IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Sowia poczta

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Evan Rosier
avatar

PisanieTemat: Sowia poczta   Wto 18 Lut 2014, 16:10



Sowia poczta


To niewielki budynek, z którego o każdej porze dnia i nocy dobiega miarowe pohukiwanie sów. Właściciel stara się zachować czystość, ale drewniana podłoga zwykle usiana jest pierzem i okruchami chleba. Każdy może tutaj wybrać sobie dowolną sowę i za niewielką opłatą wysłać list lub paczkę.

Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Wto 24 Mar 2015, 01:50

Ciemniejące powoli niebo z bladoróżowego, opromienionego ostatnim słońcem dnia odcienia wykluwało się pomiędzy chmurami amarantem przechodzącym w chabrowoniebieskie sklepienie, usiane pojawiającymi się powoli gwiazdami. Dla co czujniejszych, wrażliwszych, przepełnione magią nadchodzącego jesiennego przesilenia powietrze wydawało się chłodniejsze niż zwykle, nieprzyjemnie przylepiało się do ubrań i skóry, przenikało zimnem przez okryte lekkimi szatami ciała, zagłębiało w trzewia i nieuchronnie zwiastowało nadejście zimy. Dla bardziej skupionych, dla tych, którzy znali naturę czarodziejskiego świata lepiej od innych, to powietrze i ten chłód były również omenami nieubłaganie nadciągających zmian; chociaż każdy inny, każdy opatrzony we własną magiczną aurę, bardziej doświadczeni magowie skupiali się w milczeniu nad kuflami piwa w tawernach, rozświetlonych mdłym blaskiem świec i debatowali szeptem, rozglądając się czujnie. I gdyby Aristos poświęciła chwilę refleksji otoczeniu, obejmującemu jej drobną sylwetkę niczym płaszcz, być może zwróciłaby uwagę na fakt, iż jej własna magia zupełnie oszalała, przedkładając to, czego Gryfonka nie potrafiła wyrzucić z siebie emocjami na to, co widoczne było dla gołego oka. Po raz kolejny zresztą udowadniając, że nawet ci, których uczono posługiwania się różdżką, zdolni są do spontanicznych zapłonów mocy, do używania jej nieświadomie, z siłą, jakiej ciężko doszukać się okiem w normalnej sytuacji; zwykle czarne, hebanowe niczym skrzydła kruka loki dziewczyny jaśniały powoli, acz nieubłaganie, bez jej wiedzy czy świadomości, przemieniając okalający drobną twarz sztorm w bladozłote zboże, wymykające się pod kaptura szaty, narzuconego na głowę.
Wiedziała, że nie powinno jej tu być, nie teraz, nie o tej porze, niezupełnie jednak potrafiła teraz myśleć o konsekwencjach własnej niefrasobliwości. Nogi poniosły ją w stronę kamiennej bramy wyznaczającej granicę między szkolnymi włościami, a Hogsmeade; krok za krokiem, szybko niczym westchnienie, przemykała pomiędzy drewnianymi budynkami, kierując się w stronę sowiej poczty. Z jakiegoś powodu użycie Ombre do wysłania tej konkretnej wiadomości wydawało jej się zbędną, niepotrzebną stratą czasu - w ciemnych ślepiach, w spojrzeniu, którym Rosier obdarzył ją nim wyszła z zajęć poganiana wyczekującą postawą brata wyczytała, że gniew nie umknął zupełnie z umysłu chłopaka, nie odpłynął, odepchnięty pieszczotliwym dotykiem, niemą prośbą. Nie chciała ryzykować, że przegna jej sowę, nie odbierając nakreślonej naprędce wiadomości. Chciała, by ją otrzymał, by odpowiedział, choć bolesne widmo okazywanej przez niego obojętności łomotało jej w piersi, dławiąc serce uściskiem niemal tak stalowym, jak stalowy był posmak krwi na języku, pochodzącej z przygryzionej w gabinecie Francisa wargi. Rozejrzała się po raz ostatni, przystając niepewnie przed drzwiami poczty; jej wzrok prześlizgnął się nieuważnie po odbiciu w szybie, by zaraz wrócić do niego z pewną konsternacją. Dłoń zaciśnięta na klamce zamarła, palce zerwały kaptur z głowy, a bławatkowe spojrzenie pociemniało, uważniej, dokładniej przypatrując się migoczącym jasnością lokom. Zacisnęła zęby, unosząc jeden z pukli do góry, przyglądając mu się w skupieniu, jakby w próbie zrozumienia, szybko jednak wypuściła go z ręki, pozwalając by opadł na szyję, wtulił się w zagłębienie przy obojczyku, połaskotał wrażliwą skórę. Magia nie pierwszy raz sprawiła jej psikus, nie pierwszy raz zagrała na własną melodię, wprawiając Gryfonkę w bezbrzeżne zdziwienie.
Pozostawiając kwestię włosów nierozwiązaną, zapomnianą gdzieś w zakamarkach umysłu, pchnęła stanowczo drewniane drzwi, wślizgując się do pomieszczenia wypełnionego intensywnym zapachem piór, sowich przysmaków i ptasich odchodów, których odór, mimo uporczywie uciążliwego sprzątania przyległ już chyba na stałe do sosnowych desek, którymi wyłożona była podłoga.
Wymamrotała parę nieskładnych słów do właściciela, sennie wspierającego głowę na wysokim kontuarze, rzuciła na polakierowany blat parę sykli, a później odwróciła się gwałtownie, jednocześnie grzebiąc w torbie za skrawkiem pergaminu - popełniając przy tym podstawowy błąd, nieświadomie zakładając, że o tej porze będzie w tym miejscu sama.
Zderzenie, nieoczekiwane i bolesne, z czymś miękkim, pachnącym intensywnie ziołami i zmysłowymi, kobiecymi perfumami sprawiło, że prychnęła jak kotka, uniosła głowę, cofnęła się lekko, oszołomiona... I zamarła, wpatrując się w znajome, niebieskie oczy. Oczy, których kształt i kolor zdążyła ostatnio całkiem dobrze poznać. Oczy, które nie należały jednak do Watts'a.
Zobacz profil autora
Mary Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Wto 24 Mar 2015, 18:57

Zabawne jak przeszłość potrafi dogonić cię w najmniej oczekiwanym momencie. Rzecz niesłychana, w pewien niepokojący sposób posiadająca znamiona bycia wysoce fascynującą.
Mary nigdy nie żałowała podjętych przez siebie decyzji – dawno, bardzo dawno temu dochodząc w debacie sama ze sobą do przełomu, uznała to za całkowicie zbędny sentyment. Na swoich błędach należało się uczyć, ponosić ich konsekwencje z całym bagażem mogących z tego wyniknąć nieprzyjemności. Przyjąć je, przeanalizować i użyć pozyskanych wniosków, by stale ulepszać siebie i minimalizować prawdopodobieństwo popełnienia kolejnych gaf. Metoda skazana na sukces, jeśli używana w towarzystwie odpowiednio silnego oraz zdyscyplinowanego charakteru, który nie pozwalał sobie na pobłażanie i wyjątki.
Dlaczego więc tak bardzo bolała ją myśl, że gdzieś w zamku, którego odległe światła widziała z uliczki w Hogsmeade, znajdował się ktoś, kogo podświadomie utożsamiała z porzuconym szczęściem? Mary Watts nie popełniała błędów, których żałowała – poza tym jednym, jedynym, którego konsekwencji nie zdołała przełknąć od dziesięciu lat. Cała wiedza, całe mozolnie wypracowywane opanowanie nie wystarczyło, by przestała próbować wyobrazić sobie, na kogo wyrósł jej jedyny syn – był bardziej podobny do Archibalda, czy do niej? A może był kimś zupełnie innym, z kim nie odnalazłaby choć drobnej nici porozumienia?
Prawie zdołała zapomnieć, zdusić uczucia i zamknąć je pod kluczem. Wszystko zepsuł powrót na wyspy oraz wiadomość o śmierci męża, z którym nigdy oficjalnie się nie rozwiodła. W jakiś sposób czuła na niego złość – jak mógł tak po prostu umrzeć, gdy zostawiła w jego rękach coś, za co potrafiłaby postawić świat w płomieniach? Bała się tego przywiązania, bo napędzały je jedynie rozpamiętywanie przeszłości i wizje wszystkiego, co mogła posiadać, a co z własnej woli oddała. W konfrontacji z ich źródłem sentyment mógłby okazać się przerysowany i niepotrzebny...
Wizyta w Hogsmeade nie była niezbędna – w pewien sposób zaspokajała tylko potrzebę spojrzenia choćby z daleka na miejsce, które stanowiło dla Bena drugi dom, a z którym ona sama miała dużo dobrych wspomnień. Ragnar łypał na nią z wyrzutem ze swojej żerdzi, gdy obwiązywała niewielką paczuszkę szarym papierem i zarzucała na ramiona szatę, jakby przeczuwał, że jego pani postanowiła wysłać swoją pocztę inną sową. Jak to możliwe, nie godziło się! Musiała mu po powrocie do domu podrzucić kilka przysmaków i pogłaskać ciemne pióra dla udobruchania. Puszczyk miewał tendencje do obrażalstwa i niszczenia w zemście przypadkowych przedmiotów.
Fale jasnych włosów wymykały się spod kaptura, który Mary gładko zsunęła z głowy wraz z przekroczeniem progu niewielkiej poczty. Kobieta nie powstrzymywała delikatnego uśmiechu, który wypłynął na jej usta wraz z pierwszym dźwiękiem miarowego pohukiwania dochodzącym uszu. Być może minęła się ze swoim powołaniem i powinna hodować sowy zamiast roślin, skoro tak lubiła słuchać wydawanych przez ptaki dźwięków? Odruchowo wygładziła dłonią niewielkie zgięcie materiału na sięgającej kostek sukni w ciepłym kolorze kawy z mlekiem, pewniej uchwyciła  przygotowaną przesyłkę, odczekując na moment, w którym będzie mogła swobodnie podejść do kontuaru.
Los postanowił być jednak niezwykle zabawny tego jakże przyjemnego wieczora – w kilku pociągnięciach za odpowiednie sznurki obrócił zajętą grzebaniem w torbie osóbkę i skolidował jej ciało prosto z Mary, której wzrok akurat przyciągnęła jedna ze śnieżnych sów. Być może kobieta tylko zbyłaby tę sytuację mentalnym machnięciem ręki, po czym przyjęła przeprosiny. Być może. Krótkie, ale nazbyt wyraźne prychnięcie pełne agresji smagnęło nerwy śmierciożerczyni, zmywając z jej twarzy całą miękkość, unosząc nieznacznie podbródek, a niebieskim oczom nadając blask stali. Wystarczyło jedno spojrzenie, by uchwyciła czerwono-złoty krawat w barwach Gryffindoru oraz odznakę na piersi.
- Uczennica poza Hogwartem o tej porze? - zaczęła tonem subtelnie przebrzmiewającym gdzieś na granicy ironii i sfabrykowanej troski. - Nie powinno cię tu być, moja droga.
Kładąc nacisk na ostatnie słowa, uniosła lekko jedną z jasnych brwi, nie odwracając spojrzenia od twarzy dziewczęcia – twarzy podobnej do własnej w groteskowy, zupełnie zaskakujący sposób przywodzący na myśl skojarzenia z krzywym zwierciadłem.
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Wto 24 Mar 2015, 19:53

Być może w każdy inny dzień, w każdej innej chwili, tak różnej od tej, w której serce Gryfonki przepełnione było niepewnością, strachem i bólem, Aristos zachowałaby się inaczej. Być może, w innych okolicznościach, w bardziej łaskawym nastroju, w humorze nieskłonnym do kapryśności i agresji dziewczyna zorientowałaby się, że nie warto zaczynać utarczki, że stanowiłaby ona jedynie przeszkodę na drodze, którą rozważniej ominąć, niźli dźgać kijem.
Dzień był jednak właśnie tym dniem, chwila tą chwilą, a rozjątrzone, zajęte złymi myślami jasnowłose dziewczę zupełnie nie miało czasu na niuanse, usłane uprzejmymi uśmiechami, zamarkowanym dygnięciem i przepraszającym spojrzeniem, które w całej swej okazałości zwykle wystarczały, by pozbyć się natrętnego kłopotu.
A może chodziło o to, że oczy nieznajomej kobiety miały odcień tak podobny do oczu Francisa, choć w pierwszej chwili przywiodły jej w skojarzeniu zupełnie inne spojrzenie, przysłonięte rozbawieniem, mądre, ciepłe, pełne zainteresowania. Oczy, które w odruchu bezmyślnej rozpaczy zapragnęła dzisiaj ujrzeć, a które znajdowały się poza zasięgiem.
Nie zagłębiając się więcej w burze możliwości, w gęstwinę zastanowienia i gdybanie, z którego nikomu nigdy nic dobrego nie przyszło – nadpisać wystarczy, że Aristos nie miała cudownego dnia, a z natury wybuchowy charakter kompletnie rozkojarzonej dziewczyny wziął górę w chwili, w której usta potrąconej przez nią kobiety otworzyły się i wpuściły spomiędzy kształtnych warg ciche, przepełnione ironią słowa. Słowa, które na tą konkretną Gryfonkę podziałały niczym płachta na byka, choć w połączeniu z niebieskimi tęczówkami, których podobieństwo do dwóch innych par oczu – jednej utęsknionej, drugiej aktualnie znienawidzonej – jedynie mieszało roztrzęsionej Francuzce w głowie, wywołały dość niespodziewany efekt.
Dziewczyna spięła się wyraźnie, wyprostowała sztywno, unosząc głowę hardo do góry, choć wizję przysłoniła jej fala łez, rozmywając obraz, powielając go, na moment wyostrzając i znów przeganiając widmo możliwej ostrości wilgotną kurtyną. Zagryzła wargę, odpowiadając mimo wszystko na wyzywające spojrzenie kobiety, a potem skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej, szarpnięciem głowy odrzucając z czoła niesforny, bladozłoty pukiel włosów.
- Dopóki nie jesteś nauczycielem, pracownikiem ministerstwa, lub samą cholerną Morganą, nie sądzę, by moja obecność w tym miejscu miała dla ciebie jakiekolwiek znaczenie – warknęła w odwecie, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, choć nie w odruchu winowajcy przyłapanego na gorącym uczynku, a jedynie po to by ukryć denerwująco szczypiące w kąciki oczu łzy, napływające do nich coraz chętniej, coraz gęściej, wydostające się spod czarnych łez i spływające po pobladłych policzkach.
Przełknęła z trudem ślinę, zmuszając się do ponownego spojrzenia w niebieskie oczy kobiety, której twarz w niejasny sposób wydawała jej się znajoma, znana, niezupełnie widziana po raz pierwszy i wbiła paznokcie we wnętrza dłoni, by nieco się opanować. Powstałe na wrażliwej skórze czerwone zagłębienia w kształcie półksiężyców otrzeźwiły ją nieco słodkimi igiełkami bólu, nie wystarczająco jednak, by umysł, naprzemiennie przywołujący pod powieki twarz Francisa i Bena, zechciał łaskawie pójść do diabła.
- Pomijając już fakt, że nie jest to twój przeklęty biznes, więc zejdź mi z drogi, moja droga – syknęła jeszcze, odzyskując władzę nad głosem, a efekt zapewne byłby bardziej imponujący, gdyby szczupłymi ramionami nie wstrząsnął spazm nadchodzącego płaczu, z którym Aristos wyraźnie nie czuła się dobrze. Irytował ją, wystawiał odsłoniętą na cios i zawstydzał słabością, której nie umiała już przełamywać. O jeden raz za dużo. O jeden krok zbyt daleko. Mięśnie grające na szczęce, kiedy zaciskała zęby by powstrzymać przyspieszone wdechy zdradzały ją niemal tak, jak mokre od łez policzki i wiedziała, że to starcie jest z góry przegrane, choć w normalnej sytuacji nie pozwoliłaby nikomu odzywać się do siebie w ten sposób.
Zobacz profil autora
Mary Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Sro 25 Mar 2015, 17:25

Intrygujące, że przypadek postanowił skrzyżować drogi tych dwóch kobiet już teraz, w takich a nie innych okolicznościach. Nie musiały się spotykać, nie musiały otwierać do siebie ust – kosmiczna równowaga nie zostałaby zachwiana, a życie toczyłoby się dalej w ten czy inny sposób. Kostki domina przewróciły się jednak w ten, a nie inny sposób, doprowadzając do kolizji, krótkiej próby charakterów i prawdziwej, nabywanej latami mądrości popartej doświadczeniem.
Już w pierwszym, gwałtownym ruchu głowy który rozrzucił jasne włosy Gryfonki, Mary jasno odczytała hardość i dumę prawdopodobnie rozrośniętą do chorobliwych rozmiarów. Kątem oka uchwycając ruch za kontuarem, uniosła nieznacznie dłoń, ucinając wszelkie komentarze, które mógł chcieć wtrącić właściciel poczty. Jedno spojrzenie na jej twarz, na twarde, niebieskie spojrzenie powinno przegnać wszelkie chęci wtrącania się pomiędzy te nieznajome istoty. Wszelkie błędy w ocenie mogły się w tej chwili źle dla niego skończyć.
Mary opuściła rękę, ani drgnąc w swojej naturalnej, wyprostowanej postawie, obserwując wszystkie zmiany na twarzy dziewczyny, z którą nie była pewna czy bardziej chce ją zakopać w swoim ogródku w ramach nawozu za okazaną bezczelność, czy przygarnąć do piersi. Zawsze miała głęboką słabość do dzieci i choć nastolatki ledwie łapały się już do tej kategorii, ból rysujący się aż nadto widocznie na twarzy przypadkowej uczennicy przeważał w pewien sposób jej ostre słowa. Buńczuczne, nieprzemyślane, niepotrzebne. Słowa, które mogły przyczynić się do niespodziewanej śmierci w odpowiednich okolicznościach, przy osobie o temperamencie bardziej wybuchowym niż pani Watts.
Kobieta nie zaszczyciła odpowiedzią pierwszego wywarczanego zdania, pozwalając mu przepłynąć gdzieś obok, a nie uderzyć w dumę, której sama miała wiele. Doświadczenie nabywane przez lata pozwalało jej jednak dojść do prostego wniosku, że podejmowanie decyzji kierowanych jej chorobliwą odmianą nie stanowiło mądrego wyboru. Pozwoliła Gryfonce wylać jadowite słowa, choć dla kogoś w jej wieku były one śmieszną formą obrazy. Próbowała zranić, ale chwytała za niewłaściwy oręż – zamachując się nim dziko, odsłaniała własny ból, własne krwawiące serce. Mary nie musiała wiedzieć, co dokładnie kołatało się w głowie młodej czarownicy, nawet przez myśl nie przeszła jej taka chęć. Sama walka, jaką wyraźnie zażarcie toczyła z łzami i rozpaczą, była w pewien sposób ciekawym zjawiskiem. Ciekawym na tyle, że śmierciożerczyni chciała poznać jej wynik w przypływie chwilowego kaprysu. Ładnie wykrojone usta Szkotki drgnęły nieznacznie, ledwie unosząc swój kąt, gdy Gryfonce prawie się udało – wszystkie mniej lub bardziej subtelne ruchy ciała podpowiadały, że balansowała na cienkiej granicy kontroli i rozpaczy, gotowa przy najlżejszym podmuchu zachwiać się w jedną ze stron. Kobieta powoli sięgnęła pod połę szaty narzuconej na ramiona, omijając dłonią wewnętrzną kieszonkę skrywającą różdżkę i wyciągnęła przedmiot, którego Aristos najpewniej w ogóle się nie spodziewała. Prosta chabrowa chustka ze staromodnie wyszytymi srebrną nicią inicjałami MW została podsunięta Gryfonce, ale nie wpychana na siłę w jej ręce. Wciąż miała wybór – przyjąć ją lub nie.
- Otrzyj twarz i weź się w garść – głos kobiety był wyważony, pewny. - A pan – zwróciła wzrok w kierunku właściciela sowiej poczty, który znów próbował otwierać usta – niech milczy, niepytany o zdanie.
Uniosła lekko brwi, posyłając mężczyźnie uśmiech, który mógł być odbierany zarówno jako skutek rozbawienia jak i niesprecyzowana na głos groźba.
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Sro 25 Mar 2015, 19:03

Mimo doświadczeń, których zła natura często ścigała ją tygodniami, mimo wielu chwil, w których mogła odmienić swój los i wydarzenia jednym, głębszym wdechem, Aristos wciąż jeszcze miała czas na opanowanie tej jednej, prostej prawdy – podejmowanie decyzji pod wpływem emocji nigdy nie było dobrym wyjściem. Nigdy.
Nie wyciągnęła wniosków, nie przeanalizowała ich odpowiednio, nie podpisała się pod nimi naukami, jakie odbierała od paru dobrych lat, a które w całym swoim jestestwie prosiły, a wręcz domagały się, by myślała dwa razy, nim uczyni krok do przodu. Uczyła jej tego matka, uczył Francis, uczył wreszcie Rosier, jako jedyny z nieprzyjemnie skutecznym wynikiem, przekazując Gryfonce te boleśnie trywialne, acz jak prawdziwe zasady. Pohamuj się. Odetchnij. Uspokój. Spójrz na wszystko z dystansu, zza szyby, odgrodź się od tego, co bolesne, co denerwujące, bo doprowadzisz do własnej zguby szybciej, niźli mogłabyś chcieć.
A chociaż na co dzień Aristos potrafiła zastosować każdą z tych rad, obojętnie, czy oddzielnie, czy na raz, ten wieczór był pod względem porażek wyjątkowo skuteczny. Śmiertelnie wręcz precyzyjny.
Kiedy więc ostatnie słowa opuściły jej usta, niezdolne do powstrzymania ciętego języka, zbyt zajętego chęcią odgryzienia się nieznajomej kobiecie, nagła fala chłodu sprawiła, że rozluźniający się z oporem żołądek znów podszedł jej do gardła, palce odruchowo zaczęły szukać schowanej za pasek spódniczki różdżki, choć była pewna, że w starciu z kimś starszym nie miałaby szans. Gorycz porażki odniesionej na obozie wciąż wstrząsał jej dumą i zranionym honorem, a przecież walczyła z kimś niewiele od siebie starszym, z kimś, kto posiadał wiedzę wcale nie tak bardzo odbiegającą od jej własnej.
Nim jednak zdążyła popełnić kolejny błąd, nim dłoń wyszarpnęła magiczny instrument, zdarzyło się coś, czego nie przewidziała; nawykła do otrzymywania ciosów, do nieustannej walki i życia z wymuszonym spoglądaniem przez ramię, na moment zamarła, widząc w dłoni kobiety chabrową chusteczkę. Zwykłą, materiałową, na której jedyną ozdobę stanowił prosty, srebrny haft. MW. Aristos odetchnęła bezgłośnie, powoli opuściła ramiona, z niezrozumieniem wzniosła spojrzenie na oczy blondynki, szukając w nich jakiejś drwiny, być może oznaki czegoś, co zapowiadałoby nieprzyjemny żart, kpinę. Sposób zachowania tej wysokiej, dumnej osobistości zupełnie zbił ją z tropu, rozkojarzył jeszcze bardziej, wyhamował impet z jakim zmierzała w stronę swoistego rodzaju destrukcji, kierowanej siłą bezbrzeżnie głupiej, bardzo właściwej dla ludzi w jej wieku dumy i zadufania.
Dopiero po chwili niepewnie sięgnęła po chustkę, z satysfakcją słuchając, jak nieznajoma zamyka usta wścibskiemu kmieciowi, który usiłował interweniować zza kontuaru w sposób niezbyt efektywny, acz irytująco wścibski. Materiał, który przycisnęła do oczu pachniał przyjemną mieszanką, przesiąknięty aromatem towarzyszącym kobiecie; jakąś tajemnicą, jakąś nutą, wywołującą ciepłe skojarzenia. I wbrew temu, czego najwyraźniej miał dokonać, przyniósł dokładnie odwrotny skutek, w piorunującym tempie.
Drobna, kocia twarzyczka Gryfonki, do tej pory wymalowana konsternacją, pobladła niezwykle i opatrzona w parę bławatkowych oczu, zaczerwienionych od łez, teraz skurczyła się lekko, zastygła na moment, poprzedzając gwałtowny wybuch płaczu. Nie próbowała już z nim walczyć, nie starała się nawet powstrzymywać niekontrolowanego drżenia ramion, któremu akompaniowały spazmatyczne, łapczywe hausty powietrza.
Zabawne, jak przewrotne potrafią być kostki domina, którym los rozgrywał kolejne partie z życiem; zabawne, jak każdy, najmniejszy nawet szczegół, detal, drobnostka zwykle zupełnie ignorowana, mogła wpływać korzystnie lub nie na odczuwane przez ludzi emocje.
Zwłaszcza, gdy ktoś stał na granicy pomiędzy chwilowym szaleństwem, a opanowaniem, a wszystko zdawało się pchać go w stronę ciemności. Nawet niepozorna chustka w kolorze chabrów, które nierozerwalnie już kojarzyły jej się z Rosierem, Francją i wszystkim, co zaprzepaściła własną bezmyślnością.
Zobacz profil autora
Mary Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Pią 27 Mar 2015, 20:06

Pewną częścią siebie Mary żałowała, że nie posłała Ragnara z niedużą paczuszką owiniętą szarym papierem – sytuacja zaszła na poczcie szybko wymknęła się spod kontroli, biegnąc swoim własnym krętym torem. Gdyby była kimś innym, kimś o wiotkim, niestabilnym w podstawach charakterze, pewnie przewróciłaby oczami, nadała swoją przesyłkę, po czym wyszła i zapomniała o jasnowłosej Gryfonce. Niestety dzięki krótkiej interakcji, zaciekawieniu kobiety swoją wewnętrzną walką, przestała być niewiele wartym pyłem na wietrze. Pod obserwacją niebieskich oczu stała się osobą. Być może przedwcześnie, być może tylko na króciutką chwilę.
Długie, pokryte niewielkimi bliznami palce musnęły drobniejszą dłoń, gdy ta sięgnęła po ofiarowaną chustkę z niedowierzaniem jasno rozluźniającym rysy twarzy. Uczennica przypominała Mary zaszczute zwierzę o szybko bijącym sercu, z nieustannym napięciem widocznym we wszystkich mięśniach. Cokolwiek zaprzątało jej teraz głowę, musiało mieć dużą wagę. W pewnym sensie przypominała czarownicy samą siebie sprzed dziesięciu lat – prawdopodobnie sama zachowywała się podobnie, podobnie wykrzywiała twarz pod nieustannym ostrzałem złych słów padających z ust Archibalda. Była to jednak sprawa już dawno zagrzebana w przeszłości, niesprawiedliwość i ucisk spod których jarzma wyrwała się z bojowym wrzaskiem. Choć czasem próbowała, od dawna nie potrafiła przywołać wspomnień bycia szczęśliwą u jego boku, a przecież kiedyś tak musiało być. Gdyby ich relacje ułożyły się inaczej, nigdy nie przystałaby na oświadczyny, nie pozwoliła się dotknąć, nie urodziła dziecka.
Kobieta na krótki moment zmrużyła oczy, czując falę irytacji względem samej siebie. Myśli o synu w pewnym sensie zatruwały jej umysł, nie chciały uwolnić od wizji, od sfokusowania na jednym temacie. Dała mu zbyt wysoki priorytet, postawiła ponad nabywaną przez lata mądrość i zaczynało ją to męczyć, a ledwie zamierzała wstąpić na ścieżkę mogącą prowadzić do finalnej konkluzji. Paczka, którą dotąd trzymała w dłoni, nagle zaczęła palić, jakby w środku znajdowały się rozrzażone węgle – odłożyła ją więc na kontuar, choć nie bez pewnej delikatności w ruchach.
Szloch, który nagle, gwałtownie wstrząsnął dziewczyną, zachwiał nią jak gibkim drzewkiem w trakcie burzy, nie był tak dziwną reakcją. Może niekoniecznie przewidywaną, ale nie pochodzącą z krainy absolutnych abstrakcji. Mary odetchnęła powoli, rozważając w sobie dalsze postępowanie. To, co wreszcie zrobiła, było nieco szalone, ale w jej ocenie najwłaściwsze, najbardziej naturalne. Uniosła dłoń, układając ją pewnie na ramieniu Aristos w ramach cichego, stabilnego wsparcia, drugą odgarnęła jasne loki, które opadły na twarz dziewczyny, przyklejając się do mokrej od łez skóry.
Oglądając tę sytuację z boku, ciężko byłoby postronnemu obserwatorowi wywnioskować, że nigdy wcześniej się nie spotkały, że nie łączyła ich choć najdrobniejsza nić.
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Pią 27 Mar 2015, 21:25

Kilka długich chwil zabrało jej zebranie się w sobie, kilka głębokich wdechów trwało bezgłośnie w przestrzeni między kobietą, a dziewczyną, nadając rytmowi tego spotkania czegoś nienaruszalnie tajemniczego, czegoś głęboko magicznego, choć nie rodzajem magii, do której przywykły obie nieznajome sobie istoty. Rzucone przez los na tarczę ruletki wypadły w boksy tuż obok siebie, nie podejrzewając nawet jak wiele zmieniło to spotkanie i jak wiele miało im przynieść w przyszłości; zawieszone w tym jednym momencie trwały niezauważone przez uniwersum, choć wobec dwóch par niebieskich oczu – jednych ukrytych za zasłoną mokrych rzęs, drugich wpatrujących się ze spokojem w wilgotną od płaczu twarz – ten moment stanowił decydujący, krytyczny wręcz bodziec.
Aristos przestała wreszcie szlochać, zaczerwienione, nabrzmiałe od przygryzania wargi rozchyliły się powoli, ostrożnie, wypuszczając z ust dziewczyny głębokie westchnienie, nieco jeszcze rozedrgane, naznaczone piętnem łez. Przez moment klatka piersiowa Gryfonki unosiła się w spazmatycznych wdechach, gdy bezsilne wobec fali uczuć ciało walczyło z chęcią zatopienia się po raz kolejny w przynoszącym żałośnie mierną ulgę łkaniu, a ramiona opadły w dół, rozluźnione bezwiednie przez pokonane mięśnie. Nie odważyła się podnieść spojrzenia, napotkać taksującego wzroku nieznajomej kobiety, lecz jej spokój, opanowanie, jakiś naturalny wdzięk i gracja z jaką radziła sobie z sytuacją sprawiły, że serce młodszej przestało gwałtownie łomotać, z przestraszonego zwierzątka zamieniając ją w czujną, leśną wróżkę – gotową w każdej chwili odwrócić się i uciec, zapomnieć o tym, po co w ogóle przyszła na pocztę i zniknąć w mrokach zmierzchu, nie pozostawiając żadnych odpowiedzi.
Nie zadając pytań, które kołacząc pod skórą pulsowały przypływem adrenaliny, pomagającej odnaleźć skraj zdrowego rozsądku, wspiąć się na niego w przebłysku silnej woli.
Chrząknęła wreszcie, uwalniając ściśnięte gardło od miękkiej, wilgotnej kuli łez, zbierających się gdzieś w przełyku i spojrzała na twarz Mary, przyglądając jej się z jakąś nabytą podejrzliwością, ze strachem, wciąż migoczącym daleko w bławatkowych oczach, odzyskujących z oporem zwykłą twardość, naturalny blask. Opuściła dłonie, zaciskając palce na chabrowej chustce i skinęła głową w geście podziękowania, nie ufając własnemu głosowi; palce muskające jej policzek i delikatnie przeczesujące zatknięte za ucho loki były tak przyjemnie rozpraszające, ciepłe i uspokajające, że nie sposób było przeciwstawić się ich czarowi. W połączeniu z zapachem ziół, perfum i świeżej ziemi, który mimo wszystko zbyt mocno przesiąkał przez skórę, by kobieta była w stanie zupełnie się go pozbyć, mieszanka jaką pachniała otumaniała zmysły, kojąc je jednocześnie.
Dopiero po kilku wdechach, rozchylających delikatnie wąskie skrzydełka nosa, nadających kolor pobladłym policzkom i przynoszącym opanowanie do rozedrganego ciała, Aristos zdecydowała się odwrócić wzrok, spuścić na moment głowę. Gdy ją uniosła, malinowe wargi bez udziału woli, bezmyślnie układając się w zdania, wreszcie zezwoliły głosowi na przejęcie dowodzenia.
- Kim jesteś? – spytała cicho, mrużąc powieki, w których kącikach wciąż czaiły się pozostałości łez. Przygryzła wargę, walcząc z chęcią cofnięcia się i zacisnęła palce na pasku torby wżynającym się w ciało pod wpływem ciężaru książek, chcąc uwolnić się od uwierającego delikatną skórę bólu.
- Wyglądasz… Mam wrażenie, że już cię widziałam – dodała po chwili, nieco pewniej, badawczo przyglądając się twarzy nieznajomej, której oczy majaczyły jej niejasnym wspomnieniem niebieskiego spojrzenia, odbijającego się w zaparowanej tafli łazienkowego lustra.
Zobacz profil autora
Mary Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Sob 28 Mar 2015, 00:33

Z pewnym rodzajem chłodnego, napiętego wyczekiwania Mary patrzyła na twarz nieznajomej sobie dziewczyny. Twarz częściowo skrytą za chabrową chustką, na haft migający między jej palcami, gdy przesuwała materiał nasączając go łzami. Milczała, a w ciszy tej nawet delikatny dotyk miał o wiele większe znaczenie niż normalnie, był zdolny do zostania przyczyną istotniejszych zmian. Kobieta doskonale zdawała sobie z tego sprawę, własnego ciała używając z równą precyzją i rozwagą co różdżki. Stanowiło to kwestię niezwykle istotną szczególnie w przypadku obcowania z krnąbrnymi, zapatrzonymi w siebie mężczyznami, którym wydawało się, że byli władcami wszechświata i okolic. Och, jak uwielbiała pokazywać im ich własną małostkowość oraz ułomność, wodzić za nos, wyprowadzać na manowce tylko dlatego, iż to potrafiła, a oni szli za nią tępo jak osioł za marchwią uwieszoną na patyku.
Bycie chwilowym wsparciem, choć tak drobnym i oszczędnym, smagnęło myśli czarownicy ciepłem satysfakcji, gdy oddech Aristos zaczął się uspokajać, a z oczu popłynęły ostatnie łzy, zostawiając na policzkach słone, łatwe do starcia ścieżki. Nie znała jej kompletnie, ale czuła pokrętną, dziwaczną dumę obserwując powolne powstanie z kupki szlochającego nieszczęścia. Ci, którzy walczyli, nie pozwalając zmiażdżyć się własnym słabościom, łatwo zaskarbiali sobie szacunek pani Watts, choćby tylko ze względu na tą jedną zaletę. Odruchowo przeczesywała palcami jasne włosy, muskając ich opuszkami skórę Gryfonki – gest zadziwiająco czuły jak na dwójkę nieznajomych. Instynkt podpowiadał jednak, by w tej jednej kwestii mu ustąpić i na chwilę odsunąć rozważania oraz zahamowania rozumu. Obie dłonie czarownicy wycofały się niespiesznie, z dłuższym ociąganiem kilka chwil po tym, gdy dziewczyna odchrząknęła, wyraźnie zaznaczając, że dokładnie w tym momencie jej rozedrganie powinno się skończyć, więc nie potrzebowała już dłużej cichej podpory. Dawanie komuś ukojenia w ten sposób, niosło jakąś głęboką falę spokoju również dla obdarowującego nim. W odległych, nieśmiałych myślach obudzonych przez nie mający ujścia instynkt macierzyński przewinęła się sugestia, by objąć dziewczę ramionami i przytulić je do siebie, ale została gwałtownie zdeptana pod butem. Mary wystarczyło problemów z jednym sentymentem, by próbować go zaspokajać przy użyciu półśrodków i rozdrabniać się tam, gdzie nie powinna tego robić. Choć w jakiś sposób stojąca na granicy cichej desperacji, wciąż miała do siebie samej mnóstwo szacunku, mnóstwo miłości, która zabraniała rozdawać cenne kawałki jestestwa bez uprzedniego namysłu i pewności, że zostaną otoczone należytą opieką.
Z łatwością znosiła kierowane w swoją stronę spojrzenia, odpowiadając na nie bez zimnej hardości, a z pewnym wyczekiwaniem, zainteresowaniem. Jedna jasna brew uniosła się nieco, gdy z ust uczennicy padło pytanie, a po nim nie do końca wyjaśnienie. Z jakiego powodu miałaby uważać, iż kiedyś miała okazję ją widzieć? Kobieta szybko prześledziła w myślach rządek wspomnień zebranych od czasu powrotu na wyspy, ale pamięć nie podsuwała jej żadnej jasnowłosej nastolatki. Była prawie pewna, że zapamiętałaby ją choćby z powodu ich cudacznego podobieństwa.
- Szczerze wątpię – odparła z cieniem nieznacznego uśmiechu w kącikach ust. - Rzadko opuszczam swoją plantację.
W tym miejscu przestałaby mówić, sądząc, że dokładnie tyle informacji wystarczy młodej Gryfonce i nie kwapiąc się do dalszego ich udzielania. Z jakiego powodu? Szanse, że spotkają się jeszcze były bardzo niewielkie, skromnym zdaniem śmierciożerczyni równe zeru, jeśli brać pod uwagę jej przyzwyczajenie do życia na uboczu. Być może dlatego, czując na sobie wzrok Aristos, gdy nadała wreszcie przesyłkę i zapłaciła mężczyźnie obsługującemu pocztę, odetchnęła krótko, zerkając na nią jeszcze raz. Zdrowy blask, który powoli powracał do oczu dziewczyny, wyraźnie mówił o pewnym rodzaju zaintrygowania.
- Czy jeśli powiem ci, jak się nazywam, przestaniesz na mnie patrzeć jak na zagadkę do rozwiązania? – spytała, krzyżując ręce tuż pod biustem. - Mary Sigrid Watts, z domu Sterling. Czy teraz spłynęło na ciebie jakieś objawienie?
Zobacz profil autora
Aristos Lacroix
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Czw 02 Kwi 2015, 01:43

- Jesteś plantatorką…? – spytała z zaskoczeniem, nim zdążyła ugryźć się w język, a słowa spłynęły z ust wartkim rytmem, nie zaburzając zaintrygowania, jakiejś nuty niepewności balansującej na cienkiej linii z wyraźną fascynacją. Z pewnymi zawodami, z pewnymi profesjami i klitkami ludzi zajmujących się dość sporadycznie występującymi rzeczami spotykano się w czarodziejskim świecie tak rzadko, że nie sposób było przeoczyć tak zaskakującej informacji. Aristos przyjrzała się kobiecie kolejny raz, oceniając jej wygląd, dłonie usiane siateczką drobnych blizn, prostą, dumną sylwetkę, klasycznie piękną, chłodną twarz, w której drzemało coś dumnego, wyniosłego, ale i ciepłego, choć ta tkliwość i delikatność skryta była pod maską osoby, która wiedziała doskonale jak panować nad własnymi emocjami. Jak wystrzegać się odkrycia.
Nie przerywając obserwacji wyjęła wreszcie z torby skrawek pergaminu, przeszukując mniejszą z kieszonek w pogoni za zagubionym gdzieś piórem. Kilka nieposłusznych łez wyrwało się spod przymrużonych powiek, opadając na kreślone drżącą dłonią słowa, rozmazując jasny atrament, odznaczając się na literach w sposób dość wyraźny, pozwalający odgadnąć jakie emocje targały nadawcą. Nie zwróciła na to uwagi, uparcie powracając spojrzeniem do twarzy kobiety, która spokojnie nadawała swoją przesyłkę, emanując tym samym imponująco swobodnym chłodem. Poszła w jej ślady, przewiązując ciasno zwinięty rulonik błękitną wstążką, a gdy kobieta odezwała się po raz kolejny, ku własnemu zaskoczeniu, Aristos poczuła jak wciąż wilgotne od łez policzki pokrywa rumieniec. Nie na tyle mocny, by górować nad chabrowym błękitem jej oczu, lecz wystarczający, by ożywić nieco przeźroczysta twarz dziewczyny, nadać jej nieco mniej martwego wyglądu.
- Wybacz, nie zamierzała… Watts? – w jednej sekundzie jej źrenice rozszerzyły się lekko, a jasne brwi uniosły w górę, kiedy spojrzenie nabierało podejrzliwego blasku, czegoś zagadkowo zszokowanego, co wspinało się również w górę kręgosłupa, drażniąc nieprzyjemnym ściskiem w dole brzucha i nagłym brakiem tchu.
Cofnęła się niespiesznie, powoli naciągając kaptur szaty na głowę i obrzuciła twarz kobiety kolejnym spojrzeniem, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów; drobnych detali, z których składała się Mary, a które pominięte mogły uszczuplić jej zasób wiedzy, zawęzić obraz i zamglić pamięć.
Przygryzła wargę, poprawiając pasek torby wżynający się jej w ramię coraz boleśniejszym ciężarem, a później skinęła powoli głową, w geście, który mógłby uchodzić za pożegnalny, gdyby nie nagłe zrozumienie, czające się gdzieś w bławatkowym błękicie.
- Aristos Lacroix. Rodu O'Malley. A objawienie... Objawienie to mało powiedziane – odpowiedziała miękko, pewnym tonem, nie wiadomo czy pod wpływem uważnego spojrzenia, czy wpojonych zasad, pochylając się w niskim, z pozoru banalnie lichym dygnięciu. Kiedy się wyprostowała, na pobladłej znów twarzy widniał wyraz zastanowienia, jakiejś niepewnej refleksji. Odwróciwszy się w stronę drzwi postanowiła nie ciągnąć rozmowy ani sekundy dłużej, coś jednak sprawiło, że zatrzymała się, kiedy dłoń już sięgnęła klamki i spojrzała przez ramię.
- Zapamiętam, Mary Watts. Możesz być pewna, że zapamiętam. Czuję, że jeszcze się spotkamy – rzuciła cicho, czując jak jej serce przyspiesza nieznacznie, wraz z oddechem próbując nadgonić myśli, kotłujące się pod burzą jasnych loków.
Pchnęła drzwi, opuszczając pocztę jakby gonił ją sam diabeł, choć daleko była umysłem od straszliwych piekielnych wizji – zastanawiała się jak oznajmić Benowi, że widziała jego podobno martwą matkę. Całkiem żywą. W Hogsmeade.
Dzień z okropnego nagle stał się potwornie ciężki.
[z.t]
Zobacz profil autora
Mary Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   Sro 08 Kwi 2015, 18:02

Mary nie mogła pozbyć się wrażeniem, że jednym zdaniem zbyt wiele właśnie popchnęła jeden z maleńkich kamieni, który spadając w dół miał poruszyć większe od siebie głazy i spowodować widowiskową, absolutnie śmiercionośną lawinę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie odległe poczucie, że zamiast stać na szczycie wzgórza i obserwować wszystko z bezpiecznego dystansu, znalazła się gdzieś w dole z dobrym widokiem na zbliżające się kamienie.
W reakcji dziewczyny wyraźnie odczytała zdumienie i nadchodzące zaraz po nim zrozumienie. Najprościej rzecz ujmując, zdecydowanie nie przypadło to śmierciożerczyni do gustu. Powinna pozostać dla Gryfonki nieznajomą, kimś kogo mijało się na ulicy i nie poświęcało mu więcej niż przelotnego spojrzenia. Nieznacznie zmarszczyła brwi, przyglądając się oczom, które wyrażały zbyt wiele, aż wreszcie i ich tożsamość została zdradzona. Czoło Mary wygładziło się jak za dotknięciem różdżki, gdy natychmiast skojarzyła personalia z szeptami przechodzącymi z ust do ust kolejnych śmierciożerców. Aristos Lacroix, najnowsza zabaweczka Czarnego Pana wysłana na misję ukrócenia o głowę ojca starego rodu, którego nazwisko nic pani Watts nie mówiło. Może to i lepiej. Dlaczego jednak jej powiedziało coś nazwisko Mary? Opcje były dwie i żadna nie sprawiała, by kobieta nagle się uspokoiła i machnęła na całą sprawę ręką. Albo wiedziała, że ma przed sobą popleczniczkę Lorda Voldemorta, albo... Znała Bena. W sercu kobiety zawrzało, choć żadne gwałtowne uczucie nagle nie zagarnęło sobie w posiadanie jej ciała – nie pozwoliła im na to.
Milcząc, skinęła lekko głową na słowa Aristos, czując jak lodowaty dreszcz spływa wzdłuż kręgosłupa. Dopiero, gdy Gryfonka opuściła pocztę, Mary powoli obróciła się z powrotem w stronę właściciela przybytku i z uprzejmym uśmiechem na ustach wyciągnęła różdżkę ukrytą pod szatą. Przed rzuconym niewerbalnie Obliviate nie miał szansy się ochronić – był na to zbyt zdezorientowany, zbyt mało wyćwiczony. Być może była to paranoja, lub tylko troska o zacieranie za sobą niewygodnych śladów, ale Mary nie mogła pozwolić, by ten nieznany mężczyzna opowiadał o dziwnym spotkaniu na jego poczcie. Nim doszedł do siebie, szybkim krokiem opuściła budynek.

[z/t]
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Sowia poczta   

 

Sowia poczta

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Smocza poczta
» Poczta Magnus De Mertio
» Poczta Alice
» Poczta Sabinki
» Poczta Louise

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Inne Magiczne Miejsca
 :: 
Hogsmeade
 :: Ulica Główna
-