IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Szatnia Krukonów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Dorcas Meadowes
avatar

PisanieTemat: Szatnia Krukonów   Sob 15 Lut 2014, 17:52



Szatnia Krukonów


To tutaj odbywają się najważniejsze narady Ravenclawu przed meczem! Cała drużyna skupia się na tym co ma do powiedzenia kapitan.
Na ścianach wiszą szafki na strój i sprzęt, gdzieniegdzie plakaty sławnych drużyn Quidditcha, nie mogło także zabraknąć oznaczeń domu Roweny. Pod ścianą stoją ławki, na których odpoczywają zmęczeni zawodnicy. Należy uważać, aby przypadkiem nie zahaczyć o jakąś chwilowo porzuconą miotłę lub treningowego kafla.

Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Czw 03 Gru 2015, 23:17

Można by się spodziewać, że prowadząc stosunkowo intensywne życie zawodowe juniorki Srok z Montrose swój wolny czas - wolny od latania, nauki czy wszystkiego tego, co wiązało się z życiem siedemnastoletniej uczennicy - powinna spędzać z dala od książek i z dala od miotły. Bo ileż można? Pogodzenie kariery w Hogwarcie z tą na stadionach do quidditcha było trudne, bardzo trudne. Ciągle była w drodze, bo przecież nie mogła jeszcze korzystać - nie mogła i nie umiała - z ułatwiającej podróżowanie teleportacji. Jeśli więc miał jej kto w tym pomóc, to jasne, korzystała, jeśli jednak nie - pozostawał jej pociąg, świstoklik czy cokolwiek innego. W efekcie miała życie w strzępkach, gdzie każdy element musiała jakimś cudem dopasować do pozostałych, które wcale połączyć się nie chciały. W takiej sytuacji logicznym by było, że w sytuacji dnia wolnego - czy prędzej godziny, bo cały dzień to jednak bardzo dużo czasu - po prostu cały dostępny czas przeleżałaby w łóżku, opychając się przy tym obrzydliwie słodką czekoladą. Tak robią normalni ludzie, nie? Wykorzystują pozbawione zobowiązań minuty na jakieś dodatkowe aktywności, których nie mogą praktykować normalnie, między wszystkimi swoimi obowiązkowymi zajęciami.
Faulkner jednak taka nie była. Od momentu odkrycia quidditcha, lot był jedyną jej ucieczką, azylem chroniącym ją od wszystkiego. Latanie dla Srok nie było dla niej pracą, a spełnieniem marzeń, podobnie też przynależność do reprezentacji Ravenclawu. Nie patrzyła na to wszystko jak na obowiązek, biorąc więc to pod uwagę, łatwo było zrozumieć, że wolny czas Holenderki także równał się czasowi spędzonemu na boisku.
Teraz nie było inaczej. Wolne, względnie pogodne popołudnie znaczyło dla niej tylko jedno - miotła, lot, manewry. I Enzo, oczywiście, bo jak to tak bez niego?
Od pamiętnego zerwania na watykańskim placu minęło już trochę czasu, czasu, który paradoksalnie udało im się spędzić w przyjaźni. Naprawdę, zmieniło się po prostu to, że od tamtego dnia ze sobą nie sypiali, nie wkładali sobie rąk pod ubrania. Wszystko inne było... Cóż, przynajmniej pozornie było po staremu. Śmiali się razem, pili, palili razem, robili niemal wszystko to, co przedtem jako para. Niemal.
W każdym razie, w quidditcha też grali razem. Pomijając fakt przynależności do jednej drużyny, sama Audrey po prostu lubiła ich treningi - bez całej reszty ekipy, tylko we dwoje. Odkrywanie nowych możliwości manewru, szlifowanie swego refleksu i szukanie sposobów na bycie jeszcze szybszymi i lepiej zgranymi sprawiało Faulkner niemal dziecięcą radochę. Nie umiała z tego zrezygnować i, paradoksalnie, nawet wtedy gdy była fizycznie zmęczona często najlepiej odpoczywała właśnie na boisku. Właśnie z Enzo.
To, co działo się potem, to też był standard, jeden wypracowany już kilka lat temu rytuał. Niespieszny powrót z płyty, zadbanie o bezpieczeństwo mioteł - były ważne i to one miały pierwszeństwo, najpierw więc pielęgnacja latadła, dopiero potem oni sami - prysznic, nowe ciuchy, w międzyczasie jakieś mniej lub bardziej zobowiązujące dyskusje. Oczywiście, kiedyś prysznic bywał wspólny a i przebieranie wiązało się często ze swego rodzaju kooperacją, poza tym jednak wszystko było tak, jak kiedyś. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Teraz więc, mając za sobą trening dość intensywny, Audrey nawet nie zastanawiała się, co ze sobą zrobić. Rozpromieniona wróciła do szatni, ostrożnie odłożyła Nimbusa i obejrzała się na Romulusa, w międzyczasie zgarniając z twarzy rozwichrzone kosmyki włosów. Mroźna aura wywołała na jej policzkach rumieńce, które pogłębiły się tylko wskutek ekscytacji samym lataniem.
- Nie wiedziałam, że jesteś aż tak szybki - rzuciła uznaniem. Dzisiejsze ćwiczenia wyraźnie pokazały, że Enzo jest w stanie wykręcić na miotle nieprawdopodobną ilość manewrów obronnych, mających uchronić innych zawodników od niesympatycznego tłuczka. To, co robił sam chroniony nie miało przy tym większego znaczenia - Audrey bardzo starała się zbić dzisiaj Romulusa z tropu, uciec mu, wystawić na próbę wszystkie jego zdolności, ale niewiele to dało.
Z westchnieniem odwróciła się od przyjaciela i bez wahania dobrała się do guzików sportowej szaty. Przebieranie się w towarzystwie Włocha nie było dla niej problemem ani kiedyś, ani teraz. Przez myśl jej też nie przeszło, że coś takiego może być nie w porządku wobec chłopaka - od czasu zerwania Enzo nigdy nie dał jej powodu, dla którego miałaby tak pomyśleć. A Faulkner była przecież egoistką, sama z siebie nigdy nie domyśliłaby się, że może wystawiać chłopaka na jakąś próbę. Nie i już.
Bez wahania pozbyła się więc szaty i, już w samej bieliźnie, przeciągnęła leniwie, w kilku krokach zmierzając w kierunku łazienki. I w całej tej zupełnie zwyczajnej sytuacji nie przewidziała jednego - jej ciało zdobyło kilka nowych, nieznanych Romulusowi blizn. Te pierwsze, jeszcze z czasów sierocińca doskonale znał, ale kolejne... Faulkner szybko przeszła nad nimi do porządku dziennego, stąd w tej chwili nie zastanawiała się nawet, jakiej reakcji powinna się po Enzo spodziewać.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Pią 04 Gru 2015, 02:11

Od czasu zerwania w Watykanie wszystko się zmieniło jednocześnie pozostając takie samo. Nadal ją kochał, z dnia na dzień uświadamiając sobie to coraz bardziej i coraz boleśniej, ale nigdy tego nie powiedział. Miał nowe znajomości które dawały mu seksualne zaspokojenie nie oczekując w zamian nic więcej. I tak nie był w stanie zapewnić im tego "więcej". Z Dunką (prawie jak Danką-przyp. red.) wciąż spotykał się na boisku i poza nim, a potem zawsze odprowadzał wzrokiem jej nagą sylwetkę jak gdyby nigdy nic się nie stało. Kiedy pojawiła się Blake... to tak jakby naprawdę nic się nie stało. Był Puchonką wyraźnie zafascynowany. Oto znalazł idealną pochwę dla swojego miecza. Uhum. Tak. Wszyscy już wiemy jak to się skończyło. Pochwa okazała się być zwykłą sakwą która jak widać pasuje do każdego. Jednak na miejscu Blake już była nowa fascynacja. Nie osądzajmy go. Jest tylko siedemnastoletnim chłopcem który częściej używa ptaszka niż fistaszka, bo w takiej formie na pewno był jego mózg ukryty gdzieś tam pod burzą ciemnych włosów. Teraz kręcił go jedynie tyłek Jasmine. Jego myślenie było czysto monogamiczne jeśli w grę wchodziło coś więcej niż zaliczenie. A to było coś więcej. Nie dało się też ukryć, że chciał zapomnieć. Nie chciał kochać Audrey. Nie zasłużyła na niego... A przynajmniej tak sobie wmawiał od dwóch lat z kawałkiem. I nie rozpamiętywał, bo to bolało zbyt bardzo aby jakkolwiek kiedykolwiek się do tego przyznać.
Był teraz dużym chłopcem. Dużym chłopcem którego niezbyt cieszą słowa, że "jest aż tak szybki", ale mimo to zaśmiał się lekko i wyszczerzył radośnie. W tym przypadku to akurat komplement. W jej ustach całkiem spory.
- Jestem zawsze gotów Ci o tym przypomnieć, Drey - puścił jej oczko po czym zrobił dwa długie susy i znalazł się przed nią i otworzył jej drzwi zginając się teatralnie w swoim stroju do gry, który bardziej przypominał zbroję niż cokolwiek innego. Szybko wyczyścił swoją miotełkę i bez słowa wstał zaczynając się rozbierać z tego ustrojstwa. Jak dojdzie do prysznica pierwszy nie będzie musiał czekać aż ona skończy. Przynajmniej taki był plan. Jednak ona nie miała na sobie tego wszystkiego co ochrania przed spotkaniem pierwszego stopnia z tłuczkiem. Wystarczyło, że rozpięła guziczki, odwiązała tu i tam jakąś tasiemkę i już mogła zająć miejsce pod strumieniem ciepłej wody która była ciepła... dokładnie na jedną osobę. Widząc jak zaczyna rozpinać guziki zwiększył tempo i odrzucał jedynie na bok żelastwo, ale nie... Spodni nie zdążył ściągnąć, a ona już była naga. Naga i obca. To nie jej ciało. To nie ciało które znał, a dotychczas tkwił w przeświadczeniu, że zna je doskonale dobrze.
- Czy Ciebie do reszty popierdoliło? - nie musiał krzyczeć. Byli tutaj sami, a przecież spokój najbardziej na nią działał. Chociaż nie był spokojny. Nie mógł być widząc tyle nowych miejsc w których jej skóra niedawno się zasklepiła. To wszystko było świeże. Poczuł się tak jakby ktoś przywalił mu obuchem w sam środek żołądka. Pierwszy raz w tym miesiącu, ale tylko dlatego, że Blake puściła go kantem w poprzednim. I nie, nie zamierzam o tym łatwo i szybko zapomnieć. Wybacz, Blackwood- nadal serduszko robi mi smutno pik pik z tego powodu. Nie mniej jednak czuł się równie źle. Podszedł bliżej i obrócił ją tak by móc lepiej widzieć. Szorstko, bez żadnych czułości. Opuszkami palców sprawdzał głębokość i twardość nacięć. W jego ocenie były świeże.
- Kto? Jak? Po co? Dlaczego? I nie okłamuj mnie - ręce położył jej na ramionach czując pod opuszkami ramiączka jej stanika które nieco zbyt mocno wbiły się w jej skórę, co bez większego zastanowienia skorygował przesuwając jej nieco bliżej zewnętrznej części ramion Krukonki. Czuł się jak jeden z większych przegranych. Zawsze robił wszystko żeby ją ochronić, a teraz... Teraz wyglądała jak pieprzona mozaika. Nawet został pałkarzem, chociaż nigdy go to specjalnie nie kręciło, bo zawsze chciał być szukającym. Znaczy... na początku. Teraz już bycie pałkarzem było czymś czego nie zamieniłby na żadną inną pozycję. Ale kiedyś? Kiedyś o wszystkim nieświadomie decydowała ona. Pieprzona Mozaika. Wpatrywał się nią swoimi prawie czarnymi oczyskami, a linia żuchwy była wyraźnie podkreślona, bo w przypływie wściekłości Enzo zacisnął mocno zęby. I oddychał przez nos tak, że nozdrza mu się rozszerzały trochę śmiesznie, a trochę przerażająco. I nie trzeba wielkiego geniuszu żeby widzieć jak bardzo jest zły. Jednak trzymał ją normalnie. Ostrożnie. Tak żeby nie mogła mu się wymknąć, a jednocześnie nie naruszając aż tak jej strefy prywatnej. O ile można naruszać strefę prywatną osoby w bieliźnie samemu mając na sobie jedynie portki. Jednak brak ubrań nie stanowił dla niego jakiegokolwiek problemu. Widzieli się zarówno w nich jak i bez nich wystarczająco dużo razy by wstyd zakopać głęboko pod ziemią.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Pią 04 Gru 2015, 18:31

Nie miała pojęcia, jak wyglądało to ze strony Enzo. Była przekonana, że nad wszystkim przeszedł do porządku dziennego, tak jak ona. Miała prawo tak myśleć, prawda? Wtedy, w Watykanie, zareagował zupełnie inaczej niż się spodziewała. Później też w zasadzie nie było powrotu do tematu, wspólne życie dość gładko przeszło do historii. Było, nie ma - szybkie i łatwe rozwiązanie wyjaśniające sytuację. Gdy ochłonęła już po pierwszym, naprawdę dużym zaskoczeniu (spodziewała się, chciała scen, do cholery!) i urażonej dumie doszła do wniosku, że może to i dobrze. Nikt nie został skrzywdzony, wszystko zostało rozwiązane prędko i przyjemnie.
To, że nie było to jednak takie proste, było jednak jasne już wtedy i przez kolejne dni, miesiące, lata. Oczywiście, analiza ta wciąż sprowadza się do perspektywy samej Faulkner, bo jeśli chodzi o Enzo... Cała jego postawa sugerowała, że radzi sobie z tym doskonale. To samo mówiła też wprawdzie postawa Audrey, ale o tym, co siedzi w jej głowie, Krukonka wiedziała. O chaosie pod czupryną Romulusa nie miała natomiast pojęcia. Gdy więc chodziło o nią samą - nie, wciąż wcale nie miała pewności, czy zrobiła dobrze. Fakt posiadania Włocha na wyciągnięcie ręki, w roli przyjaciela z pewnością wiele ułatwiał, tym niemniej Faulkner wiele razy zastanawiała się, czy powinna tak to wtedy rozwiązać. Tamtego dnia wierzyła, że decydując się na zakończenie związku podejmuje decyzję dojrzałą i najlepszą z możliwych, ale teraz podobnej wiary już jej brakowało. Bo wciąż Enzo potrzebowała, wciąż go pragnęła a konsekwencje tamtej decyzji czasem bolały ją niemal fizycznie. Nawet nie wiedząc, że chłopak naprawdę był wtedy w stanie zrobić dla niej wszystko, nawet nie mając pojęcia, że gotów byłby zrobić tyle samo i teraz - cóż, tak czy tak bolało. Nie zawsze udawało jej się ukryć jakieś specyficzne spojrzenie, nie zawsze potrafiła tak po prostu zepchnąć tęsknotę w kąt. Bo tak, tęskniła. Tylko w życiu by się do tego nie przyznała... No, a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Chyba.
W każdym razie, teraz miała doskonałą okazję by przejrzeć na oczy. Zrzucić klapki i coś sobie uzmysłowić. Na przykład to, że może Romulus przejmuje się bardziej niż wypadałoby przyjacielowi. Że reaguje jakoś inaczej, niż powinien. Faulkner jednak o tym nie pomyślała, nie interpretowała tego w taki sposób. Może dlatego, że nikt tak naprawdę nie nauczył jej odczytywania podobnych niuansów, a może po prostu był to jej mechanizm obronny - oślepnąć na wszystko, na co nie potrafiła zareagować w jednoznaczny, w pełni akceptowalny przez nią samą sposób. W każdym razie, niewiele do niej docierało. Nic, co kazałoby jej - lub tylko pozwoliło - zrobić jakiś bardziej wyraźny krok do przodu bądź do tyłu.
Ostatecznie więc stała się po prostu rozdrażniona. bo... Bo tak. Bo wiele czynników ją do tego popchnęło. To, że Enzo zatrzymał ją tak bezceremonialnie. To, że domagał się wyjaśnień, jak gdyby naprawdę mu się należały - a Audrey przecież nie uważała, by faktycznie musiała się tłumaczyć. To, że był taki spokojny - choć teraz spokój ten przełamany był nieco wyraźnie rozszerzonymi nozdrzami czy zaciśnięciem zębów, wciąż przypominał jej ten jeden dzień i podobny stoicyzm. I wreszcie to, że ją dotykał - że badał każdą z nowych blizn, tym samym robiąc coś, czego Holenderka nigdy nie lubiła. Nawet wtedy, gdy byli razem, wyraźnie spinała się, gdy dłonie Włocha zbliżały się do jej niedoskonałości lub gdy palce chłopaka z premedytacją wędrowały po naturalnych łatach jej ciała. Tolerowała to wtedy, ale nie sprawiało jej to przyjemności - jasne, był wtedy jej, więc było inaczej, mogła to znieść, mogła nauczyć się w jakiś sposób to doceniać, ale teraz... Teraz poczuła się osaczona. Może zbyt szybko, może zareagowała zbyt gwałtownie. Całokształt sytuacji sprawił jednak, że nie umiała się opanować. Zresztą, mało kiedy umiała. Była drażliwa i naprawdę łatwo było wytrącić ją z równowagi - a Enzo wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny.
- Uspokój się, to nic takiego - warknęła. Zaciskając drobne dłonie w pięści cudem wynalezioną siłą woli powstrzymała się od jakiegoś fizycznego wybuchu - odepchnięcia rąk chłopaka, wyrwania się czy tylko próby szarpnięcia. Gdyby Romulus chciał zatrzymać ją w miejscu to i tak by to zrobił, powiedzmy więc, że na razie udało jej się zachować resztki godności i oszczędzić sobie upokarzającej szarpaniny. Na razie. Przyspieszony nagle oddech i rumieńce wykwitające na policzkach wyraźnie świadczyły o tym, że w serduchu Audrey zapłonął ogień - ten sam, który kiedyś zwrócił uwagę Enzo i ten sam, który teraz skutkować mógł nie do końca usprawiedliwioną gwałtownością i nieprzemyślanymi słowami. Takimi, jak choćby te kolejne.
- Poza tym to nie twoja sprawa, więc puść mnie, z łaski swojej i daj mi wziąć prysznic. - Zacisnęła zęby, paznokcie jeszcze bardziej zagłębiły się we wnętrza jej dłoni. Dłoni, na których blizn nie miała, bo pozbyła się ich zaklęciem - za bardzo rzucały się w oczy. Ale inne? Z innymi nie walczyła, bo raz, że nigdy nie miała pewności, czy magiczne usunięcie ich się uda, a dwa, że była zwolenniczką naturalnego wygajania się ciała. Zresztą, wszędzie nosiła jakieś ślady uszczerbku na zdrowiu, własne szlaki przeżyć i nabytego doświadczenia, takiego lub innego. Odkąd nauczyła się to akceptować, nie myślała już obsesyjnie o pozbyciu się każdego z naturalnych szwów. Były to były. W jakiś sposób odzwierciedlały każde spękanie jej duszy, a to niekoniecznie był powód do wstydu. Nie zawsze i nie przed każdym.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 00:08

Nie lubiła tego. Nigdy tego nie lubiła. Czuł jak mięśnie pod jego palcami się spinają i jak cała ona szykuje się do skoku. Po to, żeby wydłubać mu oczy. Żeby walczyć o swoją niezależność. Przecież jest dorosła. Może robić co jej się żywnie podoba, a jemu nic do tego. Prawda? Ano prawda. I czekał aż zacznie się rzucać. Znał ją wystarczająco długo żeby wiedzieć iż bez krzyków się mimo wszystko nie obejdzie.
- Nic takiego? Jesteś zawodniczką. Jak coś robisz to rób to na poważnie, albo nie rób wcale. Chyba, że taka jest teraz moda wśród Juniorek. Kiedyś modne były tatuaże, ale z tego co widzę to relikt przeszłości. Lepiej zrobić sobie ze skóry szatkownicę która nie wytrzyma spotkania z tłuczkiem. To tak profesjonalnie... Ale co ja mogę wiedzieć. Przecież nie gram na poważnie. Jestem tylko chłopaczkiem który był na tyle głupi, że już czterokrotnie odrzucił tą życiową szansę - prychnął zabierając swoje ręce po czym odsunął się krzyżując gniewnie dłonie na piersiach. Powiedzenie, że był na nią zły, było niedopowiedzeniem. Ogromnym niedopowiedzeniem. Chociaż nie powinien być aż tak rozczarowany. Przecież od zawsze przejawiała skłonności do samozagłady. Przemówienie jej do rozsądku nie będzie łatwe. Nigdy nie było. I prawdopodobnie nie będzie. Przecież to Audrey. Panna Ja-Wiem-Lepiej. "Enzo, musisz grać w Srokach! To życiowa szansa która nigdy się nie powtórzy!" Tyle, że on nie chciał grać teraz. Ani w Srokach, ani żadnej innej drużynie, choć propozycje płynęły. Dotychczas Sebastian odsyłał uprzejme listy pod hasłem "Brak zgody opiekuna prawnego", ale teraz trzeba będzie wymyślić jakąś konkretniejszy argument dlaczego nie chce, poza "bo nie".
- Oczywiście. To nie moja sprawa. NIE MOJĄ SPRAWĄ JEST PRZECIEŻ PRZEJMOWANIE SIĘ, ŻE TWOJE ŻEBRA ZARAZ WYPADNĄ ALBO KTOŚ CHCIAŁ JE WYCIĄGNĄĆ! TO PRZECIEŻ TWOJE ŻEBRA! A JA NIE JESTEM TWÓJ! - i chyba po raz pierwszy stracił nad sobą panowanie w jej towarzystwie. Oczy płonęły mu gniewem, a w dłoniach czuł nadmiar siły. Miał ochotę zrobić gruntowne przemeblowanie szatni Krukonów, ale cichutki głosik zdrowego rozsądku dość racjonalnie przypomniał mu o konsekwencjach. Machiavelli zabierze mu miotłę, znów. Matka zmusi do Wróżbiarstwa, znów. Filch każe czyścić puchary szczoteczką do zębów, znów. Zamiast tego oparł się o przeciwległą ścianę głęboko oddychając.
- Leczyłaś to jakoś magią? - zapytał cicho nie otwierając oczu, kiedy po dłuższej chwili nie usłyszał szumu wody. Martwił się o nią. Bał, że w jakikolwiek sposób zrobi sobie krzywdę. Bał się, że ją straci choć podobno już wiele nie znaczyła. Gówno prawda.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 00:34

Wdech, wydech, wdech, wydech. Wszystkie te mądre lekcje panowania nad sobą mówiły, że to pomaga. Że kontrola nad oddechem podstawą opanowania wszystkiego innego. Panna Faulkner była jednak doskonałym przykładem obalającym podobne mądrości. Ludzie wokół mogli licytować się na dobre rady, a Audrey i tak pozostałaby furiatką. Furiatką lub tchórzem, zależy od okoliczności.
Wobec Enzo o tchórzostwie nie mogło być mowy. W jego towarzystwie bała się chyba tylko raz, tego pamiętnego wieczoru, który - wraz z następującą po nim nocą - spędzili po raz pierwszy w jednym łóżku, w sytuacji raczej jednoznacznej. Zresztą, strach to i tak za dużo powiedziane - ona się wtedy po prostu obawiała, ale obawy te równoważone były przez ciekawość i fizyczny głód bliskości Romulusa. Summa summarum wewnętrzny tchórz wtedy się wycofał - i w towarzystwie Włocha już nigdy tak naprawdę się nie pojawił. Nie, konfrontacje z Lorenzo były tymi nielicznymi, w których Audi nie oddawała pola - a przynajmniej nie robiła tego od razu.
Ale dawno, naprawdę dawno nie widziała go wściekłego. Niemal zapomniała, że Enzo tak potrafi. To też mogłoby ją w tej chwili otrzeźwić, prawda? Przemówić do rozsądku, zasugerować, że coś zrobiła źle, że... Gówno tam. Widok złości Romulusa stał się dla Faulkner osobistą wygraną, ale nie argumentem mającym sprowadzić ją na ziemię. Tak naprawdę słowa chłopaka tylko bardziej ją rozjuszyły. To, że się nią przejmował, było kolejną szpilą wbitą w i tak przepełnione poczuciem winy serduszko.
- Aha, czyli to dlatego takie ważne, tak? - warknęła, czując jak policzki płoną jej coraz żywszym ogniem. - Bo jestem zawodniczką. Bo może przeze mnie Sroki coś stracą, może - na Merlina - jeszcze przegrają. - Wciągnęła gwałtownie powietrze, świdrując Enzo gorejącym spojrzeniem. Nie miało znaczenia, czy jej argumenty mają sens czy nie. To nigdy się nie liczyło, nie wtedy, kiedy panna Audrey została wytrącona z równowagi. Tak jak teraz.
- I znowu. Argument na wszystko, cholera. Quidditch, quidditch, quidditch. Kariera, pieniądze, sława i uwielbienie fanów. Jak długo będziesz po to sięgał? Jak długo będziesz rzucał mi tym w twarz, próbując... Co, wzbudzić poczucie winy? Tylko halo, za co? Za twoją decyzję, której zaczynasz żałować? A może za to, że ja - w przeciwieństwie do ciebie - doskonale się w tym wszystkim odnalazłam? Kurwa, Enzo, to jest po prostu... - Nie dokończyła, syknęła za to i potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Tak, rzeczywiście uważała, że Romulus popełnił błąd, największą głupotę życia. Że robił to za każdym razem, gdy odrzucał kolejne propozycje. Naprawdę jednak miała to być główna broń w dzisiejszej pyskówce, która... Która po co właściwie była?
Ale nie wytrzymała. Rozsądek został zagłuszony jeszcze zanim zdążył powiedzieć coś naprawdę mądrego i wziąć gorące serce Holenderki w karby.
- Nie, źle na to patrzysz. TO JA NIE JESTEM TWOJA. Rozumiesz? Jestem NICZYJA. SWOJA. I MOGĘ ROBIĆ ZE SOBĄ, CO MI SIĘ ŻYWNIE PODOBA. Wszystko. WSZYSTKO. Być gdzie chcę, kiedy chcę i ile chcę. Pieprzyć się z kim chcę i robić ze swoim ciałem cokolwiek sobie zażyczę. Tatuaż, blizna, wszystko - kurwa - jedno. A ty nie masz prawa mnie pouczać. Nie masz prawa mnie krytykować, rozumiesz? To już minęło. Skończyło się, pamiętasz? Dawno temu. - Zacisnęła zęby, cofnęła się krok jeden, drugi. Do jej ucha nie szeptał żaden głosik rozsądku, który zabroniłby jej czegokolwiek. Czując więc, jak dygocze z nerwów, zaciśniętą w pięć dłoń posłała na spotkanie najbliższej ściany. Gdzieś spomiędzy palców wychynęło kilka kropel krwi - panna Faulkner pazurki miała dość ostre, by wbijając je we wnętrze dłoni przerwać delikatną skórę.
- Nie. Nie potrzebuję - stwierdziła butnie na kolejne pytanie Enzo, nie spoglądając jednak na niego. Powoli zabrała dłoń od ściany, odetchnęła bardzo głęboko. Bardzo powoli.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 01:14

Porzucił swoje opanowanie i przez chwilę widział jak w jej oczach zabłyszczała satysfakcja, co zadziałało na niego jak płachta na byka. Miał ochotę wziąć, włożyć ją w stertę śniegu i zamknąć za sobą drzwi od środka. Mógłby to zrobić. Był od niej sporo silniejszy. Jednak szybko jego mózg podsunął mu obraz konsekwencji i cicho westchnął. Ten kto uważał, że Romulus robiąc coś wbrew ogólnie przyjętym normom uważał, że ten chłopiec nigdy nie myśli o konsekwencjach to grubo się mylił. Zawsze umiał dobrze wymierzyć zyski i straty. I zawsze wiedział kiedy trzeba podjąć gównianą decyzję. Teraz jednak stał oddychając by uspokoić swoje rozszalałe serce i temperament odziedziczony po włoskich przodkach. Potrafił to zrobić w całkiem szybkim czasie, kiedy czuł zażenowanie samym sobą. A teraz właśnie je czuł. Tak samo jak czuł zażenowanie osobą Audrey i całą tą sytuacją.
- Masz kontrakty które sprawiają, że twoja dupa jest bardziej wartościowa niż cały mój rodzinny biznes. Podjęłaś się pewnych zobowiązań więc je wykonuj należycie. Jeśli przez Ciebie Sroki stracą to przestaniesz być Sroką. Jesteś na początku kariery i możesz ją ładnie, pięknie spierdolić - mówił przez zęby cedząc każde słowo. Och nie, nie uspokoił się do końca. Na jego policzkach pojawiły się rumieńce, a dłonie zacisnęły w pięści podczas gdy on starał się miarowo doprowadzać tlen do płuc. Miał ochotę na papierosa, może dwa, ewentualnie siedem. Do tego potrójne espresso i kieliszek wódki. Dokładnie tak. Jednak zamiast tego stał chcąc odzyskać swoją maskę. Chciał się schować za mamtowdupizmem i stoickim spokojem. Chciał wygrać. Jak zwykle. Nie dało się też ukryć, że Audrey nie zamierzała się poddać. Sięgała po argumenty z coraz niższej półki, ale nie dało się ukryć, że skutecznie przekręcała nóż w jego serduszku jednocześnie nadeptując mu na najbardziej bolesny odcisk.
- Odnalazłaś się. Właśnie widzę jak się odnalazłaś. Kurewsko zazdroszczę - sapnął w odpowiedzi. Ta sama półka argumentacyjna. A było tak miło i przyjemnie. Któż by się spodziewał, że lada moment rzucą się sobie do gardeł niczym psy hodowane do walki w klatkach.
- Próbuję Ci tylko delikatnie zasygnalizować, że się staczasz, laleczko. Lecisz w dół i nie myślisz o nikim innym. Jesteś wielką Audrey Falkner. Grasz dla Srok i podpisujesz dzieciakom plakaty ze swoją gębą, a bukmacherzy już przyjmują zakłady kto Cię wykupi i za ile. Gwiazda tego sezonu. Wspaniale. Cudowna pozycja na którą zapracowałaś. Jesteś panią świata. Robisz co chcesz. Jesteś swoja. Spierdalasz się w dół i nie wolno Ci tego powiedzieć. Masz w dupie moje zdanie, bo nie osiągnąłem tego wszystkiego co ty. Masz w dupie to co pomyślą van Lyndenowie, bo przecież nie są Twoimi rodzicami. Masz w dupie cały świat. Jesteś nieomylna. Tylko pewnego dnia nie zdziw się, jak nie będziesz w stanie się podnieść z łóżka, a obok nie będzie nikogo kto poda Ci rękę. Myślisz o sobie i tylko o sobie. Ostatnia nieegoistyczna myśl panny Falkner? Ciężko nawet ją odnotować, bo była tak dawno. Odpychasz od siebie ludzi którym na Tobie zależy, Drey - powiedział cicho to co wiedział zanim opadł na ławkę obok reszty swojej zbroi i schylił się żeby rozsznurować swoje wysokie buty.
- I tak, doskonale pamiętam. W przeciwieństwie do Ciebie nie mam pamięci wybiórczej - syknął ściągając jednego buta i wziął się za rozsznurowywanie drugiego. I tak nic do niej nie dotrze. A ta bezsilność działała mu na nerwy najbardziej.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 10:55

- A w którym momencie przestałam je wykonywać? Kiedy dokładnie Sroki cokolwiek przeze mnie straciły? - Poza standardową irytacją, wściekłością, w jej głoście pojawiła się nieco mniej typowa ostrość. Wszystko dlatego, że rozmowa coraz bardziej zagłębiała się w tematy niezwykle dla Audrey ważne, koncentrując się przy tym na wytykaniu jej błędów, których... Cóż, po prostu nie popełniła. Można wierzyć lub nie, ale quidditch dla Faulkner był niewiarygodnie istotny. Jej przynależność do Srok, możliwość latania - i bycia docenianą. Na Merlina, przecież jeszcze nie dawno, leżąc w Mungu, to właśnie tym przejmowała się najbardziej - że nie będzie mogła latać. Nie samą możliwością utraty zdolności samodzielnego poruszania się, nie bezpośrednio, ale właśnie tym, czym by to skutkowało - niemożnością wskoczenia na miotłę i wzbicia się ponad płytę boiska. To było wtedy ważne, nic innego. A Enzo sugerował właśnie, że przykłada się niedostatecznie, że w ogóle o to nie dba - o swoją karierę, o sukcesy Srok, w ogóle o nic, co ma związek z quidditchem. To już nie tylko złościło, ale po prostu fizycznie bolało. A na podobny ból, przynajmniej ten zadawany przez Romulusa, ścigająca umiała zareagować tylko w jeden sposób.
Obróciła się błyskawicznie i pozostawiając skrzywdzoną przed momentem ścianę za sobą w dwóch krokach znalazła się ponownie przy Krukonie. Zatrzymała się blisko, tak blisko, że czuła jego oddech na swoich policzkach i on zapewne czuł jej. W międzyczasie mimowolnym ruchem strząchnęła z dłoni te pojedyncze, karmazynowe krople, nie zwracając na nie jednak uwagi.
- Nie waż się sugerować, że staram się za mało, że robię cokolwiek poniżej swoich możliwości. Nie masz pojęcia, o czym mówisz, zupełnie nie zdajesz sobie sprawy. Sroki? Wypruwam dla nich żyły, żeby wszyscy byli zadowoleni, żebym ja była zadowolona. Van Lyndenowie? Cholera, Enzo, od kiedy jesteś specjalistą od życia rodzinnego? Jakkolwiek bunt wobec nowych opiekunów pasuje do wizerunku sieroty z bidula, to - niespodzianka - oni są dla mnie ważni. Kocham ich, rozumiesz? Kocham. - Zacisnęła zęby mocno, bardzo mocno. Nie była najlepsza w podobnych wyznaniach, bała się ich, bała się zobowiązań, jakie za sobą ciągnęły. Ale teraz musiała. Musiała, bo Włoch mówił wiele rzeczy, które wbijały jej się głębiej i głębiej w tę najwrażliwszą część duszy, tę, którą nigdy się nie chwaliła, ale którą posiadała.
- Tak, jestem egoistką. Tak, uważam, że doskonale poradzę sobie sama, bez miliona cennych, najmądrzejszych rad, za które prędzej czy później trzeba zapłacić. Bo, hej, robiłam to przez dziesięć lat i jakoś żyję. Może i z zestawem popełnionych błędów, ale żyję - warknęła, nie orientując się, kiedy jej głos przeszedł bardziej od normalnego tonu do intensywnego, gardłowego pomruku. - Ale wiesz co? Jedyne, co tak naprawdę mam w dupie, to właśnie twoje zdanie. Twoje, nikogo innego. I tłumacz to sobie, że to przez brak większych osiągnięć - jeśli ci to pomaga, to proszę bardzo. Tak naprawdę jednak - spójrz na siebie. Kurator się znalazł, kurwa mać. Psychoanalityk z pierwszej ligi. Pan dobra rada na każdy dzień. - Skrzywiła się, nie kryjąc niechęci. - Zastanów się najpierw nad sobą, Romulus, zamiast wdzierać się z łapami do nieswojego życia.
I choć w słowach Audrey był szczery ogień - dziewczyna nie wątpiła w żadne zdanie, które padło z jej ust, wszystkie wypowiadała z pełnym przekonaniem - to jedno z jej oświadczeń bardzo łatwo było podważyć. Bo prawda wyglądała tak że nigdy - absolutnie nigdy - nie miała zdania Enzo w dupie. Teraz też nie. Zresztą, to akurat było widać, wystarczyło na chwilę dłużej zmierzyć się z płonącym spojrzeniem Krukonki. Pod falami furii kryło się bowiem cierpienie popękanej laleczki, którą z premedytacją drąży się jeszcze ostrym nożem, poszerzając każdą z rys. Ból i tęsknota, to właśnie można było wyłuskać z błękitnych tęczówek Audrey.
Bo tak naprawdę za każdym razem, gdy znalazła się bliżej Romulusa - ot, chociażby tak jak teraz - musiała zmagać się z chęcią wymazania swojej decyzji i tych wszystkich spędzonych oddzielnie miesięcy z historii. Za każdym razem, gdy słyszała o kolejnej panience u boku Włocha, na jej sercu osiadały kryształki lodu topniejące gwałtownie wtedy, gdy tę nową wybrankę mogła zobaczyć na własne oczy - szczególnie, jeśli w obrazie tym uczestniczył także sam Enzo. I nie miało znaczenia, że wtedy decyzję podjęła przecież ona sama, nie miało znaczenia też, że tak jak wtedy, tak i teraz była bardziej niż niepewna swoich uczuć do Krukona. Może chodziło po prostu o chęć posiadania, o chory instynkt terytorialny? Albo jednak o coś więcej, coś ważniejszego i głębszego, do czego jednak Faulkner nie chciała się przyznać przed samą sobą - ponownie ze strachu przed zobowiązaniami i jeszcze większą, nadmierną bliskością, która w momencie straty zniszczyłaby ją od środka, rozerwała na setki kawałków.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 18:25

- Jeśli stracą. A mogą stracić jak dostaniesz tłuczkiem i wypadną ci żebra razem z flakami - cóż za urocza i optymistyczna wizja. Nie ma co ukrywać... tak właśnie to widział. Widział jak rozpada się na tysiące kawałeczków kiedy jej naturalne szwy puszczają. Widział to oczami wyobraźni i nie chciał, naprawdę nie chciał tego zobaczyć na żywo. A pewnie by zobaczył. Zawsze chodził na jej mecze, obserwując wszystko krytycznym wzrokiem. Zawsze pilnował się żeby na stadionie nie wygiąć warg w najmniejszym choćby uśmiechu i nie odzywał się zbytnio. Za każdym razem kiedy się zapomniał przychodził list z propozycją współpracy. A on naprawdę nie chciał współpracować z tą drużyną. Nie odnalazłby się w tym świecie- to po pierwsze, a po drugie- jedyną ekipą dla której mógłby grać byłaby reprezentacja Włoch, bo Watykan swojej własnej się jeszcze nie dorobił. Dopóty dopóki kształcił się na Wyspach to drugie było awykonalne. Może i teraz całkiem nieźle radził sobie z byciem na świeczniku, ale nie dałby sobie rady z prawdziwą sławą i prawdziwą presją. Dobrze o tym wiedział.
Podeszła bliżej, blisko, tak że czuł jej oddech. I cały gniew przemienił się w doskonale znane Krukonowi pożądanie. Już nie chciał jej udusić. Chciał ją przycisnąć do ściany i zamknąć jej usta w znacznie przyjemniejszy sposób. Ale nie mógł tego zrobić. Nie miał do tego prawa, już nie. Nie zmieniało to jednak faktu, że ciało zareagowało bez jego większej ingerencji. Źrenice się rozszerzyły, zrobił się sztywniejszy tu i ówdzie.
- To zachowuj się tak jakbyś ich kochała. I zastanów się na przyszłość jakie konsekwencje może ponosić samookaleczenie. Myślenie nie boli- potwierdzone info - burknął wycofując się na bezpieczną pozycję zanim zrobi coś co byłoby absolutnie i skończenie złe. Nie zdążył jednak uciec przed całą masą słów która wypadła z ust Holenderki. Pożądanie szybko ustąpiło miejsca smutkowi, a oczy zaszkliły się od łez. Zabolało. Cholernie mocno. Odwrócił się nie szukając nawet oznak kłamstwa. Nie brzmiało to jak kłamstwo. Brzmiało to jak ostateczne złamanie jego biednego serduszka. Kobiety są okrutne. Jak Bóg mógł obdarzyć tak okrutne istoty czymś tak pięknym jak cycuszki? A Sebastian dobrze radził- nie angażuj się. A on się angażował. Może nie często-gęsto, ale jak już to konkretnie.
- Dobrze wiedzieć. Dzięki za spierdolenie siedmiu lat - wymusił na swoich pełnych wargach złośliwy uśmieszek i ściągnął spodnie kompletnie nie przejmując się tym, że nie wszystko opadło. Zamiast pójść pod prysznic odwrócił się do swojej szafki naciągając na tyłek czyste spodnie. Musiał stąd iść. Brakowało mu powietrza.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 18:44

W porządku, może i była trochę pokiereszowana, ale wizja przedstawiana przez Enzo była mocno przesadzona. Jasne, z jednej strony miał rację - nie powinna wystawiać się na jakikolwiek szwank fizyczny, bo gdy w Hogwarcie da się z tym żyć, tak już w Srokach sam widok blizn mógł być problemem. Wystarczyło, by choć jedna osoba myślała w ten sam sposób, co Romulus - że podobne niedoskonałości to ryzyko, że mogą wykluczyć zawodniczkę w najmniej odpowiednim momencie i że w związku z tym może lepiej zrezygnować z niej teraz, w sposób kontrolowany. Z tej perspektywy racja rzeczywiście była po stronie Romulusa, Tylko, że Audrey naiwnie wierzyła, że tak nie będzie, że po prostu nie ma takiej możliwości. Skoro jej samej to nie przeszkadzało, skoro nic jej nie bolało, skoro była w stanie chodzić, grać, normalnie funkcjonować - jej zdaniem nie było problemu.
- Przestań, nie jestem z porcelany przecież - burknęła, choć prawda była taka, że trochę jednak była. Ukrywała się z tym za fasadą pewności siebie i butności, bo zanadto bała się ujawnienia wszystkiego tego, co było w niej słabe, tak czy inaczej wcale nie była taką bohaterką. Wiele rzeczy ją bolało, wiele rzeczy znosiła naprawdę źle i, paradoksalnie, ból fizyczny - źródło obecnych, nowych blizn - pomagał jej sobie z tym radzić. To nie było zdrowe, wiedziała o tym, ale z drugiej strony co miała zrobić, skoro sprawiało jej to tyle przyjemności? Skoro tak chorobliwie ją fascynowało? Takie rzeczy może się leczyło a może nie. Może to tylko kwestia upodobań.
Kolejne słowa przemilczała. Potrzebowała kilku chwil na to, żeby trochę ochłonąć i cisza, brak konieczności splatania nowych słów pozwoliła jej to osiągnąć. Gdy zaś do tego doszła wyraźna zmiana w postawie Enzo i jawnie wymuszona złośliwość, Audrey bez wahania sięgnęła ku ręce chłopaka i załapała go mocno za nadgarstek. Nie chciała, żeby odszedł, nie w taki sposób. Oczywiście, dostrzegła też to i owo, co w sposób naturalny poskutkowało podbudowaniem jej własnego pożądania, ale już nawet nie o to chodziło. Cokolwiek by się nie działo, Enzo od lat był jej cholernie bliski. Szczerze mówiąc, był może najbliższą osobą, jaką miała - bliższą od van Lyndenów czy tych wszystkich ludzi, którzy pretendowali do miana jej przyjaciół. To nie mogło tak wyglądać, nie mogli tak po prostu pójść w swoje strony, bo jak mieliby się potem pozbierać? I tak było trudno, cała ich relacja była dziwacznym balansowaniem na cienkiej linii, na które skazała ich właściwie bez większych powodów - wiedziała o tym. I teraz... W duchu chyba chciała, żeby było inaczej. Żeby coś cofnąć, odwrócić, zmienić o te sto osiemdziesiąt stopni. Tylko nie wiedziała, czy może. Bo Audrey nie była gotowa na żadne wyznania i zobowiązania. Nie była gotowa, bo nie miała pewności, co czuje. Czy cokolwiek poza cielesną fascynacją i przyjacielskim przywiązaniem... A może to wystarczało? Może tak właśnie budowało się związki, na podstawie tych dwóch elementów? Nie wiedziała. Miłość była dla niej pojęciem abstrakcyjnym, którego znaczenie wcale nie było dla niej oczywiste.
- Zaczekaj - rzuciła tymczasem cicho. Wiedziała, że gdyby chciał, to by odszedł - nie miała by siły, by zatrzymać go wbrew jego woli. - Nie odchodź. Proszę. - Gdzieś po drodze z jej głosu uleciała arogancja, zastąpiona teraz przez rezygnację i - tak, teraz już wyraźnie - zwykły żal.
Niegłupi powiedział, że za swoje błędy się płaci. Ona płaciła już przez całe życie, ale dopiero po pamiętnym dniu na watykańskim placu uświadomiła sobie, co dokładnie może to znaczyć.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 19:28

Nie jest z porcelany? Jedna brew Włocha uniosła się wyżej idealnie obrazując to jak bardzo wątpi w słuszność jej tezy. Czy jest się czemu dziwić? Miała mnóstwo blizn. Zdecydowanie za dużo jak na kogoś kto dopiero w tym roku został dorosłym czarodziejem. Zdecydowanie zbyt wiele jak na nastolatkę. On dla porównania większych blizn nie posiadał, ale jego karta medyczna pełna jest nastawiania kości. A to połamane palce od bójki, to żebro od tłuczka... Zawsze coś. Nos ucierpiał już zbyt wiele razy by zapamiętał tą liczbę i okoliczności w których doszło do uszkodzenia. Blizn jednak nie miał. Mógł śmiało obnażyć się przed jakąkolwiek komisją, a nikt nie pomyśli, żeby zajrzeć do jego karty zdrowia. Nie było takiej potrzeby. Wyglądał zdrowo, miał ciało przygotowane na profesjonalny Qudditch. Zaś u niej... Gdyby tylko się obnażyła zaczęłoby się wielkie szukanie przyczyn. Blizny nie są nigdy mile widziane. A tym bardziej u kogoś w kim pokłada się duże nadzieje. A w niej pokładano. Była naprawdę cholernie zdolna.
- Spójrz na siebie choć raz krytycznie. Wyglądasz jak mozaika która nie wytrzyma większego wiatru. Mozaika którą strach dopuścić do prawdziwej, brutalnej gry. Wiem, że jesteś twardzielką, ale na pierwszy rzut oka tego nie widać. Na kolejny też nie. Na starcie miałaś komplet pamiątek który nie wyglądał najlepiej. Mogłaś to jednak łatwo wytłumaczyć ciężkim dzieciństwem i nikt nie drążył. Kiedy jednak dokładasz do pakietu podstawowego takie dodatki nie jest dobrze. Nie dość, że masz straty fizyczne to istnieje ryzyko, że jesteś psychiczna. A nikt nie chce współpracować z wariatami. Jak lubisz na ostro to znajdź sobie kogoś kto nie zostawia trwałych śladów - nie wiedział dlaczego wciąż się do niej odzywa, ale po prostu nie mógł inaczej. Nie mógł przestać ją pouczać, kiedy robiła coś tak cholernie nieodpowiedzialnego. I mówił to on. Cesarz nieodpowiedzialności we własnej osobie. Hipokryzja weszła na wyższy poziom? Skądże znowu. Nieodpowiedzialność w jego rozumieniu nie była czymś złym, dopóki nie miała ekstremalnie gigantycznych rozmiarów do których on sam by się nie posunął po krótkiej, aczkolwiek zawsze zbędnej, analizie zysków i strat. A jej nieodpowiedzialność właśnie przekroczyła jego ramy.
- Dlaczego mam zaczekać? Nie potrzebujesz mnie i moich rad - uśmiechnął się smutno, ale nie strącił jej dłoni zaciskającej się na jego nadgarstku. A mógłby ją odkleić bez problemu. Jeśli jednak o klejeniu mowa...
- Sklej się, Drey. Idź do uzdrowicieli i się sklej zanim wyjdą z tego kłopoty. Sklej się, bo cholernie słabo się na to patrzy. To tylko ciało, wiem, ale nie w tej pracy. W tym świecie ciało jest ważne - mówił spokojnie, cicho, wręcz błagalnie.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 19:45

Odetchnęła cicho. Sięgając po zawodowy żargon - trudno było mówić teraz o jakiejkolwiek wygranej, ale przynajmniej się wybroniła. W jakiś sposób, lepszy lub gorszy, który jednak poskutkował zachowaniem towarzystwa Enzo. To jej na ten moment wystarczało, nie potrzebowała bardziej spektakularnego sukcesu.
Tym razem jego słów posłuchała w milczeniu, by na koniec wzruszyć tylko ramionami. Taka odpowiedź nie wyglądała jednak dobrze, musiała więc zdecydować się na coś więcej. Na jakieś kolejne, tym razem jednak przemyślane słowa. I tak powiedziała już dziś za dużo - jak zawsze zresztą. Gdy wpadała w słowotok, choćby i żałosny, choćby śmiesznie ofensywny, trudno było jej się zatrzymać. Mówiła wszystko co jej ślina na język przyniosła i nic, absolutnie nic nie mogła z tym zrobić. To było strasznie słabe, ale pod tym względem była chyba niereformowalna.
- Bo może jestem - skapitulowała nietypowo i westchnęła cicho. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna przypadkiem puścić już Enzo, a gdy rachunek potwierdził, że rzeczywiście by wypadało - niechętnie zabrała dłoń. Chyba nie miała już prawa do podobnej... zaborczości? Chciała mieć, tak. Jakby mogła, to coś by z tym zrobiła - ale te okruchy przyzwoitości, które gdzieś tam w niej się kryły sprawiały, że nie mogła tak po prostu stwierdzić: sorry, chyba się wtedy pomyliłam, możemy wrócić do tego co było? Nie, dopóki się nie upewni. Inaczej to chyba nie byłoby w porządku. Chyba.
- Może tu właśnie chodzi o to, że nie jestem normalna. Nigdy nie byłam - parsknęła cicho, jej wargi wykrzywił gorzki uśmiech. Nigdy nie należała do tych, którzy przesadnie by się nad sobą litowali, tym razem więc jej słowa też nie służyły o to, by trącić jakiekolwiek wrażliwe struny Romulusa. To było zwykłe stwierdzenie. Równie dobrze mogłaby powiedzieć teraz, że na jutro mamy esej z eliksirów, pamiętasz? lub coś równie oczywistego.
- Zawsze za to cię potrzebowałam - przyznała natomiast cicho, gdy wyparowały z niej resztki wściekłości. Wciąż była spięta do granic możliwości - odruch obronny, reakcja, która musiała minąć sama, niezależnie od woli Faulkner - ale przynajmniej wróciły jej objawy ucywilizowania, o które przed momentem trudno ją było posądzić. - I nadal potrzebuję.
Westchnęła cicho, w pewnej chwili opierając plecy o zimne szafki, w których zawodnicy składowali swe ciuchy. Zabrakło jej siły, by stać o własnych siłach. W jej przypadku to zawsze tak wyglądało - gwałtowny przypływ wściekłości mijał stosunkowo szybko, pozostawiając ją potem wyciśniętą z sił aż do ostatniej kropli. Nie była z tego dumna, aż nadto wiedziała, że jej zachowanie jest po prostu szczeniackie.
- Zrobię to. Kiedyś - chrząknęła cicho. - Jak zdobędę się kiedyś na odwagę, jak... - Wzruszyła lekko ramionami. - Jestem okropnym tchórzem, Enzo, a wizyta u uzdrowicieli to jedno z większych wyznań. - Nie zamierzała tłumaczyć, dlaczego teraz jest jeszcze gorzej niż kiedyś. A przecież było, prawda? Bo już raz nie dali rady jej pomóc.
W każdym razie, wyraźnie osowiała. To z pewnością było zabawne, patrząc na to, że ani ona, ani też Romulus nie byli w pełni ubrani, że w tej chwili obydwoje wyglądali trochę jak ostatnie sieroty. Ale Faulkner nie zwracała na to uwagi. Nie było tu nikogo poza nimi i zamiast zastanawiać się nad tym, co mogliby pomyśleć sobie szczęśliwie nieobecni, musiała postarać się raczej o to, by to osamotnienie w szatni nie zaatakowało jej dziesiątkami niepotrzebnych wspomnień, które tak lekką ręką odrzuciła.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 20:29

Skapitulowała, ale on nie odczuwał euforii z powodu swojej wygranej. Jak miałby skoro jedyne nad czym się teraz zastanawiał to fakt co zrobił nie tak. Bo coś musiał, prawda? Coś na pewno jest nie tak, bo skoro zamiast do niego przyjść wybrała inne metody radzenia sobie z problemami. Metody których nie popierał i zapewne nigdy nie poprze. Każda nowa blizna raziła go w oczy i tak jakby wytykała mu, że to jego wina. Tak, czuł się winny, a to uczucie nigdy nie jest sympatyczne.
- Nie jesteś, ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Dopóki nie masz na to papierów staraj się dopasować do reszty społeczeństwa. To nie aż takie trudne - pan dobra rada na każdy dzień. Kiedy przypomniał sobie jej słowa cicho westchnął i oparł się czołem o chłodny metal swojej szafki. Nie lubił się kłócić. Ani z nią, ani z nikim innym. Kłótnie pochłaniały masę energii i robiły za duży bajzel w głowie który ciężko potem uporządkować. Nie to co bójki. Bójki były piękne. Szybkie załatwienie sprawy, wycieczka do szpitala i już. Głowa jest czysta. Nieskażona żadną myślą. Nie ma analiz, wyrzutów sumienia i ciągłego tworzenia nowych scenariuszy które nigdy nie nastąpią. Po kłótniach jednak trzeba wszystko przemyśleć. Przynajmniej on tak miał. Dlatego unikał słownych potyczek. Głośnych słownych potyczek tym bardziej. Krzycząc czuł się podle. A dzisiaj krzyczał. Dlatego jego morale były aktualnie bardzo niskie. No i ta piękna łacina prosto z watykańskiego rynsztoku. Cudownie.
- To nie mów więcej, że masz moje zdanie w nosie - burknął nie odrywając czoła od szafki. To bardzo dorosłe tak się dąsać, panie Romulus. Bardzo. Cóż jednak począć. Wyprostował się i przeniósł na nią swój wzrok. Wyglądała na równie zmęczoną co on przez co widać było jak bardzo jest krucha. I mimo wszystko bezbronna. Dlatego właśnie od zawsze starał się nią zajmować żeby nie robiła większych głupstw niż norma przewiduje. A jednak i tak je robiła.
- Pójdę z Tobą. Trzeba to zrobić zanim ktoś inny się dowie i zrobi prawdziwy dym. Tak będzie najlepiej, Drey - mówił spokojnie, ostrożnie obracając się w jej kierunku. Otworzył nawet ramiona na wypadek gdyby chciała się przytulić, choć takie wypadki zdarzały się nader rzadko. Brak ubrań nadal mu nie przeszkadzał.
- Teraz dla równowagi możesz opieprzyć mnie i zapomnijmy o tym - łaskawie zezwolił uśmiechając się już nieco pogodniej.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 21:25

Audrey faktycznie nie przytulała się często. To znaczy, to jeszcze zależy z kim, gdzie, kiedy, generalnie jednak każda tego typu bliskość była czymś, co przychodziło jej z trudem. Brzmi to co najmniej dziwnie, biorąc pod uwagę, jak łatwo przychodziło jej zrzucenie ciuchów i zabawienie się z kimś raz czy dwa, ale taki seks to było coś innego. Paradoksalnie to przytulenie się czy ostrożny, niespieszny pocałunek były dla niej przeżyciami znacznie bardziej intensywnymi i budzącymi większe obawy. Seks to seks, nie ma się nad czym rozwodzić. W jej skrzywionym rozumowaniu to nie on był wyznacznikiem bliskości z innym człowiekiem, a raczej trzymanie się za rękę czy spanie obok siebie - zamknięcie oczu i pozbawienie się świadomości z poczuciem pełnego bezpieczeństwa. Enzo dawał jej kiedyś to wszystko i... Cóż, i jak dotąd chyba tylko on.
Tym niemniej nadal mogło dziwić, że tak ochoczo skorzystała z jego otwartych ramion i wtuliła się w jego pierś. Bo nawet z nim podobna bliskość zawsze była jakimś tam wyzwaniem, Holenderka zawsze dawkowała ją w ograniczonych porcjach - po prostu mało kiedy potrafiła wytrzymać dłużej, zawsze przegrywała z przymusem wycofania się, nim cokolwiek zajdzie za daleko. Ale nie teraz. Teraz, nim w ogóle zdążyła się nad tym zastanowić, objęła go mocno, skryła twarz w zagłębieniu jego szyi i zacisnęła mocno zęby. Płakała równie rzadko co chciała się przytulać, ale tym razem gdzieś pod powiekami poczuła niepokojącą wilgoć. Fizyczne wyczerpanie intensywnym trybem życia, brak równowagi psychicznej i emocjonalnej, a teraz jeszcze te kilka wcześniejszych, ostrych słów - jak na dziś to było chyba zbyt wiele, nawet dla niej, podobno silnej i samodzielnej.
- Do... Dobrze - mruknęła cicho prosto w jego szyję, starając się, by jej głos nie drżał za bardzo - co zdecydowanie mogło się zdarzyć. Wciąż nie była przekonana co do wizyty w Mungu czy nawet bardziej prywatnej u jakiegoś uzdrowiciela, ba! była tą wizją wręcz przerażona, ale w tej chwili umiała się tylko zgodzić. Panna Audrey schowała pazurki i nie miała sił na to, by się sprzeciwić, by ponownie kłócić się o coś, co w zasadzie nie miało większego sensu.
Potem za to zaśmiała się krótko, urywanie, bo wciąż nie zdecydowała się na odchylenie, na spojrzenie na Enzo. Wczepiła się w chłopaka jak zaszczute zwierzątko i przez kilka najbliższych chwil ani myślała się od niego oddalać.
- Nie chcę. Nie będę cię opieprzać - stwierdziła wprost, absolutnie szczerze i odetchnęła bardzo powoli. Było lepiej. Trochę. Prawie tak samo, jak kiedyś - choć ta akurat myśl nie była dobra, Faulkner absolutnie nie powinna się do niej przyzwyczajać.
Zobacz profil autora
Enzo Romulus
avatar

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   Sob 05 Gru 2015, 23:51

Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka z łatwością, która zaskoczyła nawet jego. Spodziewał się, że wzruszy ramionami, albo na jej twarzy pojawi się kpiarski uśmieszek i wszystko wróci do normy. On zrobi swój pokazowy numer pod tytułem "Ranisz me serce", a ona będzie się śmiać z jego opłakanych i oklepanych oper mydlanych. I wszystko wróci do normy, chociaż czuł się nieciekawie. Czuł ciepło jej ciała, jej nagą skórę na swojej i odezwała się cała gama najróżniejszych wspomnień. Wspomnień które pobudziły jego i tak całkiem wybujałą wyobraźnię do przeniesienia ośrodka podejmowania decyzji do innej części ciała. Co już z pewnością Audrey poczuła. Jego dłonie w pocieszających ruchach gładziły jej plecy, choć palce co jakiś czas rozważały odpięcie stanika. Jedynie silna wola Lorenzo sprawiała, że nie zrobił czegoś co kiedyś było przyzwyczajeniem. A te najciężej się wykorzenia. Czuła go, najpewniej, ale nie uciekła z krzykiem. Na chwilę zabrał ręce dając jej dogodną możliwość, ale nadal stała wklejona w jego szyję. Zaśmiał się cicho i nerwowo.
- To jakaś nowość. Nie mniej jednak zapomnijmy o tej kłótni, dobrze? - dłonie znów zaczęły błądzić po jej plecach w pewnej chwili zjeżdżając coraz niżej i niżej. Opuszki palców musnęły gumkę jej fig, ale zdrowy rozsądek odezwał się nieco opóźniony i zabrał obie ręce ciężko przy tym wzdychając.
- Chyba wystarczy tych czułości - mruknął głębokim, basowym głosem nad którym nie mógł już zapanować. Tak samo jak nad wybrzuszeniem w swoich spodniach.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Szatnia Krukonów   

 

Szatnia Krukonów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
 :: 
Boisko Quidditcha
-