IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Matthias Le Chiffre

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Matthias Le Chiffre
avatar
Auror
Data przyłączenia : 08/11/2015
Liczba postów : 22
Skąd : Londyn, Wielka Brytania

PisanieTemat: Matthias Le Chiffre   Pon Lis 09, 2015 12:56 am





Matthias Le Chiffre


krew
półkrwi

patronus
Rogogon Węgierski


były dom
Slytherin

data urodzenia
17.01.1936 roku

zawód
Auror

skąd
Londyn



Podstawowe informacje


RÓŻDŻKA: 12 cali, sztywna, cisowa, rdzeń: łuska chimery
BOGIN: Sam Matthias tonący w morzu krwi i banknotów - jako metafora porażki i niezrealizowanych planów.
AIN EINGARP: Le Chiffre jako ceniony biznesmen, wraz ze swoją rodziną: zmarłymi rodzicami z zamazanymi lekko twarzami z racji, że mężczyzna ledwie ich pamięta, obok niego kobieta, którą kocha nad życie, a także pierworodny syn, któremu ojciec będzie mógł przekazać swoją wiedzę i pozwolić na znacznie lepszy start w życiu.
DODATKOWE ZDOLNOŚCI: Czarna magia
WYKORZYSTANY WIZERUNEK: Mads Mikkelsen




Wygląd

Cytat :
Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również na nas.
Fryderyk Nietzsche

Mówiąc obiektywnie, niezbyt urodziwy mężczyzna, którego aparycja znacznie bardziej odpowiada wyobrażeniom czarnego charakteru, niźli szlachetnego obywatela. Charakterystyczne chłodne, posępne oblicze idealnie współgra z hemolakrią objawiającą się u tegoż Brytyjczyka "krwawymi łzami" spływającymi z lewego oka ilekroć ten znajdzie się  tylko w sytuacji wywołującej silne emocje - niezależnie od tego, czy pozytywne, czy też nie. Jeżeli mowa o posturze Matthiasa, mimo dojrzałego już wieku, mężczyzna dba o swoje ciało, na którym widoczne są lekko zarysowane mięśnie. Na pierwszy rzut oka można zatem powiedzieć, że Le Chiffre jest dość postawnym i masywnym mężczyzną, zaś zupełnie przeciętny wzrost nie stoi wcale na przeszkodzie tego rodzaju stwierdzeniom. Mężczyzna wiele czasu poświęca ćwiczeniom, codziennie rano biega, wcale nie dlatego, że jest to jego pasja, a jedynie po to, by utrzymać nienaganną formę, niezbędną w czarodziejskich pojedynkach.
Uniesiona do góry głowa, klatka piersiowa wysunięta lekko do przodu, niezmącone niczym spojrzenie przed siebie, postawa pełna pewności siebie, pokerowa mimika twarzy, męski szyk - to wszystko skutkuje tym, że Matthias sprawia wrażenie niezwykle silnego, opanowanego i inteligentnego osobnika, budzącego grozę i postrach wśród innych.
Nie zawsze jednak wygląda tak, jakby był uosobieniem samej śmierci. Może poszczycić się niezwykle urokliwym, szelmowskim uśmiechem, który choć rzadko gości na jego twarzy, znacznie ociepla jego mroczny wizerunek, ukazując jego bardziej przystępną, towarzyską i bankietową naturę. W końcu, nie będąc nazbyt krytycznym, należy przyznać, że mężczyzna jest wyjątkowo błyskotliwym rozmówcą, dżentelmenem o bezbłędnych manierach, kimś wyróżniającym się wśród szarego tłumu i przykuwającym uwagę innych na dłużej.
Co nad wyraz istotne, Matthiasowi nie można odmówić znajomości męskiego szyku i elegancji. Należy do tego grona panów, dla których istnieje wyraźna różnica pomiędzy frakiem, a surdutem angielskim czy między butonierką, poszetką, a brustaszą. W dodatku Le Chiffre pokazuje się innym tylko w idealnie skrojonych, nabytych u krawca garniturach, najczęściej w ciemnych, stonowanych kolorach. Stroni zaś od jasnych i jaskrawych barw, w szczególności unikając pretensjonalnej jego zdaniem, w eleganckim zestawieniu, czerwieni, chyba że mowa jedynie o drobnych ozdobnikach jak kwiat czy właśnie wspomniana wcześniej poszetka. Przywiązanie do klasyki i tradycjonalne podejście bynajmniej nie skłania jednak mężczyzny do tego, by pozostawać w cieniu; Matts sam prędzej określiłby się bowiem mianem tego "cienia".



Charakter

Cytat :
Jestem katolicką dziwką, co raduje się ze ślubu z czarną Żydówką, która pracuje w wojskowej klinice aborcyjnej. Chwała Szatanowi i życzę miłego popołudnia.
Galahad w "Kingsman: The Secret Service"

Jakim człowiekiem może być zręczny biznesmen i pokerzysta? Wyrachowanym, chłodno kalkulującym strategiem, kłamcą, który opanował swój kunszt już niemalże do perfekcji czy może psychopatą kryjącym się pod czarującym uśmiechem i usposobieniem? Niewątpliwie Matthiasa można określić jako wybuchową mieszankę tych wszystkich cech. Z pozoru oschły i niedostępny mężczyzna, na bankietach i przy stole pokerowym wydaje się duszą towarzystwa. Szelmowski uśmiech, błyskotliwe uwagi - to jednak tylko przykrywka dla tego wszystkiego, co dzieje się w jego wnętrzu; przykrywka, która nawet w najmniejszym stopniu nie stoi na przeszkodzie niezachwianej niczym koncentracji. Nic dziwnego, że tak trudno go rozgryźć, skoro poza kokieteryjnym uniesieniem kącików ust, jego twarz nie obrazuje żadnych emocji, a jedynie krwawe łzy spływające niekiedy z jego lewego oka stanowią dowód na to, że ten wspaniały aktor czuje coś naprawdę.
Le Chiffre myśli o przyszłości z dużym wyprzedzeniem, zawsze starając się być o krok lub dwa do przodu, w dodatku planuje swoje działania bardzo dokładnie, by nie pozostawić sobie miejsca na błędy, czy co gorsza, porażkę. Jest opanowany, nad wyraz wręcz spokojny i nie wyobraża sobie, by coś poszło nie po jego myśli. Wyznaje zasadę, że jeśli czegoś pragnie, to właśnie to dostanie, i nie szczędzi żadnych środków w dążeniu do swojego celu. Najprawdopodobniej takie podejście czyni z niego zręcznego biznesmena, który zawsze potrafi odnaleźć intratny sektor na czarnym rynku, byleby pomnożyć swój majątek. Jeśli mowa jednak o pieniądzach, nie są one wcale dla niego najważniejsze. To prawda, że lepiej w nich pływać, niż ich nie mieć wcale, a pewne przejawy snobistycznego trybu życia przyswoił sobie nawet i Matts, jednak to nie same banknoty stanowią dla mężczyzny priorytet. Znacznie ważniejsze są dla niego pozycja, władza i prestiż, które tenże banknot za sobą pociąga. Być może ta jego pogoń za potęgą, szacunkiem i perfekcją wynika z kompleksów z młodości, ale nawet, gdyby tak było, mężczyzna z pewnością by się do tego nie przyznał.
Jest typem samotnika, który większość czasu poświęca pracy i samorozwojowi. Nie przepada za działaniem w grupie z racji tego, że nie wie na kogo może liczyć, a z zasady nie ufa nikomu. Przesadą byłoby tutaj pewnie nazwanie go socjopatą, czy stwierdzenie, że nienawidzi ludzi w ogólności, choć na pewno i w takich określeniach udałoby się odnaleźć ziarenko prawdy. Doświadczenie nauczyło go bowiem, że przyjaciół należy dobierać z najwyższą starannością, a i ta nie daje gwarancji, czy któryś z nich pewnego dnia nie wbije ci czasem ostrza noża w plecy. Na tym polega biznes, który wbrew pozorom, niewiele różni się od prywatnej sfery życia. Lepiej zaś dmuchać na zimne niż gorącym się sparzyć.
Mówią, że najbardziej powinno się bać tych, którzy nie mają nic do stracenia i trudno byłoby się z taką mądrością nie zgodzić. Matthias zaś należy do grona tych ludzi, których wydarzenia z przeszłości solidnie zniszczyły i wyrzuciły z ich słownika takie pojęcia jak: litość czy przebaczenie. Już od wczesnych lat młodzieńczych Le Chiffre wiódł życie mściciela, którego nie mogło wieńczyć szczęśliwe zakończenie. Odebrano mu jego prawdziwych rodziców, pogrzebano wiarę w dobre intencje tych, którzy powinni bronić porządku... nic w tym wyjątkowego, że z czasem zagubiony dzieciak stał się człowiekiem bezwzględnym i okrutnym, nieprzebierającym w środkach. Stał się mężczyzną, których w dzieciństwie najbardziej się obawiał, tym, kim nigdy nie chciał się stać - mordercą. Trzeba było mieć zaś wielką śmiałość, by decydować o tym, kto zasługuje na to, by dalej stąpać po ziemi. Śmiałość, która szybko przeobraziła go w potwora podobnego tym, z którymi sam walczył.
Pomimo jednak wszechobecnego opanowania i w pełni świadomego pogrywania na granicy ryzyka, nawet i on jednak popełnia nieraz błędy, uciekając się do chaotycznego działania. Nie radzi sobie bowiem zbyt dobrze w obliczu porażek, przyzwyczajony zwykle do sukcesów i czystej perfekcji. Kiedy coś odbiega znacznie od jego planu, stres bierze nad nim górę, a mężczyzna stara się, mimo urażonej dumy i honoru, zniknąć z pola widzenia, żeby przypadkiem nie wpaść w jeszcze większe kłopoty. Gdyby bowiem ktoś w takim stanie rzeczy wszedł mu w drogę, na pewno sytuacja zakończyłaby się dla niego tragicznie. Dlatego właśnie Matts woli się ulotnić, dając nawet na chwilę za wygraną - lepiej przecież na chłodno przeanalizować wywołaną zrządzeniem losu sytuację, naprawiając to, co da się jeszcze naprawić, niżeli bez namysłu ten los ponownie kusić, poddając się swojej wściekłości.
Chociaż trudno mówić o lojalności w przypadku kogoś, kto zamordował przynajmniej z tuzin swoich byłych wspólników, to właśnie akurat tę cechę należałoby uznać za zaletę Matthiasa. Odrywając się bowiem od interesów, mężczyzna pozostaje wierny swym przyjaciołom, mimo że nie ma ich oczywiście wielu. Tak jak zawsze gotów jest uratować damę z opresji, tak nigdy nie zostawiłby swojego "brata" w potrzebie. Niezależnie od tego czy jego pomoc miałaby polegać na wsparciu dobrą radą czy na zakopaniu rozkładającego się ciała.
W gruncie rzeczy Matts jest jednak przede wszystkim człowiekiem nieszczęśliwym i pełnym sprzeczności. Z jednej strony pragnie wierzyć w lepszy świat, w to, że sam zdolny jest odnaleźć swoje szczęście, a z drugiej zdaje sobie sprawę z tego, że to gra niewarta świeczki, bo ludzie z natury są zbyt leniwi i próżni, by cokolwiek uległo zmianie. Ponadto, choć z pozoru Le Chiffre może mieć to, co zechce: pieniądze, władzę, prestiż, kobiety, tak naprawdę traci wszystko to, na czym naprawdę mu zależy. Ma świadomość tego, że sam jest złoczyńcą, lecz jednocześnie stara się wierzyć w to, że wszystko co czyni stawia go w roli bojownika w walce o dobro. Morduje tych, którzy naruszają wolność innych. Morduje czarnoksiężników. Morduje morderców. Wszystko po to, by któregoś dnia, jak twierdzi, ktoś zamordował i jego. Błędne koło toczące się nieustannie, w którym zło zawsze znajdzie miejsce, by się przecisnąć, nigdy nie dając się definitywnie unicestwić.



Historia

Cytat :
Dzieciństwo jest jak zatarte oblicze na złotej monecie, która dźwięczy czysto.
Tadeusz Różewicz

Urodził się w szczęśliwej rodzinie, w której to mugolska matka pełniła rolę gospodyni domowej zajmującej się małym Matthiasem, zaś ojciec pracował jako sędzia Wizengamotu. Młody Le Chiffre (który wtedy jeszcze nie był posiadaczem tak słynnego w półświatku nazwiska) był radosnym dzieckiem, ciekawym świata, trochę krnąbrnym, jednak rodzice wierzyli, że wyrośnie na kogoś wielkiego. Wychowywany był w duchu chrześcijańskim, szczególnie przez wzgląd na panią Charlotte Bennett, która pieczołowicie wpajała mu, że najistotniejszą cechą ludzkiej egzystencji jest miłość do bliźniego. Malec nie sprawiał większych kłopotów wychowawczych, choć wprowadzał często swych rodziców w zakłopotanie, kiedy pytał o pracę swojego rodzica. Pan William Bennett nie chciał zdradzać swojemu synowi sekretów czarodziejskiego świata, by nie robić mu niepotrzebnych nadziei. Nie mógł przecież mieć pewności, że jego pierworodny wdał się w niego, a nie swoją matkę, zaś zdawał sobie sprawę z tego, że oznajmienie dziecku, iż czarodzieje istnieją naprawdę przy jednoczesnym stwierdzeniu, że nie wiadomo czy on także nim będzie, może okazać się zbyt bolesne dla malutkiego, wrażliwego serduszka. Matts już wtedy miał jednak swoje sposoby, by poznać prawdę. Kiedy ojca nie było w domu, wkradał się po cichu do jego gabinetu, przeglądając dokumenty schowane w szufladach. Po jakimś czasie brzdąc, który ledwie sięgał brodą stołu, miał już świadomość tego, że został przez swego tatę oszukany. Poważna rozmowa z Williamem pozwoliła mu jednak wybaczyć ten błąd, mimo że dzieciak po stokroć pytał czy nie da się jakoś sprawdzić czy odziedziczył magiczne moce. Mężczyzna przytulił do siebie wówczas swą latorośl, zapewniając, że nie ma wątpliwości co do tego, iż niezależnie od tego, czy Matthias okaże się czarodziejem, czy też zwykłym człowiekiem, osiągnie w życiu wiele. Cóż... jeśli patrzeć na to z obecnej perspektywy, pan Bennett nie rozminął się wcale tak mocno z rzeczywistością. Nie spodziewał się chyba jednak takiej przyszłości dla swojego jedynego syna.

Niedługo po dziesiątych urodzinach chłopca, jego życie miało legnąć w gruzach wraz z wszystkimi ideałami, które w jego wieku pełniły przecież nieocenioną rolę. Malec nie zdążył nawet w pełni poznać świata, nim ten zawalił się tuż przed jego stopami... Siedział wtedy w swoim pokoju, czytając jakąś bajkę, kiedy usłyszał dziwny dźwięk i głośne krzyki, najprawdopodobniej należące do jego ojca. Wybiegł pędem z pokoju, a przed jego oczami wyrósł obraz przypominający najgorszy z jego koszmarów. Jego rodzice leżeli na podłodze, a wokół nich czerwona posoka spływała na boki drewnianych paneli, tworząc coraz szerszą kałużę. Dziesięciolatek podniósł spojrzenie na dwóch mężczyzn w czarnych płaszczach wyglądających jak postaci z horrorów. Czarnoksiężnicy nie spodziewali się chyba obecności dziecka - taka informacja nie została zawarta w rozkazach. Jeden z nich nerwowo sięgnął po różdżkę, cisnąć w "gówniarza" wiązką szmaragdowego światła. Wtedy stało się coś, czego żaden z obecnych nie mógł przewidzieć. Mały Matthias zasłonił jedną ręką twarz, drugą zaś wysuwając przed siebie, jak gdyby chciał złapać ten dziwny blask. W chwili, kiedy z jego oczu popłynęły rzewne łzy, niewidzialna tarcza ochroniła go przed atakiem wroga, a dzieciak przerażony zaczął rozglądać się dookoła.
- Pieprzyć to. Zabieraj dzieciaka. Oddamy go w dobre ręce. Drzemie w nim potencjał. - Dało się słyszeć głos pierwszego ze złoczyńców, który od chwili, gdy zobaczył na horyzoncie kogoś, kto nie powinien się tutaj w ogóle znaleźć, nie odezwał się ani słowem. Drugi z nich, oprawca, przeklął głośno, ale przystanął bez żadnego zarzutu na propozycję swojego partnera. Nie jego w tym broszka, co zrobią z tym szczylem później.
Nikt nie powiedział jednak, że będzie tak łatwo i przyjemnie - przynajmniej dla niektórych tutaj. Kiedy jeden z mężczyzn złapał Matta za rękę, a ten wybuchnął gromkim płaczem, w domu pojawił się ktoś jeszcze. Kolejny duet - dla równowagi - "bohaterów". Aurorzy głośną komendą, by czarnoksiężnicy odrzucili na bok swoje różdżki, dali tym samym popis kompletnej nieznajomości zwyczajów swojego przeciwnika. Najpierw morduj - potem pytaj. Jeden z przedstawicieli prawa po chwili uderzył o mur, podczas gdy drugi, nie zważając na plączącego się pod nogami przestępców dzieciaka, wypuścił z różdżki krwistoczerwony płomień, bynajmniej nie ognisty, lecz równie potężny, by zwalić wroga z nóg. Wtedy czarnoksiężnik, który zaproponował ocalenie Matthiasa stanął do boju. Zrobił krok naprzód i wyczarował tarczę Protego, by uchronić chłopca przed zaklęciem rzuconym przez Aurora. Wiązka czerwonego światła przebiła tarczę, lecz dzięki szybkiej reakcji czarnoksiężnika przynajmniej zmieniła kierunek lotu. Rykoszetem odbiła się o ścianę, niszcząc ją na kawałki, z których jeden odłamek uderzył syna Bennettów w oko. Dzieciak przez chwilę myślał, że oślepł i z tego względu zaczął drzeć się w niebogłosy. Ocierał dłońmi spływającą z jego skroni i ślepiów krew, która przesłaniała mu widok na to, co się dzieje. Może i lepiej, bo kiedy świat ponownie zaczął jawić mu się w wyraźnych kształtach i kolorach, na podłodze leżały już nie tylko ciała jego rodziców, ale także i dwóch martwych Aurorów. Co gorsza jednak, ktoś, kto zamordował jego mamę i tatę, uratował jego życie, a teraz zabierał go Bóg wie dokąd. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego chłopiec poszedł wtedy z nimi? Zabawne. Co miał niby zrobić? Przez chwilę myślał nawet o ucieczce, ale był za słaby, zbyt wystraszony, by poradzić sobie na własną rękę.

Trafił do czystokrwistego rodu Le Chiffre'ów, którego członkowie, wbrew temu, co sugerowałoby nazwisko, byli Brytyjczykami z krwi i kości, tak samo zresztą, jak i sam Matthias. Przyszywani rodzice chłopaka po raporcie z wydarzeń rozgrywających się w domu Benettów wiedzieli już, że ich nowy syn po swych jedenastych urodzinach trafi do Hogwartu. Dlatego już przed rozpoczęciem roku szkolnego próbowali wpoić mu podstawowe informacje, żeby dzieciak błyszczał i dumnie reprezentował ród. Matts myślał jednak tylko o jednym obrazie. Tym samym, który nawiedzał go nadal w snach. Trauma z dzieciństwa, która najprawdopodobniej tylko przez wzgląd na tak silne emocje, pozwoliła mu zapamiętać chociaż w minimalnym stopniu prawdziwych rodziców. Mama, która śpiewała mu jakąś chrześcijańską przyśpiewkę do snu... Ojciec, który bez skutku próbował wytłumaczyć dzieciakowi zasady gry w szachy, którymi ten nigdy nie był specjalnie zainteresowany...
Jakkolwiek absurdalnie to nie zabrzmi, młody (już) Le Chiffre wiedział, że któregoś dnia uczyni to, co słuszne. Wtedy wierzył jeszcze w to, że odnajdzie swoich rodziców, mimo że widział ich przecież martwych. Dopiero później zrozumiał, że jego celem jest zemsta na tych, którzy pozbawili go normalnego życia.

Nie stresował się wcale Ceremonią Przydziału, mimo że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego "rodzice" oczekują tylko jednego, prawidłowego wyboru tiary. Stara, zakurzona czapka nie uczyniła jednak wcale ukłonu w ich stronę, radośnie wykrzykując "Slytherin!". Ten chłopak, mimo że był czarodziejem półkrwi, miał w sobie coś, co nie pozwoliło jej długo zastanawiać się nad wyborem. Nieposkromiona, chorobliwa wręcz ambicja, pogoń za celem, którego wówczas Matthias sam nie potrafił jeszcze dokładnie określić. Tiara jednak przewidywała przyszłość znacznie lepiej i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Dom Węża pomoże chłopakowi zrealizować jego marzenia, niezależnie od tego, jakie by one były. Nie jej przecież przychodziło do oceny.
W szkole jednak Le Chiffre Junior początkowo wcale nie wpisywał się w wizerunek stereotypowego Ślizgona. Zagubiona sierota, która nie radziła sobie nawet na korytarzach szkolnej dżungli. Starsi Ślizgoni bronili chłopaka przed psotliwymi Gryfonami, ale w gronie pobratymców Matthias szybko stał się swego rodzaju popychadłem. Zdolniejsi i bardziej pewni siebie uczniowie szydzili z niego, kopali go, śmiejąc się, że "nie wierzą, że ktoś taki jak on pochodzi z tak znamienitego rodu". Zapewne wystarczyłoby, by Le Chiffre Senior raz pojawił się w szkole, a byłby to kres wszelkich przytyków, jednak Le Chiffre Senior nie zamierzał w ogóle ruszać tyłka z wygodnego fotela w willi w obronie swego przyszywanego syna. Jeśli jedenastolatek chciał wyrosnąć na potężnego czarodzieja, musiał sam znaleźć sposób, by dokopać reszcie. Niechaj Le Chiffre Senior żałuje, że nie naprowadził syna na właściwą drogę... W końcu jego, a raczej nie jego, latorośl odnalazła sposób. Nie tylko, by pozbyć się z linii wzroku swych kolegów, ale także by zlikwidować swą zakłamaną rodzinę.

Matthias rósł jak na drożdżach, a swój wolny czas poświęcał na naukę zarówno dobrych manier, jakie przystało znać bogatemu paniczowi, jak i  szkolnych przedmiotów, które pomagałaby mu stawać się silniejszym. Nienawiść i wściekłość drzemiące w sercu młodego Le Chiffre'a rozwijały się w zastraszającym tempie, a pierwszymi, wobec których zostały one skierowane byli ci pewni siebie idioci, którzy niegdyś skopali go na szkolnych korytarzach. Chłopak nie był już jednak tym samym dzieckiem we mgle, za które można byłoby go wziąć w pierwszej klasie. Cały swój wysiłek wkładał bowiem w rozwój swoich umiejętności, szczególnie w zakresie zaklęć przydatnych w czarodziejskich pojedynkach. Okazało się, że czarnoksiężnik, który uratował go przed podobnym do rodziców losem, miał rację - ogromny potencjał dał o sobie poznać, kiedy Matts brylował na deskach pojedynkowego ringu. Le Chiffre zdecydowanie należał do tych uczniów, którzy z areny wracali na tarczy, dzięki czemu prędko zyskał sobie szacunek, a z robaka stał się kimś, kogo inni Ślizgoni podrzucali pod sufit, skandując jego imię.
Bujne życie towarzyskie i nawet spora garstka przyjaciół nie mogły jednak zrekompensować chłopakowi tego, co przeżył jeszcze przed tym jak trafił do Hogwartu. Sukcesy w pojedynkach pchnęły chłopaka znacznie dalej. Matts zaczął krążyć po nocach po Dziale Ksiąg Zakazanych, a kiedy wracał do domu, także po rodzinnej bibliotece, zapoznając się z tajnikami czarnej magii. Jego rodzice przyklaskiwali tak amoralnym zainteresowaniom, myśląc, że wychowują godnego następcę. Kto wie, być może bezpodstawnie twierdzili, że chłopiec nie pamięta już nawet o swoim prawdziwym domu. Z pewnością zapomnieli jednak o podstawowych środkach ostrożności, nie biorąc pod uwagę tego, że rozwijający się prężnie geniusz stanie kiedyś po przeciwnej stronie barykady.

Zdał OWUTEMy z zaskakująco dobrymi wynikami, jednak nie zamierzał na tym zaprzestać. Zapisywał się na wszelkiego rodzaju kursy dla dorosłych czarodziejów, rozpoczął także naukę na uczelni, na kierunku łączącym przedmioty niezbędne do pracy Aurora z elementami czarodziejskiego prawa. Państwo Le Chiffre byli dumni z wyborów syna. Wbrew pozorom wielu członków czarnoksięskich rodów kończyło kursy aurorskie i im podobne z racji tego, że można było na nich zyskać wiele umiejętności przydatnych w boju. Przede wszystkim zaś Matthias przyswajał z prędkością światła wszystkie dzieła czarnomagiczne, trenując w praktyce na niewinnych zwierzętach. Wiele lat pracy, tylko po to, by wreszcie dać upust swej zemście, morderczej żądzy, która zawładnęła nad jego sercem i umysłem.
Jego nagrodą za dyplom miał być tego dnia nie rodzinny obiad, a rodzinne pożegnanie. Ściślej zaś mówiąc, pożegnanie, które on sam miał sprawić członkom swojego rodu. Nikt nie spodziewał się, że Avada Kedavra w ustach takiego oczka w głowie państwa Le Chiffre będzie brzmiała tak swobodnie. Matthias czekał dwadzieścia cztery lata na tak widowiskową masakrę. Morze zdradzieckiej krwi, czystej krwi, która nie potrafiła uszanować życia innych. Potomek Bennettów nie był jednak idiotą. Już dawno nauczył się zacierać za sobą ślady, włączając w to usunięcie wspomnień ze swojej różdżki. Oczyścił więc miejsce zbrodni ze wszelkich dowodów mogących świadczyć o jego winie, po czym popędził do swojego wuja, Notta. Roztrzęsiony opowiadał mu o tym jak po powrocie z uczelni zastał swoją rodzinę... Nie dokończył zdania, by dodać swej historii nuty wiarygodnego dramatyzmu. Krwista łza spłynęła po jego policzku, przypominając mu o istnieniu czegoś takiego jak nerwy. Tak, już wtedy Matts borykał się z tą nietypową przypadłością. Właściwie ujawniła się ona już w czasach szkolnych, choć chłopak nie chciał wtedy o niej mówić, traktując ją jakoś coś wstydliwego, kolejny powód do szyderstw. W każdym razie, tak skutecznej gry aktorskiej nie powstydziłby się nawet Al Pacino. Nott zaalarmował wszystkich, wówczas już śmierciożerców, otaczając "biedną sierotą" swoją opieką.

Czy bezwzględny Matthias rzeczywiście potrzebował opieki? Nie wychylał się podczas swej udawanej żałoby, mimo że ogromy spadek czekający na to, by trafić w jego ręce uśmiechał się do niego szeroko. Le Chiffre może i wtedy całkiem nieźle radził sobie przy pokerowym stole, ale zdecydowanie nie miał jeszcze pojęcia o prowadzeniu biznesu. Chłonął jednak rady wuja Notta jak gąbka, powoli wyrastając do rangi samodzielnego rekina. Opanował rynek czarnomagicznych przedmiotów i trucizn, a kiedy nabrał wprawy, namówił także swojego wuja, by przystąpić do handlu mugolską bronią, co mimo jego braku wiary, zakończyło się sukcesem. Matts mnożył majątek, z łatwością kalkulując zyski i straty płynące z kolejno zawieranych układów. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że z czasem Nott stał się jedynie kulą u nogi i starym zrzędą, dlatego postanowił go zlikwidować. Jednego śmierciożercę mniej - światu lżej. Nie silił się na żadne wyrafinowane metody. Wystarczyło jedno zaklęcie, by serce wuja przestało bić. Niedługo po tym Le Chiffre opłakiwał kochanego, poczciwego Notta, który podobno zmarł na zawał serca. Tak przynajmniej stwierdzili medycy, którzy zważając na sędziwy wiek czarodzieja, nie zwietrzyli wcale żadnego magicznego podstępu.
Matthias uniezależnił się, zapracowując na szacunek na własną rękę. Dzięki swym biznesom, a także szczęśliwej ręce do kart trafił do grona towarzyskiej śmietanki, popijając whiskey z najbardziej wpływowymi czarnoksiężnikami, jakich znała Wielka Brytania, a i nie tylko. Przez długi czas był stosunkowo "grzeczny", ale jego niepohamowana chęć mordu na tych wszystkich gnidach musiała się w końcu odezwać.
Czy ktokolwiek podejrzewałby słynnego biznesmena Le Chiffre'a o jakiekolwiek morderstwa? Każdy wiedział, że mężczyzna miał smykałkę do interesów i pokera, ale żeby miał kogoś zabić? Nie, to niemożliwe. A jednak... kolejni śmierciożercy, czy inni złoczyńcy niezrzeszeni jeszcze pod komendą wielkiego Voldemorta znikali bez śladu. Czasami znajdywano ciała, ale i tak podejrzewano, że to Aurorzy wzięli się wreszcie do roboty, stając się przy tym wielkim, obrzydliwym wrzodem na dupie. Poza tym Matthias był przecież wiernym przyjacielem rodziny, gotowym porzucić nawet swój biznes, walcząc po stronie czystokrwistych rodów parających się czarną magią. Cóż, dla niego nie był to żaden problem. Już dawno stracił wiarę w dobroduszność Aurorów, z których zdecydowaną większość stanowili zwyczajni hipokryci, którzy nie mieli nic przeciwko zamordowaniu małego dziecka przy okazji podbicia sobie statystyk. Nic osobistego. Le Chiffre wiele razy w swoim dorosłym życiu widział podobne sytuację do tej, którą pamiętał jak przez mgłę z czasów dziecięcych. Wiedział, że zawdzięcza życie czarnoksięskiemu mordercy, co nie stawiało w jego mniemaniu Aurorów na zbyt wysokim miejscu w hierarchii wartościowych obywateli czarodziejskiej społeczności. Inna sprawa, że raczej nikt nie wciągał go w tego rodzaju boje, biorąc za kogoś, kto najchętniej swój czas spędza na liczeniu zielonych banknotów.

Jak wiele może wnieść do życia mężczyzny piękna kobieta... Mattias przekonał się o tym dość późno, bo w wieku trzydziestu sześciu lat. Oczywiście miał za sobą wiele romansów, które nie znaczyły jednak zbyt wiele. Ta smoczyca potrafiła przewrócić jego świat do góry nogami. Chantal Lacroix, którą Le Chiffre poznał na jednym z bankietów u Yaxley'ów jawiła się dla niego nie tylko jak atrakcyjna kobieta, lecz jako bratnia dusza. Ktoś, z kim po raz pierwszy w życiu chciał dzielić swe smutki i radość. Ktoś, komu ufał w pełni, a nie na pół gwizdka. Ktoś, z kim pragnął związać się na całe życie. Przede wszystkim zaś ktoś, przy kim wreszcie czuł się szczęśliwy. Wydawało mu się, że po tylu latach w końcu odnalazł swoje miejsce na ziemi, i wcale nie przesadzał. Nigdy wcześniej nie miał przecież prawdziwej rodziny, prawdziwego domu. A nigdy znaczyło dla niego tyle, co "po dziesiątym roku życia".
Romantyczne chwile z ukochaną, kolacje przy świecach, wspólne wyjścia do teatru czy ogniste kłótnie zwieńczone równie płomiennym pogodzeniem sprawiły, że Matthias na jakiś czas wycofał się ze swoich eksterminacyjnych planów. Te gnidy nie liczyły się dla niego już tak bardzo jak marzenia o założeniu szczęśliwej rodziny z panną Lacroix. Teraz pewnie wydawałoby się to głupie nawet samemu Matthiasowi, ale w głębi serca pragnął także wychować z nią syna, zapewniając mu wszystko to, czego on od życia nie dostał.
Miłosne uniesienie, która z pozoru zmieniły jego oblicze, nie wywołały jednak efektu długotrwałego. Kolejne bankiety, kolejne tajemne spotkania, które można było określić mianem szczytu rodów. Kolejne morderstwa w imię tego, którego imienia akurat ta grupa nie bała się wymawiać, a na dźwięk którego Le Chiffre dostawał nagłego ataku mdłości. Nie trzeba było długo czekać na jego kolejny atak. Tym razem jednak Matts rozpoczął swoistą grę, pozostawiając na miejscach zbrodni różnego rodzaju wiadomości, rzecz jasna, pisane nie z pomocą jego odręcznego pisma.

Długo wodził za nos zarówno przedstawicieli czystokrwistych rodów o długoletniej tradycji, jak i bezradnych Aurorów. Każda strona obwiniała drugą. Jednak morderstwa nie były ani wynikiem bratobójczej walki o władzę, ani skutecznymi działaniami bojowników pracujących pod szyldem Ministerstwa Magii. Matthias czerpał nieziemską satysfakcję z wszechobecnego zamieszania, choć niczego nie dawał po sobie poznać, dalej oddając się pokerowym uciechom i pojawiając się z Lacroix na każdym możliwym bankiecie. Kobieta była jednak pierwszą i właściwie ostatnią, która wykryła jego błędy. Ledwie widoczny, krwisty ślad na jego koszuli, podejrzane zachowanie, na które mógł pozwolić sobie tylko w granicach swoich czterech ścian, i te wiadomości, które nie mówiły nic ich adresatom, ale zdawały się Chantal dziwnie znajome. Nieświadoma do tej pory niczego partnerka Le Chiffre'a wyrzuciła jego rzeczy na bruk, każąc mu się wynosić. Nie mogła być z kimś, kto przez ten cały czas ją oszukiwał. Nie pytała o przyczyny, nie chciała wiedzieć nic, po prostu postanowiła wykreślić mężczyznę ze swojego życia, choć nie zamierzała w żaden sposób pomagać w jego schwytaniu. Kto wie czy przez sentyment,
Matts po raz kolejny stracił w życiu to, co cenił sobie najbardziej. Tym razem jednak na własne życzenie. Nie potrafił pogodzić się z porażką, był wściekły, na siebie, na pannę Lacroix, na wszystkich tych, którzy sprawili, że stał się nieokiełznaną bestią, której on sam nie nazywał takim imieniem. Koniec gry. Zdecydował się oddać w ręce Aurorów, mimo że najpewniej zrobiłby to nawet, gdyby Lacroix nie wyrzuciła go za drzwi. Był w końcu dumny ze swojego dzieła, które nadal nie doczekało się odbiorców. Zamordował tylu złoczyńców ilu Ministerstwo nie schwytało w przeciągu kilku ostatnich lat. Wynik negocjacji był taki: Le Chiffre przyzna się do wszystkich mordów, jeśli Ministerstwo nie ujawni szczegółów. Rozwiązanie odpowiadało obu stronom. MM mogło zatuszować swoją niekompetencję i uniknąć powszechnego skandalu w stylu "jak możecie zamykać w Azkabanie kogoś, kto wykonał za Was robotę po stokroć lepiej; leniwe urzędasy", jak i milionów innych społecznych inwektyw.

Jak to mówią: czasy się zmieniają. Od kilku ostatnich miesięcy nawet Ministerstwo Magii zdawało sobie sprawę z tego, że wojna wisi w powietrzu i że humanitarne metody walki z rzeszą zwolenników Czarnego Pana  nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Coraz częściej mówiło się o konieczności wprowadzenia dekretu zezwalającego Aurorom na używanie środków drastyczniejszych w przekazie - zezwalając na zabijanie wrogów. Ponadto siły aurorskie wystarczające na czasy pokoju okazały się co najmniej marne, kiedy wszelkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały brutalną, ostateczną wojnę między dobrem i złem. Każdy ochotnik był na wagę złota, ale nie każdy był na tyle kompetentny, by rzeczywiście przybrać odznakę Aurora. Kontrowersyjna decyzja wypłynęła, o dziwo, wcale nie od Ministra Magii, czy Szefa Biura Aurorów, ale od Szefa Departamentu Przestrzegania Prawa - wypuścić mordercę, niech rozprawi się ze swoimi i pracuje dla nas jako kret. Ale nie byle mordercę, a tego przeklętego Don Kichota, który na własną rękę, wbrew obowiązującemu prawu, rozprawiał się ze śmierciożercami i innymi typami spod ciemnej gwiazdy, następnie wodząc Ministerstwo za nos, by ostatecznie samodzielnie oddać się w ich łapska.
Gdyby niegdyś nie zatajono sprawy, najpewniej na pierwszej stronie gazet pojawiłby się nagłówek na pierwszych stronach gazet: Le Chiffre oczyszczony z zarzutów wychodzi na wolność. Wszystko rozegrało się jednak wyłącznie na łamach Ministerstwa. Matthias został postawiony przed jedynym słusznym wyborem - iść na ugodę i zostać Aurorem, co nawet dla niego brzmiało jak mało zabawny żart. Mógł jednak przyjąć odznakę Aurora, którymi otwarcie gardził i z którymi niegdyś pogrywał, albo pozostać w Azkabanie, którego przerażającego oblicza nawet on nie potrafił opisać słowami. Do tej pory słyszał jeszcze te jęki, krzyki ojca, przed oczami zaś widział rozszarpane obrazy, wyrwane z jego głowy wspomnienia... Jak Prometeusz, któremu ptaki wydziobują wiecznie regenerującą się wątrobę. Decyzja była zatem prosta. Już kilka dni później odśpiewywał przysięgę lojalności, tęsknym spojrzeniem spoglądając na świat, którego nie widział tak dawno. Pierwszy krok ku wolności był czymś wspaniałym. Matts zaś wiedział jedno - nawet on nie był tak hardy, by po raz kolejny trafić do Azkabanu. Następnym razem postanowił wybrać śmierć, nawet jeśli wyboru przed trzema laty dokonał na własną modłę.





Zainteresowania i ciekawostki

- Jest przeklęcie bogaty. Odziedziczony po swych przyszywanych rodzicach ogromny spadek szybko pomnożył dzięki licznym czarnym interesom jak handel mugolską bronią, czy przedmiotami i eliksirami o właściwościach czarnomagicznych. Jako zręczny biznesmen zawsze wie, w który sektor czarnego rynku powinien się zaangażować.
- Jako Auror, poza wychwytywaniem i mordowaniem śmierciożerców, ma jeszcze inne, dodatkowe zadanie: likwidować zdrajców, co często wykorzystuje zresztą skrzętnie celem wdania się w łaski czarnoksięskiej braci, która nie zawsze świadoma jest tego, że Matthias tak naprawdę zamordował tego, którego bez problemu dało się kupić.
- Cierpi na niezwykle rzadką przypadłość zwaną hemolakrią objawiającą się płaczem krwistymi łzami w sytuacjach wywołujących silne emocje. Żaden z mugolskich lekarzy ani czarodziejskich medyków nie był w stanie podać przyczyny choroby. Niektórzy wskazywali, że mogła ona po czasie wypłynąć jako dalekosiężny skutek urazu oka w dzieciństwie. Inni twierdzą, że to tzw. hemolakria samoistna.
- Należy do śmietanki towarzyskiej, obraca się wśród przedstawicieli najznamienitszych, czystokrwistych rodów, pojawiając się na wszelkiego rodzaju bankietach. Wielu wysoko postawionych członków traktuje go niemal jak przyjaciela rodziny. Sytuacja nie zmieniła się zresztą po jego nagłym powrocie z Azkabanu. Brać ufa mu na tyle, że wierzy, iż teraz ma swojego człowieka w Biurze Aurorów. Niedowiarków można zliczyć na palcach rąk, a i tak ich zdanie nie przekonuje tych, którzy naprawdę coś znaczą.
- Jako częsty bywalec bankietów, może poszczycić się całkiem niezłymi umiejętnościami w zakresie tańca towarzyskiego. Bez wątpliwości jednak należy go uznać za amatora w tej dziedzinie, choć całkiem niezłego amatora-samouka.
- Grywa na pianinie, również amatorsko, ale dobrze na tyle, by móc zaimponować swoimi zdolnościami laikom. Jest zaś kompletnym beztalenciem, jeśli chodzi o zdolności wokalne, jak i grę na innych instrumentach. Zresztą, gdy chodzi o pierwszą z jego słabości, unika jak ognia nawet nucenia pod prysznicem.
- Zagorzały pokerzysta. Naprawdę duże sumki wygrał więc również przy stole pokerowym. Zaskarbił sobie tym zresztą szacunek wielu graczy, a także jest mile widzianym gościem przeróżnych kasyn. Inna sprawa, że do stołu zasiadają z nim tylko utalentowani bogacze, którym i tak zwykle zrządzeniem losu nie dopisuje szczęście.
- Matthias niewątpliwie lubi otaczać się pięknymi kobietami, choć wbrew pozorom wcale nie traktuje wszystkich przedmiotowo. Nie oznacza to oczywiście, że szuka jedynie trwałych i poważnych związków, stroniąc od jednorazowych przygód; wręcz przeciwnie. Gustuje jednak w kobietach silnych, niezależnych i inteligentnych. Kobiety zdają się zresztą być jedną z jego większych słabości.
- Zawsze nosi przy sobie gustowną, bawełnianą chusteczkę niezbędną do ocierania krwistych łez. Przypadłość ta, niegdyś wyjątkowo upierdliwa stała się już dla Le Chiffre'a czymś na porządku dziennym.
- Źle znosi porażki. Staje się wtedy wściekły, wręcz nie do zniesienia. Dlatego zwykle, mimo urażonej dumy, stara się usunąć w cień i nie doprowadzać do sytuacji, gdy ktoś stanie na jego drodze z racji tego, że mogłoby się to skończyć tragicznie. Zdecydowanie nadużywa również w sytuacjach stresujących alkoholu. Jest to zresztą najlepszy moment do ataku na niego, jego słabość. O ile zwykle nie zdarza mu się bowiem robić błędów, widmo porażki i obciążający go, wynikły stąd, stres, popychają go do nieco bardziej chaotycznego działania.
- W późniejszych latach, poza ukończonymi kursami aurorskimi, mógł się także poszczycić dyplomem z psychiatrii. Mężczyzna początkowo zainteresował się tą dziedziną przez wzgląd na chęć poznania i zrozumienia swojej skomplikowanej natury. Następnie jego fascynacja przeobraziła się w analizę ludzkich zachowań. Matthias w wielu przypadkach potrafi przewidzieć czyjś ruch, bądź odwrotnie, określić osobowość człowieka na podstawie jego czynów. Dlatego też jest całkiem skuteczny w profilowaniu. Kilka razy pomógł nawet aurorom czy Brygadzie Uderzeniowej, rzecz jasna in cognito, ale traktował to wsparcie raczej hobbystycznie, zaś nigdy nie zdecydował się stale pracować w zawodzie związanym z ukończonym przez niego kierunkiem - zamiast tego w pełni poświęcił się swym interesom na czarnym rynku.
- Owładnięty manią kontroli. Doskonale odnajduje się w relacjach, w których to inni są od niego zależni, przy tym unika odwrotnych układów. Lubuje się w manipulowaniu, świadomym wywoływaniu u innych oczekiwanych przez niego reakcji i obserwowaniu do czego dokładnie one doprowadzą.  Przywykł do panowania nad sytuacją, dlatego właśnie tak ciężko znosi ewentualnie porażki, co wspomniane zostało już wcześniej. Mimo tego, kiedy popełni błąd, stara się ochłonąć, przeanalizować jeszcze raz bieg wydarzeń, by ostatecznie swój błąd i tak wykorzystać celem swojej przewagi. Niektórzy pewnie powiedzieliby, że próbuje odwrócić kota ogonem.
- Jego siłą napędową, jak i swego rodzaju słabością, jest z pewnością nienasycona ciekawość świata, pogoń za nieznanymi wrażeniami, nowymi smakami, doświadczeniami czy emocjami. Trudno tak naprawdę wyobrazić sobie granicę, której Matts nie byłby zdolny w tej kwestii przekroczyć.  
- Stara się unikać tematów takich jak dzieciństwo oraz pobyt w Azkabanie. Jeśli komuś zdradzi szczegóły dotyczące któregokolwiek z tych okresów jego życia, oznacza to, że darzy go niebywałym zaufaniem.
- Czarna magia to jego konik. Strawił już chyba wszystkie możliwe księgi traktujące o najbrutalniejszych zaklęciach czy miksturach, których czysto teoretycznie nie powinno się w ogóle stosować.
- Interesuje się mugolską bronią palną, wyrafinowanymi metodami tortur, męską, elegancką modą, a także szlachetnymi trunkami, takimi jak wino i whiskey. Choć wydaje się to dość prozaiczne, okazuje się, że wiedza w zakresie tych tematów stanowi atrakcyjną pożywkę dla jego rozmówców na bankietach.
- Jest szczęśliwym posiadaczem Beretty 92, włoskiego pistoletu, którego produkcję rozpoczęto w 1976 roku.
- Zapalczywy miłośnik literatury, muzyki i sztuki, zarówno ze świata czarodziejów, jak i mugoli. Najprawdopodobniej nawet z naciskiem na ten drugi. Mężczyźnie często zdarza się w rozmowie posłużyć jakimś błyskotliwym cytatem z ponadczasowego, przynajmniej jego zdaniem, dzieła. Często bada również tajniki historii, która podobnie do literatury pięknej stanowi dla niego ciekawą lekturę.  


Uroczyście przysięgam, że knuję... kolejny brutalny mord na śmierci wartej gnidzie.


Ostatnio zmieniony przez Matthias Le Chiffre dnia Pon Kwi 25, 2016 1:11 am, w całości zmieniany 3 razy
Zobacz profil autora
Jasmine Vane
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 15/02/2014
Liczba postów : 864
Skąd : Swansea, Walia

PisanieTemat: Re: Matthias Le Chiffre   Pon Lis 09, 2015 1:23 am

Pełnoprawna akceptacja, bardzo soczysta karta.


Co do tego odbitego zaklęcia o zielonym promieniu, to przyjmijmy, że to nie była Avada tylko jakiś inny urok ;)

_________________
 
You'll never find another love like mine
Someone who needs you like I do
You'll never see what you've found in me
You'll keep searching and searching your whole life through
Zobacz profil autora
 

Matthias Le Chiffre

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Strefa gracza
 :: 
Karta Postaci
 :: 
Dorośli Czarodzieje
-