IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Korytarz w lochach

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Samuel Silver
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Nie 04 Sty 2015, 22:58

Nie miał pojęcia jak się obchodzić z kobietami i co też mogły czuć w danej chwili, kiedy się do nich mówiło. Wydawało mu się, że nie wypowiadał się jakoś bardzo skomplikowanym językiem, jednak czasami po prostu się zapominał. Możliwe, że użył słów, które nie są zrozumiałe i nawet tego nie zauważył. Reakcja Isabelle była więc dla niego co najmniej dziwna, ale nie skomentował jej od razu. Zmarszczył brwi, trzymając dłonie wciąż na jej ramionach, nie puszczając dziewczyny chociażby na chwilę. Przechylił głowę lekko w bok, obserwując uważnie jak z jej ust wydobywa się fala słów. Każde z osobna analizował, starał się zrozumieć głębszy sens i przesłanie. Nie był przecież głupkiem, jak nazwała go dziewczyna. W końcu cicho westchnął, drapiąc się po potylicy. Uśmiechnął się też głupkowato, a na jego policzkach pojawił się cień niepohamowanego rumieńca. Znowu. Wypuścił z płuc powietrze, zastanawiając się dlaczego jego organizm tak reagował. W dodatku ten dziwny ucisk w brzuchu zupełnie mu nie pomagał w logicznym myśleniu.
- Isabelle… - zaczął, a jego zielone oczy jeszcze bardziej się otworzyły, jakby zobaczył coś naprawdę zadziwiającego. Nie mógł się powstrzymać i parsknął wesołym śmiechem, wyciągając w stronę jej zarumienionej twarzy palec, aby dźgnąć czerwony nos. - … wyglądasz jak Rudolf Czerwononosy. Myślałem, że do Świąt jeszcze trochę trzeba poczekać – powiedział, nie mogąc się powstrzymać od nieprzerwanego śmiechu. Szybko jednak się zreflektował, słysząc jej słowa, które zdążyła jeszcze wypowiedzieć zanim wybuchnął wesołością. Spojrzał na nią zaskoczony i wzruszył ramionami, nie mogąc zrozumieć co też było nie tak w jego propozycji. Przecież nagość była tylko nagością, ale jak widać dla Isabelle było czymś więcej.
- To muszę znaleźć jakąś inną dziewczynę, która by się zgodziła. Myślisz, że wystawienie ogłoszenia będzie dobrym pomysłem? Chyba tak zrobię, bo chciałbym zacząć realizować powoli swój pomysł – powiedział całkiem poważnie, po czym poprawił swoją szatę, automatycznie też sprawdzając czy jego ukochana, niesamowicie błyszcząca odznaka była na swoim miejscu. Mimowolnie się wyszczerzył, gdy poczuł gładką, chłodną powierzchnię. Była cała i zdrowa, na szczęście. Chwilę milczał, posyłając jej kolejny uśmiech na ostatnie słowa, jednak nie odpowiedział. Przypomniał sobie o czymś ważnym, o co musiał zapytać, aby mieć czyste sumienie. Sowa Bena go zaniepokoiła i chciał zapytać Isabelle osobiście o sytuację, która miała miejsce. Nie znał rzekomej Porunn Fimmel osobiście, ale z opowieści jego przyjaciela wydawała się osobą wybuchową, nawet można powiedzieć, że niebezpieczną. Isabelle znała ją jednak bardziej, dlatego musiał dowiedzieć się wszystkiego u źródła. A takowym była pani prefekt Slytherinu.
- Izzy… muszę się Ciebie o coś zapytać, posłuchaj mnie uważnie – zaczął, a jego twarz zdawała się teraz poważna. Ślad wcześniejszej wesołości zniknął, dając miejsce konsternacji i uwadze. – Czy to ty powiedziałaś swojej koleżance Fimmel na temat przybranych rodziców Bena? Nie oskarżam Cię – ostatnie zdanie dodał z przestrachem w oczach. Nie chciał jej w żaden sposób urazić lub zdenerwować. Wiedział bowiem, że wkurzona kobieta, to bardzo, ale to bardzo niebezpieczna broń przeciwko całej ludzkości. Naturalna broń biologiczna, która w przeciwieństwie do milionów bakterii, potrafiła myśleć na wysokim poziomie, analizować, wywoływać atak paniki w ofierze, a następnie mordować. Ciarki na samą myśl mimowolnie przeszły po jego ciele, a zimny pot uderzył ze zdwojoną siłą.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Wto 13 Sty 2015, 00:01

Odruchowo przymknęła powieki, gdy Sam dziabnął ją palcem w nos. Niemalże słyszała buzującą w jej żyłach krew, gdy chyba nawet uszy zaszły czerwienią. – Ja? Powinieneś spojrzeć do lustra! – fuknęła, złoszcząc się tylko przez chwilkę. Czuła się zażenowana zachowaniem własnego organizmu, dlaczego działał przeciwko niej?
Wiedziała. Wiedziała, że prędzej czy później wyskoczy z takim argumentem. Westchnęła ciężko, zupełnie nie wiedząc jak właściwie mogła zareagować – tak, mogła. Jako przyjaciółka powinna go wspierać, co też zazwyczaj zawsze robiła. Jednak część jej, którą nieudolnie próbowała wpychać w zakurzony kąt głowy, ciągle się wyrywała. – Nie powinieneś wystawiać ogłoszenia. Co, jak zgłosi się jakaś kandydatka, która całkowicie odbiegałaby od twojego wyimaginowanego obrazu? – spróbowała przemówić mu do rozsądku, może niezbyt udolnymi argumentami. Cromwell sama nie chciała godzić się na taką propozycję, ale nigdy nie pozwoli Samowi oglądać jakichś głupich nagich dziewczyn. Nie chciała nawet myśleć o tym co się stanie, gdy chłopak w końcu stwierdzi, że przydałaby mu się jakaś narzeczona... Powiodła wzrokiem za zielonymi tęczówkami Silvera, przez chwilę skupiając spojrzenie na jego wypolerowanej odznace. – Uważaj, bo będę zazdrosna – mruknęła, uśmiechając się pod nosem, gdy widziała jego minę. Po chwili jednak nagle spoważniał, niepokojąc tym samym Ślizgonkę. Niecierpliwie przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku. O co mogło chodzić? Pytanie, które padło, całkowicie ją zaskoczyło. Kilkakrotnie otwierała usta, by po chwili je zamknąć, nie mogąc wydobyć z siebie ani jednego słowa. Wpatrywała się w twarz Sama, chcąc doszukać się jakiegoś podstępu, lecz przyjaciel zdawał się mówić całkiem poważnie.
- Co to za pytanie? – rzuciła, gdy odzyskała swój głos. – Czy stało się coś, o czym powinnam wiedzieć? – spytała, chcąc początkowo wybadać grunt, na którym stoi. Z dziewczynami rozmawiała o wielu rzeczach, zazwyczaj unikając rozmowy na temat Sama i Bena. Pamiętała jednak, że Porunn przez jakiś czas próbowała się od niej czegoś dowiedzieć… Myślała wtedy, że ślizgońska koleżanka dosyć poważnie zainteresowała się mniej lubianym przez nią Krukonem, ale nie chciała jej niczego opowiadać. Znała jej charakter i temperament, choć nigdy wcześniej nie zdradziła zaufania Isabelle. Poza tym Cromwell nie widziała nic złego w rodzinie Bena. Porunn podchodziła do wielu spraw w całkiem inny sposób, ale czy mogła wykorzystać taką informację? Oczywiście, że mogła… Jeden jedyny raz człowiekowi coś wypadnie i już robi się z tego afera. A może wcale nie miała do czynienia z jakimś skandalem? Jeżeli Fimmel rzeczywiście mogła wykorzystać tę informację do skrzywdzenia Watts’a to gorzko tego pożałuje. Może nie przepadała za przyjacielem swojego najlepszego przyjaciela, ale mimo to Ben należał do jej małego grona.
Zobacz profil autora
Samuel Silver
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Sob 24 Sty 2015, 16:33

Sam uśmiechnął się lekko, widząc zakłopotanie na twarzy Ślizgonki. Zastanawiał się dlaczego Isabelle tak reagowała jak był blisko, jak ją dotykał. Cała czerwona zdawała się zapomnieć jak się oddycha, jednak jak zwykle wiedziała co odpowiedzieć. Lubił dźwięk jej głosu, niby zarozumiały, ale jednak nie.
- Ja mam patrzeć na siebie? Renifer to nie łoś, więc nie wiem o co ci chodzi – powiedział, po czym pokręcił głową, pochylając się nad nią lekko. Musnął ustami delikatnie jej policzek, po czym przysunął je do ucha Isabelle. – Ale jeśli chcesz, to mogę zrobić reniferze rogi i je nosić, nic trudnego – roześmiał się gardłowo, po czym odsunął od Isabelle, obejmując ją ramieniem mocno. Jednak wszystko trwało tylko chwilę, a on zrobił kilka kroków do tyłu, drapiąc się nerwowo po policzku. Zmarszczki mimiczne od ciągłego uśmiechu uwydatniły się, co dodawało mu jeszcze więcej uroku osobistego.
Był dziwnym człowiekiem.  Szalenie inteligentnym lecz ślepym na sprawy oczywiste, których w żaden sposób nie potrafił zrozumieć. Szukał szczęścia w książkach, opasłych tomiszczach medycyny, które zasypywały go teorią, odejmując przy tym możliwość spojrzenia na wszystko pod innym kątem. Był szaleńcem, którego większość osób nie rozumiała. On sam siebie do końca nie rozumiał, starając rozszyfrować wszystko poprzez ciąg definicji o funkcjonowaniu mózgu, co nie przynosiło spodziewanych rezultatów i odpowiedzi na jego pytania.
Dlaczego jego serce przyspieszało, kiedy widział Isabelle? Dlaczego miał zawroty głowy, kiedy czuł jej zapach i bliskość? Dlaczego cały sztywniał, słysząc jej głos? Odpowiedzi na te pytania w jego ulubionych książkach nie było, a szkoda. Chciał się dowiedzieć wszystkiego o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu, jednak najwyraźniej szukał nie tam, gdzie trzeba. Nie był głupi. Jego rozumowanie sięgało daleko, poza granice ludzkiej wyobraźni, tym samym nie pozwalając mu odnaleźć odpowiedzi na to co proste, co miał tuż przed nosem.
- Isabelle. Nie każda osoba może zostać modelką do mojego atlasu. Potrzebuję kogoś, kogo uważam za idealnego w każdym calu. Twoje jasne, szaroniebieskie oczy, rysy twarzy, uwydatnione kości policzkowe, kiedy się uśmiechasz, kształt ciała, wcięcie, które uwielbiam obejmować, nogi, ręce… - westchnął, po czym pokręcił głową. Przesunął dłońmi wzdłuż jej rąk, aby w końcu spleść jej delikatne, kruche palce ze swoimi, zupełnie odmiennymi. Isabelle nie rozumiała jego rozumowania. Nie mogłaby to być osoba pierwsza lepsza. Atlas miał służyć ludziom przez pokolenia, a on nikogo innego sobie nie wyobrażał, oprócz Isabelle. O’Connorowi wysłał sowę z zaproszeniem do zdjęć, jednak jeśli chodziło o mężczyzn, to raczej była duża dowolność. Isabelle była jedyna w swoim rodzaju, jednak najwyraźniej nie chciała tego zro…
- Zazdrosna? – uniósł brwi, patrząc na nią nieco zdezorientowany. O co ona miała być zazdrosna? Chodziło tylko o zdjęcia, a on chyba wyraźnie się określił, że nie wyobrażał sobie nikogo innego, oprócz niej. Pokręcił tylko głową, nie kontynuując tego tematu już. Nie chciał naciskać, w dodatku Isabelle chyba odbierała jego propozycję nieco opacznie i nie do końca zrozumiale. Jednak możliwe, że to Sam był ubogi w odruchy ludzkie, które powinien chociażby zrozumieć. Nic z tego nie pojmował i raczej chciał na dzień dzisiejszy pozostać w błogiej niewiedzy. W końcu jeszcze mogłoby to mu zaszkodzić w nauce i dobrych stopniach, a tego babcia, Claudia Silver by mu nie wybaczyła. Musiał skupić się na karierze, która nie obejmowała wgłębiania się w tajniki ludzkiego, a szczególnie tego kobiecego umysłu, który wyglądał bardziej jak labirynt z nieskończoną ilością ślepych uliczek. Podrapał się po głowie i westchnął ciężko, wzruszając ramionami. Nie wiedział, czy stąpał po twardym gruncie, czy może tym, który mógł zaraz pęknąć pod jego nogami. Przygryzł dolną wargę, po czym odetchnął ciężko, zbaczając z tematu. Isabelle najwyraźniej też tego chciała, bo od razu wykazała inicjatywę, kontynuując go.
Porunn Fimmel była osobą, o której Sam słyszał dużo od swojego przyjaciela, Bena. Chłopak wpadł po uszy swojego czasu, czego Krukon nie potrafił zrozumieć. Jednak biorąc pod uwagę podejście do tych spraw, to nie było to takie dziwne. No cóż, nikt nie był idealny, a Sam zaliczał się do osób ”wspieram, chociaż nie rozumiem”. Chciał jednak pomóc i może trochę zrozumieć funkcjonowanie tego całego zauroczenia, które najwyraźniej przeobraziło się w zawrotnym tempie w nienawiść. Tak to zrozumiał i chyba nie do końca nadążał. Wszystko było tak skomplikowane, że tak naprawdę wolałby już siedzieć nad historią magii, której de facto bardzo nie lubił. Jeden z przedmiotów, który szedł mu naprawdę fatalnie, nawet jeśli się bardzo starał.
- Pamiętasz jak Ben wodził tym maślanym spojrzeniem w stronę Fimmelówny, tej z którą dzielisz dormitorium. Pokłócili się i trochę ich relacja poszła nie w tą stronę, w którą powinna. Obraziła jego rodzinę , a on chyba zrobił jej małą krzywdę. Tak to zrozumiałem. Chciałem się tylko zapytać, czy jej powiedziałaś o wujku i ciotce Bena? Nie obwiniam Cię, chciałbym po prostu wiedzieć – powiedział, po czym uśmiechnął się od niej kojąco. Nie miała się czego obawiać i bać. Nigdy nie potrafił być na nią zły, nawet jeśli tego bardzo chciał. Była przyjaciółką, jego ukochaną Isabelle. Szkoda, że nie potrafił tego zrozumieć, że było to dla niego zbyt skomplikowane i po prostu trudne.


Ostatnio zmieniony przez Samuel Silver dnia Pon 09 Lut 2015, 21:10, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Nie 08 Lut 2015, 23:33

Lochy nie należały do jego ulubionej części zamku. Co mogło być w nich takiego wspaniałego? Zimno, wilgotno i ten wieczny półmrok mimo łagodnego światła pochodni wcale dobrze nie nastrajały. Jak dobrze, że dormitorium Ravenclawu znajdowało się w zachodniej wieży, gdzie było sucho i jasno. Ben chyba by zwariował, gdyby został przydzielony do Hufflepuffu czy Slytherinu, a tym samym odcięty od ciepłego, słonecznego światła. Był w tej kwestii trochę jak roślinka – bez słońca ani rusz. Benus Wattsus z rodziny sukulentów.
Zachowując wszelki takt i nie pokazując, że chciałby jak najszybciej opuścić jej gabinet, Szkot pokornie słuchał tego, co miała mu do przekazania profesor Lacroix. Dlaczego tak właściwie to on musiał być kozłem ofiarnym w sytuacji, gdy dwójka pierwszorocznych Krukonów postanowiła odpuścić sobie skupienie na zajęciach z eliksirów? Fakt faktem ich zachowanie doprowadziło do eksplozji jednego z kociołków, a w efekcie zabryzgania całej sali, ale czy nie profesor Machiavelli powinien o tym słuchać? W końcu był ich opiekunem, a Ben tylko prefektem... Tak czy siak, nie miał innego wyjścia jak grzecznie potakiwać i zapewniać, że przypilnuje urwisów przy odrabianiu dodatkowego zadania domowego. Do którego to właśnie zadania niósł teraz pod pachą grube, zetlałe na brzegach tomiszcze. Nie zazdrościł dzieciakom pisania wypracowań na siedem stóp o szkodliwości nieprawidłowego oprawiania skaczących, fioletowych kokosów z Jamajki i nie zazdrościł też sobie, cerberowi całego procesu. Profesor Lacroix w niezbyt subtelnym podtekście dała mu do zrozumienia, że jeśli się nie wywiąże z tego zadania, będzie mieć problem, a kolejne zmartwienie naprawdę by się Benowi nie przydało.
Nie chciał podsłuchać cudzej rozmowy, naprawdę nie miał takiego zamiaru. Echo w lochach za dobrze niosło dźwięki, a Sam (wszędzie rozpoznałby ten głos) nie próbował nawet mówić ciszej. Uwielbiał go, ale zdecydowanie musiał Silverowi wyjaśnić kilka podstawowych kwestii. Jak na przykład to, że nie proponowało się nagiego pozowania i nie komplementowało się w sposób bezczelnie otwarty kobiety, którą uparcie nazywało się tylko przyjaciółką. A Watts akurat dobrze wiedział, co tak naprawdę siedziało w głowie Sama – prawdopodobnie o wiele lepiej niż on sam. Czuł przez skórę, że zbierał się do tego od dłuższego czasu, ale sytuacja na jaką wpadł, po prostu przelała szalę goryczy. Miał dość. Miał dość oglądania ich tańca dookoła siebie, dość odnajdywania w myślach przyjaciela wszystkich oczywistych sygnałów, które dla niego stanowiły tajemnicę, dość ukradkowych, chłodnych spojrzeń Izzy, gdy myślała, że nie widzi. Widział. I nie był głupi.
Wyszedł na nich od idealnej strony – Sam stał do niego tyłem, a panna Cromwell prawdopodobnie w ostatniej chwili dojrzała nadchodzącą sylwetkę, jeśli wcześniej nie zwróciła uwagi na dźwięk kroków. Otwarta dłoń Bena niezbyt delikatnie zderzyła się z potylicą Samuela, a nachmurzone błękitne oczy zdawały się być gotowe ciskać gromy.
- Jeśli w tej chwili jej nie pocałujesz, to przysięgam na prochy mojego przeklętego ojczulka, wsadzę ci jaja w tę książkę i wykastruję – dla podkreślenia swoich słów podniósł tom, który ledwie chwilę wcześniej dała mu profesor Lacroix. Nie był w nastroju do żartów.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Pon 09 Lut 2015, 21:07

Isabelle była prawie pewna, że Sam nie miał zielonego pojęcia, co z nią robił. Przymknęła powieki, wstrzymując na chwilę oddech, gdy przyjaciel nachylił się w jej stronę i pocałował ją w policzek. Nigdy by jej celowo nie drażnił, lecz chyba on sam musiał już dawno zauważyć, że ich relacje były nieco… dziwne. Z jednej strony chciała mieć go tylko i wyłącznie dla siebie, a z drugiej najchętniej by go od siebie odcięła. Nie radziła sobie z własnymi emocjami, a zazdrość zżerała ją od środka – nie chciała, żeby zaczęło się to niekorzystnie odbijać na Samie. Nigdy nie próbowała go kontrolować, jednak zupełnie święta też nie była – raz, czy dwa zapewne zniechęciła go nieco do kilku osób… Może robiła to nieświadomie, obawiając się zbyt dużej konkurencji. Znali się całe życie, a ona ciągle miała wrażenie, jakby musiała walczyć o swoją pozycję, choć chłopak nigdy nie traktował jej gorzej tylko dlatego, że zaprzyjaźnił się z kimś innym.
- Sam, zapominasz gdzie zostawiasz buty i chcesz, żebym uwierzyła, ze będziesz nosił rogi? – odpowiedziała, kręcąc nieco głową. Nie mogła się nie uśmiechać, widząc jego wyraz twarzy. Nie wyobrażała sobie, że ktokolwiek mógłby go nie lubić. Nigdy nie dało się zbyt długo na niego gniewać, szczególnie, gdy uraczał rozmówcę takim uśmiechem. Po chwili jednak zwątpiła i miała ochotę po prostu zakleić mu czymś usta. A to drań! Przez cały czas spoglądała w te jego wielkie, zielone oczy. Krew w jej żyłach przyśpieszyła, a serca zaczęło szaleć, jakby miało zamiar uciec i wyjechać na wakacje. Gdy splótł ich palce ze sobą, uścisnęła jego dłoń trochę zbyt mocno. Miała wrażenie, że musi się czegoś chwycić. A najlepiej kogoś, co właśnie robiła.
- Oj, przestań tak mówić, bo się zaraz zarumienię – powiedziała, z trudem panując nad własnym głosem. To nic, że jej policzki już od jakiegoś czasu były bardziej rumiane, niż zazwyczaj. Mówił tak, jakby był w niej zakochany, ale przecież to niemożliwe. Sam lubił się rozpływać nad wieloma rzeczami, a to, że padło tym razem na nią przecież wcale nie musi nic oznaczać. Wolałaby, żeby z tym przestał – jeszcze przyjdzie jej na myśl, że faktycznie mógłby się w niej zakochać, a tego by chyba nie zniosła.
Cromwell lubiła Porunn. Przyzwyczaiła się już do jej smoczego temperamentu, spędzały ze sobą wiele czasu na rozmowach. Nigdy jednak nie zaufały sobie w pełni, zbyt wiele je dzieliło. Isabelle nie była przepełniona nienawiścią, ani też nigdy celowo nie próbowała nikogo zranić. Oczywiście o tym myślała, jednak nie należała do ślizgońskiego grona, które znęcało się nad innymi. W wielu kwestiach nie zgadzała się z Fimmelówną, lecz nie próbowała jej zmieniać, ani nie kwestionowała jej poglądów. Gdyby wtedy wiedziała, że Porunn wykorzysta cokolwiek z tego, co Isabelle jej powiedziała, nigdy by nie wdawała się z nią w rozmowę. Przez jakiś czas nawet myślała, że Watts i Fimmel się zejdą – co oczywiście oznaczałoby, że Ben nie miałby już tyle czasu dla Sama. Cóż, czasem była strasznie egoistyczną istotą… Porunn jeszcze pożałuje zdradzenia jej zaufania.
Nie zdążyła odpowiedzieć, w ostatniej chwili zauważając zbliżającego się Bena. Pięknie. Teraz się już z niczego nie wymiga, ale uważała, że była mu winna wytłumaczenie. Jeżeli zapyta, oczywiście. Opcja milczenia i wypierania się wszystkiego była wygodna, jednak Izzy wiedziała, że w tym wypadku nawaliła. Nie miała nic złego na myśli, nie wiedziała, że tak to się skończy… Patrzyła z lekkim strachem na nachmurzone oczy Watts’a, obawiając się najgorszego. Na pewno zaraz ją wyklną ze swojego grona, wyrzucą i tyle będzie ich widziała. Tym razem jej serce trzepotało ze strachu, że za kilka sekund straci wszystko, na czym jej tak naprawdę w życiu zależało. A wtedy przyjaciel jej przyjaciela powiedział najgłupsze zdanie, jakie kiedykolwiek przy niej wypowiedział. A ponoć Krukoni byli tacy inteligentni.
- Nie wiem, o czym sobie pomyślałeś, ale lepiej więcej nie żartuj – zmarszczyła brwi, wpatrując się w Bena. – Czy wypiłeś jakiś podejrzany eliksir? Nie rób tego więcej, bo chyba ci coś zaszkodziło – rzuciła, uśmiechając się jednak tak, jakby właśnie opowiedziała niezwykle udany dowcip. Zamorduje go.
Zobacz profil autora
Samuel Silver
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Wto 10 Lut 2015, 23:31

Sam nigdy nie zapominał gdzie zostawiał buty. Nie był sklerotykiem, który nie pamiętał pracy domowej, potrzebującym przypominajki, która przy niektórych cały czas zabarwiała się na czerwono. Niby zmyślne urządzenie, jednak niestety jak można było przypomnieć sobie o tym, o czym się zapomniało tylko po kolorze dymu zamkniętego w szklanej kuli? Nigdy nie potrafił tego pojąć, a niby opanował układ nerwowy do perfekcji. Najwidoczniej jeszcze dużo mu zostało do całkowitego opanowania materiału. Spokojnie, powinien to jakoś nadrobić, albo popytać ludzi o jakieś dobre książki do tego przeznaczone. Wiadomo, że księgi to wiedzy klucz. Jeśli zaś chodziło o buty, to przede wszystkim były one mu zbędne. Zostawiał je w dormitorium, albo nosił przerzucone przez szyję, jak szalik. Póki nie było zbyt zimno, a palce u stóp mu nie odmarzały, to mógł się cieszyć swobodą. Póki nie złapie jakiegoś gronkowca czy grzybicy.
- Jaki problem z zapamiętaniem o rogach? Jak sobie zapiszę informację w mózgu, to będę o niej pamiętał. Założysz się, że będę nosił te rogi? Dla ciebie i Bena, chociaż on pewnie uzna, że lepiej mi w rogach łosia – wzruszył ramionami, drapiąc się po skroni. Uśmiechnął się lekko do dziewczyny, nie mogąc pojąć dlaczego ciągle była czerwona na policzkach. W lochach nigdy nie było jakoś bardzo gorąco, więc w czym rzecz? Miał tylko nadzieję, że nie była chora, bo przecież jeśli tak było, to musiała się nią zająć pielęgniarka, pani Pomfrey albo… albo on. Tak, uznał, że jednak to on sam powinien się zająć przyjaciółką i zadbać o to, aby czuła się dobrze i zdrowo. Chodziło głównie o jej dobre samopoczucie i możliwość bezproblemowej nauki. Każdy przecież wiedział, że gdy było się chorym, to niekoniecznie dobrze funkcjonowało się w szkole. Podniósł dłoń w jej kierunku, aby dotknąć jej policzka, a później czoła. Wydawało się, że nie była jakoś bardzo rozpalona. Zmrużył powieki, obserwując Isabelle uważnie do momentu, gdy nagle poczuł uderzenie z tyłu głowy. Odruchowo odwrócił się, aby spojrzeć na swojego oprawce, a chwilę później uśmiechnął się szeroko, rozpoznając Bena. Nie miał pojęcia dlaczego go uderzył, w końcu Sam nic mu takiego nie zrobił, przynajmniej nie w bliskiej przeszłości, którą szczegółowo pamiętał. Położył dłoń na bolącym miejscu i chwilę je pomasował, krzywiąc się co chwilę, gdy miejsce odzywało się pomniejszym bólem, pulsacyjnie się nasilając. Słowa, które wypowiedział Ben nie były jednak jasne dla Sama.
- Ben, dlaczego mam całować Isabelle? Dobrze wiesz, że na gorączkę najlepsze są antybiotyki i zaklęcia – powiedział nieco oburzonym tonem. Tyle czasu tłumaczył Benowi proste metody leczenia, a on dalej swoje! Przyjaciel w ogóle nie starał się nawet zrozumieć logiki i sensu, jaką kierował się Samuel, co niekiedy doprowadzało Krukona do szaleństwa.
W dodatku książka nie służy do kastracji, tylko specjalne narzędzia! Wiesz, że środowisko zabiegu musi byś sterylne. Gdzie cię kurde chowali? W stodole!? – krzyknął nieco głośniej, niż na początku chciał. Skąd te nerwy? Przecież Ben wykazał się tylko brakiem jakiejkolwiek wiedzy, to nic nowego. Nagle usłyszał, że i Isabelle się oburzyła.
- Widzisz? Izzy też mówi, że całowanie to głupi pomysł. Nie jest to lekarstwo na gorączkę, a ona zdecydowanie ją ma, prawda? – powiedział, po czym spojrzał na dziewczynę uważnie, łapiąc jej ramiona w dłonie i mocno je na nich zaciskając. Spojrzał jej w oczy z troską wymalowaną na twarzy i miną zbitego psa. Czy to nie mogło podziałać na kobietę najlepiej?
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Nie 15 Lut 2015, 16:16

Świat po prostu dzisiaj Bena nie lubił. Ostatnimi czasy stawało się to pewnym niechcianym standardem, który grał na nerwach Krukona i coraz łatwiej wydzierał mu spokój z rąk. Kiedyś szczycił się tym, że potrafił zachować chłodną głowę oraz jasność myślenia nawet w najbardziej niesprzyjających sytuacjach, a teraz czym mógł się pochwalić? Tym, że elementy układanki tworzącej jego życie coraz śmielej wysuwały się chłopakowi z palców, kawałek po kawałku zostawiając go z niczym, nad czym mógł mieć kontrolę? Żenujące, żałosne.
Samuel i Isabelle ze swoim brakiem odwagi, by podjąć konkretne działanie byli niemożliwie denerwujący. Tańczyli dookoła siebie, wykonywali mniej lub bardziej zgrabne piruety, wymykali się sobie nawzajem z rąk, gdy im obojgu najbardziej zależało, by wreszcie dać się schwycić drugiemu. Myśli przyjaciela, które odczytał podczas ćwiczeń w zamkniętej klasie, jasno na to wskazywały. Panienkę Cromwell wystarczyło dyskretnie obserwować podczas wspólnego spędzania czasu.
Reakcja Samuela jak i jego słowa, zgodnie z przewidywaniami spowodowały krótkie przewrócenie oczami i przełożenie ciężkiego tomu do drugiej ręki. Słuchając tego, co mówił, Watts tylko kręcił lekko głową, zaciskując wargi w cienką linię. Prawdopodobnie byłby skłonny oddać za Silvera życie, gdyby wymagała tego sytuacja, ale pan prefekt naczelny prezentował czasem kosmiczne wręcz odrealnienie.
- Uwierz, że znalazłbym sposób. Znasz mnie, bywam porażająco kreatywny – odparł kwaśno.
Chmurne, błękitne oczy Krukona zwróciły się w stronę Isabelle, gdy swoim krótkim komentarzem również zaczęła obracać kota ogonem. Typowy Ślizgon, wycofuje się chyłkiem, kiedy sytuacja zaczyna się robić nie do końca korzystna i wedle jej myśli. Bezpieczeństwo własnego tyłka przede wszystkim, czyż nie? W pilnowaniu swoich interesów nigdy nie było nic złego, ale sposób w jaki odnosiła się do tego większość wychowanków domu Salazara stanowił po prostu nieśmieszny żart. Kalkulacje, kalkulacje i jeszcze raz kalkulacje, zero odwagi cywilnej.
- Jestem idealnie zdrowy na umyśle, ale twoja troska wzrusza mnie do głębi, droga Izzy – przyłożył wolną dłoń w okolicę serca, parodiując dżentelmeński ukłon.
Zmarszczenie brwi było jedyną reakcją na gwałtowny wybryk Samuela, który jeśli za moment nie zacząłby kontrolować własnej siły, pewnie zmiażdżyłby ramiona biednej pannie Cromwell. Świetnie się dobrali. Dwójka śmiesznych tchórzy.
- Jesteście największymi idiotami, jakich miałem okazję poznać – słowa same popłynęły mu z ust, wypychane tlącą się we wnętrzu Krukona potrzebą, by dać z siebie dokładnie tyle złości, ile sam musiał ostatnio doświadczać. - Zaprzeczaniem nigdzie nie dojdziecie.
Zaczął już odchodzić, gdy przypomniał sobie coś jeszcze. Ściskając tomiszcze od profesor Lacroix, obejrzał się przez ramię, przeszywając Sama spojrzeniem.
- Nie chcę więcej słyszeć, że rozmawiasz z kimś o mnie i Porunn.
Jeśli Isabelle lub Sam coś za nim wołali, gdy szybkim krokiem zmierzał ku wyjściu z lochów, już ich nie słuchał.

[z/t]
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Pon 16 Lut 2015, 02:27

Dziewczyna skwitowała głośne przemyślenia o rogach tylko głośnym westchnięciem i wywróceniem oczami. Nie chciała mu już mówić, że dodałyby mu dodatkowych centymetrów, a przecież Sam już sam w sobie był ogromnym człowiekiem. Cierpliwie zniosła „badania lekarskie” zastanawiając się, czy faktycznie aż tak źle wygląda. Isabelle nie wiedziała, czy powinna śmiać się, czy płakać. Na szczęście(?) Sam zdawał się niczego nie podejrzewać.  
Zrobiło się nagle gorąco, czy to Isabelle miała wrażenie, że zaraz spłonie? Nie była tylko pewna z jakiego powodu – złości, czy rozpaczy? Sięgnęła palcami do idealnie splecionego krawatu, chcąc go nieco rozluźnić. Nie pomogło jej to jednak w swobodnym oddychaniu, nadal miała wrażenie, że może się za chwilę udusić. Zacisnęła zęby, napięcie coraz wyraźniej rysowało się na twarzy Ślizgonki. Po raz kolejny naszła ją myśl, że po prostu nawaliła. Zrobiła coś, czego skutki zaczęły żyć własnym życiem i psuć wszystko na swojej drodze. A przecież to była tylko mała, niewinna uwaga…
Sam zdawał się być oburzony, co chyba świadczyło tylko o tym, że nic do niej nie czuł, prawda? Z drugiej zaś strony Cromwell również udawała rozeźloną tymi oskarżeniami. Wybrała wygodną opcję, bezpieczniejszą. Za nic w świecie nie potrafiła jednak ponownie przywdziać maski obojętności. Nie, gdy widziała co się właśnie między całą trójką rozgrywa. Nigdy wcześniej nie doszło do takiej sytuacji, a wyraz twarzy Bena świadczył tylko o beznadziejności jej sytuacji. Uwagi o kastracji puściła mimo uszu, nawet nie miała zamiaru ich komentować. Zamrugała kilka razy, gdy Sam nagle ponownie się do niej zwrócił. Gorączki nie miała, tego była pewna. Na swoje nieszczęście, pozwoliła złapać przyjacielowi swoje spojrzenie. Przełknęła ślinę, lecz nawet nie próbowała wydusić z siebie słowa. Zamiast ulgi spowodowanej bliskością, czuła niezwykły ciężar. Syknęła z bólu, gdy Krukon złapał ją za ramiona.
Sam, nic mi nie jest. Robisz mi krzywdę – mruknęła, siląc się na spokojny ton. Zatroskana mina Silvera tylko sprawiła, że miała ochotę się rozpłakać. Teraz to już na pewno go straci!
Zabrakło jej ciętych uwag, nie próbowała nawet dopiec Benowi. Najchętniej by go zatrzymała, by nie rozstawali się w złości, choć taka dobroduszność nie była nawet do niej podobna. Milczenie również nie. Odsunęła się od Sama, wymijając go nagle. Rzuciła ciche przepraszam i uciekła.

[z/t]


Ostatnio zmieniony przez Isabelle Cromwell dnia Pon 16 Lut 2015, 02:28, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Samuel Silver
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Pon 16 Lut 2015, 02:28

Czy było coś ważniejszego niż przyjaźń? Sam cenił sobie osoby, które były mu bliskie i akceptowały to w nim to, czego on sam nie potrafił. Jednak czasami wydawało mu się, że wiedzieli za dużo. Takim przypadkiem był Ben, który mimo iż był jego najlepszym przyjacielem… to w tej chwili nie był taki pewien, czy fakt, że pozwolił mu wejść do swojej głowy, był dobrym posunięciem. Chłopak zdradził coś, co Sam starał się ukryć w najgłębszym zakamarku swojego umysłu, aby nic, co niepotrzebne nie wyszło na jaw. A teraz, przez dosłownie chwilę nieuwagi… miał wrażenie, że całe jego staranie się, ukrywanie swojego prawdziwego „ja” poszło się, delikatnie mówiąc… pierdolić. Niech to wszystko szlag weźmie.
Spojrzał na Bena, a jego zielone ślepia pociemniały, przysłoniła ich mgła, której nie miał tak naprawdę nikt uświadczyć. Gra kogoś innego była mu naprawdę na rękę, a teraz… teraz chyba nie miała ona sensu. Nie tak miało to wszystko wyglądać, a on po prostu nie spodziewał się, że zostanie zdradzony przez Bena. Działo się z jego przyjacielem coś niedobrego, gdyż nigdy, przenigdy nie widział go w takim stanie, jak teraz. Przemilczał więc wszystko, co powiedział, czując jak złość powoli w nim narasta i przyprawia o ból głowy. Zacisnął pięści mocno na ramionach dziewczyny i napiął mięśnie, starając się uspokoić rytm serca, który w chwili obecnej nabrał zawrotnej prędkości. Jedyne, co teraz Sam miał ochotę zrobić, to ukręcić Benowi głowę, nie zastanawiając się nad tym, jakie mogłoby to przynieść konsekwencje. Szanował go, jednak były chwile kiedy nie pozostawało mu nic innego, jak po prostu przywalić mu z pięści. I może nawet by to zrobił, gdyby nie to, że szanowny panicz Watts zabrał się i poszedł. Nie zdążył nawet nic skomentować i szczerze, nawet nie chciał robić nic przy Isabelle, która tak samo została potraktowana. Może nawet gorzej. Doskonale widział, że się ukrywała z uczuciami do niego, on wszystko widział, a mimo wszystko odrzucał tę myśl, odpychając tym samym dziewczynę. Przez tyle lat naiwnie wierzył, że ta młodzieńcza miłość przejdzie. Cholera, teraz już nie był tego taki pewien. Wychodził z założenia, że lepiej było jej do siebie nie dopuszczać, byłaby wtedy po prostu bezpieczna i szczęśliwa. Czyżby jego analiza i końcowe wyniki były błędne?
Spojrzał na Isabelle i poczuł się, jakby niezidentyfikowana siła chwyciła go za gardło, zapierając przy tym dech w piersiach. Czy on widział w jej oczach łzy? Wyszczerzył nieznacznie zęby ze wściekłości, mając ochotę chwycić ją w ramiona i mocno, mocno przytulić. Schować ją przed światem, nie pozwalając na uronienie chociażby jednej łzy. Odsunął dłonie jak oparzony, kiedy zdał sobie sprawę, że sprawia Izzy ból, a tego zdecydowanie chciał uniknąć. Nie tak miało to wyglądać. Chciał się odezwać, jednak jedyne, na co się zdał, to spuszczenie głowy i nie zrobienie zupełnie, zupełnie nic innego. Nawet nie spojrzał za Ślizgonką, która uciekła, zostawiając go samego.
Przez jeszcze długą chwilę stał samotnie na środku zimnego korytarza, patrząc na bose stopy. Następnie, w końcu, zrzucił buty, przewieszone za sznurówki na szyi, na kamienną posadzkę i schylił się, aby je założyć. Czekała go poważna i na pewno bolesna rozmowa ze Szkotem.

[z/t]
Zobacz profil autora
Percy McDonald
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Pon 28 Wrz 2015, 20:19


Percy ma związane ręce. Nie wie co powinna zrobić z Joe, gdzie ją prowadzić kogo zawiadomić, jak pocieszyć. Przyglądając się blondynce zaczyna bać się otworzyć usta, nie wie co może powiedzieć, a co lepiej przemilczeć, co dobije ją jeszcze bardziej.
Percy i Euphie są bliźniaczkami, ale nie są podobne. Nie tylko wygląd je różni, mimo wspólnego ADHD, dormitoria, tych samych genów ich charakter ma pewną dużą różnicę. Euphie wie co powiedzieć, Percy nie. Jej empatia i takt nigdy nie były na najwyższym poziomie. Czy więc mądrze było w ogóle otwierać w tej chwili usta... lepiej nie.
Pamiętając fakt, że jej Panna Jajko, nie przepada za Skrzydłem Szpitalnym postanowiła zabrać ją do puchońskiego pokoju wspólnego. Plan był dobry, nie można mu było w zasadzie nic zarzucić po za maleńką luką. Percy nie wiedziała gdzie mieści się wejście. Parę razy w drodze do lochów starała się nawet wypytać Dunbar, ale ta mruczała tylko coś, że "jej go odebrali". Wiedząc, że w tym stanie wiele się od niej nie dowie postanowiła ruszyć do lochów w nadziei, że minie ich jakiś Puszek, który postanowi im pomóc.
Jak na razie żadnego nie udało im się minąć więc zirytowana Percy klapnęła na ziemię ciągnąc za sobą Puchonkę. Objęła ją ramieniem i zaczęła cicho nucić.
-Nie wierzę w to, że wszystko było już. Pozwólcie mi na jeszcze parę róż...- Cicho, szeptem śpiewała jej do ucha. Tak jakby nuciła śpiącemu dziecku kołysankę.
W sytuacji, w której nie ma dobrych słów, w którym żadna reakcja nie wydaje się być dobra jedyne co pozostaje Gryfonce to śpiew, bo tylko w ten sposób potrafi wyrazić te wszystkie ukryte emocje.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Pon 28 Wrz 2015, 21:34

Czuła się fatalnie. Światło zgasło, a bez niego Jo nie może zaczerpnąć tchu. Szła...nie, była ciągnięta przez Percy w tylko jej znanym kierunku. Przestała płakać tuż za drzwiami Hogwartu, co nie oznacza, że wyglądała lepiej. Wciąż przypominała Filcha w świetle zorzy, powłóczyła nogami i wsłuchiwała się w głośne kocie kroki Emanuela. Słyszała dźwięk stawianych łap i choć było to najzwyczajniej w świecie niemożliwe, Jo miała już urojenia. Usiadła tam, gdzie Persy ją pociągnęła, kot usiadł między nimi i patrzył na człowieków. Póki co nie mówił i nie wpędzał Jo w depresję faktem, że zaczął przemawiać ludzkim głosem. Puchonka wciąż czuła się źle, fizycznie, emocjonalnie i psychicznie. Podkuliła kolana, objęła je ramionami i zastygła w takiej pozie. Wbrew pozorom, słuchała uważnie nuconej piosenki. Chwytała się wszystkiego, aby uciec od myśli i przerażającej rzeczywistości. Na skostniałych z zimna dłoniach Jo zaczęło wyrastać srebrne futerko z czarnym pasemkiem po środku. Nie czuła nic oprócz atakujących naprzemiennie fal zimna i gorąca. Poruszała bezgłośnie ustami w bezustannym zaklęciu "Oddajcie mi go", "Zabrali mi", łudząc się, że go tutaj sprowadzi.
Żadne słowa nie mogły pomóc. Melodyjne słowa ułożone w piosenkę kołysały ją i trochę uspokoiły. Przestała się tak gwałtownie trząść, jednak poza tym jej stan wcale się nie polepszył. Musi minąć sporo czasu zanim Jolene będzie w stanie samodzielnie oddychać bez udziału woli. Wmuszała w siebie tlen. Nie widziała czy ktoś obok nich przechodził, nawet nie zwracała na to uwagi. Siedziała, po prostu siedziała i obojętniała na otaczający ją świat. Ciepło Emka i głos Percy złagodził i odrobinę ją znieczulił.
- Nie dam rady, Percy. - wydusiła z siebie po upływie jakichś dwunastu minutach milczenia. Odwróciła wzrok ku Gryfonce, zachowując się, jakby dopiero teraz ją zauważyła. Zrozpaczone szare, puste oczy szukały jakiejkolwiek nadziei, że z tego wyjdzie. Wyczytać można z niej było autentyczny, wręcz namacalny strach.
- Nie wiem co robić. Nie umiem nic. - zacisnęła mocno powieki i po chwili je otworzyła, pamiętając o regularnym wtłaczaniu tlenu do płuc.
Zamień się, pobiegamy. Głos Emanuela odbił się w jej czaszce echem. Spuściła wzrok na białego puchatego stworka i chciała go posłuchać. Kusił, aby skurczyć się i najlepiej na zawsze już zniknąć. Przestać czuć, bo to, co czuje jest złe. Tęskniła, aby czuć tylko to, co dobre. To było o wiele prostsze. Czuć miło.
- Nie mów do mnie, Emek. Ja nie chcę tego przechodzić. Nie mogę, nie dam rady. Muszę znaleźć Bena. - nie wiadomo do kogo kierowała słowa. Jo żyła ze świadomością, że ta historia ma tylko jeden scenariusz. Tragiczny i jeśli chciała ku temu zaradzić musiała działać szybko zanim depresja na dobre jej nie zaatakuje i nie zdusi. Miała niewiele czasu...
Nie drgnęła.
Zamknęła oczy.
Próbowała wrócić do przeszłości.
Próbowała przeżyć.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Wto 29 Wrz 2015, 18:57

Z Claire problem był taki, że jej ambiwalentne uczucia były zawsze... bardzo ambiwalentne. Zakładając, że jakaś budziła w annesleyowym serduszku różne, przeciwstawne uczucia, Irlandka s krajności pobadała niemal na zawołanie. W jednej chwili kochała, tylko po to, by już w kolejnej wzniecać ogień gwałtownej, pełnej złości pasji... Co? Że Annesley do złości nie była zdolna? O, moi drodzy! Oczywiście, że była i to jak! Żeby to dostrzec trzeba było jednak być z nią blisko, bardzo blisko. Ci mniej znani, dalsi, zwyczajnie nie potrafili trącać tych nut, które doprowadzały Claire do furii i budziły jej wewnętrznego demona.
I tu dochodzimy do powodu, dla którego powstał powyższy wstęp - Jolene. Jolene budząca w Irlandce uczucia skrajne z powodu... Wiadomo, Antka. Ale to nie było teraz ważne, to był dzień tej przyjaznej postawny, pełnej miłości i współczucia.
Nie, Claire nie pojawiła się w lochach dlatego, że Puchonki szukała. Z Annesleyówny może i był jasnowidz, ale, umówmy się, raczej niepełnosprytny. Nie umiała przewidywać czyjejś krzywdy. Nie miała w głowie alarmu, który wyłby jak opętany za każdym razem, gdy komuś Klarze bliskiemu działoby się źle. Szczerze mówiąc, na co dzień w ogóle niewiele z widzeniem miała wspólnego.
No, poza strachem. Strachem przed samotnymi nocami, przed snami, którym w każdej chwili mogła być zmuszona stawić czoła. Ale nie, to już temat na oddzielną historię!
W każdym razie - nie, na najniższą kondygnację Hogwartu sprowadził Klarę powód znacznie bardziej przyziemny. Ot, eliksiry, prace domowe, konieczność przygotowania tego i owego. Tradycyjnie obładowana wszystkomieszczącą (ok, nie wszystko, ale to szczegół!) torbą, mknęła korytarzami również w standardowym tempie szalejącego wiatru i...
- Jolene? - Zatrzymała się w pół kroku, ale i to tylko na krótką chwilę. Hej, coś było nie tak. Bardzo nie tak, prawda? Półmrok korytarza nie pozwalał wprawdzie dobrze ocenić sytuacji, ale Claire znała się na ludziach... Nie, w porządku, nie znała się. Ale i tak dość często udawało jej się wyczuć, że coś nie gra. Póki w rozgrywającym się dramacie nie grała głównej roli, póty naprawdę świetnie sobie radziła z odczytywaniem ludzkich emocji.
I teraz, tu, w lochach, doskonale zdawała sobie sprawę, że panienka Dunbar się boi.
W dwóch krokach znalazła się obok. Torba pod ścianę, praca domowa z eliksirów w kąt, kot Jolene... No, on akurat mógł zostać na miejscu. Claire bez wahania dołączyła do małego zgromadzenia, kucając naprzeciwko Puchonki i opierając ręce o jej kolana. Ze znaną z widzenia Gryfonką przywitała się zwyczajowym uśmiechem, ale, nie ukrywajmy, to Jolene zaabsorbowała ją od pierwszej chwili.
- Jolene, Jolene, co się stało? - Marszcząc brwi, przyjrzała się uważnie koleżance. Po chwili powtórzyła pytanie, tym razem jednak kierując je po równo do Dunbar i Percy. - Co się stało?
Obecnie była na kiepskiej pozycji, bo poza widocznym lękiem Puchonki dotarło do niej wyłącznie dobrze znane imię Bena. Łatwo się domyślić, że z tak ubogich obserwacji nie sposób wywnioskować niczego sensownego.
Zobacz profil autora
Percy McDonald
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Sro 30 Wrz 2015, 22:54

-Uspokój się.- Głos Percy jest ciepły, przyjemny dla ucha. Mimo dość trudnego charakteru, nie można powiedzieć, że odzwierciedla się w równie nieznośnym głosie. Jest to dźwięk pasujący do piosenki, którą można się wkręcić i słuchać godzinami, która może trwać wiecznie, bez końca. Mówi szeptem, nieustannie głaszcząc Puchonkę po włosach. Nie do końca pewne jest do kogo są to słowa kierowane, do roztrzęsionej Puchonki, która na szczęście uspokoiła się choć trochę, czy do samej siebie. Percy nawet nie zauważyła kiedy ręce zaczęły jej się trząść. Nie wiedząc czy powodem tego stanu był chłód, a może roztrzęsienie związane z osobą Dunbar. Nikt tego nie wiedział.
Słowa wypadające z ust Jolene są chaotyczne. Słuchając ich wyrwanych z kontekstu, a nawet umieszczonych w dobrym miejscu nie da się zrozumieć. Czyżby dziewczyna wariowała? Zielone oczy McDonald niepewnie spoglądają w stronę kota. Czy jej się tylko wydawało, czy Puchonka mówiła, że on do niej mówił... Nie ważne. Odrzuca na bok te myśli, zastanowi się nad tym kiedy indziej. Dalej kolejne słowa, ciągle powtarza się motyw utraty. Co się stało? Kolejne przeszukiwania pamięci tym razem przywołuje w głowie Proroka Codziennego. Czy gdzieś tam przewijało się jakieś znajome nazwisko? Czy powinna kogoś pamiętać?
W tej chwili nic nie przychodzi jej do głowy, jedyne co może zrobić to tylko przygryźć nerwowo wargę i nadal lekko głaskać Joe po plecach.
Nagle na korytarzu słychać kroki. W końcu, Percy uśmiecha się przelotnie. Ma nadzieje, że w ich stronę zmierza jakiś Puszek. Jakby się zastanowić ma jedną czwartą szansy, że jej się uda, a zakładając, że są w Lochach to przy korzystnych założeniach nawet pięćdziesiąt procent.
I pojawia się Claire. Chyba mają razem jakieś zajęcia?
Szybko jednak zsyła te rozważania na dalszy plan i niepewnie przygląda się nowo przybyłej. Jakby miała nadzieje, że jej obecność coś naprawi, sprawi, że będzie lepiej.
Percy z boku przygląda się jak Puchonka pochyla się w stronę Joe, jak mówi do niej spokojnym głosem. Tak ona będzie lepszym wsparciem, Percy już chce się wymknąć kiedy słyszy pytanie skierowane do swojej osoby.
-Nie wiem. Znalazłam ją w takim stanie nad jeziorem, padało, więc zgarnęłam ją do Zamku. Wydawało mi się, że najlepiej będzie ją zabrać do dormitorium, ale nie ma za dużego z nią kontaktu, więc nie mogłam się dopytać jak tam trafić.- Spokojnie Percy to nie jest twoja wina, spokojnie.
-Joe słyszysz mnie, idź się przebierz, wyśpij, jutro pójdziesz do Bena. Rozumiesz jutro, dzisiaj bez obrazy Honey, ale się nie nadajesz. Zabierz ją do Pokoju. Proszę.- Ostatnią część wypowiedzi kieruje do Puchonki po czym żegna się skinieniem głowy i odchodzi.
Percy nie jest dobra w takich chwilach, więc robi to co umie... ucieka kiedy sytuacja wydaje się względnie uspokojona.

nmm
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Czw 08 Paź 2015, 10:58

Claire odetchnęła cicho, bardzo cicho. Czekała na odpowiedzi, a gdy te nie nadeszły - przynajmniej nie takie, które w pełni by ją satysfakcjonowały - mogła tylko wzdychać. Tylko. Bo wiecie, jasnowidzenie się w takich sytuacjach nie przydawało. Właściwie - zdaniem Annesley - nie przydawało się nigdy, gdy było to potrzebne. Irlandka nie potrafiła więc sama dowiedzieć się, co się stało, nie potrafiła wywnioskować tego z samej zapłakanej, milczącej sylwetki Jolene, nie potrafiła po prostu się domyślić, zgadnąć. By być w stanie pomóc, musiała wyjaśnienia usłyszeć - skoro nie od Percy, to od samej Puchonki. Puchonki, która jednak w tym momencie nie miała zamiaru mówić.
Ostatecznie Claire westchnęła po raz trzeci i, jak przystało na dobrą wróżkę, przystąpiła do działania. Nie mogła przecież tak po prostu Jolene zostawić, życzyć jej powodzenia w zmaganiach z problemami! Pożegnawszy się smutnym uśmiechem z Gryfonką, gdy ponownie zwróciła się już do Żółtej koleżanki, była gotowa poczynić konkretne zabiegi mające wydobyć Dunbar z odmętów rozpaczy. Krok pierwszy - opuszczenie tego nieprzyjemnego korytarza!
- Wstawaj, kochanie - rzuciła cicho, aczkolwiek z typową dla siebie dozą zdecydowania. To nie była prośba, a polecenie. Choćby nawet Jolene była przekonana, że nie znajdzie sobie lepszego miejsca od ponurego korytarza, Annesley gotowa była zrobić wszystko, by udowodnić jej, jak bardzo się myli. - Wstawaj, idziemy do dormitorium.
Sama Irlandka już w kolejnej chwili stała na dwóch nogach i wyciągała dłoń ku Dunbar, by pomóc jej podnieść się z ziemi. Pomóc, albo po prostu podnieść ją siłą, gdyby Jolene protestowała. Claire daleko było może od sportsmenki z arsenałem rozrośniętych mięśni, ale w tej sytuacji sam upór dziewczyny powinien nadrabiać te braki.
Stanęło więc na tym, że gdy Jo podniosła się - dobrowolnie lub wskutek wywartej na niej presji - Claire, nie wypuszczając jej dłoni, raźnym krokiem ruszyła do Pokoju Wspólnego Puchonów, ciągnąc koleżankę za sobą. Eliksiry zdecydowanie musiały zaczekać!

zt x2
Zobacz profil autora
Regina Rabe
avatar

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   Nie 18 Paź 2015, 15:50

Pierwszy dzień w nowej szkole był traumą chyba dla każdego dzieciaka. Czujesz się jak jakiś pierwszak dla którego wszystko tutaj jest takie nowe, wielkie i kryje niezgłębione tajemnice. Tylko wtedy jest łatwiej, bo oprócz ciebie, jest cała chmara innych pierwszaków. Teraz oni byli sami, mieli tylko siebie. Ale żeby nie było, to jeszcze ich rozdzielili do dwóch różnych Domów... czy jak oni to tu nazywają. Regina całkowicie nie pojmowała dlaczego już nie mogli dać ich razem, ale widać ta szkoła rządzi się swoimi prawami, bo niby domy są wybierane pod charakter, pod zainteresowania. Ale na co to komu. W Beauxbatons wszyscy chodzili w jednakowych strojach, nie było podziału żadnego na jakieś bractwa, nie było takiej rywalizacji między grupami.
Regina szła obok brata nie myśląc dokąd prowadzą te kilometry korytarzy, nie zastanawiała się gdzie jest i czy nie wtargnęła w miejsce gdzie nie powinno ich być. Teraz miała to wszystko gdzieś, bo była zła.
- Nienawidzę ojca - mruknęła w ojczystym języku tak nagle i niespodziewanie, że jej głos echem odbił się od pustych zimnych murów. - Będzie mi musiał kupić sporo rzeczy żeby to zrekompensować - dodała, bo przecież była materialistką, lubiła nowe ładne rzeczy, którymi zakryłaby sobie to swoje niedoskonałe ciało. Tym samym przystanęła opierając się o zimną ścianę z wyraźnym zmęczeniem nie tylko bezcelową wędrówką ale również całą sytuacją.
Najgorsze jednak było jeszcze przed nią. Od samego dyrektora dowiedziała się, że trafiła do tego samego domu co jej siostra Rosalie i to też jakoś nie przypadło jej do gustu, ba nawet będą dzielić jedno dormitorium (?). Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?!
Uniosła wzrok na swojego mocno wyższego od niej brata z obrażoną na cały świat miną. Dobrze, że go tu miała, w innych barwach ale jednak. Przyglądnęła mu się bardziej nieco się rozluźniając.
- Nikt nas tu nie zna - zaczęła nagle całkiem zmieniając ton głosu. Ten był łagodniejszy, bardziej szepczący, same jej oczy zaczęły się świecić, jakby jakieś ogniki zatańczyły w jej błękitnych tęczówkach. Dłonią poprawiła blond kosmyki za ucho żeby nie zakrywały jej twarzy jak z nim rozmawia. Był jednak plus tej sytuacji. Nikt nie wiedział kim tak naprawdę są, jacy są. Dopóki ich siostra nie zacznie ogłaszać na prawo i lewo, że nienawidzi swojego rodzeństwa bo odebrali jej wszystko to mogli być kim zechcą.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Korytarz w lochach   

 

Korytarz w lochach

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Podziemny korytarz
» Czerwony korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-