IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Sro 30 Wrz 2015, 23:50

Opis wspomnienia

Człowiek lubi sobie wmawiać, że nikogo do szczęścia nie potrzebuje, że jest wystarczająco silny by samemu mierzyć się ze światem, że każdy problem może rozwiązać sam i nikogo do tego nie potrzebuje. To nie jest prawda i w końcu miała się o tym przekonać Audi. Listopadowa nostalgia dopada każdego i nikogo nie oszczędza, każdy przynajmniej raz w tym miesiącu wpada w jej sidła i właśnie wtedy najbardziej potrzebuje by ktoś go wysłuchał, potrzebuje by ktoś poznał jego historie, sekrety.
Osoby:
Audrey Faulkner, Symplicja Szafran
Czas:
14 Listopada (piątek) 1975
Miejsce:
Dormitorium Krukonek
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Czw 01 Paź 2015, 10:45

Listopadowe dni to naprawdę dziwny czas. Gdy za oknem szaleje wichura uniemożliwiająca wyściubienie choćby końcówki nosa poza szkolne mury, a zamkowe błonia zalewa istny monsun, wtedy - cóż, wtedy zaczynają się wieczory słabości. Ci, którzy zazwyczaj stronią od towarzystwa zaczynają go łaknąc, a ci, którzy swych sekretów pilnują najbardziej na świecie - nagle tylko czekają na okazję, by się wygadać. W stosunku do Audrey zastosowanie miały obie te prawdy bo, po godzinach spędzonych w bibliotece, niczego nie pragnęła tak bardzo, jak usiąść w kącie i wyrzucić z siebie choćby część wspomnień, które tak ją dręczyły.
Wiecie, tłumienie wszystkiego w sobie nigdy nie wychodzi na dobre, nie na dłuższą metę. A Faulkner tłumiła przecież zapamiętale i od lat. Całą prawdę o jej przeszłości znało ile? dwie osoby? trzy? Poza van Lyndenami - ci poznali ją z automatu, mogli przeczytać sobie epopeje wypisane przez wychowawców z sierocińca i przegadać godziny z samą Audrey, która wyjątkowo szczera była wtedy do granic możliwości - był chyba tylko Enzo, ale jego traktowała za brata, więc nie mogło być inaczej. A inni... Inni nie wiedzieli. Nic nie wiedzieli, bo Faulkner nigdy nie chciała mówić.
Nigdy poza dniem dzisiejszym.
Zaszywając się ostatecznie w dormitorium - tu wprawdzie nawałnica nacierała na okna w dwójnasób, przeszywają Holenderkę dreszczem, ale i tak było najspokojniej - nastolatka uległa swym słabościom i rozżaleniu. A żalu miała przecież w sobie dużo. Mając lat piętnaście dźwigała na barkach ciężar, którego dziewczynka w jej wieku dźwigać nie powinna i choć na co dzień radziła z tym sobie całkiem nieźle - przynajmniej pozornie - tak dzisiaj dzień był zbyt kiepski, by znaleźć w sobie siłę na dalszą walkę z demonami. Audrey wywiesiła białą flagę, chwilowo kapitulując przed nawałem wspomnień.
Kapitulację tę zresztą było widać - w cieniach pod oczami, zasępionej minie, a teraz także w całej postawie dziewczyny. Korzystając z pustki w dormitorium, bez pośpiechu zrzuciła z siebie wierzchnią szatę i stanęła przed wysokim lustrem, apatycznie przyglądając się zdobiącym jej ciało śladom. Jasne, pewnie dałoby się ich pozbyć. Wprawny uzdrowiciel potrafiłby zapewne wywabić z jej ciała blizny, przywrócić naturalną, nastoletnią gładkość skóry. Audrey jednak nigdy tego nie chciała. To byłoby... Zaprzeczanie samej sobie. Sieć cienkich, białych linii była jej częścią, była jej historią, nie mogła się tego wyrzec.
Stała więc przed lustrem i patrzyła. Najpierw na ręce - na prawą, gdzie zrostów było mniej i na lewą, gdzie mnogość blizn tworzyła niemal mapę innego świata. Potem - na żebra, gdzie naturalnie gładka, alabastrowa skóra traciła swą spójność w kolejnym labiryncie pamiątek z przeszłości. Wreszcie - także na plecy. Obracając się tyłem do lustra, obejrzała się przez ramię i skrzywiła, śledząc wzrokiem przebieg śladów.
Blizny nie zmieniały się, za każdym razem były takie same, a mimo to Faulkner jak gdyby odkrywała je na nowo. Odstręczały ją tak, jak gdyby były świeżym, nieoswojonym jeszcze nabytkiem i powodowały szybsze bicie serca, jak gdyby wciąż nie wyzbyła się lęku z przeszłości.
Tak, listopadowe dni były naprawdę dziwne.
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Czw 01 Paź 2015, 12:24

Listopadowe wieczory.
Od zawsze uważane za porę poetów, czas melancholików, to wtedy duchy były najbliżej nas, zsyłały nam swoje wspomnienia, zmuszały do tworzenia wielkich dzieł. Dyszały im na karki swoimi zimnymi oddechami prosto z zaświatów.
Jesienią cienka granicy między euforią, a depresją, wydawała się być jeszcze słabsza, sprawiała, że ludzie jednocześnie płakali z bólu istnienia i śmieli się dziecięcą, czystą radością. Ten moment przejściowy, w którym już nie ma pięknych wielokolorowych liści, ani śniegu jest najbardziej twórczy. Ponieważ człowiek na siłę stara się odnaleźć w nim coś pięknego, coś twórczego. To właśnie dlatego listopad ma tę magiczną zdolność, że to wtedy w człowieku budzą się największe szajby, jest najbliżej obłędu, ale i najbliższy prawdziwego geniuszu.
Listopad czas geniuszy i wariatów, ale czy bycie geniuszem wyklucza bycie wariatem... albo na odwrót.
Symp też jest artystą, też ma swoje szajby, swoje problemy, przed chwilą na przykład przez dwie godziny stała na dziedzińcu próbując uchwycić biegający po kamiennych podłogach wiatr. Oczywiście nie udało się jej to, ale nie zamierzała się poddawać. Coś wymyśli, uda jej się dokonać czego niewykonalnego, bo przecież tym właśnie była sztuka, przesuwaniem granicy pomiędzy tym co się da, a czego się nie da coraz dalej, tak, żeby wszystko stało się możliwe.
Więc Krukokna powoli kroczy po schodach, na plecach ma puste płótno, ale jej ślad znaczą powyrywane, pozamazywane kartki. Objaw małego szaleństwa, bo jak ona może sobie pozwolić na takie marnotrawstwo, będzie się tym przejmować jutro, może nigdy, ale dzisiaj nie było na to czasu.
Kiedy w końcu staje przed drzwiami otwiera je odruchowo, nie myśli nawet nad tym, żeby zapukać czy w jakiś inny sposób zakomunikować swoje przybycie. Zapominając na chwilę o reszcie świata po prostu wchodzi.
Ciszę pomieszczenia przenika dźwięk nienaoliwionego zamka i nagle czas zwalnia. Niebieskie oczy podnoszą się znad czubków jej butów i wpatrują się w coś co na pierwszy rzut oka wygląda jak popękane lustro, albo pajęczyna. Przez chwilę Symplicja z niemym zachwytem przygląda się tej sieci blizn, w ich układzie zdaje się być coś niesamowitego, jakaś tajemnica, ach tak bardzo chciałaby je dotknąć, przerysować ich układ, odnaleźć jego tajemnicę, kiedy nagle coś przestaje pasować. Czemu to dzieło sztuki ma kolor ludzkiej skóry, czemu ma kształt sylwetki. Wszystkie te myśli trwają nie dłużej niż jedno uderzenie serca, nagle wszystko staje się jasne.
Polka upuszcza płótno i słychać jak w zwolnionym tempie upada na ziemię.
Przerażonymi błękitnymi oczami Szafran wpatruje się w współlokatorkę. To spojrzenie przeszyte jest bólem, które musiała czuć Audrey kiedy ktoś zadawał jej te rany.
-...- Otwiera usta jakby chciała coś powiedzieć, ale żadne słowa nie wychodzą, w pokoju słychać tylko zacinający za oknem deszcz.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Czw 01 Paź 2015, 13:10

Zazwyczaj uciekała. Przy kradzieżach, gdy właściciele nieoczekiwanie wracali do domu. Na ulicy, gdy dotarła do zaułka, w którym być jej nie powinno. I wtedy, gdy ktoś podchodził zbyt blisko, gdy za wiele mógł zobaczyć, gdy mógł spojrzeć jej w oczy, dotknąć jej skóry, odkryć ślady przeszłości. Zawsze uciekała, odwracała się na pięcie, chowała swoje skazy, zaciskała zęby i udawała, że nic się nie stało.
Nie tym razem.
Słyszała kroki, skrzypienie drzwi. Ciało zareagowało automatycznie, mięśnie spięły się, w głowie wył głos, by się chować. By chronić to, co tak bardzo intymne, a przy tym takie... brzydkie. Ukryć piętno, ukryć je tak, jak zawsze. Obok wycia pojawiło się jednak pytanie: po co? Dlaczego zawsze ma być tak samo?
Był listopad. Audrey nie miała siły, by dostosować się do narzuconych sobie zasad.
Unosząc spojrzenie na Symplicję - tę, z którą znały się już tyle lat, tę, z którą wspólnie nieprzesypiały nocy, wreszcie tę, której ufała - i uśmiechnęła się smutno. Wzruszyła ramionami, jak gdyby te naturalne tatuaże, blade pęknięcia nie były niczym szczególnym. Jak gdyby miał je każdy, nic egzotycznego, przecież każdy nosi na skórze swoją historię. Wzruszyła ramionami, przez długą chwilę nie odzywając się. Znów stanęła frontem do lustra, znów zlustrowała własne przedramiona, po raz ostatni westchnęła cicho.
- Możesz dotknąć, jeśli chcesz.
To była prosta propozycja, cztery jasne słowa, na które jednak nigdy przedtem się nie zdobyła. Nie lubiła przyjemnego wrażenia, z jakim wiązał się dotyk czyichś dłoni na jej bliznach. To było chore, nie powinno jej się podobać. Pomijając już wstyd, niechęć do dzielenia się swoją historią, Faulkner ukrywała ślady także dlatego. Dlatego, że gdy już ktoś je zobaczył, zawsze chciał musnąć je opuszkami palców, zbadać przebieg rys na swój własny sposób. To była całkiem naturalna potrzeba, podświadoma, jak gdyby w żaden inny sposób nie dałoby się pojąć pełnego znaczenia bladej sieci.
I tym razem, tego wieczoru, Audrey wreszcie się zgodziła.
Z pewnością ważny był też fakt, że świadkiem tego specyficznego obnażenia była Symplicja. Miała przed Polką sekrety, oczywiście, ale mniej niż przed innymi. Do tego w końcu prowadzi wspólne mieszkanie, dzielenie wielu godzin, tych złych i tych dobrych. Nie sposób mieszkać razem i zupełnie się nie znać. Nie sposób spędzać ze sobą tak licznych minut i nie odkryć choćby części swych tajemnic. Uznajmy więc, że tego dnia była znów kolej Faulkner na to, by coś ujawnić. By odsłonić kolejną kartę z talii jej przeszłości.
Oglądając się przez ramię, ponownie uśmiechnęła się. Widziała ból w oczach Szafran i odruchowo poczuła potrzebę, by ją pocieszyć. Tak, jakby to nie ona nosiła blizny, ale Polka. Tak jakby niespójność skóry była śladem cierpień Symplicji, nie Faulkner.
- To ja sama - stwierdziła spokojnie, jak gdyby to było jakieś pocieszenie, stwierdzenie mogące przełamać ogrom tragedii, z jaką wiązały się blizny. - To wszystko ślady mojej głupoty, nikt mnie nie krzywdził.
A przynajmniej nie bezpośrednio. I nie zawsze fizycznie.
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Czw 01 Paź 2015, 14:49

Ból istnienia. W czystej formie, najczystszej. Temu właśnie w tym momencie się przyglądała, najczystszej formie cierpienia, najpiękniejszej. Mówcie, że jest szalona, nienormalna, ale w cierpieniu było coś pięknego, ta intymność to, że był on niepodzielny, a wszyscy, którzy mówią, że cierpią razem z tobą po prostu kłamią. Ich dusza nie jest rozrywana, ich ciało nie ma defektów, ból jest twój własny, jak samotność, tylko twój.
Spojrzenie Krukonki wręcz ocieka twórczym uwielbieniem. Szafran przygląda się temu jakby nagle ktoś postawił ją na przeciwko Nike z Samotraki, albo dzieł Van Gogha, nic tylko stać i podziwiać. Ten stan jednak nie może trwać wiecznie, w końcu przez maskę twórcy przebija się człowiek.
Z twarzy znika zachwyt i pojawia się zwykłe ludzkie przerażenie, jak ktoś mógł zrobić to dziecku. W ciągu kilku sekund miliony tragicznych, przerażających scenariuszu przebiega przed oczami Polki, widzi przywiązaną Holenderkę do łóżka i jakiegoś przerażającego człowieka ze skalpelem nad nią. Widzi ją nad kranem z żyletką w ręce, robiącą powolne czerwone pręgi na swoich rękach. Widzi małą dziewczynkę spadającą z drzewa na krzaki jałowca. Widzi jak druga Krukona jedzie autobusem, w który nagle uderza kula i odłamki szkła sypią się na nią niczym kryształowy, śmiertelnie niebezpieczny deszcz.
Z odlotu wybudza, wyrywa ją głos Audrey, tak spokojny, tak nierealny. Jak w tak spokojny sposób można mówić o czymś takim, ale o czym ona mówi dotknąć. Jak śmiałaby to dotknąć, dzieła zniszczenia, dzieła szaleństwa, dzieła sztuki, którą starała się zrozumieć, ach jakie piękne, jakie niepowtarzalne.
-Nie, dziękuje.- Jej głos ledwo przebija się przez szum spadających kropel, niebieskie, przerażające oczy cały czas wpatrują się blondynkę. W końcu po chwili stwierdzając, że takie wgapianie się można uznać za niegrzeczne spuszcza wzrok, jakby zawstydzona własną słabością. Jakby to nie Audrey, a ona pokazała swoją wstydliwą stronę. Coś czego nikt nie powinien oglądać.
Uśmiech blondynki jest tak nierealny, tak abstrakcyjny, że dopiero po chwili Polka rozumie, że też powinna to zrobić, że jej mina bólu nikomu nie pomaga, a jedynie wprowadza jakąś nerwową atmosferę. Symp nie wie jak ma się zachować, wyjść, poprosić by ta opowiedziała jej swoją historię, a może udawać, że nic się nie stało.
Na początku uśmiechnij się.
Mówi do siebie w myślach i stara się wykrzywić twarz, ale cóż nie wychodzi jej. Lekko podniesione kąciki ust bardziej przypominają psychopatyczny uśmiech porcelanowego pajaca, a nie szczery uśmiech niosący ukojenie i spokój.
Wzdycha cicho, a Krukonka znowu się do niej odzywa. Przez chwilę waży w głowie jej słowa. Sama to sobie zrobiła. Szafran nie rozumie, w tamtej chwili nie jest wstanie zrozumieć samookaleczenia, wtedy w wieku szesnastu lat wydaje jej się to nie do pojęcia nawet w imieniu sztuki, za kilka lat zmieni się i przestanie ją to tak dziwić, zrozumie, bardzo wiele rzeczy.
-Dlaczego...?- Symp nie wytrzymuje zwykła ludzka ciekawość pcha ją do zadawania pytań. Mówi to, a już po chwili zatyka sobie usta ręką, jakby powiedziała coś co nigdy nie powinno opuścić jej ust. Niepewnie schyla głowę, blade policzki oblewa lekki rumieniec zakłopotania.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Czw 01 Paź 2015, 18:00

Faulkner często łapała się na porównywaniu się do albumu ze zdjęciami. Wiecie, starej, podniszczonej księgi, z którą siada się przy kominku i wertując karty - wraca do wspomnień, do popełnionych błędów i tych kilku chwil, które wciąż wspomina się z uśmiechem. Spoglądając w lustro, Audrey widziała właśnie taką kolekcję punktów zaczepienia. Każda blizna miała jakąś swoją historię i Holenderka była pewna, że gdyby nie materialne, możliwe do zobaczenia, dotknięcia ślady, nie pamiętałaby wydarzeń aż tak dokładnie.
Wzdychając cicho ostatecznie dokończyła to, co zaczęła. Nie rozebrała się przecież dla samego rozebrania - chciała przebrać się z szaty w ubrania może i mniej wyjściowe, ale na pewno wygodniejsze. Narzuciła więc na siebie luźny t-shirt, spódnicę wymieniła na dresowe spodnie, zdjęła buty i podkolanówki i dopiero wtedy, usiadłszy po turecku na własnym łóżku, spojrzała z uwagą na Symplicję. Dzień opowieści... W porządku, zacznijmy go.
- W dużej mierze przez przypadek - stwierdziła lekko, gestem zachęcając jednocześnie Polkę, by usiadła obok. Łóżko było duże, wystarczające dla nich dwóch - sprawdzały to nie raz. - Od czego mam zacząć? - zaśmiała się krótko, z chyba faktycznym, niewymuszonym rozbawieniem. Tak wiele historii, tak wiele obrazów, którymi dzisiaj - tylko dzisiaj - mogła się od tak podzielić.
Oczywiście, nie zmuszała Szafran do odpowiedzi. Widziała rumieniec na twarzy koleżanki, widziała jej zawstydzenie. W duchu chciała potrząsnąć nią, ucałować, powiedzieć, że to wszystko zbyteczne, że nie musi się krępować. Nie zrobiła tego, jasne, ale chciała. W końcu jedynym, na co się zdecydowała, było kontynuowanie rozmowy jak gdyby nigdy nic. Nic nie ośmieli dziewczyny tak, jak zwyczajna opowieść, bez sztucznych oporów, bez zastanawiania się, bez lawirowania między możliwymi do opowiedzenia wersjami. Faulkner chciała mówić, tak zwyczajnie, po prostu. Miała nadzieję, że gdy zacznie, to wystarczy by wyrwać Symplicję z zupełnie niepotrzebnego zakłopotania.
- Chyba najlepiej od początku - odetchnęła więc cicho, wreszcie decydując się na punkt startowy. Ostatecznie cały jej wygląd zdeterminowany był przez to, gdzie się wychowywała, więc... Od tego trzeba było zacząć.
- Van Lyndenowie nie są moją prawdziwą rodziną, co pewnie wiesz. W końcu mam inne nazwisko. - Faulkner wzruszyła lekko ramionami. - Adoptowali mnie gdy miałam dziesięć lat, wcześniej mieszkałam w sierocińcu. Sierocińcu... Tam nie było łatwo. Mi nie było łatwo. Musiałam... Wiesz, musiałam się czymś zajmować, żeby nie oszaleć. Kradłam, Sym. Swego czasu, jako szczeniak, bardzo dużo kradłam.
Chrząknęła cicho, z zamyśleniem pocierając nadgarstek. Taki wstęp wystarczył, nie potrzeba było więcej.
- Plecy. Blizny na nich to ślad po oknie. Wiesz, ja nigdy nie byłam bohaterką. Gdy podczas jednego z włamów właściciele wrócili wcześnie, wcześniej niż przewidywałam, po prostu spanikowałam. Uciekając potknęłam się. Wypadłam z pierwszego piętra. Razem ze wspomnianym oknem. - Uśmiechnęła się półgębkiem. Teraz. Teraz faktycznie mogła się uśmiechnąć. Wtedy wyła z bólu. Wyła wiedząc, że nie może tak po prostu pójść do szpitala. Trafiła do jakiegoś pokątnego gabinetu, znachora bardziej niż lekarza. Blizny wyglądały jak wyglądały, bo pożal-się-Boże specjalista nie umiał się dobrze ranami zająć. Ale nie narzekała. W końcu jej pomógł, nie? Pomogła też jej własna magia, o której nie wiedziała. Wtedy to wystarczyło, by zyskać kolejne dni bez wydawania swej tajemnicy.
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Nie 04 Paź 2015, 21:41

Widząc jak Faulkner się przebiera, znowu opuszcza twarz do dołu, jakby pierwszy raz widziała, jak jej współlokatorki się przebierają. Chmara, czarnych włosów opada jej na twarz i teraz przez chwilkę, Symp może sobie wmawiać, że jej nie ma, że nikt jej nie widzi. Bo przecież w czasie niemowlęctwa tak to działało, nieprawdaż?
Po chwili podnosi głowę, Krukonka jest już przebrana i gotowa do snucia swej historii. Gdyby tylko była szansa wzięcia tego za kolejną bajkę, fikcję literacką, gdyby życie było takie proste. Widząc jak blondynka wskazuje jej miejsce u swojego boku, niepewnie podchodzi i siada. Tyle razy siedziały sobie tak razem, milcząc, opierając się o siebie i razem, ale jednak osobno walczyły ze swoimi demonami, dzisiaj miało być inaczej, pierwszy raz miały stoczyć tę walkę wspólnie, ramię w ramię.
Czy jestem na to gotowa? Zapytała się jeszcze tylko w głowie i już było za późno.
Siada więc tylko niepewnie obok Holenderki i słucha, a przez jej twarz przetacza się tysiące uczuć, tysiące myśli krzyczące o to by pozwolić im się wydostać. Nic jednak nie wychodzi tylko cisza.
Żyjąc w Hogwarcie, w świecie baśni, Symp czasami zapomina. Nie pamięta o tak wielu rzeczach, wymazuje z pamięci patologie, z jej wyobraźni znika wszystko co w żadne sposób nie jest w stanie zmieścić się w tym malutkim wyidealizowanym hogwardzkim świecie. Oczy krukonki zapomniały jak wygląda głód, jak wygląda strach, który przeszywał twarz jej rodziców za każdym razem gdy pod ich oknami przechodziła demonstracja, nie pamięta niedostatku, braków, wszystko co złe znika, zostają tylko tak błahe przykrości jak brzydkie słowo wypowiedziane przez kolegę, chwilowa depresja czy fakt, że ciasteczka się skończyły. Nawet zło szerzone przez Czarnego Pana, wydaje się tak bardzo daleko, tak bardzo nierealne, nieprawdziwe, fikcyjne. Niczym nowy sposób tabloidów na wzbudzenie sensacji, rozgłosu.
Słysząc słowa Krukonki, Symp przechodzi dreszcz. Nie rozumie. Dźwięki dochodzą do niej, uderzają w jej uszy, przechodzą całą długą drogę by później nie obudzić żadnego odzewu i przelatują na drugą stronę, znikając gdzieś w przestrzeni.
Szafran przygryza wargę, kolejna partia przerażających, nierealnych słów bombarduje jej uszy. Czuje się jakby Audrey właśnie czytała jej jakąś nową książkę kryminalną, albo jakby sama do niej właśnie trafiła. Przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę.
Sierociniec. Polka nie jest wstanie zrozumieć dlaczego ta informacja ją szokuje, co w niej jest takiego dziwnego. Przecież wie co to za miejsce, w Lublinie takie widziała, w Londynie, przecież to nie jest nic nowego. Chociaż tak jak obecnie zło, nigdy nie spotkała nikogo kto od urodzenia nie miałby kontaktu ze swoimi rodzicami, kogoś, kto byłby porzucony. Kradzieże, branie cudzej własności, desperacja, ludzie w wszędzie to robią, dlaczego więc tak bardzo dziwi ją, że Audi też, że jej współlokatorka nie jest kryształowo czysta, nie jest dobra i szlachetna, tak jakby Szafran tego chciała. Rodzina Zastępcza, światełko w tunelu, skoro ktoś przygarnął Krukonkę to musi być jakieś światełko, happy end, w końcu nadejdzie. Ten upragniony moment kiedy narrator mówi i żyli długo, i szczęśliwe... prawda?
Historia urywa się, widząc spojrzenie Audrey, Symp nie wie jak zareagować. Krukonka tego nie mówi, ale pod tym spojrzeniem Szafran czuje się jakby, wymagane było na niej przebaczenie, jakby jej słowa, że nic się nie stało, to jest już za tobą teraz jesteś kimś lepszym, mogły sprawić, że to stałoby się prawdą. Nie jesteście sobie wstanie wyobrazić jak bardzo Symplicja chciałaby móc to powiedzieć, chciałaby powiedzieć, że wszystko jest w porządku, że nic złego się nie stało, że każdy może popełnić błąd. Dlaczego więc te słowa nie chcą wyjść jej z gardła, dlaczego potrafi tylko siedzieć i przyglądać się ścianie naprzeciwko siebie jakby stamtąd miały wypłynąć wszystkie odpowiedzi.
Już otwierała usta by coś powiedzieć, ale tylko westchnęła. Co miała powiedzieć? Zapytać dlaczego, czy żałuje? Kto dał jej prawo oceniać, kto dał moc odpuszczania grzechów, dawania ukojenia? Nikt, dostała szansę zrozumienia Audrey lepiej, poznania jej przeszłości, szok i niedowierzanie, było silne, dowiedziała się przecież czegoś niespodziewanego, czegoś czego nie spodziewała się usłyszeć. Każdy ma trupa w szafie, ale nie wszyscy pokazują go publicznie, ale czy jeśli to robią to nie znaczy, że chcą by ktoś pomógł im się go pozbyć... co zrobić.
Znowu otwiera na chwilę usta, jakby próbowała coś powiedzieć, w końcu decyduje się na krótkie przytulenie. Nie umie sprawić by rany zniknęły, nie umie wybaczyć błędów przeszłości, może jedynie sprawić by przyszłość była choć trochę lepsza.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Pon 05 Paź 2015, 13:46

Faulkner nie ma oczekiwań. Żadnych. Opowieści podobne do tej, którą właśnie zaczęła, znacznie lepiej rozumie się w jakimś kontekście, w wytłumaczeniu, jakim miałaby być potrzeba rozgrzeszenia - ale Holenderka już kilka lat temu przestała na cokolwiek podobnego liczyć. Co więcej, chyba po prostu tego nie potrzebowała. Nie zamierzała wyrzekać się błędów i wmawiać wszystkim naokoło - oraz samej sobie - że nie robiła nic złego, ale teraz, z perspektywy czasu, nie potrzebowała już błogosławieństw i milczącej zgody, że w porządku, tak robiłaś, ale wciąż jesteś dobrym człowiekiem. Umiała żyć bez takiego wsparcia, umiała sobie radzić bez kojącej świadomości, że wszystko jej przebaczono... Chociaż nie, naprawdę? Przecież najważniejsze rozgrzeszenie już otrzymała, prawda? To, że van Lyndenowie ją wzięli, że stali się jej rodziną, że uzupełnili wszystkie te luki, jakie stworzyli jej rodzice biologiczni - może po prostu nie potrzebowała niczego więcej? Zaakceptowali - pokochali - ją ci, na których jej zależało. Nikt inny nie był może tak ważny, może nikt tak bardzo się nie liczył.
Audrey nie potrzebowała więc żadnych słów pocieszenia ani żadnych usilnych prób usprawiedliwienia jej dokonań. Nie potrzebowała znać faktycznego zdania Szafran na temat tego, o czym mówiła. Tak naprawdę chciała po prostu... Opowiedzieć. Tylko. Nie oczekując reakcji, nie licząc na nic w zamian. Potrzebowała kogoś, kto jej wysłucha i nie odtrąci. Potrzebowała Symplicji.
Polka ją akceptowała, prawda? Dlatego była tak droga. Potrafiły milczeć godzinami, zasypiać przytulone pod jednym kocem, zmęczone intensywną ciszą, komunikacją bez słów. To nie była przyjaźń - nie taka, która zmusza do oburzenia, do komentarzy w postaci do cholery, X, czy ty masz pojęcie, co robisz?! Co ci w ogóle strzeliło do głowy?! Faulkner i Szafran nie upominały się. Nie oceniały, nie krytykowały, nie próbowały radzić. Po prostu były - w ten trudny, niezrozumiały dla wielu osób sposób.
- Ręka. Ręka to... - kontynuowała tymczasem cicho, wiedząc, że to jej jedyna szansa na swoiste katharsis. Że teraz, gdy już zaczęła, może to osiągnąć. Że potem to nie będzie tak łatwe. Że może potrzebować kolejnych lat, by ponownie znaleźć się w sytuacji takiej, jak ta - gdy będzie umiała mówić i ktoś będzie umiał ją po prostu wysłuchać. Takich okazji nie powinno się odtrącać. Faulkner z pewnością tego robić nie zamierzała.
Pozwoliła się objąć, pozwoliła naruszyć pilnie strzeżoną granicę swej prywatności. Po chwili odruchowego spięcia sama zresztą na to odpowiedziała, z bladym uśmiechem wtulając się w ciało Polki. Tak było dobrze. W taki sposób mogła mówić dalej.
- Wiesz, ja o magii dowiedziałam się późno. Żyłam wśród mugoli, wychowywałam się w świecie bez tego wszystkiego. - Machnęła ręką w bliżej niesprecyzowanym geście. Wiele miała na myśli. Czary, zaklęte zegarki, ruchome szachy, zamek, fikuśne szaty. Wszystko to co składało się na czarodziejską rzeczywistość. - Nie mając magii, umiałam sobie radzić bez niej. Nadal umiem. Wtedy, tam... Wiesz, na ulicy są inne problemy, niż to, jakiej kto jest krwi. - Holenderka parsknęła cicho. Przecież sama dotąd nie wiedziała, jaki właściwie jest ten jej status. Czy Śmierciożercy mają prawo tak po prostu ją zlikwidować w chwili znudzenia, czy może niekoniecznie, bo w jej żyłach płynie stuprocentowa magia? Nie wiedziała tego. Skąd miała się dowiedzieć?
Och, tak. Znaleźć rodziców. Nie zamierzała tego robić. Nie chciała ich poznawać. Miała jedną rodzinę i, poza nielicznymi dzieciakami z ulicy, z którymi wciąż zdarzało jej się spotykać, byli nią tylko van Lyndenowie.
- Gdy musiałam się bronić, robiłam to nożem. To znaczy, wtedy, gdy nie mogłam po prostu uciec. I ta ręka... Ta ręka to właśnie po nożu. Nie moim, obcym. Nigdy nie umiałam atakować, wiesz? Zawsze tylko się broniłam. Jak widać, nieudolnie. - Znów zaśmiała się krótko. Teraz to naprawdę ją bawiło. Teraz. - To był jakiś mężczyzna, nic o nim nie wiem, nigdy więcej go nie spotkałam. Chciał zabrać mi bransoletę, którą dopiero co zdobyłam. - [Ukradłam, należałoby powiedzieć, ale po co powtarzać oczywistości? - I mojego ciała, jego chyba też chciał. - Wzruszyła lekko ramionami. W tej chwili to już nie miało znaczenia.
Po kilku chwilach w objęciach Szafran sama sięgnęła wreszcie ku talii dziewczyny w wyraźniejszym odwzajemnieniu czułości. Przytulając policzek do ramienia Symplicji, przymknęła oczy. Było dobrze. Było naprawdę dobrze.
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Pią 09 Paź 2015, 21:50

Cisza, szept, deszczowa piosenka.
Chłód dormitorium, ciepło człowieka.
Cień, półmrok, chaotyczny blask błyskawicy.
Przerażający dźwięk grzmotu.
Atmosfera rodzinnego grobowca.

To bardzo dziwna sceneria. W takie wieczory jak ten człowiek jakoś podświadomie pragnie nie być samotny, szuka kogoś, kto razem z nim przeżyje te wszystkie kontrasty. Kto razem z nim zapcha przestrzeń niepotrzebnym chaosem. Będzie gadał, śmiał się, krzyczał, będzie go wszędzie pełno, zapcha tę dziurę wszechświata, ale nie tutaj. Ciszę przerywa jedynie tragiczna historia dziecka, dziewczynki, która jeśli chciała przeżyć musiała bardzo szybko dorosnąć. Wyzbyć się całej dziecinnej niewinności, naiwności. Opowieść o dziecku, które nie miało dzieciństwa, które może nikt nie nauczył postrzegania dobra i zła, które, żeby żyć stworzyło swoje własne postrzeganie moralności, bo stara nie była opłacalna.
Błękitnooka ze smutkiem przyglądała się dziewczynie, która okiełznała swoje demony, zamknęła w żelaznych klatkach i nakazała tańczyć jak ona im zagra. W tym wszystkim było coś przerażającego i przygnębiającego. Symplicja nie pewnie przytula się mocniej do Krukonki. Chciałaby być jej tarczą, mieczem. Wie jednak, że ta jej nie potrzebuje, jej jedyną rolą w tym przedstawieniu jest być, po prostu trwać. Nie oceniań, nie karcić, być. To tak nie wiele, ale czasami zdarza się, że i to jest za dużo. Przecież mała Audrey nie chciała wiele od swoich rodziców tylko, żeby byli. Tak być to czasami więcej niż najpiękniejsze prezenty świata, najwspanialsze skarby albo największa moc.
Dłoń Blondynki otacza ją w talii, ciepło powoli rozpływa się po przemarzniętym ciele Polki.
Ciepło jest takie przyjemne, takie dobre, wspaniałe. W zimnym, pustym pokoju, który na chwilę staje się przesiąknięty makabrycznymi opowieściami Krukonki to ciepło wydaje się być wręcz nie realne. Jak ktoś kto przeżył taką traumę potrafi być ciągle ciepły, potrafi ciągle być człowiekiem. Nie rozumie tego, nie chce tego zrozumieć bo wtedy mogłoby się okazać, że wcale nie jest to taka do końca prawda.
Pochłania ono na chwilę myśli dziewczyny. Szybko jednak wraca, historia, którą słucha z każdym słowem, wydaje się coraz bardziej makabryczna, przerażająca. Kto mógł do czegoś takiego dopuścić, jakim prawem...
Przez chwilę ma ochotę zapytać co się z nim stało. Z tym zbrodniarzem, tą bestią, ale nic nie mówi. Szczerze nie chce wiedzieć. Boi się, że usłyszy coś strasznego, że jej towarzyszka zrobiła coś przerażającego, jeszcze gorszego od wszystkich pozostałych grzechów, że zrobiła coś, czego mimo wszystkich chęci Polka nie będzie mogła zrozumieć, choćby nie wiem jak bardzo chciała, choćby włożyła w to całe serce i duszę, bo są rzeczy, które nie da się tak po prostu zrozumieć.
Niepewnie jakby w obawie przed odtrąceniem Polka delikatnie głaszcze Audrey po włosach. Gdy była mała, mama jej tak robiła, to uspokajało i odprężało, sprawiało, że człowiek czuł się bezpiecznie, pozwalało uciec w ciepły, dobry sen. Czasami pozwalało zapomnieć, odprężyć się.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Nie 11 Paź 2015, 16:14

Zastanawiała się, co jeszcze mogłaby powiedzieć. Gdy zamilkła na dłuższą chwilę, wracając wspomnieniami do tego wieczora, tej krwi płynącej z przedramienia, tej rękojeści noża w dłoni i tego bezgranicznego lęku, naprawdę nie wiedziała, co powinna do tego dodać. Że nie wybroniła się? Że jej scyzoryk faktycznie rozciął męską skórę, ale tylko trzy razy, nieporadnie i krzywo? Że zamiast zawalczyć o siebie, obróciła się na pięcie i uciekła, potykając się na nierównym chodniku? Że wylała wodospad łez w jednym z zaułków, że do bidula wróciła umorusana jak nieboskie stworzenie, że z całym swoim przerażeniem musiała poradzić sobie po drodze, bo w sierocińcu i tak nie miała przecież na co liczyć? Miała to wszystko opowiadać, podzielić się każdym, najdrobniejszym choćby szczegółem?
Nagle straciła na to ochotę.
To nie tak, że powiedziała już wszystko, co chciała. Że chwila otwartości się skończyła, że słabość ustąpiła miejsca irytacji związanej ze swą żałosną postawą. Mogłaby mówić, naprawdę by mogła. Tylko, że wraz z uświadomieniem sobie, że właśnie egoistycznie spycha własne problemy na kogoś innego, uzmysłowiła sobie, że tak naprawdę nie ma do tego prawa. Że nawet epizody z przeszłości powinna zachowywać dla siebie, nie narażając tym samym ludzi nadmiernie emocjonalnych na przeżywanie na powrót tego, co ona sama miała już za sobą.
A Symplicja? Ona nigdy nie powiedziałaby jej, że już dosyć. Wysłuchałaby wszystkiego, co Audrey chciałaby powiedzieć, bo po prostu taka była. Dobra. Pełna zrozumienia. Nie przerwałaby Holenderce, cierpliwie mierząc się ze wszystkim. Wszystkim.
Nie, Faulkner nie miała prawa niczego takiego wymagać.
Ostatecznie więc zamilkła, westchnęła cicho i jeszcze przez dobrą chwilę po prostu trwała w objęciach Szafran. Jej bliskość była kojąca w ten sposób, który Audrey powinna poznać już po urodzeniu, a który poznawała dopiero od siedmiu lat. Dotyk nie mający podtekstów, niosący czułość niepodszytą erotyką, a zwykłą, rodzinną niemal troską.
- Przepraszam - odezwała się wreszcie, gdy była już w stanie odsunąć się odrobinę, tylko tyle, by móc spojrzeć na twarzyczkę Polki. Odgarniając jej kruczoczarne kosmyki z policzków w siostrzanym odruchu, uśmiechnęła się lekko. - Nie powinnam. Takich rzeczy się nie robi, nie psuje się komuś dnia w taki sposób. - Wzruszyła lekko ramionami, po chwili wahania zmieniając pozycję i kładąc się na plecach na szerokim, miękkim materacu. Symplicję pociągnęła delikatnie za sobą, tak, by obie mogły spoglądać w jednobarwny materiał baldachimu łóżka.
- Jak ty sobie radzisz z takimi dniami? - zapytała po chwili cicho, spoglądając na Polkę uważniej. - Z dniami, kiedy życie staje się nagle wyzwaniem nie do udźwignięcia?
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Nie 11 Paź 2015, 17:44

Czy jesteś zła? Nie, chyba nie, a nawet jeślibyś była to byś nic nie powiedziała. Milczałabyś tylko dalej warząc słowa, zastanawiając się nad ich głębszym sensem. Bo każde słowo ma jakiś ukryty przekaz, bo nie ma słów bezsensu. Nawet jeśli bardzo by się tego chciało, nawet jeśli marzyłoby się o tym całym sercem.
Zapanowała cisza, historia się skończyła? Niepewne spojrzenie na twarz Holenderki, nie nic się nie skończyło. Przez chwilę Symp walczy sama ze sobą nad tym czy wolałabym, żeby ta historia trwała nadal, czy może chciałaby już skończyć tą chwilę szczerości, czy to ją przytłacza. Może trochę, ale przytłacza to tylko tą normalną część jej osoby. Ta szaleńcza nuta artysty, cząstka boża pragnie więcej, pragnie bardziej. Ta chora, makabryczna atmosfera historii kręci ją, sprawia, że ma ochotę tworzyć coś strasznego, pragnie jeszcze raz spojrzeć na ciało Audrey i stworzyć coś, coś co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego.
Jesteś straszna Symplicjo, przerażasz sama siebie, w twojej głowie kłębi się zbyt wiele szajb, zbyt wiele nieokiełznanych demonów.
Z rozmyślań wyrywa Polkę fakt, że ciepło, które czuła zaczyna się od niej oddalać, ale tylko trochę. Jednak ona to zauważa, jakby wyrwana z głębokiego snu spogląda na blondynkę, na to, że ta wydaje się smutna, jakby miała wyrzuty sumienia.
Szafran uśmiecha się do niej delikatnie, chce jej dodać otuchy, tym jednym grymasem chce pokazać dziewczynie, żeby się nie przejmowała, że nie jest taka delikatna za jaką ludzie ją biorą. Oj nikt tak naprawdę nie znał panny Szafran, nikt nie znał jej ciętego języka, tego, że potrafiła pokazać pazur, gdyby tylko ktoś rozumiał jej ojczysty język, ech byłoby tak pięknie.
-Nie musieć.- W tych dwóch słowach kryło się więcej słów niż oficjalnie wyszło z jej ust. W tych słowach kryło się nie musisz przepraszać, nie rób tego, przyjaciele nie muszą, po prostu mówią, bóle rozkłada się na pół, wtedy bolą mniej, dziękuje za zaufanie, dziękuje za wiarę, dziękuje za wszystko, dziękuje, że jesteś.
-Ty nie psuć. Jeśli chcieć, ty mówić, ja słuchać. Siostra?- Mówiąc ostatnie słowo spogląda na Audi. Nie wygląda jak Ola, z żadnej strony nie przypomina też Jarci. Chociaż widać w niej siłę Ortulany i zapał Jaromiry. Przez chwilę Symp ma ochotę zapłakać, tak bardzo tęskni za rodzeństwem. Ostatnio dostała sowę od Oli, napisała, że spotkają się w święta, że ta będzie w Londynie i że przez chwilę będą razem, jak dawniej.
-Rysować. Problem pomalować, problem w kolorach, problem brak.- Słysząc co wypada z jej ust, rumieni się lekko zażenowana, głupio mówić jej jak Kali, a nawet gorzej.
Kiedy leży obok blondynki przytula się do niej, otacza ramieniem jakby w ten sposób próbowała uchronić Faulkner przed potworami kryjącymi się w cieniach i zimnie, ukrytych między kropelkami listopadowego deszczu.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Nie 11 Paź 2015, 20:04

Podobno tylko dzieci są zdolne do przełamywania wszelkich granic - czy po prostu do nie posiadania takowych. Różnice w pochodzeniu, używanym języku, sposobie kochania czy innych preferencjach nie mają znaczenia dla nieskażonych jeszcze żadnym konkretnym wychowaniem, radykalnymi przekonaniami brzdąców. Dzieci - te, która używają jeszcze swojego własnego dialektu, które do każdego wychodzą z sercem na dłoni - są ponad wszelkie reguły rządzące porozumiewaniem się. Przekraczają bariery i rozumieją się doskonale z każdym swym rówieśnikiem, niezależnie od tego, czy znają go z sąsiedztwa, czy widząc po raz pierwszy w życiu na tłumnym lotnisku. Podobno tylko one, tylko kilkulatki tak potrafią... Nonsens.
By obalić powyższe twierdzenie wystarczyło prześledzić rozmowy Symplicji i Audrey. Te faktycznie ubrane w słowa i te nieme. Te pierwsze i te późniejsze, po latach wspólnej znajomości. Wystarczyło przyjrzeć się im wszystkim by dostrzec, że dziewczyny wcale nie utraciły tej zdolności porozumiewania się, która charakteryzowała je w dzieciństwie. Że wciąż to umiały. Ani bariera językowa - angielski dla żadnej z nich nie był językiem ojczystym, każda miała swój akcent i swoje potknięcia - ani różnice charakterów, historii, zainteresowań nie były problemem w chwili, gdy po prostu koło siebie były. Było tak, jak gdyby między nimi wytwarzał się dodatkowy, prywatny kanał komunikacyjny. Taki, który nie wymaga słów.
To dzięki temu Faulkner rozumiała, to dlatego wiedziała, co tak naprawdę kryje się pod dwoma słowami. To, co dla kogokolwiek innego byłoby zdawkową, kulawą odpowiedzią, dla niej znaczyło dokładnie to, co Szafran chciała przekazać. To nie były tylko dwa słowa, to była garść przesyconych emocjami zapewnień i wyznań, na które nie mogła się nie uśmiechnąć.
- Tak. Chyba tak. - Siostra. Ktoś, kogo nigdy nie miała, nie wtedy, kiedy powinna. A teraz - Symplicja. Była jej siostrą? Na pewno. W jakiś sposób, ten dziwny, umykający ludzkiemu pojmowaniu faktycznie stanowiły rodzinę.
I może właśnie dlatego z ust Audrey padła propozycja taka, a nie inna. Oczywiście, nie przemyślała tego. Większości rzeczy ważnych Faulkner nie przemyśliwała - najpierw decydowała, a dopiero potem dochodziła do wniosku, że warto byłoby się zastanowić. Teraz było dokładnie tak samo. Najpierw dała się ponieść impulsowi związanemu z rysowaniem - hej, to naprawdę brzmiało sensownie! - a dopiero potem zaczęła się obawiać, czy przypadkiem nie popełnia błędu.
- A czy to... Czy to działa też na innych? - Odetchnęła powoli. - Nie umiem rysować, nigdy nie umiałam. Narysujesz coś za mnie? Pokolorujesz moje problemy... mnie?
Bo do tego to się sprowadzało, prawda. Źródłem większości złych dni Audrey była ona sama. Jej ciało, jej samotność, jej tornado emocji, które czasami przybierało na sile. Jak teraz.
Zobacz profil autora
Symplicja Szafran
avatar

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    Pią 16 Paź 2015, 21:03

Mroki jesiennych wieczorów, zsyłają na ludzi lęki, sprawiają, że ludzie myślami wędrują w stronę dawno skrywanych strachów, złych wspomnień. Ta ciemność, oplata serca i umysły, ciasno by żaden promyk słońca nie mógł rozjaśnić tych mroków. Jesień sprawia, że bardziej niż kiedy indziej potrzebna jest Ci bliskość, kogoś drugie, kogoś kto wysłucha, kogoś, kto po prostu będzie.
Więc leżały obok siebie, przytulone, razem walczące z jesienną depresją, chandrą, wspólnie mierzące się z jej niszczycielską mocą, wsłuchującą się w równy rytm swych oddechów, w pełne ekspresji jesienne koncertowanie wiatru, błyskawic i deszczu, który uderzał w szyby dormitorium z siłą huraganu. Przez chwilę Symp zastanawiała się czy ten deszcz nie próbował przynieść im oczyszczenia, czy nie chciała zmyć z nich wszystkich problemów tego dnia, tygodnia, miesiąca, życia? A może przyroda postanowiła przynieść im ukojenie, w przyrodzie było tak wiele magii.
Leżąc tak na materacu, czuła jak robi się senna, jak oczy robią się ciężkie i starają się na siłę zamknąć. To był ciężki dzień, zbyt ciężki. Na początku cała masa zajęć i ciągłe przypominanie im o SUMach i o tym jak ich wyniki są istotne dla ich dalszego życia, potem pogubiła się na korytarzach, a potem ta cała historia, ktoś by powiedział, że to bardzo małe problemy, że w zasadzie to pryszcz nie problem, ale przecież każdy wiek, każdy człowiek rządzi się problemami na swoim poziomie, nie można od tak zamienić ich na trudniejsze, łatwiejsze czy po prostu inne.
Więc są siostrami, uśmiechnęła się delikatnie do tej myśli.
Ona miałaby zamalować jej problemy, chciałaby, na prawdę zabrać je wszystkie, ale to tak nie działało, każdy sam musiał się z nimi mierzyć. Jedyną osobą, która mogła je zamalować, sprawić, żeby na dobre odeszły w siną dal była sama Audrey, tylko ona miała władzę i moc pozwalającą jej przegnać te mary, demony i stwory.
-Zbyt łatwo. Ty musieć walczyć z twoje demony. Nikt nie wygrać za ciebie.- W połowie wypowiedzi cicho ziewa, a za nim uda jej się zasłonić sobie ręką usta, udaje jej się zademonstrować Krukonce całe swoje uzębienie.
Leżąc tak spokojnie, napawając się ciepłem kogoś bliskiego, Symp leniwie mazała palcem po pościeli jakby coś rysowała, nieobecnym wzrokiem przyglądając się swojemu nowemu nie istniejącemu dziełu. Tkwiąc tak w stanie gdzieś pomiędzy snem, a jawą, napawała się ciepłem drugiej osoby, cieszyła się faktem, że w zasadzie nic na tę chwilę nie musi, bo nawet jakby musiała to i tak by nic nie zrobiła, tak bardzo na nic nie miała ochoty, że takie leżenie i pogrążanie się w coraz to odleglejszych myślach było jej bardzo na rękę.
Kolejne ziewnięcie, tym razem udało jej się na czas zasłonić sobie usta.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty    

 

raz, dwa, trzy dzisiaj mówisz ty

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Pub Trzy Miotły
» Festiwal Cieni - Trzy Beznogie Niziołki
» Sklep Magiczny
» Pokój Tonks
» [sen] Dzisiaj zło miało prawo wygrać

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Fasolkowo
 :: 
Archiwum
 :: Fabularne :: Myślodsiewnie
-