IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Skrzydło Szpitalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Irytek
avatar
Poltergeist
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 94
Skąd : Każdy zakątek Hogwartu

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon Kwi 21, 2014 8:46 pm

Dla Irytka to była jak pieśń anielska. Ten krzyk, wrzask, pisk i strach. Widoki godne zapamiętania. Pstryk, pstryk, pstryk, jeszcze więcej zdjęć i oślepiającego fleszu. To było jego celem. Wprowadzenie chaosu i hałasu. Cieszył się jak dzieciak widząc jak Krukoni zrywają się ucieczki gnani wściekłym Filchem. Nawet on, Iryś nad poltergeistami nie doprowadził go do takiego stanu. Trochę im zazdrościł, trzeba przyznać. Bill miał rację. Wielu uczniów chciało przyłożyć charłakowi z łajnobomby czy czegoś bardziej okropnego. Sam jego gniew bywał śmieszny, choć szlabany bywały dotkliwe. Aczkolwiek Irytka to nie interesowało. On stał poza zasadami i głośno się śmiał widokiem panikujących Krukonów. Nie przejmował się morderczym kobiecym spojrzeniem. On nie żył, nie mogła go zabić, choć pewnie cały Hogwart podzielał jej uczucia.
Rechocząc w najlepsze leciał nad głowami i Krukonów i woźnego. Śmierdziało okropnie, choć tego nie czuł. Za to ubaw miał wielki. Pstrykał aparatem bezlitośnie i nie spuszczał z oczu uczniów, chcąc wiedzieć co się z nimi stanie. Kto wie, może zginą w męczarniach?

[z tematu ja i woźny]
Zobacz profil autora
Henry Lancaster
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/02/2014
Liczba postów : 815
Skąd : Wiekowa chata w malowniczym Devon.

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Cze 26, 2014 8:18 pm

Henry przechodził korytarzem ze stosem ulotek w rękach i w torbie. Upiorni Wyjcy w Hogsmade! Nie mógł tego przegapić. Tak więc na prośbę Madame Rosmerty razem z Harley rozdawał wszystkim ulotki i przyklejał je gdzie się dało. Nie można przegapić takiego wydarzenia! Upiorne Wyjce pojawiały się w Hogsmade baardzo rzadko, a ich sława była potężna. Przykleił zwitek do ściany, uśmiechnął się do zdjęcia i pognał dalej przed siebie.



UPIORNE WYJCE W HOGSMADE





Uwaga ludzie! Frank Lemarchal, wokalista i lider zespołu Upiorni Wyjce, we wczorajszym wydaniu Czarownicy powiadomił swoich licznych fanów o nadchodzącym koncercie w Hogsmade. Odbędzie się on 10 lipca 1977 roku, niedaleko Wrzeszczącej Chaty.




Mało tego! James Backerman, sławny gitarzysta zapowiedział, że do wygrania będą ekstra koszulki Upiornych Wyjców. Jest to główna nagroda przewidziana za najlepiej wykonany jego ulubiony utwór pt "This is the night". Koszule są unikalne, niedostępne w żadnym sklepie, tylko podczas koncertu w Hogsmade. Nie możecie tego przegapić!



Koszt biletu wynosi tylko 40 galeonów, zaś miejsca VIP i w  Loży Honorowej (tuż obok naszego zaproszonego Ministra Magii) 80 galeonów. Połowa środków zostanie przekazana na akcje charytatywne, które mają na celu pomoc osobom poszkodowanym przez działalność Śmierciożerców.



Bilety można nabyć u wspaniałej Madame Rosmerty, która wyjątkowo zgodziła się prowadzić punkt sprzedaży od godziny 10:00 do 21:00 w "Trzech Miotłach" od poniedziałku do soboty. Za kupno pierwszych dziesięciu biletów, zobowiązała się podarować po jednym piwie kremowym, a więc nie zwlekajcie! Liczba biletów jest ograniczona!

Zobacz profil autora
Harry Milton
avatar
Pracownik Szkoły
Data przyłączenia : 27/11/2014
Liczba postów : 383
Skąd : Sikilsdalshorn (północna Norwegia)

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Gru 10, 2014 5:11 pm

Zgodnie ze swoimi planami, zapoczątkowanymi dopiero w wieży przeznaczonej na pojemny gabinet dyrektora, postanowił w ciągu najbliższych godzin odwiedzić poczciwą Poppy, oznajmiając jej wesołą nowinę. W myślach brzmiało to o wiele lepiej niż kiedy Harry powtórzył to pod nosem. Przed wejściem do Skrzydła Szpitalnego dwukrotnie pogubił się na schodach i skręcił w niewłaściwy korytarz, zachodząc do ślepych zaułków na III i VI piętrze. Gdyby nie ingerencja przemiłego portretu, wciąż kluczyłby po labiryncie jakim był Hogwart. Podziękował uprzejmie pani w niebieskiej sukni balowej, a kiedy skręcił za róg usłyszał ożywione rozmowy między obrazami.
Przytrzymał stos dokumentów przedramieniem, przyciskając je do boku i pchnął ciężkie drzwi, niemalże od razu otrzymując falę zapachu detergentów. Zatrzymał się aż z wrażenia i zachłysnął, co bardzo szybko wywołało wybuch kaszlu z podrażnionego gardła. Drzwi zatrzasnęły się za nim kiedy ruszył do przodu, uderzając nadgarstkiem o mostek, aby pozbyć się nadmiaru zapachu w płucach. Zerknął na nie przelotnie, bo widok przed nim był o bardziej przyciągający niż wypolerowane drewno. Przypływ starych wspomnień wywołał w nim odruch ucieczki, więc nie zrobił więcej niż dwóch kroków, z bledszą niż zazwyczaj cerą. W rzeczywistości, prawie wszystkie łóżka były puste. Właściwie na palcach jednej ręki można było policzyć pacjentów pani Pomfrey, chociaż Harry nie był tym wystarczająco zaabsorbowany, by tego spróbować.
Przesunął palcami po gładkim policzku, a nieobecnym spojrzeniem przesuwał po meblach pomieszczenia. Dudniąca krew w skroniach potęgowała uczucie bezsilności Harry’ego, aż w końcu odwrócił się przodem do okien i zmrużył oczy, starając się dojrzeć pierwsze sygnały nadciągającego niebezpieczeństwa. Ale zamiast krzyczeć i ostrzec innych, stał we względnym bezruchu, z dłonią przyczepioną do policzka, drugą trzymając stos szkolnych dokumentów.
Zobacz profil autora
Poppy Pomfrey
avatar
Uzdrowiciel
Data przyłączenia : 07/08/2014
Liczba postów : 97
Skąd : Glasgow

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Gru 10, 2014 9:03 pm

Upłynęło zaledwie kilka dni, a więc to było zdecydowanie zbyt wcześnie na jakiekolwiek zapotrzebowanie medyczne. Żadnych przeziębień, katarów, gryp i nikt nie żądał plasterka na zraniony paluszek. Pielęgniarka należała do osób pracowitych i choć pacjentów jej brakowało, z czego się niezmiernie cieszyła, wypełniła wolny czas produktywnie. Zebrała wiele ziółek i składników potrzebnych do podstawowych eliksirów spożytkowanych najczęściej. Wracała właśnie z cieplarni, skąd uprzejma starsza nauczycielka podzieliła się glonami z jezior morskich, pasternakami zwyczajnymi, puklem listków naparstnicy wełnistej oraz dorodnymi owocami glikozyd nasercowych. Wszystkie te cenne rośliny przytulała do siebie owinięte papierem ściernym. Stukot obcasów dało się usłyszeć już z daleka, to była cecha charakterystyczna Poppy. Ubrana była już w swój szkolny strój. Biały kaptur sięgający do łopatek, bordowa sutanna związana w pasie, z narzuconym na to śnieżnobiałym fartuchem. Bordowe szerokie rękawy były nieznacznie podciągnięte na wysokość łokci. Mankiety, kołnierzyk... biel biła po oczach dodając pielęgniarce wrażenia pedantycznej dokładności. Czystość to pierwszy krok do zdrowia.
- Witaj Johnatanie. Jak się masz, Borhildo? - witała każdy mijany obraz życzliwie i uprzejmie, nie zwalniając swego zdecydowanego i pewnego siebie kroku. Ramieniem pchnęła drzwi do skrzydła i weszła do środka.
- Jeszcze tylko ususzyć buławinki czerwone i połowa z głowy... - powiedziała sama do siebie, zamykając drzwiczki. Jej jedynym pacjentem był czwartoklasista ze Slytherinu. Chłopczyk najadł się przeterminowanych słodyczy z Miodowego Królestwa, czym zafundował sobie dwudniowe zatrucie pokarmowe. Spał teraz owinięty kołdrą i kocami, kurując się pod czujnym okiem pielęgniarki. Poppy nie spodziewała się żadnych gości, wszak spotkała się z kadrą nauczycielską na obiedzie w Wielkiej Sali godzinkę temu. Odwracając się nie spodziewała się ujrzeć Harry'ego. W pierwszej chwili nie poznała jego sylwetki spoglądającej przez okno przedstawiającej dziedziniec wypełniony uczniami.
- Przepraszam? - zapytała łagodnie, podchodząc na środek sali. Przeszła do swego biurka, nie traktując gościa jako kogoś podejrzanego. Każdy gość zostanie ugoszczony aczkolwiek Poppy wolała zapewnić swemu jedynemu pacjentowi ciszę, bez rozmów. Ułożyła rośliny na biurku i odwróciła się do gościa. Otworzyła szerzej niebieskie oczy okolone siatką zmarszczek.
- Och, pan mi kogoś przypo... Harry? Harry? Co ty tutaj robisz, chłopcze? - podeszła do niego energiczniej przypisując niską sylwetkę mężczyzny do imienia swego przyjaciela. Widziała go miesiąc temu, a dzisiaj sprawił jej wielką niespodziankę. Położyła mu dłoń na przedramieniu, uśmiechając się ciepło. Szukała odpowiedzi na jego twarzy, co go sprowadza we wrześniu do Hogwartu. Czyżby jednak wziął sobie do serca jej zaproszenie? Prosiła go na spotkanie w Hogsmade w weekend, ale i tak cieszyła się niewymownie, że go widzi.
- Sprawiasz mi wielką radość, złotko, ale musisz mi powiedzieć co ciebie tu przywiało? - uśmiechała się doń ciepło, gestem zapraszając go wgłąb skrzydła, ku biurku ukrytego za parawanem. Przyłożyła palec do ust dając mu tym samym znać, że w pomieszczeniu jest jeden pacjent, którego spokój i ciszę trzeba respektować. Pielęgniarka miała wrażenie, że przerwała mężczyźnie głębokie myśli, jednakże nie mogła ukryć swojej radości z jego wizyty.
- Usiądź proszę. - wskazała mu krzesło po tym jak przeszli kilka metrów dalej do stanowiska pracy pielęgniarki. Zgrabnym ruchem różdżki kobieta poderwała przyniesione rośliny i poczęła je sortować, śląc je do odpowiednich szuflad ukrytych w regale pod ścianą. Nie dała jednak Harry'emu ani przez chwilę poczuć, że nie koncentruje swojej uwagi głównie na nim.
Zobacz profil autora
Harry Milton
avatar
Pracownik Szkoły
Data przyłączenia : 27/11/2014
Liczba postów : 383
Skąd : Sikilsdalshorn (północna Norwegia)

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Gru 10, 2014 9:20 pm

To nie tak, że Harry stracił ponownie kontakt z rzeczywistością i przyglądał się obrazom wyciągniętych z czarnych odmętów wspomnień poza świadomością. Bez przeszkód przyglądał się rozstawionym równo łóżkom i zielonym parawanom, dostrzegając je. Tylko nie był to obraz taki, jakim widziała go Poppy lub jej młodociani pacjenci. Obserwował wszystko z rozszerzonymi źrenicami, już teraz wiedząc jak rzadko będzie odwiedzał przyjaciółkę w tym miejscu. Suchość w ustach nałożyła się na ogromną kulę, która zatkała gardło i uniemożliwiła zawołania kobiety bliżej siebie. Tym bardziej, zabrakło miejsca dla wcześniejszej radości z jaką tutaj wstępował.
Jakaś cząstka umysłu wciąż pozostawała w Skrzydle Szpitalnym, chociaż świadomość cofnęła się w czasie i obserwowała wszystko oczyma młodszego, mniej doświadczonego Herberta. Przestraszonego ogromem śmierci i zniszczeń, jakie jeden człowiek potrafi zadać drugiemu, w imię tak zwanych wyższych idei. Obecność Poppy nie została zauważona, a przywitanie zagłuszone przez odgłosy walk rozgrywających się w głowie wampira. Dolna warga zadrżała przy płytkim wdechu, przy okazji wyostrzając rysy twarzy zawisłego w czasoprzestrzeni chłopca, który zgubił drogę między tym co realne a bolesne.
Rozbiegane spojrzenie spoczęło na twarzy starszej pielęgniarki i w końcu, zaczepił się na jej jasnych, dobrotliwych oczach. Odchrząknął pośpiesznie, spłoszonym spojrzeniem przemykając w stronę papierów, które przytrzymywał dotychczas w żelaznym uścisku, gniotąc pierwszą z przygotowanych stron od dyrektora. Dopiero dotyk na ramieniu oderwał go od traumatycznych wspomnień, chociaż nie potrafił się od nich odciąć całkowicie.
- Mogę szklankę wody? – Dotkliwe gorąco szybko znalazło swoje ujście w drżących dłoniach i spoconych skroniach, z czego te drugie ścierał właśnie palcami. Wciąż unikając spojrzenia pielęgniarki ruszył w głąb królestwa pani Pomfrey, po cichu walcząc z demonami przeszłości. Domyślał się, że lada moment nastąpią niewygodne pytania i nie będzie mógł kręcić nosem. To zaszło za daleko, aby obarczać Poppy dalszą niewiedzą. Zależało mu zbyt mocno, za bardzo ją cenił.
Wymuszony uśmiech zniknął, kiedy mężczyzna usiadł ciężko na wskazanym krześle i odłożył wszystkie papiery na biurku, przytrzymując je dłońmi. Przez kilka bardzo długich chwil. Zabrał głębszy wdech, czując na sobie palące spojrzenie Poppy i z większą pewnością w ruchach, upewnił się – tak, patrzyła na niego uważnie. Dopiero, gdy przyjaciółka podała mu upragniony napój i połknął kilka łyków, odezwał się szeptem:
- Zostałem nauczycielem – co ani trochę nie pasowało do wyjaśnienia jego zdenerwowania. Te słowa wypowiedziane zostały tak grobowym tonem, że ciężko było podejrzewać Harry'ego o radość podjętej służby. Poklepał jednak dłonią stertę kartek, a pierwszy tytuł wskazywał "Regulamin Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart" z pieczęcią.
Zobacz profil autora
Poppy Pomfrey
avatar
Uzdrowiciel
Data przyłączenia : 07/08/2014
Liczba postów : 97
Skąd : Glasgow

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Gru 10, 2014 9:55 pm

Zaabsorbowana rozdzielaniem kwiatów rzeczywiście nie dostrzegła stanu Harry'ego. Umiał ukrywać swoje myśli, słowa i uczucia, zaś Poppy nigdy nie narzucała swojego towarzystwa i porad. Nie zauważyła, że jej nie usłyszał i dopiero gdy ich spojrzenia się spotkały, zmartwiła się jak na zawołanie.
- Oczywiście, już daję. - odłożyła wszystkie latające roślinki na półkę, sortowanie planując dokończyć w późniejszym terminie. Błysk z różdżki poderwał do ruchu szklany dzbanek wypełniony chłodnawą wodą przegotowaną, a ten nalał do przezroczystej szklanki płynu aż po brzegi. Mężczyzna nie musiał długo czekać na ugaszenie pragnienia, bowiem naczynie polewitowało wprost ku jego dłoni, delikatnie ocierając się o palce, "prosząc" o spożycie. Kobieta rozchyliła usta, aby coś powiedzieć rozmyślając się na widok jego miny. Z początku odnosiła wrażenie, że przerwała mu w rozmyślaniach, teraz była wręcz pewna, że wyrwała go ze wspomnień. Pozostawała jeszcze opcja niedawno przebytej prawdopodobnie kłótni tłumaczącej teraz jego stan. Pielęgniarka schowała różdżkę pod fartuchem i usiadła na krześle wyprostowana. Złożyła jedną rękę na drugiej na biurku, przyglądając się bacznie Harry'emu.
- To przymusowy urlop, złotko, skoro mówisz o tym z takim entuzjazmem? - zapytała łagodnie, ani słowem nie wspominając o jego minie i rozszerzonych źrenicach. Jeśli zechce kiedykolwiek wydobyć z siebie swoje demony i ulżyć sobie poprzez zwierzenie, wiedział, gdzie ją znaleźć.
- Czego będziesz nauczał, Harry? Niech zgadnę, Opieki nad magicznymi stworzeniami? - zajrzała mu w oczy, pozwalając mu poprowadzić wygodną, prostą konwersację. Jedynie ściśnięte dłonie na biurku zdradzały, że Poppy doskonale widzi zdenerwowanie i przygaszenie swego rozmówcy.
- Poprzednia nauczycielka była bardzo młoda i cieszę się, że podjąłeś się tej pracy. Jak się miewa, Unicorn? Jak mniemam, będzie zamieszkiwać Zakazany Las? - celowo przeszła na temat jego testralki, do której żywił bardzo wiele ciepłych uczuć. Delikatnie sprowadzała mężczyznę na ziemię, nie mając absolutnie bladego pojęcia co dzieje się w jego głowie. Nie spuszczała zeń czujnych oczu, zaś szklany dzbanek dolewał systematycznie do szklanki chłodnej, zdrowej wody.
Zobacz profil autora
Harry Milton
avatar
Pracownik Szkoły
Data przyłączenia : 27/11/2014
Liczba postów : 383
Skąd : Sikilsdalshorn (północna Norwegia)

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Gru 10, 2014 11:03 pm

Jeszcze dziesięć minut temu był innym człowiekiem, nastawionym pozytywnie do życia i gotowym przenosić góry. Praca pedagoga była jedną z niedocenianych i najcięższych zawodów świata – Harry o tym wiedział, świadomie podejmując się tego zadania. W Hogwarcie tętniło życie młodego pokolenia, na które można było jeszcze wpłynąć, pokierować na odpowiednią ścieżkę i przekazać najważniejsze wartości, by nie dopuścić do powtórki z przeszłości. Wielu uważało, że już jest za późno – a za wszystkim stoi Tom Riddle, przyjmujący nowe, potężniejsze imię. Harry jednak wierzył, że potężnym czarnoksiężnikiem zajmą się aurorzy i niedługo wszystko wróci na właściwy tor.
Teraz Harry siedział naprzeciwko skrupulatnie ubranej pielęgniarki, nie dostrzegając tych małych detali, jakie czyniły z niej profesjonalna uzdrowicielkę, a widząc efekt końcowy. Zastukał opuszkami palców o grube szkło i upił kolejne łyki wody. Niska temperatura płynu niosła ulgę na spierzchniętych warg i wysuszonej jamie ustnej, w następnej kolejności ułaskawiając zaciśnięte grubym węzłem gardło. – Wybacz… – wyrzucił z siebie z namaszczeniem, przyglądając się zmartwionej twarzy przyjaciółki i spróbował uśmiechnąć się, aby ją uspokoić. Grymas, jaki wykrzywił mu usta nie był dokładnie taki, jak sobie to wymarzył, ale w oczach przestał czaić się strach. Kilka głębszych wdechów wyhamowało przyspieszone bicie serca, a Harry nabierał powoli rumieńców.
-Oh, na rogogona, nie. – Nawet nutka rozbawienia nie zakradła się pomiędzy słowami, ustępując miejsca gwałtownym zaprzeczeniom. Harry był ogromnie wdzięczny dyrektorowi, ale jego postawa wcale o tym nie wskazywała i dopiero teraz zrozumiał, jak Poppy odebrała jego zachowanie. Spróbował rozluźnić mięśnie karku poprzez opuszczenie ramion i przytrzymanie szklanki między rozsuniętymi kolanami, pochylając się w stronę pielęgniarki z większym skupieniem wymalowanym na twarzy. – Jak zwykle niezawodna intuicja, Poppy – skinął głową z łagodniejszym wyrazem na twarzy, wciąż czując zawroty głowy spowodowane przykrym zapachem miejsca. – Przez kilka miesięcy na okresie próbnym, na połowę etatu. Wciąż pracuję do Ministerstwa, szkoląc stażystę na to miejsce. – Zdradził więcej szczegółów ze swojego życia bez mrugnięcia powieką, upijając kolejny łyk życiodajnego napoju. Zazwyczaj Milton nie brał na siebie wielu obowiązków, a tymczasowa sytuacja wymagała od dziś dodatkowego nakładu pracy. Tym jednak Harry się nie przejmował. Instynktownie odrzucał propozycję przejścia na lżejszy temat, kiwając głową na sugestię Poppy i ponownie nie dostrzegł pytania o samopoczucie pupila.
Zachowanie spokoju w miejscu zewsząd otaczającym go wspomnieniami było bardzo trudne i już po chwili Harry podniósł się, odstawiając napełniającą się szklankę na biuro. – To był zły pomysł, przepraszam cię najmocniej. Spotkajmy się na kolacji przy stole nauczycielskim, wtedy porozmawiamy na spokojnie. – Proponując rozwiązanie przytłaczającego go atmosfery wyrównywał pliki kartek, nieświadomie przeciągając chwilę jego wyjścia. – Chciałem ci zrobić niespodziankę, przychodząc tutaj, ale nie mogę zebrać myśli w całość. – Po czym wciąż uciekając wzrokiem wyminął biurko, chowając pod pachę dokumenty. Zrobił kilka stanowczych kroków w kierunku ogromnych drzwi na korytarz, ale odgłos butów zamilknął na chwilę. – Nie pytaj. Wyjaśnię ci wieczorem. – Częściowo odwrócił twarz, a cisza w pomieszczeniu pozwoliła na dokładne wysłuchanie twardego szeptu Harry’ego. Liczył na to, że wysłucha jego prośby i nie zatrzyma go w pułapce wspomnień. Była zbyt dobrą kobietą, aby to uczynić. A on zbyt wielkim tchórzem, aby zostać i zmierzyć się z własnymi lękami.
Zobacz profil autora
Poppy Pomfrey
avatar
Uzdrowiciel
Data przyłączenia : 07/08/2014
Liczba postów : 97
Skąd : Glasgow

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Gru 11, 2014 4:20 pm

Nie wszystko było w porządku i Poppy musiałaby być ślepcem, aby tego nie zauważyć. Mężczyzna pobladł, wciąż będąc nieobecnym duchowo. Skinęła głową, wybaczając tym samym to, co miało być w jego uwadze przebaczone. Nie musiał przepraszać. Dziwny ból wymalowany na jego twarzy mówił wiele. Czuł się źle w Hogwarcie bądź tutaj, w szpitalu. Poppy nawet i to rozumiała. Odkąd zaczęła tutaj pracować, spotkała się wiele razy z uczniami mającymi alergię na skrzydło szpitalne, chemikalia i specyficzny zapach. Czasami kolor ścian przyprawiał ich o mdłości, stąd pomysł Poppy na przemalowanie pomieszczenia. Do tej pory nie wybrała barwy i nie znalazła chętnych wspomóc ją w tym małym przedsięwzięciu. Nie było to jednak teraz istotne. Harry powrócił do rzeczywistości, chociaż z bólem. Gdziekolwiek był, nie mogło być tam dobrze skoro przełożyło się to na jego stan. Rumieńce na jego policzkach nie były zdrowe.
- Mamy w tym roku znaczny napływ stażystów. Rozumiem. - poinformowała go bez większego celu o nowościach i zmianach w kadrze nauczycielskiej. Sprawiłby jej radość "zdając" okres próbny pracy i pozostając tutaj na dłużej. Harry jest bardzo wartościowym człowiekiem i mimo jego dłuższej nieobecności, Poppy żywiła wobec niego ciepłe uczucia. Przed oczami pojawił się jej obraz młodszego Harry'ego leżącego w świętym Mungu. Nie miał tak wielu zmarszczek i posiadał krótszą brodę.
To Poppy wtedy była stażystką biegającą na szpilkach po szpitalu. Ich znajomość utrzymuje się już bardzo długo, to coś cennego. Z wieloma osobami straciła kontakt, a z tym charakterystycznym byłym pacjentem - nie.
Przeszła na temat jego podopiecznej będąc pewną, że to pomoże mu powrócić na ziemię. Zmarszczyła delikatnie brwi i uniosła głowę obserwując zachowanie mężczyzny. Wstała zaraz po nim, spoglądając nań niezrozumiale. Nie potrafiła rozszyfrować co było złym pomysłem. Przyjście tutaj? Dyskretnie rozejrzała się po swym małym królestwie i nic nie przychodziło jej na myśl oprócz niechęci. Specyficzne powietrze i śnieżna biel nie każdemu przypadała do gustu. Harry'emu najwyraźniej również to dolegało.
- Sprawiłeś mi bardzo miłą niespodziankę. - dodała, odprowadzając go ku drzwiom. Nie zapytała tak, jak poprosił. Nie musiał tego mówić, Poppy widziała gdy ludzie nie chcą rozmawiać o swych demonach. Posłała mu w odpowiedzi ciepły smutny uśmiech.
- Do zobaczenia zatem, Harry. Prosto i drugie schody po prawej na sam dół. - poinstruowała go, wychodząc za próg drzwi tylko jedną nogą. Zasznurowała usta i powróciła po chwili do skrzydła szpitalnego. Sprawdziła stan obecnego śpiącego chłopczyka i zajęła się sortowaniem przyniesionych roślin. Susząc buławinki czerwone szukała w myślach przyczyny zamyślenia Harry'ego.
Zobacz profil autora
Harry Milton
avatar
Pracownik Szkoły
Data przyłączenia : 27/11/2014
Liczba postów : 383
Skąd : Sikilsdalshorn (północna Norwegia)

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Gru 11, 2014 4:30 pm

Całkowicie mu umknął komentarz na temat Eleanor, której jeszcze nie poznał. Dzieliła z nim piastowane stanowisko, jednak Harry nie wtrącał się w decyzje podejmowane przez dyrektora i cieszył się wydaną przez niego zgodą na okres próbny. Całkiem możliwe, że doświadczenie nauczania młodszych od siebie odgrywało tutaj znaczącą rolę w procesie rekrutacji, bo referencji Harry nie miał żadnych od dawnych pracodawców. Jedynie wstawiennictwo angielskiego ministra magii, popierające ogrom wiedzy na temat magicznych stworzeń oraz kilka zdań na temat wstrzemięźliwości wampira. List miał na celu przekonać dyrektora, że nie przyjmuje w swoje mury potwora.
Radość z piastowanego stanowisko niknęła w świetle okrutnych doznań, odsuwana na krawędzie świadomości przybliżającym się obrazem udręki. Zapach detergentów i leków zawsze kojarzyć mu się będzie z wojną, krwistą poświatą i śmiercią spacerującą wzdłuż rozłożonych polówek. Nie odsuwał spojrzenia od ogromnych drzwi na korytarz, obawiając się zerknąć w bok, nie wierząc własnemu wzrokowi. Serce drżało mu na myśl, co mógłby dojrzeć, gdyby pozwolił sobie na chwilę swobody.
- Do zobaczenia wieczorem. – Twarde pożegnanie zakończyło rozmowę między starymi znajomymi. Harry posłał jeszcze smutny półuśmiech pielęgniarce, po czym wyszedł z zimnymi dreszczami na karku.

[zmiana tematu]
Zobacz profil autora
Poppy Pomfrey
avatar
Uzdrowiciel
Data przyłączenia : 07/08/2014
Liczba postów : 97
Skąd : Glasgow

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Gru 14, 2014 4:58 pm

Pielęgniarka posprzątała w skrzydle, dojrzała jeszcze śpiącego pacjenta. Położyła na stoliczek obok jego łóżeczka tacę ze słodkim lekarstwem, parującą łagodną herbatą oraz czarkę zupy mlecznej. Lekkostrawny posiłek zastąpi mu kolację, a jeśli zgłodnieje, przyniesie mu z kuchni coś smacznego. Kobieta wytarła ręce o fartuch. Wygrzebała z piątej szuflady pergamin w foliowej koszuli. Lista kilku ziół, które musi znaleźć jeszcze dzisiaj. Tym razem nie z terenu błoni, a od profesor Lacroix, do której udała się niezwłocznie.
Jej myśli nie odstępowało zachowanie Harry'ego. Ufała, że wszystko jest w porządku i doszedł do siebie, cokolwiek mu dolegało. Poppy potrafiła wyleczyć każde fizyczne złamanie, ranę, zatrucie. Nie posiadała jednak leku na wspomnienia ani na ból serca.

[z tematu]
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Mar 07, 2015 2:37 pm

Soczek płynął beztrosko pod skórą pół-przytomnej Jolenne. Dostała brzoskwiniowy eliksir, który podziałał w ciągu kilku sekund. Mięśnie dziewczyny zwiotczały, włącznie z opuchniętym łokciem. Przestało boleć, Joe się uśmiechnęła sennie, nieświadoma co się dzieje wokół niej. Nuciła gardłowo kołysankę mamuni i pozwalała robić otoczeniu ze sobą wszystko, co zechce. Świat nabrał ostrych barw, nauczyciele i jej dobrzy koledzy zrobili się bardzo wyraźni i namacalni. Przez chwilkę Joe widziała na buzi Erica i Murphy rogi jelenia. Mrugając z większą częstotliwością, ledwie zauważyła, że tuli ją do siebie Wanda i ktoś się nad nią pochyla. Nie słyszała wzmianki o skrzydle szpitalnym, bo gdyby tak się stało, nieumyślnie urządziłaby serię krzyków zamiast romantycznego pokazu omdlenia w ramiona Fhancisa. W pewnym momencie się w nich znalazła. Stopniała jak ciepłe, pyszne masełko, ufając mu bezgranicznie. Nie zaniesie jej do skrzydła szpitalnego, prawda? On tego nie zrobi, bo są przyjaciółmi, a przynajmniej Joe próbuje sobie wmówić, że się kumplują i coś więcej niż kumplują. Dziewczyna nie słyszała słów Wandy, która poszła poszukać panią Pomfrey i to dobrze, wszak Jolene panicznie bała się lekarzy, uzdrowicieli, dentystów, szpitali... chorowała na myśl o spotkaniu bądź znalezieniu się w wyżej wymienionym otoczeniu. Przytuliła ciepły policzek do jeszcze cieplejszego torsu Fhancisa i była obojętna na wszystko. Była tam, gdzie zawsze marzyła, było jej ciepło, wygodnie, słyszała bicie serca mężczyzny, do którego żywiła niestandardowe uczucia. Niebo na ziemi!
Głównie ze względu na fakt bycia na rękach stażysty, Joe nie zaczęła krzyczeć, gdy ją wynoszono z gabinetu nauczyciela astronomii ani nie wszczęła alarmu przez wszystkie siedem pięter. Nuciła niewyraźnie, tuliła się i miała pół przymknięte powieki. Zapomniała widoku tańczącej z alkoholem profesor Odinevy i uśmiechała się jak malutki dzidziuś cieszący się z bliskości drugiego człowieka. Kołysanie ją uspokoiło. Zapragnęła zostać w tym miejscu na zawsze, bo pierwszy raz poczuła się szczęśliwa tak inaczej. Tak z miłości, choćby jednostronnej.
Wszystko co dobre, musiało się zakończyć.
Podświadomie Joe uznała, że Fhancis zaprowadzi ją do dormitorium, skoro otrzymała brzoskwiniowy słodki eliksir, a jej łokieć został opatrzony (ukradła szalik Ericowi, musiał jej wybaczyć). Ocknęła się w pechowym momencie, gdy skręcali po cichutku w stronę drzwi... skrzydła szpitalnego.
- NIE! Nie, nie, nie chcę! Nieee! - krzyk z jej gardła odbił się echem po pustym korytarzu. Zesztywniała i zaczęła się wiercić, ryzykując, że potłucze sobie pupę, jeśli wymsknie się z fhancisowych ramion. Joe poczuła się zdradzona. Łzy napłynęły jej do oczu, zaś serducho zaczęło łomotać niczym dzwon.
- Nie tam! Już jest dobrze, jestem zdrowa, nie chcę, Fhancis, nie rób mi tego! - krzyczała namiętnie, zaś jej policzki zalały się łzami.
- Ja sama pójdę do dormitorium, jest okej. Nie boli mnie już łokieć. Jatamniechcęiśćbłagamjasiębojęnieróbmitegojacizaufałam. - poplątała się przy Fhancisie i w efekcie stanęła na własnych nogach. Pupa nie ucierpiała. Joe cofnęła się od miłości swojego życia i zapłakana, przerażona błagała go niemo i nie niemo, aby pod żadnym pozorem nie kazał jej iść do pielęgniarki. Zrobi dla niego wszystko, złapie gwiazdy z nieba, jeśli to tylko uchroni ją przed ujrzeniem swojego bogina.
Zobacz profil autora
Sergie Lémieux
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 06/02/2015
Liczba postów : 205
Skąd : Francja

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Mar 07, 2015 4:43 pm

/bilo za zgodą Lily. Czas: Sergie jest po akcji w lesie.

Gryfon się czegoś nauczył. Nie wchodzić do lasów z czystej ciekawości. Szczególnie tych zakazanych. Poza niebezpiecznymi stworzeniami natrafić można na niebezpiecznych ludzi. Tak, chodzi o Spencera. Co prawda strach i zło samo w sobie, ale pomimo wszystkiego wciąż pozostanie fascynującą jednostką dla Francuza. Jak się skończyła ta wyprawa? Rozciętym prawym ramieniem. Plus cholerna sól trochę podrażniła ranę. Lémieux musiał pośpiesznie udać się do Skrzydła Szpitalnego. Co ciekawe i tak zwlekał z tym, bo miał małe komplikacje w Zakazanym Lesie. Nie żałuje tego co zaszło. To zawsze nowe doświadczenia. I w głębi duszy brakowało mu adrenaliny, kłopotów i przygód, których w Francji miał od groma. Może ten Hogwart jednak nie jest taki zły? Uczą się tutaj przeróżne osobniki. Groźne, miłe, tajemnicze i kochane. Sam nie potrafił siebie dopasować do któregoś ugrupowania. Próby pozostania nieznanym i samotnym uczniakiem okazały się nieudolne, ponieważ jak na ironie... każdy do niego lgnął. Ale brak towarzystwa źle działa na człowieka. Poza tym miał znaleźć przyjaciół, tych prawdziwych. Kogo jak dotąd spotkał? Ludzi do których nie był wciąż przekonany, ale wzbudzały jego zainteresowanie. Lecz znów odbiegliśmy od tematu.
Sergie po znalezieniu się w Skrzydle Szpitalnym został "uwięziony" w łóżku przez pielęgniarkę, która zajęła się urazem. Dodatkowo okrzyczała go, że użył bandażu pełnego kryształków soli. Grr. No nic. Chłopak po wypiciu paru eliksirów, małej operacji ramienia i ponownym zabandażowaniu dostał polecenie nie ruszania się stąd. Całą noc miał tutaj przeleżeć? To niemożliwe! Dodatkowo pulsujący ból nie pozwalał spać. Ah, przekleństwo...

Godzina 22. Ktoś powie co się dzieje? Co to za krzyki i zamieszanie?
Lémieux spokojnie sobie odpoczywał (kłamstwo, denerwował się jak cholera), gdy nagle do jego uszu dobiegły krzyki, piski i szlochy jakiejś przerażonej damy. Rozpoznał głos. To była uczennica Jolene. Poznał ją na lekcji eliksirów. Sympatyczna osóbka, ale... kto ją właśnie zdradzał i robił krzywdę? Blondyn słysząc jedynie błagalne słowa pozostał w tej samej pozycji, podsłuchując zaciekawiony, ale gdy padło imię "Francis" jakoś go zatkało. Pierwsza osoba jaka mu przyszła do głowy to "Lacroix". Czyżby o było możliwe? Za uchylonymi drzwiami był jego kumpel z którym dawniej pijał wino? W sumie to nawet nie takie dziwne. Sergie tego samego dnia spotkał Aristos! Jej brat mógł także tu być.
Siedemnastolatek, mimo zakazu wstawania i z wielkim bólem reki, podszedł do przejścia dzielącego SS z korytarzem. Przez szparę niedomkniętego wejścia dostrzegł panikującą koleżanką i... tak! Jego dobrego znajomego! Ale o co chodziło? Cóż to za dramaty? Powinien się wtrącać? Spróbuje chociaż mu pomóc ją uspokoić.
-Jolene, spokojnie! Nic Ci nie grozi!- Usłyszeli nagle francuski akcent Sergia, który wyszedł do nich na korytarz. Tyle rozumiał, że bała się odwiedzić SS. Coś wymyśli, aby tylko była spokojna. -Tu nie ma nic złego...- Powiedział dyskretnie kładąc swoją dłoń na bolącym ramieniu. Błękitne oczy spoczęły na praktykancie. Hm, nic się nie zmienił.
-Cześć, Francis...- Westchnął.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Mar 07, 2015 5:56 pm

Piątkowe wieczory chyba miały coś w sobie, że są dziwne, nietypowe, oryginalne.
Każdy z utęsknieniem czekał właśnie na ten wieczór, jako zwieńczenie tygodniowej pracy. Zarówno uczniowie, którzy obładowani pracami domowymi, wypracowaniami i widmem kolejnych egzaminów, jak i nauczyciele, którzy po prostu mieli dość gromady rozwydrzonej dzieciarni. Nic więc dziwnego, że każdy szukał na swój sposób i na swoje możliwości czegoś co pozwoli im zapomnieć, chociaż na chwile o męczących dniach, które mijały raz za razem i znikały, gdy tylko Twój kielich wypełnił się po brzegi alkoholem.
Sytuacja w gabinecie rozrzedzała się, a to za sprawą stażysty zaklęć, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce – zaopiekował się Jolene, a ona, chcąc nie chcąc – bardziej opcja pierwsza – skierowała się za nimi zostawiając wesołą gromadkę w pomieszczeniu, wcześniej napomykając profesorowi od astronomii, by zajął się jej pracą do poniedziałku.
Posłusznie dotrzymywała kroku młodemu Lacroix, który niósł w ramionach majaczącą Jolene, na którą zerkała co chwila Wanda. Nie wiedziała co się dokładnie stało, bo nikt z zainteresowanych nie udzielił im wystarczającej odpowiedzi, a sama Puchonka nie była zbytnio w stanie podzielić się spostrzeżeniami. Jeszcze nie teraz, kiedy dziwny specyfik działał. W pewnym momencie, gdy znaleźli się już w Skrzydle starsza dziewczyna po prostu skręciła w jedną z alejek, by poszukać pani Pomfrey, która powinna być w stanie pomóc jej przyjaciółce, wciąż wtulającej się w klatkę piersiową Francuza.
Nie było jej chwilę, dosłownie kilka minut – szukała pielęgniarki, ale nie mogła jej nigdzie znaleźć, była widocznie zajęta innym chorym, który potrzebował nagłej pomocy – wzruszając ramionami wróciła do głównego holu, jasnego i cichego o tej porze. Zapach medykamentów silnie drażnił jej nozdrza, a ona sama poczuła się słabo. Nie bała się lekarzy, ale świadomość, że właśnie w szpitalach ratuje się jak i zarówno traci życie trochę ją przerażała. Wiedziała, że Joe ma tylko połamaną rękę, nic wielkiego, aczkolwiek coś nie dawało jej myśleć. Martwiła się o nią, jak o siostrę, jak o przyjaciółkę, bo wiedziała, że ostatnio sporo przeszła. Trudna rozmowa z Dwayne’m, zawirowania z Artim, obcięcie włosów i krótki romans ze spodniami. Odetchnęła, zamykając jedne z drzwi prowadzących na hol, w którym od samego początku odbijały się echem wykrzykiwania panny Dunbar, która chyba zorientowała się gdzie się znajduje. Serce Wandy niemal natychmiast podskoczyło, kiedy wyczuła w głosie blondynki szczera panikę i strach. Dostrzegła jeszcze nie tylko biadolącą dziewoję, ale i dziwnie wyglądającego młodzieńca o nonszalanckim uśmiechu i dziwnym akcencie, który już kiedyś miała okazje poznać. Spojrzała na niego i podniosła rękę, co miało oznaczać siema, nie znam Cię, ale nie dotykaj mojej przyjaciółki, okej? Nie przedstawiła się jednak, bo nie miało to teraz sensu skoro najważniejsza w tym wszystkim była pewna Puchonka łaknąca ciepła i miłości nie od niej a od…
Och, od Francisa. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie, kiedy zauważyła jak jej koleżanka lgnie do mężczyzny nauczającego zaklęć. Jej prywatnego nauczyciela od magii niewerbalnej, która miała zostać tajemnicą do momentu kiedy ta nie posiądzie odpowiedniej wiedzy. Przez moment myślała intensywnie jak to się stało, że popadli sobie w ramiona, jednak… z drugiej strony wyglądali całkiem sympatycznie, przez co niemal od razu na twarzy szatynki zakwitł ciepły uśmiech.
- Nie mogłam nigdzie znaleźć pielęgniarki, pewnie jest na obchodzie zważywszy na tak późną godzinę. – Powiedziała mimochodem zerkając na wszystkich po kolei. Widząc, że Dunbar znajduje się w odpowiednich rękach dalej szczerząc się pod nosem usiadła na jednym z wielu krzeseł ustawionych pod ścianą i to samo zaproponowałaby reszcie, gdyby nie fakt, że obaj panowie stali stłoczeni nad Joe jak jeden mąż. Wolała nie przeszkadzać. Skrzyżowała długie nogi w kostkach i obserwowała ich dalej w milczeniu.
- Przenieście ją na leżankę póki nie zajmie się nią profesjonalista, dobrze? – W głosie panny Whisper znalazł się pewnego rodzaju ton rozkazujący, taki, którego nie można było zignorować. Jej ciemne spojrzenie rozbłysło, a ona nawet nie wiadomo kiedy dobyła różdżki i za pomocą magii przywołała jedno z wyżej wymienionych łóżek na kółkach, które piszcząc cicho znalazły się obok świętej trójcy. Podniosła się zaraz, bo nie mogła zbyt długo siedzieć bezczynnie i podeszła do nich. Odgarnęła Joe włosy z czoła.
- Hej, misiu. Nie bój się. Jesteśmy przy Tobie. – Nachyliła się ku niej i szepnęła tych kilka, słodkich słówek, by ta poczuła się nieco pewniej. Musnęła wargami jej skroń i wskazała Panom, by zaczęli się na cos przydawać.
Zobacz profil autora
Francis T. Lacroix
avatar
Stażysta
Data przyłączenia : 20/08/2014
Liczba postów : 604
Skąd : Orlean

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Mar 07, 2015 7:19 pm

Francis maszerował powoli korytarzami, czując jak Joe z każdym jego krokiem coraz bardziej wtula się we francisową koszulę, a co za tym idzie pierś. Uspokoiła się wyraźnie co młody stażysta przyjął z ulgą. Jednoosobowa obstawa zwana Panna Whisper szła czujnie obok. Poczuł jak lekki dreszcz przechodzi mu po kręgosłupie, nie wiedzieć nawet w dużej mierze dlaczego. Wanda zniknęła na moment, wyruszając widocznie na poszukiwania Poppy, która była ich ostatnią deską ratunku w tej sytuacji. Wszystko wydawało się być pod kontrolą, ale najwidoczniej tak nie było, puchonka przebudziła się i wpadła w jakiś dziwny rodzaj paniki. Lekko zdziwił się, gdy Jolene wręcz wyrwała się z jego ramion, do tej pory wydawało mu się, że uspokoiła się i zaufała mu na tyle, żeby dać się obejrzeć uzdrowicielce.
W miarę.
Słowo klucz. Serce zabolało go nieco, kiedy Puchonka zaczęła zalewać się łzami, tak desperacko chcąc uciec i uniknąć wizyty w skrzydle. Ale nie było innej możliwości, rana wydawała się zbyt poważna, żeby pozwolić jej ‘robić co chce’, a Francis już ją zobaczył, więc nie miał zamiaru w tej kwestii odpuszczać. Sam odrobinę spanikowany wyciągnął uspokajająco dłonie przed siebie.
-Joe. Spokojnie. Proszę. - mówił powoli, nieco stanowczo, próbując jakoś zrozumieć coś z jej potoku słów. Zmartwił się, dość wyraźnie i wahał moment pomiędzy tym, czy rzeczywiście nie powinni jej odprowadzić do dormitorium, a tam Francis sam spróbuje zdziałać coś w sprawie spuchniętej ręki, ale zaraz zrezygnował.
Nie wiedział nawet kiedy do zgromadzenia dołączył Sergie. Ten tylko pomachał mu dłonią, nieco zdenerwowany, a raczej, podstresowany zajściem. I wszystkim. Wszystkim dookoła. Zbyt dużo niewiadomych nieco go rozpraszało. Zauważył kątem oka, że ten nieco się.. poturbował.
-A ty co sobie zrobiłeś, ofiaro? - rzucił rozbawionym tonem i poklepał go po ramieniu, niedoszły amant jej siostry nadal taki niedoszły. Ale Sergie był poczciwym chłopcem, wpadał w tarapaty, ale cóż. Za taki francuski akcent nawet najlepsi by wpadli.
Zastanawiał się, jak to będzie. Miedzy nim, a Joe. Uśmiech Wandy wyraźnie wskazywał, że z boku wyglądało to nieco na romantyczną zażyłość, a Francis nie wiedział co ma o tym myśleć. O całej sytuacji, o tym co czuje. Wystarczyło mu już, że stosunki z Alice stały się dziwnie… dziwne. Wszystkim się wydawało, że jest ‘dorosły’ i na pewno wie co czuje, a prawda była dość bolesna. Młody Lacroix nie wiedział, najnormalniej w świecie i wyglądało na to, ze nie będzie wiedział jeszcze przez jakiś czas. Nie wiedział kogo widzi w kim, a jego kontakty w strefie romantycznej nigdy nie były najlepsze. Kiedyś zarzucono mu, że nie umie wyrażać tego co czuje, tak po prostu. Mruknął pod nosem coś w zamyśleniu. Spojrzał na Wandę, przez moment szukał w jej oczach jakiegoś wsparcia czy odpowiedzi, ale potem zaraz wrócił do Jolene. Westchnął cicho pod nosem, dość ciężko, wypuszczając powietrze z płuc.
- Wanda. Proszę, nie zapominaj, że jestem profesjonalistą w wielu dziedzinach. - odparł z lekkim rozbawieniem pobrzmiewającym w ciepłym barytonie. Dobrze grał w bierki, dobrze czarował, dobrze biegał po schodach, ale tylko na śniadanie. Przyglądał się moment Jolene i jej łokciowi w zastanowieniu. Sam usiadł na leżance, rozsiadł wygodnie i zamachał radośnie nogami. Poklepał zachęcająco miejsce obok siebie i spojrzał na Jolene.
- Zapraszam. Chodź, będę siedział obok i jak stanie się coś złego to sam ci pomogę uciec. Będziemy jak Bonnie i Clyde. Ja będę Bonnie, zdecydowanie. - rzucił, wyraźnie rozbawiony. Miał nadzieję, ze to wystarczy. Ostatecznie, zauroczenie jakim go darzyła naprawdę nie umykało jego uwadze, widział to dokładnie i liczył, że jego towarzystwo tak blisko pomoże jej na tyle, ze da się zbadać komuś kto ma przyzwoite umiejętności lekarskie.
Wyciągnął z kieszeni fajkę w zamyśleniu i odpalił ją w milczeniu wyglądając nieco rozmarzonym wzrokiem przez okno. Zaciągnął się powoli i malinowa woń wypełniła pomieszczenia. Francis wpatrywał się w pustkę za szybą wyraźnie rozkojarzony, czerpiąc siły z tego nieco spokojniejszego momentu który nastał właśnie, chwała narodom. Odstawił fajkę na sekundę od ust i mruknął w zastanowieniu, nie odrywając wzroku od granatowego nieba. W całym pomieszczeniu panował przyjemny półmrok, do którego oczy zgromadzonych powinny się już przyzwyczajać.
-Gdyby mi ktoś powiedział, że spędzę piątkową noc z pięknymi dziewczynami to bym nie uwierzył. - zaśmiał się cicho, czując, jak ten cały stres z niego schodzi. Spojrzał na Francuza i zaśmiał się dobrodusznie. - No i Sergiem, ale o tym nie mówimy.

_________________






Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Mar 07, 2015 8:09 pm

Wokół zrobiło się dużo osób, co stanowiło zagadkę zważywszy na porę dnia - wieczór. Znikąd zjawił się Sergie, ten miły Francuz i wróciła Wanda. Wandzia mówiła coś o pielęgniarce. Joe spojrzała na nią z czystym przerażeniem i cofnęła się o kolejny krok. Spanikowana patrzyła to na Fhancisa przemawiającego do niej tak łagodnie, to na Wandzię, która postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i Sergiego, którego obecności tutaj o tej porze nie umiała sobie wytłumaczyć.
Potrząsnęła głową. Nie uspokoi się. Chcą ją zabrać do skrzydła szpitalnego. Joe zapuści korzenie, przywiąże się do filaru i nie opuści korytarza na rzecz medycznego terytorium. Zrobiło się jej słabo, rozbolał ją brzuch, skronie zaczęły pulsować tak irytująco... Na rzęsach błyszczały krople łez - typowe objawy nieudawanej, autentycznej paniki.
Znikąd na korytarzu pojawiła się leżanka, na której widok Joe zakryła usta, tłumiąc okrzyk. Cofnęła się jeszcze bardziej, dotykając plecami zimnej ściany. Cała trójka rozmazywała się, traciła swoje kontury... obok niej pojawiła się Wanda. Nie krzyknęła tylko i wyłącznie dlatego, że sekundę wcześniej zobaczyła jej ruch w swoją stronę. Wiedziała, że są przy niej, jednak nie usprawiedliwiało to ich intencji - zaniesienia jej do skrzydła. Do pielęgniarki śmierdzącej chemikaliami, do niewygodnych łóżek i twardych poduszek. Gdzie jest Dwayne? Czemu go tutaj nie ma? On jeden jedyny postawiłby się w jej obronie i wybrał dormitorium niż narażanie jej na załamanie nerwowe. Oboje nie lubili szpitali. Tego się nie rozumiało, to tak było od zawsze.
Joe nie ruszała się, stała sztywno przy ścianie i patrzyła na Fhancisa z mieszanką sprzecznych uczuć. Pomimo rozmazującego się świata, tembr jego głosu słyszała w każdej komórce ciała, lgnącej w jego stronę. Wyjął fajkę i powietrze zrobiło się malinowe. Joe jęknęła, bezbłędnie widząc zagrywkę Fhancisa w jej stronę. Eliksir brzoskwiniowy wyparował z jej żył, wypędzony adrenaliną i panicznym strachem. Potarła knykciami powieki i przyglądała się trójce osób z podejrzliwością. Fhancis śmiał się, zachowywał beztrosko i mentalnie czaił się wokół Joe, wiedząc, gdzie uderzyć, aby skłonić ją do wysłuchania słów. Serce Puchonki ścisnęło się boleśnie.
- Wykorzystujesz to. - oskarżyła młodego stażystę zdławionym od łez głosem, patrząc mu prosto w oczy. W te piękne, niebieskie i inteligentne tęczówki, śniące się co noc. Patrzyła długo na Fhancisa, nieświadoma, że Wanda i Sergie nie wiedzą o czym mówi. Bardzo delikatnie łamał jej serce, chociaż rozgrzeszała go już na wstępie. Nie był niczemu winny, to wina Joe, że czuje coś, czego on nie chce.
- Nie chcę tam iść. Nie mogę. - zwróciła się nagle do Krukonki błagalnie, aby jej tam nie ciągnęli. Leżanka nie wyglądała atrakcyjnie. Joe nie chciała się tam kłaść i czuć jak pacjent. Odrzucał ją boleśnie biały kolor pościeli, jej chłód i twardość. Jednak siedział tam Fhancis. To było kluczowe, bo przy nim każdy detal wydawał się piękniejszy. Samym sobą zarażał otoczenie swoim światłem i spokojem, nadając szczegółom innego znaczenia. Wykorzystywał jej uczucie, aby sobą uspokoić świadom, że ma na nią istotny wpływ. Joe zgarbiła się. Obiecała mu dać spokój, odsunąć się i traktować go z sympatią i niczym poza, a w chwili obecnej jej tego nie ułatwiał. Nim zdążyła zareagować, jej nogi same podeszły do okropnej leżanki. Usiadła z samego brzegu, obok poduszki, przy zimnych szczeblach wezgłowia. Powstrzymała w sobie palącą chęć wtulenia się we Fhancisa. Kurczowo trzymała się maleńkiego rożku łóżka, spełniając ich pierwszą prośbę - minimalne opanowanie nerwów. Nie zapomniała jednakże o białych drzwiach za plecami skrywającymi fundamentalny powód jej strachu. Cicho kwiliła, nie odnajdując w sobie odwagi, aby stawić czoła lękom. Nie posłuchała rozsądku i nie pozwalała wyleczyć swego łokcia pielęgniarce, gotowa cierpieć na rzecz odpuszczenia sobie strachu. Aromatyczny zapach dymu tytoniowego odurzał, wpływał na wszystkie zmysły i otumaniał je słodkim oddechem Fhancisa. Łzy przestały moczyć poliki Joe, gdy minęły pierwsze minuty terapii pana Lacroix.
- Będę Clyde'm. - zgodziła się, choć powinno być na odwrót. Nie kłóciła się, aby nie zdenerwować Fhancisa i nie sprowokować wezwania ostrzejszego nauczyciela, który będzie miał w nosie odczucia Puchonki. Skuliła się w sobie, tuląc do piersi owinięty szalem łokieć. Bolał, znowu. W ciemności nie widziała koloru skóry, ale musiał być fioletowy sądząc po bolesnych powiewach powietrza. Puściła mimo uszu komentarz Fhancisa o pięknych dziewczynach i Sergiem, zajęta analizowaniem jego troszeczkę nerwowego śmiechu. Mijały następne minuty terapii. Joe zapanowała nad sobą, odrobinkę.
- Z-zgodzę się na wszystko, ale nie wejdę tam. Od..o-odkąd skończyłam t-trzeci rok życia, mdleję na widok sz-szpitali i u...u-uzdrowicieli. - jąkała się tak samo jak Dwayne. Zawstydziła się. Uciekła wzrokiem przed Fhancisem, Wandą i Sergim. Pociągnęła nosem i cicho szukała wyjścia z sytuacji. Wróci do dormitorium, a z samego rana będzie błagać Henry'ego o rzucenie okiem na jej łokieć. Ufała, że chłopak nie powiąże zniszczonej w harmonijkę miotły z jej kontuzją i nie będzie na nią krzyczał. Ostatecznie poprosi Wandzię o wstawiennictwo, wszak była jego dziewczyną. Strach Joe był prawdziwy, namacalny. Siedzenie na leżance sprawiało jej fizyczny ból, łagodzony obecnością Fhancisa. Popsuła im piątkowy wieczór. Była na siebie zła i się bardzo wstydziła. Pojawiła się w niej potrzeba zwinięcia się w koci, puchaty kłębek i wtulenia się w futerko nieobecnego Emka.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   

 

Skrzydło Szpitalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Skrzydło Szpitalne
» Skrzydło Szpitalne
» Świnka skarbonka Białego skrzydła
» Madara Tenebris
» Restauracja „Pod skrzydłami”

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
I piętro
-