IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, ... 10, 11, 12  Next
AutorWiadomość
Riaan van Vuuren
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 20/05/2015
Liczba postów : 411
Skąd : RPA

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 12:34 am

Okej, teraz zrobiło się tłoczno. Wystarczyło, że tylko otworzył gębę, a już nagle pojawiły się w jego pobliżu trzy osoby, których zupełnie nie znał i to jeszcze zanim Claire zdążyła mu odpowiedzieć. Najpierw Eklerkę, no i Riaana na doczepkę, zaczepiła pani Prefekt. I to nie byle jaka, bo Ślizgońska, co niezwykle zdziwiło Gryfona, więc jego odpowiedź brzmiała "cześć?" z akcentem na znak zapytania. Nie wiedział zupełnie kto to jest, więc nie mógł być świadom że Isabelle jest raczej przyjemną córą Domu Węża. Fakt ten, jak już zostało wspomniane, zbił go mocno z tropu. To samo zrobił pokaz siły w wykonaniu jakiegoś szerokiego blondwłosego dryblasa. Riaan był wysoki, prawda, ale ustępował Krukonowi pola o dobre pół głowy, nie mówiąc już o tym że ważył chyba dwa razy mniej od niego. Wielkolud był zbudowany, jakby miał przystępować do zapasów z nosorożcem, za to on lepiej poradziłby sobie z przeskoczeniem ciężkiego zwierzęcia.
Jak można się domyślić po dosyć speszonej reakcji chłopaka na te nagłe wybuchy czułości i atencję, Riaan nie przepadał za masą obcych ludzi z innych domów nagle się z nim spoufalających. Na domiar złego, do już pokaźnego grona dołączyła jeszcze jakaś dziewczyna w bordo sweterku. Jej również zdawkowo odpowiedział "cześć", aby od razu nerwowo podrapać się po ramionach. Mimo niezręczności jaką odczuwał postanowił jednak zabłysnąć Gryfońską odwagą w towarzystwie i odpowiedział na rzucone w pustkę pytanie bordo-sweterkowej.
- Zależy czy ktoś Ci podpadł. - zaiste zabłysnął inteligencją niczym spadająca gwiazda na nocnym niebie Highveld! Nie zważając na swoją mętną odpowiedź, wsłuchał się w to co ma mu do powiedzenia Eklerka, łapiąc się przy tym na niewiedzy. Bo pierwszy raz słyszał o tym, że Puchonka ma brata. Postanowił jednak nie dzielić się z nią tym odkryciem i związawszy ręce na klatce piersiowej, odpowiedział:
- Warto umieć się obronić, twój brat miał rację zmuszając cię do przyjścia tutaj. - uśmiechnął się do niej. - Zobaczysz, będzie fajnie. - Otwierające się drzwi Wielkiej Sali przerwały mu wypowiedź. Wnętrze było przystosowane do przeprowadzania pojedynków, co Riaan przyjął z ulgą. Nie chciał lądować tyłkiem na marmurowej posadzce. Dlaczego uważał, że zbierze łomot na tych zajęciach? To proste, jest tutaj najmłodszym i nie ważne jak wyrośnięty jest na piętnastolatka, magia to dziedzina podporządkowana wiedzy i doświadczeniu. Wszyscy tutaj zebrani przewyższali go w tych materiach co najmniej o rok. Idąc w ślad z Klarą zajął miejsce w kręgu krzeseł i wysłuchał aurorów wpatrując się w ich oczy. Nie zrozumiał tylko jednego. Dlaczego chcą znać ich pobudki, to chyba dosyć oczywiste. Kiedy Claire zaczęła się tłumaczyć, przeniósł swój wzrok na nią, a kiedy skończyła uznał, że teraz jego kolej.
- Riaan van Vuuren de Springbok. - przedstawił zebranym swoje poplątane nazwisko z właściwym dla siebie, śmiesznym, burskim akcentem. - Jestem tutaj, bo chcę umieć skutecznie obronić siebie i innych, szczególnie po tym co stało się w Ministerstwie Magii. Jeżeli wy nie potraficie nas obronić, to chyba czas wziąć w sprawy w swoje ręce. - No i walnął. Armata z Chutney normalnie. Czasem empatyczny niedorozwój naprawdę utrudniał życie, szczególnie kiedy mówi się szybciej niż myśli. Trochę nie wypadało krytykować ludzi w ich obecności. Albo wyrzucać im złośliwości prosto w twarz. Szkoda, tylko że ta refleksja naszła go w momencie, kiedy zamknął już usta. Dlatego postanowił zamknąć się na jakiś czas i pozwolić aurorom, aby dla jego dobra zapomnieli że w ogóle istnieje.
Zobacz profil autora
Isabelle Cromwell
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/09/2014
Liczba postów : 104
Skąd : Londyn, Anglia

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 11:55 am

Szczytem bezczelności było atakowanie kogoś, kto nawet nie spodziewał się natarcia ze strony wroga. Jak to jest, że w jednej chwili spokojnie witasz się ze znajomymi, a w drugiej ktoś urządza ci karuzelę? Isabelle była na takie zabawy stanowczo za stara! Nie zdążyła nawet pisnąć, gdy jej stopy oderwały się od podłoża. Dopiero, gdy została ponownie odstawiona na swoje miejsce, odgarnęła z oczu włosy, stając twarzą w twarz z oprawcą. To tyle z siania postrachu, skoro groźna reputacja została w mgnieniu oka zniwelowana przez krukońskiego wielkoluda. W zwykle chłodnym spojrzeniu Isabelle nie było jednak ani śladu złości, gdy spoglądała na złoczyńcę. Nie było jej tam, a może umiejętnie maskowała swoje uczucia? Chłopak zapewne będzie mógł się o tym niebawem przekonać na własnej skórze.
- Cześć, Ben – powiedziała, uśmiechając się nieco zbyt szeroko. Właśnie miała zamiar okrężną drogą zagrozić mu nieuchronną śmiercią, jednak ten plan został szybko porzucony ze względu na pojawienie się Taneshy. No proszę, kolejna, która śmiała ją skompromitować. Na całe szczęście Isabelle nie należała do osób, które z byle powodu się rumieniły i nie potrafiły dostatecznie kontrolować emocji. Wiedziała, że powinna zachować się tak, jakby ta sytuacja była na porządku dziennym. Zachowuj się normalnie, a pomyślą, że tak ma być.
- Nie unoś się tak, moja droga – zaczęła, naśladując ton co poniektórej panienki z dobrego domu, zwracającej się iście cukierkowo w stosunku do swoich przyjaciółek. – Przecież wiesz, że złość piękności szkodzi.
Ominęła przy tym część dotyczącą łamania regulaminu. Kto to widział! Co też Hanyasha sobie ubzdurała? Myśli, że mogła każdemu wszem i wobec ogłaszać, że Isabelle była nędznym prefektem? Przecież panienka Cromwell na każdym kroku pilnowała ładu i porządku, troszcząc się o niewinne dusze wszelakiej maści. Nikt, powtarzam, zupełnie nikt nie był przez nią faworyzowany. Nigdy.
- Przepraszam, ale zrobiłam to z myślą o tobie. Uznałam, że musisz zacząć się hartować, w końcu nadciąga zima – dodała, kładąc na chwilę dłonie na ramionach Taneshy i posyłając jej ciepły uśmiech. Po chwili jednak znów się od niej odsunęła, stając pomiędzy nią a Benem, gdy starsza koleżanka zdecydowała się przywitać z pozostałym towarzystwem. Usłyszała ślizgońskie cześc, jednak – ku zdziwieniu Izzy – panienka Annesley zupełnie to zignorowała. Nim jednak pani prefekt zdążyła zwrócić niesfornej Puchonce uwagę, jej uszu dobiegł przeraźliwy krzyk dzikiej harpii.
- Chyba ktoś zapomniał dzisiaj zażyć eliksir na uspokojenie – szepnęła konspiracyjnie, nachylając się w stronę Hanyashy. Dzika bestia z domu Salazara Slytherina jednak prędko odeszła w zapomnienie, gdy w końcu drzwi do Wielkiej Sali zostały otwarte. Isabelle momentalnie złapała zarówno Bena, jak i Tan za nadgarstki, ciągnąc ich ze sobą do środka. Chyba nie myśleli, że tak prędko jej uciekną?
Wszyscy pozajmowali miejsca, wysłuchując słów aurorów, po czym kolejno każdy z osobna zaczął się przedstawiać. Zdaniem Ślizgonki, zdecydowana większość zapisała się na zajęcia z myślą o nauczeniu się czegoś nowego, czy doszlifowaniu własnych umiejętności. Wolałaby od razu przejść do konkretów, pomijając zagłębiania się w pobudki innych, lecz mus to mus. Riaan postanowił powiedzieć to, o czym niejednokrotnie sama pomyślała – nikt nie był w stanie ich obronić, więc musieli wziąć sprawy w swoje ręce. Nie mogli się jednak równać umiejętnościami z najlepszymi, ani spoczywać na laurach, a z takich okazji nie warto było nie skorzystać.
- Isabelle Cromwell – zaczęła zaraz po chłopaku, chcąc mieć przedstawianie się z głowy. – Jestem tu chyba z tego samego powodu, co większość. Chcę się poduczyć i poćwiczyć, żeby w razie konieczności móc się lepiej obronić. Ostatnią rzeczą, jaką bym chciała, to stać bezczynnie i przyglądać się, jak giną moi przyjaciele - powiedziała stanowczo, przypominając sobie zajęcia nauki patronusa, na których niegdyś padły podobne słowa.
Zobacz profil autora
Gabriel Rifflesione
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 12/02/2015
Liczba postów : 71
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 2:53 pm

Atmosfera była ekscentryczna. Ludzie, z początku cisi, teraz głośni i rozwaleni po całym pomieszczeniu. Z Wielkiej Sali usunięto cztery stoły, przy których zasiadali niegdyś przedstawiciele czterech domów. Pewne było, że wrócą na swoje miejsce jeszcze przed uroczystą ucztą.
Przybycie Rosalie Rabe oszołomiło chłopaka. Nie mógł uwierzyć własnym oczom… Idąca przed nim dziewczyna nie przypominała tej dawnej Rose. Rose, którą znał chłopak. Minął krótki, a jednak długi miesiąc bez rozmowy, a teraz… teraz nie wiedział, co powiedzieć. Do jego głowy uderzyły wszystkie wspomnienia – wycieczka do Zakazanego Lasu, szkolny bal i atak dementorów. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Czy coś czuł? Czy nadal ją kochał? Czy kiedykolwiek żywił do niej głębsze uczucie? Nie wiedział, co zawładnęło jego ciałem. Zresztą, czy miało to jakieś znaczenie…
Jak się za chwilę okazało, wielkie. Nim się obejrzał, otrzymał siarczysty cios w policzek. Już miał unieść dłoń, oddać sprawcy całego wypadku, gdy ujrzał jej oczy. Lazurowe tęczówki, panujące w nich ogniki szaleństwa. Stała przed nim. W pełnej okazałości… Wściekła panienka Rabe. Unosiła dłoń po raz kolejny. Złapał ją za nadgarstek, uniemożliwiając jej wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
- Witaj, Rosalie Rabe – jego głos wydał się dziwnie zachrypnięty, ostrzejszy i groźniejszy. Nie odzywał się dość długo, unikał kontaktów z rówieśnikami. Jednak tego nie zdołał uniknąć… Wiedział, że teraz z tego nie wybrnie.
Zebrani uczniowie gapili się na wrzeszczącą dziewczynę. Pięknie, jeszcze to potrzebne mu do szczęścia!
Pociągnął chuderlawą blondynkę w ciemny kąt. – I tak nie zrozumiesz. Nie wiem, co mną kierowało. – odpowiedział. – Musiałem to zrobić. Zresztą, nie tutaj – pokręcił lekko głową. Następnie zniżył ton głosu, zaciskając zęby. – I ogarnij się – urwał, oglądając wstającą z miejsca aurorkę. – Ludzie lubią plotkować. – obrzucając ją krótkim, znaczącym spojrzeniem, wrócił do zgrupowania.
- Reveline – przedstawił się nazwiskiem. Bez zbędnych ceregieli, nie męczył się jak tamta zalatana Puchonka. Bo po co? Chciał się nauczyć czegokolwiek. Przydatnego. Szkoła tego nie oferowała. Nie oferowała n i c z e g o. Zajęcia dodatkowe to dobra rzecz. Szczególnie w tych czasach. Czasach mrocznych i niebezpiecznych. Dla każdego. Ucznia, Aurora, nawet śmierciożercy. Mroczne znaki, ostatnie wydarzenia… Wszystko wskazywało na wojnę. Zbliżała się, z początku, małymi krokami, nabierając na sile. Teraz, kiedy panował chaos, gdy nawet Hogwart nie był bezpieczny, musieli zachować najwyższą czujność. I pomyśleć, że w to wszystko musiał być wplątany jego ojciec. Słyszał o wypalonej ranie, o pobycie w Azkabanie. Zaczął łączyć fakty. Książki o czarnej magii, wpajanie mu, że pogłębianie tej dziedziny jest dobre. Krukonowi wydawało się, że Cathalystowi nie można zarzucić niczego… Teraz szczerze w to wątpił. Och, jaka szkoda, że nie usłyszał wszystkiego, że nie poznał całej prawdy! Że nigdy jej nie usłyszy…
W jego głowie panowała burza. Ułożył nawet krótki łańcuszek… Ojciec. Matka. Dziadek. Rosalie Rabe. Czarna Magia. Ciało chłopaka.
Magiczna Samoobrona.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 832
Skąd : obrzeża Oban, Szkocja

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 6:10 pm

Ataki znienacka tego typu, którego miała okazję doświadczyć Isabelle, zdecydowanie nie należały do stałego repertuaru zachowań Krukona. Raczej wycofany, oszczędny w gestykulacji i z dużą dozą instynktu samozachowawczego nie wyrywał się do interakcji, do robienia drobnych złośliwości czy najzwyczajniej w świecie, siary. Przynajmniej taki front zwykle pokazywał światu, żyjąc w przekonaniu, że lepiej kreować się na stoicko spokojną, nieco statyczną jednostkę, z którą można konkretnie i logicznie porozmawiać – nic szałowego, nic co by się wyróżniało, a jednocześnie wzbudzało poczucie zaufania i braku osądu. Jednak przy ludziach, którym nadał specjalne znaczenie... Och, tu sprawa miała się zupełnie inaczej. Przy nich mniej lub bardziej odpuszczał masce wstrzemięźliwości, co niekoniecznie musiało się podobać – Ben jakoś wątpił, że Izzy będzie zachwycona nieoczekiwaną karuzelą, ale. Została przystemplowaną i zatwierdzoną młodszą siostrą, a z tym wiązały się pewne obowiązki, jak choćby właśnie znoszenie braterskich czułości.
Uśmiech (nieco zbyt szeroki), którym panna Cromwell obdarzyła Wattsa po odstawieniu na ziemię, przekazywał spostrzegawczemu chłopakowi dokładnie jedną rzecz: miej się na baczności i pilnuj głowy. Pojawienie się kolejnej Ślizgonki, bezceremonialnie dźgającej palcem w krukoński bok oraz domagającej się zwrotu Isabelle sprawił, że pan prefekt jedynie przekrzywił nieco głowę, obrzucając pannę nieznajomą spojrzeniem mówiącym o jednoczesnym zaciekawieniu i ostrożności. Z naciskiem na to drugie, bo choć Ben generalnie lubił dom Salazara za kultywowane w nim wartości, to jednak zdążył się nauczyć, że sprawy różnie się miewały z zielonymi wychowankami. I nie, absolutnie nie przyszła mu w tym momencie do głowy Porunn wciąż czyhająca na jego głowę, kończyny, czy inne zabawne części ciała, które jednak wolałby zachować. Spojrzenie panienki Hanyashy odsunęło na razie wattsową ochotę o spytanie, kim właściwie była – Szkot po prostu odetchnął krótko, przysłuchując się wymianie zdań między ślizgońskimi dziewczętami. Przynajmniej na tej podstawie łatwo określić, w jakich stosunkach są dwie osoby.
Wrzask, nagła wrzawa i towarzyszący jej dźwięk wymierzonego „plaskacza” zwrócił uwagę Krukona, który z nieco komiczną prędkością obrócił głowę w kierunku źródła tego wszystkiego, gotów rozpędzać towarzystwo robiące raban.
- Jak „ktoś” nie przestanie się pruć jak stare prześcieradło, polecę mu po punktach – mruknął, słysząc komentarz Isabelle. Nie zdążył się nawet gniewnie zmarszczyć, gdy wspomniana panna pewnie chwyciła go za nadgarstek wciągając do wnętrza Wielkiej Sali podobnie jak i drugą Ślizgonkę. Zaskoczenie, które przyszło w pierwszej chwili, szybko zmieniło się w specyficzny, przyjemny rodzaj ciepła, dający znać hej, chyba jesteś dla kogoś chociaż troszkę ważny. Wcale a wcale nie przylepiło to krótkiego, ledwo widocznego uśmiechu na twarz Bena.
Aurorzy prowadzący zajęcia zdawali się tworzyć dziwaczną, zupełnie niedobraną parę – otwarta, nieskrępowana obecnością tutaj panna Milloti oraz nieco apatyczny pan „połknąłem-kijek-Dunbar”. Ten drugi wolałby być w tym momencie zupełnie gdzie indziej, dyskomfort i swego rodzaju tumiwisizm emanujący z jego sylwetki stawał się niemal namacalny, niekoniecznie pozytywnie nastrajając na samym wstępie. No ale, Krukon akurat nie należał do tej grupy osób, które skreślały tylko i wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia. W trakcie sprawdzania listy obecności, wciął się po prostu w chwilę ciszy, nie mając ochoty czekać do samego końca – nie miało to najmniejszego sensu.
- Watts, Ben. Powód - ćwiczeń nigdy nie jest zbyt wiele.
Splótł ręce na klatce piersiowej, mimowolnie szurając butem o posadzkę.

_________________



I'm the ocean, I'm the sea
                       there is a storm inside of me



Zobacz profil autora
Mistrzynie Ohydki
Data przyłączenia : 26/11/2014
Liczba postów : 103
Skąd : Przyczepa za miastem

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 7:03 pm

Mordki, niniejszym przesuwam deadline do 4:44 :) Odpisujcie spokojnie, a jutro rano wypatrujcie postów kochanych Aurorów :)

_________________
Zobacz profil autora
Rosalie Rabe
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 21/02/2015
Liczba postów : 549
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 7:29 pm

Nigdy nie żywiła głębszych uczuć do chłopaka i wiedziała, że Gabriel doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nigdy nie okazała mu, że zależy jej na nim jako na kimś więcej - widziała w Krukonie jedynie źródło różnych korzyści, które wieńczyły osobistość Cathalysta. Błędem było całowanie Rifflesione na balu, błędem była chęć wywołania w Benjaminie ukłucia zazdrości - czasu jednak nijak nie dało się cofnąć, a Rose nie ma w zwyczaju wylewania łez nad rozlanym, w dodatku zepsutym mlekiem. W tym momencie, na tym poziomie, nie potrzebowała ani Gabriela ani jego ojca, nie widziała więc powodów, dla których miałaby ciągnąć tą znajomość; gniew, który na moment zapanował nad blondynką wynikał tylko i wyłącznie z irytacji i utrudnień, jakie napotkały ją po jego zniknięciu. Troska czy tęsknota nie przewinęły się między uczuciami Rabe nawet przez sekundę, nawet śmignięciem. Krótko i zwięźle, generalnie Rose miała go gdzieś.
Gdy śmiał złapać za ten kruchy nadgarstek, złość wybuchnęła w niej podwójnie, sprawiając, że rumieńce na policzkach z koloru wschodzącego słońca przeistoczyły się w żywy, palący lico ogień. Owszem, usłyszała zmianę w jego głosie, ale chyba nie sądził, że to będzie miało jakikolwiek oddźwięk w jej odczuciach; jeśli sądził, że ta niezaprzeczalna zmiana w jakiś sposób wystraszy Ślizgonkę, to był w wielkim błędzie. Nie będzie się płaszczyć przed nikim, zwłaszcza przed chłoptasiem który myślał, że po miesiącu robienia bóg wie czego pozjadał wszelkie rozumy. Trzeba widocznie go z tej niejasności wyprowadzić i postara się to zrobić jak najprędzej to będzie możliwe.
Gdy siłą zaciągnął ją do kąta (no tak, nic nie poradzi na fakt, że jej kości łamią się przy najbłahszej okazji i siły ma tyle, co umierający chomik) wybuchnęła cichym śmiechem, zdecydowanie niezaliczalnym do tych pokroju sympatycznych.
- Mam głęboko w poważaniu co robiłeś, Rifflesione. Nie wchodź mi w paradę, bo pożałujesz - na ostatnie słowa jej twarz stężała; wykorzystując fakt, że znajdowali się w cieniu a uczniowie zajęci byli wchodzeniem do Wielkiej Sali, w mgnieniu oka podsunęła koniec różdżki gdzieś między wystające nieco żebra i wycedziła przez zaciśnięte zęby: - nie próbuj mi, szczylu, rozkazywać. Jesteś nikim, i nikim pozostaniesz.
Zarzuciła włosami i pewnym krokiem wkroczyła do otwartego już pomieszczenia, zupełnie nie zwracając uwagi na wytykających ją palcami uczniów. Takie rzeczy się zdarzały, po prostu, a plotki to ostatnia rzecz jaka mogła zaprzątać jej w tym momencie umysł.
Zajęła miejsce gdzieś samotnie, skinąwszy jedynie głową do Jasmine Vane. Siedziała z jakimś nieznanym blondynce chłopakiem, więc nie wchodziła im w paradę. Większość zgromadzonych była jej kompletnie obca, co najwyżej kojarzyła z innych zajęć czy przesiadywania w bibliotece. Samotność nie przeszkadzała jej zupełnie, a nawet pomagała w skupieniu - nie będzie więc na siłę tworzyć nowych przyjaźni. Po co.
- Rabe Rosalie. Chcę zostać Aurorem. - czy czymś tego pokroju, na przykład ich zabójcą, dopowiedziała sobie w myślach, obdarzając ich nową panią opiekun bladym uśmiechem. Jestem to jestem, na chuj drążyć temat. Rozprostowała kolana, nie wsłuchując się zbytnio w wyznania innych w Sali. Wiedziała, że Jasmine radzi sobie z zaklęciach naprawdę dobrze, zastanawiało ją więc, czy reszta również będzie tak wymagająca, jak to by była jej ślizgońska koleżanka. Westchnęła przeciągle, pogardliwym spojrzeniem jeszcze mierząc Severusa i czekała, aż wreszcie podzieje się coś ciekawego.
Zobacz profil autora
Gwendolyn Scrimgeour
avatar
Motomysza z Ravenclawu
Data przyłączenia : 26/08/2014
Liczba postów : 400
Skąd : Szkocja

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Czw Paź 22, 2015 11:15 pm

/sorki za jakość-długość-treść posta, ale chcę się pojawić, mimo wyczerpania materiału... życiem/

Blondwłosa Afrodyta, odziana w typowy dla siedemnastoletnich uwodzicielek workowaty sweter, przekroczyła próg Wielkiej Sali w stylu pretendującym do miana najzgrabniejszego z najzgrabniejszych. Pełna gracji i kokieteryjnej zwinności, zupełnie zignorowawszy wszelakiej maści prognostyki traktujące o współtowarzyszach niedoli, w pośpiechu wbiegła do pomieszczenia, przypadkiem przydeptując jedną z frywolnie zwisających, rzecz jasna niezawiązanych, sznurówek własnych tenisówek. Wylądowanie na czterech łapach było w tymże wypadku jedynie kwestią czasu, choć widowiskowy wślizg na kolanach, którego nie powstydziliby się zawodowi gracze znamiennych, europejskich klubów piłkarskich, niezamierzenie mógł spokojnie wojować o tytuł epickiego. W każdym razie, kółko wzajemnej adoracji, zwane również stowarzyszeniem anonimowych alkoholików, zaszczyciła własną obecnością ledwo-bo-ledwo-acz-o-czasie i na klęczkach. Tuż przy prawej stopie samczego przedstawiciela pionu aurorskiego.- Gwendolyn Scrimgeour stawia się na wezwanie.- Wydukała, wyciągnąwszy z ust nadgryzionego w biegu bajgla i pośpiesznie przeżuwając dziabnięty zawczasu kęs, wyszczerzyła się do prowadzącego kurs. Niespecjalnie zafrasowana faktem, iż tego rodzaju występki mogą przyczynić się do złej sławy nazwiska naczelnego lwa Ministerstwa Magii, z przyspawanym do lica łobuzerskim uśmieszkiem, niewiasta podparła obie dłonie na udach, flegmatycznie unosząc się do pionu. Teatralnie otrzepawszy poła swetra, który szczerze powiedziawszy większych szans na zabrudzenie nie posiadał, błyskawicznie przebiegła spojrzeniem po kręgu i guzdralskim tempem zajęła najbliższe z wolnych miejsc. A ponieważ komunikat o wygłoszeniu mowy motywacyjnej ominął jej filigranowe uszka szerokim łukiem, więcej, aniżeli dotychczas, wypowiadać się nie miała zamiaru, z błogością decydując się na zapychanie ust świeżutkim bajglem.

_________________

Gwen Scrimgeour
Armageddon was yesterday, today we have a serious problem.

Zobacz profil autora
Tanesha Hanyasha
avatar
Uczeń Slytherinu
Data przyłączenia : 17/07/2014
Liczba postów : 89
Skąd : Londyn

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Pią Paź 23, 2015 12:57 am

/ewentualne błędy zedytuję poźniej - umieram ze zmęczenia/
Tan rościła sobie solidne prawa do upokarzania Isabelle, robienia z niej nieporadnej buły i generalnie oznaczaniu jej jako swojej własności wszelkim obściskiwaniem, uwagami czy też naruszeniem czyjejś nietykalności cielesnej ze znamionami gróźb karalnych, jak miało to miejsce w wypadku Bena. Wbrew pozorom potrafiła być całkiem sympatyczną mieszkanką Domu Węża, jednak pozostawianie obcych w niepewności weszło jej w krew już na dobre. Zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Sprawienie wrażenia potencjalnej wredoty z solidnym znakiem zapytania było jak tarcza ochronna i zapewniało spokój ducha tej specyficznej samcofobiczce.
- Bez powietrznego buziaczka takie przeprosiny się nie liczą, Cromwell - odpowiedziała jej w podobnym tonie, ściągając ramiona do tyłu i nieco w dół oraz unosząc podbródek. Panny Hanyasha i Cromwell mają zaszczyt przedstawić typowe zachowanie panien wysoko srających. Wstęp darmo.
Nie wiedziała kim czy też może czym były te niewinne dusze, o które Isabelle tak rzekomo dbała, ale obstawiała co najwyżej ryjówki świętej pamięci, zjedzone przez Henryka w tym sezonie. Całe stado perlistych zjawek skaczących po ich meblach i suficie, które Iz dokarmiała metafizycznym serem. Tak, z pewnością tak to wyglądało. A biedne fotele w Pokoju Wspólnym skrzypiały żałośnie pod naporem pierwszoroczniaków, kłócących się o nie niczym kury o najlepszą grzendę. Tego jednak Pani Prefekt już nie upilnowała, mimo, że Tan zrzędziła o tym nagminnie wieczorami, gestykulując z gracją paralityka, by przypominać woźnego i obrzydzeniem zmusić Ślizgonkę do działania.
-  Moja droga Iz. Węże są zmiennocieplne, czy ty to ogarniasz? Nieważne, dawaj skrzydło - nie czekając na reakcję złapała przyjaciółkę pod ramię stając bliżej i napierając na nią bokiem. Drugie ramię energicznie potarła.
- Dobre pytanie - kiwnęła z uznaniem uśmiechając się lekko na słowa Riaana, który jako jedyny podjął się odpowiedzi na specyficzny żart dziewczyny - Okaże się na zajęciach.
Wzdrygnęła się po chwili, reagując równie sporym zaskoczeniem co reszta. Za jej plecami rozegrały się iście dantyjskie sceny. W rolach głównych - jakiś Krukon, jego obita z liścia twarz i niezrównoważona psychicznie Ślizgonka, którą Tanesha widziała na lekcji wróżbiarstwa. Myślała wtedy, że Rabe popłynęła razem z resztą uczniów, upojona nielegalnymi aromatami... ale wyglądało na to, że było to zachowanie wpisane w jej charakter.
- A podobno to ja jestem agresywna... - brwi Hanyashy zjechały się po środku czoła. Gdyby nie dobre geny i zaklęcia, z pewnością miałaby między nimi już solidną bruzdę. - Jak tak można? Przecież to wypada wpierw poprzedzić jakąś groźbą karalną, a nie tak z nienacka, bez kultury... - szybki przegląd twarzoczaszek kilku najbliższych osób tylko utwierdził ją w przekonaniu, że oni również nie wyrabiali sobie najlepszego zdania na temat Ślizgonki.
Drzwi Wielkiej Sali otworzyły się, a w ich progu pojawiła się jedna z prowadzących. Kobieta wygląda na sympatyczną i bardzo energiczną. Znacznie bardziej od jej towarzysza, którego sylwetka zamajaczyła Ślizgonce gdzieś w głębi pomieszczenia. Wtem poczuła solidne szarpnięcie za nadgarstek i pozwoliła się poprowadzić Pani Prefekt do środka. Miejsce spotkania było solidne przygotowane, szczerze mówiąc.
- Gdzie nas bestio wleczesz? - szepnęła przejętym głosem patrząc na Iz, która zdawała się być nieźle podekscytowana. Duże ilości naraz materaców. Kość ogonowa mogła odetchnąć, nie czekało ją bliższe spotkanie  z posadzką. Zajęły wolne miejsca, zaciekawione szerszym opisem zajęć.
Przedstawianie się szło nader płynnie, nikt nie wchodził nikomu w słowo mimo braku ustalonej kolejności. Hanyasha wyczekiwała odpowiedniego momentu, by wtrącić swoje trzy grosze i mieć już to za sobą, jednak nie miało to nastąpić tak szybko jakby sobie tego życzyła. Słysząc wypowiedź przyjaciółki, ponownie chwyciła ją pod ramię po części w geście solidarności a po części z kolejnego telepnięcia zimnem.
Po odpowiedzi blondynki, która wydała się Taneshy nader dziwna - chociaż po tym co widziała na korytarzu, spodziewała się już niemal wszystkiego po osobie Rose - nadszedł czas na kolejny punkt programu. Do sali zawitała kolejna blondynka, z gracją baleriny oddała się w ramiona bogini Posadzki, bliskiej krewnej Gaii, by widowiskowym ślizgiem niemalże ucałować obuwie Aurora. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że to kolejna dziewczyna z wróżbiarstwa, z którą dzieliła stolik. Cokolwiek Xandria rozpylała po swoim oplecionym szyfonami przybytku, najwyraźniej wprowadzało trwałe zmiany w psychice. Jakimś cudem ona była na nie widocznie odporna. Albo zwyczajnie nie mogła przekroczyć poziomu bycia psychiczną, na jakim się aktualnie znajdowała.
- Tanesha Hanyasha - wtrąciła, korzystając z chwili ciszy jaka nastąpiła po wystąpieniu Gwen - Przyszłam bo wiem, że ewentualni wrogowie rozliczą mnie z praktyki a nie książkowych formułek. Poza tym ćwiczenia poprawiają refleks, a bez niego to nawet najsilniejsze zaklęcie można sobie wsadzić... głęboko.

_________________
Zobacz profil autora
Mairead Haldane
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 14/10/2015
Liczba postów : 10
Skąd : Perth, Szkocja

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Pią Paź 23, 2015 1:25 am

Kurs samoobrony, kurs samoobrony, kurs... Tych kilka słów Mairead powtarzała w myślach przez całe przedpołudnie niczym mantrę. Czy myła zęby, czy jadła śniadanie, czy przemierzała długie korytarze Hogwartu - kurs magicznej samoobrony towarzyszył jej na każdym kroku. A trzeba przyznać, że dzień dłużył jej się niemiłosiernie. Zwłaszcza, że nie spędzała go w żaden produktywny sposób. Kierowana filozofią, że zaczynanie zajęć, które za chwilę będzie zmuszona przerwać, zupełnie mija się z celem, snuła się po pokoju wspólnym Gryffonów niczym zmora po bagnach. Co gdzieś usiadła, zaraz wstawała i przechodziła w inny kąt, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Podekscytowanie narastało w niej w zastraszającym tempie, wprost nieproporcjonalnie do leniwie płynącego czasu. Dla obserwujących ją osób, było oczywiste, że wybiła godzina, kiedy nadeszło od dawna wyczekiwane przez dziewczynę wydarzenie. Tymczasem ona sama do wczoraj nie miała bladego pojęcia o jego istnieniu. Nie wiedziała nic o zapisach, liście chętnych, prowadzących, o genezie, ani celu tegoż przedsięwzięcia. W swoim codziennym zabieganiu i roztargnieniu przegapiła wszelkie wzmianki o tym, jakoby w szkole miał odbyć się takowy kurs. I żyłaby w swej błogiej nieświadomości do tej pory, gdyby pewne urocze fatum, zwane przez niektórych fortuną, nie ulitowało się nad jej biednym, nieogarniętym łebkiem i nie postanowiło jej jak zwykle trochę pomóc. I tak oto, za sprawą tajemniczej mocy, jeden z uczestników kursu zrezygnował, zwalniając miejsce, na które Mairead szybko się wślizgnęła. Nadal jednak nie wiedziała, co ją czeka i właśnie dlatego miotało nią tyle emocji.
W końcu, zrezygnowana, postanowiła zająć umysł lekturą pierwszej lepszej książki, która wpadła jej w ręce. Czynność ta, mimo że początkowo wykonywana bez jakiegokolwiek zrozumienia, skutecznie zajęła jej czas. I to aż za dobrze. Nim się obejrzała, leżała na kanapie, pochłonięta wartką akcją podręcznika do zaklęć, zupełnie nie pamiętając o popołudniowych zobowiązaniach. Dopiero bicie zegara na wpół do czwartej, przypomniało jej o kursie.
Zerwała się z kanapy z prędkością godną błyskawicy i, łapiąc w locie buty, wybiegła z pokoju wspólnego tak, jak stała. A raczej, jak leżała. W wygniecionym swetrze, powyciąganej koszuli i tylko jednej skarpetce. Medal dla niej za założenie kapci w biegu i prześcignięcie Strusia Pędziwiatra.
Chwilę później wpadła do wielkiej sali niczym huragan i tylko cudem (o dzięki ci, zacna fortuno) nie zabiła się o klęczącą Gwen, w ostatniej chwili przeskakując nad jej nogami i ze smrodem palonej podeszwy, wyhamowując przed ustawionymi krzesłami. Żyła. Była. W jednym kawałku. A do tego nie spóźniła się jako jedyna. Odsapnęła chwilę, czekając na swoją kolej, po czym wydukała:
-Maisie... To jest... Mairead Haldane. W zastępstwie... Za Adama Morgana – przedstawiła się, wciąż z trudem łapiąc oddech. -Dzień dobry -dodała na koniec wypowiedzi z bezpretensjonalnym, przepraszającym uśmiechem, przypomniawszy sobie o zasadach dobrego wychowania, po czym złapała najbliżej stojące krzesło i posadziła na nim swoje zacne cztery litery.
Zobacz profil autora
Joshua Dunbar
avatar
Auror
Data przyłączenia : 24/08/2015
Liczba postów : 25
Skąd : Winchester, Anglia

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Pią Paź 23, 2015 2:57 pm

Puchonka? Joshua nawet w najśmielszych snach nie spodziewał się takiej wyrywności wśród reprezentantów swojego byłego domu, a oto niejaka Claire zaczęła biadolić coś o odważnych zaklęciach, dobrze, że przynajmniej nie okazywała zbyt dużej pewności siebie, bo Auror byłby gotowy pomyśleć, że do akt wdarł mu się jakiś błąd. Jako współprowadzący zapewne powinien był dodać jej otuchy, ale nie miał na to wielkiej ochoty, zwłaszcza, że znając Pheebs, Annesley za chwilę zostanie zasypana lawiną miłych słów.  
W kontraście do puchonki, niejaki panicz van Vuuren de sprinbrok natomiast zachował się zupełnie tak jak przystało na ucznia jego domu. Wielcy gryfońscy obrońcy niewinnych i słabszych, bohaterowie z niewyparzonym językiem i skłonnością do czynów autodestruktywnych. Dunbar nie mógł przejść obojętnie obok jego odpowiedzi, dlatego przerwał  na chwilę proces integracji.
- O ile z chęcią usłyszałbym pańską zapewne rzetelną i popartą wieloma faktami opinię o pracy Biura Aurorów, o tyle muszę wszystkich rozczarować, bowiem nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję na temat ataku na Ministerstwo Magii, aczkolwiek oczywiście podziwiam iście gryfońską determinację panie van Vuuren - odparł na zarzuty piętnastolatka, a może raczej niewdzięcznego gnojka, który jak 99% społeczeństwa dostrzega tylko potknięcia Biura Aurorów, miast zastanowić się nad tym dlaczego Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nie przejął jeszcze jak dotąd władzy nad Wielką Brytanią.
Następna w kolejce okazała się być jedna z wielu Ślizgonek zgromadzonych tego popołudnia w Wielkiej Sali - panienka Isabelle "kolejna naiwna" Cromwell, bowiem usłyszawszy jej słowa o śmierci swoich przyjaciół, Joshua miał ochotę powiedzieć jej wprost, że jeśli czarnoksiężnik zechce zamordować szesnastolatkę najzwyczajniej w świecie po prostu to zrobi, ale w gruncie rzeczy nie przyszedł tutaj po to by odbierać im resztki nadziei, czyż nie? Dlatego przemilczał jej wypowiedź kiwnąwszy jedynie głową na znak aprobaty.  
Kilka sekund później, usłyszawszy zdawkową odpowiedź niejakiego Gabriela Revelline, Joshua przewrócił oczami  z niedowierzaniem i odchrząknąwszy zabrał głos:
- A oto  i pierwsza rada której wam dziś udzielę, jeśli ten drugi nie potrafi o sobie zbyt wiele opowiedzieć nie możecie być pewni, że nie chce was zabić...  - oznajmił Auror drapiąc się leniwie po szczęce i rzucił okiem na listę obecności  - Dlatego... Gabrielu z łaski swojej zdejmij ten kaptur z głowy, sam rozumiesz zboczenie zawodowe, i odpowiedz nam na zadane pytanie, w innym wypadu będę zmuszony Cię wyprosić - wyjaśnił spokojnym głosem - Proszę wziąć przykład z Pana Wattsa - dodał komentując odpowiedź wielkoluda z Ravenclawu, którym Stary Dunbar zapewne byłby zachwycony. Potomek idealny dla tak znamienitego łowcy czarnoksiężników.  
Gdy głos zabrała wychudzona i blada jak trup Ślizgonka, Joshua zlustrował wzrokiem jej nikłą posturę.
-Miło mi to słyszeć, myślę, że dzisiejsze zajęcia bez wątpienia przypadną panience do gustu- skłamał z uprzejmym uśmiechem na twarzy, choć tak naprawdę nie życzył jej tego parszywego losu jaki sama pragnęła sobie zgotować. Gdy do końca listy zostało jeszcze sześć nazwisk a Joshua delektował się względną ciszą panującą pomiędzy wypowiedziami zgromadzonych uczniów, do Wielkiej Sali wpadł blond, a tuż za nim rudy pocisk na widok których Dunbar miał ochotę rzucić zaklęciem tarczy - czego rzecz jasna w ostatecznym rozrachunku nie uczynił i czego rzecz jasna wzdrygnąwszy się gdy owe pociski wylądowały niebezpiecznie blisko jego krzesła, niewyobrażalnie żałował. Czy wszechświatowi nie wystarczyło zesłanie mu Milloti? Czym zasłużył sobie na kolejną partię, głośnych niezdar opychających się w dodatku aromatycznym bajglem, na myśl o którym Joshui aż coś przekręciło się w trzewiach?
-Następnym razem proszę o punktualność, pani brat nie byłby dumny z tego zajścia- powiedział krótko z nieco skwaszoną miną, gdyż jakoś tak się złożyło, że nie przepadał za widokiem nacierających na niego kobiet. - Zajmijcie miejsca i opowiedzcie co skłoniło was do zapisania się na kurs - dodał nieco chłodniejszym niż dotychczas tonem.
Tanesha Hanyasha - kolejna ślizgonka wspomniała coś o umiejętnościach praktycznych i refleksie, czyli innymi słowy dołączyła do całkiem sporej, bo liczącej 11 osób grupy uczniów, których odpowiedzi nie satysfakcjonowały Joshui.  W każdym razie mężczyzna odhaczył z zadowoleniem jeden z punktów programu i już miał brać się za teoretyczne wprowadzenie gdy małe, pohukujące irytująco ptaszysko pokrzyżowało wszystkie jego plany zrzucając mu na głowę rulonik papieru.
-Wybaczcie - powiedział westchnąwszy ciężko i na odwrocie pergaminu nabazgrał błyskawicznie odpowiedź, po czym przytroczył go do nóżki małej sowy.
-No dobrze, na początek mam wam do przekazania kilka słów od siebie i chciałbym zrobić to zanim znów ktoś nam przerwie, posłuchajcie mnie zatem uważne - odezwał się po kilku chwilach Joshua - Otóż zebraliśmy się tutaj nie tylko po to by ćwiczyć rzucanie zaklęć, to możecie robić w dormitoriach i na lekcjach. Na tym kursie nauczycie się bronić, co pewnie zasmuci niektóre osoby,  niestety nie jest tożsame ze znajomością wielu potężnych, odważnych zaklęć. Owszem, doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że wielu z was brało udział w czarodziejskich pojedynkach i, że pewnie nawet duża część owe pojedynki wygrała, jednakże, co nie powinno was oczywiście dziwić, rzeczywistość nie jest tak sprawiedliwa jakby wasze naiwne, nastoletnie móżdżki tego chciały. Nie chcę oczywiście sugerować, że za murami Hogwartu na każdym kroku czyha na was niebezpieczeństwo, bo tak rzecz jasna nie jest, nawet pomimo grozy budzonej przez Sami-Wiecie-Kogo, to co chcę jednak zasugerować to fakt, że wasi wrogowie nie ukłonią się uprzejmie przed rzuceniem zaklęcia, najpewniej niewybaczalnego, Czarnoksiężnicy wykorzystają każdą przewagę którą będą posiadali by zadać wam cios i będzie lepiej dla was jeśli o tym nie zapomnicie. Jako, że w dużej mierze pewnie nie macie pojęcia czym jest prawdziwa walka, w waszym przypadku podstawowym sposobem obrony przed uszczerbkiem na zdrowiu jest unikanie starć w których tego uszczerbku na zdrowiu doznać moglibyście, za czym kryje się naturalnie  rozsądek i ostrożność, których to z kolei przejawem praktycznym jest znajomość podstawowych zaklęć defensywnych takich jak Expeliarmus  czy protego oraz jego bardziej zaawansowane formy jak protego socii, protego horribilis, oraz contrprotego które z pewnością zdążyliście poznać i które to na dzisiejszych zajęciach udoskonalimy- wyjaśnił monotonnym głosem Auror - Dlatego wstańcie z miejsc, za chwilę podzielicie się w pary w których wykonacie proste ćwiczenie polegające na próbie rozbrojenia przeciwnika. Ale zanim do tego dojdziemy potrzebuje dwóch osób do prezentacji - rzekł zawiesiwszy spojrzenie na jedynej puchonce w towarzystwie i wielkim krukonie - Panienka Annesley i pan Watts- rzucił krótko i machnął różdżką pozbywając się wszystkich krzeseł - Spróbujcie się rozbroić, a reszta niech znajdzie sobie miejsce i wykona to samo ćwiczenie zaraz po nich - polecił a sam odsunął się w bok maskując ziewnięcie przed zajętymi uczniami a na widok Pheebs, która zapewne była w stanie to dostrzec, wzruszył ramionami.
W ostateczności coś tam jednak im powiedział, może trochę postraszył, ale taka jest prawda, jakie niby mieli szanse w walce ze śmierciożercami? Lepiej od razu nastawić ich na unikanie walki niż zaszczepiać mylne poczucie siły, które zostanie brutalnie zweryfikowane przy najbliższym spotkaniu z siłami czarnego Pana i zakończy się niczym innym a przedwczesną śmiercią.
-Pomożesz im podzielić się w pary? Inaczej nie wyjdziemy stąd do jutra - zagadnął towarzyszkę. Niech sobie pobiega wśród dzieciaków, raczej nie powinna mieć nic przeciwko.



-Każda osoba z pary rzuca w swoim poście k10
-Po każdym zestawie postów pary pojawi się krótki post MG podsumowujący wysokość wyniku w oparciu o statystyki w KCŻ oraz odpowiedni bonus (+2 za zaklęcie z wykupionego poziomu)
-Zwycięzcą jest osoba z wyższym wynikiem(wynik wyższy od 17 oznacza dodatkowe odrzucenie przeciwnika w tył)
-Każda osoba z pary po otrzymaniu wyniku ćwiczenia odnosi się do niego poprzez edycję posta w którym ćwiczenie zostało opisane.

Czas na odpis - 26 października, godz. 17:17
-Do osób które opuściły kolejkę: Kolejne opuszczenie kolejki będzie niestety skutkowało usunięciem z listy
-Post Pheebs pojawi się  dziś wieczorem
Zobacz profil autora
Phoebe Milloti
avatar
Auror
Data przyłączenia : 23/08/2015
Liczba postów : 77
Skąd : Stany Zjednoczone, Minnesota. St Cloud

PisanieTemat: przepraszam, że tak późno ale Kraków to złe miasto i złe korki   Pią Paź 23, 2015 11:25 pm

Po jak zwykle fascynującym monologu prowadzonym przez pana Zrzędę, podczas to którego Pheobe bacznie obserwowała twarzyczki zgromadzonej na krzesłach młodzieży, była już w stanie wysnuć parę wniosków. No dobrze, może na razie tylko jeden, mianowicie - aż tacy źli nie byli, być może nie spróbują rozszarpać ich wcale na strzępy. Może nawet przyszli tu czegoś się nauczyć, kto wie.
Wysłuchała speszonej Claire, która to w pierwszej wypowiedzi zaserwowała sobie niemałą porcję samokrytyki, ukazując chyba brak wiary w siebie. Na co Pheebs mrugnęła doń porozumiewawczo do dziewczyny, chcąc trochę dodać otuchy, ale tak żeby nikt nic nie widział. I tak się pewnie stało, bo wszystkie patrzałki już dawno przeniesiono na dość nietypowego piętnastolatka, łamiącego sobie język na własnym rodowym nazwisku. Który po tym zgrabnie przeszedł do strzelania sobie w kolano, dosłownie w pierwszych minutach zajęć. Poddając w wątpliwość kompetencje Biura Aurorów, poddawał w wątpliwość ich kompetencje, o czym chyba na ułamek sekundy zapomniał. Jednak zmiana w oku pana van Vuurena, jak i gęstniejąca z chwili na chwilę atmosfera dość dosadnie dała mu do zrozumienia popełniony błąd.
Albo i nie błąd?
Patrząc na Dunbara (piorunowym spojrzeniem, mówiącym dość jasno i klarownie aby przynajmniej dla tych zbłąkanych dzieci nie był takim oschłym, flegmatycznym Angolem, na jakiego się kreuje) Milloti uświadomiła sobie, że po części to, co mówił Riaan było prawdą. I w Ministerstwie każdy o tym doskonale wiedział, tylko nie każdy chciał przyznać, że Wszyscy-Wiemy-Kto był o trzy kroki przed Wilsonem. Howem, czy też Moodym - o jej samej, skromnie nie mówiąc.
Dlatego, czując pewnego rodzaju wstyd i upokorzenie wynikający z faktu, że jej kolega zbeształ Merlinie-ducha-winnego dzieciaka splotła dłonie, ułożyła je na kolanach po czym jak najostrzej potrafiła, dodała swoje dwa pensy.
- Riaan… mogę Ci mówić po imieniu, prawda? I wszyscy - słuchajcie, Ministerstwo stoi na straży prawa, zawsze stało i stać będzie ale musicie być świadomi, że w czasach, które nadchodzą będziecie zdani głównie na własne umiejętności i refleks. Nie mam zamiaru was okłamywać, tylko szczerze mówię - w prawdziwym pojedynku nie liczcie na pomoc z nieba. Też jesteśmy tylko ludźmi - powiedziała, może nieco zbyt bezpośrednio, prostolinijne i poufale. Jednak nie była po to tam, by okłamywać ich a postawić do pionu. Skoro Śmierciożercy nie będą z nimi delikatni, oni też nie powinni - bo po co?
Przechodząc do następnej osoby, posłała w stronę młodzika pełne zrozumienia spojrzenie, po czym przeniosła wzrok na tą ślicznotkę. Panią Prefekt, o imieniu Isabelle. Słysząc tak zuchwałą i szczerą deklarację woli walki w obronie bliskich, Pheebs uśmiechnęła się smutno. Spoglądając kątem oka na Joshuę, ujrzała kiwnięcie głową - zapewne wyraz kłamanej aprobaty. Albo i nie? Chciała wierzyć, że nie - pomyślała, spoglądając prosto w oczy panienki Cromwell niewerbalnie śląc wyrazy zrozumienia.
Nie zwracając większej uwagi na mrukliwego Gabriela (w sumie dziwne, że Dunbar tak ostro reagował na swoje własne obicie w lustrze) spojrzała na wysokiego blondyna, który także odpowiedział lakonicznie, aczkolwiek treściwie. No tak - logiczne - dlaczego w ogóle zadają to pytanie? Zafrapowana Milloti prześledziła pobieżnie wzrokiem plan prowadzonych dzisiaj zajęć, nie zwracając należytej, niebagatelnej uwagi na kruchą, blondwłosą dziewoję. Ten uroczy krzykliwy dodatek do zakapturzonego, mrocznego Krukona. Pannę Rabe deklarującą (o ironio!) chęć pozostania aurorem. Na te słowa Pheebs zmarszczyła jeszcze bardziej brew, nie zafrapowana już tekstem i byłaby wybuchła śmiechem, gdyby nie nudny ton Joshuy. Nudny i nieszczery, choć na szczęście - pozwolił się zachować na tyle powagi, by serdecznie życzyć… Rosalie Rabe życzliwego:
- Przemyśl to jeszcze - po czym, w nadziei że ktokolwiek stąd uznał to za żart, przeszła dalej.
Kogo my tu mamy? Ach, kolejną blodyneczkę. Tyle że ta, spóźniona dojadła niespokojnie bajgla leżąc wywróconą w długą na zimnej posadzce Wielkej Sali. Miejmy nadzieję, że materace działają.
Scrimgeour? Śmiejąc się w duszy, zaprosiła siostrę Rufusa na miejsce (o wiele milej niż jej kolega) tak samo postąpiła również z kolejną spóźnioną, urodziwą rudowłosą Mairead-w-zastępstwie-za-Adama. Po czym ślepia swe przeniosła na Taneshę, której wystąpienie zostało niejako przyćmione przez brawurowe fikołki wyżej wymienionej Krukonki. Nie mniej jednak, Pheebs wysłuchała jej do końca po czym kiwnęła głową na znak zrozumienia, aprobaty, uszanowania dla powstrzymania języka. Zadając sobie po raz kolejny w duchu pytanie - dlaczego w sumie się o ty pytamy?
Zahuczało jej w głowie w momencie gdy nad nią zahuczała sowa. Udając wielce zapracowanego (na pewno) Dunbar odpisywał potulnie na list, podczas gdy ona nie bardzo wiedząc co ze sobą począć spojrzała na wspaniałą młodzież przed sobą. Oraz znudzoną, za trzy. Dwa. Jeden.
Przewracjąc oczętami, oparła się wygodnie na krzesło wsłuchując się w monolog o zaklęciach rozbrajających, wojnie oraz obronie w pojedynkach z czarnoksiężnikami tonem rodem z relacji o zbieraniu kurek po deszczu. W końcu gdy dobiegł on kresu, wstała ochoczo z krzesła i spojrzawszy na Dunbara, sprzedała mu gniewnego kuśkańca w bok. Jak można zanudzić samego siebie?
Fuknęła, prychnęła i syknęła mu dyskretnie
- Dunbar, weź bądź dla nich milszy, w końcu to dzieciaki. Nie jesteś w Ritą w „Proroku” a pedagogiem w szkole, przynajmniej chwilowo. Część z nich może jest nawet dorosła i nie posiadają wcale „módżków” - po czym, westchnąwszy raz jeszcze bo zabrakło jej po prostu słów, kiwnęła głową na tak i wzięła się do pracy.
Nie co po niektórzy.

Pary:
Claire Annelesy - Ben Watts
Enzo Romulus - Jasmine Vane
Tanesha Hanyasha - Rosalie Rabe
Severus Snape - Mairead Haldane
Gabriel Reveline - Gwendolyn Scrimgeour
Riaan van Vuuren - Isabelle Cromwell

Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 10/05/2014
Liczba postów : 832
Skąd : obrzeża Oban, Szkocja

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Sob Paź 24, 2015 1:04 pm

/przepraszam za jakość tego posta, dryfuję na suchym przestworze bezwenia.

Od momentu, w którym grupa siadła na krzesłach, a spojrzenie prefekta Krukonów spoczęło na panu Dunbarze, już się stamtąd nie ruszyło. Ben właściwie nie był do końca pewien dlaczego – czasem w grupie ktoś przypadkiem zwracał jego uwagę, uaktywniając protokoły odpowiedzialne za rozgryzanie zachowań, zmian w głosie podczas wypowiadania słów oraz tych drobnych tików, z których zwykle nie zdawano sobie sprawy. Drgnięcia mięśnia na szczęce, delikatnego spięcia ramion, zaciśnięcia palców. Można by wymieniać w nieskończoność. Faktem pozostawało, że blondyn uparcie przyglądał się aurorowi, ignorując w pewnym stopniu wypowiedzi reszty uczniów, co jeśli zauważone, mogło wywoływać dyskomfort. Ludzie zwykle nie przepadali za byciem obiektem tak wzmożonej uwagi, ale jeśli ktoś został już określony przez Wattsa mianem ciekawej zagadki, miał krótko mówiąc, przerąbane. Ten konkretny Krukon zachowywał się momentami zbyt ciekawsko, upierając się w pewnych kwestiach jak osioł. Tak po prostu.
Tym bardziej zaskakująca wydała mu się uwaga jego obiektu obserwacji, by brać przykład z pana prefekta – co on niby takiego powiedział? Bo jeśli coś wybitnie mądrego lub błyskotliwego, to własny geniusz gdzieś mu umknął. Koniec końców Ben skwitował to jedynie lekkim uniesieniem brwi, by zaraz przekrzywić głowę w geście upodabniającym go do zaciekawionej sowy.
naiwne, nastoletnie móżdżki? Czy Szkot się przypadkiem nie przesłyszał? Jeśli to miała być dunbarowa wersja mowy motywacyjnej, to pan auror najwyraźniej miał złego nauczyciela wystąpień publicznych, albo kompletny brak filtra pomiędzy tym, co myślał, a tym co mówił. Jedna wersja gorsza od drugiej. Jakie to miłe wiedzieć, co też pracownik ministerstwa myśli na temat kwiatu społeczeństwa. Kąt ust blondyna drgnął, formując nikły, kwaśny uśmiech. Czy Joshua tego chciał, czy nie, te naiwne nastolatki stanowiły przyszłość narodu – jeśli teraz uważano, że brak im intelektu i przenikliwości, to należało się bać o kształt magicznej nacji za lat kilka. Nie komentując krótkiego, może nieco skandalicznego w treści przemówienia, Ben odetchnął powoli, pocierając przedramię, gdy fala gęsiej skórki rozlała się pod swetrem. Pewnie jak większość, liczył na to, że rzuci trochę ofensywnych zaklęć, rozniesie co nieco... I choć nie był ich największym fanem, zręczność w czarach defensywnych wciąż stanowiła przydatną umiejętność, dokładnie tak samo jak w każdej innej dziedzinie magii. Nie istniał nawet jeden mały okruch wiedzy, której nie można by w jakiś sposób wykorzystać z benefitem dla siebie lub otoczenia.
Wywołany do prezentacji – choć nie mieli pokazać niczego nowego lub oszałamiającego – Krukon po prostu podniósł się z miejsca, uparcie utkwione w Dunbarze spojrzenie przenosząc na Claire. Dobranie z nią do pary odbierał jako pewną formę kosmicznego żartu – tu nie chodziło o głupie wytrącenie różdżki, tylko o instynkt buntujący się przeciwko ciskaniu czarami w kogoś, do kogo wciąż miał ogromny sentyment. Na moment przygryzając wnętrze policzka, blondyn niechętnie sięgnął po zatkniętą za pasek różdżkę, stając w pewnej odległości naprzeciwko Puchonki. Panie Dunbar, za ten wybór -10 do sympatii na wattsowej skali wartości. Próbując rozgonić nieprzyjemne wrażenie czegoś błędnego i pomieszanego, skinął lekko głową Annesleyównie, próbując się uśmiechnąć. Z prawie zerowym powodzeniem.
Dłoń automatycznie wykonała odpowiedni ruch różdżką.
- Expelliarmus.

Znajome, czerwone promienie wystrzeliły z różdżek niemal w tym samym momencie. Nie wiadomo, czy wynik zależał od tego, że Ben szybciej wypowiedział zaklęcie, czy miało ono zwyczajnie większą moc niż czar rzucony przez Claire - w efekcie to właśnie panna Annesley została pozbawiona magicznego oręża, podczas gdy krnąbrny kawałek wiązu wciąż pewnie leżał w dłoni Krukona. Choć wszelkie, nawet najdrobniejsze zwycięstwa zawsze sprawiały, że odczuwał dumę, teraz jakoś nie potrafił się cieszyć. Tak zwyczajnie. Usta, które w międzyczasie zacisnęły się w wąską linię, teraz wykrzywiły się nieco, a uporczywe swędzenie zabandażowanej dłoni podpowiadało, żeby zemścić się na sprawcy tej sytuacji. Co rozum oczywiście od razu zanegował, oddzielając komponent emocjonalny od faktów. Rzucając Puchonce badawcze spojrzenie, próbował się doszukać jakichkolwiek oznak dyskomfortu. Uch, zachowywał się przy niej jak istna ziemniaczana kluska.

_________________



I'm the ocean, I'm the sea
                       there is a storm inside of me





Ostatnio zmieniony przez Ben Watts dnia Nie Paź 25, 2015 4:59 pm, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Site Admin
avatar
Admin
Data przyłączenia : 27/10/2013
Liczba postów : 690

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Sob Paź 24, 2015 1:04 pm

The member 'Ben Watts' has done the following action : Dices roll

'10-ścienna' :
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar
Uczeń Hufflepuffu
Data przyłączenia : 02/09/2015
Liczba postów : 338
Skąd : Galway, Irlandia

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Sob Paź 24, 2015 8:56 pm

To był chyba jakiś mało śmieszny żart. Tylko tak mogła do tego podejść... I nie, nie chodziło już o fakt bycia wybraną do prezentacji (hej, czyż sama przed momentem nie powiedziała, że nie za wiele umie i w związku z tym raczej marny z niej przykład?), ani też nawet o to, z kim pokazu miała dokonać, ale... Tak, doskonale rozumiała, że nie każdy fascynował się pracą z młodzieżą. Tak, zdawała sobie sprawę, że edukowanie uczniów mogło być jednym z tych obowiązków, których Dunbar najchętniej by się wyrzekł. Ale, na brodę Merlina!, czy aurorskie biuro zatrudniało tylko tę dwójkę? Bogowie, to był przecież cały szwadron, cała mała armia strażników prawa! Claire nie wierzyła, po prostu nie wierzyła, że nie mieli tam kogoś, kto nadawałby się do tej pracy bardziej.
Bo wiecie, jeśli to miała być mowa motywująca, to wyszło gorzej niż źle. Nie najlepiej też, jeśli monolog ten w jakiś sposób miał ustawić ich do pionu czy nakłonić do utrzymywania dyscypliny. Szczerze mówiąc, efektem tak dobranych słów było zupełne... Nic. Co najwyżej rozdrażnienie i pogarda, do której - tak, proszę pana - nastoletnie móżdżki były zdolne.
Tym niemniej Annesley nie pozostało nic innego, jak we wskazanym momencie sięgnąć po różdżkę. Sięgnąć - i przez długi czas nic więcej. Grała na zwłokę, oczywiście, że tak. Powłóczyła nogami, idąc ku miejscu, gdzie dokonać mieli prezentacji, poświęciła moment na obdarzenie Mairead powitalnym, aczkolwiek w tej chwili nieco wymuszonym uśmiechem, wreszcie, zatrzymując się naprzeciw Wattsa, uniosła na niego spojrzenie sarnich oczu.
Nie chcę.
Przekaz był aż nadto jasny. Dłoń dzierżąca różdżkę wciąż spoczywała zwieszona wzdłuż ciała, a Puchonka po prostu patrzyła - i poddawała się swej wybujałej wyobraźni. Miała rzucić czar na Bena. Bena. Czar może i niezbyt inwazyjny, ale - bogowie! - przecież tym czarem można było posługiwać się w obliczu faktycznego zagrożenia! Takie czary - jakiekolwiek zaklęcia, których celem nie było udzielenie pomocy - rzucało się na wrogów, na przeciwników. A Krukon nikim takim nie był. Nie wiedziała jeszcze dokładnie, kim był - status to skomplikowane doskonale oddawałby czucia panny Claire - ale tego, że nie jej wrogiem, była absolutnie pewna. I nie chciała, po prostu bardzo nie chciała słać ku niemu jakichkolwiek zaklęć.
Zdaje się jednak, że musiała. Bo czekali. Aurorzy, inni uczniowie. To nie był wieczór własnych fanaberii. Choć więc Dunbar podjął decyzję wyraźnie złą (Irlandka była jednak daleka od osądzania go za to, bo dobre z niej było dziecko i szybko znalazła wytłumaczenie mężczyzny - po prostu nie wiedział, kim Ben dla niej jest i jak trudno będzie jej choćby na chwilę, udawanie potraktować go za wroga), to dziewczę posłusznie zajęło miejsce i niemal w tej samej chwili, co Krukon, uniosło rękę i wykonało dobrze znany - przynajmniej w teorii - zawijas w powietrzu.
- Expelliarmus.

Taki wynik był do przewidzenia, gdy więc różdżka zadrżała jej w dłoni, Claire nawet nie próbowała walczyć z zaklęciem rzuconym przez Benna. To, że wypuszczając magiczny kijek z dłoni czuła się niekomfortowo, było oczywiste, tym niemniej... Cóż, Annesley nigdy nie była wojownikiem, bez różdżki nigdy więc nie miała czuć się całkowicie nagą. Nadal jednak wrażenie nie było przyjemne. Widok własnego, dębowego patyczka w obcej ręce bolał w ten dziwny sposób, który trudno było wytłumaczyć. Bo nawet wiedząc, że to Ben, chłopak, który krzywdy nigdy by jej nie zrobił, czuła się źle. Tak, jak gdyby pozbawił ją jakiejś jej części.
Mimo tego, gdy ponownie zwiesiła uzbrojoną przed momentem rękę wzdłuż ciała, zdołała zdobyć się na nieznaczny uśmiech i jedno nieme, krótkie słówko. Brawo. Bo w końcu to tylko ćwiczenia i jeśli Watts sam nie potrafił swojego sukcesu docenić, zrobi to za niego Irlandka.


Ostatnio zmieniony przez Claire Annesley dnia Pon Paź 26, 2015 7:47 pm, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Site Admin
avatar
Admin
Data przyłączenia : 27/10/2013
Liczba postów : 690

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   Sob Paź 24, 2015 8:56 pm

The member 'Claire Annesley' has done the following action : Dices roll

'10-ścienna' :
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]   

 

Wielka Sala [Kurs Magicznej Samoobrony]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 12Idź do strony : Previous  1, 2, 3, ... 10, 11, 12  Next

 Similar topics

-
» Wielka Sala
» Wielka Sala
» Wielka Sala
» Wielka Sala
» Wielka Sala

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-