IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Pub Upswing

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Pub Upswing   Sob 30 Cze 2018, 23:58



Pub Upswing


Właściciel: Krueger&Blais Ltd.

Dwupiętrowy pub jazzowo-swingowy położony jest przy jednej z węższych uliczek w magicznej dzielnicy, choć właściwie szyld widoczny jest już z głównej alei, tuż za załomem ceglanego muru. Na pierwszym piętrze poza stolikami i krzesłami znajduje się przestronny parkiet dla spragnionych tańca klientów oraz niezbyt duża, acz solidna scena, na której wieczorami na żywo grają doskonali muzycy. Drugie piętro z kolei przeznaczone jest dla gości lubujących się w grach hazardowych. Poker, ruletka, czy blackjack przyciągają tutaj wielu czarodziejów, którym brakuje w życiu odrobiny ryzyka, czy adrenaliny. Na górze można także zagrać w bilard.
Cały pub urządzony jest w gustownym stylu. Królują tutaj ciemne, drewniane i masywne meble, z obiciami w barwach przybrudzonej czerwieni. Ceglaste ściany, przyozdobione podobiznami światowej klasy artystów dodają temu miejscu klimatu. Na uwagę zasługują także bogato zaopatrzone bary znajdujące się na obu piętrach lokalu, przy których można raczyć się nie tylko czarodziejskimi wyrobami alkoholowymi, ale i mugolskimi trunkami. Zamiłowanie jednego z właścicieli, Franza Kruegera, do irlandzkiej whiskey sprawiło, że to właśnie ona znalazła się na pierwszym miejscu w karcie dostępnych procentów. Nie zabrakło jednak także miejsca na skrzynie francuskiego wina prosto z Prowansji, z rodzinnych stron drugiego ze wspólników - Daniela Blaisa.
Warto również wspomnieć, iż na parterze lokalu, za barem, poza zapleczem znajduje się także niewielka sala przeznaczona dla specjalnych gości Franza oraz Daniela. Śmietanka towarzyska powinna się w końcu bawić tak jak na nią przystało, czyż nie? Dlatego też w tajemniczym pomieszczeniu często toczą się przeróżne negocjacje biznesowe, nie do końca zgodne z prawem zakłady bukmacherskie, a po zamknięciu pubu można wziąć udział w nielegalnych pojedynkach, w których również czarodzieje mogą obstawić swojego zwycięzcę.

Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Pią 13 Lip 2018, 00:56


Rozmowa z Albusem w żadnej mierze nie dodała mu otuchy, nie przyniosła nowych rozwiązań, a raczej potwierdziła jedynie fakt, że wdepnął w bagno po same uszy. Tylko czy nie zdawał sobie z tego sprawy już wcześniej? Nie pragnął wypalonego na przedramieniu znaku, ale jego pragnienia tak naprawdę nigdy się nie liczyły. Poza tym, gdyby być skrupulatnym, można by rzec, że swym zachowaniem młody Krueger sam przyczynił się do takiego rozwoju wydarzeń. Wydawać by się przecież mogło, że zawsze stawał po tej jasnej stronie mocy, po odpowiedniej stronie barykady, a jednak w decydujących momentach przelewał krew, z czasem nawet bez większych skrupułów. Mógłby się do tego nie przyznawać, ale fakty mówiły same przez się. Był przesiąknięty kłamstwem i przemocą, a woń czarnej magii i szemranych interesów można było wyczuć od niego na odległość. Nie na tyle, by zamknąć go w murach Azkabanu – na szczęście zawsze był ostrożnym typem, który niczym szachista starał się przewidywać przyszłość co najmniej na kilka ruchów w przód. Wystarczająco jednak, by poczuć ciągnący się za nim smród, charakterystyczny dla kogoś, kto pozostawia za sobą wyłącznie truchło i zgliszcza.
Zapach śmierci odwiecznie komponował się z goryczą whiskey, więc nie powinno dziwić to, że od rana chodził struty, myśląc jedynie o kropli zbawiennego trunku. Z trudem przesiedział na niewiele interesujących go zajęciach, starając się przy tym nie zawieszać zbyt długo wzroku na sylwetce panny Vane. Jej obecność męczyła go jeszcze bardziej niż zrzędzenie wicedyrektorki, którą z chęcią częściej widziałby pod postacią tego futrzastego kota. I nie, widok Jasmine nie wprawiał go już w rozpacz… Chyba przestał o nią walczyć, jakby próbował sobie samemu uświadomić, że decyzja, jaką podjął była słuszna. Popadł w kompletny marazm i tylko interes prowadzony z Blaisem utrzymywał jego chęć do życia na tym przeciętnym, a przy tym bezpiecznym poziomie. Wcześniej to czarnowłosa potrafiła okiełznać jego przeklęcie trudny charakter, teraz potrzebował konkretnej dawki adrenaliny. Czegoś, co wpompuje w niego nowe pokłady energii i podgrzeje krew płynącą w żyłach. Czegoś, co sprawi, że jego serce uderzy gromem, a umysł oczyści z przeszywających po wskroś myśli.  
Propozycja Daniela była wodą na młyn, dlatego też kiedy tylko ujrzał jego sowę, nawet bez odczytania treści listu sięgnął do szuflady po swój pergamin, atrament i pióro. Następnie wyczekał do ciszy nocnej, by niepostrzeżenie wymknąć się z zamku. Nie chciał ściągnąć na siebie kolejnych podejrzeń, już i tak miał wystarczająco problemów na głowie.
Chłodny wieczór, leniwie opadające krople deszczu i zimny porywający wiatr. Powinien się cieszyć z tego, że znacząca część drogi, jaką musiał przebyć, prowadziła przez tunel. W rzeczywistości jednak pogoda niewiele go obchodziła. Dopiero jeden z silniejszych zrywów lodowatego powietrza sprawił, że chłopak poprawił swój czarny jak smoła płaszcz, skrywając tym samym śnieżnobiałą koszulę z gustowną kamizelką i dopasowanym do całości ubioru krawatem. Kwintesencja elegancji i snobizmu, do której przywykł już za małolata i którą do dnia dzisiejszego trudno było z niego wyplenić. Krew wyglądała przecież inaczej na koszuli, niźli na wyświechtanym swetrze.
Wreszcie przekroczył próg niedawno otworzonego przez ich drobną spółkę lokalu. Miejsca, w którym pierwszy raz od dawna poczuł się jak w domu i które szczerze pokochał. Było dla niego namiastką tego wszystkiego, czego podświadomie potrzebował od życia, a czego w chwili obecnej otrzymać nie mógł. A towarzystwo Daniela… jeżeli z kimkolwiek miało ochotę się zniszczyć, to trudno było znaleźć w tym kraju lepszego człowieka. Nawet winem potrafił upić się z taką gracją, że drugiego takiego ze świecą szukać. W dodatku był to chyba jedyny Francuz, którego Franz obdarzył tak wielką sympatią, bo co do zasady żabojadów nie lubił jak psów. Sam ten język doprowadzał go do szewskiej pasji, a jednak z Blaisem mógłby zaśpiewać i Champs Elysees, oczywiście po odpowiedniej ilości bursztynowego trunku. Albo nawet i tego czerwonego wina. Dobre towarzystwo nieraz potrafiło przekonać człowieka i do takich wyrzeczeń.
Poklepał Daniela po ramieniu i usiadł obok niego, od razu polewając sobie whiskey do jednej ze szklanek podanych przez barmana – jak gdyby wszyscy w tym przybytku rozumieli się bez słów. Po tym wyciągnął papierosa i najzwyklejsze w świecie, mugolskie zapałki, by odpalić swą narkomańską dawkę. Zaciągnął się mocno na tyle, by zabrakło powietrza w płucach. Dopiero, gdy wokół niego pojawiła się sporawa chmura trującego dymu, można było powiedzieć, że dopełnił swego rytuału.
- Wspaniała jak zawsze. – Odezwał się po raz pierwszy, kiedy w końcu posmakował irlandzkiej whiskey. Nie zapytał Daniela co u niego, nie zapytał jak idzie biznes. Zamiast tego odwrócił się tylko w stronę sali, opierając się łokciami o barową ladę. Rozglądał się po pomieszczeniu, z satysfakcją stwierdzając, że cieszą się znacznie większą klientelą. Pub powoli zaczynał przynosić zyski, a nie doczekali się jeszcze nawet realizacji innych planowanych przedsięwzięć. W końcu jazzowa muzyka, tańce do rana, czy partyjka pokera to nie był szczyt ich marzeń. Jeśli chciało się zostać kimś, należało mierzyć wysoko, a Franz od zawsze wysoko mierzył, ciągnąc za sobą przy tym Blaisa. Francuza, w którego wystarczyło tchnąć nieco ambicji, by ten pokazał, że spokojem, intelektem i sprytem przewyższa wiele szych w ministerstwie.
Degustacja dobiegła końca, a Krueger wychynął całą szklankę za pomocą jednego ruchu nadgarstkiem i odstawił ją na blat. Kolejną chmurę siwego dymu wypuścił w milczeniu, oczekując na to, co powie Daniel. Wyglądał na nieobecnego, poza tym – przysłał mu sowę, a to świadczyło raczej o tym, że na dnie tej, bądź kolejnej butelki kryje się coś więcej. Coś, przez co każdy z nich obudzi się jutro ze świdrującym bólem głowy i Saharą w przełyku.
Zobacz profil autora
Daniel Blais
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Pią 13 Lip 2018, 23:54

To był prawdopodobnie setny dokument jaki oglądał tego dnia, setny podpis jaki złożył na samym jego końcu, tysięczne stuknięcie krótkiego paznokcia o blat biurka. Przetarł zmęczone oczy, przerywając tym samym nieświadomie wystukiwany o mahoniowe drewno rytm pochodzącej z Jugosławii piosenki. W dni tak nużące i dłużące się jak ten, miał ochotę wyskoczyć przez okno i uciec stąd jak najdalej. Taka możliwość nie wchodziła jednak w grę z jednego prostego powodu – w Ministerstwie Magii nie było okien, a ucieczka przez drzwi nie byłaby aż tak satysfakcjonująca. Zerkał więc tylko na zegarek, w myślach odliczając minuty, które dzieliły go od opuszczenia przytłaczającego gabinetu odziedziczonego po ojcu.
Przed pubem Upswing pojawił się jakiś czas później i czym prędzej wszedł do środka, chowając się przed siąpiącym z nieba deszczem. Rozejrzał się po lokalu i z zadowoleniem stwierdził, że wewnątrz panuje niemały gwar. Wszystko było, jak mu się wydawało, w jak najlepszym porządku, pracownicy najwyraźniej wiedzieli co robią i wyglądali na zadowolonych. Niespiesznie podszedł do baru, rozpinając po drodze guziki szarego płaszcza, pod którym kryła się śnieżnobiała koszula przecięta czernią krawata i równie czarna marynarka. Widząc Daniela, barman od razu sięgnął po butelkę wina, ten jednak pokręcił energicznie głową.
— Ognista — rzucił, nie siląc się nawet na uśmiech, a po chwili odebrał szklankę wypełnioną bursztynowym płynem i podzwaniającą kostkami lodu. Oddalił się na zaplecze, gdzie rozsiadł się wygodnie, pozwalając sobie przy tym na ciche westchnięcie. Przeczesał włosy długimi palcami, pociągnął solidny łyk alkoholu i, kierowany nagłą potrzebą, pospiesznie wydobył papierosa z papierośnicy. Poluzował krawat i zaciągnął się mocno, a już po chwili pomieszczenie wypełniło się wonią dymu. Zastygł tak na dłuższą chwilę, pogrążony w swoich myślach, a szklaneczkę później wydobył z szafki pióro, atrament i kawałek pergaminu, pchany silną chęcią napisania wiadomości do osoby, której towarzystwa zdecydowanie mu dziś brakowało. Krueger, choć byli wspólnikami, z oczywistych względów nie był w stanie przebywać w pubie tak często jak Blais, ale dzisiejszego wieczoru postanowił go tutaj ściągnąć – miał bowiem ochotę wychylić jeszcze kilka szklaneczek, a ostatnimi czasy zbyt często pił w samotności. Po wysłaniu sowy przeszedł się po magazynie, kontrolując czy aby na pewno są przygotowani na weekendowy ruch, pokrzątał się jeszcze chwilę i wrócił na salę, gdzie usiadł przy barze. Zerknął na barmana, a już po chwili pojawiła się przed nim kolejna szklaneczka z ognistą i zwitek pergaminu, który musiał zostać dostarczony przed kilkoma minutami. Przetarł zmęczoną twarz, uśmiechnął się kącikiem ust i rozsiadł się wygodnie, od czasu do czasu zamieniając kilka słów ze stojącym za barem Michaelem. Czas mijał, alkoholu to ubywało, to znów przybywało, aż w końcu poczuł na ramieniu klepnięcie, na co, z papierosem w ustach, odwrócił szybko głowę, którą zaraz kiwnął, obdarzając Franza ledwo widocznym półuśmiechem.
— Hmm, skoro tak mówisz — mruknął, wypuszczając spomiędzy warg obłoczek dymu, po czym dopił tych kilka łyków Ognistej, które nadal znajdowały się w jego szklance i dał Michaelowi znak, by i jemu nalał irlandzkiej. Zazwyczaj nie zwracał na to większej uwagi, lepiej znał się na winie niż na mocnych trunkach, jeśli sięgał po whisky, robił to dlatego, że miał ochotę na coś mniej delikatnego, wszelkie subtelności smaku umykały mu jednak. Pociągnął kilka łyczków, a kiedy zobaczył jak Niemiec wypija powstrzymał się od cichego prychnięcia. Widocznie nie tylko on potrzebował się dziś napić, dobrali się idealnie, nie ma co.
—Wyglądasz jakby nie istniał odpowiednio mocny alkohol na dzisiejszy wieczór. — powiedział z niejakim rozbawieniem, a ruchem nadgarstka zamieszał bursztynowy płyn w wypolerowanym szkle. Przyglądał mu się, nawet nie siląc się na dyskrecję. — I możesz mieć rację. Może zamiast warzeniem eliksirów dobrze byłoby zająć się alkoholami... na pewno lepsze to niż Ministerstwo.
Skrzywił się i z pasją zgniótł papierosa w popielniczce, w której leżało już kilka petów dzielących podobny los. Cóż, nie dało się ukryć, że siedział tu już od dłuższego czasu. Zresztą było to widać również po nim samym – Franz dopiero zaczynał pić, ale Daniel był już po kilku głębszych.
— Jakieś problemy z wyrwaniem się z zamku? Powinieneś rzucić to w cholerę, jak najszybciej.
Na temat tego jak niewiele dawało ukończenie szkoły oraz w jaki sposób chłopięce marzenia zderzają się z rzeczywistością Blais mógłby rozwodzić się godzinami. Powstrzymał się jednak, nie chcąc już na wstępie zarzucić Kruegera swoimi rozterkami i wewnętrznymi problemami.
Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Sob 14 Lip 2018, 00:39

Skoro nawet Daniel narzekał na ministerialną, papierkową robotę, należało stwierdzić, że Franz tym bardziej by się do niej nie nadawał. Na pierwszy rzut oka ich obu cechował stoicki wręcz spokój, ale w przypadku niemieckiego czarodzieja demony częściej przebijały się przez grubą, ale z pewnością nie niezniszczalną, warstwę opanowania. Krueger rzadko wpadał w furię, ale kiedy to już nastąpiło, mało kto potrafił utrzymać go w ryzach. Nieraz on sam nie był do tego zdolny. Zdawał sobie z tego sprawę, podobnie jak i z wielu innych swoich wad, ale kto ich nie miał? Być może goryczą whisky i gryzącym, tytoniowym dymem podświadomie starał się zatruć w sobie wszystko to, co nie dało się pogodzić z wizją prawego człowieka wykreowaną latami przez społeczeństwo. A może po prostu czerpał z tych swoich rytuałów niewyjaśnioną, masochistyczną przyjemność. Nie wyglądał przecież na kogoś, kto nienawidziłby samego siebie, dla kogoś z zewnątrz sprawiał raczej wrażenie pewnego siebie czarodzieja ze sporą dozą bezczelności i nonszalancji. Takiego, który wiedział, czego chce od życia i dla realizacji swych celów gotów był złamać wiele zasad. Który był prawdziwy?
- A kiedykolwiek istniał? – Westchnął ciężko, spoglądając na Blaisa, choć na jego twarzy pojawił się nawet ledwie widoczny, subtelny uśmiech. Szybko znużyło go wodzenie wzrokiem za tańczącymi pannami, dlatego też kiwnął Michaelowi, by ten nalał mu kolejną szklaneczkę. Ponownie zaciągnął się przy tym papierosem, by wreszcie zgasić niedopałek w stojącej nieopodal popielniczce.  
- Gdyby to miało jakiekolwiek znaczenie, już dawno sączyłbyś denaturat. – Mruknął po dłuższej chwili, racząc się kolejną porcją irlandzkiej. W gruncie rzeczy ten gatunek whiskey był delikatniejszy od wielu innych, ale bukiet smaku ujął go już dawno temu, a każdy kto bliżej znał Franza wiedział, że jest on niewolnikiem swych własnych przyzwyczajeń. W końcu kto z czystokrwistych rodów odpalał fajki mugolskimi zapałkami?
- Sine Metu. – Odczytał charakterystyczne motto rodziny Jamesonów, które znajdowało się na każdej butelce jednego z jego ulubionych trunków, a w tłumaczeniu oznaczało mniej więcej „bez strachu”. Po tym zamilknął i odwrócił się znów w kierunku sali, a gdy stwierdził, że ciekawszych elementów wystroju nie przybyło, wreszcie obdarzył swym spojrzeniem rozmówcę. Choć język mu się jeszcze nie plątał, a i zachowanie nie wskazywało na żaden dramatyczny stan upojenia, tak Krueger znał Blaisa na tyle, że wiedział, iż nie jest to jego pierwsza szklaneczka. Zresztą potrzeba towarzystwa, wysłana sowa raczej potwierdzały jego podejrzenia – ten wieczór nie zakończy się zbyt prędko.
- Problemy? Niet probljema. – Odpowiedział spokojnym tonem. – Musiałem jeszcze coś załatwić. – Nie zamierzał wdawać się w szczegóły, chociaż dobrze wiedział, że połowa dnia spędzona na nudnych zajęciach przeminęła mu na przemyśleniu wszelkich wad i zalet stworzenia horkruksów. Rozmowę z Albusem mimo wszystko musiał zaliczyć do udanych. Niezależnie od tego, co by się stało, przynajmniej zyskał wiele istotnych informacji, a w tych czasach informacja kosztowała naprawdę wiele. Blais nie musiał o tym wiedzieć, podobnie jak o wielu innych, ciemnych zakątkach umysłu Franza. Niemiec wolał go trzymać z dala od śmierciożerczej braci, nie chcąc by ten wpakował się w jakieś tarapaty.
- Raczej długo tam nie zabawię. – Dodał jeszcze a propos swojego pobytu w szkole, ale i tej sprawy nie chciał zgłębiać. Prawdę mówiąc wolałby bowiem pozdawać wszystkie egzaminy. Nie stanowiły przecież dla niego żadnego kłopotu, a większość interesujących go przedmiotów prawdopodobnie zdałby bez wysiłku. Miał jednak świadomość tego, że coraz więcej spraw siłą rzeczy wypychało go poza mury Szkoły Magii i Czarodziejstwa, a porzucenie jakże zaszczytnego miejsca w tej renomowanej placówce pozostawało jedynie kwestią czasu.
- Jeśli trup ma się ścielić, proponowałbym się przenieść. – Franz sam postanowił wywołać wilka z lasu, skoro wilk ten nie kwapił się do wyjścia. Prawdopodobnie Daniel nie chciał od wejścia zasypywać go tymi wszystkimi rozterkami, przez które musiał wlać w siebie kilka głębszych. Tempo jednak wzrastało, a nie przystało im samym, jako właścicielom, usypiać przy barowej ladzie. Niemiec nie fatygował więc już Michaela. Zamiast tego sam sięgnął po dwie butelki whiskey, pokazując przy tym Blaisowi, że wszystkiego na raz nie zabierze, a szklanki jednak by im się przydały. Nawet podczas libacji należało przecież zachować jakieś pozory elegancji. Nie musiał mu oznajmiać, gdzie idą. Mieli przecież swoją własną salę, w której zresztą po chwili Franz zajął miejsce na jednej z drewnianych ław. Napełnił obie szklanki i jedną z nich postawił przed swoim bratem, a następnie wygodnie ułożył się na drewnianym oparciu.  
- Wielka szkoda, że nie przyprowadziłeś Alecto. – Rzucił z udawanym rozczarowaniem, upijając kilka łyków procentowego trunku. Poważny ton nie do końca maskował szyderczy charakter tej wypowiedzi, co zresztą było świadomym zagraniem. Cóż, przynajmniej nie on jeden miewał problemy z nagłymi porywami serca. Najlepiej byłoby podchodzić do życia beznamiętnie, a jednak emocje nad każdym nieraz brały górę, stając się przy tym największą słabością. Wiedział o tym jak nikt inny, miał doświadczenie, skoro sam wszystko spieprzył.
Zobacz profil autora
Daniel Blais
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Nie 15 Lip 2018, 02:05

Wzruszył lekko ramionami, zastanawiając się czy faktycznie ma to jakieś znaczenie. W gruncie rzeczy nie liczyła się moc, a ilość wypitego alkoholu, jeśli więc tego wieczoru zamiarem Blaisa było upić się do nieprzytomności, mógł to zrobić równie dobrze whisky, jak i kremowym piwem. Wystarczyło dużo uporu, a tego miał przecież aż za dużo. Mimo to, zamiast po wino, od razu sięgnął po mocniejszy trunek, a to nasuwało mu na myśl kolejne pytania. Może w wieczory takie jak te największą rolę grał smak danego trunku? Nie bez powodu sięgnął po whisky, miast jak zazwyczaj wychylić kilka lampek wina, a w gruncie rzeczy nie zastanawiał się nad tym wyborem nawet przez chwilę. Było to impulsywne, podświadome, natychmiastowe i zupełnie niezrozumiałe. Co nim kierowało? Dopasował gorycz popijanego płynu do swojego podłego nastroju? A może nieświadomie uważał, że wino jest dla niego alkoholem przyjemnym w smaku, umilającym nazbyt życie, a przy tym przywołującym przyjemne wspomnienia?
— Denaturat, hm? Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Sine Metu, jak sam powiedziałeś, powinniśmy go właśnie w taki sposób spróbować. — uśmiechnął się szerzej, choć była to reakcja nieco wymuszona. Głupie i nikomu niepotrzebne rozmyślania na temat sączonego alkoholu zepsuły mu nieco nastrój, a wszystko to przez wnioski, które nasunęły się nieproszone i zostały już w jego głowie. Co się stało z jego niepodważalną pewnością siebie? Z wiarą, że cokolwiek by nie robił, jest to dobry wybór? Każdego dnia patrzył w lustro i szanował się coraz mniej, rozpamiętując niepotrzebnie wszystko to, co uczynił i powiedział, a co z perspektywy czasu wydało mu się ogromnym błędem. A przecież najgorsze wciąż przed nim, to wszystko co działo się teraz było zaledwie wstępem do czegoś, co mogło go przerosnąć.
Słowa Franza wywołały w nim zaciekawienie, ale nie dał tego po sobie poznać, pozostawiając na twarzy maskę przyjaznej obojętności. Czasem odnosił wrażenie, że wcale nie zna go aż tak dobrze, że Krueger ma więcej sekretów niż Blais może się tego spodziewać. Nie zastanawiał się nad tym zbyt często, obawiając się, że gdyby drążył sprawę zbyt mocno, odkryłby coś, co zburzyłoby jego zaufanie do osoby, która była mu jak brat. Był jedynym, w którego ręce powierzyłby swoje życie, jedynym, któremu wierzył i chciał wierzyć.
Skinął głową, nie dopytując o plany chłopaka tak względem szkoły, jak i ogólnej przyszłości. Czas przecież wszystko pokaże, a on nie powinien nakłaniać go do rzucenia szkoły. Sam pozdawał przecież owutemy, sugerowanie młodszemu przyjacielowi, że nie jest to wcale taki świetny pomysł było zwykłym, tanim podpuszczaniem. Zresztą zganił się już za to w myślach, nakazując sobie większy rozsądek. Czasem lubił sam przed sobą udawać, że to on jest tym starszym-starszym bratem, choć oczywiście nijak miało się to do rzeczywistości.
— Trup powinien zacząć ścielić się tam częściej. I to nie nasz. Nie tylko.
Skupił swoją uwagę na szklankach, chcąc bez pomocy różdżki wylewitować je na zaplecze, ale osłabiona wypitym alkoholem koncentracja nie pozwoliła mu na ten popis umiejętności, będący jednocześnie ćwiczeniem – uniósł je na kilka centymetrów, a potem zadrżały niebezpiecznie, grożąc upadkiem i rozbiciem się na kawałki przy pierwszym fałszywym kroku. Prychnął z irytacją i chwycił je w ręce, podążając za nieco niższą od jego własnej sylwetką chłopaka na dobrze mu znane zaplecze. Tam położył szkło na stoliku, a sam zajął miejsce naprzeciwko Franza. W ten sposób wilk chwycił przynętę, pozwalając się wywołać bardziej jak głodne szczenię, aniżeli doświadczony myśliwy.
Spojrzał prosto w oczy swojego towarzysza i zastygł tak na krótką chwilę. Pozornie spokojny, niezwruszony, wewnątrz zawrzał na samo wspomnienie o Carrow. Starał się unikać myślenia o tej dziewczynie jak ognia, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Podniósł do ust szklaneczkę i przepłukał gardło, kupując sobie tym samym kilka ultonych sekund, które w gruncie rzeczy w niczym mu nie pomogły. Wyłapał tę szyderczą nutę i zupełnie nie wiedział jak powinien ją potraktować, tak samo jak nie potrafił się zdecydować na to jak powinien traktować samą Alecto. Zaśmiał się więc, udając, że rozmowa o Ślizgonce wcale nie sprawia mu problemu, a wręcz przeciwnie, bawi go nieco.
— Nudziłaby się tylko bez towarzystwa Jasmine. —  rzucił, nie zastanawiając się długo nad brzmieniem swoich słów, które dotarło do niego w chwili kiedy zamilknął. Nie wiedział jaki był zamiar Franza, kiedy wspomniał o blondynce, ale Daniel z pewnością nie chciał by zabrzmiało to tak ostro. Upił jeszcze łyczek ze szklanki i skrzywił się, nie wiadomo czy na smak trunku, czy na własne słowa. — Gdziekolwiek teraz jest i ktokolwiek ją tam zaprowadził, na pewno jest jej teraz lepiej.
Nie przeprosił go, używanie tego słowa nie leżało w jego naturze, uznał jednak za sprawiedliwe pociągnięcie tematu, który był dla niego na swój sposób upokarzający. To było jak kara. Z drugiej strony (nie ma się co oszukiwać) wypity alkohol skłaniał go do podobnych wyznań, podszeptując, że przecież rozmowa na temat byłych to właśnie to czego najbardziej teraz potrzebuje.
— Wspominałem Ci o naszym małym spotkaniu w cholernym Ministerstwie? Najwyższych lotów komedia. Zaprzyjaźniła się z pięknym chłopięciem, który pracuje na tym samym piętrze.
Wykrzywił usta w gorzkim uśmiechu i rozsiadł się wygodniej, popijając solidnie ze szklanki. Już sama myśl o Walkerze wzbudzała w nim gwałtowne emocje. Najbardziej denerwował go fakt, że zdążył go polubić zanim dowiedział się, że cokolwiek łączy go z Carrow. Teraz nie potrafił wykrzesać z siebie nawet najbledszej iskierki sympatii.
— Powinniśmy ruszyć z pojedynkami, wtedy starłbym mu ten uśmiech z twarzy. Poza tym nie uwierzę, że i Ty nie masz ochoty kogoś zlać.
Walka z pracownikiem Ministerstwa byłaby cokolwiek głupia, ale to nie docierało teraz do Blaisa. Wolał napawać się swoją wizją zwycięstwa nad przystojniaczkiem, wyobrażać sobie jak po podłodze leje się jego krew. A może to nie chodziło o Liama? Może potrzebował rozładować nagromadzone w nim i zazwyczaj skrzętnie skrywane emocje, a cel nie był w tym wypadku ważny?
Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Pon 16 Lip 2018, 00:31

Smak, historia trunku, kwestia przyzwyczajenia… to wszystko miało znaczenie, kiedy przydarzył się akurat ten dzień, w którym trzeba było się urżnąć jak zwierzę. Tym razem Franz był tylko biernym obserwatorem, który być może nawet z nutą wesołości spoglądał na wszystko to, co działo się wokoło niego. Z doświadczenia jednak mógł powiedzieć, że każdy, nawet najmniejszy szczegół potrafił zmienić istotę wieczoru, obrócić ją o sto osiemdziesiąt stopni. W przypadku Daniela zdecydowanie łatwiej było jednak określić jego intencje. Wystarczyło, by zrezygnował z wina… a podejrzenia już narastały. Przydarzyło się coś, co odciśnie piętno na jego psychice, co do tego Krueger nie miał nawet chwili zwątpienia.
- Przyjdzie dzień, w którym zabije cię twoja własna głupota. – Westchnął ciężko na wspomnienie o denaturacie. Nie sądził, by ktokolwiek zdecydował się pociągnąć ten temat, ale Blais… Blais był człowiekiem specyficznym, na swój sposób nieprzewidywalnym. Być może właśnie to Franz w nim lubił najbardziej. W każdym razie Daniel miotał się, prawdopodobnie nie chcąc zdradzać wszystkich zagmatwanych zaułków swojego umysłu, ale szczerze? Każdy kolejny krok pokazywał tę jego zanikającą pewność siebie, potwierdzał tylko to, że wydarzyło się coś, co nadszarpnęło jego stalowe nerwy. A niech każdy wie, że nerwy Daniela raczej trudno było nadszarpnąć.
W tym momencie plany niemieckiego czarodzieja co do kontynuacji jego edukacji w Hogwarcie niknęły w cieniu rozterek towarzysza, co dla niego akurat było dość sprzyjającym rozwiązaniem. Nie chciał mówić zbyt wiele o sobie, bo gdyby się zgłębić nad tym tematem, wszystkie drogi prowadziły do Voldemorta. Człowieka, którego Franz nie popierał, ale obecnie nie miał większego wyboru, musiał grać w tę grę, dokładnie odegrać swoją rolę, by jak najwięcej z niej wyciągnąć. Zawiązał współpracę z Drake’iem Vane’em, zawiązał współpracę z Dumbledore’em… wystarczyło, by ci jegomoście wiedzieli o jego powiązaniach. A czy kibicował którekolwiek ze stron? Sam nie wiedział, prawdopodobnie wolałby, żeby to Zakon świętował swoje zwycięstwo, tylko przez wzgląd na to, że dla niego samego byłaby to gwarancja spokoju. Prawdę mówiąc, nie chciałby w ogóle pakować się w ten konflikt, istniały dla niego ważniejsze sprawy na tym świecie, ale jednak… jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać tak jak one, czyż nie?
Krueger obserwował tylko zachowanie Daniela, jego nieudolną próbę przeniesienia szklanek za pomocą niezwykle prostego zaklęcia… Jednak miał rację, stan jego kolegi wskazywał na to, że już przed jego przybyciem alkohol lał się strumieniami. I pomyśleć, że jedna kobieta była zdolna do wytworzenia takiej wyrwy w jego sercu, do takich zniszczeń… Ah, czyżby znał to z autopsji?
- Zainteresowałeś mnie. Mów dalej. – Mruknął tylko, bo konflikty zawsze podburzały męską krew. Nie oszukujmy się, nawet jeśli chodziło o błahostkę, w umyśle nagle załączała się czerwona lampka, nadzieja na to, że wydarzy się coś interesującego. To był świetny sygnał dla kogoś, kto tak beznamiętnie zatracił się w nicości. Kto potrzebował adrenaliny na gwałt i chyba nie zważał już nawet na jej źródło… Tak, Franz… Niezwykle pokrzywdzony przez los, mógł teraz zgrywać boga, a i tak nie dało się zamaskować okrutnej prawdy. Spieprzył wszystko, nieważne jak bardzo altruistycznie nie próbowałby tego tłumaczyć.
Nawet jest próba nakłonienia Daniela do rozwinięcia tematu zakończyła się fiaskiem. Chłopak wiedział jak odpowiedzieć na jego zagrywkę, ba, pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak dobrze trafił. Precyzyjny strzał. Franz nie zawahał się jednak, cały czas utrzymując kontakt wzrokowy. Przełknął tylko głośno ślinę, spoglądając na swojego rozmówcę spojrzenie bazyliszka. Wszelkie emocje, które nim targały, kotłowały się wewnątrz, a chłopak walczył ze swoimi instynktami, by nie dać im ujścia. Te bitwę zwyciężył, ale wojna nadal wisiała w powietrzu, tak jak w przypadku Daniela i Alecto.
Na szczęście miał chwilę na to, by ochłonąć. To nie tak, że cała opowieść Daniela o niejakim panie z Ministerstwa Magii przeszła mu koło nosa… Nie, słuchał jej uważnie, choć wiedział, że jakakolwiek jego reakcja nie ma w tym momencie żadnego sensu. Czego by nie powiedział, ten chłopaczek przed nim, nadal będzie tkwił przy swoim.
- Z pojedynkami, mówisz? Zaproponowałbym teraz, ale co to za polowanie, kiedy zwierzyna jest już ranna… – Westchnął ciężko, spoglądając na swojego kumpla, który ewidentnie wyprzedzał go o kilka szklanic. Chciał jednak posłuchał całej historii, dlatego zaraz po tym zamilknął, oczekując na rozwój wydarzeń.
- Daniel, Daniel… – Pokręcił wreszcie głową ze zrezygnowaniem, a być może nawet pozwolił sobie na obdarzenie swojego towarzysza spojrzeniem z pewną nutą politowania. – Spokojnie, przyjacielu. Źle pochodzisz do tej sprawy. Przemoc to żadne rozwiązanie. – Dodał po chwili, podchodząc do swojego kamrata. Ba, złapał go nawet jednym ramieniem za szyję tak, że przyciągnął jego czoło do swojego. Bawiło go to? Można było odnieść takie wrażenie. Z drugiej strony… słowa, które mówiły o tym, że „przemoc nie jest żadnym rozwiązaniem” w ustach Niemca brzmiały raczej komicznie.
Franz złapał za szklankę whiskey, którą upił praktycznie ciurkiem, a zaraz po tym zaczął spacerować po pomieszczeniu, gestykulując do swojego brata tak, jakby tłumaczył mu nową regułę rządzącą tym światem.
- Przywalisz mu w ryj i myślisz, że co? Będzie ci lepiej? Musisz pomyśleć o tym, jak zniszczyć mu życie. Tak, żeby nie miał już nic więcej do stracenia, a śmierć jawiła mu się jako największe pragnienie. – Przedstawił swoją wizję, która jakkolwiek brutalna, nie mogła być uznana za nieskuteczną. Wymagała na pewno większej dozy poświęcenia, znacznie dłuższego czasokresu przygotowań, ale… czego się nie robi dla przyjaciół, co? W każdym razie ten temat należał raczej do dłuższych, a na konkretną strategię było dzisiaj chyba zbyt późno. Przynajmniej dla Daniela.
- Kobiety… – Rzucił krótko, co w jego języku miało oznaczać mniej więcej „serio? tak cię to dotknęło?”. Nie musiał dokładnie określać o co mu chodziło, wiadomo że była mowa o relacji z Alecto. Wielka miłość i tak samo wielkie rozczarowanie, jakby nie można się było tego spodziewać... Krueger wydawał się jednak niewzruszony. Uniósł tylko swoją szklankę, jakby w geście toastu.
- Nema vise sunca
Nema vice meseca…
– Zaczął nucić znaną im obu jugosławiańską pieśń, którą można było intepretować na wiele sposobów, a która akurat idealnie odpowiadała mu w przypadku zaistniałej pomiędzy panną Carrow a Blaisem sytuacji.
Zobacz profil autora
Daniel Blais
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Wto 24 Lip 2018, 23:32

Potrzeba adrenaliny i problemy z kobietami to niebezpieczna mieszanka, do tego należy dodać fakt, iż te dwie cechy w tym momencie łączyły ich ze sobą najmocniej. Stanowili wysoce niebezpieczny, nieprzewidywalny wręcz duet, obaj stali nad przepaścią, obaj grozili wybuchem o dużym polu rażenia, które mogło pochłonąć otaczających ich ludzi. Zabawne, z pozoru spędzali ze sobą mniej czasu niż w przeszłości, kiedy Daniel uczył się jeszcze w Hogwarcie, a jednocześnie przez niefortunne wydarzenia w ich życiach byli sobie bliżsi niż kiedykolwiek.
Faktem jest, że jakakolwiek reakcja Franza nie miała większego znaczenia podczas jego opowieści o Walkerze. To nie tak, że nie liczył się z jego zdaniem, że nie opowiadał tego głównie dlatego, że to właśnie Krueger był jego rozmówcą, a nikomu innemu nie powierzyłby tego sekretu. Mimo to mówił o tym głównie po to by zrzucić ze swoich barków ciążący mu bagaż frustracji i złości. Nie udało mu się to do końca — co prawda ulżyło mu nieco, ale wypowiedzenie tego na głos wywołało jeszcze silniejsze emocje, uwolniło agresję, która przejawiła się w brzmieniu jego głosu.
Słowa Niemca sprawiły, że wbrew wszelkiej logice w Danielu zawrzało przez moment, co objawiło się zaciętą miną zdającą się zwiastować najgorsze. Żartobliwa uwaga uraziła jego dumę bardziej niż powinna, co z pewnością spowodowane było alkoholem płynącym we krwi bruneta. Dokończył swoją opowieść ze świadomością, że zaraz wyzwie go na pojedynek. Był tego absolutnie pewny, właściwie miał ochotę sięgnąć po różdżkę bez dalszej zwłoki. Chciał zmierzyć się z Franzem, pokazać mu, że nawet jeśli jest w słabszej formie, pozostaje drapieżnikiem, nie uciekającym przez las zranionym jeleniem. Już prawie to powiedział, prawie rzucił mu tę nieszczęsną rękawicę, ale zanim zdążył otworzyć usta, Franz odezwał się do niego. „Przemoc to żadne rozwiązanie”, co? Dobre sobie. Prychnął pod nosem z miną sugerującą bardziej irytację, aniżeli rozbawienie. Po wypiciu stosownej ilości alkoholu zazwyczaj tracił kontrolę nad swoją maską, nieświadomie stając się bardziej czytelnym dla rozmówcy. Zielone oczy przez chwilę przymrużyły się złowieszczo kiedy wmówił sobie, że Niemiec drwi sobie z niego w najlepsze, ale cały chłód jakby z nich wyparował i ustąpił miejsca zdziwieniu, kiedy ten przybliżył się do niego w przyjacielskim geście. Wzorem przyjaciela sięgnął po szklankę i w dwóch dużych łykach opróżnił ją co do kropelki.
Nie wiedział czemu milczał przez cały ten czas, choć na usta cisnęło mu się tyle słów. Podświadomie wszedł w rolę młodszego brata, który chłonie każde słowo starszego, bardziej doświadczonego. Jeszcze kilka chwil temu było w nim tak wiele złości, z której Krueger najpewniej ledwo zdawał sobie sprawę, a mimo to pozwolił mu mówić, nie przerwał mu ani jednym słowem. Napełnił szklankę bursztynowym płynem, choć może nie był to najlepszy pomysł i objął ją dłońmi, wpatrując się w jej zawartość, kiedy ten krążył po pomieszczeniu. Początkowo nie zgadzał się z opinią Franza, chcąc sprać Walkera choćby teraz, zaraz. Po prawdzie Liam wcale nie był niczemu winny, wszedł w niefortunnym momencie, ale ta krótka chwila wystarczyła by Blais, spragniony nienawiści, przepełniony złością, której nie miał na kim wyładować, uznał go za wroga.
— Masz rację. — po tej chwili milczenia własny głos wydał mu się dziwnie obcy i nie na miejscu, naruszający swoim brzmieniem spokój zaplecza. Pociągnął łyka whisky żeby zniwelować chrypkę zniekształcającą jego słowa. — Zniszczę go. A potem łaskawie dobiję.
Nie miał, rzecz jasna, bladego pojęcia jak tego dokonać, ale sama świadomość, że zyskał nowy cel, do którego mógł dążyć, dodawała mu energii i napawała optymizmem. W ten prosty sposób Franz poprawił humor Daniela, i choć ten nadal miał ochotę komuś przywalić, nie był już tak spięty. Wyciągnął papierosa, nie wiedząc który to z kolei, a już po chwili z zadowoleniem wypuścił w powietrze chmurę dymu. Od razu poczuł się lepiej.
— Kobiety. — powtórzył po nim tonem, który bez wątpienia oznaczał, że zupełnie zgadza się z rozmówcą. — A co z Twoją kobietą? Jeśli nie Jasmine, może powinieneś pocieszyć się w ramionach jakiejś innej? Może rudej?
Łatwo mu było mówić, wiadomo. Mimo że własnoręcznie zakończył swój związek z Carrow, niszcząc wszystko co ich do tej pory łączyło, stronił od towarzystwa kobiet, które mogły od niego chcieć czegoś więcej. Potrzeby nie brały nad nim góry, choć nie wiedział jak długo jeszcze to potrwa. Czasem zastanawiał się czy wolałby w końcu pogodzić się ze stratą i ruszyć do przodu, czy pozostać absurdalnie wiernym kobiecie, która nawet nie była jego. I nie potrafił udzielić sobie odpowiedzi.
Zaciągnął się znów, a w tym czasie Krueger uniósł swoją szklanicę, rozpoczynając pieśń, którą obaj bardzo dobrze znali i nie raz nucili. Kącik ust uniósł się wbrew woli Daniela, wypuścił z ust dym i niemałą przyjemnością przyłączył się do przyjaciela.
— Nema tebe, nema mene
Niceg vise, nema joj.
Pokrila nas ratna tama
Pokrila nas tama joj.
Wyciągnął za nim i łyknął kilka małych łyczków alkoholu. Ciągnące się od dłuższego czasu sączenie trunku coraz mocniej dawało mu się we znaki. Zdawało mu się, że śpiewa jak zawodowiec, a tymczasem to żałosne wycie nosiło już pewne znamiona bełkotu.
— Eee, kurwa, chciałoby się wrócić do Jugosławii. Gdziekolwiek, byle dalej stąd. Mielibyśmy piękne Słowianki, alkohol i zero zmartwień. Franz, kurwa, jedziemy na wschód. Jutro. Tam też możemy mieć pub. — Z dużą dozą zdecydowania odstawił na stół szklankę, a towarzyszyło temu tak głuche stuknięcie, jak i rozlewający się poza ścianki alkohol. Z ust Daniela wyrwało się kolejne przekleństwo, a potem westchnięcie. — Pij, młody, pij, bo szlag mnie trafi, że sam się tak skurwiłem.
Zaśmiał się, patrząc na Franza i trochę chwiejnym krokiem ruszył z butelką alkoholu by napełnić jego szklankę.
Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Czw 16 Sie 2018, 22:22

Można było rzec, że to mieszanka wręcz wybuchowa, ale chyba taka była już kolej rzeczy. Mężczyznom mogło się wydawać, że są niezależni, że rządzą całym światem, podczas gdy większość czynili bądź to dla kobiet, bądź przez kobiety. Dawna domena Franza, jakoby uczucia były największą słabością człowieka, zdawała się teraz zbierać swoje żniwo. Wystarczyło się przecież do kogoś zbyt mocno przywiązać, by wszystko nagle poleciało na łeb i szyję. Jego muzą, ale jednocześnie i zmorą stała się Jasmine i chociaż nie mógł być pewien intensywności, jak i trwałości emocji targających jego dobrym druhem, tak dało się przypuścić, iż kimś zupełnie podobnym była dla niego Alecto. W istocie te więzi stawały się dla nich niebezpieczne. Z ich powodu znacząco tracili na ostrożności, a młody Krueger doskonale zdawał sobie sprawę z tego do jakiej tragedii może doprowadzić taki stan. Co gorsza, chyba nie potrafił w tym wszystkim odnaleźć żadnego złotego środka.
Chwilowo starał się przyćmić te wszystkie wspomnienia z panną Vane w roli głównej. Przy niej stawał się lepszym człowiekiem, to prawda, ale w sytuacji w jakiej się znalazł dobroć mogła ściągnąć go tylko na dno. Być może dlatego zgrywał kogoś wyzutego z uczuć, zbliżając się tym samym do przepaści. Pytanie brzmiało tylko: czy skoczy, czy może jednak będzie wiecznie balansował na krawędzi? W tym momencie naprawdę balansował, zważywszy na to, że zdołał doprowadzić swojego zwykle spokojnego przyjaciela do wściekłości. Wystarczyło mu jedno spojrzenie, by ocenić wrogie zamiary Blaisa, chociaż nawet z tą świadomością nie wyciągał zza pasa swojej różdżki. W rzeczywistości wcale z kumpla nie drwił, ale nie było dla niego wcale zaskakujące to, że Daniel zrozumiał jego słowa po swojemu. Ktoś inny zagrał mu na nerwach na tyle upierdliwie, że prawdopodobnie jakąkolwiek uwagę odczytałby jako atak na swoją osobę. Ale to jednak poczciwy Francuzik, czyż nie? Nim porwał się z pięściami na jedynego człowieka, który miał dzisiaj ochotę napić się z nim wysokoprocentowego trunku, sam polał sobie do szklanki i wpatrując się w bursztynową ciesz, postanowił jednak jeszcze raz, na chłodno, przeanalizować rady „starszego młodszego braciszka”. Wreszcie przyznał mu także rację, na co Franz uśmiechnął się tylko półgębkiem.
- No i teraz pokazałeś klasę. – Mruknął wreszcie w odpowiedzi i poklepał Daniela po ramieniu, jakby dodając mu tym samym otuchy w jego wielkim planie zemsty. Planie, którego i tak żaden z nich dzisiejszej nocy nie zdołałby zrealizować. Alkohol zaczął bowiem krążyć we krwi, upośledzając zmysły i zdolność przetwarzania przez mózg nazbyt skomplikowanych procesów myślowych. Krueger co prawda trzymał się jeszcze nieźle, ale po Blaisie było widać już pierwsze poważne symptomy upojenia. Dlatego też niemiecki czarodziej zrezygnował z dalszych dyskusji. Zamiast tego zasiadł z powrotem naprzeciwko swojego kumpla i poszedł w jego ślady, wyciągając papierośnicę. Płomyk ognia, głęboki wdech i znów chmura dymu, która  przyjemnie drażniła płuca. No i te kobiety… to słowo doskonale podsumowywało cały wywód Daniela, nie potrzeba było więc na siłę kontynuować tematu, rozdrapywać jeszcze świeżych ran. Niechaj krew zdąży jeszcze zakrzepnąć, nim Francuzik zacznie wybudzać w sobie lwa i rozszarpie na strzępy niejakiego amanta z ministerstwa. Franzowi nic do tego dopóki nie zostanie poproszony o pomoc. Takiej prośby póki co nie było, ale pojawiła się inna okazja, dla której to Krueger poczuł się w obowiązku wsparcia kumpla swym ramieniem. Nie byłby w końcu sobą gdyby w tak sprzyjającym momencie nie przypomniał mu pieśni, która towarzyszyła im praktycznie przez cały wyjazd do Jugosławii, pieśni przy której wypili prawdopodobnie hektolitry alkoholu… to wszystko zobowiązywało jak diabli, czyż nie?
- A ja se pitam moja draga
Sta ce biti sa nama?
– Zanucił po Danielu dalszy fragment, unosząc do góry szklankę i wznosząc toast. Słowa toastu nie były potrzebne, bo przecież rozumieli się bez nich, wyśpiewując swoisty hymn, choć faktycznie w przypadku Blaisa śpiew bardziej przypominał wycie zarzynanego wilkołaka. Ale nie o to przecież w tym momencie chodziło.
- A interes to sam się poprowadzi, co? – Pozwolił sobie zauważyć, a tym samym ostudzić pijackie zapędy towarzysza. – Chwilowo będziesz zmuszony przebiedować na wyspach przy whiskey. – Dodał zaraz, choć i jemu wakacyjne wspomnienia zawróciły w głowie. Wyjechałby, no pewnie, ale póki co nie mieli na to czasu. Na miejscu pozostawało jeszcze mnóstwo spraw do ogarnięcia, a biznes dopiero się rozkręcał, nawet jeżeli już przynosił całkiem niezłe zyski.
Uśmiechnął się jednak, słysząc jak Blais sam przyznaje się do tego, że się skurwił. Z grzeczności nie mógł zaprzeczyć – tak, Daniel naprawdę wyglądał jak siedem nieszczęść. Nie potrafiłby mu odmówić, dlatego wychynął jednym haustem całą szklankę. Jemu i tak nie mogła zaszkodzić. Zachował na tyle trzeźwy umysł, by zebrać jeszcze jakoś zwłoki przyjaciela do porządku i bezpiecznie odstawić go pod dom. Później pozostała mu jeszcze męcząca droga do Hogwartu, gdyż niestety na terenie szkoły nie dało się stworzyć działającego świstoklika. Przeklęty system zabezpieczeń…

zt. x2
Zobacz profil autora
Alecto Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Nie 19 Sie 2018, 20:46

Obserwowała z pozornym spokojem wirujący taniec niewielkiego płomienia dogasającej świecy stojącej na szafce nocnej. Mogłoby się zdawać, że ten walczy o ostatnie chwile przetrwania, zanim ostatecznie knot zatopi się w gorącym, rozlewającym się po dnie naczynia wosku. Ze znanym sobie wyczuciem przesunęła płynnym ruchem dłonią bliziutko nad ogniem. Na ścianie przemknął po cichu cień, znikając równie szybko, jak się pojawił. Ogień zawirował. Zmarszczyła lekko brwi, nie odrywała wzroku od, zdawałoby się, mimo wszystko rosnącego płomienia. Jej kącik ust uniósł się nieznacznie, z lekkim rozbawieniem, gdy pomyślała, że nawet taki mały płomyczek chce zawalczyć o jedną chwilę więcej. Jej szczupłe i blade ciało pokryło się gęsią skórką, gdy uświadomiła sobie, że tą resztką świeczki może być ona. Ona nią jest – resztką samej siebie. Uchylając lekko usta, dmuchnęła. Świeczka zgasła. Wydała ostatnie tchnienie. Taniec ustał, a w powietrzu uniosło się echo palącego się knotu.
Czas zawalczyć.
***
Radość. Odrobina strachu. Podekscytowanie? Na pewno miłość, uzupełniająca i łącząca to wszystko w jedną spójną całość, dodająca odwagi do kolejnego kroku. Każdy kolejny przybliżał ją do celu, który obrała będąc jeszcze w zamku. Zdążyła zapomnieć, jak to jest – iść ulicami Hogsmeade czując na twarzy przyjemny powiew delikatnego wiosennego wiatru. Zima powoli zaczęła ustępować, śnieg stopniał odsłaniając zielone połacie trawy, była z tego faktu niezwykle zadowolona, zupełnie jak pozostali uczniowie zmieszkujący zimne mury Hogwartu. Nie wyróżniała się niczym szczególnym – ubrana w wysokie szpilki, idealnie dopasowaną sukienkę i krótki płaszcz z szerokimi rękawami, przemierzała kolejne metry, rozglądając się spokojnie, ale czujnie dookoła. Mimo wszystko miała wrażenie, jakby była tu ostatni raz wczoraj, choć spotkanie z Castielem miało miejsce ponad tydzień temu. Wydarzenia ostatnich kilkunastu dni skłoniły ją ponownie do refleksji, zastanowienie się nad wszystkim, co związane z Danielem… jej uczuciami. Po raz kolejny – kierowana impulsem, głupią myślą, postanowiła wyjść mu naprzeciw.
Mijała kolejnych ludzi ignorując ich, podążała w tylko sobie znanym kierunku. Z którymś krokiem poczuła, jak samotne krople deszczu spadają na jej policzek, wraz z nią pojawiło się lekkie, rześkie powietrze, którym z lubością od razu wypełniła płuca. Ulica główna jak zwykle przepełniona była czarodziejami wszelkiej maści, jedni w pośpiechu pokonywali kolejne metry, inni zaś jakby w konstelacji przemierzali wolnym krokiem ulice. Ona sama zatrzymała się przed drzwiami pubu, którego szyld głosił „Upswing”. Wzięła głęboki oddech, po czym pewnie pchnęła dłonią drewniane drzwi wchodząc do środka. Od progu uderzył w nią zapach drewna pomieszanego z alkoholem i dymem papierosowym. Szła pewnie, dumnie wyprostowana, a kolejne stoliki znikały za jej plecami. Echo szpilek ginęło we wszechobecnym chaosie, jaki tu panował. Można by pomyśleć, że wszystkim braknie czasu, by zwrócić na nią uwagę, ale było odwrotnie. Wiele osób zdążyło zauważyć sunącą po lśniącej posadzce dumną królową otuloną w kontrastującą mieszankę czerni i beżu. Rozpuszczone blond włosy lekko podskakiwały z każdym kolejnym krokiem. Gdy dotarła do swojego celu – barowego kontuaru, usiadła na jednym z krzeseł, nadal nie wyzbywając się wyniosłej, nieco zbyt surowej miny.
Była piękna. Piękna – władcza i tajemnicza, a jednocześnie, w chwili gdy się uśmiechnęła była tak ujmująca, że gdyby poprosiła o twoje serce, dałbyś je jej na złotej tacy przyozdobionej płatkami róż. Biła od niej doza pociągającego niebezpieczeństwa, którego chyba nawet nie starała się zatuszować, a może nie była go po prostu świadoma?
-Poproszę lampkę półwytrawnego Laurier-rose, rocznik '63. – oznajmiła barmanowi, kiedy ten zwrócił na nią swoją uwagę, obserwując ją od dłuższej chwili. Czego oczekiwała pojawiając się w tym miejscu? Liczyła, że spotka Blaisa?
Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Czw 23 Sie 2018, 23:17

Wreszcie nadszedł dzień wolny od zajęć, monotonnych wykładów i łypiących na niego wrogim spojrzeniem członków grona pedagogicznego. Nie dało się ukryć, że znaczna część kadry nauczycielskiej w Szkole Magii i Czarodziejstwa nie darzyła Kruegera jakąś wyjątkową sympatią. Nie dlatego, że był złem wcielonym, przecież kiedyś nie było wcale tak tragicznie. Chłopak zdawał sobie jednak sprawę z tego, że w murach Hogwartu zbyt długo już nie zagości, a olewackim stosunkiem i wypiętą dumnie piersią przysporzył sobie ostatnimi czasy o wiele więcej upierdliwości ze strony czarodziejów z tytułem. Szczerze mówiąc niespecjalnie go to obchodziło, co poniektórych z nich jeszcze prędzej doprowadzało do szewskiej pasji. Pewne jasne światełka w tym belferskim tunelu, takie jak chociażby profesor Lacroix czy o dziwo Dumbledore, w tym momencie niestety na niewiele się zdawały. Jasne, miło było porozmawiać z kimś inteligentnym, myślącym nieszablonowo i niepróbującym robić przy tym swoim pupilkom prania mózgu, pokazując na każdym kroku, że właśnie ten przedmiot szkolny jest najistotniejszy i bez niego w życiu daleko się nie zajdzie. Mimo wszystko jednak przez większą część dnia w Szkole Magii i Czarodziejstwa Franzowi towarzyszyło uczucie wypalenia. Bo czymże była taka pogawędka w porównaniu z tym, co miało dopiero nastąpić? A skoro i tak pewne kwestie były nieuniknione, osiemnastolatek po prostu wolał mieć je za sobą, bo przecież nic nie dobijało człowieka tak mocno jak bezczynne czekanie.
No, może nie takie bezczynne, bo przecież nawet jeśli lekcje Ślizgon miał w głębokim poważaniu, tak na pewno nie zapominał o samorozwoju. Codziennie biegał, by zadbać o kondycję i zdrowe ciało… ze zdrowym duchem prawdopodobnie było znacznie gorzej, ale ten drobny mankament można było pominąć. Nauka nowych zaklęć, a także szlifowanie innych umiejętności magicznych stało się dla niego rutyną. Ponadto chłopak często opuszczał zamczysko, wałęsając się czy to po Hogsmeade, czy po alejach Nokturnu, zapoznając się z najnowszymi i najbardziej niebezpiecznymi towarami na rynku. W końcu nie tylko Avada Kedavra była śmiertelna… człowiek niezaznajomiony z tematem złapałby się pewnie za głowę, gdyby pojął jak wiele trucizn o podobnym skutku istnieje na całym świecie.
Tego popołudnia Franz także odwiedził miasteczko, które niewinnym kojarzyło się przede wszystkim z Miodowym Królestwem i Pubem pod Trzema Miotłami. Obowiązki, jak i kilka umówionych bądź nie spotkań sprawiło, że nawet nie czuł upływającego czasu. Dopiero, gdy zaczęło się ściemniać, szarpnął łańcuszek swojego zegarka i wyciągnął go z kieszeni, by spojrzeć na wskazówki. W bocznej uliczce było tak cicho, że bez problemu mógł usłyszeć tykający mechanizm. Decyzja sama zrodziła się w jego umyśle – czemu by nie wstąpić na szklaneczkę whiskey do Upswinga? Co prawda nie sądził, by tego wieczoru spotkał tam Daniela, przyjaciel wspominał coś o tym, że ma wiele spraw na głowie. Z nim na pewno byłoby ciekawiej, ale nawet i bez niego można było przecież zagrać partyjkę bilarda czy pokera. Krueger powłóczył więc nogami w kierunku ich zyskującego powoli sławę lokalu.
Kiedy przekroczył próg, do jego uszu od razu dobiegł przyjemny dla uszu dźwięk. Orkiestra grała, a ludzie oddawali się radosnym pląsom. Z piętra słychać było natomiast głośne krzyki tych, którzy prawdopodobnie nie mogli się pogodzić z tym, że przegrali kolejną pokaźną sumkę. Szczęk potłuczonego szkła, pewnie właśnie stracił kilka sykli, ale przynajmniej znowu czuł się jak u siebie… Wystarczyło jednak kilka kroków, by jego zainteresowanie przyciągnęła postać siedząca przy barze. Poznał ją z daleka i od razu stwierdził, że może to i lepiej, że jednak Blais nie pojawi się w Upswingu. Prawdopodobnie nie wyszłoby z tego nic dobrego, a on… chyba nie miał dzisiaj ochoty na wysłuchiwanie przedmałżeńskich awantur. Mimo tego znajoma twarz skłoniła go do odwiedzin baru. Po chwili znalazł się już obok panny Carrow, a gestem dłoni wezwał barmana. Widział kieliszek wina stojący przed Alecto, ale nie oszukujmy się, nie był aż takim znawcą, by rozpoznać dokładny gatunek i rocznik po kolorze.
- Podwójną na lodzie. – Przynajmniej zamawiając drinka dla siebie, nie musiał konkretyzować jaki trunek ma na myśli. Pracownicy zdążyli się już na nim poznać na tyle, by nie trzeba było im kolejny raz tego powtarzać.
- I dla tej pani to samo. – Łypnął wzrokiem na jej kieliszek. – Oczywiście na koszt firmy. – Dodał po chwili, odwracając spojrzenie w stronę siedzącego obok dziewczęcia, a na jego twarzy pojawił się nawet ledwie widoczny uśmiech. Cóż, w obliczu kobiecego piękna chyba nawet on nie potrafił pozostać w pełni niewzruszony. Nie miał żadnych złych intencji, choć i swatanie czy godzenie Alecto z Danielem zdecydowanie nie przeszło mu teraz przez myśl. Właściwie podchodził do Ślizgonki dość neutralnie, może z pewną nutą sympatii, bo przecież zwykle dogadywali się raczej bez większych przeszkód, a w tym momencie jej powiązania z francuskim chłopcem naprawdę obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg, czyli wcale.
- Szukasz Daniela? – Zagaił jednak odruchowo. – Raczej go dzisiaj nie będzie. – Po tych słowach odebrał od barmana swoją szklanicę i upił trzy szybkie łyki nim wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę papierosów. Poczęstował jednym swoją towarzyszkę, jak nakazywały od niego ramy etykiety, a następnie sam pozwolił sobie na tę trującą przyjemność, nieco dłużej zatrzymując chmurę dymu w płucach. Nie odzywał się zbyt wiele, w zasadzie odwrócił się, opierając łokciami o ladę i obserwował bawiących się w pubie ludzi. Przez moment miał nawet ochotę popuszczać kółeczka z dymu, ale kiedy pierwsze nie wyszło mu idealnie, zrezygnował z tego planu. Zawiesił za to swe spojrzenie na dłużej na jednej parze tańczącej gdzieś w głębi sali, przypominając sobie jak dobrze porozumiewał się na parkiecie z Jasmine. Utwór zaraz ucichł, ale wybrzmiały po chwili rytm kolejnej piosenki dla jego krwawiącego serca zwiastował osobiste piekło (link). Franz dopił swoje whiskey, po czym machnął dyskretnie na barmana. Nie musiał nic więcej mówić, bo chłopak wiedział, co ma zrobić – uzupełnić płyny. Po tym Krueger wyciągnął swą dłoń do Alecto.
- Zatańczymy? – Mruknął, zdawałoby się beznamiętnie, chociaż jego oczy zdradzały wielką gonitwę myśli i przeróżnych emocji. Z pewnością nie dało się z niego czytać jak z otwartej księgi, chociaż można było przypuszczać, że jego obojętny wyraz twarzy zaprzecza temu, co rozgrywa się w jego wnętrzu. Było w tym jego spojrzeniu coś tajemniczego, może nawet zawadiackiego i w jakimś sensie nieuczciwego, ale czy nie takie właśnie nęciły ludzi najbardziej? Elegancki do przesady, zniszczony do bólu, przyciągający niebezpieczeństwa niczym magnes…


Zobacz profil autora
Alecto Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Pią 24 Sie 2018, 20:28


Siedziała przy kontuarze baru trzymając w drobnej dłoni lampkę wypełnioną winem, długie palce oplatały wypolerowane szkło, które mieniło się pod wpływem lamp wiszących na kinkietach. Różowy płyn lśnił, swym kolorem przywołując na myśl płatki najpiękniejszej róży kwitnącej w ogrodzie pełnym kwiatów, która przykuwała wzrok, nęciła zapachem. Skosztowała, przyjemny smak drażnił kubki smakowe panienki Carrow pozostawiając nutkę goryczy na koniuszku języka. Obróciła głowę w stronę sali, która powoli wypełniała się spragnionymi alkoholu i dobrej zabawy ludźmi. W tle grała jazzowa muzyka, gdzieś ktoś się roześmiał, w innym końcu jakaś para kłóciła się, dźwięki brzęczących galeonów oraz rozmów wypełniały całe pomieszczenie, na próżno było szukać spokojniejszego kącika, gdzie zmęczony gość mógłby nieco odpocząć, zaczerpnąć tchu. Pub żył swoim własnym życiem, co wywoływało delikatny uśmiech na ustach blondynki.
Dobrze było odpocząć w rzeczywistości pełnym barw, muzyki i ludzi, mury zamku działały na nią przytłaczająco, czuła się niczym zamknięta w klatce, ograniczona przez szarą cegłę, czarne szaty, gdzieniegdzie przeplatane zielenią, czerwienią, błękitem czy żółcią. Przecież świat był taki piękny, kolorowy i leżał u jej stóp. Była młoda, miała wybór lub chociaż jego złudną namiastkę, nic więc dziwnego że postanowiła skorzystać z tego prawa. Odznaka Prefekta Naczelnego dawała jej dużo więcej możliwości niż zwykłym uczniom, wystarczył sfałszowany list od jej rodzicielki, niewinny uśmiech i oczy słodkiego niewiniątka, by mogła ten weekend spędzić w Hogsmeade w poszukiwaniu wrażeń, których wręcz pragnęła. Niebezpieczeństwo, igranie z ogniem, coś ekscytującego, co wyrwałoby ją z tej melancholii w którą wpadła.
Założyła nogę na nogę, sukienka blondynki uniosła się delikatnie do góry, ukazując mlecznego koloru, kształtne udo, wygładziła materiał, zsuwając go nieco niżej. Początkowo nie zdawała sobie sprawy, że ją obserwuje, wyłonił się spośród tłumu ludzi, w cieniu lamp i stanął tuż obok. Franz Krueger. Ogarnęły ją mieszane uczucia, serce zabiło szybciej, jednak po chwili wróciło do dobrze znanego sobie rytmu. Nie udawała zdziwienia jego obecnością w tym miejscu, doskonale wiedziała, że spotka jego lub Blaisa, albo co gorsza obu naraz. Nie była pewna, jak wiele Daniel zdradził Niemcowi o ich sytuacji, to i tak nie miała najmniejszego znaczenia. Nie przyszła tutaj ani dla jednego ani drugiego, była tu dla samej siebie.
Skierowała na chłopaka przelotne spojrzenie niebieskich oczu, uśmiechając się w geście podziękowania, kiedy zamówił dla niej kolejny kieliszek wina, jednak nie zabrała głosu, zamiast tego wróciła do kontynuowania swoich obserwacji. Nawet nie drgnęła gdy wypowiedział JEGO imię. - A co jeśli nie? Może szukam kogoś innego? – zapytała po dłuższej chwili patrząc mu wręcz wyzywająco w oczy. Nieugięta mina, wymuszony subtelny uśmiech, nienaganna postawa, miała w sobie ponownie tą władczość, z którą pokonywała połowę swojego życia. Nie było to widoczne, jednak z jakiegoś powodu poczuła ogromną ulgę, gdy wizja spotkania Daniela rozmyta została niczym sen, kiedy pierwsze dźwięki budzika rozbrzmiewały tuż przy uchu.
-Nie palę – mruknęła, uświadamiając sobie jak mało wiedział o niej Krueger, a ona o nim, choć przecież był chłopakiem lub też już teraz byłym jej przyjaciółki. Dym papierosowy i tak wypełnił jej płuca, drażniąc przy tym zakończenia nerwowe w nosie. Dopiła resztki wina znajdujące się w pierwszej lampce, która szybko zastąpiona została kolejną. Ślizgon skupił swoją uwagę na gościach pubu, dzięki czemu zyskała czas by mu się lepiej przyjrzeć. Nigdy nie rozumiała zafascynowania Jasmine właśnie nim, w mniemaniu Alecto w jego wyglądzie nie było nic pociągającego, co na dłużej zwróciłoby jej uwagę. Wtedy wyciągnął do niej rękę, którą delikatnie chwyciła, bo cóż niebezpiecznego było w tańcu?
Poprowadził dziewczynę na środek parkietu, kiedy pierwsze słowa piosenki rozbrzmiały. Jakby za sprawą magicznej różdżki pary które jeszcze niedawno wesoło pląsały po dębowej podłodze ustąpiły im miejsca. Przyciągnął ją delikatnie do siebie, sprawiając że dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się jego prawie, że czarnym oczom. Hipnotyzującym, skrywającym więcej uczuć niż wyrażał, surowy w obyciu, zdawał się właśnie w spojrzeniu skrywać wszystkie uczucia. – Jak ci się to udało? Jak się znalazłeś tu i to na takim stanowisku? – zapytała przerywając ciszę, która zapadła między nimi, rozglądając się po pubie. Nie różnili się wiekiem, a jednak z jakiegoś powodu Feranz zdawał się dużo bardziej panować nad swoim życiem, czerpać z niego garściami i dążyć do wyznaczonych przez siebie celów. A może były to tylko pozory?
Zobacz profil autora
Franz Krueger
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Sro 05 Wrz 2018, 17:37

Pokręcił głową z uśmiechem w odpowiedzi na komentarz Alecto. Czy jej wierzył? Trudno powiedzieć. Doskonale zdawał bowiem sobie sprawę z tego, że ludzie zwykli kłamać, w szczególności kiedy w grę wchodziły wszelkie wzniosłe i intensywne emocje. To czy młoda panna Carrow rzeczywiście przyszła tutaj w poszukiwaniu Francuzika było jednak tylko jedną niewyjaśnioną kwestią. Pozostawała jeszcze druga: co by się wydarzyło, gdyby jednak Daniel uraczył ją swoją obecnością? Czy prędzej rzuciłaby mu się w ramiona, czy raczej oboje rzuciliby się sobie do gardeł? Miłość i nienawiść odwiecznie się ze sobą przeplatały, a pomiędzy nimi tkwiła cieniutka granica, przez którą nieraz nie tak łatwo było ocenić intencje drugiego człowieka. I nawet jeśli Franz nie zamierzał dociekać, gdzie leży prawda (choć gdyby miał strzelać, powiedziałby pewnie, że gdzieś po środku), tak musiał przyznać, że słowa jego towarzyszki wraz z nad wyraz wyzywającym spojrzeniem wzbudziły w nim zainteresowanie, zaintrygowały go. Podobnie zresztą jak i powabne, pełne gracji ruchy dziewczyny, które ta sprezentowała mu w chwili, w której zaprosił ją na parkiet. Można by rzec, że znaleźli się w złym miejscu i o złej porze, a wszelkie znaki na niebie i ziemi sprzymierzyły się przeciwko Kruegerowi. Przywołujące wspomnienia dźwięki, obecność atrakcyjnej w sumie już nie dziewczyny, a raczej kobiety, a przy tym ta jej wcześniejsza, pełna interesujących sprzeczności reakcja na imię Daniela… To wszystko sprawiło, że w umyśle Franza zaczął się już rysować szatański i niewiele mający wspólnego z moralnością plan. Wieczór był przecież młody, a pewnie marnotrawiliby go dyskutując o wyższości transmutacji nad eliksirami, czy o innej nic nieznaczącej błahostce. Nic więc dziwnego, że chłopak zachęcony mimiką twarzy i mową ciała swej przyjaciółki, objął ją w okolicach talii, uszczuplając dzielący ich do tej pory dystans. Poczucie rytmu oboje mieli naprawdę dobre, i chociaż wcześniej nie mieli raczej okazji do wspólnego tańca, wydawało się że dogadują się naprawdę zręcznie, a dla postronnych najpewniej tworzyli wyjątkowo ładny obrazek.
- Smykałka do biznesu, szczypta charyzmy… – Niektórzy mogliby go posądzić o przechwałki, gdyby nie radosny uśmiech, który zwiastował zupełnie niepoważne zakończenie tej historii. – i majętny ród, wobec którego nie mam już żadnych zobowiązań. – Dokończył po chwili pół żartem, pół serio, bo rzeczywiście nie dało się ukryć, że odziedziczona w połowie przez Franza, a w połowie przez jego matkę spuścizna po ojcu, otwierała wiele możliwości. Krueger nigdy nie taił takich informacji. Po co, skoro takie kłamstewka i tak zwykle miały krótkie nogi? Gdyby nie skorzystał z tej fortuny, która „spłynęła na niego z nieba” najpewniej byłby idiotą, chociaż i tak uważał, że poradziłby sobie w życiu i bez niej. Inna sprawa, że tajemnicze okoliczności śmierci jego ojca rozbudziły także wiele plotek, co w jakimś stopniu dodawało pewnie biznesom Franza podejrzliwej dość otoczki.
Tak czy inaczej utwór dobiegł końca, a Niemiec delikatnie pociągnął Alecto w kierunku baru. Mogliby kontynuować te pląsy w wygrywanym przez orkiestrę rytmie, gdyby nie to, że w pubie zebrały się wyjątkowe tłumy, zrobiło się cholernie duszno, a przez to zupełnie zaschło mu w gardle. Zamówienie kolejnych drinków wydawało mu się więc bardziej rozsądnym rozwiązaniem.
Kiedy przed obojgiem pojawiło się uzupełnione szkło. Poza procentowymi trunkami barman postanowił jednak uraczyć jednego z właścicieli Upswinga czymś jeszcze. Wymownie wskazał bowiem Franzowi na sytuację mającą miejsce gdzieś w końcu sali, niedaleko wejścia. Rosły mężczyzna wstał od stołu, przeklinając na wszystko i wszystkich, zdecydowanie przekraczając przy tym jakiekolwiek dopuszczalne normy decybeli. A mówiąc prościej, kłapał mordą jak diabli, miotał się w amoku, uderzając przy tym jednego z pracowników lokalu. I o ile ci zwykle radzili sobie z tego typu zagrożeniami, tak niemiecki czarodziej po chwili zrozumiał dlaczego tym razem barman postanowił go zaalarmować i dlaczego nikt nie zajął się jeszcze nieco zbyt pijanym jegomościem.
- Urzędasy z ministerstwa. – Syknął pod nosem, kręcąc ze zrezygnowaniem głową, co prawdopodobnie miało być wyrazem przeprosin wobec Alecto. Franz opuścił ją bowiem na chwilę, udając się w kierunku niesprzyjającego wzrastającej popularności pubu wydarzenia. Niespecjalnie się do tego procederu przygotował, ba, właściwie nawet się nie bronił, co okazało się błędną decyzją. Gruba ryba z ministerstwa miała w głębokim poważaniu jego obecność, a już tym bardziej sprawowaną funkcję czy personalia. Ponadto facet może i był uchlany jak świnia, ale kłopotów z równowagą jeszcze nie miał, skoro bez problemu zrobił zamach i uderzył Kruegera w twarz. Tym razem to niemiecki czarodziej zatoczył się, łapiąc ręką za barową ladę. Nie spodziewał się chyba tak silnego uderzenia, ale z pewnością nie zamierzał pozostawać dłużnym. Mimo chwilowego zamroczenia szybko doszedł do siebie i odwdzięczył się pięknym za nadobne. Pierwszy, wyjątkowo siarczysty cios może i nie zwalił przeciwnika z nóg, ale dał Franzowi odpowiedni czas, by dopełnić dzieła. Nie trzeba było długo czekać, by sprawca tego zamętu pod naporem padł na ziemię, ale chłopakowi to nie wystarczało. Skopał nieszczęśnika niemiłosiernie, co nawet w przypadku obrony koniecznej, zdecydowanie uznane zostałoby za przekroczenie jej granic. Oj, zdecydowanie. Zdawało się, że Krueger kompletnie w tej furii odpłynął, ale ostatecznie złapał swoją ofiarę za poły marynarki i najzwyczajniej w świecie wyrzucił za drzwi. Ten, kto przyglądał się zdarzeniu we wszechobecnym chaosie mógł jednak dostrzec zza uchylonej lekko marynarki wystającą przy pasie Niemca mugolską broń palną. Franz zdał sobie z tego sprawę dopiero, kiedy ochłonął – wtedy poprawił i ugładził materiał, ukrywając swą niezbyt bezpieczną zabawkę.
Po tym wszystkim, jak gdyby nigdy nic, powrócił do Alecto, nie zauważając nawet, że z rozciętego łuku brwiowego sączy się strużka krwi. Samotna, karmazynowa kropla splamiła jego białą koszulę, ale i to kompletnie go nie obeszło. Adrenalina sprawiała, że nie odczuwał bólu, a szklanica whiskey najwyraźniej była dla niego ważniejsza. Prawdopodobnie do tej pory niczego nieświadomy ujął ją w dłoń i wychylił kilka łyków.
- Ryzyko biznesowe. – Skwitował sytuację dopiero po dłuższej chwili, kiedy zrozumiał, że pannie Carrow należało się choć słowo wyjaśnienia. I może nie było to jedno słowo, tylko dwa, ale trzeba było przyznać, że Krueger uciekł się do bardzo lakonicznych środków wyrazu. Wreszcie powrócił jednak spojrzeniem na twarz Alecto, jakby próbował wyczytać cokolwiek z jej oczu. Wyjątkowo pięknych oczu, których głębia zachęcała do bliższego poznania. A on… dzisiaj nie miał już chyba większych hamulców. Tęsknota za Jasmine wzięła nad nim górę, a adrenalina zamiast ująć jego nieposkromiony charakter w ryzy, stać się niejako lekarstwem wypełniającym pustkę w sercu, rozpaliła trudny do ugaszenia ogień. Mimo że nie powiedział póki co nic więcej, bez problemu można było dostrzec jego rozszerzone źrenice, spojrzenie zaś stało się o wiele bardziej przeszywające i nachalne niż wcześniej.

Zobacz profil autora
Alecto Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   Wto 11 Wrz 2018, 21:08

Franz Krueger. Obecny, czy też teraz już były chłopak jej najlepszej przyjaciółki. Przyjaciel i wspólnik w interesie jej ukochanego. Kim był dla niej? Enigma. Było to pierwsze słowo, które przychodziło jej do głowy, gdy jego postać znajdowała się naprzeciwko. Tajemnica skrywana w ciemnych oczach. Niebezpieczeństwo kryjące się za zasłoną zawadiackiego uśmiechu. W pewien sposób intrygował ją, było w nim coś pociągającego, jednak nigdy nie spojrzałaby na niego w sposób, w jaki patrzyła na Daniela. Była oczarowana sposobem w jaki prowadził ją po parkiecie, spodziewała się po nim wiele, jednak nigdy nie podejrzewała, że może być tak dobrym tancerzem. Czułą się jakby wirowała w powietrzu, tak lekka. Uśmiechała się do niego w sposób tak uroczy – na widok którego nie jeden mężczyzna chciałby zgrzeszyć. Brunet zmniejszył dystans dzielący ich ciała, co spotkało się z wyraźną aprobatą panienki Carrow. Muzyka wypełniająca powietrze niosła ich w tańcu. Blondynka wpatrywała się w niego zastanawiając, co mogą kryć jego myśli. Dopiero głos arystokraty wyrwał ją z dziwnego letargu, w który wpadła.
-Tego ci akurat zazdroszczę – skomentowała ostatnie wypowiedziane przez niego słowa, po czym zaśmiała się cicho, choć była całkowicie poważna. Ona mimo zatargu, w który za sprawą Blaisa popadła ze swoją rodziną, nadal miała wobec niech pewne zobowiązania. Nadal wymagali od niej posłuszeństwa. Dopóki nosiła nazwisko Carrow, nie mogła się od nich odciąć zupełnie, tak jak oni od niej. Dlatego poddawana była jeszcze większej kontroli niż jeszcze rok temu. Gdyby nie jej buntownicza natura zapewne już dawno uległaby pod naporem ojca, zupełnie jak Amycu. Po części blondynce było żal brata, mimo krzywd których sama doznała, choć przez chwilę mogła być naprawdę szczęśliwa. Nim piosenka dobiegła końca, a muzycy wygrali ostatnie nuty Franz ponownie skierował ich kroki do barowego kontuaru, gdzie na drewnianym blacie czekało na nich uzupełnione szkło. W geście podziękowania uśmiechnęła się do barmana, otworzyła swoją kopertówkę wyciągając z niej kilka pobrzękujących, złotych galeonów po czym wręczyła je mężczyźnie –To dla pana – oznajmiła z uśmiechem, a widząc jego minę oraz niepewne spojrzenie wymierzona w jej towarzysza poczuła się urażona –Nie przyjmę odmowy – dodała nieco ostrzej. Wydawanie pieniędzy, zwłaszcza tych należących do jej majętnego ojca przychodziło Alecto z niebywałą łatwością.
Koniec końców widząc jej zacięty wyraz twarzy barman zabrał monety chowając je do kieszeni kamizelki. Początkowo nie zrozumiała tych wymownych spojrzeń, jednak kiedy zerknęła w stronę, którą wskazywał mężczyzna za barem wszystko stało się jasne. Słysząc wyjaśnienie Franza skinęła na znak zrozumienia, odprowadzając go uśmiechem, kiedy poszedł rozwiązywać zaistniały problem. Sama skupiła wzrok na swojej dłoni zaciśniętej wokół lampki z winem. Nigdy nie lubiła bijatyk, z resztą odniosła wrażenie że nie powinna tam spoglądać. Różowa ciecz kołysała się obmywając przeźroczyste szkło w rytm ruchu jej ręki. W ostatnim czasie za dużo piła, a w dodatku alkohol choć miał zbawienny wpływ na emocje nią targające, przyczyniał się również do postępowania przez blondynkę w nieodpowiedni sposób. Likwidował wewnętrzny hamulec, który na co dzień trzymał ją w ryzach, wydobywał z niej uczucia, nakłaniał do rzeczy, które kiedyś nawet nie przeszłyby jej przez myśl. Dźwięk szuranych krzeseł, brzęk tłuczonego szkła, krzyki i nawoływania. Wszystko wskazywało na to, że miedzy właścicielem pubu, a jednym z jego gości nawiązała się walka.
Wszystko trwało zaledwie kilka minut, zaś Alecto odnosiła wrażenie, że chłopaka nie ma całą wieczność. Czyżby się martwiła? A przez ten stan rzeczy czas nagle wydłużył się niemiłosiernie? Tylko dlaczego? Przez wzgląd na jej relacje z Jasmine? Przez wzgląd na Daniela? A może po prostu nie było w tym ukrytego większego sensu. Na próżno doszukiwała się więc odpowiedzi. Poczuła czyjąś obecność, oderwała spojrzenie od kieliszka, by zobaczyć kto zakłóca jej spokój. Franz. Otworzyła szerzej oczy zdumiona jego wyglądem. Wymięta koszula, naderwana kieszeń spodni, a tym co najbardziej rzucało się w oczy był rozcięty łuk brwiowy, z którego sączyła się krew. Serce dziewczyny zamarło na krótką chwilę, choć on wyglądał tak jakby zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Wstała gwałtownie z miejsca, dłonią drżącą z przejęcia dotknęła okolic krwawiącego miejsca. –Musimy t opatrzeć- oznajmiła, kierując swój wzrok na jego oczy, które teraz spoglądały na nią nachalniej niż chwilę temu, jakby próbował odczytać jej myśli. –Gdzie jest jakaś apteczka? – zwróciła się do barmana, który bez wahania wskazał jej ciemnobrązowe, ciężkie drzwi. –Chodź ze mną – zarządziła, śmiało chwytając dłoń Ślizgona, po czym oboje zniknęli.
Zatrzask w drzwiach zamknął się wypełniając swoim dźwiękiem pomieszczenie. Mimo wrzawy panującej tuż za ścianą było tu cicho i bardzo przytulnie. Na środku pokoju stała niewielka ława ze zdobionymi nogami, które kształtem przypominały węże gotowe do ataku, na nich opierał się szklany blat. Tuż przy niej sofa oraz dwa fotele z obiciami w kolorze zieleni, przeplatanymi złotymi nitkami. Po lewej stronie znajdowało się ciężkie, mahoniowe biurko z tylko jednym krzesłem, za nim na ścianie wisiał zegar z kukułką. W pokoju panował półmrok, ale wcale nie taki, który powodował to dziwne uczucie, a włosy jeżyły się na karku, wręcz przeciwnie, dodawał temu miejscu uroku. –Usiądź - poprosiła, sama rozglądając się za apteczką, ujrzała ją dopiero po chwili. Wróciła do chłopaka, siadając obok z małą, drewnianą walizeczką w szczupłych dłoniach. –Musisz zdjąć koszulę – dodała patrząc na niego nieco niepewnie. –Jest cała poplamiona krwią – pospieszyła z wyjaśnieniem, kiedy spojrzał na nią w tak intensywny sposób, przez co odniosła wrażenie, że w jej ustach zabrzmiało to dwuznacznie. Przygryzła dolną wargę.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Pub Upswing   

 

Pub Upswing

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Inne Magiczne Miejsca
 :: 
Hogsmeade
 :: Ulica Główna
-