IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Stara, nieużywana klasa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sro 13 Kwi 2016, 06:48

Klasa nieużywana aktualnie była niezwykle intensywnie używana. Sądząc po wydobywających się w nich dźwiękach (miaau, mrau, miau!, miau?, miaaaaau, mroou, miiiiał) musiało dziać się tam coś konkretnego. Tym bardziej, że między kocimi melodiami rozlegały się trzaski naczyń, fiolek, huk spadających książek i krzeseł. Tylko odważni zdołaliby wejść do środka i uniknąć już w progu zmasowanego ataku kociąt. Pierwsze co się rzucało to namnożona ilość kotowatych. Nie było ich standardowo trzech, a około dziesięciu. Żbik siedzący na samym środku biurku wydający z siebie ostrzegawcze i pełne pretensji miauki, Emanuel rozlany na fotelu - gdyby walił się świat, on zapadłby w przedpołudniową drzemkę oraz osiem kociąt o różnorakiej maści - począwszy od rudej, skończywszy na czerni. Między plątanką małych ciałek migała biel. Plamek był w swoim żywiole jako jeden z najmłodszych. Sala była roznoszona i niszczona, a sądząc po bałaganie koty miały dziś krwiożercze zapędy. Żbik poruszał wąsami, zaś jego wzrok był pełen wyrozumiałości takiej, jaką obdarza się niesforne dzieci, które pomimo napomknień, robią dokładnie to, czego im zabroniono. Jolene miała wiele powodów, aby pozwalać podopiecznym na rozgardiasz. Osiem kociąt zbiegło z sali transmutacyjnej; ktoś musiał źle zamknąć klamkę. Podczas porannego spaceru Jo je zauważyła i zanim te zdążyły rozproszyć się na cały Hogwart, zdołała je do siebie przyciągnąć i zamknąć tutaj, w sali. Szalały, wchodziły na żyrandol, regały, jeden z nich utknął pod biurkiem i żałośnie błagał o pomoc, inny wchodził właśnie do słoja z jakąś cieczą, a Jo dbała tylko, aby żadne się nie zabiło. Za kilkanaście minut wszystkie się zmęczą, a więc o wiele łatwiej będzie je zaprowadzić z powrotem do klatki. Puchonka nie zamierzała używać na kotach magii ani też siłą więzić je w metalowych klatach. Planowała zmęczyć młodzież i nakłonić ją do dobrowolnego powrotu na na miejsce. Wiązało się to ze szkodami materialnymi na klasie, jednakże o tyle lepiej, że dziewczyna zdołała przyciągnąć kocięta tutaj, a nie w bardziej wartościowe i bardziej uczęszczane miejsce.
Jolene zmieniła się. Przestała nałogowo obracać się ludźmi, odkrywszy antidotum na samotność w towarzystwie czworonogów. Aktualnie trwała pora obiadowa, południe, a po posiłku większość uczniów wysypie się na dziedziniec, aby oddać się wesołej zabawie śniegiem. Niedawno rozpoczęły się powroty do zamku z okresu świątecznego. W Hogwarcie panował niesłychany gwar, gdy jedni drugim opowiadali wrażenia ze świąt Bożego Narodzenia. Jo zamiast dołączyć do gawędziarzy, roztaczała opiekę nad zbiegami. Z samego rana, tuż po śniadaniu, Puchonka się przetransmutowała i od tamtej pory tkwi w tej postaci. Wiedziała, że ma nowy nałóg.
Uniosła srebrną łapkę i podrapała się za uchem, schylając pyszczek i przymykając myślące, niebieskie ślepia. Nastroszyła się nagle, śląc zirytowane MIAU w eter. Ostrzeżenie podziałało, bowiem jeden z większych kociąt zaniechał zbijania słoja z chochlikami kornwalijskimi. Miast tego wskoczył na regał i z satysfakcją spychał stamtąd inne naczynia z różnoraką, płynną bądź gęstą (oraz żyjącą) cieczą. Wszystek to pływało na podłodze. Koty miały jeszcze dziesięć minut na czyste szaleństwo.
Zobacz profil autora
Alex Hall
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Czw 14 Kwi 2016, 18:43

Nie lubił lochów – zimne to to, ciemne, wilgotne i jeszcze pachniało dziwnie, jakby pleśnią. Można by sądzić, że człowiek przyzwyczajony do wąchania najróżniejszych substancji nie będzie narzekał na odrobinę piwnicznej stęchlizny, ale w tym konkretnym przypadku nos Halla kapitulował. Nie miał pojęcia, co takiego było we wszelkich lochach, piwnicach czy innych podziemnych pomieszczeniach, ale zwyczajnie ich nie trawił i nie lubił tam przebywać. Pech niestety chciał, że szanowna pani profesor Lacroix właśnie tam uwiła sobie gniazdo i jeśli Alex wystarczająco silnie pragnął z nią porozmawiać na jakiś temat, musiał zejść do smoczego dominium. A tym razem sprawa była nielicha, bo dotyczyła eliksiru – czy właściwie eliksirów w liczbie mnogiej i ich receptur, które coraz mocniej kręciły się aurorowi po głowie, nie dając o sobie zapomnieć. Dwa pomysły, dwa marzenia, które chciał zrealizować w dziedzinie eliksirowarstwa rozbijały się o kamienny mur ilekroć nie podejmował kolejnej próby ich dopracowania. Bodło to w jego dumę, bodło szalenie i boleśnie, ale Hall musiał przyznać przed samym sobą, że może brakowało mu na razie umiejętności, by sięgnąć ich samodzielnie, a ostatnie wydarzenia pokazywały, że proszenie o pomoc być może nie było takim złym pomysłem. Szedł więc z obitym w skórę notesem pod pachą ku gabinetowi panny Lacroix, zastanawiając się, jak właściwie miałby zacząć tę rozmowę – Chantal, ratuj? No nie, to nie brzmiało zbyt dobrze.
Ale co innego... Och, co innego brzmiało zdecydowanie dużo bardziej zachęcająco! Idąc żwawo korytarzem, auror nagle zatrzymał się w pół kroku, odruchowo marszcząc nieco brwi i nasłuchując. To z jego głową było coś nie w porządku, czy ktoś trzymał w lochach kocięta? Wizja rozmowy z Chantal została automatycznie odsunięta na bok, gdy Hall skręcił w inny korytarz, podążając za dźwiękiem. Co tu dużo mówić, Alex był kociarzem – a konkretniej tą jego odmianą, która (niezwykle po męsku) rozczulała się nad każdym puszystym ciałkiem, potrafiła prowadzić długie rozmowy z każdym przedstawicielem kociego gatunku, nawet jeśli ten wypiął się na niego tyłkiem, czy uważać, że nie istniało nic lepszego niż długie głaskanie rozlanego na kolanach pupila. Między innymi dlatego Alfa, jego ruda kocica zwana też żartobliwie panią Hall i odziedziczona niedawno Sachmet miały z nim tak wygodne życie.
Anglik wreszcie przystanął przed drzwiami, zza których bardzo wyraźnie dobywało się miauczenie – moment nasłuchiwał, oczekując jakiegoś ludzkiego głosu, a potem zwyczajnie nacisnął klamkę i wszedł do kociego raju. Czy też piekła, zależy czy patrzyło się na absolutną demolkę autorstwa kociąt czy na ich puchate, przeurocze pyszczki. Alex potrzebował dokładnie jedną setną sekundy, by zdecydować, że bałagan w ogóle go nie obchodził, za to rozbiegane po klasie stworzenia już tak. BARDZO. Bo były puchate, kochane i miauczały. Utrzymując notes pod pachą, auror zdjął z nogawki białego kociaka, który już zaczął się po niej wspinać na górę i delikatnie unosząc go na wysokość oczu, rzucił:
- Gdzie tak pędzisz, hm? Marzy ci się zdobywanie gór?
Podłożył palec pod jedną z łapek sięgającą już ciekawsko aurorskiego nosa, ale malec uznał to tylko za zaproszenie, by wbić zęby ostre jak igiełki w cokolwiek, co mu się pokazywało. Nie, Alexowi w ogóle to nie przeszkadzało, nawet jeśli wyjdzie podrapany i pogryziony, bo było cholera warto.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Czw 14 Kwi 2016, 19:59

W starej nieużywanej klasie zalęgło się niespodziewanie dużo szczęścia. Starczy go dla każdego i jeszcze wiele zostanie. Wystarczyło wyciągnąć ręce i pozwolić szczęściu działać. To niezwykle prosty gest, dzięki któremu zyskiwało się wiele opacznej kociej miłości. Koty mają swój honor, godność, charakter i dumę i za to właśnie się je kochało. Zaskakiwały na każdym kroku, a gdy polegały przy czymś, poruszały najczulsze struny najtwardszego serca przejmującym miaukiem. Alex wszedł do klasy wypełnionej szczęściem, także nic dziwnego, że stał się punktem centralnym sali. Ślepia srebrzystego i największego kota czuwającego na biurku zmrużyły się. Z gardzieli wydobył się wysoki dźwięk, pozwalający Jolene zachęcić kocie stworzenia do określonego działania. Puchonka nie mogła im rozkazywać, nigdy wszak by się na to nie odważyła. Nie zmuszała ich, a wykorzystywała własną przewagę świadomości oraz myślenia w kociej postaci. Dostrzegłszy Plamka pomiędzy rękoma Alexa, Jo uśmiechnęłaby się, gdyby umiała. Tu obnażyła kiełki unosząc kocie wargi i odsłaniając różowy język. W listach zaoferowała mu możliwość przebycia kociej terapii. Intuicja i zebrane ukradkiem informacje ułożyły się w logiczną całość. Alex cierpiał, a więc nie mógł wyczarować patronusa. Jo cierpiała, nie mogła więc kontynuować nauki. Potrafiła jednak ona rozjaśnić dzień nauczyciela, który już na początku roku zyskał sobie sympatię uczennicy.
Miauk Jolene poniósł się echem. W odpowiedzi pozostała siódemka kociąt odpowiedziała tym samym, odwracając uszy w jej stronę. Żbik zeskoczył cichuteńko na podłogę, biały Emanuel podążył za nią. Towarzysz również wydał z siebie dźwięk i stało się. Kocięta różnej maści, wielkości i puchatości zrozumiały przekaz. Porzuciwszy z hukiem to, czego próbowały dokonać zbiegły się na podłodze. W nierównym szyku, w chaotycznej formie podążyły z zainteresowaniem w stronę Alexa. Nauczyciel został ofiarą zmasowanego ataku, bowiem najmniejsze maluszki drapały nogawkę jego spodni, sięgając czasem do skóry na kostce. Większe i zaradniejsze kocury powskakiwały na meble stojące po bokach mężczyzny. Czarny, roczny kocur naprężył ciałko, jego źrenice zrobiły się ogromne i... wskoczył na barki Alexa, wbijając w skórę ostre pazury. Inszy dachowiec zamruczał długo, sięgając długą łapką w uniesione ręce. Sam Plamek był wniebowzięty, mając na sobie całkowitą uwagę Głaskacza. Zewsząd Alexa działy się liczne szczęścia, domagające się odpowiedniej ilości czasu, uwagi i pogłaskań. Żbik i Emanuel siedzieli zaś dalej na podłodze. Wyprostowani, dumni, pełni gracji.
Zobacz profil autora
Alex Hall
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sob 30 Kwi 2016, 19:09

Choć życie było dla niego ostatnio bardziej znośne, głównie dzięki osobie aroganckiego i bezczelnego Nikolaia, który jednak w jakiś dziwny sposób się o niego troszczył, Alexowi wciąż czegoś brakowało. Miało brakować już prawdopodobnie do końca życia, bo niektórych dziur nie można było zalepić, ale chwile pełne miękkości, miauczenia i szczęścia dokazującego na czterech łapach, miały moc odsuwania nieprzyjemnych myśli. Zupełnie przypadkiem znajdując się w klasie pełnej kociąt, z umysłu młodego aurora zniknął ucisk towarzyszący mu niezmiennie jak cień od czasu tragicznej śmierci przyjaciela – wcześniej udawało się to na chwilę stojąc przy kociołku lub w objęciach starszego Asena, a teraz wyglądało na to, że kocia terapia miała zająć zaszczytne trzecie miejsce na liście niekwestionowanych poprawiaczy nastroju. Każdy kolejny sposób Anglik przyjmował z otwartymi ramionami, a w obliczu futrzanej, gangsterskiej bandy rozpromienił się jak małe słońce.
- O mamo – wydusił cicho, gdy czarny kocurek wskoczył mu na ramiona, balansując na nich bez większego problemu. Pacnięcia ogonem w policzek i czoło Hall potraktował jak oznakę kociego błogosławieństwa, wolną dłonią sięgając osmolonego pyszczka, by zwierzę obwąchało jego palce. - No już, spokojnie, dla wszystkich starczy – dodał po chwili, gdy ataki przypuszczane na nogawki nie ustawały, a tylko przybierały na sile. Powoli, tak, by nie zmuszać do zeskoczenia swojego nowego lokatora, Alex ostrożnie usiadł na podłodze, oddając się w całości do dyspozycji futrzanej bandy, którą zamierzał tulić i głaskać tak długo, jak tylko mu na to pozwoli. Wszystko oczywiście bardzo po męsku, testosteron aż buchał, kiedy trącał policzkiem bok kocurka usadowionego dumnie na ramieniu i sięgał po domagające się atencji kocięta, by upuścić je na skrzyżowane nogi. Drobne pazurki przebijały się przez materiał spodni, kłując jak igiełki, ale zaaferowany głaskaniem każdego kota po kolei, mężczyzna niekoniecznie zwracał na to uwagę.
- Tak ci dobrze? Miziaj mnie człowiek? – spytał z rozbawieniem białą kulkę, którą wciąż trzymał w jednej dłoni, drapiąc kciukiem za małym uchem. Kolejne miauki brzmiały w jego uszach jak najsłodsze symfonie – mógłby tak naprawdę cały dzień i całą noc, albo i jeszcze dłużej. Szkoda, że Alfa i Sachmet były już odrośniętymi kocicami i zwykle tylko majestatycznie wylegiwały się na fotelu, zamiast tak głośno domagać się zainteresowania, z którym Hall zwykle się im narzucał. Kto tu zrozumie te kobiety, prawda?
Z westchnieniem pełnym zadowolenia Alex na razie odłożył na bok notes pełen formuł, na zmianę drapiąc i głaszcząc każdego kociaka, który wszedł mu pod rękę – nie przestał nawet, gdy jego wzrok natknął się na srebrnego, bardzo znajomego żbika.
- A więc tak sobie zajmujesz czas po lekcjach, kocia mamo – rzucił z wyraźnym rozbawieniem. - Komu je pani podprowadziła, panno Dunbar? Mam czekać na zgłoszenie o podprowadzenie gangu władców świata?
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Nie 22 Maj 2016, 14:22

W życiu Jolene tylko kocia terapia była w stanie zalepić dziury w sercu czy przepędzić kłębiące się czarne chmury. To w nich odnajdywała klucz do sukcesu i dla nich żyła. W tej postaci była w stanie polubić panią Norris, która choć niehigieniczna, należała również do rasy kotów. Oczka żbika spoglądały na wyolbrzymioną postać profesora pochłoniętego kocią miękkością i puszystością. Maleństwa lgnęły do czułości człowieka, wściubiały wąsy do rękawów, za kołnierzyk, wciskały główki do wnętrza jego dłoni żądając uwagi i pieszczot. Jo podwinęła ogon do ciała, aby nie wyrwać się i również nie zażądać odpowiedniej ilości głaskania. Nie wypada, wszak to nauczyciel! Miauknęła mimowolnie, instynktownie i z zazdrością.
Zastrzygła uszami słysząc słowa skierowane bezpośrednio do niej. Przechyliła żbikową główkę, roztargniona nagłą potrzebą dołączenia do gangu władców świata przypuszczających zmasowany atak na żywego, ciepłego człowieka. Koty czuły, gdy człowiekowi było źle. Rozumiały, gdy zrobiły coś złego i próbowały naprawiać. Nic dziwnego, że wyczuwszy od Alexa smutek, głaskały go futerkami i mrukami, aby go udobruchać. Im mniejsze kocięta, tym więcej uwagi potrzebowały. Im starsze, tym bardziej majestatyczne, aroganckie i dostojne. Tutejsze kuleczki były małe, młodziutkie, żwawe, wesołe, ciekawe. Wbijały pazurki w ciało, a jeden z mini dachowców przypuścił nawet atak na turlające się z książek pióro. Pióro zginęło śmiercią cudowną, a bo wprost między ostrymi białymi kiełkami szalonego kociaka.
Bardzo powoli i bezszelestnie Jolene cofnęła animagiczną postać, w duchu ciesząc się z zanikającej pilnej potrzeby wtulenia się w ręce Alexa. Siedziała tam, gdzie była, po turecku z rumieńcami na policzkach wywołanymi jeszcze zmieszanymi odczuciami kota. Na jej kolana wpadł Emanuel, gotów bronić swą panią przed puszystym atakiem kociąt. Jo przystała na to, nie chcąc odbierać nauczycielowi futrzastości.
- Gang zbiegł z klasy transumatycjnej i to on mnie uprowadził, a nie ja ich, panie profesorze. Och, proszę uważać na czarnulkę i nie dotykać jej ogona. Mógłby pan niechcący włączyć tryb seryjnego mordercy. - wskazała brodą czarnucha stacjonującego na barkach człowieka. Puchonka zanurzyła ręce w białym futerku Emanuela, z rozbawieniem obserwując rozanielonego Alexa. Mruknęła pod nosem coś niezrozumiałego, a kierowanego do Plamka wpatrującego się w swą panią. Po owym mruknięciu kotek wsunął głowę do rękawa Alexa i począł wgryzać i drapać się w zegarek nadgarstkowy.
- Przez chwilę byłam gotowa dołączyć do tego ataku. Kocie potrzeby są bardzo silne. Uff. - wyznała z ciepłym, miłym uśmiechem. Uniknęła spojrzenia Alexa, aby nie zawstydzić się tym, co właśnie mu powiedziała. Za mostkiem czuła narastające i przybierające na sile gorąco, kłębiące się w żebrach jak puszkowy potwór. To samo czuła i wciąż czuje przy Benie i Claire. Teraz był Alex. Wytarła kącik oka o futerko Emanuela, ukrywając zdradziecką łezkę wzruszenia.
Zobacz profil autora
Tanesha Hanyasha
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sob 20 Sty 2018, 01:31

Zaraz po popołudniowych zajęciach z eliksirów, na których dwoje uczniów prawie wyleciało w powietrze przez swoją nieostrożność, narażając przy tym innych na zaduszenie dymem, Tan wpadła szybko do dormitorium przebrać się w świeże ubranie. Kiedy nie śmierdziała już jak wyjściowy strój woźnego z nutą spalonej ropuchy, rzuciła wszelkie zbędne graty, spakowała co nieco prowiantu i wróciła na parter szkoły. Tam przez nikogo nie obserwowana, wślizgnęła się zgrabnie do pustej klasy, odruchowo już wymijając zdradliwe wiadro ustawione pod drzwiami. W pomieszczeniu jak zwykle panował zaduch, roztocza i echo, to też Ślizgonka sięgnęła po różdżkę i kilkoma prostymi zaklęciami unormowała warunki panujące w klasie na co najmniej znośne. Zniknęło przy tym sporo kurzu, uchylona okiennica chybotała się niebezpiecznie a kilka pająków straciło życie, tylko dlatego, że nie grzeszyło urodą.
Zadowolona z siebie zasiadła przy czystym już biurku. Minuty zdawały się wlec dłużej niż wykład z historii magii. Postukując paznokciami w blat, Tanesha oczekiwała przybycia Gryfonki. W międzyczasie zdążyła wyczarować sobie plakietkę na stolik z pięknie błyszczącym "Ubijacz zapchleńców", nowy manicure, a ostatecznie zabrała się za robienie nowego sweterka dla Henia, bo poprzedni, w prążki, nie pasował do jej aktualnego zestawu koszul i biustonoszy. Hanyasha siedziała więc przy biurku godnym szeryfa, z nogami zarzuconymi na blat i z marsową miną robiła na drutach długą, rurowatą rzecz w kolorze butelkowym. Nawet gdyby wpadł tu teraz Filch, to jedyne o co mógłby ją oskarżyć to nie zakłócanie porządku a robienie porządku, co leży w jego obowiązkach a nie przykładnej uczennicy.
- Jak myślisz Henryk, powinniśmy ją spalić czy lepiej utopić? W sumie wszystko jedno, skoro te cholery mają 9 żyć. Dziewięć żywotów by szczać na wycieraczki i zostawiać śmierdzące kłaki na mundurkach. Jak tak sobie myślę, Heniu, to nie mogłam mieć lepszego towarzysza od ciebie. Jesteś łysy, więc oszczędzam na rolkach do odkłaczania, do tego ciepło mi w cycki, w tak okropny dzień jak ten, a gdyby komuś przyszło do łba sprawdzić czy są prawdziwe to ja wiem, że będziesz bronił swojej kobiety i go upierdolisz. Taki jesteś Heniu kochany, a taki skromny. Prawdziwy dżentelmen.
Wąż zasyczał tylko cicho, układając się wygodniej w dekolcie przykrytym szalem, a Hanyasha nucąc coś o purée z Puchonów kontynuowała robienie - w jej mniemaniu - gustownego swetra dla swojego podopiecznego. Kolejnym plusem Henryka był fakt, że nie posiadał zarówno rąk, nóg, ani kończyn dolnych i górnych, więc robota szła gładko jak po gadzie.

_________________

Let's get this party started!
Zobacz profil autora
Tanja Everett
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Pon 22 Sty 2018, 23:58

Niecierpiący zwłoki list od niesiostry Ślizgonki (Merlinie, co ci Ślizgoni się tak uczepili biednej Gryfonki?), Tanja postanowiła od razu spełnić jej prośbę. Zamknęła dla pewności kieszeń, w której spał Rubin i tylko sobie znanymi (i zapewne woźnemu) skrótami dostała się do szatni przy boisku. Miała ambitny plan przelecieć się na niej aż do sali, gdzie czekała Tanesha. Wskoczyła rączo na swoją wysłużoną, ale niezawodną miotłę i odbiła się od podłoża. Jeśli dobrze policzyła okna, powinna była za piętnaście sekund przyprawić swoją koleżankę o mini zawał serca.
Tanja zajrzała przez uchyloną okiennice. Owszem, dojrzała tam swoją nie-bliźniaczkę, która jak zwykle opowiadała coś z Henrykiem Łysym, pierwszym tego imienia, potentata jadowitego interesu i żmijowatego pana na cyckowych włościach. Jakkolwiek by go nie nazwała, Tanesha i tak by się z tym zgodziła.
Intensywnie zastukała w okiennice, zastanawiając się, czy Ślizgonka zwyzywa ją od wszystkich Puchonów świata czy może od razu rąbnie w nią jakimś urokiem. Dla pewności Tanja wyjęła swoją różdżkę, aby zasłonić się przed czarem.
Nie mogła wejść drzwiami, bo po co. Gdzie Slytherin może, tam i Gryffindora poślą.
Zobacz profil autora
Tanesha Hanyasha
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sro 24 Sty 2018, 15:12

Brunetka właśnie przeciągała kolejne pętelki włóczki a rurowaty twór rósł o kolejne rządki, kiedy rozległo się stukanie w okno. Ślizgonka intensywnie skupiona na produkcji odzienia drgnęła gwałtownie na krześle i w typowym dla siebie odruchu, cisnęła w okiennicę niemym Expelliarmusem. W chwili gdzie zamiast typowego dla zaklęcia odgłosu trzasku usłyszała tylko świst a jej lewa dłoń trzymająca różdżkę odczuła niepodobny do niej ciężar... Tan zrozumiała, że właśnie próbowała trzepnąć zaklęciem w Niesiostrę. Drutem dziergalniczym. Spojrzała na swoją rękę zaskoczona i zrywając się z miejsca poszła otworzyć szerzej okiennicę zdezelowanego okna.
- Kuźwa, właź tu z tym rydwanem. Jeszcze ktoś Cię zobaczy! - syknęła ponaglając towarzyszkę zbrodni. Jeszcze raz przyjrzała się trzymanemu przez siebie drutowi. - Jasna cholera i wszystkie plagi. Gdyby to był jakiś niechciany gość to mogłam już nie żyć. - z brzękiem rzuciła narzędzie na stolik. I w tej chwili zorientowała się, że drugiego druta tam nie ma. Za to widzi go całkiem wyraźnie bardzo blisko swojej twarzy...
Ślizgonka spojrzała niżej gdzie z pod warstw jedwabnego szala w kolorze szmaragdu widać było pręgowane ciało jej gadziego towarzysza, owinięte w okół sterczącego niemalże pionowo prętu. W pierwszej chwili pomyślała, że w akcie zaskoczenia wbiła go sobie w pierś i zaraz skona. Później, że dźgnęła nim Henryka, a dopiero po chwili, kiedy drut brzęknął o podłogę zorientowała się, że prawda była zupełnie inna.
- Heniek, wszystko dobrze? - przekopała się przez warstwę materiału spoglądając na swojego ukochanego gada - Jesteś ranny, masz zawał?
Poczuła plaśnięcie rozdwojonego języka na swoim podbródku. Wyglądało na to, że z pręgowanym stworzeniem było wszystko w porządku.
- Everett, na litość boską i nie boską, nie rób tak więcej. Mogliśmy Cię zabić. - oświadczyła w końcu, zwracając swoją uwagę na bliźniaczkę z Gryffindoru. Odetchnęła głębiej i podniosła z podłogi dość solidnie wypchaną torbę, grzebiąc energicznie w jej zawartości.
- A teraz słuchaj Niesiostro, bo to będzie atak stulecia. - Jak wszystkie z ostatniego  miesiąca. Blada dłoń wynurzyła się z czeluści bagażu dzierżąc coś, co wyglądało jak jeden wielki, bury kołtun pokaźnej wielkości.
- Szyłam to cały wieczór starając się jak najlepiej odtworzyć urodę starej Filchowej - oświadczyła wręczając Tanji, jak się okazało, wypchane watą truchło imitujące kocicę woźnego. Po dłuższych oględzinach dało się zauważyć skrzywiony pysk. Brunetka ponownie pogrzebała w swoim inwentarzu. Tym razem trzymała aparat na kliszę. - Moja droga, plan jest taki. Mam w swoim zapasie również gustowny worek, w który złapiemy tego zapchlonego kota. - Ślizgonka od razu podniosła palec uciszając ewentualne pytania. Na stoliku znalazły się rękawice ze smoczej skóry, takie, których używali na zielarstwie przy wybitnie jadowitych okazach - Następnie, na miejsce tego potwora podrzucamy to truchło... i nadpalamy zaklęciem. - uśmiech na twarzy dziewczyny zrobił się iście złośliwy - O to, że Filch będzie chciał ją ratować nie ma się co martwić, więc  żeby nasz podstęp nie wyszedł zbyt szybko na jaw, również się przygotowałam. Ale to zobaczysz w trakcie, nie będę Ci psuć niespodzianki...
Hanyasha wszystko sobie przemyślała i za wczasu opłaciła zastraszonego Krukona, który za darowanie życia zgodził się podmienić pewną rzecz przy kanciapie Filcha.
- A tak ogólnie mówiąc, Ty jesteś naszym szoferem, a ja - tu poklepała aparat z zadowolonym uśmiechem - uwieczniam wszystko dla potomnych. Zawsze marzyłam, żeby mieć przy budziku zdjęcie woźnego w stanie skrajnej rozpaczy. Wtedy nawet jak trzeba będzie się zwlec rano, to będę wiedziała, że chujowszego dnia od niego i tak mieć nie będę...

_________________

Let's get this party started!
Zobacz profil autora
Tanja Everett
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Pią 26 Sty 2018, 00:42

Nie spotkała się z żadnym ciśniętym w jej stronę urokiem, więc nieco pewniej nachyliła się w stronę okiennic. Tak jak się spodziewała, dojrzała twarz Taneshy. W niemym zdziwieniu. Z drutem do dziergania w ręce. Merlinie, czy ona chciała tym w nią rzucić?!
Dusząc w sobie śmiech lekkim ruchem wyślizgnęła się do środka i zeskoczyła z miotły. Odłożyła ją na pobliską ławkę i przyjrzała się walce Niesiostry z drugim drutem. Może powinna była ją o to zapytać?
Nie wytrzymała jednak, gdy Ślizgonka zaczęła kopać jak szalona w swoim dekolcie. Buchnęła wesołym śmiechem, na co schowany do tej pory Rubin wyskoczył z kieszeni. Był zawsze zbyt ciekawski.
Tanja machnęła beztrosko ręką, gdy usłyszała zażalenie bliźniaczki. Czym jest życie bez ryzyka?
-Byłam przygotowana na jakąś klątwę, ale nie na rzut drutem, fakt. -przyznała w końcu Everett, dla świętego spokoju.
Tanja oparła się o blat ławki, słysząc znamienite słowa "atak stulecia". Tanesha miała zwyczaj nazywać tak każdą akcję dywersyjną na Filcha i jego kotkę. Jak to zwykle bywało, plan spalał na panewce przez osoby postronne lub Filch zbyt szybko wychodził cały i zdrowy z opresji. Tan podniosła brew do góry widząc bury motłoch.
-Na wszystkie gacie Gryffindora, skąd żeś to wytrzasnęła? Podebrałaś jakąś starą perukę Slughorna czy jak? -Gryfonka była pod wrażeniem szpetoty kłębka, który podała jej Niesiostra.
Everett dojrzała w końcu coś, co chyba miało być pyskiem, a upewniła ją co do tego Tanesha, mówiąc o szyciu. No tak. Lepiej się nie dało.
Tanja chciała zadać pytanie, ale widząc wyciągnięty palec koleżanki, zamilkła dla swojego dobra. Ta kobieta wyczyniała chaos z parasolka, strach pomyśleć, co mogła zrobić za pomocą jednego palca!
Gdy padły ostatnie słowa Ślizgonki, Tanja aż klasnęła w ręce. To mogło się udać!
-Jestem pełna podziwu! No no, może powinnaś była zostać Krukonką. Kiedy wdrażamy w życie nasz-oczywiście-że-niezawodny-plan-chyba-że-Black? -zagadnęła, mając w pamięci, że ostatnią dywersję zniweczył ten przemądrzały Black. Zawsze pojawiał się tam, gdzie Niesiostry knuły swój niecny plan. Tylko raz był to Syriusz, a raz Regulus.
Zobacz profil autora
Tanesha Hanyasha
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sob 27 Sty 2018, 15:36

Wpadka z drutami nie rokowała dobrze na zaplanowane działania wojenne, ale Ślizgonka postanowiła być jednak dobrej myśli. Słysząc, jaki Tanja ma z niej i Henryka ubaw, wzruszyła tylko ramionami z poirytowanym westchnieniem. Początkowo zmartwiła się czy wąż przypadkiem nie ma ataku serca, skoro postanowił się uzbroić w pręt ale wydawało się, że gad przeszedł nad tym do porządku dziennego. Dziewczyna poprawiła więc szmaragdowy szal, którym również zamierzała się dość wysoko owinąć i częściowo ukryć swoją tożsamość.  Spodziewała się, że delikatny jedwab będzie dramatycznie powiewał w trakcie ich ucieczki. Nieszczególnie się do tego przyznawała ale lubiła takie teatralne gesty, zwłaszcza jeśli chodziło o uprzykrzanie życia jedynemu charłakowi w szkole.
Po krótkim przedstawieniu dzisiejszych zajęć dywersyjnych, Taneshy nie umknął wzrok bliźniaczki, pełen podziwu i rozbawienia, więc wyprostowała się dumnie. Zawsze główny zarys planu wychodził z jej inicjatywy, za to Everett miała lepszą wprawę jeśli chodziło o sytuacje nieprzewidziane i szybkie ucieczki z miejsca zbrodni. Uzupełniały się więc doskonale, nie tylko wizualnie, ku rozpaczy woźnego.
- Nie obrażaj pani, dobre? - zagderała brunetka niby urażona uwagą przyjaciółki - Ten plan jest sprytny i wybitny. Gdybym była Krukonką to wyliczyłabym raczej trajektorię lotu, żeby wykonać najlepsze ujęcia na Filcha... - rozejrzała się po ekwipunku, obejmując spojrzeniem również miotłę Tanji. Sama względnie umiała się utrzymać na tych kijach, bardziej z zasługi ćwiczonej latami gimnastyki niż uważania na lekcjach w pierwszej klasie...  Za to Gryfonka latała w drużynie Quidditcha, więc można było założyć, że ewentualnych gapiów i walające się pod nogami mopy jakoś zgrabnie wyminie. Plan wydawał się wobec tego niezły.
- Nic mi nie mów o tych dziadygach. Już tyle razy miałyśmy szansę na atak stulecia a zawsze któryś się musi pałętać pod nogami. Jak to jest do diaska, śledzą nas czy co? - na samo wspomnienie ostatniej spalonej akcji Hanyasha aż się zacietrzewiła. Plan był dobry, jak zawsze, i szanse na powodzenie rosły w zastraszającym tempie... po czym zjawił się cholerny, starszy Black i postanowił uszczęśliwić Filcha klatką chochlików kornwalijskich. Z dwoma Niebliźniaczkami w tym samym pomieszczeniu. Zamiast opuszczać gabinet w blasku chwały swoich dokonań, dziewczyny musiały wyskoczyć ze swojej kryjówki w szafie a potem przez okno, prosto w nieprzycięty żywopłot. Oczywiście Syriusz nie poczuwał się do winy, ba, jeszcze był urażony, że nie zamknęły okna i chochliki również opuściły lokal, a Wielebny zastał swoją kanciapę nienaruszoną i jeszcze wywietrzoną. Kocia jego mać!
Ślizgonka zamruczała pod nosem jakieś niepochlebne słowa pod jego adresem i postanowiła sprawdzić, jak się ma sytuacja na zewnątrz. Podeszła do drzwi, wyjrzała na korytarz i zamarła. Nie odzywała się dłuższą chwilę, po czym ze zmarszczonymi brwiami odwróciła się do bliźniaczki.
- Everett... tam się coś odpierdala. - oświadczyła poważnie i ponownie wyjrzała przez szparę w drzwiach. Zapach spalenizny, a konkretniej butwiejącego papieru i krzyki Filcha dotarły już nawet do ich kryjówki.
- Jak to któryś z Blacków, to na Salazara przysięgam, że wypatroszę, flaki zapekluję a potem rozwieszę po lochach jako dekoracje...
Brunetka podeszła szybko do stołu i zarzuciła pasek aparatu na szyję. Lekko drżącymi rękoma wciągnęła rękawice i chwyciła worek.
- Niesiostro, odpalaj rydwan. Nie możemy im pozwolić zepsuć naszego planu, ktokolwiek kuźwa odważył się nam wtrącić! - Tanesha była ewidentnie zła. Wskazywało na to wszystko - od zwężonych źrenic, ukazujących jadowicie zielone obwódki na jej tęczówkach, po zawziętą minę i pluszowe truchło pani Noriss, które ściskała z taką mocą, że szwy zdawały się protestować.
- Podlecimy tam, jak najbliżej stropu, żeby nas nie widzieli. Jak zauważysz panią Noriss to nurkuj, byle nie za gwałtownie bo w odruchu zacznę drzeć mordę... Ja podmieniam tego cholernego kota i podaję Ci już zaciśnięty worek. Zależnie od tego co zrobi woźny, rzucimy od razu truchło albo chwilę przetrzymamy. A później to już sama zobaczysz... - na myśl o intensywnie płonącej kocicy Filcha, Hanyashy nieco poprawił się humor.
- Tylko od czasu podmiany nie leć za wysoko i za szybko, to średnio bystry aparat. Jak dolecimy do końca korytarza to dawaj w lewo. Zwiejemy głównym wejściem. Pomyślałam sobie, że w szatniach przy stadionie raczej nas szukać nie będą... jak myślisz?
Czekając aż bliźniaczka przygotuje ich środek transportu do lotu, Ślizgonka wyglądała ukradkiem na korytarz. Zaklinała na Salazara, żeby Wielebny z jego zapchloną lubą nie pognali czasem za jakimiś leszczami, którzy najwyraźniej postanowili spalić mu dobytek. To byłaby katastrofa. Dla dziewczyn oczywiście.
/zt Niesiostry -> kontynuacja: Gabinet pana Filcha

_________________

Let's get this party started!
Zobacz profil autora
Nevan Atsummerled
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Pią 27 Lip 2018, 15:19

To tutaj właśnie Atsu umówił się z Finnem, niosąc ze sobą naręcze słodyczy i innego rodzaju jedzenia - w końcu miał ogromny plan, równie wielki jak on sam czy jego żołądek. Plan idealny, genialny, co pychą się nie unosił. Był tylko jeden problem - ta klasa była zamknięta. A raczej byłby problem, ale w końcu to była szkoła magii i czarodziejstwa, więc każdy normalny czarodziej wiedziałby jak otworzyć te drzwi za pomocą różdżki. Na szczęście Atsu nie był normalny i szczerze mówiąc nie wpadł na coś tak trywialnego jak alohomora. Zrobił więc to po swojemu - najzwyczajniej w świecie chwycił za zamek i klamkę (jego wielkie dłonie na to pozwalały) i wyrwał je z drzwi (na co pozwalała jego siła fizyczna, której jako jedynej mu nie brakowało). W ten oto sposób znalazł się w środku. Przysiadł na jednym krześle z impetem, co okazało się złym pomysłem - najwyraźniej korniki już się rozgościły, więc z hukiem i trzaskiem znalazł się na ziemi. Cholerne robale, niech je coś pokręci. Zaklął cicho pod nosem, wyzywając robale od beztalenci i innych takim, po czym częstując się krajanką z melasy oczekiwał Puchona który był mu bardzo potrzebny. Miał tylko nadzieje że chłopak zjawi się szybko - obiecał mu że ma jedzenie, źle by było gdyby całe zeżarł zanim tamten przyjdzie. Musiałby iść po więcej a to byłoby męczące. Chociaż w sumie nie musiał iść. Zapomniał zupełnie o swojej nowej zdobyczy. A niech to.
Zobacz profil autora
Finn Gard
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Pią 27 Lip 2018, 22:26

Muzyka niosła się echem po dormitorium, gdy Finn oddawał się krótkim ćwiczeniom. Gitara drżała od rytmu, jaki  na niej wygrywał. Każde uderzenie w struny wywoływało pomniejszy ból opuszków palców. Po dwudziestu minutach gry musiał przerwać. Przysunął do ust palce oklejone plastrami i chuchnął w nie. Dopóki nie przestaną piec nie ma sensu aby kontynuował ćwiczenie. Zapakował gitarę w pokrowiec i wsunął ją pod łóżko. Ruszył raźnym krokiem w kierunku piętra, gotów zaatakować ze smakiem spóźniony obiad. Ledwie wszedł na parter, a dopadła go ogromna sowa. Chłopak uchylił się w ostatniej chwili przed zderzeniem z ptaszyskiem, które błędnie obliczyło moment hamowania. Skrzywił się, gdy sowa uderzyła skrzydłem o gobelin. Nie współczuł jej ani trochę - mogła go nie atakować. Już miał ją zlekceważyć i odejść w siną dal, gdy dostrzegł mimochodem na kopercie swoje imię. Jęknął. Ktokolwiek wysłał mu wiadomość musiał go nie znać. Nikt bowiem z jego znajomków nie dopuszczał się nasyłania na Garda jakichkolwiek zwierząt. Chłopak tolerował jedynie sowę Vinciego, do której zdołał się przyzwyczaić. Inne zaś budziły w nim niesmak i niechęć. Z ociąganiem podszedł do sowy siedzącej obecnie na głowie pomnika. Musiał chwilę pomocować się nim zdobył list. Odsunąwszy się na bezpieczną odległość rozwinął wiadomość. Im dalej czytał tym wyżej unosił brwi. Nie bardzo rozumiał. Kim u licha był Atsu? Nie znał nikogo o takim imieniu ani o pseudonimie. Ktokolwiek to był słusznie zauważył popularność Finna w kwestii zdolności muzycznych. Prośba nieznajomego Atsu nieco mu schlebiała. Jeśli miał szansę wspomóc muzycznie zwyczajnych ludzi robił to z zainteresowaniem. Przymknąwszy oko na wzmiankę o dużej ilości jedzenia, postanowił udać się we wskazanym kierunku. Nie wziął jednak ze sobą gitary. To niedorzeczne nosić instrument przy jakimkolwiek pożywieniu. Pedantyzm Garda uniemożliwiał spełnienie prośby Atsu. Nie znał gościa, nie wiedział dokładnie czego od niego chce więc sam zadecyduje czy weźmie ze sobą instrument czy nie.
Schował ręce do kieszeni i zawrócił, kierując się do kuchni. Wytrzyma jeszcze trochę do spóźnionego obiadu, najpierw dowie się czego potrzebuje obcy człowiek. Podgwizdując pod nosem szybko odnalazł starą klasę. Nie raz służyła mu za salę próbną ćwiczeń, także nie miał problemu z jej zlokalizowaniem. Już był przy drzwiach, gdy nagle coś go tknęło. Zamek. Nachylił się ku niemu i uważnie obserwował, dostrzegając ślady użycia niemagicznego sposobu otwarcia drzwi. Skrzywił się. Wystarczyło drobne zaklęcie i nie trzeba byłoby uszkadzać zamka. Finn wyciągnął różdżkę i szybkim Reparo naprawił szkody. Plany obejmowały korzystanie z tej sali niejednokrotnie. Pchnął drzwi i przekroczył próg. Momentalnie poczuł słodki zapach łakoci i dzisiejszego obiadu. Zlokalizował źródło i... Atsu. Trzeba przyznać, Finnowi mowę odjęło. Nie przyszło mu na myśl, że o spotkanie poprosi najwyższy uczeń Hogwartu. Widział go z daleka lecz nie znał jego imienia. Cóż rzec, ten Gryfon rzucał się w oczy. Musiał być młodszy, nie przypominał sobie go z siódmego rocznika.
- Atsu? - rzucił pytanie w eter. Sam odpowiedział sobie na to pytanie. Chłopak z jedzeniem w tej klasie i o tej godzinie. To musiał być Atsu. Z lekkim wahaniem podszedł ku niemu i stanął naprzeciwko. Wyciągnął do niego prawą rękę.
- Jestem Finn. Chciałeś się spotkać... to coś pilnego? - zagaił, przyglądając się mu uważnie. W oczach Puchona majaczyło ciągłe zaskoczenie. Ciekaw był jakiej pomocy potrzebuje.

_________________
Zobacz profil autora
Nevan Atsummerled
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sob 28 Lip 2018, 15:39

Właśnie skończył krajankę i przegryzł jedną z czekolad kiedy zauważył że zamek w drzwiach znowu się pojawił. No nie, ktoś chciał go tu zamknąć. Jak mu się zachce, to dorwie tego kogoś i zmiażdży mu twarz za takie dowcipy. Ale to jak mu się zachce, był zbyt leniwy żeby miażdżyć innych kiedy w pobliżu było jedzenie. Potem czekało go kolejne spostrzeżenie - wszedł i on, ten na którego czekał, ten któremu wymyślił dumne, ziemniaczane przezwisko bo nie do końca pamiętał jego imię. Jednakże to chyba nic dziwnego, Atsu w końcu nie pamiętał imion większości osób - ba, zdarzało mu się zapomnieć jak właściwie nazywała się kapitan ich drużyny Quidditcha, a to dopiero spore niedopatrzenie. Prawda była taka, że w całym Hogwarcie było tylko jedno jedyne imię, którego nigdy, absolutnie nigdy nie zapominał. Wszyscy inni mogli liczyć na pseudonim co najwyżej. No, chyba że ktoś bardzo często o sobie przypominał.
- Um, Atsu, no Atsu. A nie wyglądam? - spytał zaskoczony. Ironio losu, ten Gryfon nie brał pod uwagę że skoro on praktycznie nie jest w stanie nikogo połączyć z odpowiednim nazewnictwem, to może być i tak że ktoś może nie wiedzieć jak on sam się zwie. Na szczęście Puchon wszystko bardzo ułatwił - przedstawił mu się. Finn. Naprawdę tak miał na imię? Czy to też pseudonim? Brzmiało trochę jak pseudonim. Chyba nie ma takich imion. A może są? Nie znał w końcu wszystkich imion na świecie, może gdzieś takie były. Też wyciągnął do niego rękę i uścisnął mu ją na tyle delikatnie na ile był w stanie. To już zdołał zauważyć - kiedy ściskał komuś dłoń normalnie, to wiele osób się krzywiło i narzekało że zaraz połamie im kości czy coś równie zabawnego, a temu nie chciał łamać nic. Ta ręka chyba była mu potrzebna do robienia muzyki ze swojego magicznego pudełka którym tworzył dzikie dźwięki. A dźwięki z gitary Finna będą mu potrzebne do życia, chociaż to nie Puchon musiał je tworzyć żeby działały. Swoją drogą, gdzie ten skubaniec chował swój instrument? A nieważne, ważne że przyszedł bo tak - sprawa była ważna, bardzo pilna i ważna, powiedziałby wręcz rangi światowej.
- Um...no tak. Bo ten... - zaczął i właśnie się zorientował co tak właściwie chce mu powiedzieć - to trochę bardzo prywatne, więc musiał powiedzieć to niczym mistrz ukrywania prawdy, niczym absolutna alfa i omega zdradzania części informacji. Sprytny Atsu jest sprytny, nie ma to tamto. Wyszczerzył się najpierw, bo wiedział że jak nie okazuje swojej sympatii to czasem inni myślą że chce im zrobić krzywdę.
- Um...bo jest taka jedna...i no. Naucz mnie grać i śpiewać...coś ładnego. Żeby zdobyć jej serce muzyką - powiedział w końcu po czym przez kilka sekund się zastanowił i dodał najpotężniejsze ze wszystkich magicznych słów, które w jego słowniku było na zakurzonej stronie "raczej nie używam": - Proszę. Czy coś. Podzielę się słodyczami nawet
No ta ostatnia propozycja chyba wystarczyła żeby każdy wiedział jak bardzo poważne rzeczy się tu dzieją. W końcu każdy wiedział (no może poza większością szkoły, która go nie znała czy coś) że Atsu nigdy nie dzieli się jedzeniem. Czasem nawet robi wszystko co może żeby zeżreć cudze, ale żeby tak komuś chciał odstąpić swoje własne słodycze? No nie do pomyślenia.
Zobacz profil autora
Finn Gard
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sob 28 Lip 2018, 18:09

Uścisk dłoni Atsu był zatrważająco silny. Finn o mały włos nie jęknął, jednak na całe szczęście zachował neutralny wyraz twarzy i nie pokazał po sobie jakie zrobiło to na nim wrażenie. Odgrzebał w umyśle wszelakie informacje dotyczące Atsu. Z tego co mu pobąkiwał Vinci, Gryfoni mieli w drużynie quidditcha niebezpiecznego pałkarza. Czyżby to o tym tutaj była mowa? Jeśli tak, Finn musi ponownie rozważyć swoją decyzję wstąpienia do drużyny Puchonów. Intuicja mówiła mu, że Vinci nie pozwoli mu stchórzyć.
Porzuciwszy rozważania dotyczące potencjalnego zagrożenia w sporcie ze strony Atsu, przyjrzał się klasie uważniej. Rzuciło mu się w oczy połamane krzesło. Pedantyzm Finna ponownie wziął górę. Cierpiałby, gdyby nie zareagował.
- Naprawię. - mruknął uprzedzając Atsu do swoich zamiarów. Wyjął ponownie cyprysową różdżkę i potarł ją kciukiem. Płynne Reparo naprawiło dwie nogi krzesła, kolejne zaś resztę. Przesunął je do siebie i usiadł na nim, naprzeciwko Gryfona. Nie będzie stać, gdy Atsu siedzi i konsumuje. Stopę położył na lewym kolanie, przyjmując tym samym swobodną pozę.
- Choćbym chciał, nie jestem w stanie zapamiętać imion wszystkich w Hogwarcie. - rozłożył ręce na boki. Miał co prawda predyspozycje, wszak Finn Gard słynął nie tylko z talentu muzycznego ale i również doskonałej pamięci. Podrapał się po skroni w oczekiwaniu na wyjaśnienia Gryfona. Nawet siedząc musiał unieść odrobinę brodę, by patrzeć Atsu prosto w oczy. Zupełnie jakby siedział obok Hagrida, choć gajowy zajmowałby około dwóch krzeseł.
Usłyszawszy odpowiedź niewiele zrozumiał. Potrzebował chwili by wydostać ze słów chłopaka odpowiedź.
- Taka jedna? Ale co lub kto? Masz na myśli sowę? Dziewczynę? - domagał się sprecyzowania. Domyślał się, że chodzi o drugą opcję lecz nie mógł tak jakoś powstrzymać się przed drobnym żartem. Trzeba przyznać, że nikt jeszcze nie zwrócił się do Finna o pomoc tego pokroju. Ballada dla dziewczęcia? Zapiekły go policzki na wspomnienie jak sam parę lat temu takową układał. Teraz leżała w odmętach kufra, zakurzona lecz nie zapomniana. Finnowi zaimponowała postawa Atsu. Zamiast zaproszenia na randkę czy pożyczenia notatek wybrał romantyzm i jego muzyczny przejaw. Nie każdy miałby w sobie odwagę, aby w ten sposób zagaić do płci przeciwnej. Ach tak, miał do czynienia z przedstawicielem Gryffindoru. Ci rzadko się wahali w podejmowaniu decyzji. Coś o tym wiedział wszak znajomość z Łapą co nieco na ten temat mówi.
Opcja zapłaty mu nie odpowiadała. Puchon miał na głowie masę obowiązków. Chodził zapracowany, kręcił się z miejsca na miejsce jak mrówka, a w Hogsmade nie był od trzech miesięcy. Czas dzielił między naukę i przygotowania do Owutemów, treningi quidditcha, próby kapeli i doskonalenie piosenki, nad którą pracował. Dodajmy do tego kombinowanie z tonacjami muzyki oraz namiętne poszukiwania zaklęcia przenoszącego nuty z papieru w powietrze - wychodził ewidentny brak czasu na cokolwiek poza tym.
- Dzięki, ale nie jadam słodyczy. - nikt też nie proponował mu zapłaty w jedzeniu. To dosyć dziwne... i kreatywne. Gdyby pojmował jak wielki gest ofiarowywał mu Atsu, zapewne potraktowałby to inaczej. Póki co żył w nieświadomości i dlatego nie przykuwał do tego należytej uwagi.
- Chcesz mi powiedzieć, że chciałbyś nauczyć się śpiewać bądź grać piosenkę dla dziewczyny, tak? - zapytał. Zanim podejmie ostateczną decyzję czy będzie w stanie pomóc chłopakowi musi zebrać odpowiedni wywiad. Warto zaznaczyć, że Finn nie mówił z kpiną ani rozbawieniem. Smalenie cholew do płci pięknej to delikatna sprawa, wiedział to z doświadczenia. Sam kiedyś przeszedł zauroczenie, które na szczęście przeminęło wraz z wiatrem.
- Proponuję ci wybrać albo jedno albo drugie, nie naraz. Jak się domyślam, grasz na jakimś instrumencie? - kolejne pytanie. Nie potrafił zwizualizować sobie Atsu z instrumentem w dłoniach jednak jak wiadomo ludzie potrafią zaskakiwać. Skoro chłopak poczuł potrzebę muzycznego okazania uczucia, to Finn z góry zakładał, że ma o tym jakiekolwiek pojęcie.
- Widzisz Atsu, mam bardzo napięty grafik. To, że teraz przyszedłem to zasługa tego, że przechodziłem parterem, gdy twoja sowa mnie znalazła. - drgnął na wspomnienie wielkiego ptaszyska, które niemal go stratowało. - Czy masz jakiś termin, do którego chciałbyś czegoś się nauczyć? Jeśli mam pomóc to po pierwsze nie na zasadzie, że ćwiczysz samotnie bez nadzoru i po drugie nie za darmo, choć nie za galeony. - muzyka jest bezcenna, poza tym Finn czułby się kiepsko, gdyby zdzierał pieniądze w szkole. Jeśli zdobędzie zawód muzyka wówczas opory przeminą i zacznie na tym zarabiać. Podrapał się po brodzie i z uwagą spoglądał na Atsu. Wiedział już w jaki sposób osoba taka jak Nevan mógłby mu odpłacić się za krótkie lekcje dotyczące śpiewu bądź gry. Myślał, że nie będzie z tym problemu, o ile uda mu się określić intensywność pracy.

_________________
Zobacz profil autora
Nevan Atsummerled
avatar

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   Sob 28 Lip 2018, 19:11

Czy to był jakiś fetysz jego rozmówcy, że wszystko naprawiał co tylko wpadło mu w ręce? Atsu nie rozumiał dlaczego w ogóle mu się chciało - jak nie drzwi to krzesła. Złota rączka Hogwartu rośnie na jego oczach, gdyby był mniej leniwy to aż by przyklasnął, uznał jednak że swój niemy podziw przekuł w sięgnięcie do torby i wepchnięcie sobie dyniowego pasztecika do ust. W sumie Puchon wpadł na całkiem niezły pomysł, z tym siadaniem - sam by sobie usiadł jakoś wygodnie, na krzesełku tylko one jakieś takie wątpliwej jakości były i nie potrafiły utrzymać go utrzymać. A Gryfon nie był na tyle naiwny by dwa razy zaufać takiemu krzesełku, bo to złe krzesełko było.
Jak najbardziej był też w stanie pojąć czemu ktoś nie umie zapamiętać wszystkich imion w Hogwarcie, w końcu sam miał problem z zapamiętaniem nawet kilku - a może po prostu jego mózg był tak wypełniony wszelakimi zapisami smaków danego jedzenia, aby zawsze pamiętał co lubi a czego nie, że nie było już tam miejsca na ludzi. Może to faktycznie wszystko wina ilości potraw jakie każdego dnia miał w głowie? Zresztą czy to ważne?
- Um...no dziewczynę. Moja sowa chyba nie potrzebuje piosenek - odparł lekko zaskoczony po czym wyszczerzył się. Wyobraził sobie siebie samego jak zawodzi pod sowiarnią "Avan jesteś moim kwiatuszkiem, moim opierzonym szczęściem, a każdy list który dostarczysz..." i inne takie. Tak, zapewne jego sowa byłaby bardzo zadowolona. Ewentualnie skonsternowana bądź przerażona że jej właściciel zgłupiał do końca, a jego mózg to po prostu jedna wielka przekąska. Chociaż czy to byłoby coś dziwnego, gdyby okazało się że zamiast mózgu, w środku jego głowy pływa skrzydełko kurczaka w panierce, z dużą ilością masełka? To by nie tylko miało perfekcyjny sens, ale również wiele by niektórym wyjaśniło. Ewentualnie można też by założyć że ma kafla zamiast mózgu.
I wtedy z ust Finna padły słowa, które sprawiły że Atsu aż oniemiał i zatkał usta dłonią, bynajmniej tym razem bez czegoś do jedzenia co mógłby tam włożyć. "Nie jadam słodyczy". Nie tylko odrzucił najdroższe, co tylko Gryfon mógł mu zaoferować, ale również stwierdził że nie je słodyczy. Czy to choroba? Czy to zaraźliwe? Może faktycznie jest z nim coś nie tak i trzeba go odtransportować do skrzydła szpitalnego, bo coś mu się zepsuło w organizmie. Jak można nie jeść słodyczy? I jak można odrzucić zapłatę w słodyczach? To jest nie do pomyślenia, oburzające wręcz. Gdyby nie to że Nevan naprawdę potrzebował jego pomocy, to prawdopodobnie by go za to uderzył, albo zaczął go głaskać, mówić mu że jest biednym kartofelkiem i nieść go po szybką pomoc medyczną. Sam nie wiedział co by zrobił i przede wszystkim, czy by mu się chciało. Nie, raczej nie, ale na pewno by coś zrobił żeby biedaczek się nie męczył i jadł słodycze, jak można sobie tak odbierać smak życia?
- Um..no tak. To źle? - powiedział czując się trochę głupio. Faktycznie, jak tak to teraz ujął w ten sposób, to brzmiał trochę jak jakiś szaleniec, albo co gorsza jak ktoś zakochany. A przecież wcale nie był ani jednym ani drugim. Po prostu uważał że Tanja jest najwspanialszą, najpiękniejszą istotą jaka wędruje po tym świecie i miał ochotę wzlecieć wystarczająco wysoko na miotle, żeby schować do torby te małe migoczące gwiazdki i jej podarować kilka. Najlepiej w formie ciasta, w końcu wszystko jest lepsze w formie ciasta.
Atsu był jeszcze bardziej zaskoczony tym że naraz dostaje tyle pytań - chłopak miał ich naprawdę dużo. Czy to było bardzo potrzebne? Nie było jakiegoś magicznego sposobu żeby nie pytać, machnąć gitarą jak różdżką i tadam, szmageregetenteges i już sobie Nevan wygrywa piękne melodie które ujmują za serce, albo jakkolwiek inaczej? No ale niech będzie, w końcu to jego rozmówca był profesjonalistą. Niech robi jak chce, póki skutecznie, bo chcąc nie chcąc tym razem musiał to powiedzieć samemu sobie - on, Nevan Atsummerled, znany szerzej jako Atsu musiał ten jeden raz nazwać się beztalenciem.
- Um, no wiesz...do tej pory tylko na nerwach. A co będzie lepsze? To Ty tu jesteś geniuszem muzycznym, pewnie wiesz lepiej ne?
Wtedy było kolejne uderzenie nieprzyjemnych informacji. Ćwiczyć...zaraz, czy to znaczy że będzie musiał ćwiczyć więcej niż raz? No nie, to jest za dużo wysiłku, on tylko chciał umieć w muzykę. Dlaczego wymagają od niego ćwiczenia? To będzie męczące, bardzo męczące. Przez chwilę miał ochotę stwierdzić że jednak się rozmyślił i że zabiera swoje jedzenie i wychodzi, ale potem ujrzał oczami wyobraźni Gryfonkę, która sprawiła że jednak został. Dobra, niech tak będzie. Jak ma ćwiczyć, to będzie ćwiczył a co. Ten jeden raz poświęci swój spokój duchowy i dobro własnego ciała i będzie...będzie nawet się wysilał. Co prawda ciężką pracą gardził, ale słyszał kiedyś że każdy wyjątek ma regułę, czy coś takiego. Więc od tego wyjątku to będzie jego reguła. To jednak było chyba na odwrót. W każdym razie wolał nie dawać po sobie poznać, jak wielką udręką jest sama myśl że będzie musiał w to włożyć trochę wysiłku - nie chciał przecież spłoszyć chłopaka, skoro już postarał się na tyle by napisać list, który zawierał aż tyle słów. To było zbyt męczące by teraz zmarnował okazje.
- Um...jak najszybciej najlepiej. Nie za darmo...to skoro nie chcesz jedzenia ani pieniędzy to czego chcesz? Mam kogoś pobić? Nie lubię się bić, ale umiem jeśli to niezbędne. A może mam wygrać za Ciebie w konkursie jedzenia na czas? Wygram na pewno. - bo w sumie nie przychodziło mu do głowy nic innego, co mogłoby sprawić żeby wydał się dla Puchona jakkolwiek użyteczny. A może chciał żeby wpuścił jakiegoś gola grając mecz z ich drużyną? Miał nadzieję że nie, bo wtedy to już faktycznie byłby rozdarty. Gdyby wiedział że ta cała sytuacja może sprawić potrzebę myślenia aż tak dużo, to prawdopodobnie zastanowiłby się dziesięć razy czy pomysł z piosenką jest naprawdę tak dobry jak mu się zdawało na początku.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Stara, nieużywana klasa   

 

Stara, nieużywana klasa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Nieużywana cieplarnia nr 3
» Płacząca wierzba przy stawie
» Opuszczona klasa
» Klasa eliksirów
» Klasa Obrony Przed Czarną Magią

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
Parter i lochy
-