IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Bal Zimowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 5, 6, 7 ... 11 ... 16  Next
AutorWiadomość
Cú Chulainn O'Connor
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 29/04/2014
Liczba postów : 233
Skąd : Dublin, Irlandia

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 6:38 pm

Bal się powoli rozkręcał, a wbrew obawom Irlandczyka mało kto w ogóle zauważył jego obecność. Nie sądził, że kiedyś dojdzie do takiego wniosku, ale chyba cieszył się, że najwyraźniej większość lokatorów zamku uznała go za martwego. Swego czasu lubił być w centrum uwagi, a już na pewno mu to nie przeszkadzało, ale po ostatnich przeżyciach nieco się zmieniło. Siedzenie w ciemnościach, obserwowanie z ukrycia, milczenie, które było przydatne, choć wymuszone okolicznościami. Faktycznie zaczął przypominać z usposobienia nietoperza, do którego miał w zwyczaju przyrównywać go Feliks. Dawne dzieje zostały pogrzebane. Chociaż może nie, może Hogwart coś zmieni?
Rozważania na ten jakże zajmujący temat przerwała postać pędząca w jego kierunku. Zauważył ją kątem oka, a gdy odwrócił głowę wściekła twarz Gwen zbliżała się z zastraszającą prędkością. O Merlinie miłosierny, miejże litość! Mówi się, że kobieta wyprowadzona z równowagi jest bardziej niebezpieczna od całego Zakazanego Lasu razem wziętego i prawdę powiedziawszy O'Connor nie zamierzał tego sprawdzać. Niestety, nie wypadało uciekać, choć w pierwszej chwili miał jeszcze taką możliwość. Postanowił zginąć z honorem, wśród muzyki i par bawiących się w najlepsze. Jak szaleć to szaleć. Najwyżej Gwen zrobi z niego piniatę i wtedy cała szkoła dowie się, że ten zaginiony Gryfon dalej dycha - a raczej jeszcze, bo ta różdżka Krukonaki chyba zamierzała zrobić z niego szaszłyka.
Oparł się plecami o ścianę, spoglądając na starą znajomą szeroko otwartymi oczami. Uniósł dłonie w geście poddania, po czym pomachał jedną z nich na przywitanie, zdobywając się na lekki uśmiech przepełniony wręcz zakłopotaniem. Następnie uniósł palec wskazujący, dając Krukonce znak, by zaczekała moment i wyjmując różdżkę z rękawa nakreślił w powietrzu kilka słów.
Ja też tęskniłem.
Litery płonęły przez chwilę, by następnie rozpłynąć się w powietrzu. Irlandczyk spojrzał ponownie na koleżankę, posyłając jej nieco odważniejszy uśmiech. Odczekał moment, po czym delikatnie chwycił nadgarstek dziewczyny, odsuwając od siebie potencjalne narzędzie zbrodni.
Wybacz, że nie przywitam się wylewniej, bardziej werbalnie, ale, hm, nie jestem w stanie.
Kolejne słowa zalśniły obok nich. Przez ten czas jego pismo i prędkość ruchów znacznie się poprawiły, skoro był zmuszony do komunikacji w ten sposób. Nie zawsze miał pod ręką kartkę i ołówek, różdżkę tak. Póki co nieco bezużyteczną, ale już on to szybko nadrobi w Hogwarcie.
I wybacz, że nie pisałem. Nie mogłem, to mogło być zbyt niebezpieczne.
Zobacz profil autora
Lorcan A. Gillis
avatar
Auror
Data przyłączenia : 25/12/2015
Liczba postów : 17
Skąd : Inverness, Szkocja

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 7:03 pm

Oczywiście Lorcan nie miał najmniejszego zamiaru podbierać partnerki Aleca, co to to nie. Po pierwsze, jakby na to nie patrzyć, był w pracy. I choć wydawać by się mogło że siedzi rozluźniony i skupiony tylko na swoich tymczasowych rozmówcach, to tak naprawdę korzystał z dobrego miejsca i ledwie dostrzegalnie lustrował prawie całą salę. Wiedział więc co się dzieje. Po drugie, panienka Guardi była faktycznie zdecydowanie za młoda dla kogoś po trzydziestce. Szczególnie że tym kimś był Lorcan, osobnik znany ze swojego zachowania które o wiele bardziej pasowało do kogoś jeszcze starszego.
Uśmiechnął się w odpowiedzi na promienisty uśmiech Alice. Miła odmiana w tych parszywych czasach, kiedy każdy dzień może przynieść coś czego kompletnie się nie spodziewamy. A taki zwykły uśmiech, podarowany przez śliczną młodą dziewczynę potrafi naprawdę podnieść na duchu.
-To grzech nie być miłym dla kogoś równie pięknego jak pani.- powiedział, uśmiechając się. Wiedzia łże jego słowa i w ogóle całe zachowanie wprawiało Aleca w lekkie zakłopotanie. Cóż, taki Lorcan już był. Może młodzieniec kiedyś zrozumie jaką przysługę Gillis właśnie mu daje.
Na stwierdzenie Alice świadczące o byciu gentlemanem, Lorcan ukłonił się delikatnie.
-Dziękuje pani, te słowa wiele dla mnie znaczą. Pochwała z ust tak pięknej osoby to prawdziwy zaszczyt.- odpowiedział, po czym zwrócił się do Aleca, śmiejąc się wesoło.
-Zawsze możemy się zamienić. Ty zajmiesz się pilnowaniem bezpieczeństwa, a ja dotrzymam towarzystwa tej jakże interesującej osóbce.- oczywiście była to żartobliwa wypowiedź. Gdy jednak usłyszał protest Alice wraz z małym gestem, głośno się roześmiał.
-Widzisz Alec? Chyba nie masz o co się martwić.- stwierdził, a następnie podążył za tą dwójką w stronę krzeseł i stołu. Rzucił jeszcze okiem na miejsce w którym przebywał dyrektor, który szykował się do przemówienia. Oprócz tego dojrzał zespół który miał dziś zapewnić odpowiednią oprawę muzyczną, oraz Matyldę Corn, która odpowiadała za rozrywkę i jakieś konkursy. Wszystko było tak jak miało być, czyli w najlepszy porządku. Zajął miejsce i wziął jeden z kieliszków znajdujących się na stole. Wzniósł go, w podobnym jak pozostali geście, i powiedział z delikatnym uśmiechem
-Za spotkanie jakże miłych osób tego wieczoru.- przy czym, przy słowach „miłych osób” spojrzał się ukradkiem na panienkę Guardi, oczywiście tak by biedny Alec tego nie dojrzał. Trwało to jednak ledwie pół sekundy, więc ktoś z boku mógł nawet nie poznać celowości tego gestu.
-Och, zajmuje się doprawdy wieloma rzeczami. Pilnuję bezpieczeństwa, prowadzę śledztwa i tak dalej. Niestety, szczegóły zostawię dla siebie, ale niech się pani nie martwi, nie jest to raczej nic ciekawego.- odpowiedział grzecznie na pytanie, starając się by Alice była jednocześnie zadowolona z odpowiedzi, i niezbyt urażona brakiem szczegółów. Wiadomo, tajemnica zawodowa.
Na propozycję o coś słodkiego Lorcan uśmiechnął się, po czym w zabawny sposób odmówił.
-Ja niestety grzecznie podziękuje. Wystarczy mi sam pani widok.-
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 19/09/2015
Liczba postów : 173
Skąd : Den Helder, Holandia / Kodiak, Alaska

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 7:12 pm

Nagłe zamieszanie w drugim końcu sali poderwało ją z krzesła... Nie, nie poderwało. Widziała, oczywiście, bo siłą rzeczy interesowała się bardziej poczynaniami Enzo niż innych, ale nie zerwała się, nie pomknęła się wtrącić, nie zrobiła nic poza gwałtownym wciągnięciem powietrza i zaciśnięciem zębów. Nie widziała wprawdzie dobrze, co tam się dokładnie wyrabiało, ale każdy domyśliłby się, że coś poszło źle, z pewnością nie zgodnie z planami Romulusa. I że pewnie chodziło o laskę, o Jasmine, bo przecież to zawsze kobieta była przyczyną największych awantur. Ale nie, Faulkner mogła tylko patrzeć. Patrzeć i powtarzać jak mantrę: siedź na dupie, siedź na dupie, nie interesuj się. Nie chciała być tą, która wparowałaby w cały cyrk bez zaproszenia. Nie chciała być tą, która podważyłaby samodzielność Enzo, zachwiała jego męskością. Zresztą - jakie miała do tego prawo? Żadne. Ża-dne. To nie było kiedyś, to było teraz - a to przecież bardzo wiele zmieniało.
Mimo tego patrzyła. Musiała zobaczyć, jak to się skończy. Przełykając całą gorycz, jaka zebrała jej się w związku z tym, że to nie ona towarzyszy tym razem Enzo spoglądała, jak Vane zbliża się do Franza, jak próbuje coś załatwić, jak... Nie ważne. Odetchnęła bardzo głęboko i odwróciła wzrok. Nie ważne. Konkurs. Zajmij się konkursem, sieroto, baw się. Tak. Tak, to właśnie zamierzała zrobić. Bawić się.
Nim zdążyłaby się rozmyślić, uniosła dłoń i pomachała ręką na znak, że również zamierza uczestniczyć w tej hecy. Taniec na gazetach, no pewnie. Czemu nie. Partner? Nie problem, ktoś się przecież znajdzie. Ktokolwiek, to naprawdę nie miało znaczenia. Skoro i tak nie będzie to ten, którego by chciała - żaden z tych dwóch, których by chciała - to co to za różnica, kto to będzie?
Nim jednak zebrali się jeszcze wszyscy chętni do udziału w konkursie, miała trochę czasu. Akurat tyle, by zjeść kolejne ciastko i zgarnąć z tacy przechodzącego obok skrzata lampkę szampana. To będzie dobry bal, pomyślała, z uporem unikając spoglądania w problematyczny koniec sali. Upijając dwa łyki ze smukłego kieliszka wstała z dotychczas zajmowanego krzesełka i wygładziła fałdy niezbyt wytwornej sukienki. Naprawdę dobry. Odetchnęła cicho, upiła kolejny łyk, odstawiła ekspresowo opróżniony kieliszek na stół, otrzepała dłonie z okruchów ciastka i uniosła głowę, szukając wzrokiem prowadzącej imprezę. Konkurs. Z partnerem takim czy innym, zamierzała go wygrać.

Audi, do boju!
Zobacz profil autora
Blake Blackwood
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 26/08/2015
Liczba postów : 263
Skąd : Hogsmeade

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 7:46 pm

Wszystko przez tego Thorntona. W normalnych okolicznościach Blake na pewno posłałaby krukonowi stojącemu obok Melanie promienny uśmiech, dygnęłaby niby to zawstydzona, po czym stwierdziłaby jak to niezwykle miło jest go poznać, choć oczywiście ona doskonale wiedziała jakie chłopak nosi imię i nazwisko. Wiedziała, bo wiedzieć lubiła. Była osobą ciekawską z natury, choć oczywiście twardo się przed tym wzbraniała, i lubiła mieć wszystko pod kontrolą. Szkoda tylko że w istocie, pod kontrolą miała naprawdę wiele - oprócz swojego własnego życia. Gdyby było inaczej, nie siedziałaby tu teraz wystawiona do wiatru z poczuciem jawnej niesprawiedliwości.
Westchnęła cicho, zastanawiając się już, jaką karę da Ravenowi, i spojrzała ponad ramię na panienkę Moore i stojącego obok niej Jona
- Blackwood - powiedziała i powróciła spojrzeniem do tłumu dzieciaków zgromadzonych w Wielkiej Sali. - Blake Blackwood. Miło mi.
Starała się robić dobrą minę do złej gry, ale prawda była taka, że ten bal, dla puchonki zapowiadał się wyjątkowo tragicznie. Dziewczyna czuła, jak łzy bezsilności stają jej w oczach, bo naprawdę choć raz chciała się dobrze bawić. Co było z nią nie tak, że nie mogła? Co, oprócz tego, że zraniła jedynego chłopaka na jakim jej kiedykolwiek zależało, sprawiło, że pokutuje już tak długo? Gdyby Blake jeszcze była do końca świadoma swojego czynu, byłoby cudownie. Wiedziała co zrobiła, pamiętała jednak jak przez mgłę wszystkie okoliczności, jednak tłumaczenie się czymś takim było bez sensu. Zdawała sobie z tego sprawę; nikt jej nie uwierzy, a już tym bardziej Enzo.
Enzo,
który właśnie posyłał w jej stronę bezczelny, mniemaniem Blackwood, uśmiech.
- Zabiję go - powiedziała na głos i bynajmniej miała na myśli puchona, który zdeklarował się być jej osobą towarzysząca, a kompletnie dał ciała. Miała na myśli byłego chłopaka, który jawnie z niej kpił, czego nie mogła tak po prostu nie zauważyć.
Cóż, nie ma co. Jak widać historia Blackwood-Romulus nie posiada szczęśliwego zakończenia. Z tego tytułu wypada się napić.
Wstała i podeszła do stołu na którym umiejscowione były misy z ponczem. Nalała sobie z pierwszego i spróbowała - nie. Soczek. Z drugiego - to samo. Dopiero trzeci ktoś odważył się doprawić czymś mocniejszym także dziewczyna wypełniła sobie dwa kieliszki od razu i podreptała do swojego miejsca. Właśnie w momencie, w którym Jasmine Vane odciągała swojego byłego ukochanego od jej nowego ukochanego. Tyle się działo! A ona odwróciła się przecież tylko na chwilę!
- O co chodzi? - rzuciła w przestrzeń, mając nadzieję, że albo Malanie, albo Jon będą w stanie jej wszystko wyjaśnić. Połowy domyślała się sama. Osobiście dopingowała Niemcowi, z wiadomych przyczyn, ale przez głowę przeszła jej myśl, że chyba trochę przegiął. Szkło, które wyrwała mu z dłoni ślizgonka mogło trwale pokaleczyć Enzo, a mimo, że chłopak wciąż jej nienawidził, to Blake nie wyobrażała sobie jego krzywdy. Mogła przeklinać go w myślach, ale na zywo? Nie ma opcji.
Przechyliła szybko oba kielichy, zerując jeden po drugim całkiem ich zawartość i podbiegła, by nalać sobie trzecią i czwartą kolejkę. Trochę niegrzecznie z jej strony, że tak piła w samotności, dlatego gdy wróciła wyciągnęła jeden z kieliszków w stronę swoich towarzyszy niedoli.
- Pijcie ze mną. Ja nie umiem tańczyć. Głowa Blake była słaba. Jeszcze kilka takich wycieczek do stołu a dziewczyna obtańcuje nawet samego Dumbledora. Póki co jednak nie miała nastroju. Wolała pić i zerkać w stronę Enzo sprawdzając, czy z nim na pewno wszystko w porządku.
Zobacz profil autora
Alec Haldane
avatar
Auror
Data przyłączenia : 30/09/2015
Liczba postów : 113
Skąd : Dunblane, Szkocja

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 7:50 pm

W porządku, aż takiej deklaracji się nie spodziewał. To znaczy, może powinien, bo to w końcu Alice - panna znana z bezpośredniości, słodkości i mieszania obu cech w przeróżnych proporcjach. Skoro jego towarzystwo jej wystarczało, to nie powinno dziwić, że obwieściła to właśnie w taki, bardzo dla siebie typowy sposób. Mimo tego Haldane był zaskoczony, chociaż chyba przede wszystkim własną reakcją. Tym, że na sercu zrobiło mu się tak miło, jakby powiedziała mu nie-wiadomo-co. A przecież tak nie było. Przecież potrzebuję cię w ustach Guardi to nie to samo, co potrzebuję cię kogokolwiek innego. Przynajmniej nie zawsze, nie w tej sytuacji. Alecowi wyraźnie rudość na mózg się rzuciła, skoro nie mógł potraktować słów stażystki normalnie, bez większego uczuciowego zaangażowania. Szlag by to trafił, panie Haldane.
Tak czy inaczej zaśmiał się cicho na piegowatą deklarację i ucałował czubek dziewczęcej główki wyraźnie usatysfakcjonowany takim obrotem spraw. W takich okolicznościach słów Gillisa już nijak nie skomentował, bo i nie było po co. Może rzeczywiście nie miał czym się martwić, skoro Alice...
Ale nie, martwił się jednak. Martwił, czy raczej - irytował. To nie było dla niego normalne, on przecież nie był taki. Nie irytował się na co dzień, niemal wszystko go bawiło, takie towarzyskie rozgrywki również. Ale w tej chwili nie było mu do śmiechu. Lorcanowi nie można było odmówić szarmancji - przesadnej, jak podsunął mu usłużnie głosik w głowie - jeszcze parę lat temu Alec wytykał mu go w żartach, ale teraz... No nie, teraz nie mógł sobie od tak pożartować. Wystarczająco wiele wysiłku kosztowało go zachowanie nienaruszalnej maski osobnika zrelaksowanego i świetnie się bawiącego.
Nie wtrącając się w pogawędkę Gillisa i Alice razem z nimi upił niespieszny łyk szampana, czując, że w środku zaczyna się gotować. Nie tak, jak przy ostatnim spotkaniu z Fawleyem, ale podobnie. A to nie wróżyło niczemu dobremu, absolutnie nie wróżyło. Dobrze więc, że na horyzoncie pojawił się konkurs, bardzo dobrze. Taka deska ratunku dla tonącego... Czy coś tam.
- Bardzo proszę, moja damo - zaśmiał się cicho i zupełnie szczerze słysząc entuzjazm Ali. Jak miałby odmówić tak ujmującemu, dziewczęcemu podekscytowaniu? - Zatańczymy.
Podobnie też nie oparł się pokusie słodyczy, choć tutaj wpływ miały już nie tyle chęci panny Guardi, co i jego własne łakomstwo. Wszyscy wiedzieli, że powiedzenie przez żołądek do serca w przypadku Aleca nabierało szczególnego znaczenia. Daj mu ciastko, a będzie twój. Nakarm go lizakiem, a pójdzie z tobą na koniec świata. Proste to w obsłudze, nieprawdaż?
- Weźmy takich cały talerzyk - stwierdził bez wahania, wskazując na obficie okraszone śmietaną ciastka. Nie był zachłanny, po prostu znał swoje możliwości, a i Alice z pewnością dotrzyma mu kroku. Bo w końcu chodziło o słodycze, prawda? Ich spożycie rządziło się własnymi regułami.
W każdym razie, gdy zamówienie złożone skrzatowi zostało zrealizowane i na stoliku wylądowała cała porcja cukru, Haldane pozwolił sobie tylko na jeden, dwa kęsy pierwszego z łakoci. Bo w końcu konkurs, tak? Jeśli chcieli wziąć udział, dobrze byłoby zrobić to zanim zanadto rozprężą się przy degustacji kolejnych smakołyków.
- Swoją drogą, widziałeś gdzieś Mairead? - zapytał lekko spoglądając na Lorcana. Skoro auror miał oko na całe towarzystwo, może rudowłosa kuzynka Haldane'ów rzuciła mu się w oczy. Sam Alec dotąd się na nią nie natknął i w związku z tym nie byłby sobą, gdyby nie zapytał. O to, czy Gillis w ogóle wie, o kogo chodzi, rudzielec się nie martwił. Raz, że już podczas wspólnej pracy miał biurko zastawione zdjęciami rodziny - nieletniej Maisie również - a dwa, że Haldane'a każdy poznałby z daleka. W końcu nie każdy ma na głowie szalejący pożar... Alice Guardi to wyjątek potwierdzający regułę!
Zobacz profil autora
Tanja Everett
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 255
Skąd : Walia

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 7:52 pm

Nie pozostawało nic innego, jak zgodzić się na namowy zarówno Syriusza jak i Taneshy. Tanja spojrzała rozpaczliwie na Ślizgonkę i westchnęła. Ta zabawa nie może być na fajno bez kropli alkoholu. Jej organizm źle znosił procenty, ale chyba nie było innego wyjścia. Wzięła od Taneshy piersiówkę i pociągnęła potężny łyk. Zakaszlała oddając ją, ale zaraz poczuła rozgrzewającą moc trunku. Palił ją przełyk, a na policzki wystąpiły rumieńce. Po chwili nieco pewniej wzięła kolejny łyk i nawet się uśmiechnęła. Wyprostowała się pewnie i spojrzała na parasolkę.
-Zostaw zostaw, może się przydać. -doradziła. Poprawiła fałdy na sukience i wyszła zza filaru. Stanęła obok Taneshy i czekała na podejście Blacka. Nie mogła nie uśmiechać się, gdy widziała jego zdziwienie, ale jakimś cudem spoważniała i nawet dała ręce tak samo jak miała niesiostra. Widziała, co chciał zrobić Syriusz i w sumie pogratulowała mu sprytu, choć nadal nie planowała się ujawnić. Przekrzywiła głowę na pierwsze słowa Blacka, ale nie powiedziała nic. Kiedy podszedł bliżej obserwowała jego gesty.
-No co, nie widziałeś nigdy sióstr bliźniaczek? Idziemy we trójkę. Powinieneś być zadowolony. -uśmiechnęła się do Blacka i jak powiedziała, tak zrobili. Weszli razem do sali. Tanja z daleka skinęła Aeronowi, a później dojrzała w tłumie Cu. Była zaskoczona, że się pojawił... tak dawno go nie było w zamku, że dziewczyna myślała o nim już jako o trupie. Widocznie miał się dobrze, a Gwen zamierzała zabić O'Connora. Everett postanowiła zagadać do niego później.
-Weź więcej kolejnym razem. -rzuciła szeptem do Taneshy. Mówiła o piersiówce.
Zobacz profil autora
Argus Filch
avatar
Woźny
Data przyłączenia : 15/02/2014
Liczba postów : 290
Skąd : Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart, parter, drzwi pierwsze po lewej

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 8:08 pm

Stękał, sapał, ale zszedł z siódmego piętra z nieodłączną miotłą pod pachą. Zamiast szykować się na zimowy bal musiał pogonić gromadkę dzieciaków i boleśnie ich ukarać za wylanie na podłogę wymiocyn hipogryfa. Od tylu lat woźny jeszcze nie dowiedział się skąd oni u diabła biorą te specyfiki. Podejrzewał bandę huncwotów, bo wiadomo, że co złe to tylko oni i najłatwiej winę jest zwalić właśnie na tę czwórkę.
Skostniałą i siną łapą otarł pot z pomarszczonego czoła. Zgięty pod dziwnym kątem szurał stopami i pełzł do swojej komnaty położonej na parterze. Skrzywił się w okropnym grymasie słysząc wrzaski i piski dochodzące z Wielkiej Sali. Że też zachciało się Dumbledore'owi takich uroczystości. A kto musi sprzątać potem ludzkie wymiociny i wyciągać ludzkie zwłoki spod stołów? No kto? Oczywiście, że serce Hogwartu, czyli Pan Argus Filch we własnej osobie. Co oni by bez niego zrobili? Zginęliby, tyle wam powiem.
W gabinecie szybko wskoczył w swój wiekowy frak. Kochana panna Pince zszyła go tu i ówdzie i jeszcze cos mówiła o wypraniu go... ale spoglądając na pożółką koszulę (w bardzo słabym świetle lampy oliwnej) i wąchając rękawy pod pachami stwierdził, że jeszcze może parę razy włożyć frak i dobrze się przy tym prezentować. Nie pamiętał dokładnie kiedy ostatnio prał swój garnitur, ale to było bez znaczenia. Spsikał się obficie perfumami cebulowo-koperkowymi, a łącząc to z oddechem zalatującym śledzikami w sosie pomidorowym na kolację, zapach był zaiste bardzo intensywny i dla niektórych być może odrobinę duszący. Niezdarnie wklepał wodę w szyję, poprawił sztywny kołnierz i trzepnął mocno krawat na wszelki wypadek. Kiedy ostatnio miał na sobie frak to krawat nagle ożył i chichotał. Filch lekko się zakrztusił od uderzenia, ale wiadomo od zawsze, że cel uświęca środki.
Otworzył szafę i przetarł rękawem tarczę lustra. Schylił się i przyjrzał swemu odbiciu, mrużąc przy tym śmiesznie wodniste, wyłupiaste oczka. Kręcił głową, przechylał ją i pochylał. Obślinił dwa palce i wypucował jakąś plamkę na czubku łysej głowy. Cienkie i siwe włosy ułożył na ramionach. Uśmiechnął się do siebie i był to widok zaiste przerażający. Szafa zadygotała ze strachu ale pan woźny tego nie zauważał.
- Kochanieńka, jesteś gotowa na stróżowanie na balu u boku znakomitych aurorów? - zapytał dziwnie niskim głosem, przenosząc spojrzenie na rude kocię. Pani Norris właśnie kończyła czyścić się między tylnymi łapami. Na dźwięk głosu swego ukochanego właściciela wyprostowała się, stanęła na łapach i otarła się o spodnie Filcha pobrudzone kredą.
- Chodź, najmilsza. Nie możemy zawieść Ministra Magii. - szarpnął drzwiami i wypełzł z nory niczym zjawa w Halloween.
Wchodząc do Wielkiej Sali spłoszył okolicznych maluchów, a jeszcze inni ucieli z krzykiem, gdy się do nich uśmiechnął. Czyżby miał śledzia między zębami? Wzruszył ramionami i ruszył środkiem Wielkiej Sali, nieświadom trujących oparów jakie z siebie wydawał.
I BĘC! Filch wywinął orła i upadł zadkiem na lodowe podłoże. Wydarł się.
- KTO U DIABŁA ZACZAROWAŁ PODŁOGĘ?! - jęknął, stęknął i wygramolił się, ślizgając się po paru minutach podniósł się do pionu. Wykrzywił się gdy dzieciaki wybuchnęły śmiechem. Pani Norris wskoczyła mu na ramiona i oboje podjęli próbę dotarcia do profesor Chantal Lacroix. Chcąc nie chcąc, musiał się ślizgać. W sposób całkowicie pozbawiony gracji niepłynnym ślizgiem dotarł do Smoczycy prawie w nią wpadając, a już na pewno otaczając ją oparami swego przystojnego ciała.
- Witam panią profesor, witam, witam. - pochylił przed nią lśniącą łepytynę, ignorując totalnie jej towarzystwo.
- Zechce urocza pani odczarować podłogę? Wie pani, dla osób w moim wieku i z reumatyzmem to nie jest bezpieczne, a ta dzisiejsza młodzież nic nie dba o doświadczonych pracowników, którzy dbają o ich bezpieczeństwo za dnia i w nocy... - i tak gadał, gęgał i gdakał nad uchem profesor Lacroix, która na nieszczęście stała się jego pierwszą przypadkową ofiarą.


/ hehe, tego mi właśnie brakowało. Mam nadzieję, że towarzystwo na balu odpowiednio zareaguje i jakiś śmiałek poda woźnemu ten poncz... :P

_________________

Zobacz profil autora
Mistrzyni Sophie
avatar
Mistrz Gry
Data przyłączenia : 16/02/2014
Liczba postów : 232

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 8:10 pm

~Barty Crouch Jr specjalnie dla Audrey

Nie w jego guście było się spóźniać, nie tego nauczył go ojciec. Zawsze na czas, włosy idealnie przeczesane na bok, buty wypastowane na błysk, mankiety idealnie wyprasowane. Zawdzięczał to domowemu skrzatu, ale tutaj, w zamku? Nie miał takiego pomocnika i trochę było mu to na rękę. Jak nie było w pobliżu rodziców to lubił żyć tak, jak sam chciał. Czytać książki, które jego interesowały, a nie ojca. Ostatnio wpadło mu parę z dziedziny czarnej magii. Wypożyczył je oczywiście w ramach teoretycznej nauki. Tak się nimi zaoferował, że nieomal zapomniał, że odbywa się dzisiaj bal. I sam musi się do niego przygotować. Zerwał się z łóżka i wyjął z kufra smoking. Parę ruchów różdżką i wszystkie zagięcia zniknęły. Ubrał pospiesznie wszystkie elementy wyjściowego stroju i przejrzał się w lustrze. Włosy potraktował tylko z grubsza grzebieniem, aby jako tako nie odstawały. Ciemny blond dobrze komponował się z brązowymi oczami, w których wiecznie tlił się żywy błysk.
Przetarł chustką buty i pospiesznie je zasznurował. Ostatnie spojrzenie w lustro i mógł iść na bal. Do Wielkiej Sali wszedł akurat, gdy Dumbledore ogłosił oficjalne rozpoczęcie balu. Musiał przyznać, ze dekoracje były jednocześnie pełne przepychu, ale i elegancji. Śnieżna kraina, czyż nie?
Splótł dłonie za plecami i wolnym krokiem przyglądał się mijanym twarzom. Mniej lub bardziej znajomym. Dopiero widok pewnej blondynki go ożywił. Zgarnął z pobliskiej tacy dwa kieliszki szampana i bezgłośnie podszedł do Krukonki.
-Audrey. Wyglądasz obłędnie. I Ty jesteś bez partnera? -rzucił do jej ucha, a kiedy się odwróciła, podał jej kieliszek. Powinniśmy wznieść toast za te przypadkowe spotkanie. -stuknął się szkłem z blondynką i upił łyk. Uśmiechnął się do dziewczyny szelmowsko.
-Powiedz, co u Ciebie? Mam wrażenie, jakbyśmy się rok nie widzieli. -pamiętał te czasy, kiedy była dla niego o niebo bliższa, ale cóż. Nie zaiskrzyło jak powinno. Mimo to, nadal miał do niej słabość.

~Specjalnie dla pana Filcha

Tak się składało, że na salonach panowała moda w granatowe sukienki. Osoba, którą pan woźny miał za pannę Lacroix (ta stała schowana za OGROMNĄ rzeźbą lodową, więc dojrzeć jej nie mógł) okazała się być kimś zupełnie innym, a nową bibliotekarką. Odwróciła się przodem do woźnego, ledwie utrzymując równowagę. Ile zła nosi za sobą podobna sukienka?
-Co? Jak? Pan mnie pomylił, monsiuer! Ale może coś poradzimy! -ochoczo zawołała pani Klotylda i wyczarowała na butach woźnego odpowiednie ogumienie zimowe, które powstrzymywało go od poślizgu.
-Teraz lepiej będzie panu napoić się ze mną. Może ponczu? -zapytała kobieta. -Pani Pince też chciała przyjść na bal, biedaczkę bolą kolana. -zasmuciła się młoda Klotylda.

_________________
1. Decyzja i wola Mistrzyni jest ostateczna i nieodwołalna!
2. Mistrzyni ma swoje życie i każde poganianie jest niemile widziane.
3. Gdy tylko ktoś Cię zablokuje lub zrobi się nudno - zawołaj na PW.
4.Jeśli okaże się, że ktoś inny Cię odratuję lub zmienisz zdanie - napisz na PW!
5. Każde igranie z Mistrzynią skończy się dla Ciebie bardzo źle!
6. Propozycje rozwinięć sytuacji to tylko propozycje - nie jest powiedziane, że Mistrzyni ich posłucha w 100%.
Zobacz profil autora
Daemon Blackrivers
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 24/08/2014
Liczba postów : 107
Skąd : Chester

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 8:29 pm

To był niezwykły dzień. A jego inność polegała tylko i wyłącznie na tym, że tym razem spał we własnym łóżku. I nie został obudzony przez bandę małp. Dla większości zamku jednakże cała magia tego wyjątkowego dnia polegała na tym, że odbywał się bal. Nie byle jaki, bo zimowy. To ten typ imprezy, na którą czeka się cały rok, a potem okazuje się, że całość przebiega następująco:
Ślizgoni piją Ognistą w kącie.
Ślizgon obija Puchonowi mordę (albo innemu Gryfonowi).
Ślizgoni podrywają te najlepsze panny w okolicy.
Jakiś Puchon wywraca się na skórce od banana i ląduje w cyckach Lacroix.
A potem robi się rozpierdziel. Oczywiście wszystkiemu winni są Ślizgoni, bo nie umieją się kulturalnie bawić. W tym roku zapewnie nie miało być inaczej, jednakże Drops musi posiadać ogromne pokłady wiary i cierpliwości w swoich wychowanków, skoro organizuje kolejne takie przedstawienie. Na szczęście dla większości w zamku było to bardzo na rękę – w szczególności Daemonowi.
Był już późny wieczór, kiedy po prysznicu, znalazł się sam w dormitorium. Dosłownie sam. Co nie było zbytnio dziwne – Grossa nie było, Rusier wyjechał gdzieś ze swoim słoiczkiem gwiazd czy coś w tym stylu, Franz zapewne robił coś tam, a o Lloydzie też trochę nie słyszał. Innymi słowy nikogo nie było. Był sam. I wcale nie było mu smutno. Nic więc dziwnego, że ubrany jedynie w bokserki, łazikował po całym dormitorium, słuchając Magicznej Trójki, która puszczała najlepsze przeboje roku, który właśnie przemijał. I kiedy wybrzmiał Kociołek Diabła nastąpiła apokalipsa, ponieważ Daemon zaczął tańczyć. Przed lustrem. Gdybyście widzieli te kocie ruchy. Mrah. Co z tego, że przy okazji zbił jakieś lusterko. Nie wiadomo czyje. W męskim dormitorium. Co do…?
Abstrahując jednak od sytuacji co się działo przed balem, ważne jest co dzieje się na balu, więc przeskoczmy o te sekundy świetlne i znajdźmy się u wejścia do Wielkiej Sali.

Ubrany w szykowny czarny garnitur jak milion innych facetów w tym zamku (w sumie strasznie oklepane) i białą koszulę, nie podpiętą krawatem lub muchą, a nawet z rozpiętymi trzema górnymi guzikami wkroczył na teren sali bankietowej w jaką zamieniła się ich jadłodajnia. Stanął w drzwiach, ale nie wywołało to ochów i achów pośród zgromadzonych jakby mógł się spodziewać, więc tylko westchnął, schował ręce do kieszeni spodni i rozejrzał się po pomieszczeniu szukając chociaż jednej znajomej twarzy. I nagle dotarło do niego ile osób zna. Matko Noc i niech Ciemność będzie łaskawa.
W pierwszej kolejności zauważył panienkę Everett u boku tego nie daj pożal sie Merlinie Gryfona, który uważa, że bywa zabawny. Daemon nawet nie zaprzątał sobie głowy jego imieniem, w końcu niewiele go to obchodziło. Teoretycznie. Chyba. Troszeczkę może jednak obchodziło. Jednak jedyne na co go było stać to obserwowanie swojej Śnieżki kątem oka, a Loki siedzący mu na ramieniu zaskrzeczał łzawo. Tak, nie tylko jeden z nich tęsknił za tym co było.
Stwierdziwszy, że nie ma zbyt wiele do roboty przy tych drzwiach, a grać Filch’a nie zamierzał, ruszył wzdłuż ściany i pomiędzy stoliczkami porozrzucanych to tu i to tam, tym samym zauważając coraz więcej znajomych twarzy. Po pierwsze Steward z młodą Averówną uwieszoną na nim jak na wieszaku. Nawet nie skinął głową tylko ruszył dalej w myśl zasady Jak zarywam, to nie przeszkadzaj, bro. Zasada ta teoretycznie nie miała racji bytu przy innych Ślizgonach więc Daemon chciał przywitać się z Franzem, któremu towarzyszyła Vic, ale sytuacja się skomplikowała przy Jas i jakimś Krukonie, którego Dem nie znał, uznał więc, że mieszanie się w radosne miłosne uniesienia jego małej siostrzyczki i jej ex-albo-i-nie-ex (można się pogubić naprawdę) jest niewłaściwe, jedyne więc co zrobił to podszedł do Craven, nachylił się, dał buziaka w policzek, rzucił jakimś złośliwym komentarzem, którego na pewno nie usłyszała, bo było głośno (bo oczywiście był spóźniony bardzo) i odszedł. Tak po prostu. Na odchodne pomachał Jas, ale nie zbliżał się zbytnio.
Radosnym i tanecznym krokiem przemierzał salę, starając się nic nie zbić. Loki natomiast poszedł w długą robić obchód po całym pomieszczeniu. I idąc tak, z kocimi ruchami godnymi pantery zauważył Audrey. Ku jego przerażeniu jednak stała w rządku do konkursu, podszedł więc tylko do niej. Tak na chwilkę.
-Cześć, kotku. – buziak w policzek, obowiązkowo, a co tam, kątem oka zauważył też Jona z dwoma niewiastami u swojego boku. – Jak znudzi ci się tańczenie na gazecie z duchami, to przyjdź do mnie i Jona. – wskazał głową na tajemniczy stolik numer milion na tej sali – Będzie Ognista i będzie zabawa, więc idealnie. Chyba, że wolisz oglądać jak Lacroix podrywa Zolnerowich’a. – mruknął i wskazał na rzeźbę lodową, za którą skryła się dwójka dorosłych. Libido rośnie w górę, moi drodzy!
Daemon mrugnął do Drey i ruszył w kierunku Jona, co wydawało się ostatecznym przystankiem jego podróży. Z uśmiechem na ustach podszedł do stolika i przyglądał się z nieskrywaną ciekawością na dwie Puchonki, a złośliwy uśmiech nie schodził mu z twarzy kiedy przekrzywił delikatnie głowę w lewo, by spojrzeć na Jona.
-Nie próżnujesz, stary. – klepnął go w plecy, by następnie chwycić na ramiona i nachylić się, tym razem ze złowrogim błyskiem w oku i szepnąć mu do ucha parę słów. – Obiecuję Świnko, że jeżeli tylko się odezwiesz, zmajstruję ci najgorszy dzień w życiu, jasne? – wyprostował się, znowu z uśmiechem i radością wymalowaną na twarzy.
-Witam drogie panie. Jestem niezmiernie zdziwiony, mało która by usiadła koło tego szaleńca. – usiadł pomiędzy Mel] i Blake i sięgnął za pazuchę marynarki. – Oczywiście ja jestem większym szaleńcem, ale widziałem, że nie tylko ja pomyślałem o czymś mocniejszym – i oczywiście wyciągnął Ognistą. Rozkręcił pod stołem i sięgnął po jakieś tam szklaneczki, które sobie stały, by rozlać całej czwórce. Bez pytania o zdanie. A że nauczyciele i dorośli byli zajęci sobą to wolna amerykanka.
Loki wskoczył Demowi na ramię i zaskrzeczał. To co? Zabawę czas zacząć?


Ostatnio zmieniony przez Daemon Blackrivers dnia Wto Gru 29, 2015 8:36 pm, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Allison Martin
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 23/12/2015
Liczba postów : 64
Skąd : Stany Zjednoczone

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 8:32 pm

Spojrzała na zmierzajacego w jej stronę mężczyznę. Nauczyciel Mugoloznastwa, Colton Summers, którego ledwo kojarzyła. Ograniczyłą siędo zwykłego dzień dobry[/b] przy spotkaniu na korytarzu. Niemniej jednak – okazał się dość sympatyczny. Jego całkiem przerażający wygląd nie współgrał z miłym charakterem. A może starał się być uprzejmy tylko w tej chwili? Cóż, nie miała czasu na zastanowienia.
- Jasne, jest w porządku – odpowiedziała, a jej usta wykrzywił serdeczny uśmiech. – Nie przepadam za tego typu zabawami – wzruszyła ramionami przyjmując ofiarowany sok. Może i miał racje… Może jeszcze nikt nie dolał tam alkoholu. – Właściwie to czemu nie – dodała zawieszając wzrok na bawiących się w najlepsze pracowników Hogwartu. Fakt, że zabrakło tam Coltona wydawał się dość dziwny. – Czemu pan do nich nie dołączy? – bo nie wypadało mówić po imieniu. W każdym bądź razie był to nauczyciel, pracownik, który nie różnił się od innych. Nawet założył smoking.
Kiedy widziała go na korytarzu sprawiał wrażenie wrednego i stanowczego mężczyzny, którego interesują jedynie oceny ucznia. Bez faworyzacji i uśmiechów. Sama jego twarz, sposób chodzenia… To wszystko łączyło się z sobą w spójną całość. Kiedy chwilę się z nim rozmawiało okazywało się, że pozory bywają mylne. Po co oceniać kogoś po wyglądzie? Gdyby nie pracował u boku Dumbledore’a zapewne wzięłaby go za seryjnego mordercę.
[i]Allison nie ma spódnicy :D Ale spoko. xD z góry wybacz za krótki post, nie mam weny

Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 19/09/2015
Liczba postów : 173
Skąd : Den Helder, Holandia / Kodiak, Alaska

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 8:54 pm

Odwracanie swojej własnej uwagi i uparte skupianie się na przygotowywaniach miejsca do najbliższego konkursu zaaferowało ją tak bardzo, że nie zauważyła nieoczekiwanego towarzystwa - najpierw jednego, potem drugiego. Ha, wiedziała, że przyjście samej to nie koniec świata!
Najpierw więc pojawił się Dem, czy też Daemon. Na chwilę wprawdzie, taką, która wystarczyła jedynie na ucałowanie jej policzka, ale pojawił się. To się chwaliło, czyż nie?
- Cześć, kocie. - Nie pozostała mu dłużna, bo jakże by mogła? Toż to byłaby ujma na honorze! - Szykowałeś się dłużej niż panna młoda na własne wesele - parsknęła, nie mogąc przepuścić okazji do wytknięcia chłopakowi drobnego spóźnienia. Czymże jednak ono było, skoro chwilę potem padła z jego ust propozycja nie do odrzucenia? Za takie rzeczy wiele się wybaczało. - Jasna sprawa, skarbie. Tylko nie spuszczaj Lokiego ze smyczy, co? Muszę się z nim odpowiednio przywitać. - Uniosła znacząco brwi, jak gdyby w planach miała bardzo, bardzo niegrzeczne zabawy z demowym pupilem. Bo wiecie, tak naprawdę chodziło tylko o dokarmienie takim bądź innym smakołykiem, ale cśś.
Ledwie zaś zdążyła chwilowo pożegnać Blackriversa i opróżnić zgarnięty przedtem osobiście kieliszek gdy na horyzoncie pojawił się kolejny osobnik z kolejnym kieliszkiem. Tyle radości!
Barty Crouch. Gdy dwa lata temu zerwała z Enzo nie planowała znaleźć sobie pocieszenia tak szybko. Z drugiej strony, związek z Romulusem nie mógł istnieć z bardzo konkretnych - cóż, wtedy tak jej się wydawało - powodów. Podstawy zarządzenia między nimi silnego statusu friendzone były mocne i, wbrew temu, jak żałośnie to brzmiało, decyzja ta miała ochronić Włocha przed większym zranieniem. Oczywiście, po czasie okazało się, że to wcale tak nie działa, że argumentacja była dokładnie żadna i że podobnej głupoty Faulkner nie popełniła aż do dzisiaj - tym niemniej wtedy wszystko to było ważne, bardzo dojrzałe i rozsądne. Wtedy też właśnie na horyzoncie pojawił się Barty. W stosunku do niego nie ograniczała jej żadna troska, bo też kim on dla niej był? Tak, zaimponował jej swymi staraniami, zawrócił jej w głowie właściwie nie wiadomo czym dokładnie - ale zrobił to szybko. Pół roku od pamiętnego dnia na placu św. Piotra wystarczyło, by czas z Crouchem spędzali już nie tylko na swobodnych pogaduchach na jednym z hogwarckich balkonów. Zapytana, czy go chce, nie wahała się. Chciała. I nie, to nie chodziło o żadne pocieszenie. Chodziło bezpośrednio o Juniora, który stał się w jej życiu jednym z milej wspominanych epizodów.
Właśnie, epizodów. Ile to trwało? Trzy miesiące, cztery? Niezbyt długo, bo z Audrey kiepski był długodystansowiec. Zresztą, od początku było wiadomo, że nie wytrzymają ze sobą zbyt długo, nie będąc tak blisko. Ani ona z nim, ani, tym bardziej, on z nią. W ich przypadku im większy dystans, tym większe przyciąganie - w innej sytuacji magia pryskała i tyle z tego było. To jednak ta zasada pozwoliła im odejść od siebie w sposób cywilizowany, by nie powiedzieć - dość frapujący. Nigdy nie było tak, by Crouch przestał dla niej istnieć. Nie, panna Faulkner wciąż z sentymentem wspominała taki czy inny dzień u boku Barty'ego, choć nie snuła w związku z tym absolutnie żadnych planów.
Teraz jednak głos eks ucieszył ją. Naprawdę. Cichy pomruk przy uchu był czymś dobrze znanym, czymś, na co wciąż reagowała tak, jak ponad rok temu. Bo wiecie, z Audi to w ogóle było zabawnie. Pomimo tego, że miała opory przed odkrywaniem swych blizn przed nieznajomymi, wciąż względnie łatwo było ją uwieść. Była więc łatwa? Tak, jeśli mamy na myśli chwilowe przygody, bo tych rzeczywiście sobie nie odmawiała. Nie, jeśli chodzi o dłuższe, wspólne życie.
- Barty Crouch - rzuciła, smakując znane miano na języku. Obracając się powoli, powitała chłopaka rozbawionym uśmiechem. - A czyż partner to obowiązek? Może po prostu odpędziłam wszystkich potencjalnych kandydatów?
Bez wahania przyjmując od towarzysza kolejny kieliszek, niespiesznie zanurzyła w nim wargi. Rok... Nie, nie przesadzajmy, widywali się przecież. Rzadziej niż przedtem, to prawda, ale nie aż tak. To byłoby doprawdy marnotrawstwo, gdyby tak po prostu pozwoliła mu zniknąć ze swojego życia.
- Poza tym, co zawsze? Raczej niewiele. Nudne mam życie, Barty - parsknęła cicho, jednocześnie kątem oka lustrując okolicę. Gdzieś pojawił się Filch, gdzie indziej mignęła jej jakaś znana uczennica. Bal rozkręcał się powoli i przywabiał kolejnych uczestników (zainteresowanych jednak raczej czymś innym niż dopiero co wygłoszoną przemową Dumbledore'a).
- Zatańczysz ze mną? - wypaliła raptem ni z tego, ni z owego, uprzednio dając Barty'emu czas, gdyby chciał opowiedzieć o swojej aktywności od ostatniego spotkania. - W konkursie. Nie mam z kim, a teraz chyba wolałabym, żeby nie przydzielali mi kogoś losowo. - Przekrzywiła lekko głowę i uśmiechnęła się pod nosem. Flirt z tymi, którzy kiedyś już ją sobie zjednali nigdy nie przestawał jej bawić.
Zobacz profil autora
Riaan van Vuuren
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 20/05/2015
Liczba postów : 411
Skąd : RPA

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 10:14 pm

Czasami obietnica staje się ogromnym brzemieniem, które ciąży na sercu tak bardzo, że najchętniej rzuciłoby się swoją dumę i honor w cholerę, byleby tylko uciec od ciężaru. Nawet jeśli zrobiłoby się z siebie wiarołomcę. Z takim uczuciem Riaan siedział na łóżku wpatrując się w ścianę pustego dormitorium. Biała. Ktoś tu kiedyś zawiesił plakat. Fok.Z głośnym warknięciem chłopak wstał i kopnął szafkę nocną, cholerną, dębową szafkę nocną. Stopa zapulsowała bólem, aż się skrzywił. Nie mógł teraz nie przyjść skoro napisał tej całej Éponine, jego przymusowej narzeczonej, że pojawi się na balu. Nie po to, aby sprawić satysfakcję tej sflaczałej fujarze, Victorowi. Jego ojcu, który z zawodnika Quidditcha przeobraził się w sprzedawcę życia własnego syna. Nie, Riaan coś obiecał i teraz należało dotrzymać słowa, nieważne jak poważnie ciążyłaby mu ta obietnica. Bal się już zaczął, trzeba zacząć się szykować.
Muzyka, drodzy państwo. (klik)
Podszedł do kufra i zaczął wyciągać wszystkie swoje rzeczy, aż w końcu pod stosem swetrów, koszul i peleryn znalazł garnitur. Nie miał szaty wieczorowej. Tylko to. Wyciągnął spod garnituru czarne wyjściowe buty. Skądś wytrzasnął też czarną koszulę. Po chwili przymiarek i ubierania się, stał przed lustrem w łazience, ubrany w dwurzędowy garnitur z szarego tweedu poprzecinanego buro-czarną kratą. Czarną koszulę rozpiął pod szyją i ułożył włosy. Odetchnął głęboko, spoglądając w swoje brązowe oczy.
- Trouble time, trouble man. - powiedział sobie jeszcze rzucając ostatnie spojrzenie na swoje odbicie i wyszedł z dormitorium. Korytarze opustoszały, może za wyjątkiem ładnie ubranych parek uciekających w ciemne zakamarki w poszukiwaniu prywatności - Riaan zupełnie tego nie zauważał, a nawet jeśli by zauważył to i tak by nie rozumiał. Szedł na spotkanie, którego się bał. Po prostu. Bo jeśli nic z tym nie zrobi, prawdopodobnie spotka się dzisiaj z dziewczyną, z którą spędzi resztę życia. Nie podobało mu się to w żaden sposób, nie dlatego że miał coś przeciwko Éponine. Nie znał jej, nawet nie wiedział jak wygląda, dzięki ogarnięciu jego ojca. Po prostu nienawidził kiedy ograniczano jego wolność. W tym przypadku wolność wyboru. W końcu znalazł się przed wrotami Wielkiej Sali.
Blady, wszedł do środka. Zobaczył kilka znajomych twarzy: Melkę, Allison rozmawiającą z profesorem Coltonem, ścigającego Krukonów Florenzo czy jak mu tam, przydybanego do ściany przez jakiegoś typka, którego widział na nauce zaklęć niewerbalnych. Gdzieś tam mignęła mu też Audrey. Zrobił kilka kroków w tłum, nie przyglądając się zbytnio reszcie. Dlatego może nie zauważył Meredith, najważniejszej dla niego osoby którą jednocześnie chciał tu zobaczyć i nie chciał? Gryzł się sam ze sobą przeciskając się do stołu z ponczem. Nie zauważył Filcha. Minął za to Gwen nawet na nią nie spoglądając, ani na chłopaka z którym rozmawiała, a w którym nie rozpoznał dawno niewidzianego . Waza z ponczem i szklanka. Cel. W końcu dobrnął do stołu i nalał sobie napoju. Miał szczerą nadzieję, że jego, niestety, narzeczona wie do kogo ma zagadać, bo on nie miał zielonego pojęcia.


Ostatnio zmieniony przez Riaan van Vuuren dnia Sro Gru 30, 2015 1:54 am, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Jon Morensen
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 18/11/2015
Liczba postów : 27
Skąd : Anglia/Norwegia

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 10:26 pm

- Tego nie powiedziałem, moja droga Mel. Tak naprawdę cieszę się, że zaszczycasz mą skromną osobę swoją obecnością… Kto wie, może po paru głębszych pójdę połamać sobie nogi w tańcu z Tobą, co? Chyba że nadal gniewasz się o Miodowe z pierwszej klasy.- to mówiąc zachichotał. Taaaaak, była w tym pewna doza bezczelności, ale przypominam, że Jon właśnie w  taki sposób zachowywał się najczęściej wobec ludzi w miarę przyjaźnie do niego nastawionych. Cóż poradzę? Taki jego urok osobisty. Nie można mu tego odmówić, prawda? Kwestia Blackriversa spóźniającego się na własny pogrzeb została pozostawiona na samotną śmierć naturalną. Morensen przeczuwał, że nie ma sensu tego ciągnąć, bo jego niezawodny kompan zjawi się lada moment.
Chłopak wysłuchał za to z uwagą wypowiedzi smutno-wściekłej Puchonki.
Co, nie powiedziałam Ci, że to Blackwood? Wybacz, Jon. – usprawiedliwiła się Angie.
Nieważne. I tak kojarzyłem ją z twarzy. Chociaż… to raczej niepoprawne używać takiego sformułowania w stosunku do metamorfomaga. – odparł na to Jon.
- Ah! Blake Blackwood. Wybacz, jak pewnie powszechnie wiadomo, wróciłem do Hogwartu po długiej przerwie, nie pamiętam jeszcze wszystkich nazwisk – powiedziawszy to, skinął lekko głową, jakby ją witając. Przy okazji szybko zlustrował postać panny Blackwood i uśmiechnął się do siebie. W głowie pojawiła mu się fraza „apetyczna brunetka”. W tym zestawieniu Mel mogłaby wyjść na „słodką”, tak w sumie.  Skąd ten kuchenny żargon? Ciastka, ciastka wszędzie! Nie gniewajcie się, proszę. Któż to wie, jak rozwinie się sytuacja? Może Jon porwie wystawioną i smutną Puchonkę do tańca (pomińmy fakt, że tańczyć chyba nie umie), a może…
Cóż. Wyszło na te drugie może, bo Blake postanowiła w tej chwili zapić swoje smutki.
Panicz Morensen mógł tylko westchnąć i odsapnąć. Nie miał zbytniej ochoty na starannie wybrany przez zrozpaczoną kobitę poncz – wolał raczej inne trunki, których w tej chwili nie można było uświadczyć na Sali. Chociaż może jego piersiówka mogłaby go poratować.
Mocium panie, nie wypada! Nie chcemy wyjść na alkoholików totalnych! – prychnęła wiecznie obecna Angie.
Jon za to wywrócił niezadowolony oczami. Miał nadzieję, że panny siedzące obok nie zauważyły tego gestu, w końcu mogłyby to odebrać jako znak lekceważenia lub znudzenia, a nie o to tu chodzi. Na szczęście chyba pozostał incognito, a wszystko dzięki zwracającej na siebie uwagę grupki w składzie Jasmine, Enzo, Franza i kogoś jeszcze, kogo Jon nie był w stanie zobaczyć z aktualnie przyjętej, wygodnej pozycji siedzącej.
- Nie mam pojęcia, Blake. Przyszedłem tu dość mocno spóźniony. – odpowiedział na jej pytanie. Nie rozwijał jednak swojej wypowiedzi ponieważ poczuł na swoim ramieniu dość znajomy ciężar. Morensen wyszczerzył swoje bielutkie zęby i zaśmiał się w głos.
- Loki! – krzyknął radośnie na widok żaberta. – Twój pan już pewnie tu jest, co? Wreszcie. Weź mu daj do zrozumienia, że kiedyś go oleję. Ugryź go w ucho, czy coś. A teraz łap w nagrodę – to mówiąc, wręczył stworkowi czekoladową beczułkę z rumem. Pupil Daemona ulotnił się chwilę potem. Zwiastował on nadejście Blackriversa niczym burzyk burzę, zapach siarki – Diabła, a woń formaliny – Komosę.
I oto zjawił się, dawno wyczekiwany przyjaciel, druh, brat, krew z krwi. Jedyny powiernik tajemnic, rzekłbyś – męska psiapsiółka, zarówno od kielicha jak i wymachiwania różdżką!
- Sadi! Rozgość się, spóźnialcze! Prędzej uświadczę podróżującego Lokiego, niż ciebie… tymczasem, polej, co masz – szczerze zaśmiał się Jon. Inną sprawą były słowa wyszeptane przez Ślizgona – sam Morensen puścił je mimo uszu
No wiesz? Dlaczego miałabym to robić? To jest za dużo ludzi. Poza tym, to nie takie ciało… Ach, cholera! I… I skończ z tą Świnką! – zbulwersowała się Angie.  Szczęśliwie Krukon nie dał po sobie fizycznie poznać rozlewającego się w jego wnętrzu oburzenia. W zamian za to nachylił się do Daemona i odszepnął głosem nieco zmęczonym:
-Brawo. Drażnij ją dłużej… Na brodę Merlina.  Jakby to, że prawdopodobnie ma okres nie było dla mnie wystarczające. Nawet Bruce odpuścił. – po wygłoszeniu tej informacji lekko się wyszczerzył i dodał głosem już normalnym – Jasne, że nie próżnuję. Kojarzysz pewnie panny Melanie Moore i Blake Blackwood? Kto jak nie ty, mój nadworny amancie! A ten pan to nie kto inny jak Daemon Blackrivers. Uważajcie, to zawodowy łamacz dziewczęcych serduszek. Co do szaleństwa... dyskutowałbym, to zależy tylko od danej chwili.
Tak oto pucholandzkie towarzystwo stolikowe poznało niepoprawnego Ślizgona.
Jednakowoż, głowę czerwonookiego młodzieńca zaprzątała teraz Ognista, którą jego rówieśnik rozlał do szklaneczek. Jedną z nich z przyjemnością porwał albinos. Trunek szybko połechtał jego podniebienie i gardło, aż w końcu napełniło całe jego ciało uczuciem żaru i mocy.
- Tego mi było trzeba, stary!


Ostatnio zmieniony przez Jon Morensen dnia Sro Gru 30, 2015 12:34 am, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Tanesha Hanyasha
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 17/07/2014
Liczba postów : 89
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 11:00 pm

Obie bliźniaczki stały przy filarze z niemałą przyjemnością obserwując zakłopotanie starszego z  Blacków. Tak jak Tanja musiała się powstrzymywać od śmiechu, tak Tanesha siłą woli opanowała nieco złośliwy, naznaczony politowaniem uśmieszek, który bardzo, ale to bardzo chciał pojawić się na jej twarzy. Stały więc obie, niewzruszone zagwozdką chłopaka i pozwalały mu porównywać to czym zarówno matka natura jak i ulubiony sklep odzieżowy Hanyashy postanowiły je obdarować. Panna Vane, która tak zuchwale namawiała koleżanki z domu do wypicia z nią kielicha na dobry początek wieczoru, musiała do ognistej dołączyć jakąś przydatną 'wkładkę'. Brunetka nie sądziła, że same procenty wystarczyłyby, żeby ją powstrzymać od przynajmniej bazyliszkowego spojrzenia na Syriusza, którego skrępowanie w owej sytuacji najwyraźniej nie dotyczyło pod względem zerkania tam gdzie nie powinien. Szczerze mówiąc, w obecnej chwili nawet jej to nieco schlebiało. Odczekała spokojnie aż ostatnie nadzieje na zdemaskowanie Everett legną w gruzach i uśmiechnęła się delikatnie do towarzysza swojej bliźniaczki. Biedak pewnie teraz intensywnie rozmyślał jak bardzo źle poczynił popijając sobie przed imprezą. Skąd wiedziała? Było to oczywiste i jasne jak gwint (od butelki). Impreza szkolna oznaczała alkohol tak słaby, o ile w ogóle, że każdy ratował się jak mógł. Gorzałą w dormitorium. Gorzałą za filarem. Gorzałą w piersiówce. Prawda była taka, że bal na którym z wyjątkiem słabego ponczu obowiązywała prohibicja ociekał alkoholem bardziej niż można by się spodziewać. Ognista zdawała się wręcz rozmnażać, ponieważ już nad ranem znalezienie napoju w którym nie byłoby czuć wódki graniczyło z cudem. Historia toczy się kołem, zapewne ten bal pod tym względem nie będzie odbiegał od pozostałych.
- Miło pana poznać, panie Black. - uśmiechnęła się uprzejmie na słowa niesiostry. Chcąc dolać jeszcze oliwy do ognia, stwierdziła, że powinna się przedstawić... - Jestem Tanesha. Prawie-siostra Tanji. - utrzymała obecny, miły wyraz twarzy, choć w kącikach ust czaił się już koci uśmieszek.
- Tak, tak, chodźmy. - ruszyła z miejsca sprzedając Gryfonce lekkiego kuksańca. Przecież nie mogły mu teraz odpuścić. Nie, kiedy starszy Black najwyraźniej upewniał się w fakcie, że zupełnie mu odbiło. Ślizgonka wyraźnie dała Tanji do zrozumienia, że powinny się na nim uwiesić - i tym samym zapewnić sobie jeszcze lepsze wejście - i tak też zrobiły. Tym oto sposobem biedny Syriusz trzymany za lewe ramię przez najprawdziwszą Gryfonkę wyglądającą jak Ślizgonka oraz za prawę ramię przez najprawdziwszą Ślizgonkę wyglądającą jak Gryfonka nie miał innego wyjścia jak wprowadzić je do Wielkiej Sali.
- Mam jeszcze jedną - odpowiedziała szeptem niesiostrze gdzieś za ramieniem chłopaka. Posłała jej też rozbawione spojrzenie, zdając się mówić "PRAWIE mi go szkoda".
Brunetka korzystając z faktu, że miała oparcie w osobie Gryfona i raczej nie ryzykowała wpadnięciem na kogoś lub na coś, rozjerzała się po pomieszczeniu. Błękitnozielone tęczówki natychmiast wyłapały drugiego z rodu Blacków, Regulusa, który najwyraźniej solidnie sobie popijał ze swoją blond towarzyszką. Z jego miny - częściowo zasłniętej szklanką - i tak można było wyczytać, że jest kolejną ofiarą fikcyjnej delirki, jaką dzisiejszego wieczoru fundowały gwiezdne bliźniaczki. Panna Australis i panna Borealis najwyraźniej nie tylko ze zmysłów Blacków postanowiły sobie zakpić. Ich widok zwrócił także uwagę Resy, którą Hanyasha miała okazję poznać na wróżbiastwie i która teraz do nich machała, najwyraźniej również zastanawiając się czy dobrze widzi. Tan odmachała jej z uśmiechem. Już teraz cieszyła się ze swojego psikusa, który działał bez zarzutu. W sali było jednak więcej znajomych twarzy niż na pierwszy rzut oka wyłapała. Pozwalając się prowadzić przez dwójkę Gryfonów znalazła się na tyle blisko, by rozpoznać pannę Blackwood siedzącą w małej grupce. Jej również dyskretnie pomachała - i o ile dziewczyna zwróciła na nią uwagę - rzuciła bezgłośne dwa słowa, które raczej można było rozszyfrować jako "fajna kiecka".
Nie umknął jej uwadze również dramat rozgrywający się w innej cześci sali z udziałem Jasmine i pana Kruegera. Tulipan poszedł w ruch, no no.
- Biedna Jas - mruknęła pod nosem tak żeby nikt nie usłyszał. Widziała ją jak wchodziła z Krukonem a teraz jej ex postanowił ustanawiać prawa dżungli. I to przy ludziach. Serdecznie jej teraz współczuła.
Zdaje się, że mimo guzdrania się przed wejściem, zdążyli przed oficjalnym rozpoczęciem. Dziewczyna przystanęła krzyżując ręce na piersiach, jednak nie w typowym geście obronnym, ale zupełnie swobodnie. Wysłuchała słów dyrektora, a zaraz później jakiejś kobiety z nadwyraz bujną czupryną i lekko się zaśmiała.
- Taniec na gazecie. Brzmi przetotalnie wieśniacko. - podsumowała nadal wyraźnie rozbawiona - Wchodzę w to.
Tylko wpierw chlapnę sobie jeszcze ognistej.

Tanesha

_________________
Zobacz profil autora
Dorian Whisper
avatar
Pracownik Księgarni
Data przyłączenia : 29/04/2014
Liczba postów : 276
Skąd : Anglia

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   Wto Gru 29, 2015 11:56 pm

Dorian poprawił swój garnitur, odziedziczony po ojcu i przejrzał się jeszcze kilka razy w lustrze, aby w końcu chwycić za dwie piersiówki napełnione rumem i wsadzić je do kieszeni marynarki. Wiedział, że już jest spóźniony, ale tylko troszeczkę, więc Aria długo nie poczeka. Wiedział, że raczej nie powinien kazać damie czekać, ale on… chyba zapomniał o tych podstawowych normach społecznych i o tym, że będzie trochę nie na czas. Wanda pomogła mu wcześniej wybrać idealny ubiór, chociaż sama nie wybierała się na bal. On postanowił wykorzystać czas na to, aby się porządnie najeść i wypić, bo w sumie tylko to zawsze lubił w tych wszystkich balach. Aria będzie idealnym towarzyszem jako koneser wszystkiego, co dobre. W końcu ich wspólna nauka tańca wyglądała całkiem komicznie i nie był pewien, czy wygrają konkurs na króla i królową parkietu. Jedno było pewne, ściany nie będą samotne. I dobrze, porozmawiają, poznają się bliżej, zjedzą i uciekną w stronę zachodzącego słońca. Miał tylko nadzieję, że nie spotka na balu Filcha, ostatnio bardzo mocno dał mu się we znaki, zanim trafił do Azkabanu. Chociaż… czy ktoś będzie chciał rozmawiać i zadzierać nosa byłemu więźniowi? Oby nie, bo naprawdę szedł tam tylko, żeby spróbować tych cudownych dyniowych kociołków. Niczego tak bardzo w tej chwili nie pragnął.
W końcu dotarł na miejsce, gdzie zbierał się ogromny tłum ludzi. Przylizał tylko jeszcze włosy, które i tak stały na wszystkie strony. Znalazł spojrzeniem jego partnerkę i podszedł wyprostowany, szeroko uśmiechnięty. Nim Aria zdążyła zareagować, ukłonił się nisko i uwałową ją w dłoń. Zaraz później chwycił ją pod ramię i powiedział:
- Pięknie wyglądasz - po czym wprowadził ją do środka Wielkiej Sali. Nie przeprosił także za spóźnienie, jakby w ogóle go to nie dotyczyło. Oczywiście, nie powinien się tak zachowywać i Wanda mu kilka razy zwracała uwagę odkąd wyszedł z więzienia. Każdemu zdarzyć się może, że zapomni o byciu dobrze wychowanym, dlaczego każdy się tak czepiał? Nie wiedział. Jego zdaniem, siostra też powinna się wybrać na tańce, przynajmniej by się dobrze najadła, ale nie chciała. Więc więcej jedzenia dla niego i jego pięknej partnerki. Podobała mu się w takim wydaniu, ale on nie należał do osób, które zwracały jakąś większą uwagę na wygląd, ponieważ większość czasu Dorian sam wyglądał jak menel. Przynajmniej zawsze dobrze, zniewalająco pachniał i o to chodziło. Poza tym jego codzienna stylówka na pirata podobała się … jemu samemu, więc o co chodziło? Wanda tylko się czepiała o drobnostki, a sama powinna usiąść na tyłku i zastanowić się nad tym, jaki jest sens pieczenia kolejnej partii pierników, składających się ze stu sztuk oblanych czekoladą i lukrem.
- Gdzie tutaj te moje dyniowe kociołki… - wymamrotał pod nosem, trzymając mocno Arię przy sobie. Uśmiechnął się, wpadając na wyśmienity pomysł, po czym złapał Fimmelównę w tali i ruszył na parkiet, mając nadzieję, że między roztańczonymi parami szybciej wyczai stół z łakociami, które sobie upatrzył. Przynajmniej muzykę grali całkiem niezłą.
Czy to przypadkiem nie był O’Connor? Przeszło mu przez myśl, gdy zauważył całkiem podobnego do Irlandczyka zniszczonego życiem chłopaka. Mógłby mu przybić piątkę, ale jeśli to faktycznie był Cu… to wydawało mu się, że Gwen i Porunn dadzą mu niezłą nauczkę.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Bal Zimowy   

 

Bal Zimowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 16Idź do strony : Previous  1 ... 5, 6, 7 ... 11 ... 16  Next

 Similar topics

-
» Pub Zimowy
» Bal Zimowy
» Zimowy pałac.
» Pałac zimowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-