IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Czas i Wanda leczy rany

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
John MacQueena
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 03/09/2015
Liczba postów : 32
Skąd : Anglia.

PisanieTemat: Czas i Wanda leczy rany   Pią Wrz 18, 2015 9:51 am

Opis wspomnienia
Czyli co mniej więcej się wtedy wydarzyło. Innymi słowy sesja w pigułce.
Osoby:
Wanda Whisper
John MacQueena
Czas:
1965 r. V klasa
Miejsce:
Jeden z rzadziej uczęszczanych korytarzy.
Zobacz profil autora
John MacQueena
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 03/09/2015
Liczba postów : 32
Skąd : Anglia.

PisanieTemat: Re: Czas i Wanda leczy rany   Pią Wrz 18, 2015 10:15 am

AUA. To jedyne o czy wtedy mógł myśleć John. Wszystko go bolało, przysłowiowo można rzec od stóp do głów. Paliły go żebra przy każdym oddechu, bolała go głowa przy każdym ruchu, bolały go ramiona przy każdej próbie podniesienia się z podłogi.
Johhny leżał właśnie poturbowany w jednym z mniej uczęszczanych korytarzy. Ciało miał poobijane, ubrania poszarpane a twarz spuchniętą ze szczególnym uwzględnieniem lima pod okiem które co prawda jeszcze nie zdążyło nabrać kolorów ale już lekko przesłaniało widok na świat z perspektywy Gryfona.
Wielka i zazwyczaj imponująca sylwetka Johna, wyglądała teraz niezwykle krucho leżąc z lekko podkurczonymi nogami pod ścianą. Na górnej wardze oraz na policzku znajdowała się zakrzepła już smuga krwi a w odległości kilku metrów na posadzce znajdowały się pojedyncze plamki krwi i losowo rozrzucone trzy zęby. Spokojnie, uzębienie MacQueeny było nietknięte.
John leżał tak od niewiadomo jak długiego czasu. Jak się można domyślić, został zaatakowany przez czwórkę innych uczniów. Chyba Ślizgonów, ale John nie był pewny. Jedyne po czym wnioskował przynależność do domu to fakt że to właśnie z nimi MacQueena miał najwięcej zatargów. Nieraz prał się z innymi uczniami ale członkowie Slytherinu byli zdecydowanie jego ulubionymi sparing partnerami.
Za bardzo nie wiadomo było dlaczego Johhny leżał jeszcze na ziemi. Nie był tak poobijany, by nie móc stanąć na nogi. Rzecz jasna, nie będzie to przyjemne, o spacerze do skrzydła szpitalnego nie wspominając. Jednak w końcu trzeba będzie to zrobić, ale jeszcze nie teraz. John czekał niewiadomo na co, na jakiś znak że czas się ruszyć i pójść się opatrzeć zanim zobaczy go jakiś nauczyciel i będzie raban na całą szkołę, czego wolałby uniknąć.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Czas i Wanda leczy rany   Pią Wrz 18, 2015 3:05 pm

Przypadkowe spotkania nigdy nie działy się przypadkiem.
Pewnie właśnie dlatego pewna piątoklasistka akurat tego feralnego wieczora postanowiła wrócić do siebie na wieżę inną drogą niż zazwyczaj. Pewnie dlatego wybrała dłuższą przechadzkę, zupełnie nieświadomie oczywiście, bo kto mógłby spodziewać się wypadku, który miał miejsce chwilę temu? Na pewno nie ona – mijająca poszczególne drzwi prowadzące do zapomnianych klas trzymając w dłoniach podręcznik do transmutacji przed buzią. Przybrudzone trampki wystukiwały dobrze znany wszystkim rytm, a ciemne włosy puszczone luzem podskakiwały przy każdym kroku. Ciemne legginsy i koszula w kratę sprawiały, że Krukonka nie wyróżniała się zbytnio z tłumu co jej pasowało – zwłaszcza, że wracała z biblioteki, w której przesiedziała cały wieczór ucząc się do nadchodzących egzaminów. Wszystko miało swoje miejsce, czas i możliwości. Nawet panna Whisper, która tak zaaferowana składnią pewnego zaklęcia zmniejszającego nie zauważyła leżącego gdzieś pod ściana przyjaciela.
Ba. Nie zauważyła nawet kropli krwi, które omiotły nie tylko podłogę ale i ubranie MacQueeny, na którego najprawdopodobniej by weszła gdyby nie to, że wcześniej poślizgnęła się o przeklętą juchę. Delikatny poślizg, piśnięcie i przytulenie książki do piersi – to była jej pierwsza reakcja, na jaką było ją stać. Potem nastąpiło odkrzyczenie całej gamy wzburzonych krzyków szatynki, gwałtowna gestykulacja i tuptanie w miejscu na tego kogoś kto nie zmył po sobie podłogi. Wanda złorzeczyła dłuższą chwilę odwrócona tyłem do Gryfona, który pewnie myślał, że kolejna osoba przyszła go dobić – jeżeli nie fizycznie to mentalnie, psychicznie. Nie mylił się zbytnio, bo dopiero po tym jak dziewczę łaskawie skończyło się już bulwersować to rozejrzała się po pustym korytarzu natrafiając wzrokiem na skuloną sylwetkę chłopaka. W pierwszej chwili wstrząsnął nią nieprzyjemny dreszcz, który pojawiał się zawsze gdy Krukoniasta wpadała w tarapaty albo gdy dowiadywała się o słabszej ocenie z wypracowania niż zakładała. Teraz jednak wiedziała, że nie chodzi tutaj o oceny, a o czyjeś zdrowie bądź też życie. Zamrugawszy brązowymi oczyma najpierw miauknęła, a potem padła na kolana tuż obok ofiary nie wiedząc co zrobić – od zawsze bała się wszelkich konfrontacji z lekarzami, a i sama nie była dość silna by wytrzymać napięcie związane z procesem leczenia.
Po krótkich oględzinach – tak naprawdę już od razu wiedziała kto leży obok niej – coś ścisnęło ją za gardło. Poczuła ukłucie paniki w środku, tak samo jak szybsze bicie serca, które prawdopodobnie nie tyle co wołało o pomoc, a zwyczajnie chciało uciec z jej klatki piersiowej. Drżącymi dłońmi odgarnęła wilgotne kosmyki włosów z czoła przyjaciela, który jak zwykle wplątał się w jakiejś niejasne interesy obrywając po stokroć mocniej niż powinien. Była do tego w pewnym stopniu przyzwyczajona, ale odkrywszy jak często się to zdarzało to kolejna porażka [tudzież zwykłe obicie mordy] Johna bolała ją jeszcze bardziej. Nie miała jednak siły by go zmienić, a i w pewnym stopniu nie chciała tego zmieniać.
- John? – Zachrypnięty głos wydostał się jej z gardzieli kiedy nachylała się nad Mackiem sprawdzając czy kontaktuje. Palcem przesunęła po jego zadraśniętym policzku wzdrygając się i jednocześnie wymyślając sprawców tego zdarzenia od najgorszych. Zatrzęsła się ponownie pod wpływem zbyt silnych emocji i burknęła coś pod nosem. Mimo tego jak bardzo martwiła się o kumpla to nie mogła uwierzyć, że John wciąż i wciąż wplątywał się w głupie bójki. Czy nie mógł zrozumieć, że w końcu znajdzie się ktoś kto spierze go jeszcze mocniej?
Objęła dłońmi jego twarz, by mieć na niego lepszy wgląd i westchnęła.
- Kto Cię tak urządził? – Spytała mimo wszystko łagodnie.
Zobacz profil autora
John MacQueena
avatar
Uczeń Gryffindoru
Data przyłączenia : 03/09/2015
Liczba postów : 32
Skąd : Anglia.

PisanieTemat: Re: Czas i Wanda leczy rany   Pon Wrz 21, 2015 1:26 pm

Po pewnym czasie leżenia na kamiennej posadzce, John przypomniał sobie swoją starą naukę że jeżeli się nie będzie ruszał to i nie będzie czuł ostrego bólu tylko tępe ćmienie. Wymęczony przez odczuwany ból zasnął na chwilę w oczekiwaniu na znak z niebios, który zmotywowałby go do ruszenia czterech liter.
Z letargu wybudził go przeraźliwy pisk niedaleko jego głowy który od razu skojarzył mu się z wrzaskiem jeden z tych przeklętych grządek, które darły się pod niebiosa kiedy wyrwało się je z ziemi.
Gdy jednak otworzył oko (ponieważ drugiego zwyczajnie otworzyć nie mógł) ujrzał przed sobą parę dziwnie znajomych trampków. Co prawda nie od razu je skojarzył, w końcu dość porządnie dostał w łeb. Początkowo faktycznie założył że jego oprawcy wrócili by jeszcze trochę się nad nim poznęcać.
Drgnął wtedy, chcąc wstać i przyjąć postawę obronną jednak jedyne co mu się udało to ruszyć lekko ramieniem, syknąć przeraźliwie z bólu i wymamrotać pod nosem wiązankę przekleństw za którą mógłby wylecieć ze szkoły, gdyby tylko jej treść doszła do uszu rady pedagogicznej.
John zaczął się przygotowywać na nadchodzące razy. W środku wzbierała w nim wściekłość, przysięgał sobie po raz kolejny że kiedy dojdzie do siebie i podejmie się retrybucji, weźmie ze sobą Forrestera żeby go przypilnował coby nie zabił tych bandytów.
Może i John często bił Ślizgonów ale zazwyczaj robił to sam a jeżeli już się zdarzyło to robić w towarzystwie kolegów to po pierwsze: zawsze proporcje były wyrównane i po drugie: nigdy nie kopali leżącego.
Ale czego się John mógł spodziewać po Zielonych, przecież nie honoru i jakichkolwiek ludzkich zachowań. A jednak. Czasami bywał naiwny.
Tak więc John spiął się w środku, powodując tym samym kolejną falę bólu szykując się na pierwszy cios, jednak takowy nie nadszedł. Zamiast tego poczuł czyjąś bliską obecność. Poczuł słodki zapach perfum, delikatne ciepło, przyśpieszony oddech i ciche westchnienia. Nie uwierzył jednak własnym zmysłom, mówiąc sobie że pewnie to mu się śni. Albo ma zwidy, w końcu w łeb to dostał całkiem solidnie.
Jednak chwilę później poczuł całkiem realny dotyk na jego czole. Johhny otworzył powoli swoje (aktualnie jedyne) oko, mglistym spojrzeniem próbując zidentyfikować tajemniczą postać.
- Wan... - chciał odpowiedzieć pytaniem na pytanie, jednak wyschnięte gardło odmówiło posłuszeństwa. Zachrypnięty głos uwiązł w gardle Maca i urwał się w pół słowa. Twarz Johna wykrzywił grymas bólu, gdy powoli odzyskiwał świadomość a wraz z nią kontakt z nerwami które wysyłały do mózgu informację opatrzoną czterema wykrzyknikami i pokolorowaną na czerwono - boli.
Czując jak z błogiej hibernacja wraca do brutalnego świata, jęknął cicho chcąc wrócić jeszcze do poprzedniego stanu. Choćby na 15 minut. Jednak nie było to możliwe, obolałe ciało już mocno trzymało go w tym wymiarze, cały czas przypominając o swojej obecności.
Ponownie rozchylił powieki, chcąc zerknąć na Whisper.
Cóż za zbieg okoliczności że akurat ją zastał nachylającą się nad nim. Z jednej stronie to dobrze - nie mógł podać innego nazwiska które lepiej by się nim zaopiekowało w danej sytuacji. To znaczy, oprócz takiego które faktycznie znało się na magii leczniczej. Ale to przy Wandzie mógł czuć się bezpiecznie. Znał ją, ufał jej i wiedział że jej na nim zależy.
Ale z drugiej strony wiedział też że w takiej sytuacji nie obejdzie się bez wykładu. I prawdopodobnie bardzo długiego, bo już dawno nikt go tak nie urządził. Najgorzej będzie jak Wanda się dowie co zamierza zrobić John gdy będzie w stanie ustać na swoich nogach. Eh.
Krukonka ujęła jego twarz, zmuszając go do ponownego otwarcia oka. Swoją drogą nawet nie kontrolował kiedy się zamykało, a za każdym razem gdy rozchylał powieki musiał się do tego zmuszać.
W każdym razie, raz jeszcze otworzył oko i spojrzał na zafrasowane oblicze swojej przyjaciółki. Zobaczył jej twarz w odległości kilku centymetrów od swojej, poczuł jej pachnący oddech i słodkie perfumy. Ile razy zastanawiał się jakby to było spróbować z Wandą? Znali się tyle czasu i nigdy mu to przez myśl nie przeszło, jednak ostatnimi czasy zaczął zauważać jak coś się w Krukonce zmieniało. Stawała się pewniejsza siebie, jej ciało nabierało zaokrągleń, w jej spojrzeniu budziła się jakaś intrygująca iskierka...O matko, czy John musiał o tym myśleć nawet teraz?
Johhny spojrzał na chwilę na jej usta, po czym spowrotem wrócił do jej piwnych oczu. Oblizał wargi, wyschniętym na wiór językiem by przywrócić sobie możliwość mówienia. Po sekundzie, jego organizm wytworzył wystarczającą ilość śliny, by mógł ją przełknąć i zwilżyć nieco gardło.
- Uderzyłem się w szafkę. - odarł John, chroboczącym barytonem. Starał się też przy tym rozbrajająco uśmiechnąć, ale w jego sytuacji nie za bardzo mu to wyszło.
Zobacz profil autora
Wanda Whisper
avatar
Uczeń Ravenclawu
Data przyłączenia : 28/04/2014
Liczba postów : 1179
Skąd : Okolice Londynu.

PisanieTemat: Re: Czas i Wanda leczy rany   Wto Wrz 22, 2015 8:51 am

Ciszę na rzadko uczęszczanym korytarzu przerywały jedynie ich oddechy – ten chrapliwy Johna i jej przyspieszony, łaknący powietrza. Piwne tęczówki co jakiś czas przemierzały szkolne mury w poszukiwaniu źródła, które pewnie kazałoby jej stąd czym prędzej znikać – żaden nauczyciel czy chociażby uczeń nie wpychał im się w paradę co zostało przyjęte krótkim, acz szczęśliwym uff.
Dziewczyna poprawiła swoją pozycję na bardziej przyjemną i wygodniejsza przede wszystkim, bowiem nie chciała by paskudny skurcz omotał jej nogę, jak się działo zazwyczaj gdy musiała przebywać w jednej pozie x czasu. Teraz usiadła na kolanach przy swoim ledwo dychającym pacjencie i westchnęła znowu zerkając na jego praktycznie zmasakrowana twarz. Gdyby mogła to by mu ja poprawiła za swoje nieodpowiedzialne zachowanie, jakie właśnie reprezentował nie teraz i nie pierwszy raz. Poruszyła się niespokojnie czując nie tylko złość, która ją wypełniała ale i również obawy przed tym czy jego twarz już na zawsze zostanie zdeformowana. Oczywiście to były tylko głupoty niedoświadczonej panienki, która nie znała się na magomedyce tak dobrze by móc komukolwiek pomóc, aczkolwiek ta nutka obawy jest i pozostanie.
Jej dłonie zatrzymały się na jego buzi, tak dotkliwie pobitej, że bała się, że jeszcze bardziej mu zaszkodzi. Jej dotyk jednak był odrobinę delikatniejszy niż łapska Ślizgonów, którzy doprowadzili MacQueenę do takiego stanu. Całkowitego braku używalności.
Podtrzymała jego głowę wpatrując się w niego z troską, czując jednocześnie jak jej serce bije szybciej niż powinno. Zmarszczyła nos, chwile potem brwi szykując się pewnie na jakiś okropny wykład, który i tak przy najbliższej okazji mu strzeli. Zawsze to robiła – zawsze mu gęgała nad łepetyna mówiąc by zaprzestał tych dziecinnych bójek, które nic ciekawego nie wprowadzają w jego życie prócz adrenaliny i kilku fascynujących chwil, które potem i tak znikają jak bańka mydlana wraz z każdym ruchem. Wolała sobie teraz nie wyobrażać jak bardzo chłopak musi cierpieć - sama Wanda miała bardzo niski próg bólu, który wraz z każdym rokiem nieco się zwiększał, aczkolwiek dalej zwykłe dźgnięcie w bok wywoływało w niej irytację, która nie utrzymywała się długo. Dlatego tak – lepiej, że nie była urządzona tak jak jej gryfoński sojusznik.
Widziała jak powieki chłopaczyny drgają, a on sam stara się wypowiedzieć cokolwiek więcej niż tylko kilka marnych głosek, które dały jedynie jej znak, że żyje i prawie ma się dobrze. Wstrząsnął nią jednak potężny dreszcz gdy doszło do niej to, że Ci, którzy pobili dotkliwie Johna mogli go zabić. Mimo tego, że znajdowali się w szkole. Albo zwyczajnie przesadzała.
- Hej, jestem tu. Spokojnie, już jest dobrze. – Powiedziała zduszonym głosem plotąc głupoty, bowiem nigdy nie była wystarczająco dobra w pocieszaniu ludzi, którym działa się krzywda. Wolałaby zwyczajnie go przytulić do siebie, by poczuł jej wandziowe ciepło, ale to w tej sytuacji kompletnie odpadało – jeszcze by go zgniotła. Dlatego ograniczyła się do delikatnych otarć wierzchem dłoni wzdychając raz po raz. Nawet wtedy kiedy próbował się podnieść i wytłumaczyć to co właśnie się wydarzyło. Zauważyła jednak, że wargi chłopaka są wysuszone tak więc bez słowa odwróciła się na moment do swojej skórzanej torby, by móc wyjąc z niej butelkę wody mineralnej, którą nosiła przy sobie zawsze niezależnie od pory dnia i roku.
- Chodź, napij się. – Zarządziła po swojemu i pochylając się nad chłopakiem przytknęła mu wcześniej odkręconą butelkę do ust, by ten w spokoju mógł się napić – zaspokoić pierwsze potrzeby. Gdy nawilżył już swoje gardło – o dziwo poczekała grzecznie na to aż skończy. Potem odłożyła plastikowe opakowanie na bok i znowu spojrzała na Gryfona zrezygnowana. Jego głupie wytłumaczenie uznała za wyjątkowo nieudany żart, dlatego zaraz zaśmiała się sucho wciąż wbijając w niego brązowe ślepia.
- Oczywiście. – Odparła wyjątkowo cierpko żałując, że nie może go zdzielić ręką w ten głupi cymbał.
- Czy ta szafka była wyjątkowo pojemna i była w odcieniu zieleni? – Spytała już łagodniej pokonując pierwszą falę złości jaka w niej zebrała. Ponownie odgarnęła wilgotne kosmyki z jego czoła przy okazji omiatając je swoją dłonią by sprawdzić czy przypadkiem nie nabawił się gorączki. Jej ruchy były całkowicie naturalne, niewymuszone – robiła co chciała nie wstydząc się go dotknąć w ten czy inny sposób. Dla niej zawsze był przyjacielem i ostoją. Tym kto ja obroni czy rozśmieszy gdy poczuje się gorzej. Widziała, że zmężniał, odrobinę spoważniał i nie pchał się tam gdzie nie powinien. Wróć. To ostatnie chyba się nigdy nie zmieni. Przeszkadzało jej to jednak, że zbyt uganiał się za spódniczkami, dlatego nie zwracała na niego uwagi jak na obiekt westchnień, wiedząc zwyczajnie, że nie jest w jego typie.
- Tylko dlatego, że jesteś pobity nie będę Cię ciągnąć za język teraz. Później dostaniesz opiernicz. – Ostrzegła go z błyskiem w oku zastanawiając się w jaki sposób ma go przenieść do oddalonego Skrzydła Szpitalnego.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Czas i Wanda leczy rany   

 

Czas i Wanda leczy rany

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Gabinet Pielęgniarski
» Igrzyska czas zacząć!
» Lista Zaklęć

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Maraudersi :: 
Strefa gracza
 :: 
Dodatki do postaci
 :: Myślodsiewnia :: Zawieszone
-