IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Trybuny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... , 11, 12, 13  Next
AutorWiadomość
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 11 Sie 2015, 16:36

Gilgamesh zdawał sobie sprawę z tego, że w rękach trzyma ciężką pałkę, którą gdyby uderzył kogoś w głowę z rozmachu to prawdopodobnie wysłałby go do skrzydła szpitalnego. Dlatego też lekkomyślność pana Henleya go przerosła i postanowił udzielić mu stosownej lekcji - przecież nie będzie go byle szlama obrażać, więc już miał ochotę się poderwać i przyłożyć mu przez ten pusty łeb - może wtedy jego Gryfoński móżdżek przyjąłby do wiadomości jak właściwie podobni jemu, powinni zwracać się do tych którzy są oczywiście od nich lepsi. Prawdopodobnie by to zrobił od razu, bez zbędnych zapowiedzi, gdyby nie fakt że w pobliżu pojawiła się dość urodziwa drobna osóbka, której Gross do tej pory nigdy nie miał okazji zauważyć - prawdopodobnie chodziło o to, że jego wzrok był bardzo wybiórczy i dość szybko zapominał osoby z którymi nie łączyły go bliskie bądź nienawistne stosunki. Albo po prostu stosunki. Oczywiście nie oponował przeciwko uwielbieniu wobec jego osoby - kim by był, gdyby nie pozwolił fanom pławić się w jego blasku i chwale? Chociaż fakt faktem, to dość zaskakujące że Krukonka (bo skąd biedny Gross miał wiedzieć z kim ma do czynienia?) była fanką drużyny Ślizgonów. Prawdopodobnie by w to nie uwierzył, gdyby nie fakt że znał Chiarę czy Aristos, a one też raczej były po stronie zwycięzców, a nie własnych domów, więc łatwiej było mu to zrozumieć.
- Nie martw się, nie jesteś osamotniona w swoich przekonaniach. Prawdopodobnie ma to coś wspólnego z tym, że zwyczajnie jestem najlepszym graczem jakie to zapchlone boisko kiedykolwiek widziało. Niestety, niektórzy nie rozumieją że Quidditch to brutalny sport i wystawiają do gry małe, kruche dziewczynki, a sędziowie miotają się jak epileptycy żeby tylko ułatwiać grę słabszej drużynie. Jednakże nic nie można z tym zrobić, wielkość rzadko jest akceptowana przez ludzi słabych i maluczkich - odparł i przetarł twarz dłonią, odgrywając pantomimę wielkiej udręki i ubolewania nad głupotą ludzi, którzy nie dostrzegają że jest światełkiem w tunelu, które rozświetla tą grę i dodaje jej świetności za każdym razem gdy wsiada na miotłę.
Oczywiście nie przejął się tym, że Sharon wydawała się trochę zdenerwowana - wcale go to nie dziwiło. Przecież był Gilgameshem, człowiekiem popularnym - to nic dziwnego że onieśmielał Krukonkę swoją wspaniałością, więc czemu miałby przykładać do tego wagę?
- Nie dziwi mnie to. Bez obrazy, ale wasza drużyna jest żałosna - nawet faulować dobrze nie potrafią, co było widać chociażby po nieudanych próbach pana Samuela, który zwyczajnie się poniżał próbując dotrzymać mi kroku w powietrzu. Zapewne imprezują równie kiepsko - powiedział z lekkim politowaniem patrząc na drużynę Krukonów, po czym dodał: - Chyba nawet Puchoni byliby większym wyzwaniem. Chociaż nie. Puchoni to nie drużyna, Puchoni to ziemniaki
Zobacz profil autora
Lloyd Avery
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 11 Sie 2015, 18:41

Agresja na meczu wzrastała do poziomu, który z powodzeniem mógłby konkurować z międzynarodowymi rozgrywkami, które Avery miał szczęście obserwować kilkukrotnie w swoim stosunkowo krótkim życiu. Nic więc dziwnego, że sędzina nie nadążała z wygwizdywaniem rzutów karnych, a obie drużyny stawały się coraz mniej rozważne, coraz bardziej zacięte. Nie od dziś było jednak wiadomo, że wśród szkolnych drużyn nie ma groźniejszej niż drużyna Slytherinu – nie zawsze chodziło bowiem o umiejętności, czasem wszystko sprowadzało się do pierwotnej agresji, której wychowankowie domu Węża mieli aż nadto. W niektórych przypadkach.
Avery zawisł nad boiskiem patrząc z beznamiętnym wyrazem twarzy jak Grossherzog ostatecznie rozwiązuje problem drużyny z szukającą Ravenclawu, przez moment jedynie rozważając ruszenie dziewczynie na ratunek. Z zaciśniętymi wargami i drwiną w brązowych tęczówkach przyglądał się jak na twarzy Skai rozkwita przerażenie i ból, nie zrobił jednak nic. Jego spojrzenie wędrowało już w inną stronę, a gdy napotkał sylwetkę Rosalie, najwyraźniej szykującą się do zejścia z trybun, coś nieprzyjemnie w nim zawrzało. Zwłaszcza, że dziewczynie, do której nieświadomie poczynał sobie pewne prawa, towarzyszył ten sam osobnik, któremu zaledwie parę chwil wcześniej zwrócił uwagę. Fala pogardy i zniesmaczenia nie była jednak wystarczająco silna, by wygłuszyć instynktowny, naturalny dla Ślizgona wybuch irytacji. Chwała Merlinowi, że cholerna Chayenne wreszcie złapała znicz, bo Belinda na pewno wyrzuciłaby go z boiska tak jak Gilgamesha, za wtargnięcie na trybuny, którego dopuścił się zaledwie pół sekundy po wygwizdanym końcu meczu.
- Nie potrafisz przez pięć minut trzymać rąk przy sobie, a nóg razem? – syknął, zeskakując z miotły na drewniane schody trybun, tuż przed Rosalie. Ciężko było mu powiedzieć, czy na twarzy dziewczyny wyraźniej maluje się konsternacja, czy złość, ale niewiele go to teraz obchodziło. Potwór wypełzający powoli z trzewi opanowywał rozsądek i odruchy, przejmował kontrolę nad wyzwalają z ciała siłą, która na pewno miała zostawić sińce na nadgarstku Rose, uchwyconym w nieznoszącym sprzeciwu uścisku. Szarpnął ją do siebie, chwycił mocno w talii i nie reagując na ewentualne sprzeciwy, wepchnął na miotłę, zajmując miejsce tuż za jej drobnym ciałem.
I być może błędem było robienie tego tak publicznie, być może błędem było pozwolenie sobie na dość przecież wyraźne okazanie słabości do dziewczyny, ale Avery nie należał w tej chwili do ludzi jasno myślących. Nie, kiedy przyciskał Ślizgonkę do swojego ciała tak mocno, jak tylko było to możliwe, wolną dłonią kierując miotłę wprost w kierunku zimowego ogrodu, mieszczącego się za cieplarniami.
[z/t dla Rose i Avery’ego]
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 11 Sie 2015, 19:31

Bywała na wielu meczach, nigdy jednak nie widziała jeszcze tak brutalnej rozgrywki. Paznokcie wbijane we wnętrza dłoni zostawiały na delikatnej skórze czerwone ślady, a wargi przygryzane nerwowo za każdym razem gdy tłuczek przelatywał tuż obok głowy Rosiera nabrzmiały nieznacznie, szczypiąc nieprzyjemnie. Nigdy nie rozumiała co ludzie widzieli w tym sporcie, a jego brutalność – nieuzasadniona, bezmyślna i zwyczajnie głupia – sprawiała, że Aristos trzymała się z daleka od mioteł. Tak, jak tylko było to możliwe. Wydawało się jednak, że tym razem dobra passa jest po stronie drużyny Slytherinu i nic nie mogło ich powstrzymać przed zdobyciem zwycięstwa, które Belinda wygwizdała ostro zaledwie pół godziny po rozpoczęciu rozgrywki. Tłum kibicujący drużynie Węża poderwał się w górę, zamieniając trybuny w zbiorowisko srebrzysto-zielonych chorągiewek, a dziewczyna wypuściła z ust długo wstrzymywane w płucach powietrze, opadając na ławkę z niejasnym poczuciem satysfakcji i ulgi, zalewającym ciało. Podniosła się zresztą chwilę później, bez słowa klepiąc Morgana w ramię i rzucając pożegnalne spojrzenie Alecto, zajętej nowym stażystą do tego stopnia, że właściwie żegnanie się z nią nie miało najmniejszego sensu. Gnana potrzebą, jątrzącą się gdzieś w podbrzuszu skłębioną mieszanką ekscytacji i złości skierowała kroki wprost na schody, w samą porę by zobaczyć jeszcze jak Avery ląduje tuż przed Rosalie, porywając ją w sobie tylko znanym kierunku.

[z tematu]
Zobacz profil autora
Envy Pride
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 11 Sie 2015, 20:02

Prawdopodobnie ich radosne randewu trwałoby tu na trybunach, gdyby nie fakt że nagle przemknęła mu obok głowy srebrno-zielona strzała. Envy Śledził wzrokiem zawodnika który postanowił wlecieć z buciorami w pobliże i był świadkiem iście epickiej sceny, podczas której...sam nie rozumiał co się wydarzyło, ale apetyczna blondynka została odebrana Vincentowi w sposób wyjątkowo chamski i prostacki.
- Co za buc - mruknął pod nosem i przetarł twarz, zaznaczając w myślach że nadchodzi kolejny anty-Pride'owy wojownik, a co za tym szło, trzeba go będzie ukarać. W końcu niezależnie od ich stosunków rodzinnych, to on był jedyną osobą która mogła w jakikolwiek sposób krzywdzić jego kuzyna, a zdecydowanie takie odebranie wybranki krocza musiało być wyjątkowo krzywdzące. Stare ludowe porzekadło było jasne i wyraźne: tylko Pride może podkradać dziewczyny Pride'a. A że zasada została złamana...co zrobisz, no nic nie zrobisz.
- Zaczekaj moment - powiedział cicho do Hristi i obdarzył ją pocałunkiem, zanim wykonał swoje kilka kroków do Vincetowego jestestwa. Obdarzył kuzyna uroczym uśmiechem ośmiolatka i zagadał do niego trochę zbyt radośnie.
- Widzę że znalazłeś tutaj wielu przyjaciół - niesamowicie mnie to cieszy. Mam nadzieję że jesteście najlepszymi przyjaciółmi - w końcu tylko najlepszy przyjaciel, może odbić dziewczynę z rąk swojego przyjaciela. Szczerze liczę na to, że wasze stosunki są wyjątkowo bliskie... - wypaplał po czym ściszył głos do szeptu w uchu kuzyna i dodał okrutnie, nie zdejmując z twarzy uśmiechu nawet na moment - ... żebym odczuwał prawdziwą przyjemność, gdy będę go kastrował
Następnie odszedł, po drodze odklejając tą sztuczną mimikę i wrócił do Hristi. Złapał ją za rękę i niech wiedzie ich szlak!
z/t Envy i Hristi
Zobacz profil autora
Vincent Pride
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 11 Sie 2015, 20:39

Spędzanie czasu na trybunach dobiegało końca, acz w iście przyjemny sposób. Towarzystwo Rose było wyjątkowo przyjemne, szczególnie, gdy miało się w pamięci ich ostatni raz, kiedy to się bliżej poznawali. Najchętniej by poznał ją jeszcze bliżej, a na pewno częściej, ale jeśli wszystko ma iść zgodnie z planem nie mógł pozwalać sobie na przyjemności zbyt często. Szczególnie, że gdy idzie zbyt dobrze to zaraz coś musi się zepsuć, a takich sytuacji nie lubił.
Koniec meczu zbliżał się szybkimi krokami, a właściwie już nadszedł, co średnio zainteresowało Pride'a, prawdę powiedziawszy. Szczególnie, że obserwując sposób gry Ślizgonów stwierdził, że albo mieli ciężkie wczesne lata życia, albo reprezentują brak talentu, skoro potrafili grać tylko w taki, a nie inny sposób. Może i był kim był, ale w rywalizacji lubił reguły, pokazywały kto tak naprawdę umie się odnaleźć w każdej sytuacji, a nie robi wszystko, byleby wygrać, bo inaczej nie potrafi. Zawiódł się na drużynie swego domu, oczekiwał klasy, a dostał jej pogorzelisko. No cóż, przynajmniej urokliwa osoba w postaci Rabe wynagradzała rozczarowanie - do czasu, gdy Avery, którego pamiętał z obozu, nie postanowił zachować się jak pan i władca przedmiotu z licytacji. Tak mu odebrać piękną towarzyszkę, a już myślał w wakacje, że się polubią i, że jest wart uwagi. Kolejne rozczarowanie, prawie było mu przykro. Prawie - tylko żałował utraty swojego doborowego towarzystwa. Śledził wzrokiem szybko oddalającą się miotłę Lloyda ze znudzonym rozdrażnieniem wymalowanym na twarzy. Dopóki nie podszedł do niego kuzyn, którego obecność i zgodność myślenia przywołał na usta młodszego Pride'a uśmiech równie dziecinny i równie niebezpieczny. Może to też geny? Kto wie, grunt, że nie przepadły, a balowały w najlepsze. Powinny zostać też przekazane dalej, świat bez Pride'ów byłby naprawdę smutnym i nudnym miejscem.
- O tak, bardzo się lubimy, wręcz przyjaźnimy. - odpowiedział, od razu pozwalając, by dobry humor zmienił ton jego wypowiedzi. - Na zabój.
Ostatnie słowa i on wypowiedział szeptem, aby tylko kuzyn mógł je usłyszeć. Dobrze było mieć rodzinę w Hogwarcie, bo z takimi ewenementami jak w tej szkole to samemu aż przykro byłoby "pracować". Tylu ich było, że sam Vincent pewnie nie skończyłby zabawy przed końcem roku, a nie zamierzał przedłużać edukacji o kolejny, przynajmniej na pewno nie w tym miejscu, które plusy mógł wymienić na palcach jednej dłoni.
Pożegnał się z Chiarą i ulotnił zaraz po kuzynie i jego szkolnej miłości. Obserwowanie tej dwójki wywoływało u niego tłumiony, pobłażliwy chichot. Jak uroczo, aż mu to przypomina, że powinien na dniach dopaść Rose w urokliwej atmosferze zakamarków zamku. To wręcz jego święty obowiązek, nie każmy jej cierpieć.

zt
Zobacz profil autora
Melanie Moore
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 11 Sie 2015, 22:09

Ruda szybko przeniosła spojrzenie na stojącego obok Erica, nawet jeśli był pochłonięty doszczętnie meczem to i tak podzielność uwagi nadal zachowywał. Czyżby częściej tak lubił się wtrącać w czyjeś rozmowy? Tyle, że tym razem Mel nie miała nic do tego. Po prosto z szeroko otwartymi oczami słuchała tego co jej mówił. Gdy skończył na jej twarzy pojawił się uśmiech wieńczący to wszystko. Nawet trudno było jej opisać to uczucie. Może coś w stylu "Ty jeszcze nie wiesz co ja potrafię" Jednak miło jej sie zrobiło, kiedy tak przyjemnie porównał Puchonów do tych zielonych obślizgońców. Nie miała szans na jakąś odpowiedź, bo brzmiało to jak wykład
Wstała więc na chwilę by znaleźć się obok niego
-No, to dzięki Tobie mam determinacje by jednak odebrać Ci kafla. Trochę sobie teraz popsułeś u mnie papiery, ale w dobrym sensie - odpowiedziała z delikatnym uśmiechem - No to pewnie już raczej były Twoje słowa hm? W każdym razie dziękuję i nic nie szkodzi. To mi było potrzebne, denerwuję się po prostu przed debiutem - odpowiedziała i położyła mu rękę na ramieniu jak dobremu koledze. W tym momencie równocześnie zobaczyli akcję Ślizgona. Mel nie wierząc co zobaczyła chwyciła poręcz obiema dłońmi i wychyliła się do przodu.
-Co to miało być?! Może Ciebie też by tak potraktować co? - krzyczała jak jeden głos z Gryfonem, by za chwilę ponownie usiąść i wziąć głębszy oddech - Co jeszcze masz w tym w swoim notesie hm? - spytała Riaana gdy drugi, nakazał mu zapisać nazwisko Ślizgona. Taktyki na każdego gracza z osobna? Nie, no.. zaglądać mu tam nie będzie. Mecz już się zbliżał ku końcowi, nawet i wiedziała jaki już będzie wynik. Zresztą już się tego nawet doczekała po krótkiej chwili i wywaleniu Grossherzog'a z boiska. Dobrze mu tak. Skrzyżowała ręce na piersi.
-Dobra, reszta meczu już była do przewidzenia. Idę już. Do zobaczenia wkrótce chłopaki - pożegnała się z nimi krótko i odeszła wraz z rozchodzącym się powoli tłumem.

z/t
Zobacz profil autora
Riaan van Vuuren
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 12 Sie 2015, 00:13

- Zanotowane. - kiwnął głową Ericowi, jednak nic w notesie przy nazwisku Grossherzoga nie dodał. Pałkarz to tylko pion na szachownicy, nie należy się na nim skupiać. Co prawda, Ślizgonowi przydałoby się porządne lanie, ale nie był to priorytet. I czy to nie Sharon z nim teraz rozmawia? Dziwne, bardzo dziwne. Riaan zamknął już zeszyt, nie będzie mógł ocenić Chayenne, nie miała przeciwnika. Właściwie w momencie, kiedy Skai spadła z miotły równie dobrze mógł już udać się do dormitorium. Mecz był skończony i krzyki Erica, czy Melanie nie mogły tego zmienić. Slytherin zwyciężył. Jako jedyny wiedział, że nie było w tym nic niesprawiedliwego. Doświadczył brutalności quidditcha na treningach Srok. Tam też nikt się nie oszczędzał, wszyscy musieli być wystarczająco twardzi, aby wytrzymać trudy ligowego spotkania. Sport czarodziejów był zdecydowanie krwawym sportem.
- Właściwie to sposób na pokonanie każdej drużyny w Hogwarcie. - mrugnął do niej porozumiewawczo i schował swój notes do wewnętrznej kieszeni szaty. Ostatni gwizdek przeszył powietrze, czas było wrócić do zamku.
- Cześć Melanie. A Ty chodź, zanim mi tutaj wyskoczysz na murawę i polecisz się bić. - Riaan łapiąc kolegę za ramię wyciągnął go z trybun, aby ruszyć do Hogwartu w ślad za rudą Puchonką.
[z/t Riaan i Eric]
Zobacz profil autora
Gwendolyn Scrimgeour
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 12 Sie 2015, 12:56

Przez chwilę w umyśle niewiasty zapanowała grobowa cisza, a ona uspokajała oddech. Nie sądziła nawet, że tak trywialna dyscyplina, za jaką w mniemaniu Gwen uchodził Quidditch, tak bardzo przyspieszy bicie jej serca. Bezwiednie przebiegła karykaturalnie przymrużonym spojrzeniem po najbliższym otoczeniu i upewniwszy się, że nie błądzi po omacku pośród rozległych, Morfeuszowych krain, przebąknęła cicho.- Sto siedemdziesiąt do zera. Z tymi słowami blondwłosa obróciła się na pięcie, krzepkim ruchem zaznajamiając magiczny megafon z obiciem podestu. Z wysoko uniesioną głową ruszyła w stronę zamku, intensywnie zaciskając smukłe palce na cisowej różdżce, gotowa potraktować wymyślnym urokiem każdego, kto ośmieli się wejść w drogę irracjonalnie złej Krukonce. W głowie szumiało jej od rodzącego się tam, nonsensownego planu, o którego rzeczywistą realizację postanowiła zawalczyć już na etapie wyeliminowania z rozgrywki pierwszej z cór Roweny Ravenclaw. Z uporem maniaka przyspieszyła kroku, na krótko zbaczając z toru – w celu oddania się chwili zapomnienia, opatrzonej chmurą dymu i smrodem popielniczki. Papierosy stanowiły dla niej ostateczny środek uzyskania tej dozy spokoju, która bądź-co-bądź gdzieś w tymże w-gorącej-wodzie-kąpanym wnętrzu lawirowała.
Wiedziała już co ma zrobić.
zt.
Zobacz profil autora
Alecto Carrow
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 12 Sie 2015, 14:46

Uśmiechnęła się pod nosem krótko, ale nie odwróciła więcej spojrzenia w stronę nieznajomego, z pełnym wyrachowania rozmysłem ignorując chwilę, w której postanowił zdradzić jej swoje imię. Zamiast tego, smakowała je na koniuszku języka, w palcach bezwiednie mnąc materiał zielonego szalika, który przyniosła ze sobą na trybuny. Dane Ginsberg. Nowy stażysta.
Interesujące.
Mecz powoli przeradzał się ze sportowej rozrywki w jarmarczną bijatykę, było to jednak do przewidzenia, zwłaszcza, gdy na boisku znajdowali się rozgoryczeni zeszłoroczną porażką Ślizgoni. Panna Carrow nie miała ani cienia złudzeń, że z Krukonów nie zostanie zbyt wiele do zdrapywania z boiska i właściwie nie można było powiedzieć, by dużo się pomyliła. Widząc, jak narzeczona Amycusa usiłuje niezbyt wprawnie faulować Rosiera, Alecto skrzywiła się jedynie pogardliwie. Mecz, dynamiczny, szybki i wyjątkowo rozgwizdany - sędzina wreszcie odzyskała wzrok - nie był koniec końców na tyle fascynujący, by powstrzymać spojrzenie dziewczyny od wędrowania w stronę siedzącego zaledwie jedno krzesełko dalej mężczyzny. Widząc, że rozgrywka ma się ku końcowi, dziewczyna sięgnęła po różdżkę i machnęła nią, celując w jeden z frędzli zwisających z końca szalika. Przemieniwszy go w skrawek pergaminu, wsparła go na kolanie i koniuszkiem różdżki wypisała coś zamaszystym ruchem dłoni, by następnie wstać i ostentacyjnie opuścić trybuny, wtykając Ginsbergowi liścik w dłoń.

Spoiler:
 

[z tematu dla Al i (zapewne) Dane'a też]
Zobacz profil autora
Adrien Creed
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 12 Sie 2015, 17:32

Nie zwracając na nikogo zbytecznej uwagi, obserwował boisko. Nie podobała mu się brutalność zawodników domu, z którego pochodził, jednakże nie mógł na to nic poradzić. Gdyby znalazł się wśród nich, zapewne byłby psychicznie zmuszony do robienia dokładnie tego, co oni - prób zmasakrowania drużyny przeciwnej. Jakie to szczęście, że ich szukająca nie doznała nagłej kontuzji i mogła brać udział w meczu. Zwłaszcza, że poza ciągłymi atakami Slytherinu nie działo się prawie nic. Krukoni zdawali się spać, zupełnie jakby nie zależało im na wygranej.
Tłuczki latały tu i tam pod wpływem ciągłych uderzeń pałkarzy. Były niemiłosiernie bite. A co, jeśli też miały ludzkie uczucia i potem będą płakały w skrzyni, zamknięte i samotne? A jeżeli to właśnie był powód ich atakowania każdego na boisku? Sssh, to wcale nie były zaklęcia każące im to robić. To na pewno ich rozpacz i smutek powstałe w wyniku cierpienia. Ostatecznie zrzuciły przecież z miotły szukającą Ravenclaw, na 99% uniemożliwiając Krukom wygraną. Niby tylko 20 do 0, ale jeśli się nie obudzą i nie odbiją do co najmniej 17 wrzutów, to mają pograne.
I... Tak. Chayenne złapała uskrzydloną piłeczkę, którą Ad starał się obserwować przez całą grę. Slyth wygrał, ale nie było się co dziwić, jeśli wzięło się pod uwagę zaangażowanie drużyny Ravenclaw. Sto siedemdziesiąt punktów. Do zera. Okrągłego, pustego zera. Hałas na trybunach wywołał u niego niemiłosierny ból głowy, z którego dopiero teraz zdał sobie sprawę. I choć nie dawał po sobie tego poznać, w oczach wyraźnie czaiła się potrzeba samotności. By uniknąć tłoku, zwiał w połowie komentarza głośno obwieszczającego zakończenie gry. Pożegnał Irisviel, przekazując jej jeszcze, że będzie w Pokoju Wspólnym. Nie wiedział tylko, czy słyszała, ale mało go to obchodziło.

[z/t]
Zobacz profil autora
Sharon Wigmore
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Czw 13 Sie 2015, 21:18

Wyglądało, jakby wsłuchiwała się w jego wypowiedź z uwagą, nie odwracając wzroku od płynnie poruszających się warg, które niemalże wołały do Puchonki o pocałunek. Większość jego słów wpadała jednym uchem i wypadała drugim; ostro zarysowane rysy żuchwy nie pozwalały jej skupić się na tym, co mówił. Potakiwała tylko głową co jakiś czas, na znak, że aktywnie i żywo go słucha. Nie, żeby Sharon była pustą osobą – naprawdę ciężko skoncentrować się na filozofowaniu i przechwałkach, kiedy ma się przed sobą tak wyborne ciacho z najwyżej półki ślizgońskiego sklepu ze słodkościami.
- Tak, tak, masz całkowitą rację – uśmiechnęła się do niego ciepło, uśmiechem, który zachowywała na specjalne okazje. Czyli w praktyce na co dzień. Zagryzła nieco wargę, kiedy w iście męskim geście postanowił z ubolewaniem przetrzeć twarz. Fale gorąca zalewające ją raz po razie zmusiły do nerwowego wachlowania się kawałkiem dżinsowej kurtki, jeszcze przed momentem namiętnie ściskanej w palcach. Dopiero na wzmiankę o Puchonach oprzytomniała, w sekundzie blednąc jak ściana; szybko jednak zorientowała się, że chłopak wcale nie mówił o niej. Przełknęła głośno ślinę, składając drobne dłonie na jeszcze drobniejszych kolanach i kiwnęła się kilkakrotnie w przód i w tył, zaniepokojona stanem własnego zawstydzenia. – Em, Gilgamesh? – nie wiedziała właściwie jak się do niego zwrócić więc głos lekko jej zadrżał. Gdyby obcowała z kimś bardziej inteligentnym i mniej zajętym wywyższaniem własnego siebie, pewnie już dawno wyleciałaby w powietrze za „zagadywanie do tych lepszych”. – Gil...jak mogę się do ciebie zwracać? – uniosła odrobinę ciemne brwi, zatapiając się w cieniu jego oczu raz jeszcze. Czerwień na twarzy z sekundy na sekundę robiła się coraz bardziej denerwująca i, niestety, zdradzająca, toteż Puchonka czym prędzej postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. -  Czy ty…nie miałbyś ochoty napić się ze mną piwa…gdzieś?
Zachłysnęła się powietrzem i zakaszlała kilkakrotnie, kontrolnym spojrzeniem zahaczając o posturę przyjaciółki stojącą gdzieś niedaleko. Nie mogła pokazać, że się wstydzi, w końcu takie zachowania były kompletnie nie w jej stylu. Gdzie ta niepokorna, wiecznie uśmiechnięta Wigmore, podchodząca do wszystkiego z uśmiechem i nie całkiem poważnie? Odchrząknęła, zakładając rozwiane przez wiatr włosy za lekko zaróżowione ucho i postarała się rozluźnić odrobinę, wstając z miejsca. Chciała jak najszybciej opuścić trybuny, wtedy poczuje się pewniej – brak dookoła ludzi mogących zdradzić jej prawdziwe pochodzenie na pewno diametralnie pomoże w zwróceniu Sharon jej naturalnego zachowania i usposobienia.
- To jak? Obiecuję, że nie będziesz się ze mną nudzić!
Zobacz profil autora
Gilgamesh von Grossherzog
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pią 14 Sie 2015, 17:46

Trochę uwierał go fakt, że Sharon tak ochoczo zgadzała się na każde jego słowo - zero polemiki, zero wyzwania, zero prób nawiązania jakiejś wymiany poglądów. Oczywiście było to dla niego zrozumiałe - zwyczajnie jej Krukońskie jestestwo zachowywało się niczym przeciekający dach podczas ulewy na jego widok, a w tym nie było raczej nic dziwnego, toteż nie zamierzał protestować. Zwyczajnie uważał że zdecydowanie byłoby zabawniej, gdyby musiał się troszeczkę postarać - tutaj miał wszystko wyłożone na tacy. Chociaż może to i lepiej? Być może w późniejszej fazie ich...znajomości, dziewczyna postanowi się wykazać - niezależnie od tego, czuł wręcz Królewski obowiązek aby traktować wszystkie po równo i dać jej szansę. Jeśli na nią zasługiwała to mu udowodni, prawda?
- Gilgamesh, Gil, Gross...chociaż zazwyczaj wymagam form bardziej oficjalny jak "Panie Mój" czy też "Książę", jednakże zrobię dla Ciebie wyjątek - odparł po czym wyszczerzył się na znak że to tylko żart i zdzieliłby pierwszą osobę która postanowiłaby zwracać się do niego "Panie Mój". Chyba że ta osoba byłaby skrzatem domowym - wówczas zdzieliłby skrzata podwójnie, tak dla własnej satysfakcji. Wtem wpadło mu do głowy przeoczenie z jego strony - za bardzo skupił się na kuszących kształtach dziewczyny, żeby wcześniej o tym pomyśleć.
- A Ty? Jak się nazywasz? Bo muszę przyznać że to hańba dla mnie, że do tej pory nie dostrzegłem takiej różyczki rosnącej na tej Hogwarckiej ruinie. - zarzucił lekko pytaniem, kątem oka zauważając jak Avery robi nalot na trybuny. W innych okolicznościach prawdopodobnie podbiegłby aby zbić mu piątkę i pogratulować wzlotów i upadków trybunnych, jednakże miał aktualnie znacznie lepsze rzeczy do roboty niż Lloyd, zresztą - wciąż miał do niego lekki żal za robienie z siebie wielce pokrzywdzonego w PWS.
Skupił ponownie uwagę na swojej towarzyszce, maskując lekkie rozbawienie wywołane jej widocznymi oznakami zakłopatania, zwyczajnym, przyjaznym uśmiechem. No proszę, zwykle to on zapraszał dziewczyny na piwo, nie one jego, ale widocznie jej ochocza postawa wobec niego doprowadziła do tego, że wyglądało to jakby się opierdzielał.
- Oczywiście, bardzo chętnie bym się z Tobą gdzieś wybrał. Mam nawet ciekawą propozycje. Niebawem rozpocznie się impreza Ślizgonów - w końcu wygraną trzeba opić, a akurat synowie i córy Slytherinu wiedzą jak należy świętować. Oczywiście zaproszenia otrzymało jedynie ścisłe grono Ślizgonów, jednakże wolno nam zabrać osoby towarzyszące. Chciałabyś wybrać się ze mną? - spytał posyłając jej kolejny szeroki uśmiech, godny niejednego Don Juana.
- I nie bój się, ja nie gryze - dodał ciszej komentując jej zakłopotanie, po czym nachylił się i obdarzył ją szybkim całusem w policzek.
Zobacz profil autora
Timothy Lowther
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Nie 21 Lut 2016, 17:08

Mało kto uwzględniał to w ocenie Lowthera, Krukon należał jednak do osób umiejących, lubiących i czasem wybitnie potrzebujących pomyśleć. Odcinanie się od szkolnego gwaru nie było może czynnością dla niego standardową - pomimo tego, że na wielu uczniów nie potrafił patrzeć inaczej jak z góry, nie był samotnikiem i ponad zaszycie się w kącie mimo wszystko przedkładał spacer w tłumie rówieśników - bywały jednak dni, gdy hogwarcka brać drażniła go bardziej niż zwykle, co z kolei wymuszało znalezienie sobie miejsca, gdzie nie będzie narażony na nadmiar towarzystwa. W tej roli zaś zawsze doskonale sprawdzały się trybuny. Jeśli tylko nie zbliżał się żaden mecz i boisko nie było rozchwytywane przez trenujące zespoły, Timothy nie tracił sił na szukanie sobie lepszego azylu. Stadionowe trybuny odpowiadały mu w zasadzie niezależnie od pogody i nie widział potrzeby, dla której miałby szukać dla nich zamiennika.
Szczególnie, że teraz na przeszkodzie nie stały mu żadne rozgrywki. Boisko było ciche, a trybuny opustoszałe - dokładnie tak, jak lubił. Podobnie sprzyjających okoliczności nie mógł zignorować. Pracę domową, nad którą siedział - jakiś średnio porywający esej z historii magii - pozostawił więc tak, jak rozłożył go wcześniej na łóżku, nie bawił się też w zbieranie porozkładanych dokoła książek. Do przerwanego pisania i tak będzie musiał przecież wrócić, porządkowanie wszystkich akcesoriów byłoby więc pozbawione sensu. Krukon upewnił się więc tylko, że żaden nieproszony podmuch wiatru, jaki mógłby wedrzeć się przez uchylone okno, nie zwieje mu jego wątpliwej jakości literatury i w kolejnej chwili szybkim krokiem pokonywał już błonia, kierując się ku boisku.
Zajął dokładnie to samo miejsce, które adoptował za każdym razem, gdy nie musiał o nie walczyć z innymi zbierającymi się na mecz kibicami. Na samej górze, na wysokości mniej więcej środka boiska. Podobnie też jak zazwyczaj oparł nogi na ławce w niższym rzędzie i wyciągnął jedno... Nie, pierwszego papierosa z przyniesionej ze sobą paczki. To był taki jego mały rytuał - siedzieć z dala od uczniowskiego gwaru i truć się z premedytacją podczas swobodnych wędrówek w myślach.
Wbrew pozorom, tym razem to nie kobiety zajmowały jego uwagę. Rozsiadłszy się już wygodnie, oparłszy plecy o ściankę u szczytu trybun, nasunąwszy fedorę niżej na przymknięte oczy i wydmuchnąwszy w niebo pierwszy kłąb nikotynowego dymu powędrował nie ku Wandzie, Noelle czy którejkolwiek z dziewcząt, które mogłyby go zainteresować, ale ku własnej siostrze. Oczywiście, Annika też była kobietą, w dodatku cholernie atrakcyjną, od innych przedstawicielek płci pięknej różniła się jednak tym, że Tim poświęcał jej uwagę, bardzo dużo uwagi, i że dla niej, tylko dla niej, gotów byłby zrobić absolutnie wszystko. Żadna z dotychczas poznanych panienek nie mogła z panną Lowther konkurować o miejsce w sercu Tima, bo też żadna nie była - i być może nie miała być - dla niego aż tak ważna.
A teraz Annika wspinała się na kolejne szczeble ku Mrocznemu Znakowi. Myśląc o tym, Tim nie czuł trwogi, niesmaku czy niechęci. Nie, wręcz przeciwnie, uważał, że to dobrze. Podobnie jak siostra, widział dla siebie miejsce wśród Śmierciożerców i niepodzielanie tak fanatycznie ideologii Voldemorta nie stało na przeszkodzie byciu wobec niego lojalnym. Zwykły rachunek zysków i strat wychodził na plus po stronie właśnie tej niepraworządnej rodziny i Timothy nie czuł oporów przed staniem z nimi ramię w ramię. A teraz Annika mogła stać się kimś więcej, udowadniając, że byli nieodrodnymi dziećmi swych rodziców.
Lowther odetchnął cicho, niespiesznie zaciągając się papierosem. Jeśli to się stanie, jeśli na przedramieniu jego siostry pojawi się Znak, on, Tim, będzie kolejny. Nie, oczywiście, nie miał tego zagwarantowanego, nie miał żadnych większych przywilejów związanych z pochodzeniem. Nie, po prostu wiedział, że gdy tylko doceniona zostanie Annika, on postara się o to samo. Po prostu. A znał przecież swoje możliwości, wiedział, że determinacji mu wystarczy.
Ta wizja była... Cóż, Timothy wzbraniał się przed prostymi przymiotnikami, te bowiem nigdy nie określały odpowiednio jego uczuć. Teraz więc też od jakiegokolwiek komentarza się powstrzymał, pozostawiając swe wrażenia w strefie przez niego rozumianej, ale jednak nienazwanej.
Zobacz profil autora
Chiara di Scarno
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 22 Lut 2016, 19:14

Nie tylko on jeden doceniał możliwość odizolowania się od szkolnej gawiedzi, którą zapewniały trybuny poza, jak to już zostało wspomniane, sezonem rozgrywek. Chiara także przekonała się, już jakiś czas temu z resztą, że więcej upragnionej ciszy i spokoju odnajduje schowana w kącie na jednej z drewnianych ławek, niż zaszyta w czeluściach biblioteki. W królestwie Pani Pince coraz częściej odnajdowały ją bowiem ciekawskie spojrzenia i natrętne szepty, które budziły jej obrzydzenie i sprawiały, że rodził się w niej gniew. Tak palący, tak przeraźliwy, że miast szukać dla niego ujścia, wolała przed nim umykać, chować się w miejscach, do których bodźce go powodujące nie miały dostępu. Bała się bowiem, że może jednak, mimo wszystkich swych starań, więcej niż myślała odziedziczyła po znienawidzonym przez siebie ojcu. Może, wbrew jej woli, będzie musiała wkroczyć na znienawidzoną ścieżkę, bo takie jest jej przeznaczenie, tak nakazuje wrząca, czarna krew płynąca w jej żyłach. Nie zdziwiłaby się z resztą. Bo czyż nie była to po części ta sama krew, która napędzała mroczne fantazje samego Salazara Slytherina?
Ale, podczas gdy Tim przybył na trybuny rozmyślać o swej siostrze i wizji ubiegania się o przynależność do Śmierciożerców, Chiara przybyła w to miejsce aby zająć myśli czymś innym niż zbiegły, dość podle dodajmy, Rosier oraz wisząca nad jej głową, niczym wyrok, perspektywa przyjęcia Mrocznego Znaku, bynajmniej nie z własnej woli, lecz z przymusu. Bo jednak życie liczyło się dla niej więcej, niż wolność. Bez tego pierwszego, nie dałoby się osiągnąć drugiego, a póki jej serce biło, mogła mieć jeszcze nadzieję, czyż nie?
Siedziała więc na trybunach, pochłonięta lekturą jednego z tomów, które załatwiła poprzez sługi swojego ojca i odebrała niedawno, całkowicie z resztą nielegalnie, w Hogsmeade. Nie była to czytanka, którą polecano uczniom Hogwartu. Nie, prawdopodobnie, gdyby ktoś przyłapał ją na oddawaniu się podobnym, choć przecież jakże edukującym, rozkoszom, mogłaby mieć poważne problemy. Ale jej głód wiedzy, zwłaszcza ten tyczący się run, nie słabł. Ba, rósł z każdym dniem i momentami przytępiał jej umiejętności racjonalnego myślenia i kazał odsuwać na bok zwykłe środki ostrożności. Nie miała z resztą świadomości, że ktoś prócz niej znajduje się na trybunach. Zajęta czytaniem nie zwróciła uwagi na przybycie Tima, on, zdawało się, także jej nie dostrzegł. Poza tym, choć nie znała go aż tak dobrze, jak mogłaby sugerować ich nie tak dawna znowu wspólna przeszłość, nie podejrzewałaby go o złe względem niej intencje.
Jej oczy przesuwały się łapczywie po stronach zapełnionych znakami, które dla większej części społeczeństwa, nawet tego magicznego, byłyby zwyczajnie nieczytelne. Pomijając ich tak niezwykłe kształty, przesuwały się bowiem w dodatku, do czasu do czasu zamieniając się miejscami, przekształcając się w zupełnie inne symbole, albo znikając, ustępując miejsca sąsiadom. Chiary zdawało się to nie dziwić, ba, wyglądała na najzupełniej przyzwyczajoną do takiego stanu rzeczy, jakby podobne zachowanie treści książki, należało do normy i spotykała się z nim na co dzień.
Zobacz profil autora
Timothy Lowther
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 22 Lut 2016, 20:07

Zdążył co najmniej trzykrotnie zboczyć z tematu przewodniego wszystkich swych rozważań nim doszło do niego, że coś - czy raczej kogoś - przeoczył. Pobłądził więc na krótką chwilę w kierunku zbliżających się świąt, które tradycyjnie spędzić mieli z Anniką tylko we dwoje, we wspólnym londyńskim mieszkaniu. Zahaczył na moment o podboje swojej siostry, wszystkich tych rozczarowanych, którzy ośmielili się liczyć na więcej niż jedną, dwie czy trzy noce. Wspomniał też wreszcie ostatni, krótki liścik otrzymany od swojej dwudziestopięcioletniej blondyneczki - o tym, że znalazła mu jakąś nauczycielkę i że z pewnością będzie zadowolony. Co to w ogóle miało znaczyć? To pytanie też sobie jeszcze zadać, odpowiedzi już jednak znaleźć nie zdążył, bowiem właśnie w tym momencie w głowie zabłysła lampka, że coś nie grało.
Nagłe, przybyłe z opóźnieniem spostrzeżenie wespół z cichym szelestem ubrań czy pojedynczym szurnięciem buta kazało mu zsunąć fedorę ponownie na jej miejsce, otworzyć oczy i namierzyć źródło owego niespodziewanego przeświadczenia, że przychodząc tu i zajmując swoje zwyczajowe miejsce coś przeoczył. Coś, czyli - jak się okazało już w kolejnej chwili - obecność innego ucznia. Uczennicy. Dziewczyny, którą znał - znał dość dobrze, przynajmniej w pewnym tego słowa znaczeniu. Teraz wyszło zaś na to, że ową znajomą zwyczajnie zignorował, co nie świadczyło o nim najlepiej.
Z drugiej strony - może wcale nie. Może właśnie świadczyło całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę, że di Scarno była pochłonięta lekturą do tego stopnia, że też chyba go nie zauważyła, może to dobrze, że jej nie przeszkadzał, nie przysiadł się na chama i nie próbował na siłę skupić jej uwagi na sobie. Sam nie lubił przecież, gdy ktoś uparcie próbował uszczęśliwić go swym towarzystwem wtedy, gdy towarzystwa wcale nie potrzebował, więc...
Tylko że Tim nie byłby sobą gdyby teraz, wiedząc już, że w tym samym rzędzie, kilka zaledwie ławek dalej siedzi dziewczyna, o której wie więcej niż tylko to jak ma na imię - cóż, gdyby po prostu nie zasygnalizował, że też się tu znajduje i po prostu się nie przywitał. Jak to jednak zrobić, by nie zrujnować jej ewentualnych planów na przesiadywanie sam na sam z książką? Jak to zrobić, by nie zarzucać sobie potem, że zachował się dokładnie w taki sposób, jakiego sam nie tolerował?
Najłatwiej chyba po prostu tak, jak kiedyś, gdy po chwilowej separacji - tej oddzielającej okres ich dziecięcego przesiadywania obok siebie przy stole w Wielkiej Sali od znacznie bardziej burzliwej, młodzieńczej znajomości - ponownie zwrócił na siebie uwagę panny di Scarno, tym samym fundując im krótką, gwałtowną wspólną przygodę.
Bez wahania wyciągnął więc z kieszeni płaszcza paczkę papierosów i kładąc ją na ławce obok siebie, popchnął na tyle silnie, by bez większych problemów pokonała całą długość kilku miejsc dzielących go od Chiary. Z jego ust wymknął się też cichy, znaczący gwizd - dokładnie tak, mało subtelny, wręcz prymitywny sposób samca na zwrócenie na siebie uwagi Włoszki. Oczywiście, wtedy, jakiś czas temu, to raczej nonszalancki uśmiech Tima załatwił tu większą przychylność di Scarno niż ta niecywilizowana metoda, z drugiej jednak strony - teraz przynajmniej miał się z czego śmiać. Bo to było dość żałosne, nieprawdaż? Na tyle żałosne, że podobne zabiegi Lowther stosował już wyłącznie w chwili, gdy chciał z jakiejś panny zażartować czy po prostu ją wyśmiać.
Poza dniem dzisiejszym. Bo dziś nie chciał ani jednego, ani drugiego, a jedynym jego celem było zainteresowanie sobą Chiary w sposób, który ją rozbawi. Albo nie. Tak czy inaczej, Krukona bawiło, jak zresztą bardzo wiele rzeczy.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Trybuny   

 

Trybuny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 12 z 13Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... , 11, 12, 13  Next

 Similar topics

-
» Trybuny
» Trybuny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
 :: 
Boisko Quidditcha
-