IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share
 

 Salon pianistki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
Evan Rosier
Evan Rosier

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyNie 16 Lut 2014, 18:45



Salon pianistki


Kilka porozrzucanych gratów, zakurzone regały, obdrapane obrazy, dawno porzucone przez zamieszkujące je postacie. A ponad tym wszystkim króluje stary fortepian, niegdyś często wypełniający muzyką te nieme ściany, dziś już trochę zapomniany. Niewielu pamięta, do kogo należał. Od czasu do czasu ktoś przypałęta się tu przypadkiem, uciekając przed Filchem lub jego kotką, a potem przepada na długie godziny, oczarowany specyficzną atmosferą tego miejsca.

Bill Steiner
Bill Steiner

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyPon 17 Lut 2014, 21:02

Bill cieszył się z bycia synem mugoli. Ten fakt otworzył mu wiele dróg, które dla niektórych czarodziei były zamknięte. Rodzice pchali go na różne zajęcia, a to z rysunku, a to z gitary... Nic nie spodobało mu się tak, jak stare pianino, które kurzyło się u jego ciotki na strychu. Mając niewiele lat, może dziewięć, a może nawet dziesięć, odkrył je i tak zaczęła się jego zabawa z tym instrumentem. Chciał podjąć się nauki, ale w jego mieścinie był jedynie nauczyciel gry na fortepianie. Billowi nie robiło to różnicy, dla niego oba instrumenty są identyczne, jak nie takie same. Ale to tylko facet, jest mało spostrzegawczy.
I tak co roku, gdy wracał na wakacje do domu, kontynuował nauki. Szło mu całkiem nieźle... Cholernie cieszył go ten fakt. W sferze marzeń narodziła się chęć, by kiedyś móc zagrać przed kimkolwiek coś znanego... coś pokroju Mozarta.
Tego poranka jego sowa przyleciała z listem od ojca, który podesłał mu parę zdjęć z dzieciństwa. Steinera to niewyobrażalnie ucieszyło. Jest on sentymentalną osobą, a takie wspominki zawsze dobrze mu robią. W kopercie ujrzał zdjęcie, które robił mu ojciec, podczas zajęć gry na fortepianie. Przetarł opuszkiem palca po powierzchni zdjęcia. Było zakurzone i poplamione kawą... Widocznie wysłał je po to, by uniknąć kolejnych zabrudzeń.
Krukon przypomniał sobie, że kiedyś słyszał o "salonie pianistki". Nigdy nie był w tym pomieszczeniu, więc tym bardziej go zaciekawiło jego położenie. Dowiedział się od chłopaków z dormitorium, że leży gdzieś na trzecim piętrze. Steiner udał się tam, ale nie musiał długo szukać. Dopiero teraz uświadomił sobie, że znajdowała się tu jeszcze jedne drzwi. Podszedł do nich i przyłożył prawe ucho, by dowiedzieć się, czy ktoś znajduje się w środku. Niczego takiego nie zarejestrował, więc otworzył drzwi i wszedł.
Resa Anderson
Resa Anderson

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyWto 18 Lut 2014, 19:58

Ha! Niczego nie zarejestrował, tak? Żadnego dźwięku? Ale to wcale nie oznaczało, że pokój był pusty, ba, wręcz przeciwnie - w kąciku za regałem siedziała Resa. Nogi miała skrzyżowane, w ręku różdżkę, na twarzy wymalowane skupienie, a tuż przed nią, na zakurzonej podłodze, rozłożone było tomiszcze. Tytułu nie było widać, wiadomo - w końcu była otwarta.
Co skłoniło nadpobudliwą Gryfonkę do klapnięcia w jednym miejscu i, co gorsze (a może lepsze?), otworzenia książki? Odpowiedź jest prosta - usiłowała choć odrobinę zwiększyć umiejętności, z którego była zwyczajnie b e z n a d z i e j n a. A była to transmutacja.
Biedny pająk, którego próbowała przemienić w kłębek wełny patrzył na nią niespokojnie, czasem przemieniony tylko do połowy, czasem w ogóle nietknięty.
- Na gacie... - zaczęła, a wtedy usłyszała charakterystyczny jęk drzwi i cichy szmer kroków. Podniosła głowę, rozdziawiła buzię i dopiero po upływie krótkiej chwili opanowała się i uśmiechnęła do przybysza. Trudno było jej ukryć zmieszanie, w końcu zaklęcia tego typu na szóstym roku powinna mieć w małym paluszku. Ukradkiem zerknęła na pajączka, który leżał teraz na brzuchu bo jego nóżki stały się bezwładne i zaczęły przypominać wełnę. Mimowolnie skrzywiła się niezadowolona.
- Wybacz, pewnie szukałeś jakiegoś w miarę "bezludnego" miejsca - powiedziała, wstając pospiesznie. Nie ma co dalej siedzieć i robić z siebie ofiarę! Zaczęła zbierać swoje manatki, najpierw zatrzasnęła księgę, na niej położyła pająka, który nie był najszczęśliwszy na świecie, a różdżkę... no właśnie, różdżkę chciała wsunąć do torby, ale nie trafiła do kieszeni i z charakterystycznym dźwiękiem poturlała się prosto pod nogi przybysza.
- Szlag by to. To znaczy... już się zmywam. - położyła manatki na fortepianie i sięgnęła po różdżkę, ale wtedy wszystko zsypało się na podłogę. Co za pechowy dzień.
Bill Steiner
Bill Steiner

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyWto 18 Lut 2014, 22:35

Masz rację, mylił się. Wchodząc nie zauważył Cię od razu, bo jego wzrok przykuł zakurzony fortepian. Stał na środku pomieszczenia, a promienie Słońca delikatnie oświetlały jego klapę. Podszedł do niego i zaciekawieniem go oglądał z każdej strony. Naprawdę mu się spodobał... Ciekawe czy da się na nim cokolwiek zagrać?
Wystraszyła go nieco, bo drgnął. Odwracał się z prędkością muchy w smole, a kiedy ją ujrzał, uśmiechnął się. Wydawała się być zakłopotana jego osobą, a przecież nie chciał wywołać takiej reakcji.
Nie, nie szukał bezludnego miejsca. Wręcz przeciwnie. Miał ochotę spotkać kogoś, kogoś zupełnie obcego. Dziewczyny bez cienia wątpliwości nie znał, nawet nie kojarzył ze szkolnych korytarzy. Dziwne... Przeoczyć takie dziewczę?
Rozbawiła go. Jednocześnie była śmieszna i urocza. Chciała szybko się zmyć, ale nie wyszło. W sumie nawet lepiej. Podszedł do niej i uklęknął, by pomóc zebrać jej rzeczy z podłogi. Nie chciał, by wychodziła.
- Nie uciekaj przede mną, przecież nic Ci nie zrobię... - zaczął, uśmiechając się zawadiacko. - Jestem  Bill.
Miał nadzieję, że zrobił na niej dobre wrażenie. Chciał wyglądać na życzliwego i  bezinteresownego. Zresztą, był taki, więc nie musiał się zbytnio starać.
Resa Anderson
Resa Anderson

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyWto 18 Lut 2014, 23:10

Wsunęła nieposłuszną różdżkę do torby i pozwoliła chłopakowi zebrać rzeczy. Skoro już i tak się schylił, a ona nie zamierzała zasilać szeregu feministek...
Poza tym była to dobra okazja żeby mu się przyjrzeć i naprędce ocenić, czy, i ewentualnie w jakim stopniu, go kojarzy. Twarz była jej znajoma, ale to Resa - ona kojarzy pół szkoły. Nie potrafiła powiedzieć, czy chłopak jest od niej rok starszy, czy jest w jej wieku, spokojnie mogłaby mu dać około dwudziestki, z drugiej strony raczej należał do tego typu chłopaków, o których dziewczyny mówią w swoim gronie. Może gdyby częściej uczestniczyła w takich rozmowach...
- Uważaj na Franka! - prawie wykrzyknęła, zbierając pająka z podłogi. Nie był jej... to znaczy nigdy go nie kupiła, ale po długim czasie zawziętych ćwiczeń zdążyła go nawet polubić. Oczywiście brzydziła się go trochę, był spory i włochaty, no i aktualnie miał nóżki z włóczki, ale i tak wzięła go w ręce i odłożyła w bezpieczne miejsce. Potem wzięła od chłopaka książkę, mając nadzieję, że nie odczyta tytułu. "Transmutacja dla bardzo opornych" krzyczał tytuł, a tuż pod nim, nieco mniejszy napis "podstawy transmutacji". Nie było szans żeby tego nie zauważył.
- Nigdy nie wiadomo komu można ufać - roześmiała się już mniej nerwowo. - Resa. Po prostu Resa. - wyciągnęła w jego stronę dłoń, jakby szukała jakiegoś potwierdzenia nowo nawiązanej znajomości. Przez chwilę lustrowała go spojrzeniem, zastanawiając się, czy kojarzy ją choć trochę. Może nie interesował się Quidditchem... poza tym, oprócz szlabanów u Filcha (które przy huncwotach i tak były małym osiągnięciem), z niczego nie "słynęła".
- Grasz może? - tu skinęła znacząco głową w stronę fortepianu. - Coraz mniej ludzi tutaj przychodzi, dawniej często było słychać dźwięki muzyki... ale sam chyba wiesz, chodzisz do tej szkoły. Jeśli umiesz coś zagrać i nie zamierzasz przede mną uciekać... no cóż, moglibyśmy spróbować zagrać coś na cztery ręce. - usiała na ławeczce przy instrumencie, choć wcale nie zabierała się do gry.
- Wlazł kotek na płotek... na przykład. - dodała po krótkiej chwili zastanowienia i wyszczerzyła ząbki w szerokim uśmiechu. Była muzycznym nieporozumieniem, szczególnie jeśli chodzi o wokal.
Bill Steiner
Bill Steiner

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptySro 19 Lut 2014, 19:09

Gdy uniosła swoją dłoń, ujął ją i złożył na niej szarmancki pocałunek. Lubił to robić, szkoda tylko, że tak rzadko miał okazję. Naprawdę podobało mu się zachowanie, jak na gentlemana przystało. Miał tylko nadzieję, że dziewczę tego nie zignorowało, że poczuło się miło w jego towarzystwie.
Pomagając jej przy podnoszeniu książek, kawałek napisu rzeczywiście dostrzegł. Ale nie martw się, nie miał zamiaru tego wyśmiać. Bill miał nieco podobne odczucia do transmutacji; nie znosił tego przedmiotu, ale szło mu nie najgorzej. Zastanowił się tylko, dlaczego Resa znęcała się nad tym biednym, małym pajączkiem. To było całkiem urocze; próbowała swych sił w zaklęciach na nim, a i tak nic z tego nie wyszło. Tylko dla kogo dobrze, dla Franka, czy dla niej?
- Nie musisz tak kryć tych książek, nie masz się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie, mogę pomóc Ci z najprostszymi zaklęciami, jeśli chcesz. - zaoferował Gryfonce, z nadzieją, że jednak skusi się na jego pomoc. W końcu zaproponował to z dobrego serca.
Czy słyszał tu kiedykolwiek muzykę...? Możliwe, choć nigdy nie zdarzyło mu się zwrócić na to uwagę. To śmieszne, jak bardzo rozkojarzonemu zdarzało mu się być.
- Wlazł kotek na płotek? - roześmiał się. - Z wielką chęcią, chyba pamiętam, jak to leciało. - zaczął po cichu nucić pod nosem w ramach przypomnienia sobie. Usiadł obok Resy i kliknął kilka przypadkowych klawiszy. Wydały nieco odbiegające od normy dźwięki, ale nie przeszkadzało mu aż tak bardzo. Wziął dłonie Gryfonki i ułożył na odpowiednich klawiszach.
- Ja zacznę, a Ty spróbuj naciskać... - wskazał na poszczególne klawisze. - ... tak, abyś za mną nadążyła. Gotowa?
Resa Anderson
Resa Anderson

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptySro 19 Lut 2014, 20:31

Zachichotała jak podlotek kiedy ten całował ją w dłoń. Nie przywykła do takich gestów, no, może co najwyżej ze strony wujków, kiedy była na weselu wnuczki siostry babci, a więc dalekiej kuzynki. Ale to już inna historia.
W każdym razie miły gest - to się ceni.
- Jeśli chcesz mi pomóc to możesz odwłóczkować pajęczaka, i ja, i on będziemy Ci wdzięczni. Ale on poczeka... i z tego co widzę to raczej nie ucieknie. - niepewnie zerknęła na Franka, który dalej leżał na "brzuchu" tam gdzie go położyła.
"A może by go zaadoptować?" - przemknęło jej przez myśl, ale zaraz potem w jej głowie pojawiła się wizja pająka w dormitorium pełnym dziewcząt. No i musiałaby go karmić innymi zwierzątkami, a to jej się nie uśmiechało.
- Kiedy byłam mała matka usilnie próbowała nauczyć mnie gry na pianinie, mówiąc, że każda dobrze wychowana dama powinna to umieć jeśli chce zabłysnąć w towarzystwie. Chyba wtedy zapomniała, że życie w wysokich sferach jest już za nią... - udała zamyślenie, marszcząc delikatnie brwi. Dobrze wychowana młoda dama? A to dobre! Może i nie kłamała, ale odkąd pewnie stanęła na nogach nie ustała długo w miejscu. Siedzenie na salonach i czarowanie wyglądem nie było dla niej.
- Co prawda to fortepian, ale to chyba to samo... nie? Damy radę, jestem w tym świetna! - brawo za porcję optymizmu. Machnęła grzywą, poprawiła nieistniejący frak jak rasowy pianista i skinęła głową na znak, że jest jak najbardziej gotowa. Kiedy zaczął grać powciskała przyciski... a potem dołożyła coś od siebie... i ten, i jeszcze tamten! Cóż za emocjonująca gra! Gdyby to były skrzypce chłopak dawno uciekłby jak najdalej od tego fałszu, ale jako że pianino nawet w złych rękach nie gwałci uszu aż tak bardzo, dało się to znieść.
- Świetnie. Wspaniale. - ukłoniła się nieistniejącym słuchaczom - Dziękuję, dziękuję, autografy potem.
Czuła się przy nim całkiem wyluzowana, miała ochotę wygłupiać się w najlepsze, tańczyć, śpiewać, choć od tego ostatniego uszy puchły. A najchętniej polatałaby na miotle.
- Właściwie z jakiego jesteś domu? Gdybyś grał w Quidditcha na pewno lepiej bym cię kojarzyła. A może jesteś jakimś podrzuconym do Hogwartu tajniakiem, hm? Albo przekabacasz ludzi na stronę Voldemorta... - zmurżyła oczy, przybierając pozornie groźną minę. Piękne czasy kiedy ludzie nie bali się tego imienia aż w takim stopniu...
Bill Steiner
Bill Steiner

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptySro 19 Lut 2014, 21:34

Uśmiechnął się. Przypominało mu się, kiedy na pierwszych, czy drugich zajęciach z transmutacji mieli podobne zadanie do wykonania. Nauczyciel polecił im, by poczwarkę przemienili w pięknego, kolorowego motyla. Billowi wyszedł "nieco" inny efekt, a mianowicie pająk, który z każdą sekundą stawał się większy. Wywołało to wrzawę i pisk dziewcząt, co bardzo bawiło Krukonka i jego kumpli z dormitorium. Płeć piękna jest śmieszna. Na wszystko, co duże i włochate, reaguje krzykiem. Resa najwidoczniej odbiegała od tych wszystkich dziewcząt, ponieważ nie zauważył, by brzydziła się stworzonka, na którym eksperymentowała. W pewnym sensie mu to imponowało, bo było to świadectwem, że Resa nie jest jak wszystkie.
Podobała mu się jej śmiałość z jaką grała. Było widać, że jest zadowolona z siebie i dobrze się bawi. Ucieszyło go to, bowiem chciał by traktowała to jak przyjemną zabawę, która była wstępem do ich znajomości. Właśnie takie osobowości lubił.
Słysząc słowo Quidditch aż pojawił się grymas na jego twarzy. Nie lubił tej gry i to cholernie. Wolał mugolskie sporty, takie jak piłka nożna czy siatkowa. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu wychował się z dala od magicznego świata. Kiedyś go nie znał i żyło mu się z tym dobrze... Nie żeby teraz było źle. Było jeszcze lepiej, bo dzięki czarom jego życie w pewnym stopniu stało się łatwiejsze i przyjemniejsze. Mimo to, czuł się związany z życiem mugoli i pielęgnował to.
- Jestem prawą ręką Voldzia. Przysłał mnie po to, bym Cię uwiódł i uśpił twą czujność... - przysunął się w jej stronę tak, że udem dotykał jej uda. - ... żeby potem łatwo było Cię uśpić i zabrać ze sobą. - na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech, a chwilę później powiedział jej, że jest Krukonem.
Resa Anderson
Resa Anderson

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyCzw 20 Lut 2014, 21:32

Uśmiechnęła się, starając się nadać temu uśmiechowi jak najbardziej pobłażliwy wygląd.
- A co jeśli ja jestem jego lewą ręką i teraz zrobię wszystko, by docenił mnie, a Ciebie wymieszał z błotem? - rzuciła jakby od niechcenia. - A może wręcz przeciwnie, jestem na usługach Dumbledore'a i zaraz spętam cię zaklęciem, ale zamienię ci nogi w wełnę. Powoli nabieram w tym wprawy! - nietrudno było wyczuć swoistą dumę w tonie jej głosu. Nie miała większych problemów z zaklęciami, zarówno defensywnymi, jak i ofensywnymi, choć te pierwsze szły jej trochę lepiej, ale za to transmutacja... istna katorga. Co było tak trudnego w tym przedmiocie? Co uniemożliwiało jej nauczenie się czegokolwiek? Może po prostu za mało się uczyła? Stłumiła westchnienie.
- Poza tym... skąd założenie, że uda ci się mnie uwieść, hm? Taki z ciebie lovelas? - puściła do niego oczko i ponownie zwróciła twarz w stronę instrumentu. Kilkakrotnie nacisnęła losowy przycisk i pokój wypełnił się chaotycznym, wysokim dźwiękiem.
Nie znała tego Krukona, ale chyba zaczynała go lubić. Nie dlatego, że był przystojny i szarmancki, ale dlatego, że mogła przy nim być sobą. To znaczy tak jej się wydawało. To znaczy...
Cholera, po prostu nie czuła się przy nim ani trochę skrępowana, jakby znała go już trochę dłużej, a jak on odbierał jej drobne dziwactwa wiedzieć nie mogła.
Po krótkiej chwili znów się odezwała.
- Musieliśmy gdzieś się spotkać, skoro jesteś z Ravenclawu... chodzisz na wróżbiarstwo? Runy? Astronomię? - uśmiechnęła się sama do siebie. To głupie, skoro jej nie znał to nie znał... i już. Przyciągnęła do siebie niepełnosprawnego pająka, z torby wyciągnęła różdżkę i wymruczała nad zwierzakiem kilka zaklęć. Ten raz zatrząsł się niespokojnie, a za drugim razem włoski z czarnych zmieniły barwę na ciemny róż. To nie był jej dobry dzień.
- A gdyby tak podrzucić go Filchowi? Tylko musiałby jeszcze coś robić... na przykład wydzielać wyjątkowo nieprzyjemny zapach. Ale z drugiej strony nie będę męczyć zwierząt. Co sądzisz?... - zamyślona i przez to jakby nieobecna spojrzała na chłopaka, oczekując jakiegoś pomysłu. Miała ochotę spłatać charłakowi figla, z Krukonem, lub bez.
Bill Steiner
Bill Steiner

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyPią 21 Lut 2014, 22:50

- A byłabyś w stanie zrobić mi coś takiego? - nieudolnie próbował zrobić słodką minę, coś na wzór szczeniaczka, równocześnie szczerząc zęby. - A co do zaklęć... - zachichotał, patrząc na torbę dziewczyny, w której była książka do transmutacji. - Chyba uszedłbym z życiem, co?
Potulna postać, która obok niego siedziała, nie byłaby w stanie przemienić go w cokolwiek. Nie chodziło o jej umiejętności, bardziej o osobowość. Prawda, znali się zaledwie kilkanaście minut, ale nawet tyle wystarczyło Krukonowi na małą analizę jej osoby. Wydawała się być niezwykle otwarta i miła, a takie osoby uwielbiał i pragnął spędzać z nimi czas. No chyba, że... Udawała? Nie, to nie ma sensu, po co miałaby to robić.
Lovelas? Nigdy w życiu! Był na to zbyt nieśmiały. Zresztą, uważał to za głupie. Myślenie, że można mieć każdą jest co najmniej śmieszne, choć nawet to określenie jest zbyt łagodne. Rodzice przekazali mu wszystkie najważniejsze wartości moralne i ich strzegł. Nauczył się szanować kobiety, a gdyby widział, jak którejś dzieje się krzywda... przez takiego, dajmy na przykład, Michaela, który uważa, że może mieć każdą. Rozkochuje w sobie, a potem zostawia, tuż po tym, kiedy już otrzyma nagrodę. Dupek...
Przytaknął, kiedy zapytała o astronomię. To w końcu jego ulubiony przedmiot, więc nie opuszczał zajęć. Faktycznie, może to właśnie stamtąd kojarzył tę twarz, która tak bardzo przyciąga wzrok.
-A co powiesz na małą gromadkę pajączków, które ochoczo wpełzają pod nogawki Filcha i penetrują całe jego ciało pod ubraniami? - rozbawiła go myśl o woźnym, który wrzeszczy nie potrafiąc poradzić sobie ze zwierzątkami.
Resa Anderson
Resa Anderson

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyCzw 27 Lut 2014, 18:48

Nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko dwuznacznie, jakby na raz próbowała powiedzieć mu, że owszem, jednocześnie trzymając prawdziwezamiary w tajemnicy. Ale Resa to dobre dziecko było, ot co, a z siłami zła miała tyle wspólnego co Voldemort z nosem.
Roześmiała się na jego słowa. Czy uszedłby z życiem gdyby spróbowała coś mu przetransmutować? Cokolwiek... rękę, nogę, język.... wątpliwe. Mimo najszczerszych chęci bardzo łatwo było jej coś poplątać, a w dodatku odczynianie czarów tez nie było jej najlepszą stroną, co poniekąd odzwierciedlało jej charakter - najpierw robiła, potem myślała, a jak już zrobiła i zepsuła to ciężko szło jej naprawianie. - Cała gromadka, powiadasz? - uniosła brew, starając się wyobrazić sobie takową scenę. Oczyma wyobraźni widziała jak Filch odprawia dzikie tańce godowe, próbując wytrząsnąć spod ubrania pajączki i na jej twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha. To było to! Jednak...
- Dobre, ale ten plan ma pewne niedociągnięcia - niełatwo będzie zmusić pająki do wejścia na coś tak obrzydliwego, jednocześnie pozostając w ukryciu. W końcu nie chcemy szlabanu, prawda? Chyba że ta po prostu mówisz i wcale nie zamierzasz tego wcielić w życie. - nacisnęła klawisz fortepianu jakby na pożegnanie i z ociąganiem wstała
To absurdalne, bo znała tego Krukona dopiero od kilkunastu minut, ale tak naprawdę chyba go polubiła. Jeśli tylko udałoby jej się go troszkę zdemoralizować, ażeby mieć kogoś do pomocy w dręczeniu woźnego...
- Odezwij się do mnie jeśli będziesz chciał coś z tym zrobić, ja na pająki jestem zawsze chętna! I... byłoby miło gdybyś go "naprawił" - z niejakim zawstydzeniem podała Billowi pająka z wełnianymi nóżkami, oburącz złapała ciężką księgę i ciężkim krokiem wyszła z pomieszczenia, z korytarza wykrzykując jeszcze jakieś pożegnanie.

A chłopak? Posiedział jeszcze chwilę i również wyszedł.

Z tematu (oboje).
Franz Krueger
Franz Krueger

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyPon 17 Mar 2014, 12:47

Gdyby zapytać Franza o jego mieszane uczucia odnośnie obecności na ślubie Belli jeszcze zanim chłopak się na nim pojawił, można by było zauważyć w jego głosie wyraźną nutę znudzenia, ale i pewnej uległości w stosunku do swoich rodzinnych obowiązków. Ślizgon bowiem, mimo że przywykł do tego typu sztywnych spotkań, podczas których zbierały się wszystkie szanowane rody czarnoksiężników, tak w tym ślubie nie miał ochoty brać udziału ze względu na swój melancholijny nastrój i niemożność odciągnięcia myśli od pożegnania z ukochaną Vivienne, której rodzice zadecydowali, po ostatnich wydarzeniach, o zabraniu swojego jedynego dziecka z Hogwartu. Krueger nie do końca potrafił zrozumieć ich zachowanie, jednakże wychodził z założenia, że właściwie, zrobili mu ogromną przysługę. Od kiedy siedemnastolatek zerwał kontakt z dziewczyną, każde ich spojrzenia na szkolnych korytarzach przeszywały jego serce na wskroś i przypominały o chwilach, kiedy byli szczęśliwi. Razem. Wielokrotnie myślał nawet o tym, aby do niej napisać jakiś list, wysłać jej jakiś prezent, nawet anonimowo, byleby tylko nie zapomnieć o niej już na zawsze. Za każdym razem jednak przypominał sobie o swoim przeklętym przeznaczeniu i o tym, że takie działania tylko zwiększyłyby jego cierpienia. Na początku było mu trudno trzymać swoje emocje na wodzy, choć z czasem zdołał się pogodzić z tym, iż był pisany do zgoła innych celów i że jego związek z wrogiem przekreśliłby plany jego ojca. Nie można było powiedzieć, że Franz podporządkowywał mu się we wszystkim, jednak starał się podzielać najważniejsze dla niego idee. Nic dziwnego, miał dopiero siedemnaście lat, więc wchłaniał mądrości Heinricha jak gąbka. Wiedział, że dzięki swojemu rodzicielowi stanie się potężnym czarodziejem i mimo że wcale nie był przekonany co do tego, czy służba w szeregach Voldemorta rzeczywiście stanowi szczyt jego marzeń i pragnień, na razie nie miał wcale lepszej alternatywy. Z jednej strony miał świadomość swoich umiejętności, a z drugiej zdawało mu się, że bez swojego rodu i bez tego niemieckiego nazwiska będzie nikim. Nie potrafił wyrwać się ze swojej rodziny i zacząć zupełnie innego życia, z dala od rozlewu krwi niewinnych. Nie to, żeby był aż tak empatyczny, aby czyjakolwiek śmierć poza jego bliskim w jakimś szczególnym stopniu go przejęła, ale także nie bawiło go latanie z różdżką przy boku i ciskanie czarnomagicznymi zaklęciami na prawo i lewo. Poza tym, był indywidualistą, najchętniej chadzał swoimi ścieżkami i niechętnie znosił myśl o tym, że kiedyś przyjdzie mu się całkowicie podporządkować Czarnemu Panu, choć należało również napomknąć, iż do takiego rozwoju wydarzeń był przygotowany i wcale od niego nie uciekał.
Kiedy wszedł do salonu pianistki, w jego głowie kłębiły się same nieprzyjemne myśli. Wspomnienia ze ślubu dawały o sobie znać, a przed oczami młodego Ślizgona bez przerwy rysował się obraz morderstwa Charlusa Pottera. I prawdę powiedziawszy, Franz do tej pory nie przypuszczałby, że ta drobna, choć niezwykle piękna Krukonka, będzie zdolna do tak brutalnych czynów. Nie pochwalał jej zachowania, ani też nie ganił. Przypuszczał, że dziewczyna znalazła się w dokładnie takiej sytuacji jak i on. Nie miała takiej swobody wyboru jak inni uczniowie, których los nie był pisany przez przynależność do czystokrwistych rodów służących Voldemortowi. Krueger nie znał jej rodziny, ale nie sądził, aby jego przypuszczenia zawodziły go na błędne tory. Dzieci śmierciożerców znacznie różniły się od tych, którzy w szeregach Czarnego Pana znaleźli się przypadkiem. Różniły się od tych, którzy na tym polu byli świeżakami. Ich ręce już od dziecka splamione były krwią przodków, a oni sami byli o wiele lepiej przygotowani do tego, by wieść nędzne życie mordercy niewinnych dusz. Ślizgon westchnął ciężko, zasiadając do fortepianu i myśląc o tym, że kiedyś przyjdzie i jego czas próby. Wolał oddalić tego typu wyobrażenia od siebie i skoncentrować się na czymś innym, ale właśnie w takich momentach łapał się na tym, że zaczynał rozmyślać o Gryfonce, a przypomnienie jej osoby wcale nie poprawiało mu nastroju, bo wiedział, że ten rozdział w jego życiu już dawno zamknął i nie mógł do niego wracać w inny sposób, jak tylko oddając się szczęśliwym wspomnieniom. Ciekawy był, czy gdy wreszcie dostąpi tego wątpliwego zaszczytu zyskania mrocznego znaku na swym ramieniu, odejdą one bezpowrotnie… Przesuwał palce po klawiszach fortepianu, jakby muzyka miała uratować jego serce od kompletnej destrukcji. Spod jego dłoni płynął piękny walc z Maskarady, ulubiony utwór Vivienne, który zawsze dodawał mu otuchy, choć teraz zdawał się brzmieć znaczniej bardziej ponuro, niżeli wtedy, kiedy Franz grał go jeszcze dla swojej ukochanej.
Chiara di Scarno
Chiara di Scarno

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyPon 17 Mar 2014, 15:16

Odkąd Chiara wróciła do Hogwartu, nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Gnana niepokojem i otumaniona powracającym wciąż wspomnieniem sprzed zaledwie kilku godzin, kręciła się po zamku niepomna co dzieje się dookoła, przypominająca zjawę, ze swoją pobladłą cerą i podkrążonymi oczami. Na łóżku w dormitorium odnalazła jeszcze jeden prezent, małą, opakowaną w niebieski papier paczuszkę, którą bez otwierania rzuciła w ogień, gdzie spopieliła się barwiąc płomienie na zielono. Przypuszczała, że podarunek nadszedł od matki, choć gdyby zastanowiła się nad tym dłużej, zorientowałaby się, że żadna sowa nie mogłaby jej wyprzedzić. Dostała jednak prezenty od wszystkich, od których mogła ich oczekiwać, a nawet więcej, bo nie spodziewała się podobnego gestu ze strony Evana, czy Daemona, o Voldemorcie nie wspomniawszy. ten ostatni sprawił z resztą, że wchodząc w wiek dorosłości, solennie przyrzekła sobie zapomnieć o tym, że 30 maja jest rocznicą tego podłego dnia, kiedy po raz pierwszy odetchnęła powietrzem. Nie było czego świętować, nie potrafiła doceniać daru życia, a w tej chwili ten dzień nabrał zupełnie innego znaczenia. Był pełen wspomnień, których nie planowała rok w rok przywoływać. Przynajmniej nie z własnej woli i świadomie.
Faktycznie zadziwiająco wiele łączyło ją z Franzem, oboje obracali się w takich, a nie innych kręgach pod naciskiem rodziny i nie marzyli o służbie w szeregach Czarnego Pana. Ale przynajmniej tyle samo, jeśli nie więcej, ich różniło, bo podczas gdy Krueger utożsamiał się ze swoim rodem, był dumny z nazwiska i chłonął wiedzę wpajaną mu przez ojca, Chiara nienawidziła większości rzeczy, które symbolizowało nazwisko di Scarno, z chęcią oddałaby bogactwa i prestiż, za spokój i wolność, nie posiadała też żadnego szacunku dla swojego ojca, szczątkowy dla matki, który w tej chwili jednak przestawał już chyba istnieć. I kiedy Franz pogodził się już w duchu z tym, co go czekało i nawet specjalnie się przed tym nie bronił, ona próbowała walczyć, uciec, dlatego właśnie każda porażka ściągała na nią nową falę beznadziei. Tylko na zewnątrz mogło się wydawać, że dobrowolnie wkracza na ścieżkę prowadzącą ku oficjalnemu dołączeniu do grona Śmieciożerców, ale bądźmy szczerzy, nie miała żadnego wyboru.
Nie była córką człowieka, który należał do ścisłego grona zwolenników Czarnego Pana. Właściwie Chiara nie była pewna, czy na jego przedramieniu w ogóle widniał Mroczny Znak. Kiedy mieszkali jeszcze we Włoszech Lord Voldemort był postrachem, ale odległym. Takim bagatelizowanym niebezpieczeństwem, wtedy z resztą dopiero zdobywał swoją pozycję. Potem, kiedy przeprowadzili się do Londynu, właśnie dla niego, aby jej ojciec mógł poznać swego dalekiego krewniaka i oddać swój los w jego ręce, zaczęła się dopiero ich długa droga. Nie od razu można było dostąpić zaszczytu jakim było znalezienie się w szeregach popleczników najpotężniejszego czarnoksiężnika przynajmniej XX wieku.
Tym niemniej jednak Chiara także, na podobieństwo dzieci Śmierciożerców, od dziecka karmiona była tymi samymi wartościami, wtłaczano jej do głowy, że czysta krew jest cenniejsza od szlamowatej, że sprawianie bólu i cierpienia bywa usprawiedliwione, a prawem natury, najczystszym i pierwotnym jest to, że silniejszy zabija słabszego. I choć bez dwóch zdań to, a także sposób w jaki ją traktowano, wpłynęło na nią i ukształtowało jej charakter, nie była taka jak większość potomków czarodziejów popierających choćby, lub służących Czarnemu Panu. Bo ona nie podzielała ani tych wartości, ani tych sposobów działania. Chciała tylko stać z boku i pozostać niezależną, kiedy inni ludzie mordują się nawzajem z powodu szlachetnych bądź plugawych przekonań.
Siedziała na czarnym fotelu z grubą, starą księgą w dłoniach, ale jej oczy nie widziały starofrancuskich słów, ani intrygujących run, które widniały na kolejnych stronach. Wciąż miała na sobie podarowany jej przez Jasmine gorset i spódnicę, ale czarne pantofelki zrzuciła zanim podwinęła pod siebie bose stopy. Dlaczego przyszła właśnie tutaj? Przecież tak wiele było miejsc, w których mogłaby szukać ucieczki, a jednak wybrała Pokój Pianistki. Z jego specyficznym zapachem i kurzem wirującym w powietrzu. Z jego wspomnieniami. Chciałaby wiedzieć kto, jaka kobieta, lub który mężczyzna z czarno-białych fotografii kochał granie na tyle, aby pozwolono mu stworzyć to sanktuarium.
Jej mroczne, splątane myśli przerwało skrzypienie drzwi. Do środka wszedł ktoś, kogo wolałaby nie oglądać przez najbliższy okres czasu. Franz. Nie zauważył jej, najwyraźniej błądząc gdzieś daleko od rzeczywistości tego pomieszczenia. Zasiadł przy pianinie i nieświadomy, że ma obserwatora, zaczął grać. I grał, grał wciąż, nieprzerwanie, nie przejmując się, że każdy dźwięk szarpie nie tylko struny instrumentu, ale także nerwy Krukonki. Wstała. Zapomniana księga upadła z głuchym trzaskiem na ziemię.
Franz Krueger
Franz Krueger

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyPon 17 Mar 2014, 16:28

Franz, można by rzec, iż miał wiele szczęścia, że i jemu nie przypadła jakaś szczególna rola na ślubie Bellatrix. Biorąc pod uwagę stan, w którym znalazł się na tej uroczystości na skutek ostatnich wydarzeń, był gotów zapewne do o wiele większych zniszczeń, niżeli ktokolwiek z jego bliskich mógłby przypuszczać. Nikt jednak nie pociągnął za struny, jeżeli chodziło o jego osobę. Nikt nie załączył tego zapalnika, którego następstwem najprawdopodobniej byłby wybuch Kruegera. Podczas ślubu zachowywał się przecież jak tykająca bomba zegarowa, jednak dopóki nikt nie popychał go do okrutnych czynów, jak chociażby panienkę di Scarno, chłopak zamykał się w swoim świecie pełnym smutnych pożegnań i szczęśliwych chwil spędzonych wspólnie z bratnią mu, mimo że gryfońską, duszą. Trudno powiedzieć, czy gdyby to ten Niemiec znalazł się na miejscu Krukonki, miałby jakiekolwiek wyrzuty sumienia w związku z wyznaczonym mu zadaniem. Bo czy cokolwiek potrafiłoby go odwieść od rozkazu Voldemorta w tamtej chwili, nawet jeżeli nie do końca podzielał system wartości tegoż potężnego czarodzieja? Raczej nie było co do tego żadnych wątpliwości. Ba, chłopak nie traktowałby nawet morderstwa Charlusa Pottera w kategoriach służenia Czarnemu Panu, bo i nigdy nie pragnął dostąpienia takiego zaszczytu, a raczej jako odwet za jego nędzny żywot, który przyszło mu wieść w tak słynnym rodzie czarnoksiężników. Podobno miłość i nienawiść to dwie odmiany tego samego uczucia, a zatem czy nie można zabić w sobie pierwszego z nich, uciekając się do takich praktyk, jakie wyzwalał w swoich poplecznikach Riddle? Być może to właśnie był jego plan, by siejąc nienawiść, stłamsić w młodych czarodziejach o dużym potencjale wszystkie te uczucia, które określane były mianem pozytywnych emocji. Paradoks, który podświadomie rozkazywał uleczyć zniszczone serce poprzez dążenia do jeszcze większej destrukcji, przekazywany z pokolenia na pokolenie sprawiał, że ten siedemnastolatek powoli zaczynał zatracać samego siebie w śmierciożerczej propagandzie.
Franz, w przeciwieństwie do Chiary, stał na rozstaju dróg i miotał się pomiędzy wyborem którejś z nich. Choć w głębi duszy nie był urodzonym mordercą, takim, który wpasowywałby się w szeregi śmierciożerców, to jednak odczuwał wewnętrzną potrzebę zyskania potężnej mocy, która byłaby dla niego motorem do sławetnych czynów. Nie potrafił też nienawidzić swojego ojca, który tak wiele dał mu od siebie, aby jego potomek rósł w siłę, nawet pomimo tego że syn i rodziciel znacznie różnili się od siebie charakterem. Z jednej strony, gdyby Ślizgon tylko mógł i gdyby tylko potrafił przeciwstawić się ojcu, pewnie swoje życie spędziłby na pogrywaniu na fortepianie, ważeniu eliksirów i zabawianiu dam. Z drugiej zaś, jakaś jego część nie mogła pozostawać na tle wydarzeń świata czarodziejskiego bierna i obojętna. A po której stronie mógłby stanąć on – Krueger z krwi i kości – jak nie po tej, na którą przeciągał go Heinrich? Siedemnastolatek od dziecka poddawał się tej nachalnej manifestacji najważniejszych wartości, jak czysta krew, czarna magia, potęga i sława, a choć jego samodzielne myślenie jakimś cudem przetrwało, nie pozwalało mu już jednak odrzucić wszystkiego, co chłopak tak prędko chłonął w okresie dojrzewania. Franz sam już nie potrafił stwierdzić, które rozwiązanie byłoby dla niego lepsze, lawirował pomiędzy dobrem i złem. Nie był taki jak Rosier, który był pewien tego, że jego priorytetem jest służba Czarnemu Panu. Krueger zmagał się z licznymi wątpliwościami, dlatego też perspektywa aktywnego udziału w gronie śmierciożerców czy nawet próby, którą kiedyś Voldemort ostatecznie na pewno go zaskoczy, napawała go pewną obawą. Dlatego może starał się oddalić wszelkie myśli krążące wokół tego tematu i napawać się wolnością i muzyką płynącą spod jego palców, dopóki nie zostanie zmuszony do podejmowania wyboru, dopóki ktoś nie wyryje na jego ramieniu więziennego numerka.
Każdy kolejny dźwięk pozwalał mu uciec od jego przeznaczenia, od szarej, niewdzięcznej rzeczywistości, a w zamian przywoływał przed jego oczy obraz ukochanej w pięknej, zwiewnej, białej sukience. Krueger energicznie przesuwał dłonią po kolejnych klawiszach, jakby to miało przywrócić jego duszy spokój. I wtedy właśnie chłopak usłyszał jakiś huk. Muzyka ucichła, a on, przerywając grę, odwrócił się w kierunku, z którego dochodził odgłos zdecydowanie niewpasowujący się w nastrój walca. Di Scarno? Mógłby przysiąc, że kiedy przekroczył próg salonu pianistki, dziewczyny nie było w pomieszczeniu. Najwyraźniej nie tylko ona zadręczona przeróżnymi nieprzyjemnymi myślami, nie była do końca przytomna. Jak mógł nie zauważyć, że ktoś prócz niego obrał sobie ten pokój za swój azyl? A już w szczególności, jak mógł pominąć obecność akurat tej Krukonki? Nagle wszystko to, co zdarzyło się na uroczystości w Black Manor stało się ponownie tak bliskie i żywe. Chłopak jednak nawet nie wstał, a jedynie przekręcił się tak, aby usiąść przodem do Chiary i obdarować ją jednym z tych nienawistnych spojrzeń zarezerwowanych właśnie dla sytuacji jak ta. Nienawidził, gdy ktokolwiek naruszał jego prywatność, Kiedy grał, istniał tylko on i jego fortepian. Nie tolerował żadnych zakłóceń.
- Widzę, że bawi Cię nie tylko mordowanie niewinnych dusz, ale i piękna muzyki. – mruknął niechętnie, jakby z premedytacją przypominając jej o tym, jakich czynów dopuściła się na ślubie Bellatrix. Bardzo prawdopodobne, że w innych okolicznościach darowałby sobie tego typu złośliwości, tym bardziej że rozumiał powagę sytuacji i przypuszczał, jakie uczucia mogą w tej chwili targać drobną i niepozorną postacią Chiary, jednak teraz, gdy dziewczyna wkroczyła w jego sferę sacrum, nie odczuwał wobec niej żadnej litości. Znaleźli się oboje w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiedniej porze, by spodziewać się po niemieckim czarodzieju współczucia i pocieszających, pustych sloganów.
Chiara di Scarno
Chiara di Scarno

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki EmptyPon 17 Mar 2014, 20:50

Chiara wolała nie wnikać w to, co w głowie miał Voldemort, ale jeśli mogła być czegoś pewna po dzisiejszym dniu, to tego, że na każdego przychodzi kiedyś czas. Godzina próby, która miejsce ma dokładnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy i wygląda mniej więcej tak, jak wyobrażamy sobie nasz największy koszmar. Oczywiście tyczyło się to tylko tych osób, które wciąż miały jeszcze jakieś skrupuły, wciąż walczyły z nieodwołalnym i nieodwracalnym spustoszeniem jakie Czarny Pan siał w głowach i sercach. Dla Franza też ona miała wybić, już niedługo, zapewne znacznie szybciej niż się spodziewał.
Nie mam zamiaru kłócić się ze stwierdzeniem, że Krueger znacznie lepiej zniósłby to, co miało miejsce na ślubie, gdyby to on, a nie Chiara występował w roli oprawcy. Zapewne mniej zniszczeń narobiłoby to także we wnętrzu pozostałych Ślizgonow, Daemona, Regulusa i oczywiście Evana. Voldemort dobrze jednak wiedział, co czyni. Zdawał sobie bowiem sprawę, z tego, że w ostatecznym rozrachunku tym, czego Chiara boi się najbardziej, jest utrata wolności, rozpoznawalność w świecie, do którego nie chciała należeć, oblepienie jej etykietkami, których nie uda się jej już nigdy pozbyć. Zmuszenie jej do morderstwa przed tak dużą publicznością, wliczając w to jej szkolnych kolegów, z których dwoje nie było jej całkowicie obojętnych... Tak, to był jeden z najgorszych koszmarów jej życia. Przewyższający swą okropnością nawet okrucieństwo ojca i bezczelny sposób, w jaki Czarny Pan zmusił ją do zdradzenia zazdrośnie strzeżonego sekretu.
Chiara dobrze znała uczucie nienawiści. Zapalało się ono w jej oczach na każde wspomnienie ojca, a począwszy od dzisiaj, miało także parzyć jej serca na wzmiankę o Bellatrix. Z jakiegoś powodu przelała na nią całą złość, jakby to ona, a nie Voldemort była winna wydarzeń mających miejsce na jej ślubie. Ten zwierzęcy chichot, który wydała wtedy w sali balowej sprawił, że młoda Kurkonka rozpoznała swojego pierwszego śmiertelnego wroga, z którym miano ją jednak zmusić do współpracy w ramach wielkiej, śmierciożerskiej, szczęśliwej rodzinki.
Z miłością było natomiast znacznie gorzej w jej przypadku. Wciąż czasem wydawało jej się, że pamięta to poczucie przynależności, lojalności i dziecięcego podziwu, który dostaje się bez powodu i nie trzeba sobie na niego niczym zasłużyć. Najpierw darzyła nim rodziców, a kiedy wybili jej to z głowy, mniej lub bardziej dosłownie, przerzuciła się na dziadka z demencją starczą, który pewnie za swoich lat młodzieńczych był potworem, a jednak choroba odebrała mu siły i zdolność do uprzykrzania ludziom życia. Od czasu kiedy umarł, a pokazano zrozpaczonej siedmiolatce jego zastygłe, zimne ciało, nie czuła się w ten sposób związana już z nikim. Jeśli to była miłość, a nie dziecinne przywiązanie, to przestała jej potrzebować, przestała jej szukać, przestała jej, co najważniejsze, pragnąć.
Przez chwilę wsłuchiwała się w kolejne dźwięki melodii, ale szarpała ona jej wnętrzem i sprawiała, że przed oczami stanęło to pierwsze spotkanie z Rosierem, tutaj w Salonie Pianistki. Jakie wtedy wszystko wydawało się proste! Czy gdyby nie była tak uparta i tak przyzwyczajona do grania ludziom na nosach, gdyby po prostu sobie poszła nie zawracając sobie wtedy Ślizgonem głowy, dzisiaj byłaby w tym samym miejscu? Czy...?
Chciała wyjść, nie planowała mu przerywać, gdyby nie książka być może nawet by jej nie zauważył. Nie planowała powtórki z rozrywki, z resztą chyba nie miałaby teraz ani tamtego podejścia, ani nastroju aby rozegrać to spotkanie jak tamto z Evanem. A przede wszystkim wolała z nim wcale nie rozmawiać, bo była pewna, że swojej bucie, w swym ślizgońskim braku jakiejkolwiek empatii natychmiast poruszy temat ślubu. I obudzi demony.
Ale przecież to śmieszne! To on wkroczył bez pytania do jej sakrum, to on zakłócił jej spokój i rozbił leczniczą ciszę na kawałki. Ona była tutaj pierwsza, do niej należało to powietrze przesycone kurzem i niewyczuwalną już wonią papierosów. Powinien był trzymać się stąd z daleka. Może i wyglądała jak zjawa, albo sukkub, jednak była mimo wszystko kobietą z krwi i kości, a więc nie potrafiła przenikać przez ściany. Franz mógł być pewien, że nie było jej w pomieszczeniu wcześniej, a jednak się mylił. I to on był tutaj intruzem.
Na jego słowa w jej oczach pojawiły się duchy, a usta same wykrzywiły się w nieprzyjemnym uśmiechu, który coraz częściej kaleczył jej przyjemną na co dzień twarzyczkę.
-Lepiej uważaj, bo możesz być następny. - stwierdziła absolutnie uprzejmym tonem, podnosząc z podłogi książkę i pieszczotliwie wygładzając zagięty róg. Blade, chude ręce objęły potężne tomiszcze i przycisnęły je do piersi dziewczyny, która spoglądała wyzywająco w kierunku chłopaka.
Jeszcze coś miał jej do powiedzenia?
-Poza tym znamy chyba inne definicje piękna.
Sponsored content

Salon pianistki Empty
PisanieTemat: Re: Salon pianistki   Salon pianistki Empty

 

Salon pianistki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 9Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: 
III piętro
-