IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Trybuny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11, 12, 13  Next
AutorWiadomość
Hristina Georgiew
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Nie 19 Lip 2015, 23:16

Wiele osób, które znało Hristinę chociażby pobieżnie nie potrafiło wymienić ani jednej rzeczy zdolnej odsunąć jej myśli od quidditcha - ba, ona sama zareagowałaby zbulwersowanym milczeniem na pytanie tego typu. A tu proszę, zjawia się taki Pride i nagle z jej głowy zniknęło najmniejsze wspomnienie o ulubionym sporcie, który z powodzeniem mógłby być jej religią. Co on robił w Hogwarcie? Dlaczego w tym samym czasie co ona? Dlaczego postanowił się pojawić właśnie tutaj, tego roku, na dodatek przyjść na mecz i to do tego samego sektora? Dlaczego uśmiechał się do niej jak gdyby dzielił ich najzwyklejszy w świecie wyjazd na stypendium czy inne cholerstwo? Na usta cisnęło się typowe dla amerykańskich romansów "honey, I'm home", nawet jeśli rudowłosa najchętniej nakierowałaby wszystkie tłuczki prosto w twarz osoby, która była w stanie doprowadzić do trwałych zmian w jej psychice - nie tylko na plus.
Nie odpowiedziała mu uśmiechem, za to prychnęła, a w oczach zaiskrzył płomień, który z każdą sekundą niebezpiecznie drgał, jakby w dowolnej chwili mógł przerodzić się w pożar lub samą Szatańską Pożogę. Uśmiech, a raczej grymas, który mógłby podchodzić pod ten tytuł, reprezentował raczej zdanie "niewiarygodne, no idiota".
- Żaden młodzik nie mający chociażby odrobiny oleju w głowie - sprostowała, oglądając się na boisko na ułamek sekundy, gdy wśród okolicznych widzów rozległy się bardziej intensywne pomruki. - Prędzej się zestarzeję i zamienię się w dementora niż doczekam się swojego Czarnobrodego.
Doświadczenie podpowiadało jej, że drażnienie Envy'ego zazwyczaj nie ma pozytywnych skutków, jednakże w obecnej chwili naprawdę niewiele ją to obchodziło. Miała ochotę odwrócić się, powiększyć schowaną miotłę i odlecieć do swojego pokoju, gdzie pierze fruwałoby na podobieństwo Benowego brokatu przez kilka ładnych godzin. Zapewne uczyniłaby to w końcu, gdyby nie fakt, że Pride znalazł się niebezpiecznie blisko niej, na dodatek bezceremonialnie likwidując dystans między nimi, wtargnąwszy w sferę osobistą - w sferę, która prawie zapomniała jakie to uczucie.
Dreszcze przebiegł wzdłuż kręgosłupa, kiedy poczuła jego dłonie na swojej talii, na moment sztywniejąc. Mimo wszystko jednak w niej też zostało przyzwyczajenie, które nie pozwalało się odsunąć, tylko trwać w przestrzeni, w której nie było miejsca na nic poza niedokończonymi sprawami. Zdała sobie sprawę, że idealnie pamięta każda nutę jego głosu, na dodatek instynktownie zgadywała słowa, padające z jego ust. Zdecydowanie zbyt dobrze znała te usta, niedobrze.
Trafił do niej ten typowy dla Envy'ego komplement, choć starał się za wszelką cenę nie dać tego po sobie poznać. Nie miała w głowie schematu zachowania na taką sytuację, gdyż nigdy nie brała jej pod uwagę, a niewinna minka na nic się zda. To zdecydowanie nie była sytuacja sprzyjająca niewinności.
- Mój ocean był dla ciebie najwyraźniej trójkątem bermudzkim. Jedyna nieścisłość to fakt, że jednak wróciłeś. - odparła cicho, w głosie zaś pobrzmiewała istna kakofonia odczuć i emocji, które targały młodym, bułgarskim sercem, a właściwie całym jestestwem stażystki.
W końcu westchnęła ciężko, przeczesując palcami włosy od czubka głowy. Nagle stała się zmęczona tą wymianą zdań, która siliła się na uprzejme złośliwości, adekwatnie nie pasującej do całokształtu.
- Niech cię szlag, Envy, daję słowo. Niech cię szlag jasny trafi - potem cię oskóruję, posypię solą. Zawsze lubiłeś jak się tobą zajmowałam.
Zobacz profil autora
Chantal Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 00:03

Może i była chodzącym banerem jej domu, ale czy ktoś jej zabroni? Nie było niczym zaskakującym, że wspierała swój dom w każdym możliwym aspekcie. Dom Węża ponad wszystko. Wiadomo, że na lekcjach jej aprobata powinna być dyskretna i niewidzialna, ale teraz, na meczu? Mogła nawet przyjść w mini i z pomponami, by skakać jak szalona. Tyle, że ona miała klasę. Tego nie można było jej odmówić. Nawet emanując faworyzowaniem Slytherinu zachowywała takt. Właśnie taki był dom Salazara. Pełen godności i klasy. Nie przypominał w niczym rozszalałych Gryfonów, niezdarnych Puchonów czy osowiałych Krukonów. Poza tym zieleń zawsze była kolorem idealnym. O dziwo - mógł być kolorem nadziei, ale i jednej z najgorszych trucizn. Nawet samej Avady. Należało wiedzieć, jak poprowadzić swój los. By nie żałować. Chantal mimo swego charakteru nigdy nie żałowała obranej ścieżki, chociaż wiele osób dałoby sobie głowę uciąć, że jest zupełnie inaczej.
Katja powitała ją "ulubionym" pseudonimem. Chantal machnęła ręką tylko.
-Trzeba wesprzeć swój dom. -zauważyła. Uniosła nieco brew, gdy dojrzała kątem oka, jak Katja prowadzi dysputę z komentatorką meczu. Chyba ten raz może przymknąć o.... jasna cholera. Chyba przydałoby się je faktycznie zamkną, widząc co zrobił jej siostrzeniec. Chantal zasłoniła sobie twarz dłońmi i ciężko westchnęła. Odsłoniła je akurat, gdy Francis odbierał Katji napój.
-Francis, błagam. Dzisiaj. Nie. Gra. Pucholand. -mruknęła przez zęby, przyjmując powitanie w postaci pocałunku. -Nie przyznaję się dzisiaj do Ciebie. -wyjęła różdżkę i starła doping dla Puchonów z nieba. Nie dzisiaj. Nie teraz.
Wszystko było by dobrze, gdyby nie szept Francisa do Gwen - może by odpuściła, ale nie tym razem. Trochę dla zabawy, a trochę dla groźby wyjęła różdżkę i pokiwała nią ostrzegawczo.
-Jedno zaklęcie w kierunku któregokolwiek zawodnika, a oboje stąd wylecicie zanim zdążycie powiedzieć "kilogram ziemniaków". -ostrzegła. Nie pytajcie, dlaczego akurat te słowa. Nie pytajcie.
Zobacz profil autora
Vincent Pride
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 00:12

Vincent ani myślał obserwować byłego lubego Chiary - co zamierzał konsekwentnie, acz umiejętnie zaszczepiać w jej umyśle - szczególnie, że nie zdziwiłby się, gdyby jego domniemania okazały się prawdą, wręcz wybuchnąłby śmiechem w reakcji na oczywistość takiego obrotu spraw. Nie, on wędrował wzrokiem za panienką Vane, której osoba przywoływała bardzo przyjemne wspomnienia z obozu, ale nie tylko. Nie przyszedł z zamiarem kibicowania konkretnej drużynie, ale czemu by nie wspierać duchowo urokliwą Ślizgonkę? W końcu liczył na więcej wspólnej historii w przyszłości, a doping podczas meczu to dobry punkt zaczepienia, jeden z wielu.
Komplement Chiary skwitował wyjątkowo sympatycznym uśmiechem, który miał efekt odpowiednich czekoladek - wyrażał więcej niż tysiąc słów. Nie ufała mu, podobnie jak on jej, a mimo to przyjemnie spędzali czas w tej zatłoczonej atmosferze, oczyszczając ułamek ich relacji. Oboje podchodzili do siebie z rezerwą i oczywistym było, że najprawdopodobniej taki stosunek nigdy się nie zmieni. Jemu nie było do tego spieszno, liczył tylko na osiągnięcie tego, co sobie zaplanował. Zrażanie Chiary do Evana byłoby zbyt oczywistym i głupim posunięciem, wolał działać na raty, by jedna akcja powodowała reakcję, a w efekcie końcowym cały łańcuch zdarzeń i okoliczności sprzyjających wizjom przyszłości. Gdy już będzie po wszystkim ich drogi mogą się rozejść nie zależało mu na przyjaźni czy nawet bardzo dobrej znajomości. Mimo wszystko wolał trzymać blisko siebie tych, którzy byli użyteczni, na dodatek posiadali umiejętności, których nie potrafił dobrze ocenić.
Gdy Rabe postanowiła zmienić miejsce kąciki jego ust drgnęły nieznacznie, by zaraz unieść się ku górze, gdy chwycił jej dłoń - pewnie, acz bez użycia zbędnej siły. Przywitał towarzystwo Ślizgonki ze sporą dozą kontrolowanego optymizmu, by w następnej chwili pozwolić sobie na odgarnięcie niesfornego kosmyka za jej ucho.
- Miło cię mieć tuż obok, Rosalie. - dodał jeszcze, by w następnej chwili roześmiać się na propozycje zakładu. - Ja osobiście bardzo chętnie zobaczyłbym jak obie drużyny w porównywalnym stopniu odnoszą obrażenia, ciekawie obserwować szeroką gamę reakcji graczy na niepowodzenia. Ciekawe czy w przypadku obecnych rywali cała drużyna traci spójność, gdy traci "głowę".
Spojrzał na trybuny nauczycieli, dostrzegając kibicowanie Chantal, wiernie wspierających swoich podopiecznych, oraz wygłupy Francisa. No właśnie, Francis. Ostatnio nie widział go w pobliżu, nawet na korytarzach. Kto wie, może zainteresuje się kuzynem? Jak to mówią "lepiej późno niż wcale", a rozbudowywanie koligacji rodzinnych mogło zaowocować. Może los go zaskoczy czymś nieoczekiwanym, przypadkowo adekwatnym do jego zamiarów?
- Podobno grunt to dobra zabawa, więc czerpmy radość ze spontaniczności grona pedagogicznego. Lepsze to niż bezmózga, krwiożercza rywalizacja o to, kto jest lepszy z samego nazwiska czy przynależności do domu. Ciekawym byłby przykład metamorfomaga sabotującego drużynę przeciwników.
A propos metamorfomagów, Z ciotką także powinien zacieśnić stosunki, w końcu nie wypada tak się izolować, gdy jest tuz pod nosem - kolokwialnie się wyrażając. Może i ona zechce go podszkolić w tym i owym? Dodatkowa wiedza z eliksirów byłaby przydatna w jakiejkolwiek ilości, miał tylko nadzieję, że w między czasie ojciec nie nagrabi sobie u swojej rodzinki. Niech się chociaż do tego przyda, by wszystko szło po myśli jego syna.
Poprawił się na ławce, również niby przypadkiem wchodząc w bardzo bliską interakcję ze Ślizgonką, przesuwając wierzchem palców po jej udzie, by w końcu umieścić dłoń na swoim kolanie.
- Jeżeli Wilson jest tak samo charakterna jak podczas Patronusa to już możemy liczyć grudki ziemi w jej ustach.
Przyjemne skojarzenie z zakopywaniem żywcem wywołało szelmowski uśmiech do kompletu z błyskiem w oczach. Kto wie, może jakby kogoś dostatecznie mocno wbić w grunt z dużej wysokości...
Nachylił się ukradkiem do Rabe, szeptając jej prosto do ucha kilka słów układających się w"kiedy jesteś wolna?".
Zobacz profil autora
The author of this message was banned from the forum - See the message
Envy Pride
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 06:05

Sam nie wiedział, jak właściwie mógłby trafnie opisać sytuację w której się znalazł. Niecodzienna, krępująca...cóż, nie do końca, nic nie oddałoby głębi tego, co przewijało się przez jego wnętrze, nieustannie nadgryzając jego wątłe pojęcie o zażyłościach i własną samoświadomość emocjonalną. Stał w sytuacji bezkompromisowej, w pewien sposób sprzecznej - jednocześnie sam rozpoczął rozgrywkę, udało mu się nawet ustalić parę faktów, wręcz w pewien sposób zapunktować, a jednocześnie czuł się w tym wszystkim zagubiony. To była zdecydowanie przewaga kontaktów z dementorami, nad kontaktami z kobietami - dementorzy przynajmniej nie kryli się z tym, że zamierzają wyssać Ci duszę i wprowadzić w Twoje życie zamęt i puste cierpienie. U kobiet nikt nigdy tego jasno nie określił, mimo że każde ich posunięcie prawdopodobnie do tego właśnie miało prowadzić. Oczywiście zauważył niebezpiecznie wysoki poziom ognia w oczach dziewczyny, lecz nie przejął się tym szczególnie.
Być może właśnie ta obojętność, trochę go otrzeźwiła - jeszcze chwilę wcześniej czuł się niczym lunatyk wyrwany ze snu, jednakże nagle coś do niego dotarło. Kiedyś, widząc takie spojrzenie, rzucał się hen przed siebie, gotów spłonąć w pożarze który wywoływał. Teraz to wszystko wydawało się tak śmiesznie odległe, a mimo wszystko...z jakiegoś powodu brakowało mu jego własnego szczenięcego zapału. Nagle się zorientował że minione lata rozłąki były jak krocze kastrata - czegoś tu brakowało. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jak daleko by tego nie szukał, to ten okręt już zatonął. Jedyne co pozostało, to urządzić kolejny niemy bal pośród piasków oceanu.
Do tego wszystkiego, doszło jeszcze rozbawienie na wzmiankę o Czarnobrodym. W pewien sposób, odczuł że jakby się nie starał, to nie mógł się powstrzymać od komentarza. W końcu na swój sposób ugodziła w czuły punkt.
- No tak, zapomniałem. Odkąd posłałem okręt tego tchórzliwego gołowąsa na dno, to wszyscy mężczyźni w akcie żałoby zgolili swą dumę. I zdecydowanie wolę Cię w bardziej skąpych kreacjach niż płaszcz z kapturem. - mruknął lekko zjadliwie, unosząc brew, zupełnie jakby próbował igrać z wcześniej wspomnianym ogniem. Znowu.
W pewien dziwny sposób, sytuacji wcale nie ułatwiało że Hristi postanowiła się nie odsunąć od jego niezbyt śmiałego posunięcia. Kiedy się zorientował gdzie właściwie trzyma ręce, postanowił błyskawicznie aby...absolutnie nic z tym nie zrobić. Lubił ten stan rzeczy i przyjemnie było po raz kolejny rozkoszować się jej ciałem pomiędzy swymi dłońmi. Nigdy nie był narkomanem, ale gdyby ktoś wysłał go na odwyk, prawdopodobnie tak by się właśnie czuł gdyby ktoś podsunął mu działkę jego ulubionej substancji. Pomimo mentalnego Wietnamu który pustoszył jego (niezbyt) delikatne wnętrze, okazało się że jest jednak w nim miejsce na kolejne odczucie. Mógł być dumny ze swej podzielności uwagi - był w stanie notować każdy bodziec i nie zacząć się ślinić i wygadywać bzdury, czyli do szaleństwa wciąż było mu daleko. Nie licząc oczywiście samego bycia z rodu Pride, w końcu już sama przynależność była swojego rodzaju schorzeniem psychicznym.
Na jej kolejne słowa odpowiedział cichym prychnięciem.
- Chyba nie myślisz, że tak łatwo byłoby się mnie pozbyć na dobre? Spalona mapa i roztrzaskany kompas nie wystarczą, bym nie był w stanie skierować dziobu w Twym kierunku, Blasku Rudości - powiedział nie podnosząc głosu. Prawda była taka że po takim czasie znajomości, był w stanie rozpoznać co się właśnie dzieje z jego rozmówczynią...i nie był pewien, czy chce dopuścić do siebie tą myśl. Wolał zareagować mniej adekwatny sposób, niż zachować się bardziej empatycznie, a powód był prosty. Ostrożność. Wolał nie dać się złapać w pułapkę własnych przekonań i domysłów - jeszcze by się okazało, że po raz kolejny tym kto najzacieklej stoi po przeciwnej stronie barykady, jest jego własna dusza, a to zdecydowanie nie ułatwiałoby mu spojrzenia na wszystko trzeźwym okiem.
- Tak, lubiłem - mruknął pusto i lekko się odsunął, starając się powstrzymać kaskadę wspomnień która napłynęła niczym fala przypływu wraz ze słowami "jak się Tobą zajmowałam". Obawiał się że zatraciłby się w nich, bądź co bądź, niezależnie od tego jak bardzo by się próbował wypierać - właśnie rozmawiał z osobą, która przez długi czas dawała mu radość i szczęście. Niestety, nie był nadczłowiekiem i nie panował nad swoim umysłem w takim stopniu, w jakim by chciał i parę obrazów przemknęło by przed oczami. Uznał, że musi się czymś zająć, czymś zdecydowanie bardziej wyczerpującym jego siły psychiczne niż mecz Quidditcha, jakoś oderwać myśli od przeszłości, skupić się na teraźniejszości. Nie myślał długo, praktycznie wcale - sposób nasunął się sam.
- Oh. Byłbym zapomniał. Nie wręczyłem Ci jeszcze prezentu, który przywiozłem z mojego dwuletniego rejsu do krainy nożów w plecach, do której wiódł ocean nihilizmu. Zatrzymałem się też po drodze w porcie "Bezkresna Rozpacz" i gdy tylko zobaczyłem ten drobiazg, uznałem że na pewno Ci się spodoba. Co prawda trochę już na Ciebie czekał, ale to chyba dobry moment. - powiedział cicho i spokojnie. A skoro już opowiedział historię życia, nadeszła pora przejść do rzeczy. Bez większych ceregieli zrobił krok w jej stronę i chwycił ją za oba policzki, składając na jej ustach pocałunek. Uznał to za najlepsze wyjście z sytuacji - w końcu gdyby tak stał i myślał jeszcze przez chwilę, to jeszcze by się rzucił z trybun i zaczął zachowywać równie irracjonalnie co dzielny kibic Puchonów, Francis Lacroix. Wolał też nie zastanawiać się nad zagadnieniem, które przez okrzyki wyżej wspomnianego przemknęło mu przez myśl, a mianowicie - WHAT THE HELL IS HUFFLEPUFF? Dlatego też uznał, że tak będzie zdecydowanie bezpieczniej.
Zobacz profil autora
Eric Henley
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 15:34

Miejsca które zajął Riaan w opinii Erica nie pozostawiały złudzeń, mówiły wyraźnie, że ten dzień zwyczajnie musiał być wesoły. Jako, że siedzieli w pierwszym rzędzie, a Wandy nie było jeszcze na horyzoncie, szesnastolatek wyciągnął nogi przed siebie i ułożył je wygodnie na drewnianych barierkach których przeznaczenie było oczywiście zgoła odmienne od tego wymyślonego przez Gryfona. Spojrzał w niebo i poczuł delikatne ukłucie zazdrości. Żadnego oślepiającego słońca i przyjemny, delikatny wiaterek- Ślizgoni i Krukoni mieli idealne warunki do gry. Eric oddałby bardzo wiele za możliwość wskoczenia na swoją kometę i zrobienia choćby kilku rundek wokół pętli, w tej chwili nie wyobrażał sobie, że mogłoby istnieć coś wspanialszego niż wiatr szumiący w uszach podczas nacierania na wrogą drużynę. Spodziewał się, że Riaan, mimo, że jego pozycja nie wymagała mknięcia przez niebo, również podzielał jego entuzjazm.
-Jakby coś to możesz liczyć na mój głos podczas wyborów nowego kapitana – powiedział swobodnie chcąc wyrazić w ten sposób uznanie dla jego zaangażowania.
W gruncie rzeczy Henley podziwiał go, On sam bowiem nie był typem który miał w krwi zaszczepioną pasję do analizowanie czegokolwiek z wyprzedzeniem. Większość decyzji - czasem słusznych, innym razem mniej - podejmował pod wpływem chwili i wychodził z swego rodzaju założenia, że najlepsze plany to te wymyślane już w trakcie trwania zadania np. podczas potyczki z innym czarodziejem czy meczu Quidditcha. Inną sprawą był fakt, że takie rozumowanie nierzadko go zawodziło.
-Tak, wiem, wyglądam jak kretyn – odparł na komplement wypowiedziany przez kumpla i z uśmiechem na ustach wzruszył ramionami – Ale obiecałem Wandzie, że będę kibicował Krukonom, no to kibicuję…chociaż i tak bym im kibicował, ale no sam rozumiesz –powiedział zanurzywszy dłoń w fasolkach i zaczął na poważnie obserwować mecz. Nie był specjalnie zaskoczony faktem, że pałkarze Ślizgonów zamierzali wyeliminować drobniutką szukającą drużyny niebeiskich. Ruch ten był o tyle brutalny, co całkiem oczywisty, zwłaszcza biorąc pod uwagę zapędy uczniów domu Slytherina do wyrządzania krzywdy innym, najczęściej tym słabszym od nich samych.
- Księciuniu! Weź się za kogoś swoich rozmiarów…. zaraz wsadzę Ci tę Twoją pałkę wiesz gdzie…. - wrzasnął gdy zobaczył wymachującego kawałkiem drewna –niczym jaskiniowiec- Grossherzoga, który to najwyraźniej- mimo, że nie miał prawa go usłyszeć- posłuchał rady i poszybował w stronę ścigającego Krukoniastych, w ostateczności również będącego dziewczyną, chociaż już nie tak maleńką.
-Jak ja go nienawidzę! Musimy zwalić tego gnoja z miotły jako pierwszego, proszę zanotuj to w swoim dzienniczku jeśli łaska – powiedział wygrażając mu pięścią i kątem oka zauważył idącą w ich stronę Wandę.
Natychmiast poprawił swoją postawę i zabrał nogi z barierki, po czym przyjął delikatnego całusa w policzek i naśladując Riaana posunął się w bok by zrobić miejsce dla nowoprzybyłej.
-Ekstraaa – odparł wesoło na widok fajerwerkopodobnych efektów specjalnych Wandy– Gdybym był na boisku rozniósłbym ich wszystkich na strzępy…tzn. miałem na myśli, że strzeliłbym dużo goli, oj no sami wiecie – odparł na pytanie o nastrój i przewrócił oczami– A tak muszę się tylko zadowolić wiązankami wyzwisk... – dodał i po raz drugi tego popołudnia poczuł ukłucie, tym razem tęsknoty. Brakowało tutaj Murph, już ona obrzuciłaby tych zielonych kretynów jakimiś porządnym tekstem a później jeszcze dołożyła tłuczkiem.
-Nie wiem, ale zgaduję, że z tego samego powodu co James – odpowiedział na pytanie kumpla, chociaż wg niego Potter miał prawdopodobnie nieco więcej oleju w głowie niż najprawdziwszy Krukon. W końcu już nie raz widział w akcji Ness, albo wspomnianą już wcześniej Murphy, i żadna z nich nie sprawiała wrażenie ofiary.
-Patrzcie na Francuzika – rzekł z uśmiechem i wskazał na stażystę Psor Odinevy – No na Francisa – dodał zdając sobie sprawę, że Francuzik w obecnych czasach w Hogwarcie to pojęcie dość, a może nawet bardzo, niejednoznaczne. Wszyscy wiedzieli, że nie przepadał za tym dziwnym gościem, jednak zdarzało się, że rozumiał jego poczucie humoru. Bez względu na to czy był on pijany, naćpany czy cokolwiek innego, podziwiał odwagę. Chociaż z drugiej strony, gdyby sam był stażystą i nie musiał obawiać się szlabanów od smoczy, pewnie również nie omieszkałby od czasu do czasu zagrać jej na nosie.
-Co? Kto? - zapytał nieco zdziwiony, bowiem wpatrując się w trybuny nauczycieli stracił nieco kontakt z rzeczywistością, a już po chwili podążył wzrokiem w stronę miejsca wskazywanego przez Riaana i wyszczerzył się na widok Sharon i Antonji wyglądającej jak najprawdziwsza Rowena Ravenclaw.
-Super warkocz Tośka – wrzasnął machając do, jak zwykle wyglądających uroczo, koleżanek z Huflepuffu –Tak Ci się tylko wydaje – dodał kierując te słowa do kumpla i poruszył porozumiewawczo brwiami –Chyba nie myślałeś, że to wszsytko co… - urwał i dopadł barierkę -Obijaj tego tłuczka kobieto bo…- krzyknął i urwał kończąc syknięciem bólu na widok trafionej nogi Skai i wypuścił nerwowo powietrze –Yyy…hej - przywitał się z jakąś rudowłosą dziewczyną i opadł na miejsce – Eric…hmm…fasolkę? - dodał prędko próbując nie spalić buraka przed kolejną śliczną pannicą i skierował paczkę w stronę dziewczyn – Obawiam się, że nasz mistrz analiz ma rację, niech się lepiej wezmą do roboty bo z biedną Skai może być krucho – zgodził się z obrońcą drużyny Gryffindoru. –Zabierzcie jej tego Kafla! – wrzasnął na widok Vane mknącej ku pętlom
Zobacz profil autora
Hristina Georgiew
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 16:30

Hristina miała w głowie istny sztorm, który byłby zdolny pochłonąć nawet najbardziej wytrwałych. W roli Chthulhu wystąpił nie kto inny jak Envy Pride, którego naprawdę miała ochotę złapać za fraki i nie przejmując się tratowanymi po drodze osobami wypchnąć z trybun, patrząc jedynie jak spada w dół. Żałowała tylko, że podłoże nie było betonowe, bo na piasku ciężko o satysfakcjonujące rozbicie czaszki, skutkujące krwawym rozbryzgiem. O tak, widmo przeszłości budziło w niej Durmstrang, który przez rok podróżowania i beztroskiego obijania się zdążył przejść w stan podobny do hibernacji. Z tyłu głowy nieśmiało mignęła jedna myśl, która nie powinna wydostać się przez usta Bułgarki, o ile nie chciała, by kolejna osoba wylądowała kilka stóp pod ziemią - przy dobrych wiatrach, bo znając zapał, wyobraźnię i zacięcie obecnego Ślizgona prawdopodobnym był jedynie symboliczny grób, gdyż zwłok nie odnaleziono lub nie nadawały się już do niczego. Ową myślą było stwierdzenie, że Ben wydawał się być zupełnie inny, choć miała niejasne przeczucie, że Pan Prefekt również skrywa w sobie pokłady mroku, którego nie chciał ujawniać lub jeszcze nie miał o nim pojęcia. To byłoby do niej podobne, zapoznać się z typem o dwóch naturach.
Każde jedno słowo, jakie padało ze strony Envy'ego frustrująco uświadamiało ją jak dawno ostatnim razem było dane jej słyszeć ten głos, którego każdą nutę, każde drżenie znała właściwie na pamięć. Właśnie ta pamięć ją sabotowała, podsuwając obrazy ożywające z porażającą świeżością jakby miały miejsce tydzień temu, a nie kilka lat. Musiała się przyznać przed samą sobą - bo na pewno nie przed tym piekielnym idiotą, któremu z przyjemnością pokazałaby na czym polegał gniew kapitana - że tęskniła. Tęskniła tak cholernie, że wręcz zaczęła go w bardzo dziwny sposób nienawidzić za głupotę, a przede wszystkim za bycie sobą, co przecież swego czasu wręcz uwielbiała.
Gdy napomknął o prezencie uniosła brwi, nie hamując pierwszego odruchu zaskoczenia. Wolne żarty, może jeszcze przyszło mu do głowy, że udobrucha ją tym, że wciąż pamiętał kiedy ma urodziny. ...No dobrze, częściowo sprawiło jej to przyjemność, której jednak zabrakło zdecydowania, by przebić się przez wciąż szalejącą złość, o dziwo trzymaną w ryzach. Miała w głowie cała listę naprawdę paskudnych kombinacji runicznych, by uprzykrzyć chłopakowi życie na kolejne tygodnie. Dopiero, kiedy niespodziewanie złożył na jej ustach pocałunek miała wrażenie, że wszystko nagle szlag jasny trafił. Mecz zupełnie przestał istnieć w jej świadomości, zagłuszony krzykiem w głowie "ty cholerny, przebrzydły, zidiociały ...!". Zabrakło jej adekwatnego określenia podsumowującego, podobnie jak woli do gwałtownego odsunięcia się i uraczenia Envy'ego spektakularnym ciosem w szczękę. Za bardzo jej tego brakowało, cholera jasna, za dobrze pamiętała. Jak najszybciej musiała urządzić spotkanie ze swoimi procentowymi przyjaciółmi, najlepiej zakończone utratą świadomości. Podobno nic tak nie stawia na nogi jak reset systemu.
Kiedy się odsunął spojrzała mu prosto w oczy - z jej własnych nie można było wyczytać nic. Ona sama nie miała pojęcia co właściwie dzieje się w jej głowie. Po dłuższej chwili milczenia w końcu jednak przemówiła, tracąc całkowicie zainteresowanie tym, co działo się na boisku. Tak, chyba za to nienawidziła w tej chwili Pride'a najmocniej - potrafił wywrócić jej świat do góry nogami, dodatkowo potrząsnąć dla lepszego efektu i tak po prostu ją z tym zostawić.
- ...Musimy sobie wiele rzeczy wyjaśnić. Nie, Ty musisz mi wiele wyjaśnić i liczę, że zrobisz to wyczerpująco. - powiedziała bezbarwnym głosem, który nie pasował do niej, ale w obecnej sytuacji nic do siebie nie pasowało, więc co za różnica? - Mam nadzieję tylko, że nie przyjdzie ci do głowy, by robić to tutaj.
Tu już pojawiło się złośliwe brzmienie połączone z kpiącym, szelmowskim uśmiechem. Powoli wracało otrzeźwienie i nie była w stu procentach pewna czy było pożądane.
Zobacz profil autora
Gwendolyn Scrimgeour
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 17:25

Gwen obserwowała nauczycielkę spod półprzymkniętych powiek i zastanawiała się, czy to już czy może dopiero za chwilę wpakuje się w kłopoty. Obdarzyła opiekunkę puszków (w głowie tytułując ją puszystą opiekunką, co bynajmniej nie miało związku z aparycją kobiety) wyczekującym spojrzeniem a prawa dłoń subtelnie piegowatej Krukonki machinalnie wystartowała ku makówce, by w geście pozornie nerwowego czatowania owijać wystające z niedbale splecionego koka blond pukle wokół palców. Drobna kończyna górna nie zdołała jednak pokonać nawet połowy zaplanowanej doń trasy, epizodycznie zastygnąwszy w powietrzu, w reakcji na słowa które wydobyły się z ust pedagoga a porcelanowe lico niewiasty przeciął niezależny od jej woli, łobuzerski uśmieszek.- Chęt…- Krukonka przerwała w pół słowa, nie zdoławszy wszakże pochwycić oferowanej jej manierki, by w ramach handlu wymiennego przeszmuglować kilka głębszych za papierosa (w porywach do paru), gdy u szczytu stopni prowadzących na podium komentatora poczęli kolejno materializować się członkowie osobliwego grona pedagogicznego. –…nie. Gwen cofnęła swoje ramię i obie dłonie oplotła wokół magicznego megafonu. No nic, widać pisanym jej było czasowe odsunięcie spożycia któregoś z napojów wyskokowych, uparcie chłodzących się w krukońskim dormitorium – rocznik siedem. Jak to mówili – przezorny zawsze ubezpieczony, zwłaszcza, kiedy nad głową wisiał wyznacznik szczęścia tłumów w postaci meczu odgrywanego przez bandę zapaleńców, szukających w sporcie tym jakiejś głębszej ideologii. Odnotowując każdorazowe przybycie raz po raz gromadzących się wokół jej stanowiska starszych doświadczeniem – i wiekiem – czarodziejów, uniesieniem kciuka, akompaniowanym figlarnym uśmieszkiem błądzącym w okolicach malinowych usteczek kwitując podmiankę trunku na czekoladę i obietnicę rozmnożenia (czekolady) w zamian za wieszanie psów na jednym ze ślizgońskich pomiotów, Gwen finalnie przystąpiła do wolontariatu, który biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo utraty życia-albo-co-gorsza zębów, powinien być odpłatny. Zatarłszy łapki, oddała się jednej z przyjemniejszych czynności przynależnych człowiekowi. Zaczęła mówić. -Witam, witam, wszystkich zgromadzonych na inaugurującym kolejny sezon tejże elitarnej aktywności fizycznej, meczu. A ponieważ kilka znamiennych jednostek zdołało już subtelnie zaprezentować nam różnorodną gamę poparcia dla… trzech domów.– Tu mimowolnie okazała ironiczne uznanie wobec starań wesołego stażysty, kwitując to skinieniem głowy w stronę delikwenta-To może ktoś, w ramach heroicznej sprawiedliwości powinien wystrzelić w niebo szkarłatne fajerwerki. Profesor Lacroix? - Blondynka w akcie zdrowego rozsądku prześwidrowała wzrokiem towarzyszących jej na podium pedagogów, nieco dłużej zawiesiwszy oko na sylwetce opiekunki rodem wyciągniętej z łona Bazyliszka. Gdyby nie fakt, iż stworzenie to było jedynie mitycznym wytworem chorej wyobraźni stetryczałych magów, w dodatku zapewne wykreowanym w akompaniamencie sporej ilości wymyślnych trunków, Gwen dałaby sobie uciąć rękę, ba!, nawet każdą z kończyn, w imię idei, że któryś z przodków rodziny Lacroix musiał wdać się w erotyczną relację z tym – hipotetycznie - niegrzeszącym karłowatą budową ciała wężem. Nieco zbita tokiem własnego rozumowania Krukonka, odkaszlnęła cicho w prawą piąstkę i kontynuowała.- Francis, ma się rozumieć. – Dodała w ramach refleksji i ewentualnej asekuracji, nim przeszła do sedna sprawy.- Wracając. Ponieważ, jak widać, porzuciwszy wewnętrzne podziały na rzecz tych zewnętrznych, nasza znakomita publika zdołała zawczasu zaprezentować swe poparcie wobec którejś z drużyn, możemy swobodnie przejść do oglądania tego jakże zajmującego widowiska.- Wyraźnie nieprzychylny ton głosu wplótł się w dotychczas pozytywnie świergotliwy monolog siedemnastolatki, kiedy tylko boisko, niczym szarańcza, zaczęła zalewać fala przeplatających się ze sobą niebieskich i zielonych postaci. Fakt ten oznaczał, iż moment, w którym mogła swobodnie rozgłaszać wszelakiej maści bzdury i bzdurki nieuchronnie chylił się ku końcowi, co bynajmniej nie czyniło jej dnia lepszym. Donośnie wypuściwszy z płuc powietrze, powróciła do małego randez-vous z magicznym megafonem, pędem wygłaszając ostatnią z kłębiących się w jej makówce ciekawostek.- W mugolskim świecie kobiety otwarcie narzekają na przejawy męskiej obsesji traktującej o piłce nożnej, a przecież jak powszechnie wiadomo sport ten wyróżnia jedna piłka i dwie bramki, no i przytwierdzenie do podłoża – stwierdziła. -Mugolskie kobiety powinny spróbować żyć w świecie, gdzie wiedzie prym sport, w którym gra się czterema piłkami, a zawodnicy siedzą na latających symbolach fallicznych.- Dzika euforia, która incydentalnie ogarnęła osobę lazurowookiej niewiasty, ustąpiła miejsca uprzejmemu zaskoczeniu.- Oh, o wilku mowa. Wilkach i wilczycach. No nic, koniec ciekawostek przygotowanych specjalnie z myślą o wychowankach domu węża, których serdecznie pozdrawiam.- Drobna ręka dziewczyny wystrzeliła ku górze, by parodiując iście monarszy gest, pomachać w kierunku trybun opatrzonych barwą zieleni.-… czas na prezentację. Gdzieś tu miałam… oh, jest.- Wygnieciona, zmaltretowana ściąga z nazwiskami graczy w ułamku sekundy znalazła się przed ślepiami białogłowy, która, nie zważywszy na kolejność wzlatywania w przestworza graczy, poczęła żmudnie recytować.– Dzisiejszy skład obślizgłych… I MEAN ŚLIZGONÓW, PROSZĘ PAŃSTWA: Vane, Montgomery, Rozier, Avery, Bonner, von Grossherzog i młody Black.– Wykorzystawszy z założenia przysługującą fanatykom tegoż głupkowatego sportu przerwę na aplauz, niewiasta uzupełniła pokłady tlenu w organizmie i na jednym tchu klepała dalej.- I duma Hogwa… RAVENCLAWU w osobach: Argent, Wilson, McKinnon, Merberet, Silver, Gallagher i... Shawa.- Ostatnie z nazwisk wypowiedziała z goła ciszej i markotniej, jak gdyby usilnie starając się zaakcentować fakt, iż pan ten do owej grupy, stanowiącej w mniemaniu komentatorki dumę Hogwartu – bo w myślach mogła nazywać rzeczy po imieniu – się nie zaliczał. Zachowanie takowe nie było rzecz jasna niczym nieuargumentowaną złośliwością (według definicji) słodkiej panienki Scrimgeour (a figę, słodkiej!). Wszystko to wina Tuska Shawa.
Stan towarzyszący Gwennie od dobrej chwili, czasu gdy krukoński kapitan pojawił się na boisku i bezczelnie zaznaczył swą obecność radosnym mrugnięciem przeznaczonym dla –jak on śmiał- jej osoby, podczas jakże niepotrzebnej rundy honorowej ponad głowami zaaferowanych uczniaków, można było opisać jednym, krótkim zwrotem: biała gorączka. Co gorsza, była to frustracja, której ujścia w pełni dać nie mogła, bo ogólnie przyjęty zwyczaj nie tolerował opatrzonych masą wulgaryzmów wiązanek, wygłaszanych publicznie, wobec kogokolwiek. Generalnie gratyfikowano pokój, wzajemną miłość i uczciwość (małżeńską). Morale dziewczyny pogarszał jak najbardziej fakt, iż pełen stróżów bezpieczeństwa, pseudo prawilnych autorytetów, stadion Quidditcha nijak nadawał się do manifestacji pielęgnowanych latami nałogów.
Pogarda bijąca z twarzy blond przedstawicielki płci nadobnej wskazywała tylko na to, iż wewnątrz komentatorki zaczęła ewidentnie gotować się krew. Na krótką chwilę przymknęła oczy i policzyła do dziesięciu, po czym przywoławszy na lico fałszywie pogodny uśmieszek – bo ślepia ewidentnie łypały z morderczą rządzą ku ciemnowłosemu koledze z domu Kruka - zaświergotała.– No, drogie panie, krukoński kawaler número uno postanowił– jak zawsze- zaprezentować się każdej z was w pełnej krasie. Bierzcie póki ciepły.- Skwitowała jadowicie, brutalnie jednak wyrwana z aktu wylewania z siebie słodko-gorzkiej żółci, takimi tam pobocznymi sprawami związanymi z meczem, w ten przykład – rzeczywistym rozpoczęciem gry. Nieco zbita z pantałyku, pochyliła się bliżej megafonu i całą siłą woli odrzucając z mózgownicy bezczelnie odbijającego się o ściany wnętrza jej jaźni eks chłopaka, uwagę skupiła na wydarzeniach boiskowych. Tak choćby zamierzała zrobić.- A to ci dopiero, kafel już od pierwszych minut znajduje się w posiadaniu Ravenclawu, brawo Katerino, nie pozwól, by słabe ogniwo Krukońskiej drużyny – obrońca – zadecydowało o wyniku meczu!- No i to byłoby na tyle, jeśli mówić o odcięciu się od potwora  siejącego spustoszenie we wnętrzu umysłu panny-mam-brata-aurora od czasu, gdy przystojny-acz-znienawidzony pan Shaw zawitał na boisku.- Myśli ślizgońskiego kapitana błądzą najwyraźniej daleko poza boiskiem, choć może nie aż tak daleko. Wystarczy spojrzeć na nieudaną akcję przechwycenia kafla krukońskiej ścigającej. Proponowałabym większe skupienie na grze, niż na trybunach.- Nie potrafiła przeciwstawić się pokusie prędkiego otaksowania tęczówkami sektora w którym zawczasu, samorzutnie, dostrzegła wyłączną osobę, wobec jakiej dane jej było żywić początkowo niepopartą argumentami, nieomalże wyssaną z mlekiem matki niechęć. Aristos. Aktualna konfiguracja obdarzyła skądinąd naszą filigranową panienkę gamą powodów utwierdzających Gwen w fakcie, iż ów pojedynczy skok w bok od tezy, by książki po okładce nie oceniać, należał do wyborów jak najbardziej trafnych.- Wspominając wcześniej o zawodnikach siedzących na latających symbolach fallicznych, zapomniałam o kolejnym argumencie przemawiającym za swobodnym narzekaniem znudzonych Quidditchem czarownic. Bo która z nas ma ochotę przyglądać się bez efektu wymachującym przedłużeniem… pałkami, sfrustrowanym jegomościom, jak to nam pięknie zaprezentował właśnie pan von Grossherzog?- Dłoń dziewczyny, ostentacyjnie wystartowała w stronę korumpującego czekoladą pedagoga, choć reszta sylwetki niewiasty pozostała niewzruszona. Nie, żeby egzystencji Scrimgeour przyświecało przesadne przywiązanie do słodkości, zapasy czekolady miała raczej nadzieję zainwestować w dobre samopoczucie przeżywającej bolączki rozstania przyjaciółki – panny Whisper.- No proszę państwa, mamy zwrot akcji! A już zaczynałam się obawiać pełnowymiarowej dominacji domu Kruka. Ale jednak, Ślizgońska gromada nie zamierza oddać tej rozgrywki bez walki. Panna Argent upuściwszy uprzednio szkarłatną piłkę w dłonie kolegi z drużyny, wdała się w nazbyt intymną relację z Lloydem Averym. Miejmy nadzieję, że ta chwilowa zażyłość nie poskutkuje trwalszymi konsekwencjami. Podobnie zresztą życzymy panu Gallagherowi, który nie zdoławszy nacieszyć się zbytnio interakcją z kaflem, stracił go na rzecz panny Vane, która z gracją rasowej Ślizgonki potraktowała chłopaka starannym ciosem w nos. Czy ktoś właściwie sędziuje ten mecz?- Pytanie zawisło gdzieś w powietrzu, aplikując do rangi tych retorycznych. Mimo faktu, że niebiescy kibice {i przyjaciele} z oburzeniem powitali zachowanie czarnowłosej reprezentantki domu węża, nikt nie pokwapił się, by zainterweniować w sprawie tymczasowo oszpeconego zawodnika dobrej strony mocy. Bo po co? Pokój i miłość.- Wesołych informacji ciąg dalszy, Krukońska braci.- Zaintonowała Gwen, barwą nieco mniej obiektywną niźli tą, którą starała się dotychczas utrzymać.- Prymitywnie wymachujący pałką pan Grossherzog zdołał dopiąć swego i uszkodzić naszą… i uszkodzić słodką szukającą Ravenclawu. Prawdziwy gentleman z tego Gilgamesha, ot co. – Gwen błyskawicznie zacisnęła obie piąstki, wyraźnie zaskoczona własną reakcją na to, co akurat działo się z wojującymi na boisku przedstawicielami domu Kruca (minus obrońca). Za nic nie mogła sobie przypomnieć, by jakikolwiek mecz tejże, niespecjalnie interesującej ją dyscypliny, kiedykolwiek wzbudził w niej reperkusję inną, aniżeli ziewnięcie. Pokręciła z niedowierzaniem głową, raz jeszcze psiocząc wewnętrznie na niemożność odpalenia papierosa.- Czyli bilans przedstawia się następująco: troje uszkodzonych Krukonów na jednego – choć błaho ruszonego – Ślizgona. W dodatku panna Vane mknie właśnie w stronę naszych bramek. To znaczy- bramek Ravenclawu. Czy ktoś podkusi się o przejęcie kafla, czy macie zamiar pozostawić wszystko w rękach najsłabszego ogniwa?- Skwitowała taksując Lucasa wzrokiem, nie do końca pewna, czy przeprowadzony monolog spotka się z aprobatą któregokolwiek z nauczycieli.


Ostatnio zmieniony przez Gwendolyn Scrimgeour dnia Pon 20 Lip 2015, 21:20, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Pon 20 Lip 2015, 20:20

W końcu ten dzień musiał nadejść. Panna Whisper musiała zebrać się w sobie, odrzucić dumę i troskę o lepsze jutro na bok i musiała wyjść. Musiała wyjść z sypialni, stawić czoło innym, reszcie, która w nią nie wierzyła i jakoś przetrwać. Tylko jak miała to zrobić kiedy każdy zakątek Hogwartu przypominał jej spędzone wspólnie z Henrym chwile? Smętna Krukonka co prawda usiadła pośród swoich przyjaciół, jednak nie mogła obiecać na ile da sobie radę z problemami i z tłumieniem swoich uczuć. Starała się wyglądać normalnie, zachowywać tak jak zwykle, co do tej pory się jej udawało i co było dobrą odskocznią od tych kilku, zapłakanych nocy.
Było jej wygodnie będąc otoczoną przez wianuszek młodszych Gryfonów, którzy przekomarzali się między sobą wymieniając stosowne uwagi na temat zawodników określonej drużyny. Wandę w tej chwili niezbyt to interesowało, bo chociaż bardzo jej zależało na wygranej swoich, to połowa komentarzy rzucanych przez jej przyjaciółkę puszczała mimo uszu. I chociaż mocno wierzyła w jej sportowe zapędy i możliwości komentatorskie to zwyczajnie nie potrafiła wysłuchać tego co ona plecie – usilnie wpatrywała się w boisko i kolorowych zawodników wcale nie wyobrażając sobie jak pośród nich pojawia się Henry.
Słysząc nazwisko Gilgamesha wykrzywiła jedynie wargi w niezadowoleniu zmieszanym z pogardą, która widocznie się objawiła na jej bladym licu i zerknęła kątem oka do zeszytu, który przytaszczył ze sobą Riaan. Krótka dopiska sprawiła jedynie, że poczuła przyjemny dreszcz w okolicach karku – nie zdobyła się jednak na śmiech, bo to co wypisał van Vuuren było zwyczajną prawdą.
Do ich grona dołączyła Melka, którą objęła na powitanie, i której posłała słaby uśmiech. Melanie przywiodła jej na myśl pana Lancastera, który tak samo jak i ona przywdziewał żółte szaty podczas meczy. Coś ścisnęło ją w dołku, a oczy zalały ściana łez, które szybko odegnała intensywnymi mrugnięciami. Skuliła się na swoim miejscu, ramiona oparłszy o kolana, a buzię na swoich dłoniach. Nie mówiła za wiele, jedynie postanowiła odpowiedzieć na komentarz rudowłosej pannicy dotyczący jej wyrobów, które – wstyd się przyznać, ale zjadła dopiero wczoraj chcąc jakoś fizycznie czy psychicznie przygotować się do wyjścia.
- Jak widać żyję, więc nie były takie złe. – Starała się odpowiedzieć całkiem wesoło, co miało odwrotny skutek do zamierzonego w czego efekcie brzmiała jak organizator pogrzebów. Odchrząknęła speszona nie chcąc robić przykrości przyjaciołom i odsunąwszy paczkę fasolek, za którymi nie przepadała znowu wlepiła piwne oczęta w boisko.
Głęboko wierzyła, że Krukoni wygrają, chociaż znając mordercze zapędy drużyny Ślizgonów nie była tego taka pewna. Makabryczne faule, ostre docinki i siła fizyczna dominowała w zagraniach zielonych, co nie tyle co martwiło Wandę, a co ją irytowało. Gra, nieważne jaka by była zawierała w sobie zasady, których nie powinno się łamać. Zauważywszy młodszego Gallaghera na boisku uśmiechnęła się do siebie słabo mając nadzieję, że nos szybko się zrośnie.
- Shaw nie dyskryminuje nikogo ze względu na płeć. Daje szansę każdemu jak widać. Co niekoniecznie może skończyć się dobrze dla dziewczyn. – odezwała się po dłuższej chwili milczenia. Prawdopodobnie nikt jej nie usłyszał, bo rozwrzeszczana zazwyczaj pana Whisper ledwo zdołała przebić głośne ryknięcie Henleya.
Zobacz profil autora
Chantal Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 21 Lip 2015, 13:55

Emocje na boisku i na trybunach udzielały się Chantal dwukrotnie. Mało kto wiedział, ale sama była w drużynie Slytherinu. Właśnie na pozycji ścigającej, jak teraz Vane. Zabawne, ale z daleka mogło się wydawać, że to jej młodsza wersja na miotle. Cudowny powrót do wspomnień.
-Jeżeli będą dalej tak chaotycznie grali to im powiem do słuchu. –mruknęła nieco poirytowana, obserwując wyczyny wychowanków. Nie wątpiła, że Rosier był idealnym materiałem na kapitana, ale chyba nie do końca panował nad drużyną. Chociaż strategią Zielonych było uszkodzenie najważniejszych członków zespołu przeciwnego, więc może stąd brała się chaotyczność. Kobieta spojrzała za ramię na komentatorkę. Dziewczyna nie do końca chyba była pewna, czy wylewa wiadro pomyj na Ślizgonów, czy może na obrońcę Krukonów. Nie była ślepa, obserwowała zachowania uczniów przez ten cały czas i nie umknęło jej uwadze, że Shaw miał powodzenie u dziewczyn. I swego czasu był z Gwen. Jeden do jednego i wychodzi całkiem burzliwe rozstanie z powodu chorobliwej zazdrości. Była obecna na meczu Krukonów, kiedy to Gwen nie szczędziła jadu dla kapitana Krukonów, a ten po porażce wyraził dość jednoznacznie swoje zdanie. Chyba wszyscy to słyszeli, chociażby w plotkach. Chantal nie raz i nie dwa spotkała się z takimi szkolnymi miłostkami. Sama miała dość gwałtowny związek za czasów Hogwartu.
-Proszę bardzo, ja nie widzę z tym żadnego problemu. Jak znajdzie się jakiś miłośnik Gryffindoru ma do tego pełne prawo, oby tylko nie rozproszyło to zawodników. –odpowiedziała o dziwo dość miło, ale cyniczny uśmieszek dawał znać, że nie sądzi, aby ktoś wysłał te fajerwerki w powietrze. Chyba, że opiekun Gryffindoru, który jeszcze się nie zjawił.
Zwrócenie uwagi siostrzeńcowi nie miało na celu zrobienia mu krzywdy, chociaż temperament Chantal mógłby wskazywać na coś zgoła innego. Już miała chować różdżkę, kiedy oślepił ją nagły błysk. Zamrugała i wytężyła wzrok, by dojrzeć paparazziego.
-Od tego uderzenia w głowę zmieniły Ci się preferencje zawodowe i pracujesz dla Proroka? –zapytała, unosząc jedną brew do góry. Nadal była na niego zła… nie, ona była wściekła. Kiedy dowiedziała się, że jest ranny umierała ze strachu. Ale gdy zrozumiała, że wyjdzie z tego, ogarnęła ją furia. Nic jej nie powiedział, przez co się martwiła. Troszkę. Potem takie wielkie ryzyko, a przecież mógł zginąć. Nie potrafiła mu tego darować. Cicho prychnęła, kiedy ją ucałował w czoło. Dzięki otrzepaniu włosów zyskała to, że nie zrobiły się kasztanowe. Spojrzała raz jeszcze na aparat.
-Mam nadzieję, że zwycięstwo, bo jak zobaczę na zdjęciach jakieś roznegliżowane modelki to naśle na Ciebie gromadę tłuczków. –mruknęła tak, aby tylko Diar ją mógł słyszeć.
Wyprostowała się, obserwując zagrywkę.
Zaklaskała widząc świetne odbicie kafla, chociaż w nieco brutalny sposób.
-Uuu… Vane nie jest taka delikatna. Śmiało, rzucaj! –zawołała, dając się ponieść emocjom trybun.
Zobacz profil autora
Gość

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 21 Lip 2015, 22:51

Tak po prawdzie kibic też był z niej nijaki, ale przecież nie wypada się zaszyć w bibliotece, kiedy już cała szkoła wybiegła na błonia. A może i by to uszło, gdyby nie fakt, że bibliotekarce również zachciało się sportowych wrażeń.
O losie mi niemiły - pomyślała z wyrzutem Paige, idąc pingwinim chodem w tłumie uczniów, w stronę wejścia na trybuny - Za jakie grzechy?
Stanęła przy reszcie Krukonów, którym nie było dane uczestniczyć w tym wydarzeniu na miotłach i rozleniwionym spojrzeniem obejrzała się za wolnym miejscem siedzącym. O ile jej brat był utalentowany wszechstronnie, tak panienka Stigma miała zawsze lewe wiatry w powietrzu i żaden z niej gracz Quidditcha. Sukcesem nazywała chwilę, kiedy podrywała się na więcej niż jeden metr i pokonywała jedną długość boiska. Lubiła natomiast biegać, grać w mugolskiego ping-ponga i siedzieć na ulubionej siłowni w dzielnicy Soho.
Przecisnęła się przez parę zajętych miejsc w pierwszym rzędzie (musiała poprosić nawet jakiegoś chłopaka, żeby upuścił nogi, bo siedział w bardzo nonszalanckiej pozie) i usiadła na fragmencie wolnej przestrzeni, który dostrzegła z daleka. Najprawdopodobniej należał do kogoś kto wstał akurat siku, ale czy to istotne? Nie było rezerwacji...
- Hej, dzięki - rzuciła w niejednoznacznym kierunku, odpinając guziki czarnego płaszcza. W tłumie było zdecydowanie cieplej, niż w rzeczywistości. Zaczesała potarganą grzywkę za prawe ucho, żeby lepiej widzieć boisko i rozpoznać grające postacie. Dobrze, że przynajmniej wie komu ma teraz kibicować. Kiedy gra na przykład Gryffindor z Hufflepuff'em ma spory problem, ponieważ tak naprawdę lata jej koło kokardki, kto zdobędzie zwycięski puchar.
Oho, a co to za zamieszanie na dole...?
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Wto 21 Lip 2015, 23:30

Widząc, że obie jej przyjaciółki skupiły się na rozmowie, Aristos zwróciła głowę w kierunku Morgana i obdarzyła go rozbawionym spojrzeniem, wzruszając jedynie ramionami. Co innego mogła zrobić? Jedynie na widok Francisa jej twarz stężała na moment, a paznokcie wbiły się w delikatne wnętrza dłoni, zostawiając na jasnej skórze krwawe półksiężyce. Powstrzymując się z całej siły przed chęcią wstania i zepchnięcia bezmyślnego starszego brata z trybun Gryfonka parsknęła jedynie, odpychając od siebie wspomnienia wizyty w domu. Jej palce niemal odruchowo, w wystudiowanym już geście przesunęły się po przedramieniu i zamarły na nim na krótką chwilę, nim na ustach dziewczyny znów zagościł uśmiech.
- Naprawdę sądzisz, że wychowując się z kimś takim – wskazała brodą Francisa, nad którym wisiała groźba śmierci w postaci Chantal – i takim – nieznaczny ruch głowy wskazujący na tylną ławkę, zajmowaną przez Pride’a mógł równie dobrze zostać odebrany jako próba strząśnięcia z oczu jasnozłotych pukli – mogę być zupełnie, stuprocentowo normalna? – spytała, mrugając do swojego towarzysza. Odwracając się na moment obrzuciła jeszcze spojrzeniem Envy’ego, zajętego cichą rozmową z rudą stażystką Sebastiana, a zaledwie sekundę później zamrugała z zaskoczeniem, gdy błysk aparatu oślepił ją na krótki moment. Gdy ciemne plamy zniknęły z pola widzenia, jej oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Diarmuida, który najwyraźniej bawił się całkiem nieźle, atakując ludzi aparatem. Słysząc słowa wypowiedziane przez aurora w kierunku Vincenta i Rosalie, dziewczyna nadstawiła uszu i przez moment wpatrywała się w trzymany przez mężczyznę przedmiot, jakby dostała nagłego objawienia.
Kiedy znów zerknęła na Morgana, na jej twarzy gościł łobuzerski uśmiech.
- Podoba ci się nasza nowa szukająca, Travers? – spytała lekko, za nic mając sobie używanie słowa nasza, jakby faktycznie należała do Slytherinu. Wszyscy wiedzieli, że umieszczenie tej Lacroix w domu Lwa było jakimś kosmicznym błędem.
- Mogę pociągnąć za jakieś sznurki i zapoznać cię z nią… nieco bliżej – mruknęła, szturchając chłopaka łokciem w żebra, tym razem o wiele delikatniej niż przy powitaniu. Bławatkowe tęczówki zmrużyły się lekko, gdy powróciła do obserwowania akcji rozgrywającej się na boisku przygryzając bezwiednie dolną wargę.
- Jeśli wykluczą Skai, mecz będzie… och, to musiało boleć – coś w jej oczach zamigotało złośliwie, gdy dojrzała jak Avery wlatuje w ścigającą Ravenclawu - Krukoni nie mają rezerwy. Zaciąg do drużyny w tym roku był mierny, no, chyba, że Wattsa nagle strzeli piorun kulisty i zdecyduje się wystąpić w obronie ptasiego bractwa – podjęła z przekąsem, sięgając po różdżkę. Skoro wszyscy inni dopingowali swoich ulubieńców w jakiś sposób, dlaczego ona nie mogła?
Posyłając spojrzenie ciotce Chantal, która tego dnia wyglądała doprawdy zjawiskowo, machnęła różdżką w kierunku nieba, a zielony, połyskujący srebrem wąż zmaterializował się na nim w mgnieniu oka, wijąc się pomiędzy fajerwerkami Wandy i pożerając je bezlitośnie.
Cóż. Po co bawić się w subtelności?
Zobacz profil autora
Dane L. Ginsberg
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 22 Lip 2015, 01:55

Wraz w gwałtowniejszym ruchem dziewczyny i podmuchem wiatru, jego nozdrza uderzył charakterystyczny zapach piżmowych, z domieszką czegoś nieokreślonego, perfum. Zaciągnął się przyjemnie łaskoczącą wonią, podczas gdy szelmowski uśmiech na ustach mimowolnie drgnął ku górze jeszcze bardziej. Zmrużył powieki, z nieskrywanym zaintrygowaniem lustrując każdy najmniejszy kawałek jej ciała, zapamiętując nieliczne pieprzyki i delikatnie zmarszczony nosek. Mała, wyrafinowana wredota dobrego pochodzenia, młodsza bo młodsza, lecz nic nie może być idealne. Wpatrywał się w nią, odrobinę zszokowany, że w ogóle postanowiła odpowiedzieć na kolejną z jego żałosnych zaczepek. Może nie był najbardziej doświadczonym facetem w Hogwarcie, ale bądźmy szczerzy – przeżył i widział niejedno, potrafił więc w pewnym stopniu nawet określić, czy ktoś jest zainteresowany, znudzony, czy rozmawia z braku lepszego zajęcia; dziewczyna, pomimo rozgrywającej się na miotłach hogwarckiej masakry tłuczkiem zaczarowanym doszła do wniosku, że rozmowa z jakże przystojnym – i bezpodstawnie pewnym siebie – mężczyzną jest warta uwagi i odwrócenia wzroku od faulującego biedną dziewczynę Ślizgona. Błyski w zielonych tęczówkach Ginsberga znacznie pojaśniały, a niewielkie zmarszczki w okolicach oczu pogłębiły. Nieważne jak bardzo chciała podkreślić bycie niezależną i niedostępną – czym mocniej starała się pokazać, jaka to ona nie jest drogocenna i niedotykalska, tym mocniej utwierdzało to mężczyznę w przekonaniu, że jednak coś musiało jej się w nim…spodobać? Urzec? Jak inaczej wytłumaczyć niedostanie po głowie kolejną serią zabójczych łokci?
Powodów wysłuchiwał z uśmiechem, który nieco zbladł w kącikach oczu, kiedy nieoczekiwanie Bogini Venus wykonała ruch paznokciami po jego przedramieniu. Mrowienie rozeszło się wzdłuż całej ręki, na moment podszczypując kręgosłup i dochodząc aż do warg, które krótkim drgnięciem zapewne okazywały swoje zadowolenie i potrzebę może dłuższej pieszczoty. W końcu kto nie lubił słynnego miziania opuszkami palców po skórze?
- Cóż, twoje argumenty wydają się być całkiem sensowne – kiedy mówił, jedynie uniesiony lewy kącik ust wskazywał na szelmowski uśmiech, a oczom na sekundę nawet nie pozwolił przerwać kontaktu wzrokowego, który momentami bywał naprawdę męczący zważywszy na fakt odkrytego, kuszącego biustu. – ale, po pierwsze, ocenianie książki po okładce to bardzo nieładny zwyczaj, nawet jeżeli ocena jest trafna. To rekompensuje nieprzedstawienie ci się na samym początku. Po drugie, znowu oceniłaś mnie bezpodstawnie, co naprawdę mnie zabolało – na kilka sekund przybrał minę wyrzuconego na bruk małego szczeniaczka i kontynuował dalej. – po trzecie, zawsze myślałem, że jedynym wrogiem Ślizgonek są puchońscy, mugolscy chłopcy. Po czwarte, tutaj przyznam ci rację. Mój błąd! – uniósł w przepraszającym geście dłonie nieco ku górze – I po piąte… racja – dodał półszeptem, nachylając się odrobinę za bardzo ku dziewczynie i pozwalając sobie na kolejne prześlizgnięcie wzrokiem po jej sylwetce – jestem przekonany, że jesteś warta duuuużo więcej. – nie mówiąc nic ponad to zaśmiał się krótko i wyprostował na siedzeniu, dłonią mierzwiąc rozwiane włosy.
Posłał ku niej ciepły uśmiech i zwrócił uwagę co dzieje się na boisku, by przynajmniej w małym stopniu wyciągnąć z tej wycieczki coś ponad chłodne spojrzenie nieznajomej. Próbował skupić się na faulujących, na już jęczących z bólu, na tratujących i ścigających się, ale nie potrafił. Zapach piżma zbyt silnie mącił mu w głowie, nie pozwalając oderwać się myślami od siedzącej obok blondynki. Mógł powiedzieć coś więcej, wykorzystać sytuację, użyć słów, które może by i przekonały do niego Ślizgonkę na tyle, by bez zbędnych ceregieli zrobiła to, co on jej zagra. Czuł jednak, że z nieznajomą należało obchodzić się trochę inaczej, że chce obchodzić się z nią trochę inaczej i niemalże powinien obchodzić się z nią trochę inaczej. Wyszczerzył więc zęby, patrząc gdzieś przed siebie na boisko.
- Jestem Dane Ginsberg, nowy stażysta transmutacji – u profesora, którego nawet nie zauważył na trybunach, chciałoby się dopowiedzieć – i niezmiernie miło mi cię poznać – zacisnął zęby, powstrzymując się z całych sił, by nie wypowiedzieć jego dwóch nowych, ulubionych słów.
Bogini Venus.
Zobacz profil autora
Envy Pride
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 22 Lip 2015, 02:51

Envy doskonale wiedział że przebywanie w obecności dementorów jest uciążliwe - wysysali z niego wszystkie emocje, wszystkie szczęśliwe myśli, starając się pozostawić tylko rozpacz i pragnienie natychmiastowego oddania życia. Jednakże, to przypadkowe spotkanie uświadomiło go, że Ci dementorzy wcale nie są tacy straszni i trochę zaczynał za nimi tęsknić - w celi przynajmniej miał wszystko jasno określone. Miał popadać w depresje i nigdy więcej nie pozwolić sobie na żadną przyjemną myśl. Tutaj nie miał pewności dokąd właściwie zmierza a przesyt emocji które nim targały, zaczynał być zdecydowanie uciążliwy. Nie przywykł do odczuwania tylu sprzeczności i zdecydowanie nie dopuszczał do siebie myśli w przeszłości, że to spotkanie jeszcze kiedykolwiek nadejdzie. Naprawdę, zaczynało mu brakować tej martwej pustki jaka przepełniała go przez ostatnie dwa lata. Wyjątkowo, lepiej by było nie mieć niż mieć. Szumiało mu w głowie i sam nie wiedział czego chce. Z jednej strony miał trochę żal do Hristi - w końcu nie bez powodu dał władzy motyw do zamknięcia go na te długie lata, a zachowanie tej rudej osóbki zdecydowanie było tym właśnie powodem. Tak, zdecydowanie gdzieś głęboko w nim, grzebało pragnienie żeby obedrzeć ją ze skóry, najlepiej tu i teraz, a potem obtoczyć w soli, podpalić, a na koniec powiesić za nogi na Rosyjskim mrozie i co jakiś czas atakować jej tylną część ciała mokrym ręcznikiem.
Z drugiej strony cholernie mu jej brakowało - jej głosu, jej wypowiedzi, sposobu w jaki się uśmiecha, blasku jej oczu, dotyku jej skóry, zapachu włosów i smaku jej ciała. Miał pewność że gdyby zamknął oczy, dalej widziałby każdy szczegół jej jestestwa i nie musiał do tego uchylać powiek.
Z trzeciej z kolei nie widział za bardzo na czym stoi, co wcale nie ułatwiało mu podejmowania jakiejkolwiek decyzji, do tego ten nadmiar myśli który właśnie przepłynął przez jego głowę, podczas krótkiego pocałunku, zdecydowanie nie poprawiał jego sytuacji, a co za tym szło - miał w głowie większy mętlik niż ustawa przewidywała. Doszedł za to do wniosku, że mordowanie jest zdecydowanie łatwiejsze niż obcowanie z kobietami. Szczególnie mordowanie przez kobiety...czy wszystko na tym świecie musiało sprowadzać się do kobiet? Nawet zwykła chciwość, obejmowała kobiety. Zazdrość obejmowała kobiety. Dumę podbudowywały kobiety. Gniew również powodowały kobiety. O pożądaniu nie ma co wspominać chyba. Paskudna sytuacja bez wyjścia.
Gdy podchwycił jej spojrzenie, nawet tak puste, wręcz martwe, przez chwilę powrócił do przeszłości. Znowu. Krótka chwila, a mimo to odwiedził przeszłość już kilkakrotnie. Czuł się jak w środku cholernej myślodsiewni. Na jej wypowiedź wykrzywił usta w parodii uśmiechu i odpowiedział bardzo lakonicznie.
- eN eS Pe Pe - spojrzał pytająco. Oczywiście wiedział, że Hristi wie co to oznacza. Przekaz był w końcu prosty i dosadny, a że wielokrotnie uraczył ją tym skrótem, to nie miał wątpliwości że zrozumie.
Zobacz profil autora
Melanie Moore
avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny   Sro 22 Lip 2015, 13:53

Nawet jeśli widziała ten wymuszony uśmiech Wandy, Mel i tak zdawała sobie sprawę, że prędko idealnie nie będzie. Chciała reagować uśmiechem, ale nie da się tak do końca życia. Nikt z nią chyba o tym nie pogadał wprost, to tylko mogło gorszyć cała sprawę. Mogła się założyć, że większość wyrazów współczucia lub grożenia wiadomo komu zostało wysyłane przez sowią pocztę. To nawet i lepiej. Obserwowała zachowanie Wandy, nie była taka jak zawsze, ale potrzebuję na pewno jeszcze sporo czasu i trzeba go jej po prostu dać. Pamięta kiedy to Mel była kiedyś w takiej sytuacji, przez kilka dni nie chciała mieć większego kontaktu z innymi, do czasu kiedy własnie pojawiła się Wanda i naprawdę wiele zmieniła. Gdy rzuciła okiem na chłopaków, którym towarzyszyła pewnie nawet nie pomyśleli, żeby zwrócić uwagę na nią z tej perspektywy. To nawet i lepiej, kiedy nikt nic nie będzie mówił może szybciej to wszystko ucichnie.
-To dobrze, ale smaku nie komentuj - zaśmiała się. Mel zaryzykowała i wykorzystała swoje....cudowne umiejętności kulinarne. Gdy sama spróbowała jednego z ciasteczek, stwierdziła, że są takie same jak te w mugolskich sklepach gdzie przeleżały kilka dni. Czyli bez szału. Prędko raczej nie znajdzie na to odwagi.
Dopiero jak się przywitała z chłopakami, bardziej im się przyjrzała. Jednego kojarzyła z ogniska? Tak? Trochę wypiła i nawet nie wie czy w ogóle pamiętała by imię. Ta chwila słabości kiedy nie wie czy powinna się przedstawić. Oj... obeszło się po tym jak skomentował mecz. Do tego ponowne spojrzenie na drugiego z nich... był niebieski. Fajnie, widać, że ma ducha do kibicowania.
-Melanie. Jasne, chętnie. Może wybiorę jakąś niebieską - odparła sięgając ręką do pudełeczka z fasolkami. Wyjęła jedną, różową i od razu wrzuciła do ust. Gdy ją przegryzła poczuła smak mydła. Lepsze od wątróbki, ale szybko ją przełknęła. Dobrze, że to tylko smak bo by mogła wypuszczać bańki z ust. Dodatkowa ozdoba dzisiejsza na trybunach by się pojawiła.
Spojrzała na boisko. Do tej chwili nawet nie przyglądała się za bardzo akcji i uderzenie Skai całkiem jej umknęło uwadze jak i kilka innych momentów. Za to już zdążyła zauważyć jak Gallagher oberwał w nos. Haha. Za to doczekała się akcji ze strony Samuela, który chciał zwalić Jasmine z miotły. Mel natychmiast się podniosła i złapała za poręcz
-Niech spada cholera! - krzyknęła głośno - Mecze ze Ślizgonami są zawsze najgorsze - skwitowała krótko. Nawet nie chciała sobie wyobrażać gdyby to ona Mel miałaby się za chwilę skonfrontować z Gilgameshem. Trudny orzech do zgryzienia i do tego by bolało, mocno. Warto być szybkim w takich chwilach, a najlepiej mieć oczy dookoła głowy
- Jak tak dalej pójdzie połowa będzie połamana - syknęła zaciskając mocniej dłoń na obręczy. - Kat rozglądaj się! - gdyby w ogóle te krzyki w czymś pomagały.. bo na pewno wszyscy słyszą te wielkie podpowiedzi z strony tłumu, ale emocje biorą swoje. Prawdopodobnie mogła nawet przebić swoim głosem krzyczenie Eric'a, wystarczy tylko jeszcze jeden faula na Krukonach, a jej nienawiść do zielonych jeszcze bardziej wzrośnie. Gdyby wiedziała, ze tak się zaangażuje to również powinna przybrać barwy niebieskie? Już chyba trochę za późno, ubiorem na pewno dała do zrozumienia, że jest Puchonką, ale nie kryje sympatii do Krukonów.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Trybuny   

 

Trybuny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 10 z 13Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11, 12, 13  Next

 Similar topics

-
» Trybuny
» Trybuny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Tereny Zielone
 :: 
Boisko Quidditcha
-