IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Sro 26 Sie 2015, 20:36

Opis wspomnienia
Pierwsze spotkanie dobrej duszyczki Meredith i złej duszyczki Jasona
Osoby:
Meredith oraz Jason
Czas:
Rok temu
Miejsce:
Pokój Wspólny Puchonów



Bicie zegara oznajmiło godzinę dwunastą. Pokój Wspólny Puchonów był o tej porze względnie pusty i to nawet dobrze. Jason nie lubił tłumów, czuł się wśród ludzi niezręcznie, niejako przytłoczony ich obecnością. Był typem samotnika, siedzącego w kącie lub mało widocznym miejscu, obserwującego jednak wszystko i wszystkich. Nie miał prawdziwych przyjaciół. Przede wszystkim należy zdefiniować pojęcie "przyjaźń" - związek dwojga ludzi, bla bla bla, dzielących z reguły tę samą pasję choć niekoniecznie, bla bla bla, mogącymi sobie zaufać bezgranicznie, wspierających się w trudnych sytuacjach i cieszących się małych radości. Można założyć, że to właśnie definiuje poniekąd przyjaźń, choć Jason nie był pewien, nigdy jej nie doświadczył i nie wiedział, jak mógłby się zachować, gdyby ktoś mu ją zaproponował. Przede wszystkim dlatego, że Jason stroni od ludzi. Nie znaczy to jednak, że nie potrafi wysłuchać drugiego człowieka. Akurat był z tego rodzaju ludzi, u których czyjś sekret był bezpieczny i to do końca. Nie był plotkarzem, nie był szczególnie rozmowny. Jakim słowem można by go określić zatem, by objąć całe jego jestestwo? Nudziarz. Dziwak. To w sumie najlepsze określenia, jakie usłyszał od innych.
Ciemnowłosy Puchon usiadł na wygodnej kanapie w Pokoju Wspólnym naprzeciwko kominka. Miejsce, w którym przebywali Puchoni był jednym z najprzyjemniejszych miejsc w całym Hogwarcie. Przestronne i jednocześnie przytulne pomieszczenie otulone było w złote i czarne barwy, ogień trzaskał w kominku wygrywając przedziwną melodię, a w powietrzu unosiły się zapachy z blisko położonej kuchni. Na podłodze leżał miękki dywan, niedaleko kominka stała duża kanapa, a pod oknem znajdował się stolik oraz regały na książki. Jason niewiele myśląc podszedł do regału, wyciągnął jakąś książkę o wdzięcznym tytule :"Zapachy i aromaty ziół o ponadczasowym zastosowaniu". No cóż, lepsze to niż nic. Cieszył się cicho, że był tu sam. Dźwięk trzaskającego okna, jego spokojny oddech i spowolnione bicie pracy serca to jedyne melodie, które w tym momencie akceptował. I choć z zewnątrz wyglądał na niewzruszonego, pozbawionego jakichkolwiek emocji niczym posąg z białego marmuru, to jednak jego wnętrze było swoistym polem walki. Walczyły w nim dwa wilki, jeden biały, czysty, nieskazitelny i dobry w swoim byciu, drugi zaś czarny jak noc, mroczny, brutalny, agresywny. Z reguły Jason trzymał tego groźniejszego basiora na smyczy, nie pozwalał mu wychodzić na zewnątrz, bo wie, czym to by się dla niego skończyło. Nie poradziłby sobie z nawałem takich emocji, zwariowałby nie potrafiąc ich nazwać... Dlatego na co dzień karmił tego dobrego, choć też w pełni nie pozwalał mu hasać do woli. Puchon w tym aspekcie przyjmował raczej postawę w stylu :"Ja Was karmię, a Wy bądźcie cicho i dajcie mi normalnie żyć", jednak to tak nie działało. Ten, którego karmił...wygrywał rundę. Dzisiejszego dnia, nakarmiony został ten zły. I choć blady młodzieniec z zewnątrz nie wyglądał na takiego, który by skrzywdził kogokolwiek, to jednak trzeba dziś uważać, gdy się do niego podchodzi. W związku z tym omijał tych, którzy coś od niego potrzebowali. Nie chciałby ich skrzywdzić...a może chciał? Może w ten sposób miałby w końcu święty spokój? Puchon westchnął ciężko. Trudno i niesamowicie ciężko jest być tak rozdartym wewnętrznie. Jego ciało i dusza czasem były podzielone na dwie połówki, każda była inna i każda nienawidziła tej drugiej. Jego własny organizm wyniszczał go w nocy koszmarami, a w dzień nieustannym zakładaniem maski "Wszystko w porządku". Musiał w końcu coś z tym zrobić, inaczej zwariuje. Czy jednak jest ktoś, kto chciałby mu w tym pomóc? O ile oczywiście poprosi o pomoc. Był ambitny, czasem aż do bólu, uniemożliwiając w ten sposób pomoc ze strony innych. wolał być sam. Jak palec. Albo coś tam.
O tej godzinie po pierwszej, porannej części zajęć wszyscy schodzili na obiad. Jason nie był tego dnia wybitnie głodny, postanowił pójść dopiero na kolację, ewentualnie zawsze może pójść do kuchni i poprosić miłościwe skrzaty o małą przekąskę. Ot, taki urok mieszkania blisko kuchni.
Chłopak kartkował teraz książkę. Wyraźnie interesująca nie była. W każdym bądź razie nie pomagał mu w tej walce, którą właśnie toczył. W jego psychice można by to zobrazować następująco.
Obserwacja... To był klucz do wszystkiego. Owy sen, o którym wspomniałem na początku był jednym z "tych", z którymi Jason musiał zmagać się nie tylko w nocy, ale również i podczas dnia, w dodatku ze zdwojoną siłą walcząc z samym sobą. Ze swoimi lękami, tak głęboko zakorzenionymi w jego zniszczonej psychice.

W jego wnętrzu Jason stal na maleńkiej polanie pośród strasznego lasu, a przed nim stały dwa, ogromne wilki. Jeden biały, piękny, spokojny, drugi zaś był jego całkowitym przeciwieństwem. Zwierzęta patrzały na niego, po czym oblizały się równocześnie, biały spokojnie, drugi przejeżdżając językiem po obnażonych kłach. Puchon poczuł, jak trzyma coś w prawej ręce. Był to kawałek soczystego mięsa. Chłopak rozumiał co to oznacza. Nadeszła pora karmienia. Każdy wilk chciał najeść się do syta, nie było możliwości podzielenia się po równo. Co więc zrobić? Jason rzucił mięsno wprost między wilki, które ruszyły walczyć ze sobą o ten kawał soczystego mięcha, jakim była dusza chłopaka...
Puchon siedząc w Pokoju Wspólnym poczuł lekki ból głowy. Pomasował więc skronie i westchnął ciężko, wypuszczając powietrze z ust. Zapowiada się kolejny, ciężki dzień. Czy może być jeszcze gorzej?
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Sro 26 Sie 2015, 20:55

Meredith potarła zaspane oczęta.
Wijąc się leniwie w rozkopanej pościeli próbowała sobie przypomnieć, dlaczego w sumie nie śpi. Przecież jest środek nocy, o czym świadczyć mogły zarówno spokojne oddechy koleżanek utulonych w objęciach Morfeusza, jak i światło księżyca wpadające przez małe okienko do pokoju.
Stop, jak ono się tutaj znalazło? Przecież jej dormitorium jest w podziemiach.
Zaintrygowana tą myślą, usiadła na łóżku, ruchem o wiele zbyt gwałtownym by można nazwać go opanowanym. Czuła rosnącą w sercu panikę - całkiem niepotrzebną, przecież, tu była bezpieczna, prawda? A jednak nie - podświadomie, podprogowo Meredith zauważała parę elementów niepasujących do sypialni, w której zamknęła oczy. Po pierwsze - nie słyszała tykania zegara Jolene, które choć było schowane głęboko w kufrze i zawinięte w skarpetki, doprowadzało pannę Walker do szału. Po drugie - wyżej wspomniane światło księżyca, oraz lustra. Lustra wszędzie.
Po trzecie i chyba najważniejsze - brak drzwi. Gdzie są te cholerne drzwi?
Przestraszona co nie miara, zerwała się z pościeli, chcąc ostrzec koleżanki przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. One tam jednak nie leżały, choć jeszcze przed chwilą słyszała ich oddech. Przerażona piętnastolatka, zdusiła w sobie cichy pisk. To nie może być prawda, przecież jest w Hogwarcie bezpieczna.
Czego teraz nie czuła, dotkliwie, dosadnie, w każdym calu własnego ciała, które chciało się teraz tak jakby z niej wyrwać. A przynajmniej - uciec z dusznego nagle pomieszczenia, oświetlonego nieprzyjemną, srebrzystą, księżycową poświatą. No tak, księżyc - okno. Meredith rzuciła się przed siebie, chcąc jak najszybciej uciec na zewnątrz. Nie potrafiła jednak biec, nie, stop. Ona w ogóle nie była zdolna się ruszyć - mogła tylko patrzeć, jak ołowiane nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Czując zimny pot na skroni, krzyknęła - a krzyk ten rozdarł ciszę i w prawdziwym świecie.

Omamiona senną iluzją ta prawdziwa Meredith, wiła się w swoim łóżku, szukając drogi ucieczki z własnej głowy. Długo nie potrafiła znaleźć jednak ulgi, ukojenia - objawiającym się tym świadomością, że szyszmora wyciągająca rękę w jej stronę wcale nie zrobi jej krzywdy. Że odłamki lustra nie ranią jej twarzy, jej rąk. A krzyk, rozdzierający ciszę znacznie brutalniej niż obecna w ciepłym łóżeczku Puchonka jest słyszalny jedynie przez nią, w jej głowie i poprzez wspomnienia. Nie - dopóki jedna z koleżanek nie obudziła dziewczyny pochłoniętej przez senny letarg, dopóty tamta nie zdołała się uspokoić.
Nie udało się jej to jeszcze przez paręnaście dobrych minut, po których dziewczyna stwierdziła, że nie zaśnie bez szklanki ciepłego mleka. Ubrawszy swoje najcieplejsze, niebieskie kapcie wymsknęła się z rozbudzonego dormitorium, życząc przemiłym koleżankom snów lepszych niż te, które nawiedzały jej głowę, po czym skierowała swe kroki do wyjścia. Oraz chcąc, nie chcąc - pokoju wspólnego, w którym spotka ją… niespodzianka.
Bo rzeczywiście - nie spodziewała się tutaj obecności starszego kolegi, która nagle wydawała jej się po prostu straszna. Ale i jak można się dziwić - skoro po odpędzeniu jednego sennego koszmaru dziewczyna zdaje się niemalże kierować w ramiona kolejnego… nierzeczywistego wspomnienia? Albowiem taki właśnie się wydawał - nierzeczywisty, gdy ze swoim obłędnym spojrzeniem patrzył pusto w przestrzeń przed siebie. Niemało zaskoczona, wydała z siebie bardzo ciche i nieśmiałe.
- Nie śpisz? - nie wiedząc w sumie po co i dlaczego to robi.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Sro 26 Sie 2015, 22:31

Jason nie sypiał ostatnio zbyt dobrze. Nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Potrafił obudzić się parę razy w ciągu w nocy, zlany potem, jakby coś usilnie starało się go stłamsić, udusić. Zawsze wtedy wstawał i szedł do głównej części Pokoju Wspólnego Puchonów, by resztę nocy spędzić na kanapie przy miło trzaskającym ogniu w kominku. Zabierał ze sobą jakąś książkę, a jego myśli odpływały swobodnie. No, prawie zawsze. Walka trwała czasem bardzo długo, przez co chłopak wyglądał z samego rana jak siedem nieszczęść. Ale... dzięki temu, dzięki nieustannej walce z samym sobą może w końcu być "prawdziwym" sobą. Ten cichy, zamknięty w sobie, dokładnie taki, jaki przyjechał tu po raz pierwszy. Musiał przyznać jednak, że odpowiadał mu taki stan rzeczy. Emocje mogą uczynić go słabym, podatnym na wszystko, a poza tym, chłopak nie miał ochoty rozgrzebywać tego, co ostatnio się działo w jego życiu. A działo się naprawdę sporo, poza szkołą również... nieszczęsna sprawa pijanego ojca w domu. Jason z każdym kolejnym rokiem w szkole przysięga w duchu, że gdy tylko osiągnie pełnoletniość zabije go. Zabije własnego ojca za to, co im zrobił. Od małego. W takich chwilach jak ta można się pokusić o spojrzenie w Ain Eingarp.. W przypadku Jasona widać tam dwa obrazy - Jason jako auror...oraz jako ten zły. I do tego drugiego stanu rzeczy mu bliżej na chwilę obecną.
Cóż za słodkie delirium, owa cisza, która go otaczała. Dźwięk miło trzaskającego ognia nie mącił jej, o nie. Jedynie go potęgował w taki sposób, że Jason mógł porozmawiać sam na sam ze swoimi myślami. Nie były może do końca przejrzyste, poukładane, ale chłopakowi to odpowiadało. Powoli wracał do swojego prawdziwego „ja", które znali wszyscy, którzy go chociaż kojarzyli z widzenia. Czy mu się takie coś opłaca - owe zakładanie masek przy innych ludziach, ta cichość te zamknięcie? Powiedzmy, że zarówno tak, jak i nie.
W jego myślach pojawiła się chwila, której nie zapomni do końca życia.
”Czy wiesz, jakie uczucia teraz w Tobie siedzą? Potrafisz je nazwać?” - zapytał starszy mężczyzna, poprawiając okrągłe okulary na pomarszczonym nosie. Młodzieniec spojrzał na niego swoimi ciemnobrązowymi oczami, a jego wargi nawet nie drgnęły.
- Nie… - odpowiedział po chwili. Po chwili westchnął cicho i dodał. - Boję się wyciągać je na zewnątrz…”
Dokładnie… uczucia. To one były wszystkiemu winne. Jason nienawidził w sobie tego, że przez emocje potrafi być taki słaby, taki podatny na wszelkie inne bodźce. Zawsze, gdy pozwoli uciec choćby kapce emocji, odczuwa ból. Głównie psychiczny, który jednak objawia się w sposób fizyczny, np. bólem głowy, czy kłuciem w klatce piersiowej. Jednak, jak ktoś mądry kiedyś powiedział: „Ból to tylko kwestia woli”. Jason uśmiechnął się sam do siebie. Trzeba będzie ta maksymę wdrożyć w Czuł jak bicie jego serca stopniowo się normuje toteż wziął głęboki wdech i odetchnął z ulgą. Miał ochotę przeleżeć tu resztę nocy, by wczesnym rankiem już wymknąć się na błonia. Nie miał ochoty spotykać się z niektórymi, nawet przelotnie. Nie było mu jednak dane zaznać spokoju do końca. Ale o tym za chwilę. Puchon przymknął swoje oczy i ponownie zanurzył się w swojej podświadomości, tak licho wyobrażonej przez jego patologiczny umysł i spaczone spojrzenie.
Wiatr po raz kolejny wdarł się do starej, porzuconej chaty, przeczesując każdy jej zakamarek. Stare szmaty, które niegdyś były czymś w rodzaju zasłon przy pozostałościach okien, teraz leniwie trzepotały, rozdarte na parę kawałków przez szpon jakiegoś zwierza. Kawałki gruzu walały się po przegniłej podłodze, każdy z nich niósł ze sobą jakieś wydarzenie, wspomnienie byłego mieszkańca tej chatki. Kto normalny chciałby mieszkać w samym sercu tego lasu? Chyba wyjątkowo porąbany lub niesamowicie odważny. Jest też trzecia opcja - uciekający. Tylko przed czym? Przed samym sobą, przed własnym demonem, mrokiem duszy zamkniętym pod powiekami? Czy może przed istotami wyjętymi z najgorszych koszmarów ów człowiek zbudował małą fortecę, swój azyl, swoje małe sacrum? A może to świat sprawił, że ten ktoś musiał uciec, musiał się schować? Tak wiele pytań, tak mało jasnych i klarownych odpowiedzi nad sensem własnego „ja”, nad sensem cichej egzystencji, ukrytej wśród płatków milczenia.
Jason siedział na wielkim kawałku dawnej ściany, pozwalając, by wiatr przeczesywał mu włosy i poruszał połami jego szaty. Jego ciemnobrązowe tęczówki utkwiły się w jednym, martwym punkcie, a myśli wędrowały niemalże wszędzie. Zacisnął swoją bladą dłoń w pięść i w przypływie złości uderzył z całej siły w kawałek ściany, na którym siedział. Nie poczuł nic, żadnego tępego bólu. Był wydarty z jakichkolwiek człowieczych cech. On tylko przypominał człowieka z zewnątrz, był pustą kukłą o dość przyciągającym wyglądzie. Posiadał jakiś magnetyzm, który ściągał do niego ofiary, drapieżnik doskonały. Chłodny, cierpliwy…. ale jednocześnie brutalny, straszny i przerażający. Jason westchnął ciężko, wstając i rozglądając się wokół. Nie czuł zimna, nie musiał oddychać i tutaj, w Zakazanym Lesie, nie musiał udawać, że jest normalnym człowiekiem. Już miał coś zrobić, gdy nagle..

Usłyszał czyjś głos, który wyrwał go z tego świata. Jego oddech nieco przyspieszył i dosłownie po chwili powoli odwrócił głowę w stronę źródła melodyjnego pytania. Była to Meredith, koleżanka z młodszego roku. W zasadzie znali się tylko z widzenia, jej imię usłyszał kiedyś przechodząc przez Pokój Wspólny, kiedy to dziewczyny rozmawiały ze sobą. Taka znajomość przypominająca ziarenko, z którego ma dopiero coś wyrosnąć. Lub nie.
- Nie umiem zasnąć.. - powiedział cicho, zdawkowo, siedząc nadal jak marmurowy, blady posąg przy ciepłym kominku. Jego blade dłonie o smukłych i długich palcach zacisnęły się w pięści. Żyły naparły na zewnętrzną skórę chłopaka. Zmagał się z czymś, co nie dawało mu spokoju. - Miałaś zły sen? Wydawało mi się, że ktoś krzyczał...
Powiedział ponownie niskim, miłym dla ucha głosem. Dziwna ta kiełkująca relacja, które swe korzenie ma zawarte w atmosferze strachu, ciemności, a jednocześnie ciepła i bezpieczeństwa.
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Czw 03 Wrz 2015, 20:37

Gdy jej pytanie wybrzmiało do końca, tak dziwnie wytłumione przez gobeliny na ścianach i dywan pod stopami, Meredith wstrzymawszy oddech obserwowała. Niecierpliwie oczekując jakiejkolwiek reakcji od kolegi, który nie wyglądał jak wyglądać powinien uczeń. Siedemnastolatek - ktoś wolny od trosk, demonów, cieniów i tym podobnych problemów tożsamych ludziom z wielkim bagażem emocjonalnym. Oraz doświadczenia, życiowego. Tego złego.
On jednak, na przekór wszystkim niepisanym prawom losu wyglądał już na takiego, który przeżył to i owo, co troską oraz konsternacją odbijało się na jego twarzy. Mer nawet w półmroku była w stanie dostrzec dziwny do określenia smutek, zmieszany z niewyrażalną, niebezpieczną złością. Zupełnie jakby chłopak był rozdarty, pomiędzy tym co słuszne a łatwe i te najważniejsze dlań decyzje postanowił podejmować w środku nocy w Pokoju Wspólnym Puchonów. No cóż, w gruncie rzeczy każde miejsce jest odpowiednie. O ile nie zakładasz obecności nieproszonych gości, takich jak… ona.
Stojąca teraz tak żałośnie nieświadoma, w czym tak naprawdę przeszkadza temu posępnemu obliczu. Jakich trosk nie wyczyta ze zmęczonych tęczówek, zmarszczonego czoła oraz mrukliwego głosu - bo choćby nie wiem jak się starała, po prostu nie mogła. Jej wyobraźnia nie mogła pojąć ogromu przeżytego cierpienia, co więcej - nie miała nawet rady by pomóc. Co wcale nie oznacza, że dziewczyna nie miała teraz ochoty. Pomóc.
Pomimo dziwnego lęku, skrywanego na dnie serca na specjalne okazje i specjalne spojrzenia, jakim została obdarowana. Po sugestywnej chwili ciszy i wahania, wcale nie sprzyjającej pogodnemu tonu konwersacji. Co także należy dodać - chciała zostać. I pomimo braku dropsowej mądrości ukoić to nieco popękane serduszko rozmową, która przynieść może więcej ulgi niż pyszne pierniczki Wandy. O ile chłopak będzie chciał mówić…
A dotychczas sączył słowa zdawkowo, krótko i na temat. No tak, standard - a teraz Meredith postąpi trzy kroki naprzód i nie oglądając się za siebie przemyci kubek mleka z kuchni. Ryzykując szlaban i utratę punktów dla domu, co w tejże chwili wydawało się przyjemną perspektywą. Ale nie z powodu jej własnego uprzedzenia, nic podobnego. Wynikało to raczej z męki patrzenia na człowieka, który potrzebuje pomocy, której udzielić mu nie możesz. Bo nie umiesz.
Na pewno dla dziewczyny takiej, jaką Mer starała się być, była to swoista udręka. Udręka bezczynności, zwana przez niektórych brakiem empatii. Albo szanowaniem czyiś prywatnych spraw, choć dla Puchoneczki były to błahe wymówki. Inne określenia słowo - tchórzostwo. Bo pomagać należy każdemu potrzebującemu, nawet temu, który o tym nie wie.
I jak pomyślała, tak zrobiła ignorując zarówno jej wizję tuptającej po mleczko jak i chłodne spojrzenie Jasona i zimno przenikające stopy pomimo tych obłędnie niebieskich, najbardziej ciepłych kapci.
Chrząknąwszy, poprawiła loki spętane w śnie dwa kroki postępując w stronę Jasona. Splotła ręce na piersi, zastanawiają się przez chwilę czy szczerze odpowiedzieć na zadane doń pytanie. Po paru sekundach zwłoki, mruknęła nieco sennie.
- Tak, miałam koszmar. Właśnie szłam się napić nieco ciepłego mleka, chcesz też? - rzuciła niby pogodnie, tonem na wpół pytającym. Po czym przysiadła na skrawku nieodległej kanapy wcale nie wyglądając jak ktoś, kto się stąd rusza.
Po prostu czuła, że nie powinna być teraz sama. I on też, mimo tego co być może myśli.
- Meredith - rzuciła patrząc się na płomienie liżące leniwie ogień, niezbyt pewna czy chłopak pamięta jej imię.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Pią 04 Wrz 2015, 09:27

Złe doświadczenia co prawda niszczą psychikę i pozostawiają nasze ciała splądrowane z energii, to mimo wszystko sprawdza się tutaj powiedzenie, że to, co nas nie zabije - to wzmocni. Jednak czy aby na pewno tak jest w każdym przypadku? Jeśli chodzi o Jasona no to niestety nie jest. Alkoholizm ojca mocno się odbił na jego psychice i odcisnął niezbyt miłe piętno na duszy małego chłopca.
- Zamknij ryj! - ryknął pijany ojciec i zdzielił chłopca po twarzy z niemałą siłą. 14-letni Jason zagryzł zęby i choć miał ochotę się rozpłakać nie zrobił tego. Spojrzał ciemnymi, powoli łzawiącymi oczami na ojca i syknął. - Nienawidzę Cię…
Ta scena pokazuje w doskonały sposób kluczową stronę metaforycznego rozdarcia duszy każdego z nas. Tutaj Jason reprezentuje zalążek każdego człowieka - niewinny we wczesnym stadium życia, nieskalany złem, jednak dojrzewający w ciemnej stronie życia. Stopniowo jest wystawiony na działanie tego wszystkiego, zdając sobie sprawę po pewnym czasie z faktu, że w jego wnętrzu zasiane są dwa ziarenka ludzkiej natury - piękna roślina, na wskroś dobra oraz ta druga, cierniem opleciona. To tak, jakby dwie osoby były zamknięte w jednym ciele. Na dodatek walczą o kontrolę nad każdym fragmentem "nosiciela", co objawia się to w formie psychicznej, walki wewnętrznej, w którym to ogień spotyka się z wodą, ziemia z powietrzem, dobro ze złem, światło z ciemnością.
I teraz, siedząc na wygodnej kanapie w Pokoju Wspólnym, bezwiednie gapiąc się w palący ogień, w oczach Jasona można było ujrzeć tę walkę. Czerń jego źrenic napierała na woal tęczówek, po chwili zaś odwrotnie. Bitwa trwała w najlepsze, a zwycięzca może być tylko jeden. Kto wygra? Ten, któremu Jason pomoże. Wystarczy choćby lekka myśl ukierunkowana na jedną ze stron. To już daje ogromną przewagę, ponieważ wtedy ciało i niejako umysł nosiciela są po jednej z dwóch stron i na jakiś czas jedna z natur wygrywa, jednak nie na długo. To wieczna walka, będzie trwała do momentu, aż Puchon nie wyda z siebie ostatniego tchnienia. Gdy słońce zachodzi, z mroku wypełzają demony, atakują, kuszą, opętują. Jak z tym walczyć? Gdy Jason przebywa z kimś jeszcze w jakimś pomieszczeniu z reguły udaje, że wszystko jest w porządku, tonąc ze złości we kłamstwach związanych z jego własnym "ja". Jest niejako złapany w ciemności, ślepy w samotności...nie potrafiący znaleźć wyjścia.
Przybycie Meredith do Pokoju Wspólnego można by określić mianem uderzenia światła. Wraz z nim Jason musiał na chwilę przymknąć oczy, jakby rażony jej czystością. I choć z zewnątrz nie wyglądał na takiego, to jednak w głębi własnej ciemności błagał o jej obecność, błagał o pomoc, chciał trochę tego blasku, chciał go skraść, choćby i nawet w zakazanym pocałunku. Był niczym upiór, czekający w mroku, chcący żerować na ofiarach, wysysać z nich to, co dobre po to, by zaspokoić swoje własne, chore poczucie spełnienia. Lecz obecność Puchonki sprawiała, że jego żądze odeszły na bok. Miała cudowną umiejętność uspokajania go, choć z zewnątrz wyglądał jak martwy manekin pozbawiony duszy. Mimo niezbyt interesującej atmosfery jaka gęstniała między nimi, Puchonka podeszła bliżej. Z każdym kolejnym jej krokiem Jason czuł narastające ciepło, rozlewające się po całym jego wnętrzu. być może właśnie tak reagowała ciemność, gdy przyszło jej obcować ze światłością? Spalała się od środka? Gdy usiadła na skraju kanapy Jason rozluźnił uścisk w swoich własnych dłoniach , prostując smukłe i długie palce. Ta chwila milczenia, przeplatana jej obecnością, była niesamowicie kojąca dla niego, uspokajała go. Po chwili zaś zaczęła się rozmowa.
Na wzmiankę o potwierdzeniu faktu co do koszmaru dziewczyny kiwnął głową, że zrozumiał. Cóż miał teraz zrobić? Pocieszyć ją? Objąć? Bał się, że nawet jeśli by chciał ona uciekłaby od niego ze wrzaskiem. Zaproponowała kubek ciepłego mleka, co wydało się być bardzo dobrym pomysłem.  Sam nie miałby na nie ochoty, jednak wziął pod uwagę fakt, że Meredith również nie ma zbyt przyjemnej nocy. Jason kiwnął potakująco głową, po czym wstał.
- Ja pójdę... - powiedział krótko, po czym wyszedł na chwilę z Pokoju Wspólnego, by po paru dłuższych chwilach wrócić z dwoma kubkami ciepłego napoju. Gdy tylko podszedł do dziewczyny podał jej kubek, spojrzał ukradkiem w jej oczy, na chwilę nawiązując kontakt wzrokowy. Ba, nawet lekko się uśmiechnął, o ile lekkie drgnięcie warg to już pewien rodzaj uśmiechu. Usiadł obok niej z westchnięciem, nieco zmniejszając poprzedni dystans, jaki dzielili na kanapie. Do jego nosa poza zapachem ciepłego mleka dotarł także aromat perfum, którymi nasiąknięte były jej ubrania i skóra. jako pierwszy przebijał się zapach czerwonego grejpfruta, muśnięty nutą białej orchidei i czerwonej porzeczki. Musiał przyznać, że wyjątkowo miły dla nozdrzy zapach. On sam zaś był mieszanką cydru i kardamonu, skapanych w nucie palonego tytoniu, choć sam nie palił. Gdy wymówiła swoje imię Jason spojrzał na nią, jakby nie wiedząc, o co jej chodzi.
- Tak, wiem jak masz na imię... - powiedział, biorąc łyk mleka, którego ciepło rozlało mu się po podniebieniu. Westchnął cicho, oblizując usta, po czym zaczął.
- Co Ci się śniło? - zapytał z dwóch powodów. Raz, był ciekawski, taka jego natura, a dwa, być może uda mu się jakoś dziewczynie pomóc w walce z jej własnymi demonami. Ze swoimi sobie poradzi jak zawsze. - Wiem z własnego bagażu doświadczeń, że lepiej tego nie trzymać w sobie, a skoro już tkwimy tu razem, to przynajmniej spróbuję Ci pomóc...
Spojrzał na nią, jak leniwie patrzała w płomienie kominka. Meredith mogła poczuć, jak jego czekoladowe, tajemnicze, a zarazem mroczne spojrzenie muska jej twarz, każdy jej centymetr, jakby chciał znaleźć jakieś wejście do jej wnętrza. Po to, by pochłonąć jej duszę? A może po to, by wiedzieć na co się uodpornić po to, by się nie zakochać.
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Pon 21 Wrz 2015, 00:16

Nie spodziewając się tego, co następuje niżej obserwowała Jasona i jego dalsze poczynania.
Które niesamowicie ją zaskoczyły bo po pierwsze, nie wygonił jej z cichego pomieszczenia, życząc po drodze nieszczere „dobranoc”. Po drugie nie zbył jej błahą uwagą a po trzecie - sam zaoferował swoją pomoc, idąc do kuchni po dwa kubki ciepłego mleka. A mieli przecież pójść razem - chciała zaprotestować Meredith szczerze przejęta i wystraszona. A co jeśli przez nią chłopak zarobi sobie na szlaban? Pomyśleć, że to wszystko przez jakiś głupi sen.
Nie starczyło jej jednak na to ani czasu, ani odwagi. Siedziała więc, tych parę samotnych minut w pokoju wspólnym, czekając niecierpliwie by usłyszeć jego kroki, zwiastujące bezpieczny,  bezproblemowy powrót. Oraz postukiwania dwóch kubków wypełnionych ambrozją, o której pomimo strachu wypełniającymi serduszko jednak nie zapomniała. Potrzebowała tego mleka, tak samo jak towarzystwa bo… Bo się bała, a sama myśl o tym sprawiła, że nagle i niespodziewanie spochmurniała. Znowu ją nawiedziła, tym razem jeszcze realniej niż dotychczas - a ona, głupia i naiwna po raz kolejny panikowała na myśl o jakiś durnym śnie. Powinna zachowywać więcej rozsądku, wspominając przebyte sny i obraz atakującej szyszymory, przed chwilą jeszcze tak realnie niedaleko. A jednak - wzdrygnęła się, jak zawsze gdy wspominała jej przeraźliwy krzyk, krzyk który prawie na pewno usłyszała na żywo. Chyba. Prawdopodobnie…
Dlatego też z niewysławialną ulgą zarejestrowała skrzypienie drzwi. W asyście pobrzękujących od siebie kubków, co zwiastowało powrót kolegi. Och tak, potrzebowała teraz towarzystwa nawet jeśli rozmowa nie zapowiadała się na tą z gatunku łatwych i przyjemnych. Jak przystało na konwersacje z godzinach późnowieczornych - czyli przysłowiowe gadanie o życiu, co chyba nie zdziwi żadnego z czytając, o ile każdy z nas to przeżył.
Noc - pora, gdy nie widzimy w ciemności swoich oczu zmusza, nakłania nas do zwierzeń. Swoją naturą, nienachalnie nakłaniającą do tego, aby się wypłakać. Bądź wygadać, bądź wyśmiać wszystko to co nas w życiu przerasta, czemu boimy się sprostać w bezlitośnie wszystkowiedzącym świetle dnia. Och ta - noc to idealny czas zwierzeń. I choć Meredth nie należała do tego typu osób, ludzi którzy łatwo i bez trudu są w stanie opowiadać o swoich emocjach, dzisiaj postanowiła spróbować się przełamać.
Jednak najpierw grzecznie podziękowała mu za przyniesiony napój, nie  omieszkując przy tym spojrzeć mu w oczy, co być może okazało się pierwszym błędem. Nie spodziewała się bowiem zobaczyć tak zaciekawionego spojrzenia. Z jednej strony, a z drugiej niepozbawionego rezerwy, nadający tym samym o wiele większy dystans niż ten dzielący ich parę sekund wcześniej. Teraz już nie wiedziała co powiedzieć, nawet poczuła jak usychają jej usta.
Zmoczyła więc wargi, czując jak przyjemne uczucie rozlewa się w całym ciele, po czym po chwili skupienia odparła.
- Wiedziałam, że być może wiesz jak mam na imię ale nie mogłam być pewna. Lepiej upewnić się raz a dobrze, no nie? - rzuciła, wzruszając przy tym ramionami. Szczerze zdziwiona, bo nie spodziewała się utkwić w pamięci starszego kolegi, szczególnie takiego, z którym prawie nie rozmawiała.
Po czym dawkując ostrożnie słowa, znowu podjęła wątek.
- Miałam koszmar, po raz kolejny taki sam. Śni mi się, że śnię w sypialni wypełnionej blaskiem księżyca ale to niemożliwe, bo my w dormitoriach nie mamy okien. Potem okazuje się, że jestem całkiem sama i nagle w pokoju pojawia się mnóstwo luster. Nie wiem co robić i jak uciec a potem… - urwała, tak jakby bojąc się wypowiedzenia na głos tego, że - widzę szyszymorę. Zawsze budzę się z krzykiem…
Odparła, nie patrząc Jasonowi w oczy. Upiła kolejny łyk odżywczego mleka, po czym tknięta nową myślą, otworzyła już usta by zadać mu to samo pytanie. Coś ją jednak powstrzymało, na razie.
Drżącymi rękoma ujęła oburącz ciepły kubek.
Zobacz profil autora
Jason Snakebow
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Czw 24 Wrz 2015, 18:24

Godzina 00.27
Uczciwość... Żądamy jej od ludzi, którzy mają z nami kontakt. Przecież nikt nie chce być wykorzystywany przez innych, prawda? A przekręty robią osoby z reguły nieuczciwe. Nie potrzebujemy być oszukiwani. Jednak czy my możemy z ręką na sercu stwierdzić, że jesteśmy wobec innych uczciwi? Tak na sto procent?
Przede wszystkim, aby móc uzyskać odpowiedź na to pytanie musimy zastanowić się czym konkretnie "uczciwość" dla nas jest. Czy to po prostu niekłamanie innych czy może czyste intencje wobec nich? To coś o czym się dużo mówi, a trudno właściwie i jednoznacznie zdefiniować. Bo przecież człowiek, który nie kłamie jest uczciwy, tak? Tylko skąd wziąć pewność, że tego nie robi? Nie oszukuje innych? A może oszukuje samego siebie?
Dwójka Puchonów w środku nocy spotkała się w Pokoju Wspólnym. Byli tak bardzo podobni do siebie, a jednak tak różni. Wbrew wszelkim pozorom mieli mnóstwo wspólnych tematów, jednak to Jason nigdy żadnego nie zaczął. Nie oszukujmy się - duszą towarzystwa to on nie był, o nie. Stronił od niemalże wszystkich, nawet koleżanek i kolegów z domu. I teraz pojawia się pytanie "dlaczego tego nie zrobił?" Bał się? Czy może zwyczajnie nie chciał? Czy taki zamknięty typ człowieka, patrzący na wszystko z boku, w cieniu...może być uznany za uczciwego? A może tylko udaje, że ma nad wszystkim kontrolę, może tylko udaje, że wszystkie emocje pozamykał w środku? Albo... nie potrafi tego kontrolować? Może właśnie potrzebuje pomocy, jakiejś miękkiej, ciepłej i przede wszystkim kobiecej dłoni, by złapała go i przeprowadziła przez jego własny cień do światła - miejsca uczuć, poczucia bycia potrzebnym i zrozumianym.
Może tak właściwie Jason nie udaje kogoś kim nie jest? Nie stara się pokazywać wszystkim, że jest lepszym, czy też "bielszym" niż na prawdę? Może właśnie w tym jego zamknięciu i ciszy, którą wokół siebie roztacza rozlega się wołanie o pomoc. Nieme i głuche, które tylko nieliczni są w stanie usłyszeć. Każdy ma swoje wady. Nikt ni¬dy nie jest świętym i nie może wiedzieć wszystkiego o wszystkim. Nasz świat jest tak różnorodny i ogromny, że po prostu nie opanowaliśmy na tyle samych siebie, a co dopiero otaczającego nas świata. Zacznijmy więc poznanie ogromu wszechświata od... poznania samych siebie....
Jason wrócił z dwoma kubkami ciepłego mleka dość szybko, choć dla Meredith zdawało się to ciągnąć w nieskończoność. Musiał ładnie wyprosić to u skrzatów domowych i zapewnić, że rano wszystko znajdzie się z powrotem na swoim miejscu. Tym bardziej w swoim wnętrzu cieszył się, że przez taki drobny gest może jakoś ulżyć koleżance. Meredith Walker...co on tak naprawdę o niej wiedział? Z jego obserwacji ( bo uwielbiał to robić) wyniknęło parę faktów. Mianowicie z pewnością jest dziewczyną wrażliwą. Słychać to w jej sposobie mówienia, gestykulacji, mimice. Jest troszkę naiwna, dając się nabrać na kilka niezbyt miłych żartów pierwszorocznych Ślizgonów...Ale...przede wszystkim jest sobą. Duszą zamkniętą w kobiecym ciele o piwnych oczach i porcelanowej cerze. Duszą, która teraz woła o pomoc w przezwyciężeniu wewnętrznych lęków. A Jason? Rycerz w czarnej zbroi, który śpieszy na ratunek. Paradoks prawda?
Wrócił i podał jej kubek widząc, jak ta mała rzecz wywołała u niej niesamowite poczucie ulgi i swoistego odprężenia. Na chwilę ich spojrzenia spotkały się, by po chwili postawić malutki mur między nimi. Rosnący dystans? To zależy od nich samych czy dopuszczą siebie nawzajem do swojego wnętrza.
Wiedziałam, że być może wiesz jak mam na imię ale nie mogłam być pewna. Lepiej upewnić się raz a dobrze, no nie?
Nie odpowiedział od razu, jakby zastanawiał się, jak odpowiedzieć na jej słowa. W końcu jednak westchnął cicho, napił się ciepłego mleka, który rozlał się po jego wnętrzu rozgrzewając go i odpowiedział niskim, acz bardzo melodyjnym i miłym dla ucha głosem.
- To prawda... - po czym pociągnął dalej. - Pewnie Cię tym zaskoczyłem hm?
Spojrzał na nią ciekawie, po czym dokończył myśl.
- Mam chociaż nadzieję, że pozytywnie... to prawda, mało rozmawiamy, w zasadzie w ogóle, ale... to nie znaczy, że...że nie można tego jakoś nadrobić...
I ponownie zamoczył usta w ciepłym mleku, ciemne tęczówki przesunęły się na palący w kominku ogień. ciche westchnięcie przecięło chwilową ciszę. I tak trwali...cisza...w niej jest ukryty najgłośniejszy krzyk, najbardziej ukryte pragnienie, głos duszy! Czego więc pragnie dusza Puchonki?
Puchon ze skupieniem wysłuchał opisu snu koleżanki, a gdy skończyła zmarszczył brwi w zamyśleniu. To z pewnością nie był miły sen, o nie. Zdziwił się dość mocno, że taka osoba jak Meredith miewa aż takie koszmary! Był święcie przekonany, że takie okropieństwa spotykają tylko jego, gdy zmaga się codziennie ze swoimi demonami. I póki co bardzo dobrze, że o to ni pytała, choć Jason czuł w kościach, że prędzej czy później dziewczyna zada mu te niezwykle ciężkie pytanie.
- Pomyślmy... - po czym zaczął...jak to się mówi? "głośno myśleć". Przy okazji sięgnął do pamięci w poszukiwaniu najlepszych momentów nauki wróżbiarstwa. O ile takowe były. Może to w czymś pomoże. - Śnisz we własnym śnie...Jeśli w swoim śnie śpisz oznacza to jakieś ukryte i gorące pragnienie, które bardzo pragniesz, by się zrealizowało...dalej...sypialnia oznacza schronienie, księżyc zaś w tej porze roku w swej bieli oznacza wierną miłość...
Coraz bardziej marszczył brwi, ale kontynuował.
- Okno oznacza widok...na coś...nie jestem pewien...mówiłaś, że byłaś wtedy sama prawda? Samotność w snach z reguły oznacza jakąś pustkę w duszy...czegoś, czego nie jesteś w stanie zapełnić na chwilę obecną. I tylko Ty wiesz co może to zrobić w przyszłości...Mówisz o dużej ilości luster, które Cię przytłaczają i nie wiesz, gdzie masz uciec...lustra to smutne wieści, niemiłe wiadomości...im więcej ich jest...tym gorzej...A Szyszymora... - tu urwał na chwilę i widać było, że sięga naprawdę głęboko myślami. - Jeśli tylko ją widziałaś to jest ona stuprocentowym potwierdzeniem tego, co oznaczają lustra, jeśli z nią w jakiś sposób rozmawiałaś to wręcz przeciwnie - zwiastuje szczęście...
Skończył wywód, po czym zdał sobie sprawę, że bardzo mocno wczuł się w ten sen Meredith. Jego oddech przyspieszył, a źrenice rozszerzyły się mocniej. Spuścił na chwilę głowę i pomasował skronie, ponieważ poczuł pulsacyjny ból zaczynający się w tym miejscu. Gdy to skończył zauważył, że Meredith niejako skuliła się w sobie, przytłoczona tym koszmarem. Jego natura mówiła mu "Zostaw ją! Niech się sama męczy!". Ale nie...Jason został. Przysunął się do Meredith i objął ją ramieniem. Nie w jakiś wybitnie intymny sposób. Nie. Chciał jej w ten sposób pokazać, że przy nim może poczuć się bezpieczna. Serce mu waliło jak oszalałe, myśli tańczyły dosłownie wszędzie.
- Nie bój się... jestem z Tobą...
Powiedział cicho przymykając na chwilę oczy. Cisza....właśnie w ciszy ukryty jest najgłośniejszy krzyk.
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   Wto 20 Paź 2015, 23:28

Ona po prostu zaniemówiła.
Dzierżąc oburącz ciepły kubek w rękach, poczuła jak jej wargi tracą czucie, moc i siłę. By potrafić tyle i wyłącznie rozdziawić się w nie najmądrzej wyglądającą minę - wyraz zdziwienia. A może i strachu? Niemocy wyrażenia ambiwalentnych uczuć, kłębiącym się teraz w jej, skrytym na co dzień, sercu. Bo z jednej strony obecność chłopaka dawała dziwną do opisania ulgę. W końcu nie była sama, miała z kim porozmawiać… nie wspominając o fakcie, że podczas gdy ona grzała stópki przy kominku tamten przyniósł jej przepyszne mleko. Tak, to było miłe - otrzymać pomoc, nawiązać nić zrozumienia, gestem i słowem okazać oraz ujrzeć niemówione nigdy „wiem, jak to jest”. Bo każdy człowiek wie, jak wszystko się układa gdy nie radzisz sobie z męczącym na co dzień życiem. I owe życie przenosisz do łóżka i swojej ociężałej od problemów głowy.
Lecz - teraz trochę poważniej - dobra duszyczka widziała też tą drugą stronę medalu, w spotykaniu złej. Jason - ledwo wiedziała jak ma na imię, był dla niej na co dzień nieomal niedostrzegalny, zawsze wydawał się taki cichy, skryty, wycofany… nieosiągalny. Przynajmniej nie dla małolat, jaką była naiwna Meredith - znana wszem i wobec, jako ta dająca się wszystkim wykorzystywać. Co bolało, cholernie bolało i chociaż na co dzień nie ubierała tego w słowa - nader często widziała sugestywne spojrzenia kierowane w jej stronę. Zwłaszcza od osób starszych, mających ją za niejaką idiotkę - a może tak jej się jedynie zdawało? W tej chwili, czyli gdy patrzyła kątem oka na Jasona, miała nadzieję, że tak. Liczyła na to, że gęsta atmosfera jaką czuło się w powietrzu wynikała nie z faktu skrzętnie skrywanej niechęci a z… no właśnie, z czego?
Mer kompletnie nie rozumiała targających nią niejako emocji. Przecież nic się nie działo, wszystko było w normie i choć - bo nie ma sensu tego ukrywać - okoliczności spotkania są nieco niecodzienne… nic w tym dziwnego, prawda?
Więc dlaczego, do cholery, cały czas czuła na sobie zaciekawione spojrzenie czekoladowych tęczówek?
Zastanawiała się nad tym faktem, z całych sił starając ukryć wstępujące na policzki rumieńce, podczas gdy tamten spokojnym, melodyjnym głosem odpowiedział potulnie na jej nieśmiałą zaczepkę. I tak, miał rację - nie spodziewała się tego. Zawsze raczej postrzegając swoją osobę jako niechciany dodatek na puchońskiej stancji  - całkiem niesłusznie, miejmy nadzieję - nie przypuszczałaby, że ktokolwiek ją zauważył. A na pewno nie ktoś starszy - co wcale nie oznacza, że jej to nie schlebia. Wręcz przeciwnie, bo w pewien niezwykle skromny sposób stanowiło to swoistą pochwałę, ale taką niewinną bo i niewinną Meredith była. Niewinną i nieobytą - szczególnie w sprawach damsko-męskich, w przeciwieństwie do licznych koleżanek jak na przykład Sharon. Och, teraz przydałoby się jej towarzystwo - by mogła szeptać na ucho, co robić.
A jako, że w jej głowie pojawiało się przerażająco mało scenariuszy, jakimi może toczyć tę rozmowę - po chwili zwłoki odpowiedziała szczerze… bo co innego jej pozostało?
- Tak, w sumie to mnie zaskoczyłeś - poprawiła włosy, uchwyt kubka, swoje ułożenie na kanapie i nie spoglądając w okolice jasonowych oczu, kontynuowała - Jasne, że nie negatywnie. W sensie… no tak normalnie - rzuciła niby od niechcenia, po czym wzruszyła lekko ramionami. Nadal patrząc się w ogień, wsłuchiwała się w niespokojne bicie serca.
Milknąc po dosyć długim monologu, tym opisującym sen, zmrużyła płochliwie oczy. Czując przyjemne ciepło, ogarniające ją zarówno od wewnątrz jak i zewnątrz - trwała tak, w swoistym chocholim letargu, pozwalając aż czas uspokoi nieco gęstniejącą atmosferę.
Na próżno jednak, bo gdy Jason ponownie otworzył usta zrobił coś, czego nie powinien robić nikt, nigdy. Interpretując sen, niejako zajrzał do jej głowy - miejsca pełnego wspomnień, o których chciało by się chyba zapomnieć. Krzyku, zimna, samotności - bo czym innym jest dom, pozbawiony jednego z mieszkańców? Pustką, którą domownicy przemierzają bezmyślnie, bezwiednie, bez celu - bez słowa na ustach, nawet słowa pocieszenia wobec siebie.
Meredith pamięta to i wiele innych rzeczy, o których chciałaby nie wiedzieć - a jednak wracały. W snach, co pełnię a czasami nawet i częściej - widziała martwe spojrzenie kroczącej w jej stronie szyszymory. I budziła się - by przewracając się z bok na bok postarać się o wszystkim zapomnieć. I spać. do rana a najlepiej w ogólnie nie myśleć. Bo taką miała niepisaną zasadę.
Nigdy już o tego nie wspominać.
Dlatego bez słowa komentarza wsłuchiwała się w jego wypowiedź, nie przerywając jej ani jednym niechcianym westchnieniem czy gestem. I choć emocje kipiały w niej, narastając z każdym wypowiadanym słowem - trwała niewzruszenie, starając się jak najserdeczniej docenić miły gest chłopaka. Miły ale trochę i wścibski, co pozostawiło ślad w jej głowie.
- Pustka? Schronienie, wierna miłość i nieuchronne nieszczęście? - uśmiechnęła się smutno po dłuższej chwili Meredith, czując jak ten grymas nie sięga już oczu. W których zaczęło czaić się coś nieopisywalnego - związane zarówno ze złością jak i niemówionym pragnieniem… no właśnie, czego? Rozmowy, jego towarzystwa? Naprawdę ciężko było nazwać kłębiące się w niej uczucia. I choć na co dzień starała się nie lekceważyć potęgi, nierozumianego przez nią, wróżbiarstwa chciała to nazwać bujdą. Kłamstwem, ułudą i dopowiedzeniem samego autora, który choć chciał pomóc niejako pogorszył sytuację. Dotykając gdzieś tam z tyłu jej głowy połacie skrywające wypierane przez pamięć wspomnienie.
Niezbyt dobrze.
Być może więc dlatego Mer skuliła się niejako w sobie, na co Jason zareagował niemalże natychmiast. Zmniejszając drastycznie dzielącą ich odległość, co było na tyle nagłe i niespodziewane, że byłaby wylała na niego ciepłe mleko.
Jednak nie, nie zrobiła tego sztywniejąc momentalnie. Czując bliskość i zapach palonego tytoniu, spięła całe ciało w odpowiedzi na tak nietypowy ruch. Nie była przyzwyczajona do tulenia, nie lubiła go i traktowała dzielenie się dotykiem jak coś bardzo intymnego. Czasami wbrew intencjom, podobnie jak tu.
- Nie… rozmawiałam z szyszymorą. Nigdy tego nie robię, po prostu podchodzi do mnie i krzyczy. Wiesz, co oznacza jej krzyk? - spytała cichym, przyduszonym głosem nie odtrącając od razu ramienia. Zrobiła to dopiero po chwili, w miarę naturalnie, przybliżając się na skraj kanapy niby to odkładając prawie pusty kubek. Nie komentując tego, co się właśnie stało - a było to coś dziwnego - owinęła się szczelniej swetrem.
- Ja się nigdy nie boję, to po prostu jest. Często mam takie sny, przepraszam, że Cię nimi zamęczam. Chyba powinniśmy już iść - rzuciła, zupełnie bez przekonania, patrząc się apatycznie w ogień. Po czym po chwili dodała cicho, aczkolwiek rzeczowo - Czemu tu w ogóle jesteś?
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.   

 

Gdzie dobra dusza spotyka się ze złą.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Pan Argus Filch
» Łąka Marihuany
» Opuszczone laboratorium
» Screeny z Aiona i takie tam...
» Aionowe wypady

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Fasolkowo
 :: 
Archiwum
 :: Fabularne :: Myślodsiewnie
-