IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Wto Gru 09, 2014 9:12 pm

To by było coś! Jej twarz na obrazach, na łamach gazet… Zostałaby pewnie Patronką jednej z najlepszych szkół. Może dzieciaki uczyliby się o nich? Lancaster stałby się najbardziej znanym medykiem grającym w Quidditcha w zabawnej szacie w borsuki… A ona przynosiłaby mu świeżą porcję pierników. Codziennie.
Jej wyobraźnia znowu poszła trochę nie w tą stronę co trzeba, jednak tym razem nie powiedziała nic więcej na ten temat tylko kiwnęła z entuzjazmem. Już prawie wierzyła, że faktycznie staną się sławni i bogaci.
Odetchnęła z ulgą gdy chłopak wcale nie przejął się jej gadulstwem, a był szczerze zaskoczony. Miała nadzieję, że naprawdę choć trochę zrobiło mu się miło, bo taki był zamiar – nie zamiar. Nie chciała tego mówić na głos, ale cóż, stało się. Następnym razem będzie musiała trzymać język za zębami i pilnować się w jego towarzystwie, by znowu takie kwiatki nie wyszły na światło dzienne. Gdy położył jej łapkę na ramieniu uśmiechnęła się tylko zawstydzona i starała się obrócić to w żart, tą całą sytuację, przez którą poczuła się niepotrzebnie głupio.
- O, już mi lepiej. Faktycznie, przez chwilę sobie właśnie to wyobrażałam. – Powiedziała ze śmiechem, zaraz dodając już poważniej.
- Hej, Wybitny na mnie tak nie działa. – Przecież była Krukonką! Uczyła się praktycznie codziennie. Wchłaniała wiedzę jak gąbka, starała się udzielać na lekcjach i przykładała się do prac domowych, więc siłą rzeczy starała się nie spadać poniżej średniej… Gdy podniosła wzrok to napotkała jego łagodne i jasne spojrzenie, od którego zmiękły jej kolana i serce. Dalej czuła dziwny ucisk – starała się go jednak zignorować. Bezskutecznie. Uśmiechnęła się lekko, nie tak po puchońsku, a bardziej po krukońsku jeżeli tak to można nazwać i chwyciła go za ciepłą dłoń, starając się zapanować nad drżeniem. Dźwignęła się na nogi i odstawiła butelkę po piwie na blat, by później zajęły się nią Skrzaty, które teraz starały się nie zerkać w ich stronę. Wanda natomiast nie mogła oderwać wzroku od kolegi ze szkoły, co było bardzo nie na miejscu. Nie chciała go zawstydzać… Chociaż gdy ten jej dziękował, na jego przystojnej twarzy nie doszukała się śladów rumieńca. Co za progres.
- Nie ma za co. – odmruknęła tyko dalej czując jego ciepło, dużą dłoń obejmującą jej mniejszą rękę. Gdy ten ją ścisnął, ta przełknęła gulę w gardle i uśmiechnęła się raz jeszcze, a do jej uszu dotarło kolejne zaproszenie na wspólne spędzenie czasu. Jednak napiszą list do dyrektora? Och, nie spodziewała się, że faktycznie do tego dojdzie. Przynajmniej nie tak szybko. Ale zabawa to zabawa, zawsze będzie kolejny temat do rozmowy. Zauważyła również, że Henry puścił jej łapkę, co za skwitowała tylko cichy westchnięciem – tak bardzo chciała by ta chwila trwała wiecznie! Nie wiedziała co to było, ale przy nim czuła się tak swobodnie… Tak cudownie słodko…
- O nie. Ja piszę? Chociaż w sumie… No tak, dobrze. Postaram się pisać gorzej niż normalnie to może nie pozna mojego pisma. – Powiedziała, wcześniej trochę jojcząc na to, że to ona ma zająć się szatą graficzną ich wspaniałego listu. Odwróciła się jeszcze by zerknąć na skrzaty, po czym ruszyła w stronę drzwi, które zaraz uchylił jej Lancaster. Podziękowała mu szerokim uśmiechem, który nie chciał zejść z jej jasnej mordki. Faktycznie. Teraz przydałaby się jakaś kryptoreklama pasty do zębów, ewentualnie płynu do płukania jamy ustnej. Rozejrzała się odruchowo chcąc sprawdzić czy coś takiego się tu znajduje. Nie znalazła nic, jednak poczuła znów to przyjemne ciepło rozchodzące się w okolicach serca kiedy poczuła, że Henryk idzie obok niej.

[z/t x2]
Zobacz profil autora
Willy Webster
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 31/12/2014
Liczba postów : 18
Skąd : Peterborough, Anglia

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Nie Sty 11, 2015 2:23 pm

Willy mogłaby bez ogródek powiedzieć, że już na pamięć znała obraz martwej natury, będący niemalże „bramą do raju” w te smutniejsze dni, gdy jedyne o czym marzyła to ciepłe, przytulne miejsce, w którym bez przeszkód można znaleźć coś do jedzenia.
Tego dnia Willy czuła się wyjątkowo fatalnie, dogryzała wszystkim dookoła i zza przymrużonych powiek jadowicie patrzyła na świat. Nie dość, że w nocy po prostu nie mogła zmrużyć oka, to gdy wreszcie udało jej się zasnąć, śniło jej się, że tonie w próżni. Opada, coraz głębiej, coraz dalej, tracąc kontrolę i panowanie nad światem, a jedyne co słyszy to narastający szum głosów i kwików, z których między innymi dało się wyodrębnić głos woźnego, Argusa Filcha, wołającego ją piskliwie po imieniu w jakimś dziwnym uniesieniu, a może agonii? Jedno jest pewne: Willy nie chciała tego słyszeć. Obudziła się przerażona i zdenerwowana, z dziwnym uczuciem, sprawiającym, że stopniowo zaczęło kiełkować w niej to okropne i niewdzięczne uczucie zirytowania.
Później, jakby tego było mało, natknęła się na Irytka, który dotrzymywał jej towarzystwa przez dłuższy czas. Willy miała go serdecznie dosyć i naprawdę żałowała, że Irytek już nie żyje (o ile żył kiedykolwiek, bo i w to zaczynała już wątpić), bo sama najchętniej odebrałaby mu życie, gdyby miała taką możliwość. Piękne wizje wysmakowanych morderstw, których mogłaby dopuścić się na poltergeistrze, przemykały jej przez głowę, gdy intuicyjnie kierowała swoje kroki w stronę kuchni, by odnaleźć pocieszenie w jakimś smakołyku, który zamierzała dorwać.
Od razu poczuła się lepiej, gdy wreszcie stanęła przed swoim ulubionym obrazem i przekrzywiwszy głowę, z rozmarzeniem przyglądała się tej uroczej, cudownej gruszce, którą chwilę później z prawdziwym namaszczeniem połaskotała palcem wskazującym. Że też inni artyści nie tworzyli dzieł tak przyjaźnie nacechowanych jak to, pomyślała z goryczą.
Gdy Willy wreszcie przestąpiła próg kuchni, poczuła się w swoim żywiole. Powoli, krok za krokiem, nie robiąc żadnego hałasu, coraz bardziej zagłębiała się w pomieszczenie, licząc na to, że jakimś cudem uda jej się uniknąć chmary zainteresowanych, wścibskich skrzatów, które utrudnią jej zdobycie czegoś do jedzenia. Oj nie, dziś nie podda się tak łatwo! Mogą sobie piszczeć i wczepiać w nią te swoje szponiaste łapki, drapać i gryźć – Willy nie wyjdzie stąd, nie osiągnąwszy swojego celu.
Wystarczyło wychylić się zza kamiennej ściany, by zobaczyć, czy wnętrze kuchni jest jak zawsze okupowane przez te stworki. Z chytrym wyrazem twarzy, Webster przysunęła się do ściany i delikatnie opierając dłoń na jej krawędzi, wysunęła głowę, badawczym spojrzeniem prześlizgując się po pomieszczeniu. Szczęście jak widać jej dopisywało – skrzaty musiały chwilowo przebywać w innym miejscu i chociaż Willy wyraźnie słyszała ich odgłosy gdzieś nieopodal, jedno było pewne – kuchnia w tej chwili była pusta.
Odetchnąwszy z ulgą, uśmiechnęła się pod nosem i swobodnym krokiem ruszyła w stronę szafek i komódek, które zamierzała spenetrować. Nie wiedziała ile ma jeszcze czasu, zanim wrócą skrzaty, ale póki co nie zaprzątała sobie tym głowy.
Fala ciepła spłynęła na nią, zupełnie jakby wkradła się do jaskini lwa, i to w dodatku z jaką łatwością!
Zobacz profil autora
Gruby Mnich
avatar
Duch Hufflepuffu
Data przyłączenia : 18/02/2014
Liczba postów : 45
Skąd : Parter i lochy

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Nie Sty 11, 2015 2:42 pm

Mnich właśnie kończył namawianie Irytka do opuszczenia pierwszego piętra. Sprawił mu wiele komplementów, kłaniał się przed nim i przemawiał do duszka z czystym ciepłem, próbując go nakłonić do puszczenia wolno gromadki pierwszorocznych, przerażonych Puchoniątek. Udało mu się to i na pewno nie z powodu swojego zachowania, a z powodu jęków Marty wijącej się przy suficie. Szybciutko pomógł przeprowadzić najmłodszych na parter i do lochów. Irytek był dobrym duszkiem, tylko trochę zagubionym. Pragnął nieść zabawę i radość, bo stęsknił się za uczniami. Mnich to całkowicie rozumiał i uśmiechał się do duszka z czułością, bo nie tylko on tęsknił do dzieci. Rezydent Hufflepuffu płynął w powietrzu, oświetlany pochodniami. Odprowadził hałasujące Puchonki do Pokoju Wspólnego, upewniając się, że nic im nie grozi i czują się dobrze. Bardzo mu zależało, aby niczego im nie brakowało. Próbował porozmawiać z paniczem Dwayne'm na temat pucharu, trzymanym między pulchnymi rękoma. Niestety chłopczyk czym prędzej wyszedł się przewietrzyć, tłumacząc się złym samopoczuciem. Mnich bardzo się zmartwił stanem podopiecznego. Sunąc w powietrzu bez celu, postanowił odwiedzić skrzaty - z którymi spędzał sporo czasu na pogawędkach i rozmowach, głównie o srebrnym kielichu. Wpadł do kuchni przez sufit, jak zwykle nie umiejąc płynąć nad ziemią jak żywi ludzie. Latanie nie było takie łatwe, jak się wydawało! Szczególnie z bagażem z przodu. Duch roześmiał się sam do siebie niosąc echo swego głosu po lochach i poklepał się po brzuchu. W jego czasach posiadanie nadmiaru tkanki tłuszczowej oznaczało dobrobyt, bogactwo i przede wszystkim powodzenie. Z bólem spoglądał na chude Puchoniątka, którym brakowało kalorii. Wielu z nim zdradzał tajemnicę przechodzenia do kuchni ufając, że dzięki temu nigdy nie będą chodziły głodne.
Kiedy już zanurzył swe niematerialne ciało w pomieszczeniu w poszukiwaniu skrzatów, które gdzieś wybyły na drugą część kuchni przygotowując posiłki, mignęła mu przed oczyma sylwetka dziewczęcia.
- Panna Webster, jak miło! - głośno huknął, demaskując jej obecność skrzatom. Chwiejąc się trochę na boki podleciał do dziewczynki z wyciągniętymi pulchnymi ramionami.
- Siadaj, drogie dziecko i jedz ile zechcesz. Tak się cieszę, że cię widzę! Dawno nie rozmawialiśmy, a przecież jesteś już w siódmej klasie. - przechylił się ku dziewczęciu, automatycznie przechylając się w bok i unosząc króciutkie nóżki ku górze. Falował w swej majestatycznej szarej sylwetce, wprawiając w ruch loki na okrągłej głowie. Jego pucołowate, grube policzki rozchyliły się w uśmiechu pełnym radości ze spotkania.
- Pamiętam dobrze gdy pierwszy raz tutaj przyszłaś. Byłaś taka zaciekawiona Hogwartem i zapytałaś co mam w ręku. To takie miłe z twojej strony, kochana Wily. Opowiadałem wielu osobom o tym pięknym kielichu, a ty uśmiechałaś się tak szeroko. Och, ja nie wiem, nie wiem zaprawdę co to się stanie, gdy pójdziesz w świat... - zaczął biadolić, w jego małych oczkach pojawiły się łzy wzruszenia. Patrzył z góry na Puchonkę jak ojciec na swoje pierworodne, nowo narodzone dziecko. Skrzaty tymczasem zaczęły wystawiać łyse łebki w ich stronę. Na zmianę zaczęły przekrzykiwać się głośno "Witaj Mnichu", "Dzień dobry!", "Co słychać?" i tym podobne, czym zdobyły puchate serce potężnego ducha.
Zobacz profil autora
Willy Webster
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 31/12/2014
Liczba postów : 18
Skąd : Peterborough, Anglia

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Nie Sty 11, 2015 6:48 pm

Jak na złość, była właśnie w trakcie ściągania z wysokiej półki dużego słoika, pełnego ciemnobrązowych ciastek. Dosłownie w momencie, w którym z triumfem zacisnęła dłoń na szklanym naczyniu i jeszcze bardziej wyciągnęła się na palcach u stóp, by dosięgnąć słoik, dosłownie w tej chwili usłyszała Grubego Mnicha, witającego ją po imieniu.
No pięknie. Ten to zawsze miał wyczucie czasu.
Jakby na zawołanie, odgłosy skrzatów zza ściany najpierw chwilowo ucichły, a potem ze wzmożoną siłą wybuchły tuż obok, gdy cała gromadka tłumem wtargnęła do kuchni, rzucając na przemian to zachwycone spojrzenia w stronę Mnicha, to pełne wyrzutu spojrzenia w stronę Willy.
Puchonka zagryzła wargę, w jednej chwili zwolniła uścisk dłoni, zostawiając słoik w spokoju, szybkim ruchem cofnęła rękę i zgrabnie obróciła się na pięcie, uśmiechając się niewinnie. Co złego, to nie ona.
- Och, cześć Gruby Mnichu! – rzuciła słodkim tonem, uśmiechając się szeroko i najzupełniej szczerze – Willy naprawdę przepadała za opiekunem Hufflepuffu. W pewnym sensie rzeczywiście przypominał jej ojca; Woody Webster dorównywał tuszą Mnichowi (co chyba nie jest komplementem dla żadnego z nich), cechował go podobny rodzaj poczciwości i uroczej, niewinnej naiwności, sprawiający, że w oczach Willy zarówno ojciec jak i wiekowy Mnich sprawiali wrażenie małych dzieci, nie rozumiejących dokładnie jak wstrętni potrafią być ludzie i jak nieprzyjemnym miejscem potrafi być świat. Nie żeby Willy doświadczyła w życiu tyle zła, że teraz zgrywa eksperta – nie o to chodzi. Po prostu… Nie wszystko zawsze jest nieskazitelnie piękne i czyste, dla niej samej ciężko byłoby non stop patrzeć na świat przez różowe okulary i upajać się szczęściem.
Grubemu Mnichowi najwidoczniej to nie przeszkadza, pomyślała Willy. Na słowa „jedz ile zechcesz” całe zażenowanie spowodowane przyłapaniem jej na myszkowaniu wyparowało, a Puchonka posłała Grubemu Mnichowi spojrzenie pełne wdzięczności; jak widać opiekun domu zawsze zrozumie potrzeby swojego podopiecznego!
Nie minęła minuta, gdy Willy siedziała przy stole obok Grubego Mnicha, z buzią wypchaną ciastkami, a wcześniej wspomniany słoik stał teraz przed nią.
- Tak, tak, to były czasy… – mruknęła, wracając w pamięci do chwili, w której po raz pierwszy zobaczyła Grubego Mnicha. Prawdę mówiąc, to nie kielich stanowił przedmiot jej zainteresowania, tylko fakt, jakim cudem coś tak dużego może zniknąć w pokaźnej dłoni Mnicha, która skutecznie uniemożliwiła jej zobaczenie, co też on tam trzyma. Przez dłuższą chwilę myśli Willy pomknęły w tym kierunku i dziewczyna przyłapała się na rozważaniu, czy Gruby Mnich kiedykolwiek był chudy, bo przecież musiał, w końcu nie urodził się z nadwagą!, a jeśli tak, to jak wyglądał, kim był zanim został Mnichem, bo Mnichem przecież też się nie urodził… Wstrząśnięta wnioskiem do którego doszła, że Gruby Mnich nie był kiedyś gruby i nie był kiedyś mnichem, spojrzała na ducha, jednak widząc jego uśmiechniętą, pulchną twarz, otrząsnęła się z zamyślenia.
- Spokojna głowa, świat się nie zawali jak stąd odejdę – powiedziała z rozbawieniem. – Co roku przybywa dużo nowych Puchonów, więc nie będziesz się nudził. Poza tym, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy pozostali w kontakcie. – Właściwie nie wiedziała czemu to powiedziała, bo korespondencja z Grubym Mnichem wydała jej się absurdalnym pomysłem. Czy on w ogóle ma możliwość i sposobność do jakiejkolwiek korespondencji? Kolejny znak zapytania. Willy zmarszczyła brwi, dochodząc do wniosku, że życie pośmiertne jest jednak bardziej problematyczne niż przypuszczała…
W jednej chwili zaroiło się dookoła od skrzatów, które trochę niezgrabnie przepychały się między sobą, by zdobyć miejsce jak najbliżej Grubego Mnicha, do którego lgnęły jedno przez drugie. Jakiś skrzat nawet nadepnął Willy na stopę, a drugi wynurzył się tuż spod jej łokcia, patrząc na nią wrogo.
- Gruby Mnichu, właściwie, pamiętasz jeszcze jak to jest być żywym? – zaczęła Willy niezbyt taktownie, sięgając po kolejne ciastko i bezceremonialnie wpychając je sobie do ust. Skoro już tu jest, może przynajmniej posłucha jakichś ciekawych opowieści? – No i jak to jest być martwym? Pewnie trochę to monotonne. Ale z drugiej strony, tyle lat jesteś w Hogwarcie, przemykasz sobie od sali do sali, ściana przez ścianę, pewnie nie raz byłeś świadkiem jakichś ciekawych zdarzeń! – pytania wypływały z niej jedno po drugim, a Willy musiała przyznać, że naprawdę ją to wszystko zaciekawiło.
Zobacz profil autora
Gruby Mnich
avatar
Duch Hufflepuffu
Data przyłączenia : 18/02/2014
Liczba postów : 45
Skąd : Parter i lochy

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Nie Sty 11, 2015 7:26 pm

Mnich wzruszył się wielce tak gorliwie witany przez tuziny białych głów. Musiał odpowiedzieć na każde powitanie i każde zapytanie. Trochę zajęło mu czasu zanim rzucił każdej miłej istotce ciepłe słowo. Lewitował nad ich głowami, obracał się wokół siebie śmiejąc się z zażenowaniem, bo brzuch zasłaniał mu skrzaty. Musiał przechylać się na boki jak niekształtna piłka, a gdy chylił się ku Brzoskwince, zahaczał nogą o Uszatka. Cofał się, wpadł nieumyślnie na Czyścioszkę, odsunął na bok, niechcący przeszkadzając Mrówce. Mnożyło się przepraszam najmocniej i mnożyło zanim pomyślał, że łatwiej jest po prostu się nie ruszać.
Rozmowa o pierwszorocznych była dla niego największą radością. Szare poliki pociemniały z przejęcia, a jego wielka sylwetka falowała i nabrała trochę światła.
- Masz rację, nowi pierwszoroczni są naprawdę wspaniali! Świetnie sobie radzą, ich buzie się ciągle uśmiechają i nawet namówiłem ich do potraktowania łagodnie i Irytka i pana Filcha. - małe oczka też świeciły z ekscytacji. Na rozpoczęciu roku nie mógł się oderwać od tej części stołu ozdobionej najświeższymi uczniami Hogwartu. I o dziwo, nikogo nie wystraszył, nawet mugolaków. Przegadał całą ucztę z Puchonami, nie mogąc się zachwycić, że nadchodzi nowe pokolenie. I tak co roku Mnich ogląda najmłodszych, którzy potem stają się najstarszymi i odchodzą w świat,aby czynić go lepszym. Wiele osób Mnich zna w swoim nie-życiu. I każdego roku rozkleja się na zakończeniu nauczania, nie mogąc pogodzić się z myślą, że po siedmiu latach wspólnego żywota, żegna na zawsze absolwentów.
- Kochane skrzaty... kochane... - pociągnął nosem i wyjął skądziś wielką chustę, która mogła uchodzić za poszewkę do poduszki. Wysmarkał się w nią, odkaszlnął i uśmiechnął szeroko. - Przynieście najmilszej Willy czegoś pysznego. Powinna się najeść i być szczęśliwą w ostatnim r-roku... - niemal się zapłakał, niemal, bo sie jeszcze powstrzymał. Skrzaty posłuchały i kilka z nich pognało do garów, szafek i szuflad, żeby nakarmić Puchonkę.
Zdziwił się pytaniem Willy, ale nie ona jedna była tego ciekawa. Trochę to było nietaktowne, ale Mnich od razu jej to wybaczył rozgrzeszając nawet największy występek. Zaplótł pulchne palce na brzuchu zaraz po tym jak schował kielich. Huśtał się w przód i w tył.
- Dwieście trzydzieści dziewięć lat, droga Willy. Trochę pamiętam jak to się jadło, piło i spało, czuło zapachy... Oglądam ciebie i inne dzieci i wiem, że życie to piękny dar, najmilsza. - pokiwał głową, trzęsąc swoimi kilkoma podbródkami. Zaśmiał się nieśmiało, próbując opisać jak to jest być martwym.
- Brak życia jest prosty, ale pusty i czasami smutny. Poznałem dzięki temu wiele wartościowych osób, między innymi ciebie, moja miła i tęsknię całym sercem do każdego, kto opuszcza mury szkoły. - patrzył na nią z czułością oglądając jak zajada ciastka. Nachylił głowę ku niej, rzucając oczami na boki.
- Niegdyś przyłapałem pana Filcha na przymierzaniu tiary profesor Odinevy z patykiem zamiast różdżki. Przeglądał się w lustrze, przywdział szatę kochanej nauczycielki i pozował. To było bardzo słodkie i urocze. - roześmiał się pogodnie, przepuszczając skrzata z wielką tacą z najpyszniejszymi ciastkami świata. Tak sądził, że są pyszne. Z radością oglądał Willy z pełnymi ustami. Była taka chuda i nikła w oczach, powinna jak najwięcej jeść i najlepiej urosnąć do rozmiarów Mnicha, który wiele razy żartował sobie ze swojej tuszy i brzucha, nakłaniając podopiecznych do przytycia. Dalej sądził, że bycie pulchnym to oznaka powodzenia.
Zobacz profil autora
Willy Webster
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 31/12/2014
Liczba postów : 18
Skąd : Peterborough, Anglia

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Czw Sty 15, 2015 9:59 pm

Nie wiedzieć czemu, nie wiedzieć skąd, ale w głowie Willy pojawił się nagle nader wyraźny obraz świętej pamięci babci Willfredy, pokój jej duszy!, tej samej, która niegdyś zapisała ją do szkółki niedzielnej w Peterborough.
Willy doskonale pamiętała jej rzadkie włosy, rybie spojrzenie i silne ręce, które potrafiły z uporem zacisnąć się na jej ramieniu, gdy babcia gorliwie syczała jej do ucha bezcenne rady życiowe, z których młoda Websterówna miała czerpać niezastąpioną wiedzę, opartą na nieocenionym doświadczeniu Willfredy Webster, kobiety, która, jak sama zwykła mawiać, przez całe życie zdana była wyłącznie na siebie.
Na wspomnienie babki, Willy westchnęła przeciągle i wsparła głowę na dłoniach, ignorując kotłującą się dookoła zgraję skrzatów domowych i mruczącego coś do niej Grubego Mnicha. W jednej chwili jej wzrok zatrzymał się na niezidentyfikowanym punktcie gdzieś przed sobą i stało się jasnym, że Willy była obecna w kuchni jedynie ciałem, a nie duchem.
Po pierwsze, trzymaj męża krótko, radziła świętej pamięci Willfreda Webster. Po drugie, noś Boga w sercu, drogie dziecko. Po trzecie, nigdy nie wylewaj soku z kiszonych ogórków. I po czwarte, zawsze pamiętaj o śmierci.
Willy chrząknęła cicho, dając upust swojemu wewnętrznemu poruszeniu. Babcia Willfreda wiedziała co mówi, pomyślała Willy, mimowolnie przenosząc wzrok na Grubego Mnicha, który uśmiechał się do niej ciepło. Przez chwilę głęboko zastanowiła się nad samą sobą i nad tym niewdzięcznym wyborem, przed którym stanie po śmierci i będzie musiała zadecydować, czy zostanie na świecie jako nikła poświata, cień samej siebie, przenikający ściany i unoszący się nad ziemią, czy postąpi o krok do przodu i ruszy w nieznane; w miejsce, z którego nie ma już ucieczki, czymkolwiek jest, gdziekolwiek jest.
W odpowiedniej chwili otrząsnęła się z zamyślenia, zdając sobie sprawę ze swojego karygodnego nietaktu i chcąc nadrobić wcześniejsze szkody, z uwagą i zaciekawieniem nachyliła się w stronę Grubego Mnicha, chłonąc każde jego słowo w najwyższym skupieniu.
Na wzmiankę o szkolnym woźnym, Puchonka wymownie uniosła brwi i uśmiechnęła się jednym z tych szerokich, szyderczych uśmiechów, oddającym jej zadowolenie, wywołane usłyszaną informacją.
- Och, naprawdę? - rzuciła przesyconym słodkością tonem, który nie budził wątpliwości co do jej rzeczywistych intencji. - Od samego początku, gdy tylko go zobaczyłam, wiedziałam, jak wrażliwym człowiekiem jest pan Filch. Później tylko coraz bardziej utwierdzałam się w tym osądzie!
I wówczas, chcąc najprawdopodobniej żywo za gestykulować rękoma, Willy niechcący potrąciła z nadmierną siłą stojący przed nią słoik z ciastkami, który podskoczył na stole, obkręcił się w powietrzu i z łoskotem upadł na kamienną posadzkę, zamieniając się w oczach w mieszankę szklanych odłamków i ciastek.
W jednej chwili wszystkie siedzące dookoła skrzaty umilkły, a ich wielkie głowy obróciły się w stronę Willy. Zewsząd czuła na sobie mrożące krew w żyłach spojrzenia, niemal potrafiła wyobrazić sobie lodowato przymrużone oczy, zaciśnięte szczęki i małe, skrzacie piąstki, które za kilka sekund miały eksplodować w jej stronę. Intruz. Przekaz był jasny.
- Bardzo przepraszam - bąknęła, przełamując niezręczną ciszę. - To był wypadek.
Willy od samego początku wiedziała, że jej "potajemne" wyprawy do kuchni nie są mile widziane przez małych pomocników. Nie wiedzieć czemu, niewielki konflikt, który zawsze zdawał się między nimi wisieć, w tej chwili zaczął rosnąć w oczach do monumentalnych rozmiarów, napięcie wiszące w powietrzu po prostu wypełniło sobą przestrzeń, Willy wstrzymała oddech, mając wrażenie, że zaraz na dobre przestanie oddychać.
- Szkodnik - wycedził mały, pomarszczony skrzat, który wdrapawszy się na stół, oskarżycielsko wycelował palec w jej stronę. - Szkodnik. - powtórzył, tym razem z chóralnym akompaniamentem skrzatów dookoła, które wpatrywały się w Willy ze szczerą urazą i wyrzutem, jakby rozbicie słoika świadczyło o ewidentnym wypowiedzeniu wojny z jej strony.
Po raz pierwszy w swoim życiu, Willy pomyślała, że wyprawa do kuchni nie była jednak dobrym pomysłem.
Zobacz profil autora
Gruby Mnich
avatar
Duch Hufflepuffu
Data przyłączenia : 18/02/2014
Liczba postów : 45
Skąd : Parter i lochy

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Sob Sty 17, 2015 9:37 am

Mnich trajkotał w najlepsze. Nie musiano mu odpowiadać ani też go gorliwie słuchać. Wystarczała mu sama obecność Puchnów i co najwyżej kontakt wzrokowy. Bardzo się cieszył ględząc o wszystkim i o niczym, dzieląc się swoimi wrażeniami i wspomnieniami. A już w szczególności, jeśli tyczyło się to Hufflepuffu i jego kielicha. Duch ten był naiwnie wyrozumiały. Nietakt czy gafa... wszystko odchodziło w zapomnienie, skoro można poświęcić czas na miłą pogodną pogawędkę. Po cóż szukać zwady, jeśli alternatywą jest miły dzień w miłym towarzystwie? Mnich rozgadał się na temat szerzenia miłości do pana Filcha i to wtedy panna Willy odpłynęła myślami, czego sam duch nie zauważył. Usta mu sięnie zamykały. Wylewał się z nich potok słów i wszystkie były pozytywne. Mnich ppotrafił prawić komplementy wszystkim i wszystkiemu. Złego słowa nie mówił widząc same dobro w człowieku czy też w innym stworze. Zakrył usta i zaśmial się trochę czerwieniejąc przy tym jak rąkla. Takie naśmiewanie się z miłego pana woźnego.... chociaż był człowiekiem zabawnym! Roztaczał wokół siebie radosć z każdym razem jak pojawiał się na horyzoncie
Tego nie można było mu odmówić.
- Taak, to wrażliwy człowiek! Jego kotka również. Wczoraj goniła mnie po szkole... ach tak się cieszyłem! To milutkie zwierzątko nie ma się z kim bawić... - i potoczyła się salwa gadaniny na temat uroku pani Norris, jej nieszczęściu i braku sympatii wśród uczniów. Nawet jej Mnich współczuł...
Jego wywód przerwał dźwięk łamanego szkła. Natychmiast podleciał.z drugiej strony Puchonki niemal na nią wpadając. Starał się tego uniknąć bo dobrze wiedzial, że to nieprzyjmne dla dzieciątek uczucie.
- Garbate gargulce, panno Willy! Nic się tobie nie stało?! Tak się martwię! - krzyknął jej wprost do ucha jakby leżała nieprzytomna i nie rozumiała po angielsku. Ta przeprosiła, a skrzatom coś się stało. Chórem jęknęły, zmarszczyłg się przypominając tym samym suszone śliwki i wytykały palcami biedną Willy.
- Czyściochu! Panna Willy nie zrobiła tego specjalnie i bardzo tego żałuje. Nie jest szkodnikiem, tylko miłą dziewczynką. Ręczę mym słowem! - t
Rzucił się w obronę Puchonki powołując się na swój charakter. Skrzaty go lubiły i on uwielbiał je też. Czyścioh zmalał na słowa ducha, a reszta trochę się zmieszała. Mnich nigdy na nikogo złego słowa nie mówił, a skrzaty witał z wielką radością. Miał nadzieję, że go zrozumieją. Bardzo chciał, aby Willy spędzała tu miło czas.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Pią Kwi 24, 2015 1:47 pm

Połaskotała gruszkę chichocząc wraz z nią i otwierając drzwi do raju. 
Porzuciła wszelakie ponure myśli na temat własnego wyglądu, sukcesów i stosunków z płcią przeciwną, chcąc w końcu cieszyć się z wizyty w kuchni z miłą osobą. Będąc tutaj ostatnim razem namawiała skrzata Gumisia do wysłania Ericowi ciepłe, ugotowane brukselki, a jeszcze wcześniej wraz z zaprzyjaźnionym potworkiem zrobiła dla Fhancisa ciastko. Zapewniła mu miesięczne nakarmienie zapiekanką makaronową na każdy obiad, śniadanie i kolację, a więc Jolene miała dobry kontakt z tym rajem. Skrzaty pokochały ją za jej palącą potrzebę nakarmienia przyjaciół i cieszenia się z ich sytości i zadowolonych min. Podzielali taką samą pasję - człowiek najedzony to człowiek szczęśliwy. 
- Planuję adoptować jeszcze trzydzieści dziewięć kotów, Pet. Z przyjemnością jednego tobie podaruję pod warunkiem nie wpuszczania takowego do kosza na brudną bieliznę. Szkoda kota. - posiadając czterdzieści sztuk kotowatych mości istniało bardzo wysokie prawdopodobieństwo powiększenia rodziny na dodatkowe dwadzieścia maleńkich kocich główek. Podstawową zasadą posiadania kota jest ratowanie każdego z jego dziewięciu żyć, a co za tym idzie nie przyzwalania mu na duszenie się w brudnej bieliźnie. To samobójstwo dziewięciokrotne. 
- Fore... ? - otwarła usta, aby powtórzyć nazwisko Petera jednakże język szkocki nie był najmocniejszą stroną walijskiej dziewczyny z mugolskiego osiedla. 
- Do twarzy ci z Petem. Jesteś jedynym Petem, jakiego znam. - znalazła pośrednie rozwiązanie ochraniające ją przed łamaniem sobie języka i psuciem wydźwięku nazwiska. Otworzyła małe drzwiczki przechodząc przez nie piewrsza. Niczym z procy dobiegł do niej Gumiś - biały jak papier skrzat z wielgachnym krzywym nosem, trzema zębami z przodu i dwoma włosami na krzyż na czubku głowy. 
- Cześć słodziaku! - kucnęła przed skrzatem, jaśniejąc jak wiosenne słońce. W kuchni zawsze było cieplutko i przytulnie. Joe tęskniła za tym miejscem i jeszcze bardziej za pichceniem z mamą i babcią. Ilekroć tutaj przychodziła robiła się głodna. Po cichu wyjaśniła Gumisiowi cel wizyty, zerkając co chwila na Petera, wskazując go brodą i gorliwie przytakując. Gumiś wraz z dwoma innymi skrzatami podskoczyli i zniknęli z radosnym okrzykiem. Puchonka podniosła się, przeciągając się leniwie.
- Siadajmy, Gumiś przyniesie swoje specjalne danie. Mam nadzieję, że lubisz słodycze, Pet. Jeśli nie, to złamiesz mi serce. Słodycze trzeba kochać. - machnęła doń dłonią wskazując mu niski drewniany stół z podobnymi krzesełkami. Jolene czuła się tutaj swobodnie. Odprężył ją kuchenny gwar, dźwięk uderzających o siebie naczyń, szum wody i wesołe głosy szkolnych skrzatów. Nie zdążyła dotknąć pupą krzesełka, a na stole zmaterializowały się kielichy z kakao z bitą śmietaną, czekoladą i ciastkiem w środku. 
- To jest serce Hogwartu. Uwielbiam tutaj przesiadywać.
Zobacz profil autora
Peter Forrester
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 10/04/2015
Liczba postów : 109
Skąd : Aberdeen, Szkocja.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Pią Kwi 24, 2015 2:14 pm

Peter rzadko bywał w kuchni – i chociaż był smakoszem jakich mało, nigdy nie było mu po drodze. Częściej przesiadywał w Wielkiej Sali, gdzie również znajdowało się jedzenie i to w ogromnych ilościach. Do skrzatów absolutnie nic nie miał, tolerował je z wymuszoną grzecznością twierdząc jednocześnie, że są brzydsze z bliska niż z daleka. Nie mówił im tego jednak wprost bo najpewniej nie dość, że nie otrzymałby posiłku to jeszcze zarobiłby gonga drewnianą łychą po głowie.
Czekał jednak cierpliwie aż dziewczyna poradzi sobie z oswojeniem gruszki, która zachichotała przeraźliwie co i u Gryfona wywołało salwę śmiechu – całkowicie niewymuszonego. Poprawił oprawki okularów zsuwające się mu z nosa, które zakładał raczej tylko do czytania i ruszył za Jolene, która najwyraźniej o wiele lepiej odnajdywała się w towarzystwie skrzatów, garów i sztućców.
- Forrester. – powtórzył raz jeszcze swoje nazwisko ze świszczącym akcentem, nie przejmując się kompletnie tym, że dla dziewczyny z innego miasta może być problemem połapanie się w tych wszystkich głoskach i dziwnych wydźwiękach. Machnął dłonią, by zaprzestała prób powtarzania jego nazwiska.
- Ale możesz mówić mi Pet. Nikt się tak do mnie nie zwracał do tej pory. Nie przeszkadza mi to. - Wyjaśnił po swojemu zdejmując z szyi gruby szalik, który na co dzień osłaniał go przed listopadowym wiatrem i pluchą. Zsunął również z ramion jesienny płaszcz, który zaraz powiesił na kołku usytuowanym na okrągłych drzwiach. Zrobiło mu się momentalnie gorąco, gdy doszedł do niego cudowny zapach jedzenia i ta rodzinna atmosfera. Podwinął rękawy białej koszuli i skinął łepetyną wszystkim obecnym tutaj stworom.
- Cześć. Eeee, fajna kuchnia! – Starał się skomplementować wystrój pomieszczenia i by nie przeszkadzać Puchonce w słodkiej konwersacji z Gumisiem zajął jedno z miejsc przy stole, na którego blacie oparł łokcie podpierając tym samym twarz. Odprowadził wzrokiem Joe, która również się do niego dosiadła i uśmiechnął się do siebie. Nie dość, że się naje to jeszcze w towarzystwie uroczej dziewczyny, na którą do tej pory nie zwracał uwagi. To dziwne. Przemknęło mu przez myśl, a czego nie skomentował.
- Oczywiście, że uwielbiam słodycze. Może nie tak bardzo jak klopsy w sosie pomidorowym, ale zawsze! – Powiedział mocno ożywiony perspektywą zjedzenia czegoś równie smacznego, co wyżej wspomniane danie. Przed nim pojawił się szkarłatny kubek ze słodkościami, których aromat doszedł i do jego nozdrzy. Zaciągnął się z lubością i oblizał spierzchnięte wargi nie mogąc doczekać się konsumpcji.
- Na nogi skrzata! – Zapiał z zachwytu i chwycił szklankę w dłoń, drugą dalej opierając o stolik. Zanurzył usta w kakao czując na języku mieszankę smaków, które faktycznie wprawiły go w niesamowity nastrój. Jeszcze lepszy niż dotychczas.
- Kurcze, wstyd się przyznać, ale nie za często tutaj bywam. – Zaczął przenosząc błękitne oczęta na jej pociągłą twarz. Poluzował krawat i ciągnął dalej.
- Zawsze gnało mnie do tajemnych przejść czy na błonia. Tutaj dziwnie się czułem, trochę nieswojo. Chyba nie potrafię rozmawiać z takimi stworzeniami jak kuchenne skrzaty. – Nachylił się w stronę Puchonki by przekazać odrobinę wstydliwą informację. Zaraz jednak wyprostował się i zlizał bitą śmietanę z ust. Zamlaskał zadowolony i rozwalił się wygodniej na niewygodnym krześle.
- Co do kotów, gdybym teraz jakiegoś dostał najpewniej nazwałbym go Pankracy Drugi. Nie sądzisz, że to tak dumnie brzmi? Zupełnie jakby był z jakiejś kociej rodziny królewskiej. - Zaczął paplać zahaczając o jej wcześniejsze słowa dotyczące takiej wielkiej rodziny kociąt. Błysnął zębami raz jeszcze i zerknął na nią chytrze.
- Planujesz założyć jakąś plantację czy zostaniesz starą panną? – Może to co powiedział było niezbyt delikatne, ale nie miał niczego złego na myśli. Zaraz jego wyraz twarzy złagodniał, bo nie chciał urazić panny Dunbar.
- Oczywiście optuję za pierwszą możliwością, bo druga przecież nie wchodzi w grę! – Sypnął komplementem, mając nadzieję, że szóstoklasistka obierze to za dobrą kartę.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Pią Kwi 24, 2015 2:53 pm

Raj na ziemi. Odkryła go w pierwszej klasie jako prawowita uczennica należąca do Helgi Hufflepuff. Dopóki nie napotykała tutaj wygłodniałego ślizgona z kwaśną miną (a nie zdarzało się to często, wszak ci gardzili, wzgardzali i nie zniżali się do poziomu egzystowania obok skrzatów), przychodziła tutaj nawet w nocy. Kakao smakuje tylko nocą, a dzisiaj był wyjątek, bo miała z kim je wypić. Dwayne będzie żałował, że z nią nie został. Nie przyniesie mu jedzenia za zjedzenie żelków cytrynowych przeznaczonych dla Erica.
Uśmiechnęła się ze znalezionego rozwiązania. Nie połamie języka i nie skrzywdzi nazwiska Peta. Nauka wymawiania również została wykluczona ze względu na opór Joe przed wiedzą nie związaną z transmutacją i OPCM. Przy Fhancisie również przeinaczała głoski, co na szczęście zostało uznane za uroczy błąd niźli za obrazę. Stąd też pomysł, aby przedstawiać się wymyślonym przez Dwayne'a skrótem imienia - Joe. Nie każdy umiał wypowiedzieć poprawnie "Żoliiin". 
Wywróciła zabawnie oczyma doceniając próby Peta do skomplementowania skrzatów. One dobrze wiedziały, że mieszkają w raju. Nie ma nic piękniejszego niż kubek kakao z bitą śmietaną, cieplutki piec, aromat czekolady i wanilii oraz truskawki (tak pachniały włosy Joe od szamponu przysłanego przez mamę z mugolskiego sklepu) w powietrzu i podusia. Jak u mamy. 
- Klopsy w sosie pomidorowym! Mmm... - Puchonka lubiła jeść wszystko i tylko dzięki porannym bieganiom, ujarzmianiom dzikich mioteł i wyścigom na lekcje zachowała formę i nie zamieniła się w "pulchną toczącą się kulkę" a la Pankracy. Joe usiadła wygodnie na krzesełku, prostując pod stołem nogi i układając je obok kończyn Peta. 
- Pssst... nie na skrzata, na Merlina. Łatwo je obrazić. - nachyliła się ku Gryfonowi przestrzegając go przed popełnieniem gafy. Skrzaty to ciepłe kluchy i należy je wychwalać i kochać całym sercem, aby otrzymać w zamian pyszności. Tutaj można było uzyskać coś specjalnego, czego nie spotka się w Wielkiej Sali na swym talerzu. Objęła kieliszek ogrzewając dłonie i zanurzając usta w słodkim delikatnym napoju. Rozmarzyła się, robiąc sobie ładne wąsy. 
- Następny łyk to będzie toast. Za ciebie Pet i za twoje bohaterstwo, odwagę, dobry uczynek, uratowanie mnie z opresji, siłę i... za wszystko. Dziś się najesz jak nigdy, masz słowo Jolene Dunbar. - stuknęła się z jego kieliszkiem i z kocim pomrukiem upiła łyczek kakao. Otarła rękawem spod nosa piankę. Rozdawanie komplementów było bardzo łatwe. Piękne oraz przyjemne dopóki sprawiały szczerą radość rozmówcy. Joe cieszyła się, że zachowała w sobie tę dziecięcą odwagę i bezpośredniość w mówieniu miłych rzeczy drugiemu człowiekowi. Powstawał problem niepoprawnego odczytywania uprzejmości, jednakże z Petem dopiero co się poznała, a więc nijak mógł odebrać jej komplementy i wychwalanie za coś złego. Obiecała mu zrewanżowanie się za ratunek, a więc to robiła całym sercem. Być może dziś poprawi humor jakiejś osobie, a taki miała cel. 
Zerknęła spod rzęs na Peta wypowiadającego straszne słowa. Nie być tutaj? Joe prędzej pocałowałaby tarantulę niż miałaby się wyrzec chwil w tej kuchni.  
- Tutaj się je, Pet. Wystarczy, że będziesz jadł, a skrzaty cię pokochają. - powiedziała poważnie, patrząc w swe zniekształcone odbicie w okularach Gryfona. Dokładnie w tym samym momencie, gdy to wypowiedziała Gumiś przybiegł z odsieczą. W powietrzu latało kilka obficie wypełnionych talerzy - budyń - na każdej łyżce zmieniał swój smak. Góóóra cieplutkich babeczek czekoladowych i nugatowych, kanapki z nutellą (!) a dla Peta klopsiki w sosie pomidorowym. Usłyszały! Joe wyciągnęła ręce do Gumisia i ucałowała pomarszczony policzek stworzonka. Chwyciła prędko budyń na wypadek, gdyby Pet sobie go upatrzył i chciał jej zabrać. 
- Pysznego. One są cudowne. - zanurzyła deserową łyżkę w budyniu, a gdy poczuła pistacjowy smak, ponownie mruknęła. Dźwięk ten do złudzenia przypominał kocie mruczenie gdy człowiek pan się doń przytuli. Spoglądając na Peta marszczyła brwi zastanawiając się dlaczego do tej pory się nie zgadali i nie mieli okazji poznać tak normalnie. Być może przez ograniczone znajomości Joe w Gryffindorze. Co nie znaczy, że nie cieszyła się z nowego nabytku i materiału do rozpieszczania oraz dokarmiana z samej radości dawania.
- Pankracy Drugi brzmi odjazdowo. Cały ród Pankracych. - wycelowała w niego łyżeczką, kiwając głową z uznaniem. Osobiście posiadała cały ród Emanuelów o dwukolorowych ślepiach. Ród ten składał się z jednego białego kota i według Joe było to już dużo. 
Uciekła wzrokiem, wbijając je w budyń. Musiał odgadnąć dlaczego chce mieć koty? 
- Obie wersje, Pet. Z Benem zaczęliśmy wymyślać już imiona dla kotków, ale ich nie zapisałam i prawie nie pamiętam. A zostało jeszcze do nazwania z trzydzieści. - szybciuteńko nakierowała rozmowę na bezpieczniejszy tor, aby nie musieć się wstydzić w jego towarzystwie ani użalać nad sobą jak bardzo kiepsko jej idzie bycie akceptowaną przez chłopców. Przez głosik w głowie odkryty na balu przy dementorze, Joe zaczęła wierzyć, że nikt jej nie zechce przez brudną krew i bycie taką... nijaką. Potrząsnęła głową pozbywając się nieprzyjemnych rozważań z głowy. To profanacja jedzenia, kiedy myśli się tak brzydko nad takimi cudownościami. Następna łyżka budyniu była czekoladowa, a kolejna cytrynowa. Łyk kakao, brudne usta i ponownie słodycz na języku. Kochała ten raj.
Zobacz profil autora
Peter Forrester
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 10/04/2015
Liczba postów : 109
Skąd : Aberdeen, Szkocja.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Pon Kwi 27, 2015 9:40 am

Peter wielokrotnie popełniał gafy w towarzystwie co napełniało go tylko przeświadczeniem, że wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy możliwość, a nawet prawo popełniać drobne błędy. Przecież się na nich uczymy, a gdyby wszyscy postępowali zgodnie z danym kodeksem dobrego wychowania nikt nie byłby wyjątkowy. Tak jak on jest. Czy Joe dla tego przykładu.
- Aha, przepraszam. Czasami gadam jak najęty i nie wiem co jest dobre, a co niezbyt. NA NOGI MERLINA. – Poprawił się kiwając blond czupryną i zaraz przeinaczył swoje słowa, by skrzaty nie zauważyły, że użył wcześniej ich części ciała do wyrażenia swojej dezaprobaty. Uśmiechnął się pod nosem widząc malownicze wąsy dziewczyny z bitej śmietany, ale nie powiedział jej kompletnie nic, bo ta szybko zorientowała się, że jest brudna.
Gryfon tak samo jak i Puchonka uwielbiał jedzenie. Kochał je i był mu wierny. Był mu wierniejszy niż koleżance o rok starszej, z którą kręcił dwa lata temu, a która poleciała na jego niebieskie ślepia, którymi strzelał takie miny, że nie musiał się długo napracować, a już chodził z jedną z ładniejszych panienek w szkole. I to ze starszą ! Przypomniał sobie te zazdrosne spojrzenia kumpli, te pomrukiwania i zapach włosów nieznajomej, które wcale nie pachniały truskawką, jak włosy Jolene.
Wzniósł kubek do góry, chcąc również wznieść toast za swoje braterstwo, odwagę i honor, którego póki co nie splamił. Zachowywał się w miarę grzecznie, pomagał kiedy mógł, nie wyśmiewał słabszych – prawie wcale! Dzisiaj jednak nie zamierzał przejmować się czymkolwiek. Popijał pyszne i słodkie kakao, którego aromat wwiercał mu się w czaszkę. Rozejrzał się jeszcze po stole, na którym zaczęły pojawiać się coraz to nowsze potrawy, od którego widoku zaczął się wzmagać silny ślinotok, którego w żaden sposób nie mógł powstrzymać. Nawet nie chciał! Otarł wierzchem ramienia swoje usta brudząc przy okazji podwinięty rękaw koszuli. Nie przejął się tym wcale, bo przecież to tylko ubranie, które zaraz i tak wyląduje w magicznej pralce. No a poza tym za pomocą magii może zrobić z nią wszystko – nawet zmienić kolor na jakiś bardziej jaskrawy i dający po oczach.
- Smacznego. Nawet nie wiesz jaki jestem zadowolony z takiego obrotu spraw. Nie wiedziałem, że wpadnę na Ciebie, ale chyba zacznę robić to częściej. Warto się przy Tobie kręcić! – Zaczął paplać, chwytając jednocześnie widelec, który zanurzył w jednym z klopsików w sosie pomidorowym, które tak przecież kochał. Jak widać te skrzaty także się na coś przydają. Dokarmiają go i jego towarzyszkę bardzo chętnie, co mu się nad wyraz podobało. Jadł w milczeniu chwilę, aż mu się uszy trzęsły. Raz po raz też mruczał coś z zadowoleniem.
- Cholera. Jakie to dobre. – Skomentował znowu i spojrzał na blondynkę z zaciekawieniem gdy znowu wspomniała o tym prefekcie z Ravenclawu z jego rocznika, którego miał okazję już poznać. Kiwnął głową nie zastanawiając się czy łączy ich coś więcej niż tylko przyjaźń. Jeżeli jednak dziewczyna wspomina coś za często imię jednego z kolegów to warto wiedzieć, że coś ma się na rzeczy. Przeżuł ostatniego klopsika i popił to kakao. Trochę dziwna mieszanka – pikantno – słodziutka, ale jemu nie przeszkadzała, dopóki nie będzie usiał skorzystać z toalety.
- Chyba dorwę jakiegoś kota. Zatęskniłem za swoim Pankracym, a taki Pankracy Drugi grzałby mi stopy w nocy. Zima się zbliża, a ja nie lubię spać w skarpetach. – Uniósł widelec do buzi i zlizał z niego sos pomidorowy, którego ostrość odznaczyła się na jego języku. Spojrzał jeszcze raz bystro na pannę Dunbar i zamachał sztućcem.
- Trzydzieści kotów? Gdybym tyle miał załatwiłbym sobie jakieś tabliczki z ich imionami, żebym się przypadkiem nie pomylił. Mam kiepską pamięć do imion, więc na pewno znowu strzeliłbym jakąś gafę. – Szkocki akcent znowu wyszedł na światło dzienne, kiedy ten spuścił głowę, by objąć dłonią kubek. Przesunął palcem po linii uchwytu i zamyślił się. Mieć armię swoich kociąt? Dobre sobie.
Nie zauważył chwilowego przygnębienia Puchonki, nie zauważył również nagłej zmiany tematu. Nie uważał by dziewczyna pokroju Joe narzekała na powodzenie.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Pon Kwi 27, 2015 3:45 pm

Jedzenie nie pyta. Jedzenie rozumie. To pewna forma odstresowania się i wynagrodzenia ciału nerwobóli oraz przemęczenia. Należy uczyć się sprawiać sobie zdrową przyjemność, a co za tym idzie pozwolić sobie odpocząć. Joe dbała o swoje zdrowie i pomimo ogromnej słabości do słodyczy oraz pysznych dań, zachowywała umiar. Czasami lubiła tutaj przyjść i najzwyklej w świecie usiąść przy piecu, ogrzać plecy, wsłuchać się w przyjemny gwar oraz urzec ogromniastymi szczerymi oczkami skrzatów. Pozwalały jej tutaj przychodzić wiedząc, że nie będzie przeszkadzać. W zimne wieczory będzie tutaj częstszym gościem zważywszy na zwiększony ziąb panujący w lochach. Niejednokrotnie przywdziewała puchate skarpety, papcie w kształcie głów kotów (których Emanuel nie lubi wierząc, że to jego bracia i siostry poświęceni w swej puchatości ku wygodzie człowieków), gruby szlafrok i łaskotała gruszkę, wsuwając głowę do małego raju. Wieczorem, gdy nadchodziła nieuchronna chandra i żaden żart nie śmieszył. W Hogwarcie istniało wiele takowych miejsc - oderwanych od rzeczywistości i należało je odszukać oraz ze sobą oswoić, aby móc do nich wracać. Pozwolić sobie odpoczywać, stwierdzić głośno, że ciało i umysł są zmęczone i potrzebują obowiązkowego spoczynku, aby nie wypalić się od środka na wiór. Tak więc racja. Jedzenie jest cudowne. Kuchnia jest cudowna, magia jest cudowna. 
Buzia dziewczyny rozluźniła się. Zmarszczki między brwiami i wokół oczu zniknęły oddając Jolene wewnętrznego traconego uroku oraz przede wszystkim - niewinności. Niewinna dziewczyna, której wojna nie dotknęła i miejmy nadzieję, nigdy nie dotknie. W tych czasach zachowanie prawa do nie burzliwego życia trafiało się rzadko. Codziennie słyszała czyjś szloch po utracie. Puchońskie serce Jolene ściskało się od empatycznego bólu i bezradności, z której nie potrafi się wyrwać. Jak pomóc, kiedy samemu brak sił, a wewnętrzne światło przesłoniły chmury gradowe?
Jabłkowo- miętowa łyżeczka budyniu rozpłynęła się w ustach, swym gorącem rozgrzewając wargi Joe i nadając im wyraźniejszej barwy. Uchyliła powieki i co napotkała? Szczęśliwego Petera. Oparła brodę o rękę, aby móc bez przeszkód obserwować beztroskę wymalowaną na jego buzi. Pałaszował z zawzięciem i pasją wprawiając Joe w dobry nastrój. To miłe sprawić komuś przyjemność. Interesująca odmiana, skoro częściej napotykała smutek niźli rozluźnienie i proste szczęście z prostego jedzenia. Uniosła kącik ust, uśmiechając się pogodnie i spokojnie do starszego chłopaka. 
- Polecam się na przyszłość, Pet. W karmieniu jestem dobra, a więc jest mi miło. - przynajmniej tyle może zrobić i nie chodziło tutaj już o odwdzięczenie się Gryfonowi za drobną pomoc i oszczędzenie siedzenia na zimnej ławce w ponurym korytarzu nad książką pragnącą odgryźć czyjąś kończynę. Warto było go tutaj przyprowadzić pod byle pretekstem - wszak milej je się w towarzystwie, no i nie będzie musiała iść na oficjalną dużą kolację w Wielkiej Sali. Coś w niej pękało, gdy tam wchodziła napotykając przed oczami świeże wspomnienia popsutego balu. 
- Mruczenie kotów jest odjazdowe. Uzależniłam się od tego. Kot jako poduszka i usypiacz. Czasami nie wiem co ja bym zrobiła bez mojego Emanuela. - nie miała tutaj na myśli tylko grzania stóp, szyi czy czoła w przypadku gorączki, a również pomoc w licznych wizytach w Pokoju Życzeń. Dzięki nabytej umiejętności zrozumiała bardziej koty i zaczęła porozumiewać się z nimi w stopniu o wiele dokładniejszym i lepszym niż przeciętny człowiek. Nie oznacza to, że zrozumie kiedyś panią Norris. Nigdy. Ten kot... jest najzwyklej w świecie rozwydrzony i rozpuszczony i nie ma tutaj miejsca na bezinteresowną miłość do jego gatunku. Okropności.
Uśmiechnęła się jaśniej obserwując uważnie Peta obchodzącego się tak czule z widelcem. Przypomniała sobie o kakao, a więc upiła łyk, mrucząc przy tym - identycznie jak kot, ponownie. Niebo na ziemi, mały raj dla śmiertelnika.
- Czterdzieści, Pet. - poprawiła go, wszak dziesięć kotów więcej robiło różnicy. Westchnęła marzycielsko, pragnąc właśnie teraz skurczyć się do kocich rozmiarów i wtulić w człowieka, zamruczeć głośno, dać się podrapać i tak przysnąć. Nie wolno było jej jednak - sama nakładała sobie ograniczenia. Ograniczyła się do przymknięcia powiek i wyobrażenia sobie obiecanej puchatości w przyszłości. Mruczenie na pełnych obrotach.
Odłożyła miseczkę z do połowy zjedzonym budyniem i ochoczo sięgnęła po kanapkę z nutellą, brudząc od razu palce i usta czekoladą. Nie mogąc znaleźć więcej szczęścia u człowieka, samodzielnie produkowała endorfiny i jadła czekoladę. Przed snem dopadną ją wyrzuty sumienia, a teraz jeszcze może zapomnieć. 
- Masz rację. Koty łatwo się obrażają, dlatego ja już nie strzelam gaf przy nich. One rozumieją więcej niż można przypuszczać. - powiedziała z opóźnieniem, wpatrując się w kanapkę. Kanapki. Merlinie, dziękuję.
Zobacz profil autora
Harry Milton
avatar
Pracownik Szkoły
Data przyłączenia : 27/11/2014
Liczba postów : 383
Skąd : Sikilsdalshorn (północna Norwegia)

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Czw Kwi 30, 2015 6:57 am

Skrzaty domowe miały tę jedną wadę, że nie potrafiły trzymać się regulaminu jeśli do kuchni wkraczali goście. Przekonani o pustych brzuchach uczniów, starali się czym prędzej napełnić je nie tylko treściwym jedzeniem, ale przede wszystkim słodkościami uwielbianymi przez młodsze pokolenie. Milton stał przed gruszką wieńczącą drzwi prowadzące do tajnego pomieszczenia, niespiesznie rozglądając się na boki by sprawdzić czy wszyscy uczniowie znajdują się poza zasięgiem jego spojrzenia. Nie czuł wyrzutów sumienia wchodząc tutaj, z wyraźnym zamiarem wykonania niecnego planu związanego z wydostaniem kilku pysznych ciastek na szykujący się szlaban panny Dunbar. Obecność Katji była dla Harrego dziwnie istotna, dlatego chciał ugościć ją należycie – z szacunkiem i życzliwością – aby stała się częstszym gościem. Pomimo zaledwie kilku wymienionych listów poczuł dziwną sympatię do młodszej kobiety, z rozmyśleniem łaskocząc chichoczącą gruszkę.
Zanim uczniowie siedzący przy niskim stole zdążyli spostrzec nowego gościa, został on otoczony chmarą pięciu skrzatów domowych wyraźnie podekscytowanych nieznajomym. Harry posyłał im speszony uśmiech tak długo jak jego wzrok nie padł na dwójkę objadających się budyniem uczniów. Kątem oka widział, że jeden ze skrzatów wystraszył się go i schował pod szafką ściskając gąbkę do mycia naczyń, ale zrobił to co mógł zrobić najlepszego – zignorował.
- Panie Forrester – odezwał się z norweskim akcentem zniekształcając nazwisko chłopaka, mierząc go z mieszaniną rozbawienia i goryczy. – Po pannie Dunbar spodziewam się już wszystkiego, ale po panu niekoniecznie. – Ojcowskim tonem pogroził mu palcem, podbudowany wczorajszą rozmową z przyjaciółką i odnalezieniem rozwiązania dla kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znajdzie w przyszłości. Budując na nowo wizerunek życzliwego nauczyciela zastanawiał się pośpiesznie czy darować uczniom usunięcie punktów, podszedł do nich powolnym krokiem, na ile pozwalały mu skrzaty wpychające do kieszeni czekoladowe babeczki i kruche ciasteczka.
- No już, wystarczy, wystarczy… - próbował protestować, obserwując nagle posmutniałe oczy skrzatów, które zawahały się i odsunęly. Jeden tylko pośpiesznie wepchnął ostatnią babkę, a Milton usłyszał dźwięk kruszącego się ciasta. Posłał mu pobłażliwe spojrzenie, ostatecznie przystając przy stole zajmowanym przez uczniów.
- No dobrze, dokończcie posiłek spokojnie. Za nielegalne wejście do kuchni, Gryffindor straci pięć punktów, a pani Dunbar w trybie natychmiastowym pójdzie na odrobienie zalegającego szlabanu. – Pokiwał smętnie głową, starając się odebrać jak najmniejszą karę dla Petera. Chłopak był ambitny i nie wyglądał na obiboka, chociaż podczas zajęć nie był nadgorliwie aktywny. – Będzie miała pani okazję nadrobić zaległości związane z nieobecnością na zajęciach – dokończył myśl, wyciągając rękę po piernika stojącego na szczycie półmiska między uczniami. Najwyraźniej skrzaty nie wiedziały co to „koniec” i postanowiły utuczyć całą trójkę.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 15/09/2014
Liczba postów : 649
Skąd : Walia, osiedle Cardiff.

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Pon Maj 04, 2015 7:49 pm

Nic nie zapowiadało popsucia wieczoru. Kuchnia, gaworzenie skrzatów, ciepłe łakocie i pyszne dania. Kawalątek raju na ziemi. Joe rozluźniła się, uśmiechała sama z siebie, rozpogodziła się, jaśniejąc od miłego końca dnia. Nie sądziła jednakże, że stare przysłowie powtarzane przez babcię sprawdzi się akurat teraz. Nie chwal dnia przed zachodem słońca... 
Na widok profesora, tego profesora, Joe zerwała się na równe nogi, podrywając w górę dwa kielichy, z których wylało się parę kropel kakao. Zaschło jej w ustach. Poczuła się zdradzona przez skrzaty, tak chętnie obdarowujące Miltona słodyczami. Zapomniała na chwilkę, że stworzenia te kochały każdego, kto traktował ich miło. A przynajmniej większość z nich. 
- Pet jest niewinny! - odezwała się cicho, choć próbowała podnieść głos i zminimalizować ryzyko szlabanu i dla niego. Jolene pobladła gwałtownie i za nic w świecie nie chciała się ruszyć z miejsca. Szlaban. Żartował sobie! Teraz ma odrabiać szlaban? Nie mogą się umówić na jutro albo za pięćdziesiąt lat? Puchonka przełknęła głośno ślinę i zesztywniała nie chciała podejść w kierunku kuchni. Nie słuchała wymiany zdań między nauczycielem a Peterem, całkowicie pochłonięta zimnym lękiem oplatającym jej serce włochatą łapą. Błagała w myślach święte koty o ratunek. Każdy, byle nie Milton. Ostatnimi dniami nader ukochała sobie Filcha i bardzo chętnie oferowała siebie do szlabanu. Wszystko, aby nie musieć stanąć twarzą w twarz z Miltonem. Zerknęła na niego tylko raz. Napotkała chłodne, surowe oblicze i wiedziała, że tym razem nie ucieknie. Popchnięta przez Peta pozwoliła mu się wyprowadzić z kuchni, zaraz za nauczycielem. Bezgłośnie poprosiła go o ratunek, jednak na to było już stanowczo za późno. Zrozpaczoną i przestraszoną mimiką przepraszała Gryfona za kłopoty. Ponaglona przez nauczyciela, z oporem, z wielkim oporem i pojękiwaniem poszła za nim, niczym na skazanie. Odwróciła się raz i pomachała żałośnie Peterowi. Kto wie, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczą... czy Joe przeżyje dzisiejszy dzień, który został nazwany mianem beznadziejnego i straconego. Winę tego określenia ponosił tylko i wyłącznie pan profesor Milton. W jego towarzystwie Puchonce zrobiło się zimno; bardzo zimno.

[z tematu x 3]
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 832
Skąd : obrzeża Oban, Szkocja

PisanieTemat: Re: Kuchnia   Sro Cze 17, 2015 6:37 pm

Stop

Podróż sześć pięter w dół o dziwo udała się bez większych komplikacji – schody tylko raz postanowiły zmienić kierunek, ale większość czasu trwały w miejscu, jakby przeczuwały, że to jednak nie najlepszy moment, by spłatać komuś psikusa. Obierając nieco dłuższą drogę, Ben poprowadził idącą obok równym krokiem stażystkę po trasie, która pozwalała poznać położenie biblioteki (”Tak, możesz wynieść tyle książek, ile uniesiesz”), Skrzydła Szpitalnego (”Pani Pomfrey większość rzeczy wyleczy samym spojrzeniem”), opuszczonej łazienki dziewcząt („Nie zbliżaj się, chyba że chcesz ogłuchnąć na własne życzenie”), Wielkiej Sali („Stoły są podzielone na domy, nauczycielski stoi w głębi”) i wreszcie celu podróży. Osławionej, ukrytej w lochach kuchni. Rozglądając się dyskretnie, czy w pobliżu nie ma żadnego nauczyciela, Krukon zbliżył się do malowidła przedstawiającego misę z owocami i połaskotał gruszkę.
- Co do...! – zdążył tylko wydusić, gdy zamiast znajomego chichotu, marszcząca się gwałtownie gruszka zakaszlała jak stary gruźlik i nie wiedzieć jak (w końcu nie miała ust), opluła czymś zielonkawym i lepkim zabandażowaną dłoń prefekta. A można było uciekać.
- No naprawdę? Niedawno byłem zmieniać... – wymamrotał z mieszaniną frustracji i zrezygnowania, krzywiąc się w sposób który spowodował, że jego czoło przecięła siatka niekoniecznie atrakcyjnych zmarszczek.
- Normalnie tego nie robi tylko chichocze – rzucił w ramach wyjaśnienia do stojącej nieco z tyłu Hristiny, która dzięki dystansowi uniknęła oplucia bliżej niezidentyfikowanym paskudztwem. Westchnął bezgłośnie, naciskając klamkę, w którą zdążył zmienić się krnąbrny, malowany owoc i otworzył przejście do pomieszczenia buchającego ciepłem. Nie wspominając już o mieszających się ze sobą przyjemnych zapachach, które natychmiast zdawały się osiadać na skórze, tworząc  mięciutki kokon. Wraz ze zbliżającą się grupą skrzatów, które po prostu zawsze cieszyły się na widok gości, Ben manewrował ręką, by przypadkiem któregoś nie dotknąć i nie upaćkać obrzydliwym śluzem. Nie dość, że byłoby to co najmniej niezręczne, to przede wszystkim nieprzyjemne.
- Proszę bardzo, składaj zamówienie – szepnął rudej przy uchu, na moment pochylając głowę w jej stronę, po czym sam przywitał się z najbliższym skrzatem (Migotką, o ile dobrze pamiętał z poprzednich wypadów do kuchni) i zapytał, czy aby przypadkiem nie mają w kuchni choć rolki bandaża. Zaciągnięty ku niskiemu mebelkowi służącemu za składzik różnych rzeczy dziwnych oraz generalnie niepotrzebnych, zajął sobie miejsce tuż obok na podłodze, lewą ręką męcząc się z odwiązaniem supła zrobionego przy nadgarstku. Musiał sobie choć prowizorycznie zmienić ten ubrudzony brokatem i śluzowatym paskudztwem opatrunek – wystarczyło, że rany same z siebie nie chciały się za dobrze goić, nie musiał dokładać do tego infekcji. Na moment zapomniał o obecności panny Georgiew, choć i bez jego pomocy powinna sobie świetnie poradzić w towarzystwie uczynnych skrzatów. W końcu była dużą, wygadaną dziewczynką.

_________________



I'm the ocean, I'm the sea
                       there is a storm inside of me



Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Kuchnia   

 

Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-