprecyzowanych powodów. Może nawet chciała się upewnić, że nic mu nie jest, choć jakiekolwiek odruchy litości w ogóle nie leżały w jej charakterze. Bardziej już prawdopodobne było to, że zechce jego świeże rany okrasić szczyptą soli w postaci drwiny. Zwłaszcza, że Rosier nie przychodził sam. Na widok Aristos, której dłoń wciąż jeszcze pozostawała w tej Ślizgońskiej, do której to Chi poczytywała sobie pewne prawa, oczy Krukonki zwęziły się lekko, ale tylko na moment, krótką chwilę, bo zaraz potem swoją uwagę ponownie skupiła na rzeczach znacznie przyjemniejszych, czyli stojącej tuż obok Jasmine, której dłoń właśnie sunęła w poprzek talii Włoszki. Franz wyparował z myśli Chi dokładnie w tym samym momencie, w którym porwała go Victoria, ale di Scarno coś nie pasowało w zachowaniu przyjaciółki. Czasem miała wrażenie, że zna i rozumie Vane lepiej niż samą siebie, dlatego teraz obdarzyła ją dziwnym spojrzeniem i nawet otworzyła usta, aby wyartykułować cisnące się na nie pytanie, ale nie zdążyła, bo oto nad uchem usłyszała ten słodki głos, który byłby wywołał na jej twarzy kpiący grymas, gdyby nie postarała się go zniwelować i zastąpić typową dla siebie maską beznamiętności. Obdarzyła Ari delikatnym uśmiechem, bo witać się nie musiała, skoro dopiero co razem kibicowały na trybunach, po czym obdarzyła przeciągłym spojrzeniem Rosiera, który niepomny faktu, że w jednej z dłoni trzyma już szklankę z alkoholem, najwyraźniej chciał ją dodatkowo uszczęśliwić. Albo upić.
Nie był aż tak poobijany jak się tego spodziewała, a przynajmniej jego facjata wyglądała całkiem nie najgorzej. Lepiej niż wtedy, kiedy spotkali się w noc zabójstwa Nette. Rozbawiona wysłuchiwała kolejnych toastów na cześć Rosiera, którego najwyraźniej próbowano w ten sposób pocieszyć, albo wesprzeć w tych trudnych dlań chwilach, po czym z typową dla siebie przekorą, jeszcze zanim wypiła jego zdrowie (dość wątpliwej jakości po dzisiejszym meczu), dodała swoje trzy grosze.
-Za liczne rany bojowe, które też mogą być pociągające, moi drodzy Ślizgoni. – po tych słowach opróżniła szklankę wręczoną jej przez Evana i odwróciła się w kierunku stołu, aby ją odstawić – ostatecznie nie potrzebowała mieć po jednej w każdej ręce. Ten manewr pozwolił jej zarejestrować przybycie Wandy, do której uśmiechnęła się i nawet odmachała, w geście, który jedynie dla znających ją najlepiej, a więc Jasmine i może Rosiera, mógł być uznany za próbę przedrzeźnienia koleżanki z Ravenclawu.
Na swoim towarzystwie skupiła się ponownie słysząc głos Aristos, która brnęła coraz dalej, nie orientując się oczywiście w całej sytuacji. Chiara uniosła brew w następstwie jej wypowiedzi, a na jej twarzy pojawiło się rozbawienie. Nie zamierzała się pienić, jeśli Rosier przesadzi, po prostu się pożegnają. Nie była typem dziewczyny, która uganiałaby się za facetem, który jawnie przesadza. Ponadto sama nie przestawała być raczej wyzywającą w towarzystwie, co równoznaczne było z akceptacją części podobnych zachowań u Ślizgona. Fakt faktem, że chyba była nieco mniej restrykcyjna od swojego kochanka.
-Lepiej uważaj komu i co obiecujesz, droga koleżanko. – zwróciła się do Gryfonki swobodnym tonem, w którym nie było ni krztyny groźby. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała jak się kończą zakłady z Rosierem i zaciągane u niego zobowiązania.
-Nie wiem czy temu Gryfonowi, o którego zabiegasz to by się spodobało. – dodała po chwili, dopijając resztkę alkoholu pozostałego w drugiej szklance. Już teraz czuła się swobodniejsza i bardziej rozluźniona, co dobrze rokowało planom Franza.
Bo właśnie kiedy zaczęła lecieć jedna z jej ulubionych piosenek, a ona sama szykowała się do zaproszenia Rosiera do tańca, w rewanżu za ten jeden, który podarował jej na ślubie, usłyszała jakiś hałas, a potem wzmocniony magicznie głos Kruegera. Obróciła się z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy w stronę Niemca, uprzejmie nawet wyciągając różdżkę i uciszając gramofon. Taka miła dzisiaj była, że aż strach. Słuchała jego słów, a na jej twarzy zdziwienie, mieszało się z rozbawieniem, do których dołączyło po chwili zniesmaczenie. Słysząc imię dziewczyny, którą wciąż obejmowała, i której ciało czuła przy swoim ciele, nie mogła nie zwrócić na nią oczu, w których kryło się pytanie, ale i pewien dystans. Nie, nie dlatego, że przyjaciółka nic jej nie powiedziała, ostatecznie ona sama także trzymała to, co łączyło ją z Rosierem w tajemnicy. Chodziło o to, że to był nie kto inny ale Franz Krueger, po prostu. A jego niespecjalnie trawiła. Ta sytuacja jedynie utwierdzała ją w przekonaniu, że ten facet jest jakiś inny.
Włoskich akcentów w piosence bynajmniej nie zinterpretowała jako „godzenie” w jej osobę. Ba, jak dla niej to brzmiało tak, jakby ona była adresatką piosenki, ostatecznie Jasmine nie mogła w pełni rozumieć jej tekstu. Ale wzrok Franza i jego dedykacja były jasne, to panna Vane miała go pocałować i to najlepiej dzisiaj. Niewypowiedziane pytanie Chiary sprzed kilkunastu minut nagle zyskało odpowiedź i to w sposób, który dziewczynie nie do końca odpowiadał. Nie cofając dłoni oplatającej talię przyjaciółki obserwowała spojrzeniem pełnym drwiącego rozbawienie podrygującego na scenie Kruegera i tylko w pewnym momencie obróciła się, aby spojrzeć na Evana. Częściowo po to aby móc zobaczyć reakcję Rosiera na to co wyczyniał jego najlepszy, ponoć, przyjaciel, częściowo zaś po to, aby wyrazem swojej twarzy dać mu do zrozumienia, że ona nie oczekuje, więcej, nie chce z jego strony takiego zachowania. Nie lubiła epatowania czymkolwiek, nie przyjmowała wielkich i romantycznych gestów, cukierkowych piosenek i słodkich dedykacji. Wolała zachowywać takie rzeczy dla siebie, dlatego bardziej odpowiadał jej urodzinowy list, niż ten… koncert.
-Bella Jasmine, i tak oto stałaś się la stella della serata. – szepnęła na ucho panny Vane, przez chwilę racząc się Jaśminowym zapachem, nie kryjąc jednak drwiny w swym głosie. Wiedziała, że przyjaciółka dobrze zinterpretuje jej zachowanie, nawet jeśli nie będzie zachwycona. Zbyt dobrze znała charakter Chiary, aby oczekiwać gratulacji i zachwytów nad romantycznością tego gestu. Di Scarno była rozbawiona całym zamieszaniem, jednocześnie odczuwając zniesmaczenie i… czyżby nutkę zazdrości?
-Baw się dobrze. – dodała po chwili odrobinę uszczypliwie, w końcu uwalniając dziewczynę ze swoich objęć i wycofując się, bo w ich kierunku zmierzał ten, który przed chwilą niczym włoski, idealny kochanek odśpiewał arię dla swej wybranki. Chiara obawiała się, że jeśli jeszcze chwile tu zostanie powie coś, co Jasmine mogłoby się bardzo nie spodobać, albo wybuchnie śmiechem, co z kolei mogłoby zostać negatywnie odebrane przez Kruegera. Nie żeby przejmowała się tym, co Niemiec sobie pomyśli, ale na pannie Vane jej zależało. Nie ważne z kim aktualnie sypiała. Mężczyźni się zmieniali, a Chi zawsze była obok.
-Zostawię was samych. – szepnęła jeszcze, muskając wargami kosmyki ciemnych włosów przyjaciółki, po czym obróciła się w kierunku Rosiera i Aristos.
-Pozwolisz, że na chwilę porwę twojego towarzysza? – zapytała Gryfonki, nie spoglądając przy tym na Evana –Nie widzę tutaj żadnego księcia na białym koniu, który mógłby i dla mnie porwać się na równie romantyczne gesty, a ktoś musi rozpocząć tance. – dodała tonem, z którego nie mogła wciąż jeszcze wymazać drwiny. Ta cała sytuacja jak dla niej nadawała się do mugolskiej telenoweli, albo jednego z tych harlequinów.
-Ale może najpierw jeszcze wypijmy. – dodała po namyśle i dolała sobie, oraz wszystkim, którzy tego potrzebowali w jej okolicach, alkoholu.
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 26/04/2014
Liczba postów : 526
Skąd : Deutschland, Deutschland uber alles

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 1:14 pm

-Lepsza? Jeśli ktoś cały mecz dostaje po swoich Gryfońskich zadkach, a pod koniec fartem złapie znicza bo Blais jest zbyt zajęty fryzurą żeby dostrzec coś innego, to nie wiem czy można mówić o tym że są lepsi. Ślizgoni przynajmniej nie spadają z mioteł, a jak już to robią to tak jak Evan - z klasą i natychmiastową zemstą.-odburknął ciut nieprzyjemnie. Ubodło go to że uznała Gryfonów za lepszych. W żadnym stopniu nie byli lepsi, po prostu Potter miał farta i tyle. Przecież Ślizgoni cały mecz grali znacznie lepiej, po prostu Blais nawalił. Chociaż ewentualnie można mu to wybaczyć, bo Gilgamesh też pare akcji spieprzył. Mimo wszystko zdanie Wandy go wręcz zabolało. Prawdopodobnie odwróciłby się i poszedł, gdyby nie jej następna uwaga. To się rozumiało samo przez się że grał dobrze. Nie mógł się powstrzymać przed małym komentarzem.
-Dziękuję, też tak uważam. Nieskromnie dodam, że ze wszystkich pałkarzy na boisku, byłem najefektywniejszy.
No bo taka prawda, co? Tylko on zwalił aż dwie osoby, w tym nieśmiertelnego O'Connora! Dodatkowo nie dostał żadnym tłuczkiem. Był tak wybitny że powinni wygrać mecz za samą jego obecność. Bo co kogo obchodzi jakiś durny znicz? Toż to tylko znicz, cała gra powinna się toczyć wokół pałkarzy. Zauważył jej pytające spojrzenie i tylko kiwnął głową. Kiedy powiedziała do niego "słonko", zupełnie...nie zrobiło to na nim wrażenia. Różne rzeczy mu mówiły dziewczyny - słonko, kochanie, kocham Cie czy takie inne. Był na to zupełnie znieczulony. Jednakże Wandę to chyba ruszało, więc co gdyby tak odpowiedzieć w podobnym tonie.
-Cóż, kochanie moje błękitne, sprawa ma się tak że mim...-zaczął i w tym momencie urwał, bowiem rozpoczął się "Krueger show". Może to niegrzeczne że przestał zwracać na chwilę uwagę na Wandzię, ale szczęka mu opadła. Franz był nawalony jak szpak! Na pewno! On, śpiewający Vane piosenkę, która nie była obraźliwa? NIE! To niemożliwe. Kiedy skończył jeszcze przez chwilę nie mógł wyjść z szoku. Dopił resztkę whiskey. Toż to się nie mogło dziać. Ktoś im Franza podmienił. Czyżby eliksir wielosokowy czy coś? Odwrócił się do Wandzi i lekko zapitym głosem stwierdził:
-Świat stanął na ggłowie....teraz już niczego nie jestem pewien...Dorian mnie jutro zabije...-po czym uznał że skoro i tak nadchodzi apokalipsa, to chociaż się nacieszy życiem. Przycisnął do siebie Wandę, tak żeby czuć jej ciało na swoim i pocałował ją, licząc że jej brat jest zbyt zajęty własnymi podbojami miłosnymi aby zwrócić na nich uwagę.
Zobacz profil autora
Alecto Carrow
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 16/03/2014
Liczba postów : 132
Skąd : Stolica Zjednoczonego Królestwa - Londyn.

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 2:28 pm

Alecto nie została do końca meczu, gdy tylko zobaczyła jak dłoń Pottera zaciska się na złotej piłeczce, jedynie zaklęła pod nosem, po czym zaczęła opuszczać trybuny, nie zwracając uwagi na pozostałych uczniów. Gdy tylko jej stopa dotknęła zielonej trawy od razu ruszyła do zamku, nie miała zamiaru patrzeć na uradowane miny Gryfonów, to zadziałałoby na nią jak płachta na byka i mogłoby doprowadzić do  jakiejś katastrofy. By nie dać ujścia swojej złości, blondynka postanowiła udać się do dormitorium. Była załamana przegraną zielonych, przecież Daniel był tak blisko by zdobyć Znicz! Tylko kilka milimetrów dzieliło ich od wygranej, warknęła ze złości przewracając stolik w Pokoju Wspólnym. W końcu rzuciła się na swoje łóżko zamykając oczy, wiedziała że mimo porażki Ślizgoni urządzą imprezę, jednak czy ona miała ochotę na zabawę?
Leżała na łóżku kompletnie nie zwracając uwagi na czas, który nieustannie płynął, jej myśli wędrowały od przegranego meczu do wakacji, które nadejdą lada chwila, a wtedy Blais będzie całkowicie poza jej zasięgiem. Nie zobaczy go ponownie w pociągu. Westchnęła. Zaczęły do niej docierać głosy rozmów odbywających się w Pokoju Wspólnym, do którego zaczęli napływać uczniowie. Słysząc jak drzwi dormitorium otwierają się wstała z łóżka, wzięła bieliznę oraz białą sukienkę po czym udała się pod prysznic. Nie miała ochoty na żadną rozmowę dotyczącą meczu, teraz to wydarzenie było jej obojętne. Właściwie doszła do wniosku, że jedynie zmarnowała swój czas. Ciepła woda zaczęła spływać po jej smukłym ciele, rozgrzewając każdy jego kawałek. Dzięki temu trochę się rozluźniła, a tym samym złość jej trochę przeszła. Wyszła z wody, wytarła się ręcznikiem po czym włożyła na siebie wcześniej przygotowane rzeczy. Zrobiła delikatny makijaż, a usta pomalowała czerwoną szminką. Uśmiechnęła się delikatnie do swojego odbicia. Była pewna, że impreza nieźle się rozkręcała, ale zapewne gdy ona się zjawi będzie znacznie ciekawiej. Wyszła z łazienki, a pozostałe dziewczyny patrzyły na nią z mordem w oczach. Alecto uśmiechnęła się do nich ironicznie, po czym opuściła dormitorium. Ruszyła korytarzem idąc za dźwiękami rozmów i śmiechu. Po chwili była już na miejscu, tak jak się spodziewała znajdowała się tu prawie cała śmietanka. –Cześć wszystkim! – przywitała się, po czym podeszła do stołu biorąc z niego butelkę piwa. Miała słabą głowę i dobrze o tym wiedziała, ale dziś postanowiła dać się ponieść.
Zobacz profil autora
Dorian Whisper
avatar
Pracownik Księgarni
Data przyłączenia : 29/04/2014
Liczba postów : 276
Skąd : Anglia

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   Czw Maj 22, 2014 2:53 pm

Dorian wcale się nie zdziwił, kiedy Gilgamesh zapomniał o jego towarzystwie i odszedł, chyba z zamiarem upicia się w samotności. No cóż, jego strata tak zacnego towarzystwa Alexandra i Doriana. Szybko jednak się okazało, że Gilgamesh opuścił ich z innego powodu niż chęć bycia samotnym. Wanda. Jego siostra Wanda przyszła na imprezę ślizgonów i chyba wiedział po co. A przynajmniej tak mu się zdawało, gdy nagle zauważył, jak ta dwójka objęła się ramionami i mocno przylgnęła do siebie ciałami. Coś drgnęło w Dorianie, jednak trwał w miejscu. Wciąż był wściekły na siostrę przez to, iż przez nią musiał polerować te cholerne puchary w Izbie Pamięci.
Nie ruszył się z miejsca, a jego spojrzenie powędrowało na Alexandra. Przez chwilę milczał, spoglądając na niego uważnie. Na jego twarzy nie było nawet śladu jakiejkolwiek złości i oburzenia. Zdecydował się na chwilę odpuścić i zignorować to, co się działo kilka kroków od niego. Bez słowa podniósł dłoń i delikatnie palcami musnął podbródek ślizgona. Jego oczy spotkały się z tymi Alexandra. Na moment przestał oddychać, po czym pochylił się delikatnie i obejrzał jego twarz.
- Chciałem się tylko upewnić czy jesteś cały – powiedział w końcu, lustrując go chłodnym spojrzeniem. Niby po co innego tutaj przyszedł? W tłum ludzi, których nie znał i czuł się jak obcy, mimo, że siedzi już w Hogwarcie od prawie ośmiu lat. Jeśli Alex nie chciał go widzieć, to nie miał zamiaru się upierać i odejść. Może się tego wstydził? Ich odnowionej znajomości, która zmierzała w bardzo niebezpiecznym kierunku... Zrozumie to i zaakceptuje. W końcu nie pierwszy raz był sam.
- Upewniłem się – dodał, jakby na potwierdzenie tego, co wcześniej mówił. O’Malley był cały, a ta głupia gra na miotłach go nie uszkodziła. Już zdążył zapomnieć, że jego siostra też tutaj była. I tak była świadoma ich dziwnej, wciąż zacieśniającej się więzi.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Na końcu korytarza   

 

Na końcu korytarza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-