IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Skrzydło Szpitalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 18 Lis 2015, 21:52

Symplicja Szafran, od siedmiu lat na emigracji, od siedmiu lat samotna, od siedmiu lat jest duchem, od siedmiu dni, czuje, że żyje. Żyje bo czuje ból, ten na sercu i ten, który oblepia każdy nawet najmniejszy kawałek jej ciała. O tym na ciele udaje jej się zapomnieć, eliksiry pozwalają się jej osunąć w mlecznobiałą mgłę zapomnienia, marazmu, braku uczuć, gdyby te same środki potrafiły jeszcze naprawić, poskładać jej duszę. Naprawdę chciałaby płakać, ale już nie ma czym, więc próbuje być silna, stara się, nie do końca jej to wychodzi, ale zawsze ma jakiś cel, każdy cel jest dobry, każdy cel ciągnie do przodu.
Czasami gdy tak sobie leży, wpatrzona w biel sufity, zastanawia się czy to wszystko nie było snem. Tak łatwo można by sobie było wmówić, że Remus, obóz, góry, jezioro, że to wszystko to tylko koszmar, że już się obudziła i wszystko jest w porządku. Wszystko jest dobrze. Powtarza sobie w kółko niczym mantrę, czasami nawet zaczyna w to wierzyć, otwiera wtedy szeroko oczy, odrzuca z siebie kołdrę i zamiera. W jednej sekundzie każdy element jej ciała zaczyna krzyczeć, wyć, niczym bezwładna laleczka opada z powrotem na łóżko i uświadamia sobie, że to przecież nie jest sen, choćby nie wiem jak się starała w to wierzyć.
Leży tak nieobecna, gdzieś na granicy snu i jawy, słyszała kiedy wprowadzono Gryfona, jak go badano, kazano leżeć, potem pojawiła się ta dziewczyna, może gdyby byli ciszej udało by się. Po prostu by zasnęła, ale oni sami jej to uniemożliwili. Więc trwała tam z zamkniętymi oczami wsłuchana w ich rozmowę, w końcu coś nowego, coś co przebiło jej codzienną rutynę, leki, sen, posiłek, sen, leki i tak w kółko, nagle coś się wydarzyło, nagle w jej śledzie środków przeciwbólowych pojawili się żywi, prawdziwi ludzie ze swoimi problemami. Na chwile pozwalając jej zapomnieć o jej własnych myślach, delikatnie uśmiecha się do tego w swoich myślach. Nie może jednak wiecznie słuchać, zmęczenie organizmu powoli zaczyna ją przytłaczać i odpływa, nagle słyszy jednak coś jeszcze, cichy tupot nóg, ktoś nowy wszedł do Skrzydła Szpitalnego. Na początku nie przejmuje się tym, nadal udaje, że śpi, przecież siedzi tu od stuleci i nikt nie przyszedł jej odwiedzić, dlaczego nagle miałoby się to zmienić. Kolejny dźwięk, teraz jakoś bardzo blisko, coś jakby ktoś szurał krzesłem po ziemi. Coś się dzieje i nagle to przyjemne ciepło, ktoś dotyka ją po głowię.
Niepewnie otwiera oczy, przez chwilę ma wrażenie, że widzi przed sobą te upragnione brązowe tęczówki, ten delikatny, zmęczony uśmiech, że zaraz usłyszy ten głos, od, którego jej serce podskoczy i ucieknie z piersi. Ta wizja jednak szybko się rozmywa, trudno jej się powstrzymać przed zawiedzionym spojrzeniem.
Aeron? Przez chwile nie może uwierzyć swoim oczom. Tak dawno go nie widziała, a może tak się jej wydawało. Bo ostatnimi czasy odrzuciła od siebie wszystkie żywe istoty, nawet siebie samą.
Zdziwienie, smutek, że to jednak nie pewien Gryfon, szybko mija i zamienia się na miejsce z cichą radością, że ktoś sobie o niej przypomniał, że ktoś przyszedł, zauważył, że jej nie ma. Gdyby miała czym to pewnie by się teraz popłakała.
-Cześć.- Mówi cichym, zachrypłym głosem, a równolegle z wychodzącym dźwiękiem jej gardło zaczyna się rozdzierać nieboskim bólem. Nie pamięta kiedy ostatnio wypowiedziała na głos jakieś słowo i już wie dlaczego.
Zobacz profil autora
Aeron Steward
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw 19 Lis 2015, 00:06

Aeron miał jedynie nadzieję że osoby postronne które również przebywały w tym samym pomieszczeniu nie przykładały zbyt wielkiej uwagi do jego osoby. Szczerze i ciężko pracował na wizerunek gbura, i podejrzanego typa, toteż takie akcje jak ta teraz z Sym mogły się dla niego źle skończyć. Zresztą, nie tylko o reputację chodzi. Wszelkie osoby które mogłyby na tym skorzystać, z wielką radością doniosą komu trzeba kto z kim gdzie po co i dlaczego. W czasach praktycznej wojny osoby bliskie często padają ofiarą szantaży i wymuszeń.
Arcio westchnął. Sym była w opłakanym stanie, i wystarczyło tylko rzucić na nią okiem by to stwierdzić. Można sobie tylko wyobrażać jaki szok przeżyła kąpiąc się w lodowatej wodzie. Ktoś musiał ją zapewne wyciągnąć, bowiem dziewczyna o jej posturze w życiu nie dałaby rady sama się wydostać. Pewnie by też nie próbowała, zważywszy na to że w ogóle się tam znalazła. Pokiwał głową z dość sporą dawką dezaprobaty. Ratował już kogoś przed samobójstwem. I zatrzymanie samego zamiaru pozbawienia życia wcale nie było najtrudniejszą rzeczą. Zdecydowanie najtrudniejszą rzeczą było doprowadzenie niedoszłą ofiarę do normalnego stanu psychicznego, w którym ta nie będzie już próbowała się targać na własne życie. Panna Szafran z pewnością nie jest wyjątkiem od tej reguły, jednak Arcio uważał że potrzebuje ona kogoś innego do tego zadania. On był… specyficzny. Często brakowało mu podstawowej wiedzy z dziedziny komunikacji interpersonalnej. I nie chodziło tu o zwykłe rozmowy. Chodziło o coś więcej, o te bardziej delikatne i wyczulone na szczegóły konwersacje. Sym potrzebowała kogoś kto będzie w stanie ją uleczyć. Aeron działał jedynie powierzchniowo. Tylko tyle. Bowiem na tylko tyle było stać jego umiejętności komunikacji.
Widzi ruch Sym. Najpierw delikatne, potem nieco śmielsze, ale ciągle nieznaczne. Otwiera oczy i… No właśnie. Przez ułamek sekundy na jej twarzy odbija się masa różnych uczuć. Nadzieja, zdziwienie, rozczarowanie. Ani jedna część nie budzi w Aeronie większego zakłopotania. No bo kto by się spodziewał jego przybycia tam? No kto? On sam się tego nie spodziewał. I pewnie by go to nie było, gdyby nie ten zbieg okoliczności. Czy tylko zbieg? Czy może aż? Kto wie. Po tym na jej twarz wypływa coś jeszcze. Radość. Uśmiechnął się ponuro. Chwilę później usłyszał mocno zniekształcone powitanie. Gdyby nie jego oczy, zapewne określiłby właściciela głosu na „około czterdziestoletniego białego mężczyznę rasy kaukaskiej, dobrze zbudowanego i mocno nawalonego”. Odpowiedział Sym słowami:
-Witaj panno Szafran. Pewnie spodziewałaś się tu kogoś innego. Przykro mi, ale to tylko ja. Przyszedłem sprawdzić co z Tobą, albowiem przykre wiadomości dotarły ostatnimi czasy do mych uszu.- powiedział. Nie często ktoś w Hogwarcie popełnia samobójstwo, a już nigdy nie wróży to nic dobrego. Dodał jeszcze:
-Nie martw się, nie zajmę Ci dużo czasu. Najbardziej potrzebujesz teraz odpoczynku. Wiem że to okropne tak tu leżeć. Sam miałem wątpliwą przyjemność spróbować owych rozkoszy. Z tym że ja wtedy byłem poparzony, Ty zaś masz całkiem na odwrót. Ehh Ty głupolu. Co ja mam z Tobą zrobić, co?- stwierdził na koniec, bardziej do siebie niż do niej. Przykra sprawa. Widzieć kogoś w takim stanie.
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie 22 Lis 2015, 20:05

Na co się patrzysz? Nigdy nie widziałeś osoby, która uczyła się pływać, w zimie, w jeziorze z druzgotkami i wielką kałamarnicą, osoby która weszła do wody w ubraniach i potem prawie utonęła, a to wszystko na swoje głupie życzenie. W sumie ja też pierwszy raz kogoś takiego widzę, ale to nie oznacza, że nikogo innego takiego nie ma.
Chciałby mu tak powiedzieć, kiedyś pewnie by to zrobiła, teraz, a teraz niczego nie była pewna. W jednej chwili tam w jeziorze, zaczęła żałować, przez chwilę nie myślała o tych wszystkich w jej świadomości wielkich i złych rzeczach, które ją spotkały, przez chwilę znowu zapragnęła po prostu żyć, cieszyć się każdym dniem, żyć naiwną nadzieją powrotu do domu. Teraz nie była pewna, czy tamten moment jej się po prostu nie przyśnił, może to była halucynacja spowodowana niedotleniem mózgu, przecież istnieje taka możliwość. Czy warto było przeżyć, żeby teraz siedzieć w skrzydle szpitalnym i nie móc mówić, nie mieć siły podnieść się nawet na centymetr, widzieć tylko białe płótno sufitu?
Lekko, niepewnie, sprawdza na ile może sobie pozwolić i przechyla głowę w stronę Aerona. Ma ochotę się zaśmiać, ostatnio za każdym razem gdy się spotykają ona jest w opłakanym stanie, a to złamana noga, a teraz po nieudanym podtopieniu. Jeśli tak dalej pójdzie następne spotkanie będą mieli na jej pogrzebie.
Z jej ust nie wychodzi jednak żaden dźwięk, radość spotkania żywej osoby, przemija zamienia się na miejsca, ze wstydem, strachem, Symplicja boi się konsekwencji swojego czynu, bo przecież nauczyciele tego tak nie zostawią. Zaczną się pielgrzymki, dlaczego to zrobiłaś, a potem wstyd, że narobiła takiego zamieszania przez głupie problemy, głupiej zakochanej dziewczyny. Uczniowie będą ją wytykać palcami, a miała taką głupią nadzieje, że może nikt się nie dowie, że zniknie na trochę i potem wróci jak gdyby nigdy nic, ale nie w Hogwarcie niczego nie dało się ukryć. Nawet nie chciała wiedzieć ile osób widziało jej ociekające wodą ciało kiedy tamten chłopak niósł ją do Skrzydła Szpitalnego. Lekko przygryza wargi i od razu czuje bóle.
Z zamyślenia nad tym wszystkim co się niedługo stanie w momencie, w którym odzyska siły i wróci do życia, wyrywa ją głos Stewarda. Krukon taki jakim go pamiętała, miły i przyjemny jak papier ścierny, no ale martwił się o nią. Przecież gdyby tak nie było nie przy fatygowałby tu swoich szacownych czterech liter. Gdzieś w sobie czuje wzruszenie za to, że przyszedł jako jedyny.
-Co ludzie gadać?- Pyta nie pewnie, boi się do jakiej miejskiej legendy urósł jej głupi wyczyn.
Co z nią zrobić? Dobre pytanie, sama najchętniej zaszyłaby się w jakiejś małej dziurze i została tam do końca świata, nie musząc się już nigdy więcej ludziom pokazywać na oczy, o ile to by było łatwiejsze. Nie musieć już nigdy więcej nikomu spojrzeć w oczy, zaszyć się gdzieś i samemu o sobie zapomnieć, żyć najprostszymi potrzebami.
-Zastrzelić- podsuwa pomysł co mogłoby być dobrym pomysłem na dalsze postępowanie z jej osobą.
Zobacz profil autora
Aeron Steward
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon 23 Lis 2015, 18:56

Jedno było pewne. Symplicja zdecydowanie nie powinna teraz śpiewać. Jej głos brzmiał jeszcze gorzej niż ona sama wyglądała, jeśli było to w ogóle możliwe. Im dłużej Aeron przyglądał się tej istotce leżącej na szpitalnym łóżku, tym bardziej robiło mu się smutno. Atmosfera w Skrzydle Szpitalnym była doprawdy dołująca. Sam zresztą pamiętał jego własny pobyt tutaj. Po powrocie z „przygody”, którą zafundowała mu Resa (chyba; sam już nie pamiętał czy to on wciągnął ją, czy ona jego), trafił tu z rozległymi poparzeniami brzucha, i nieco mniejszymi na lewej ręce. Wprawdzie nie spędził tu zbyt dużo czasu, bowiem było to ledwie parę dni, okres ten jednak zaliczał do jednego z najmniej interesujących w życiu. Oczywiście nikt nie przyszedł go wtedy odwiedzić, co zresztą było raczej normalne jeśli chodzi o jego osobę. Fakt faktem leżenie tutaj jest przygnębiające, tym bardziej że Sym ma teraz dużo, o wiele za dużo czasu do rozmyślania o tym co zrobiła, i zapewne o powodach jej postępowania.
Nie bardzo wiedział co robić. Przyjść przyszedł, ale co teraz? Przejechał dłonią po włosach, maskując przy tym pewnego rodzaju zakłopotanie. Wolałby już walkę ze smokiem, niż przełamywanie się w takich chwilach. Cóż, pewne osoby po prostu nie były stworzone do takich skomplikowanych spraw. Spojrzał na Sym, która przechodziła podobne rozterki. Jej twarz wyrażała prawie wszystko to co aktualnie przelatywało jej przez myśli. Strach przed reakcją społeczności. Przecież to niedoszła samobójczyni. Za tydzień znać ją będzie trzy czwarte Hogwartu, ale Aeron wątpił czy znalazłaby się osoba która cieszyłaby się z takiej rozpoznawalności. Kto by bowiem chciał być „tym nieudacznikiem”, jak zapewne ludzie by nazywali kogoś kto chciał skończyć ze swym życiem. Cóż, nie można się bardziej mylić. Samobójstwo to akt wymagający tak ogromnych pokładów odwagi, że mało który człowiek jest zdolny do faktycznego jego popełnienia.
Usłyszał pytanie Sym, zadane w dość prymitywnej odmianie języka angielskiego. Nie wiedział czy to ze względu na zmęczenie czy może powiedziane specjalne, toteż po prostu się uśmiechnął, gdy to usłyszał.
-Niewiele, raczej nic konkretnego. Tylko że jakaś osóbka próbowała ćwiczyć na mistrzostwa świata w pływaniu. Usłyszałem to, i połączyłem te plotki z Twoją nieobecnością. No i jestem.- odpowiedział, zgodnie z prawdą zresztą. Poza tym, nie było tu jakiejś specjalnej logiki, ot zwykła kalkulacja i łączenie faktów. Druga odpowiedź nie była specjalnie odkrywcza, jak na kogoś kto właśnie próbował się zabić. Aeron zaśmiał się, po czym powiedział:
-Ledwo żeś wyszła z wody, a chcesz żeby Cię dziurawili. Oj Symplicjo. Nie łam się. Wiem że masz za dużo czasu na myślenie, więc postaram się sprowadzić Ci tu parę osób, żebyś nie czuła się samotna. No i postaram się zrobić coś z tą plotką, więc się nie martw. W końcu kto może pochwalić się nurkowaniem ekstremalnym?-
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 25 Lis 2015, 21:22

Przygląda się Aeronowi, powoli rejestruje każdy jego ruch, zmianę mimiki, zauważa jak próbuje ukryć zakłopotanie. Przez chwilę Symplicja nie wie o co chodzi, co między nimi się zmieniło. Gdzie są tamte dzieci, które zimą urządziły wielką bitwę na śnieżki, a potem siedziały w kuchni, żeby na końcu zgubić się w lochach. Co się stało, gdzie uciekł ten czas, łatwość w rozmowie, beztroska życia. Powoli przesuwa wzorkiem po nim, szuka odpowiedzi na swoje pytania, no urośli, on się zmienił i ona, nic nie jest stałe.
Spacerując spojrzeniem po twarzy Krukona niby przez przypadek natrafia na jego oczy, zimne, podobne do jej, ale co to? Czy tylko jej się to wydawało? W jego niebieskich ślepiach nagle jakby znikąd zauważa siebie. Kruchą, bladą jak śmierć, nie mogącą nawet podnieść ręki, żeby wziąć do ust szklankę z wodą. Czy to naprawdę jestem ja? Zadaje sobie pytanie w myślach. To nie możliwe. Sili się na uśmieszek, powoli próbuje podnieść się chociaż trochę. Nic jednak nie działa, uśmiech jest niewidzialnym grymasem bólu, a ręce bezwładnie leżą, nawet nie próbując udźwignąć ciężaru świadomości. Mimowolnie Szafran przygryza wargę, przez chwilę ma wrażenie, że zaraz znowu się rozpłacze. Nie płacz! Krzyczy na siebie w myślach, jeszcze, wytrzymaj tylko chwilę, jak odejdzie, kiedy wszyscy zapomną znowu będziesz mogła. Teraz będziesz musiała grać, będziesz udawać silną, musisz. Czasami nie ma innej opcji.
Zęby zaciskają się jeszcze mocniej, po chwili czuje w ustach krew. Próbuje go powoli, więc taki jest smak życia.
Widzisz, nikt nic nie wie, ktoś Cię widział, ale nie mówią o tobie. Nie wiedzą, że to byłaś ty. To dobrze, niech nie wiedzą, może zapomną, może nie skojarzą, oni nigdy tego nie robią nikt nigdy nie pamięta, tak jest prościej. Po co pamiętać imię trupa.
-Dziękuje Ci.- Kolejny niewyraźny grymas. Steward nawet nie potrafi zdać sobie sprawy jak dziewczyna jest mu wdzięczna, że przyszedł, że pojawił się, ale nie tylko za to, te słowa również znaczą bardzo wiele. Dają nadzieję, że to że jednak przeżyła nie było nieszczęśliwym przypadkiem, że może jednak jest nadzieja, że jej historia może mieć jeszcze kiedyś szczęśliwe zakończenie, tak, na pewno kiedyś będzie dobrze.
Musi?
Czy aby na pewno?
Zobacz profil autora
Aeron Steward
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie 29 Lis 2015, 14:09

Nie bardzo wiedział czemu powiedział to co powiedział. Rzadko kiedy był w ogóle skłonny do pomocy innym. Ludzie z reguły oczekiwali czegoś w zamian, nie znając chyba słowa „bezinteresowność”. Chcąc nie chcąc Arcio również po jakimś czasie przestał przejmować się obcymi. Nie płynęły z tego prawie żadne korzyści, niestety. Ludzie przypominali sobie o Tobie dopiero w momencie w którym sami czegoś potrzebowali. A gdy już to dostali, to znikali, by pojawić się ponownie przy następnej okazji. Dbał więc tylko o siebie, i te marnych parę osób które nadawały się do nazywania ich „przyjaciółmi”. Jednak oprócz owych przyjaciół oraz prawie całej reszty, istniała jeszcze trzecia grupa osób. Grupa ta charakteryzowała się głównie tym, że Arcio nie miał pojęcia co z nimi zrobić. Nie należeli już do tej reszty którą Arcio miał totalnie gdzieś, jednak z pewnych powodów nie nadawali się do przyłączenia ich do grupy przyjaciół. Trawli więc w tym półstanie świadomości Arcia. Sym należała właśnie do nich. Gdy usłyszał podziękowania od leżącej Sym, uśmiechnął się nieznacznie.
-Nie ma za co. Postaraj się wyzdrowieć jak najszybciej.- odpowiedział, patrząc na leżące na łóżku stworzenie. Nie miał jak jej pomóc, poza tym co już zrobił. Potrzebowała kogoś innego, kogoś kto będzie w stanie ją przytulić i pocieszyć. Kto będzie mógł spędzić z nią czas, wypełnić jej tą bezdenną pustkę w której się teraz znajduje. On się nie nadawał. Pewnie dlatego, że sam znajdował się w podobnej pustce, tylko znacznie ciemniejszej, i to z własnego wyboru. Westchnął, po czym delikatnie wstał z zajmowanego miejsca. Bezpośrednio pomóc Sym nie miał jak, mógł jednak zrobić inną rzecz. Korzystając ze świeżości plotek które rozchodziły się po szkole, miał sporą szansę zmienić nieco ich treść. Wystarczy że powie coś tu czy tam, i zaraz z samobójstwa zrobi się groźnie wyglądający wypadek, w którym brała udział jakaś uczennica, którą to uratował bohaterski chłopak zjawiający się w ostatniej chwili. Od razu brzmiało to lepiej aniżeli to co naprawdę się wydarzyło. Znając możliwości szkoły, plotka rozniesie się w ciągu kilku dni, dając Sym czas na regenerację, psychiczną i fizyczną. Już miał odchodzić, gdy zdecydował się schylić się jeszcze na sekundę, a jego ręka po raz ostatni dotknęła czubka głowy Sym. Powiedział do niej cicho, tak cicho że nikt inny nie dałby rady tego usłyszeć:
-Nie umieraj, Sym. Zabraniam Ci. Masz żyć, bo nie jesteś sama.- powiedział, po czym wyprostował się. Rzucił krukonce ostatnie spojrzenie, po czym odwrócił się i cicho wyszedł z Sali.

z/t Arciek
Zobacz profil autora
Gabriel Szeptycki
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 02 Gru 2015, 19:04

W Hogwarcie było niewielu Polaków. Gabriela zawsze to ciekawiło, dlaczego akurat z jego narodu rodziło się tak mało czarodziejów. Nie miał głowy do analizy oraz studiowania opasłych tomów w bibliotece, gdzie unosił się zapach kurzu i starości. Szczerze powiedziawszy unikał owego miejsca gdy tylko mógł. Przyprawiało go o dreszcze, choć sam nie wiedział dlaczego. Uczył się przyzwoicie, ale tylko wtedy gdy musiał. Jednak musiał przyznać bibliotece jeden plus. Zawsze ktoś się tam kręcił. Tak jak tego dnia. Przechodził jedynie obok pomieszczenia, ale tyle wystarczyło by usłyszał o wypadku jednej z Krukonek. Z początku ta informacja wydała mu się mało istotna. W takim miejscu jak Szkoła Magii i Czarodziejstwa wypadki zdarzały się zadziwiająco często. Dopiero wzmianka o pochodzeniu poszkodowanej zwróciła jego uwagę. Może i w Hogwarcie było mało Polaków, ale wszyscy starali się trzymać w miarę blisko. Nie jest łatwo być osobą, która nic nie rozumie. Osobą, która nie potrafi się dopasować, dopóki jakaś życzliwa duszyczka nie weźmie jej pod swoje skrzydła. Dla Szeptyckiego taką osobą była Symplica.
Nie musiał zastanawiać się długo. Zresztą czy kiedykolwiek to robił? Wolał najpierw działać, a dopiero później myśleć. Szybkim krokiem przemierzył korytarze, starając się nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi. Nie miał ochoty na durne rozmowy, które jedynie wydłużyłyby mu czas dotarcia do celu. Na całe szczęście inni uczniowie zdawali się być pogrążeni we własnych sprawach.
Do skrzydła szpitalnego dotarł w nie całe 20 minut. Ostrożnie uchylił drzwi, by sprawdzić czy przy interesującej go osobie nikogo nie ma. W pomieszczeniu nie było wielu pacjentów, co ucieszyło Gabrysia. Zawsze to swobodniejsze możliwości do rozmowy.
Od razu ją rozpoznał. Dziewczyna leżała z przymkniętymi powiekami, a większość jej ciała przykryta  była prowizoryczną kołdrą. Gdy podszedł bliżej zauważył na jej twarzy mimowolny grymas bólu.
Obserwował ją przez dłuższy czas. Dopiero po chwili zorientował się, że Krukonka spogląda na niego swoimi niebieskimi ślepiami.
- Cześć - powiedział, uśmiechając się do niej lekko wyginając kąciki ust ku górze. -Jak się czujesz?
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 02 Gru 2015, 22:21

Nie umieraj, Sym. Zabraniam Ci. Masz żyć, bo nie jesteś sama.

Aeron odszedł. Wrócił do swojego życia, do swojej historii, zostawił ją samą z natłokiem myśli, z premedytacją wymuszając na niej spełnienie obietnicy nie do zrobienia, mimowolnie kazał jej zrobić coś co jak widać było ponad jej siłami.
NIE MOŻESZ TEGO ODE MNIE WYMAGAĆ. NIE MA MNIE. PRZEZ CAŁE SIEDEM LAT BYŁAM DUCHEM, A TERAZ JUŻ NAWET NIM NIE JESTEM. NIE WYMAGAJ ODE MNIE TAK WIELE, NIE KAŻ MI ŻYĆ DLA KOGOŚ KOGO NIE MA.
Jak miała żyć dla kogoś, skoro sama najlepiej wiedziała, że nikogo takiego nie ma. Ostatnia osoba, którą kochała odrzuciła ją, dała jej nadzieje, dała sens, światło, wiarę, a potem nagle zabrała to wszystko, bo coś, nikt nie wie dlaczego. Co do reszty świata, to dobrze im było bez niej. Nikt przecież nie zauważył jej zniknięcia, ludzie, którzy myślała, że ją lubią że są jej przyjaciółmi. Milczeli, pozwalając jej wierzyć w to, że jej życie dla nikogo nic nie znaczy, dla wszystkich jest bezwartościowe.
JESTEŚ NIKIM!
Jesteś Nikim!
Jesteś...
NIKT!
Słowa Stewarda w swoim założeniu miały ją podnieść na duchy, miały sprawić, że poczuje się lepiej, pokazały jej jednak wielką straszną prawdę. To, że nawet jej śmierć stworzyłaby w Hogwarcie więcej przyjemności z nowych plotek, niż bólu po stracie jednej z uczennic. Nic nie wartej uczennicy.
Pogrążona w swoich myślach nawet nie zauważyła kiedy zaczęła płakać, kiedy jej twarz ponownie pokryła się łzami. Kiedy świat znowu ukrył się za ścianą łez, że też ona jeszcze miała czym płakać.

***

Czas płynął powoli, kolejna porcja leków, danie w płynie o dziwnym bliżej niesprecyzowanym kolorze. Powoli wracały do niej siły, od wizyty Arcia minął dzień, może więcej. Nie wiedziała ile, to miejsce posiadało swoje własne kontinuum czasowe, którego płynięcie kierowane było przez dawki eliksirów, szpitalne obiadki. Skrzydło Szpitalne pustoszało i jedynym stałym elementem krajobrazu stawała się senna, niewyraźna postać w szpitalnym łóżku, której blada twarz nie przedstawiała już żadnych emocji. O ile siły fizyczne powoli wracały do niej, o tyle od ostatniej wizyty psychika była w jeszcze bardziej opłakanym stanie.
Leżała z zamkniętymi oczami, nie mogła spać, kiedy tylko odpływała do krainy snów na nowo widziała tamto jezioro, czuła jak zimna woda chluszcze ją w twarz, miała wrażenie, że czyjeś ręce ciągną ją na samo dno. Widziała zarys tej postaci, te zimne, niebieskie oczy, świecące w zielonej toni. To jej oczy.
Nagle ciszę panującą w pomieszczeniu przerwało skrzypnięcie drzwi. Czyżby kolejna porcja leków. Delikatnie Panna Szafran uchyliła powiekę, nie to nie była pielęgniarka, tylko Gryfon. Przez chwilę wydawało się, że na jego widok Krukonka się uśmiechnie. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Szybko na nowo zamknęła oczy, nie miała ochotę z nikim rozmawiać. Nie chciała sobie robić nie potrzebnej nadziei, że jednak są jeszcze osoby dla, których jej osoba coś znaczy.
Słyszała jak podszedł, jak oddychał, pewnie, głęboko. Jej oddech był, płytki nierówny, ciągle zapominała, że jeżeli weźmie za dużo powietrza to coś ją zaboli, więc co jakiś czas mimowolnie krzywiła się przy zbyt łapczywym połykaniu tlenu.
Minęło kilka minut, a Gryfon jak na złość nie chciał sobie pójść. Niepewnie Szafran otworzyła oczy i spojrzała na niego, przyglądała się jego zamyślonej twarzy. Przez chwilę złapała się na tym, że zastanawiała się o czym tak myśli. Nie miała jednak długo czasu na kreowanie swoich teorii bo czyjś głos przywołał ją na ziemię.
Słysząc ojczystą mowę, na krótką sekundę przez jej twarz przeszedł cień uśmiechu.
-Żyje.- Grunt to odrobina humoru nawet tam gdzie go nie ma.
Zobacz profil autora
Gabriel Szeptycki
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw 03 Gru 2015, 14:56

Gabriela nigdy zbytnio nie obchodził los innych. Tych wszystkich szaraczków, których dziesiątki mijał na szkolnych korytarzach. Uważał, że nie ma sensu przejmować się kimś, kto o twoim istnieniu nie ma najmniejszego pojęcia. Przez to co wydarzyło się w przeszłości nauczył się ograniczać liczbę swoich zaufanych osób. Wiedział, że dzięki takim ograniczeniom był silniejszy, mniej podatny na krzywdę. Swoich prawdziwych przyjaciół, takich którzy udowodnili mu swoją wartość, mógł zliczyć na palcach jednej ręki. Czy było mu z tym źle? Nie, niekoniecznie. Zawsze to lepiej mieć kilku prawdziwych przyjaciół niż setkę takich, którzy odwracają się od ciebie z byle powodu.
Symplica już od początku ich znajomości dawała mu swoiste poczucie przynależności. Dzięki niej choć trochę czuł się lepiej w całkowicie obcym miejscu. Dziewczyna niewątpliwie była wyjątkowa, przynajmniej dla niego.
Nie bardzo wiedział jak się zachować, kiedy ktoś leży w Skrzydle szpitalnym. Był tutaj zaledwie kilka razy w ciągu tych sześciu lat i nigdy nie zabawiał dłużej niż było to absolutnie konieczne. Tym razem jednak wiedział, że był na właściwym miejscu. Nie zamierzał pocieszać dziewczyny. Wiedział, że słowa typu "musisz dać sobie z tym radę" potrafiły doprowadzić człowieka do szaleństwa. Prawda bowiem była taka, że nikt nie miał prawa mówić drugiej osobie co powinna zrobić. Był tutaj tylko z jednego powodu. Sym była dla niego ważną osobą, a takich osób miał niewiele. Nie miał zamiaru rezygnować z kolejnej, która tyle dla niego zrobiła.
Z krukonką zawsze rozmawiali po polsku. Po części dlatego, że nikt więcej ich wtedy nie rozumiał, a po części dlatego że dzięki temu czuli się hm... bardziej zżyci? Tak chyba tak można to nazwać.
Chłopak przewrócił oczami, słysząc jej sarkazm w głosie. Nie zamierzał jej tego wypominać. Każdy kto spędził w szpitalu choć trochę czasu mógł stać się nieco zgorzkniały.
- To widzę - - odparł, przysuwając sobie krzesło, które stało koło drugiego łóżka. -Pytałem jak się czujesz, tak naprawdę. - Gabriel nie był idiotą. Widział, że dziewczyna jest na skraju załamania nerwowego. Ciekawiło go tylko z jakiego powodu i czy ten powód nadal żyje.
Zobacz profil autora
Finn Gard
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 13 Cze 2018, 06:40

Tyleż to razy nauczano uczniów o zachowaniu ciszy w pewnych rejonach Hogwartu. Nikt jednak nie wziął pod uwagę, iż nie każdy potrafi cierpieć w milczeniu. Są różne progi bólowe, każdy człowiek ma ich indywidualny poziom. Przykładowo, panicz Gard, potrafił zlekceważyć obolałe opuszki palców i dalej katować je grą, jednakże, gdy pojawiała się krew przesiąkająca przez plastry, odczuwał to podobnie do wyrywania kości. Nie potrafił przyjąć wiadomości od pani Pomfrey, nakazującej dłuższą przerwę od prób i grze na gitarze. Kochana pielęgniarka nie znała go, nie miała pojęcia jak wiele znaczyła dla niej ta magiczna chwila próby. Finan Gard nie był gotowy na jakikolwiek odwyk. Wyczaił więc godziny, podczas których prym wiódł nie kto inny jak Xavier. Pomocnik pielęgniarki przyzwyczaił się już do częstych wizyt Fina. Zawsze z podobnym problemem i dzięki Merlinowi, jeszcze nie został wyrzucony za drzwi z maścią w zębach.
Już z daleka było słychać echo odbijających się kroków Gryfona. Uczesany nienagannie, ubrany czysto, schludnie, jedyne co rzucało się w oczy to blada skóra i maksymalnie dwudniowe doły pod oczami. Chłopak parł do przodu, trzymając przed sobą prawą dłoń. Nie zdjął starych plastrów, przez które przesiąkała bordowa krew. Plusem tego jest dokończenie śpiewania i grania ulubionej piosenki, więc warto było zadać sobie ból. Przynajmniej twierdził tak kilka minut temu, bo w chwili obecnej jego twarz wyrażała tłumione cierpienie.
- Xavierze, cny i potężny czarodzieju! - zawołał głośniej, zanim doszedł do drzwi. - Ocal mój marny żywot, Lord Drakula się wykrwawia. - nadał sobie tonację przerażonego. Minutę później objawił się w wejściu do skrzydła szpitalnego. Nie rozglądał się za potencjalnymi rannymi. Nie, gdy z jego palca serdecznego skapnęła kropla krwi, prosto na błyszczącą podłogę. Zagryzł zębami dolną wargę, patrząc niepewnie na plamę. Nie on jeden znał pedantyzm pani Pomfrey. Nim podjął decyzję o posprzątaniu po sobie, jęknął, nieświadomie ruszywszy obolałymi palcami. Tak wygląda zaniedbanie. Nie smarował maściami, nie zmienił opatrunku. Najłatwiej jest przyjść od razu do Xaviera. Swój człowiek, Finan darzył go dużą dozą sympatii. Wszedł głębiej do skrzydła szpitalnego, czując w nozdrzach zapach chemikaliów, czystej pościeli i środków czyszczących.
- Xav? Mam mało przerwy, pomóż swemu ulubionemu pacjentowi, proszę. - zatrzymał się w pewnym momencie, aby nie wparowywać nikomu za parawan. Nie słyszał jęków ani stękania, dostrzegł za to buty Xaviera, przemieszczające się gdzieś po prawej stronie skrzydła. W oczekiwaniu na pomoc, chłopak uniósł brudną dłoń przed oczy i zgiął palce. Miast pojmować stan swych opuszek, w myślach odtwarzał ostatnią linijkę nut. Niepotrzebnie wplótł między ósemkę a szesnastkę półnutę. Od kilku prób wiedział, że w melodii nie pasuje mu ułamek tonacji, a dopiero podczas dzisiejszej gry zrozumiał która to dokładnie część. Zaaferowany myślami wbił spojrzenie w podłogę i układał plan zmian.
Zobacz profil autora
Xavier Farlow
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 13 Cze 2018, 14:40

[1, strój]

Może niektórzy - zwłaszcza pani Pomfrey - uważali zachowanie Finna za skrajnie nieodpowiedzialne i wręcz głupie, skoro mimo zakazów i próśb o poprzestanie gry, przynajmniej na jakiś czas, ten nadal robił swoje. Chwała mu w ogóle, że raczył pojawiać się od czasu do czasu w skrzydle szpitalnym, to Xav mógł się zająć jego biednymi palcami. Pani Pomfrey, za każdym razem, gdy go widziała w swoim królestwie, dostawała niemalże białej gorączki, zaczynała panikować i strasznie ciężko było potem przez dłuższy czas porozmawiać z nią o czymś innym. Xavier oczywiście udawał przy niej, że jest po jej stronie, popiera ją i w ogóle, ale gdy tylko był sam na sam z Finnem, to za każdym razem trochę tylko mu pomarudził, ale w rzeczywistości i tak trzymał za niego bardzo kciuki i kibicował mu, żeby z tym swoim graniem zaszedł na sam szczyt. Uwielbiał ludzi z pasją i takimi najchętniej się otaczał.
Tego dnia Finn miał faktycznie szczęście, że Xav był sam. Zastał mężczyznę samego w skrzydle szpitalnym, balansującego tanecznym krokiem pomiędzy łóżkami i nucącego coś pod nosem podczas poprawiania pościeli. Nie mógł siedzieć zbyt długo w ciszy, bo trafiał go szlag. On był raczej z tych osób, którym coś zawsze musiało grać/brzdąkać/stukać/cokolwiek, oby nie było ciszy dłużej, niż kilka sekund. W ciszy nie mógł się na niczym skupić - była nienaturalna.
Xav, jak to zwykle z nim bywało, ubrany był dość... specyficznie. Tak, wiedział o tym, że nie pasuje do lat siedemdziesiątych, ale gdy ktoś mu o tym wspominał, to Xavier śmiał się radośnie i odpowiadał, że  nie pasuje do żadnych czasów, bo i tak w każdych będzie się wyróżniał. I dobrze, właśnie o to chodziło - nawet nie tyle o to, żeby skupiać na sobie spojrzenia, a o to, żeby było wiadomo, że on to on. Żeby nikt nie miał wątpliwości kto właśnie płynie korytarzem, nawet w półmroku świec, już po ciszy nocnej.
Kroki nie zainteresowały go tak bardzo, jak nawoływanie. Już po tych pierwszych słowach wiedział z kim będzie miał do czynienia. Wywrócił oczami, obracając się w stronę drzwi i popatrzył na chłopaka, który zdążył wejść już do środka i teraz zamyślił się nad czymś głęboko, patrząc na swoje przesiąknięte krwią opatrunki na palcach. Xavier westchnął, załamując ręce i pokręcił głową, podchodząc do niego z lekko rozłożonymi ramionami - on zwykle wyglądał tak, jakby miał ochotę wszystkich do siebie tulić i pewnie faktycznie było w tym wiele prawdy.
- Na Merlina, znowu ty?! - nie był to krzyk, ale coś w stylu wołania do wszystkich bogów o cierpliwość, jak często robią rodzice na widok swojego dziecka, które znowu coś przeskrobało. No, może i Xavierowi do rodzica daleko, ale był trochę starszy od Finna i jakoś odruchowo chciał się nim opiekować. Tak, Xav był stanowczo zbyt dobrym czarodziejem, takim weź do rany przyłóż. Niektórzy z pewnością mieli go z tego powodu dość. Złapał go za nadgarstek, ale w taki sposób, żeby nie dotknąć jego dłoni i przede wszystkim palców, po czym przyciągnął jego dłoń do lepszego światła i przyjrzał się tym opatrunkom, już do cna przesiąkniętym krwią i wręcz bordowym. Skrzywił się i popatrzył mu w oczy poważnie, chociaż to co powiedział tak do końca poważne już nie było. - Niedługo pomyślę, że przychodzisz tu specjalnie po to, żeby się ze mną zobaczyć... - mrugnął do niego i wskazał mu gestem dłoni łóżko, w sumie Finn miał spory wybór, bo wszystkie łóżka były wolne, po czym splótł ramiona na piersi i popatrzył na niego z góry, z typowo ojcowską lub braterską miną pt. "młody człowieku...". - Wiesz, że gdyby pani Pomfrey tu była, to nie uwolniłbyś się od jej gadania do jutra? Zdejmuj to z palców, muszę Ci to przemyć i opatrzyć. - zanim jednak zniknął w schowku pani Pomfrey po plastry i  eliksir, musiał zobaczyć w jakim stanie są właściwie palce chłopaka i dopiero potem podjąć decyzję czego powinien użyć. Tak czy siak, nie wyglądało to kolorowo, a raczej... krwawo.
Zobacz profil autora
Finn Gard
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 13 Cze 2018, 18:11

Nie bez przyczyny Finn unikał pani Pomfrey. To miła kobiecina, jednakże poznał ją od strony skrajnie troskliwej, a jak powszechnie wiadomo, co za dużo to niezdrowo. Gdy panicz Gard pojawił się w Hogwarcie, przyniósł ze sobą gruby plik akt medycznych, dlatego też pani Poppy poświęcała mu więcej uwagi niż jego rówieśnikom. Przez wiele lat przełykał gulę goryczy, gdy pielęgniarka prosiła go do siebie na środku korytarza, w samo południe, gdy Finn przebywał wśród przyjaciół. Nie lubił spojrzeń pełnych litości. Pojawienie się Xaviera było dla niego ogromną ulgą. Stażysta, po pierwsze był mu bliższy wiekiem, po drugie miał o wiele lepsze wyczucie taktu i po trzecie, nie matkował mu. Dzięki niemu Finn nie zachorował na fobię przed wizytami w skrzydle szpitalnym. Nic dziwnego zatem, że na jego widok buzia Finna odruchowo rozjaśniała się w uśmiechu. Xavier mógł należeć do dziesięciu epok, a Finn zapewne polubiłby go wze wezystkich dziesięciu innych wydaniach i interpretacjach. Nie przeszkadzał mu styl Xaviera, czemu sam sobie był zdziwiony. Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć. Niektórzy ludzie mają w sobie to "coś", które tak ciężko jest zidentyfikować i odpowiednio zdefiniować.
Wróciwszy z filozoficznych i muzycznych rozmyślań, spojrzał swymi oczami na niecodzienny strój Xaviera, a w następnej sekundzie na jego minę.
- Czyżbyś spodziewał się innego wampira? Też się cieszę, że znów cię widzę. -  wyglądało jak pretensja, lecz wcale nią nie była przez uśmiech jaki temu towarzyszył. Tylko raz na tydzień przebywał w te rejony po ratunek. A może lepiej powiedzieć aż jeden raz na tydzień? Cóż, palce były mu potrzebne, zatem nie zapowiadało się na zmianę tradycji. W głębi serca Finn nie chciałby jej kończyć. Lubił sporadyczne wizyty w skrzydle, ale tylko i wyłącznie, jeśli trafiał w ręce Xaviera. Mogliby być przyjaciółmi; Finn nieświadomie dążył do tego. Przyjaznych dusz nigdy nie za wiele.
Uniósł brwi na chwilę, zaskoczony jego słowami.
- Po prostu przyznaj się, że też się cieszysz na widok mojej paszczy tak samo jak ja codziennie rano w lustrze. - puścił mu oczko, rozbawiony spontanicznym żartem. Zapomniał o pieczeniu palców i nie pamiętałby o nim, gdyby Xavier nie zwrócił mu na nie uwagi. Wystarczyło spojrzeć na bordowe plastry i jego twarz wykrzywił grymas. Zdecydowanie preferował skręcenie kostki niźli upierdliwe, małe i częste bolączki palców. Kostki nie potrzebował tak jak sprawnej prawej dłoni, spod której tworzył muzyczne cuda. Pozwolił obejrzeć swą rękę. Pani Pomfrey zazwyczaj oprócz tego kładła mu dłoń na ramieniu i wysłała współczujące spojrzenia. Xavier zaś dobrze to wyśrodkował, za co był mu wdzięczny, choć słowa na ten temat nie piśnie.
- Myślisz, że czemu rozpisałem sobie w dormitorium dyżury pani Pomfrey ? Po to, by wiedzieć kiedy się pojawić. - uśmiechnął się lekko zakłopotany. Usiadł na najbliższym łóżku, na jego brzegu, dopiero po chwili patrząc czy niechcący nie usiadł na jakiegoś pacjenta. Podwinął zdrową ręką rękaw prawej kończyny górnej i westchnął z bólem.
- Sprecyzuj proszę komendę "zdjęcie plastrów". A - zdjąć razem ze skórą, b - zdjąć ze skrzepem z miną woźnego czy c- razem z paliczkami? Przyschło z klejem plastra. Nie jestem gotowy na takie cierpienie.- spojrzał prosto w oczy Xaviera, mówiąc to pół żartem pół serio. Finn należał do mężczyzn, którzy przy trzydziestu siedmiu stopniach Celsjusza spisują testament, a przy ranie ciętej wzruszają ramionami i bagatelizują sprawę. Uderzanie o struny w takim stanie to dla niego pikuś. Zdjęcie plastrów już nie. Nie mówił tego na głos, wstydził się, więc w formie żartu poprosił o pomoc, mając nadzieje, że nie zostanie wyśmiany. Na próbę dotknął plastra kciuka i zaczął nim przy nim majstrować. Czynił to w żółwim tempie, dopiero teraz delikatnie obawiając się tego jak głęboko pokaleczył skórę. Obiecał osobie używanie maści. Obiecywał to sobie przy każdej wizycie i na każdej też sobie przypominał, że dostał jakąkolwiek. Prędzej spamięta tysiąc nut niż chwilę na opatrzenie palców. Finn był takim medycznym fajtłapą i nic nie dało się na to zaradzić.
Zobacz profil autora
Xavier Farlow
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 13 Cze 2018, 21:53

Uśmiechnął się nieco szerzej i wywrócił oczami. Tak, jasne, cieszył się, że widzi Finna, ale wolałby czasem robić to w jakichś przyjemniejszych okolicznościach, np. gdzieś na łonie natury, w ciepłych promieniach słońca, nad jeziorem, niż za każdym razem w bieli skrzydła szpitalnego. I nie, to nie tak, że nie lubił swojej pracy, bo naprawdę uwielbiał ten staż w Hogwarcie, a w przyszłości widziałby się w roli uzdrowiciela czy coś w tym stylu... jednak to nie znaczyło, że każdą chwilę chciał spędzać w tym miejscu i odbywać tutaj każdą możliwą rozmowę. A Finna naprawdę polubił dzięki tym jego wszystkim (i jakże częstym wizytom), więc wolałby czasem spotkać się z nim gdzieś indziej, ale cóż, może to takie jego małe fanaberie.
- Nie powiedziałem, że się nie cieszę - machnął lekko ręką, ujmując delikatnie jego dłoń i przyglądając się tym jakże żałośnie wyglądającym opatrunkom, po czym znów zajrzał w jego oczy w sposób sugerujący... cóż, delikatnie mówiąc "niezadowolenie". - Powinieneś je częściej zmieniać i przemywać rany, wiesz o tym prawda? Inaczej ciągle będzie upiornie bolało, bo nigdy Ci się to cholerstwo do końca nie zagoi. - westchnął cicho, puścił jego rękę i zniknął na moment w kąciku pani Pomfrey, z którego potrzebował kilku eliksirów. Nie nosił ze sobą przecież wszystkich możliwych wywarów, byłoby to niemożliwe, a jego kieszenie nie były aż tak pojemne. Może powinien zastosować zaklęcie zmniejszająco-zwiększające...? Nie, jednak nie, bo byłoby mu tylko niewygodnie i potem pół godziny grzebałby w kieszeni, szukając tego eliksiru, który był mu potrzebny. Bez sensu.
- Dobra, już się tobą zajmuję - oznajmił radośnie (co nie znaczy, że nie przejmował się stanem, w jakim był chłopak) i usiadł przy nim na łóżku, w dłoni trzymając dwie niewielkie fiolki. W jednej znajdował się błękitny eliksir przeciwbólowy, a w drugiej purpurowy - czyszczący rany. Nie zamierzał mu podawać na razie tego pierwszego, ale wziął go ze sobą "w razie co". Może się przyda, gdy uporają się z plastrami i będzie trzeba ukoić poważniejszy ból, niż tylko szczypanie? - Oczywiście, nie byłoby z tym tyle trudu, gdybyś przemywał rany eliksirem czyszczącym i smarował maścią gojącą, to także wiesz? - nie wymądrzał się, po prostu stwierdził fakt, z którego chłopak i tak doskonale musiał zdawać sobie sprawę. Nie był przecież głupi, a na pewno nie według Xaviera. Spędził z nim w końcu trochę czasu i zdołał go odrobinę poznać, więc z czystym sumieniem mógł uważać Finona za inteligentnego młodego człowieka, któremu - niestety albo stety - pasja przysłaniała cały świat.
- Spokojnie, nie będzie bolało, rozetnę Ci tylko te plastry, żeby łatwiej było je zdjąć... bez odrywania skóry, skrzepu czy paliczków. - mrugnął do niego ze szczerym uśmiechem i przyłożył różdżkę do jednego z plastrów na palcu chłopaka. - Diffindo. - mruknął cicho, a plaster rozciął się zgodnie z delikatnym ruchem różdżki, który przy tym wykonał. To samo zrobił potem z kolejnymi plastrami, aż wreszcie uwolnił rękę chłopaka z tych brudnych opatrunków. Przyjrzał jej się potem z bliska i cmoknął z niezadowoleniem. - Najlepiej to to nie wygląda... ale nie przejmuj się, coś zaraz na to zaradzimy! - znów się uśmiechnął, odkorkował purpurowy eliksir i skropił jego palce. Chłopak musiał poczuć pieczenie, a z jego ran zaczął wydobywać się dym; zawsze wydawało się to Xavierowi przepięknym widokiem, więc wpatrywał się w ten dym ze swego rodzaju fascynacją, pozwalając by eliksir oczyścił wszystkie ranki na dłoni Finna.
- Z ciekawości... - mruknął zaraz potem, gdy trochę wyrwał się z transu spowodowanego tym fascynującym widokiem dymu. - Dużo ćwiczysz? W sensie, ile godzin dziennie? - uniósł lekko brew, a na jego ustach znów zamajaczył uśmiech. - I kiedy wreszcie mi coś zagrasz w ramach rekompensaty za to, że tak często muszę Cię tu sklejać, hę?
Zobacz profil autora
Finn Gard
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro 13 Cze 2018, 22:24

Być może nadszedł czas, by tę relację przenieść ze skrzydła szpitalnego w jakieś lepsze rejony? Wszystko przychodzi z czasem, a im częściej Finn się tutaj zapuszcza, tym bliżej jest okresu zaproszenia Xaviera na weekendowe piwo kremowe. Co prawda pojawiał się pewny mentalny dyskomfort dotyczący bratania się z przeciwną stroną barykady - kadrem pedagogicznym. Znając Fina, zlekceważy taką pierdołę i pójdzie za żywiołem, wszak nie pozwoli, by w życiu przeszkadzało mu takie coś jak konwenanse bądź moralne zasady relacji uczniów z nauczycielami.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, Xav, ale prowadzę taki tryb życia, że nie mam na to czasu. - wyjaśnił, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, by ukryć niewielkie uczucie zawstydzenia związane z zaniedbaniem palców. Trzeba oddać Finnowi, iż mówił szczerze. Taki natłok obowiązków wypędzał mu z umysłu potrzebę zmiany opatrunków. Co prawda raz czy dwa zmienił plastry bądź nakleił drugie (gdy się spieszył), ale nie obmywał. Miał na głowie Owutemy, bieżący materiał lekcyjny, masę ćwiczeń muzycznych, rekrutację, gonienie chłopaków do korygowania nut... jak w tej aferze miałby znaleźć chwilę spokoju?
- Tak długo je już noszę - pokazał palce mimo, że nie musiał - że nie pamiętam już jak to jest ich nie mieć. - mimowolnie rozpoczął stukanie stopą, ni to ze zniecierpliwienia ni to z rytmu. Odwrócił głowę w poszukiwaniu zegara ściennego i gdy ujrzał godzinę, zmarszczył brwi. Czas się na chwilę zatrzymał, a to działało na jego korzyść. Finn zwolnił tempo dopiero tutaj, przy Xavierze, pierwszy raz od dłuższego czasu. Uświadomienie sobie tego nie było przyjemnym uczuciem. Finn poczuł w ustach smak goryczy. Zapomniał o niej, gdy Xavier wrócił z dwoma fiolkami. Chłopak nie interesował się co do czego służy, czy będzie teraz boleć, ponieważ ufał mu w dziedzinie leczniczej. Nie raz nie dwa już go łatał, poza tym pamiętał, że po niebieskim nie odczuwa się bólu, choć rzadko o niego prosił. Ten drugi, purpurowy... tego Finan nie znał, ale też nie zadał pytania, tylko przyjrzał się mu uważniej. Nie wyglądało zbyt groźnie.
- Nie musisz mnie pouczać. - teraz to on wywrócił oczami, ale bez urazy - Zbieram konsekwencje swojego niedbalstwa. Wampiryzm, obolałe palce... norma w moim zawodzie. - tutaj się uśmiechnął i siłą umysłu próbował unieruchomić swą prawą dłoń. Przypomniał sobie jak przetrwał trzydzieści siedem stopni gorączki i prawie śmiertelną chorobę, więc rozcinanie plastrów to powinien być pikuś. Dodawszy sobie w ten sposób otuchy, wyrównał oddech.
Nie przyglądał się swoim ranom, tylko dłoniom Xaviera i błyskowi czaru z różdżki. Robił to tak profesjonalnie i pewnie siebie, iż Finn mógłby to porównać do własnych uderzeń palcami o struny. Jak część jestestwa. To jeden z kolejnych powodów, dla których czai się ku stażyście niźli pani Pomfrey.
- Jeszcze ani razu nie wyszedłem stąd zawiedziony, więc ufam ci w pełni w tej kwestii, panie uzdrowicielu. - nie bronił się przed bananowym uśmiechem. Lewą dłoń, tę zdrową, położył na swoim kolanie i teraz to ona wystukiwała niesłyszalny rytm. Poruszał palcami jak w amoku, jakby trącały struny. To tak zwana pamięć mięśniowa. Pytanie tylko czy to nie zakrwawia już na uszkodzenie zdrowia.
Całkiem wyluzowany wodził wzrokiem to po suficie, to po zegarze, tu i tam, nie przyglądając się temu, co robi Xavier. Trzeba zaznaczyć, że kto jak kto, ale Finn ma świetny słuch. Bardzo wyraźnie usłyszał syczenie, przypominające palenie czegoś, a dym, jaki po chwili ujrzał kilka metrów nad swoją dłonią, delikatnie mówiąc, sparaliżował go. Momentalnie Gryfon zesztywniał. Spiął mięśnie i bardzo powoli, ostrożnie spuścił wzrok na dłoń. Otworzył szeroko oczy, a z jego twarzy odpłynęła cała krew. Przełknął głośno ślinę, czując wewnątrz klatki piersiowej narastający lęk. Przeniósł spojrzenie na Xaviera. Nie zrozumiał pytania jakie zostały mu zadane. Nie usłyszał ich dokładnie, bowiem serce waliło mu tak głośno, iż zagłuszało wszystko wokół.
- X...Xav... w-wie...wiesz, że... ten no... - wyprostował się z trudem i zaczerpnął tchu przez zaciśnięte zęby.  - Ja ci jakoś zapłacę, wiesz, nie ma problemu, dam ci karnet na wszystkie próby, cokolwiek, ale błagam cię, przyjacielu złoty dlaczegomipaliszudiabłapalce?! - ostatnie słowa były jedną wielką paniką. Wypowiedział to tak szybko, jak nigdy. Na całe szczęście Finn nie zerwał się na równe nogi. Powód? Mięśnie go nie słuchały! Panicz Gard bał się spojrzeć na swoją dłoń. Odczuwał tam ból, pieczenie, swędzenie, ale był tak przerażony, iż jego krew poczęła produkować adrenalinę. Zafascynowane spojrzenie Xaviera w niczym tu nie pomagało. Finn naprawdę go lubił, ale postawmy się na jego miejscu. Ma przed oczami niezwykłego czarodzieja, któremu cieszy się morda na widok dymiących palców u prawej dłoni oddanego gitarzysty. Xavier nieumyślnie napędził mu takiego stracha, że łapmy się za głowę.
Zobacz profil autora
Xavier Farlow
avatar

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw 14 Cze 2018, 13:07

Tym razem jakoś udało mu się powstrzymać przed przewróceniem ślepiami, chociaż miał wielką ochotę. Westchnął tylko cicho i pokręcił głową.
- Doskonale wiem, że przy "twoim trybie życia" ciężko znaleźć na to czas, ale popatrz na to z innej strony: pracujesz dzięki swoim palcom, tak? A jeśli uszkodzisz je na tyle, że nie będziesz mógł ich używać? Jasne, żyjemy w takim świecie a nie innym, ale gdybyś nie przebywał w świecie czarodziejów, tylko mugolskim i gdybyś traktował równie olewczo sprawę swoich ran, zmieniania opatrunków i smarowania opuszek maścią, to prawdopodobnie prędzej czy później w ogóle nie mógłbyś grać, bo twoich palców nie dałoby się już uratować. A naprawdę, smarowanie maścią i zmiany opatrunków nie wymagają aż tak wiele czasu, za to oszczędzą Ci na pewno niepotrzebnego bólu.
Nie, nie było to moralizowanie, po prostu próbował mu to wyjaśnić możliwie jak najdokładniej, żeby chłopak zrozumiał, dlaczego wszyscy tak bardzo "czepiają się go" o te opatrunki. Chwilę później dodał jeszcze, na wszelki wypadek, żeby nieco załagodzić sytuację - jeśli Finn postanowiłby się na przykład na niego pogniewać, bo to przecież różnie bywa. Pracując z ludźmi człowiek uczy się, że każdy może zareagować na dane słowa inaczej i potem rodzą się niepotrzebne spory.
- Ale to nie tak, że Cię pouczam, nie chcę też dla Ciebie źle... i właśnie dlatego tyle gadam: bo nie chcę źle, tylko chcę, żebyś robił karierę ze sprawnymi palcami. - wywrócił lekko oczami, postanawiając już zostawić na jakiś czas temat palców chłopaka. Dlatego też zaczął rozmowę o gitarze, dlatego zapytał ile godzin dziennie Finn gra... jednak Puchon tak bardzo zaaferował się dymem wydobywającym się z jego palców, że nie było im dane normalnie porozmawiać. Xav popatrzył zaskoczony na chłopaka, który zaczął panikować, zupełnie jakby ktoś właśnie na jego oczach zeżarł mu ostatnią czekoladową żabę, doprawdy! Tym razem parsknięcia śmiechem nie udało się przyszłemu uzdrowicielowi powstrzymać, ba, nawet nie próbował tego robić. W końcu jednak, widząc, że Finn naprawdę nieźle się wystraszył, położył swoją podzwaniającą bransoletkami dłoń na jego ramieniu, uznając, że trzeba go jakoś uspokoić. Nie miał przecież złych zamiarów i nie chciał go wystraszyć.
- Hej, spokojnie, to tylko działanie eliksiru. Nie pali się twoja ręka, a wszelkie bakterie, które masz w ranach. To eliksir czyszczący rany... Taka dezynfekcja, żeby nie wdało się żadne zakażenie.
Czuł się teraz jeszcze bardziej jak starszy brat chłopaka, ale to w sumie było miłe uczucie. Poklepał go po ramieniu, uśmiechając się i dodał jeszcze, nie tracąc uśmiechu:
- Jak przestanie się dymić, to będzie znaczyło, że rana jest już czysta i można nałożyć maść gojącą, a potem znów założyć opatrunki. To tylko tak strasznie wygląda... i wybacz, że nie ostrzegłem, faktycznie mogłeś się przestraszyć - podrapał się po policzku, zakłopotany, bo dotarło do niego, że nie każdy musi znać działanie eliksirów tak dobrze jak on. Niewiele brakowało, a zacząłby się czerwienić ze wstydu.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   

 

Skrzydło Szpitalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Skrzydło Szpitalne
» Skrzydło szpitalne
» Świnka skarbonka Białego skrzydła
» Madara Tenebris
» Restauracja „Pod skrzydłami”

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
I piętro
-