IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Stara Biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:26

Determinacja była jedynym, w co Claire potrafiła jeszcze przekuwać swą irytację. Docierając do biblioteki w stanie co najmniej wątpliwym jeśli chodzi o wrodzone ciepło i sympatię, jaką mogłaby obdarzyć resztę świata, z czasem zaczęła odzyskiwać równowagę - tylko dlatego jednak, że taką konsekwencję miały jej dzisiejsze plany. Patronus, tak? Prymus drzemiący w puchońskim wnętrzu zmuszał do ćwiczeń nie tylko pod uważnym okiem Krukona, ale także - lub może tym bardziej - z dala od niego, tak, by przy kolejnej oficjalnej lekcji mieć się czym pochwalić. I jakkolwiek aktualne rozdrażnienie nie szło raczej w parze z zaklęciem mającym swe źródło w bezgranicznym szczęściu, to w przypadku panny Annesley nie było lepszego sposobu na pozbycie się choćby części negatywnych emocji jak sięgnąć właśnie po nie. Odkąd problematyczny temat Bena problematycznym być przestał, przechodząc w drugi koniec uczuciowej skali, wystarczyła chwila, by na twarzyczkę Irlandki wrócił uśmiech. Nazwisko Watts nie mogło kojarzyć jej się źle - tak, nawet teraz przewagę miało przyjemne ciepło, jakie rozlewało się po dziewczęcym ciele, a nie chłód dumy urażonej przez inną posiadaczkę tego samego miana - wystarczyło więc odpowiednio się wyciszyć, odetchnąć raz i drugi, by odnaleźć te iskry, które stopniowo można było rozniecić, którym można było nadać różne formy.
I to właśnie robiła Klara, stopniowo coraz delikatniej traktując powietrze. Początkowe szybkie, gwałtowne machnięcia różdżką nabrały łagodności, a dębowy kijek z czasem przestał imitować szablę niemiłosiernie rozcinającą Bogu ducha winną przestrzeń między dwoma regałami. Nadgarstek panny Annesley przestał być tak okrutnie sztywny, wypowiadane zaklęcie przestało brzmieć jak najgorsze przekleństwa, a...
Gwałtownie wciągnęła powietrze. Kilka pierwszych ułamków sekundy było niczym innym, jak popisową reakcją panny zupełnie zaskoczonej. To nie tak, że Claire była jakoś szczególnie strachliwa, nie - każdy jednak czułby się nieswojo, gdyby go tak podejść, prawda? Bo Annesley przecież nie słyszała kroków, oddechu, szelestu ubrań. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że nie jest tu sama. Pozwalając całej - no, a przynajmniej jej większej części - złości spłynąć z głowy przez ramiona aż do końca dębowej różdżki, uwalniając ją w postaci mniej lub bardziej wyraźnych, srebrzystych smug robiła to z absolutnym przekonaniem o swej samotności. Nie potrzebowała, nie chciała świadków swej frustracji i na podobną otwartość emocjonalną zdobyła się przecież właśnie dlatego, że w jej własnej rzeczywistości - tej, w którą dotąd wierzyła - jedynym jej towarzystwem były rzędy starych, zakurzonych regałów i stosy sponiewieranych ksiąg. Teraz zaś wychodziło na to, że się pomyliła i nie tylko nie była w bibliotece sama, ale jej świadkiem okazał się być nie kto inny, jak Ben. Pojedyncza, zwabiona nazwiskiem Szkota iskierka irytacji przypomniała o swym istnieniu, delikatnie prześlizgując się przez tęczówki Puchonki i dziewczęce, teraz ponownie lekko spięte mięśnie.
- Ben - mruknęła jednak cicho nie mogąc, po prostu nie mogąc ukryć przyjemności, jaką sprawiła jej nieoczekiwana bliskość Krukona. Chowając różdżkę do kieszeni szaty z westchnieniem oparła się o klatkę piersiową Wattsa, nakryła jego ręce swoimi i przymknęła oczy na moment. Irytacja irytacją, ale Ben nie był swoją matką, zdecydowanie nie był, a więc nie mogła się na niego złościć. Nie mogła i nie potrafiła, przynajmniej w tej chwili.
- Co ty tu robisz? - Nie wykazując większych chęci do uciekania z objęć chłopaka uniosła lekko powieki i odchyliła głowę tak, by móc nie tylko zerknąć na swego partnera, ale też skraść mu szybkiego całusa na powitanie. Póki nie było świadków, póty Claire nieco mniej wstydziła się swych pragnień i okazywanej czułości. - Specjalnie wybrałam taką godzinę, myślałam, że nikogo tu nie będzie.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:28

Teraz, gdy wszystko między nimi zostało wyjaśnione, fosy zasypane, a zasieki rozebrane, Ben czuł się w towarzystwie Claire tak dobrze, jak nigdzie indziej. Szybsze bicie serca, które kiedyś sprawiało mu ból, przyjmował z drgnięciem podekscytowania, napięcia i radosnej ekscytacji – chyba pierwszy raz w życiu był tak pijany szczęściem, które stało się jego udziałem. Każda chwila spędzana w towarzystwie Irlandki stanowiła teraz materiał na wspomnienie zdolne powołać do istnienia pełnoprawnego patronusa, wypełniając życie Wattsa taką ilością kolorów, że mógł tylko przyglądać im się ze zdumieniem oraz szerokim uśmiechem, urzeczony tańcem barw. Jeśli wszystkie przykrości i zło, którego dotąd doświadczył, miały stanowić próby pozwalające dotrzeć do tego punktu, Ben skinąłby tylko pokornie głową, przyjmując ich istnienie za konieczne i potrzebne. Jeśli tak wyglądała cena za możliwości trzymania Claire w ramionach, za zapewnienie, że uczucia kłębiące się w jej sercu były podobne do tych, z którymi borykał się Watts, to było warto. Po stokroć.
Irlandka nie stanowiła kolejnego, ulotnego zauroczenia, wystarczającego na kilka pocałunków czy spędzonych razem upojnych chwil – a przynajmniej tak twardo twierdził Ben, bądź co bądź wzdychający do niej nieprzerwanie, choć z różnym czynnikiem znośności przez ostatnie trzy lata. Bez zastanowienia wynosił ją na piedestał, zdolny wychwalać dziewczęce zalety, ale czuł przez skórę, że tak otwarta manifestacja uwielbienia skutecznie zawstydziłaby pannę Annesley. Na razie. Jeszcze zdoła ją otworzyć, krok za krokiem pokazując, że okazywanie uczuć w towarzystwie innych ludzi wcale nie było złe i nikt od tego nie umrze – nie rozumiał czemu Claire rumieniła się, kiedy próbował wziąć ją na korytarzu za rękę, czy skraść całusa. Nie rozumiał, bo sam nie miał z tym najmniejszego problemu, chętny do afiszowania się ze swoim szczęściem, ale starał się to uszanować, póki Puchonka nie oswoi się nieco z nową sytuacją. Bo chyba tu był pies pogrzebany?
Na szczęście w odosobnieniu, z dala od natarczywych spojrzeń dziewczyna nie spinała się tak bardzo na każdy pokaz uczuć, pozwalając Benowi po prostu się trzymać – a to było bardzo, bardzo miłe i sprawiało, że ciepło rozkwitało w klatce piersiowej chłopaka jak otwierający się w słońcu pąk.
Ruch ciała, które objął, a które chętnie przyjęło bliskość, gdy minął pierwszy szok, uderzał mu do głowy, sukcesywnie przeganiając zdrowy rozsądek za drzwi i pozostawiając tylko te jego partie będące absolutnie niezbędne do funkcjonowania. Tylko z nimi za sterami, Krukon zmieniał się w wielkiego stwora żądnego czułości oraz zainteresowania.
- Mmm – mruknął miękko po szybkim pocałunku, już żałując, że się skończył, póki zasnuwający się mięciutką chmurką umysł nie podsunął, że za niczym nie musi tęsknić, bo może to zaraz znów mieć. - Często tu czytam – przyznał spokojnie, opierając policzek o bok głowy dziewczyny, czując jak jej długie włosy lekko łaskoczą go w podbródek. Może dlatego właśnie pochylił się nieco, przyciskając usta do skroni Annesleyówny. - I usłyszałem twój głos, jak ćwiczysz. Świetnie ci idzie – jedna z dłoni spoczywających gdzieś w okolicy talii Puchonki powędrowała powoli w górę, jakby chciała zbadać krzywizny jej ciała. Wargi chłopaka zsunęły się na policzek Claire, zbadały zagłębienie pod szczęką, by wreszcie znaleźć się na szyi. Nawet nie wiedział, kiedy przymknął oczy.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:28

To wszystko było dla niej nowe, obce, wymagające poznania i oswojenia. Sytuacja, w której nagle miała kogoś gotowego na każdym kroku podkreślać swe prawa do jej serca rozlewała się w jej ciele przyjemnym ciepłem, jednocześnie jednak wywołując na rumieńce zawstydzenia i... wyrzuty sumienia. Bo może, gdy Ben tak bezceremonialnie przygarnie ją do siebie, wyrywając ze strumienia przemieszczających się po korytarzu uczniów - może wtedy komuś zrobi się wtedy. Bo może w chwili, w której Watts bezceremonialnie skradnie jej całus albo dwa, odrobinę czułości, która będzie musiała wystarczyć na całą resztę spędzanego oddzielnie dnia - może wtedy kogoś zaboli coś głęboko skrywanego, drążącego jego serce niczym długa, nieustępliwa szpila. Claire nie potrafiła tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Jeśli nawet machnąć ręką na zawstydzenie związane z byciem w centrum zainteresowania, jeśli uwzględnić wszystkie jej tęsknoty i pragnienia, które przy Benie zaczęła stopniowo odkrywać - argument pod tytułem ktoś inny wciąż był dla niej chorobliwie wręcz ważny. Potrzeba było czasu by oduczyć ją tak skrajnej troski o innych, takiego przedkładania ich ponad siebie. Bo czy naprawdę zamierzała rezygnować z własnej przyjemności - a wszystkie te terytorialne gesty Szkota przecież cudownie uderzały jej do głowy i oszałamiały - tylko po to, by ktoś inny, obcy, czuł się lepiej?
W tym momencie nie musiała się jednak nad tym zastanawiać. W zaciszu starej biblioteki mogła nieśmiało przyjmować wszystko, co Ben chciał jej dać, jednocześnie uzmysławiając sobie, ilu rzeczy jeszcze o nim nie wie. Wszystkie elementy warunkujące to, jakim był partnerem, były dla niej obce, aż dotąd nieprawdopodobnie wręcz odległe. Do chwili pozbycia się niedomówień i wątpliwości miała go blisko, ale jako przyjaciela, który jednak w podobnej roli występować mógł także u innych. Ale teraz - teraz to wyglądało inaczej. Teraz był jej, tylko jej i właśnie dlatego znów w pewien sposób wymagał poznania.
A Claire chciała poznawać. Przy całej jej niewinności pragnęła go przecież - nie tylko jako swojej ostoi, gwarantującej stabilność, ale po prostu jako mężczyzny. Chciała poznać jego dotyk, którego dotąd nie mógł jej dać i tę bliskość, której przedsmak dane jej było poczuć jeszcze w święta, w Rudej Annie i potem, w Kąciku Czytelnika. Chciała zobaczyć, jak przyjemne są te wszystkie rytuały tworzące otoczkę związku i spajające go, sprawiające, że drugi człowiek w pewnym momencie jest już nie tylko niezbędny do życia, ale po prostu stanowi jego nienaruszalny element. Annesley chciała to wszystko - i to wszystko chciała też dać, przynajmniej w ten sposób wyrażając choćby ułamek tego, co tak naprawdę czuła.
- Podglądałeś mnie. - Delikatne pieszczoty Szkota oszałamiały ją i pozbawiały tchu silniej niż myślała, że może być to możliwe. Wędrówka jego dłoni czy warg dostarczała jej całej gamy uczuć, o które nigdy dotąd by się nie podejrzewała, sprawiając, że zachowanie trzeźwości umysłu wcale nie było proste. A przecież to tylko proste gesty. Tylko namiastka czułości, którą mogą obdarowywać się przez... Przez całe życie?
Obracając się w pewnej chwili w objęciach Szkota oparła mu dłonie na barkach i uśmiechnęła się leciutko.
- Tak się nie robi, Ben - dokończyła poprzednią myśl  jednocześnie gładząc bez pośpiechu ramiona chłopaka, by ostatecznie objąć go za szyję i musnąć pazurkami jego kark. - Nie powinieneś się czaić, mogłeś powiedzieć, że jesteś. - I choć przez jej słowa mogły przebijać się okruchy irytacji, to żaden z nich nie był skierowany przeciw Benowi, wszystkie zaś kolejno rozpływały się wiedząc, że w tej chwili nie ma tu już dla nich miejsca. Bo przecież Szkot ją pochwalił - nie skomentowała tego, ale delikatny błysk w tęczówkach był aż nadto wyraźnym odbiciem satysfakcji. Bo przecież... Po prostu był, tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Jak miałaby się teraz złościć?
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:28

Dotąd nigdy nie rozumiał, o czym mówiły te wszystkie szczęśliwie zakochane osoby – że jak to tak, co mogło być dobrego w uzależnianiu dobrego samopoczucia od relacji z kimś, od jego dotyku, słów oraz szeroko pojętego zainteresowania? Ben zawsze twierdził, że to głupota, skrajny idiotyzm i samodzielne zapinanie sobie na nodze obręczy z więzienną kulą, która prędzej czy później musiała pociągnąć cię na dno, bo ludzie byli zbyt nieprzewidywalnymi i egoistycznymi stworzeniami. Bo jeśli pokażesz komuś, gdzie bije twoje serce, może je zranić, okaleczyć do tego stopnia, że pokryte bliznami nie będzie już choć w części funkcjonować tak jak kiedyś. Serce Wattsa zostało już sponiewierane przez kilka osób – niektóre kochał, innym chciał zaufać, niestety spotkając się z odmową – ale wciąż było zdolne do wzruszeń i odczuwania w ten najgłębszy, najbardziej intymny ze sposobów, wciąż zwariowało dla kogoś, mimo logicznych argumentów rozumu. Chyba do tego się to właśnie sprowadzało, ta swego rodzaju lekcja – umysł był wobec uczuć zwyczajnie bezradny. Z każdym kolejnym dniem odmowy Szkot w jakiś sposób gorzkniał, tracąc ochotę na próbę zrozumienia szczęścia w byciu z kimś, ale gdy nagle zostało mu to dane, dziwił się, że potrafił tak długo wytrzymać nie okazując nikomu tego specyficznego rodzaju czułości. Że nie pękł od nadmiaru miłości, która się gromadziła, nie znajdując ujścia i dopiero teraz widział, jak bardzo był nieszczęśliwy, w ten cichy sposób, do jakiego nikt się nie przyznaje, przeżywając utratę czegoś, czego się nigdy nie miało głęboko w sobie, by nie dojrzano bólu, jaki czujesz.
Jakkolwiek patetycznie i śmiesznie by to nie brzmiało, Claire była dla Bena światełkiem, okruchem słońca, które grzało w ten najprzyjemniejszy ze sposobów, uświadamiając, ile masz w sobie radości życia. Bo Watts powoli się zmieniał, uśmiechając się szerzej, łatwiej, stępiając część tych ostrych brzegów, zwykle odpychających od niego ludzi. Jeszcze nie dopuszczał do siebie myśli, że za całe szczęście trzeba będzie kiedyś zapłacić, bo natura zawsze dążyła do równowagi – choć kto wie, czy nie odbierał teraz nagród za wcześniejszy ból, strach i rany? Miał pannę Annesley, odzyskał matkę... Nie potrafił wyobrazić sobie, w jaki sposób jego życie mogłoby się jeszcze poprawić. Nie chciał nic więcej, chciał tylko zatrzymać to, co posiadał teraz.
Klatka piersiowa Krukona i jego ramiona zadrżały w bezgłośnym śmiechu na zarzut o podglądactwo, które z pewnością jeszcze chwilę temu bezczelnie uprawiał, specjalnie nie zdradzając się ze swoją obecnością, póki nie objął Claire. Czując, jak usta wyginały mu się w uśmiechu, Ben tylko odrobinę poluzował uścisk, by dziewczyna mogła się w nim obrócić twarzą do niego – czy tak nie było lepiej?
- Nie? – spytał zaczepnie, z nutą wyraźnie udawanej skruchy, mrużąc oczy jak zadowolony kociak, gdy Irlandka lekko przesunęła paznokciami po jego karku. Jeśli chciało się Wattsa ugłaskać i urobić do swojej woli, najlepiej było właśnie zacząć z pieszczotami skierowanymi ku potylicy i właśnie karkowi – miękł po tym jak plastelina w ciepłej dłoni. - Ale Claire, co to za frajda się zdradzać. Chciałem cię zaskoczyć – wytłumaczył, czując drobne dreszcze sunące w dół kręgosłupa. - Taka niespodzianka, dopóki nie mam lepszych – dodał, przyglądając się twarzy Puchonki i znów, zupełnie odruchowo naparł dłońmi na jej biodra, by zlikwidować jakikolwiek dystans powstały między ich ciałami. Najwyraźniej kiedy miał taką możliwość, nie potrafił zgodzić się na najmniejszy przejaw separacji, lgnąc do dziewczyny z całą ufnością i ciepłem. Pochylił nieco głowę, opierając czoło o te panny Annesley i mruknął - Tęskniłem – zanim najpierw musnął ustami koniuszek jej nosa i dopiero potem pocałował ją jak powinien, mocniej zaciskając palce na biodrach Irlandki. To, że jego dłonie odnalazły brzeg swetra, było przypadkiem – natomiast fakt, iż bez pytania wsunęły się pod niego, pieszcząc odnalezioną skórę... To już stanowiło podszept instynktu dominatora, jego potrzebę oznaczenia każdego skrawka jako własnego, sprawdzenie, jak bardzo Klara naprawdę go chciała. Ben odruchowo, jakby robił to wiele razy, postąpił dwa kroki w przód, zmuszając Puchonkę do cofnięcia się razem z nim, a potem nagle podniósł ją pewnie i bez najmniejszego problemu, sadzając na brzegu jednego z pulpitów. Część wcześniejszej miękkości oraz rozczulenia zmieniały się w potrzebę dużo prostszą, fizyczną, której chęć zaspokojenia stawała się powoli nie tyle pożądana, co niezbędna. Uznając, że pocałunki stosownie odwrócą uwagę Claire, dłonie Szkota wróciły pod sweter, poczynając sobie coraz śmielej.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:29

Wyobrażenie idealnego życia w przypadku Claire zawsze obejmowało kogoś u jej boku, kto będzie wywoływał jej uśmiech i czyj uśmiech będzie wywoływała ona. Myśl, że mogłaby iść przez kolejne lata sama w ogóle nie była przez nią brana pod uwagę, a dotychczasowy stan rzeczy - cała ta samotność i szarpanie się z uczuciami, których do końca nie rozumiała - traktowała jako tymczasowy, który prędzej czy później musiał się zmienić, dostosować do pragnień i planów panny Annesley. I choć nigdy dotąd wyobraźnia nie podsuwała jej żadnej konkretnej sylwetki, w którą ubrane miały być wszystkie jej tęsknoty, tak teraz, mając u boku Bena, wiedziała, że tak właśnie odnalazł się brakujący element układanki. Duszony dotąd w zarodku romantyzm panny Claire - traktowany jako coś, co przynosi tylko kolejne fale niepotrzebnego bólu - teraz omywał ją ze wszystkich stron, wybudzając wszystkie te uśpione dotąd pokłady czułości, które zarezerwowane były dla jednego, jedynego oraz przypominając o tej sferze życia, której Annesley dotąd nie poznała. Drobne gesty, mniej lub bardziej subtelne oznaczanie swych praw własności, bliskość mierzona nie w nielicznych, ale wciąż dzielących ich centymetrach, a właśnie w ich braku - to wciąż na Irlandkę czekało, nawołując i wabiąc słodkimi słówkami.
Ani te wszystkie marzenia, urzeczywistniające się w dość jednoznacznym odbiciu w lustrze Ain Eingarp, ani też ta chęć poznania tego, co dotąd ją omijało, nie mogły pozbawić jej wstydu. Co więcej, nie mogły go nawet zatrzeć, zmniejszyć choć odrobinę. To, że Szkot był teraz jej w żaden sposób nie niwelowało eklerkowych obaw przed tym wszystkim, co wykraczało poza trzymanie się za rękę czy mniej lub bardziej pospieszne pocałunki. Typowy lęk przed nieznanym w połączeniu z całym worem kompleksów i potężnym znakiem zapytania widniejącym w serduszku Klary nad pojęciem jej własnej atrakcyjności - wszystko to sprawiało, że intymność dziewczynki była niezwykle delikatna i drżąca, kuląca się pod najlżejszym dotykiem.
Nie znaczyło to jednak, że do Claire w ogóle zbliżyć się nie dało. Dając już spokój tej bezproduktywnej w zasadzie rozmowie, na którą - szczerze mówiąc - i tak nie miała ochoty nie potwierdziła już słowem, że tak, również tęskniła, zamiast tego przekazując to w kolejnych pocałunkach, przylgnięciu do Krukona, objęciu go tak jak wtedy, na chodniku w Hogsmeade. Bo choć pierwszy pocałunek i zestaw początkowych, najbardziej podobno wymownych czułości mieli już za sobą, to zachowanie Claire wciąż pełne było świeżości typowej dla tej, która nigdy niczego podobnego nie posmakowała, której obca była nie tylko ta prawdziwa, ludzka bliskość, ale w ogóle sam fakt bycia przez kogoś pożądaną, pilnowaną, posiadaną. Znów więc na moment pojawiła się słodka nieśmiałość, przez pierwsze gesty Puchonki znów prześlizgnęła się odrobina niepewności, która dopiero po dwóch, może trzech chwilach ustąpiła miejsca faktycznemu oddaniu, wychylającemu ostrożnie z ciemnej nory, w której dotąd się wylegiwało.
Irlandka nie uciekła też - nie potrafiłaby - przed nieco bardziej śmiałym dotykiem Bena. Choć w pierwszym odruchu rzeczywiście spięła się odrobinę, to mięśnie rozluźniały się stopniowo wszędzie tam, gdzie musnęły je dłonie Szkota. Ścieżki gorąca znaczyły kolejne fragmenty bezczelnie rozpieszczanej skóry, stopniowo zlewając się w jeden wielki ocean ognia trawiącego Klarę od wewnątrz i nacierającego gwałtownymi falami na jej bijące teraz szybko serduszko.
Lampka alarmowa zapaliła się Irlandce dopiero wtedy, gdy raptownie, zupełnie bez uprzedzenia straciła kontakt ze stabilnym gruntem. Odruchowo cofając się przed naporem Krukona, sapnęła cicho zaskoczona, gdy solidną podłogę biblioteki wymienił jej na zakurzony, pamiętający lepsze czasy pulpit. 
- Ben? - szepnęła cicho, niepewnie, zamierając na moment w wyraźnym wahaniu, gdy jednak wargi Szkota ponownie odnalazły jej własne i gdy dłonie Wattsa na powrót zaczęły kreślić symbole posiadania na jej ciele  - nie potrafiła się temu oprzeć. Ostrzegawczy głosik szeptał jej już do ucha, zbyt cicho jednak, by mogła go w tej chwili usłyszeć.
Bo przecież... Przecież teraz nic nie robili, nic, co zagrażałoby jej osobistemu poczuciu komfortu. Te pocałunki, każda pieszczota, to wszystko było w porządku - wszystko to mieściło się przecież w ramach pierwszego nasycenia się sobą, na które przedtem im nie pozwolono. Najpierw Hogsmeade i małoletnia widownia, potem napięty grafik szkolnych obowiązków, których ani ona, ani Watts nie zamierzali ignorować - i jedno, i drugie skutecznie uniemożliwiało im znalezienie wystarczająco dużej ilości czasu, by mogli po prostu ze sobą pobyć, posmakować, nakreślić pierwsze kontury na sobie nawzajem. A teraz? Teraz mogli i na ten moment Klara korzystała z tego jeszcze całą sobą. W każdym pocałunku oddając część swojej tęsknoty w którejś chwili zsunęła też ostrożnie dłonie z ramion Krukona, zaczynając tym samym pierwszą wędrówkę w dół szerokich pleców, poznając ich nierówności i zarysy skrytych pod materiałem koszuli i ciepłą skórą mięśni.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:30

Jakkolwiek nie byłoby to płaskie i typowo samcze, w towarzystwie dziewczyny, która go chciała i której w żaden sposób się nie narzucał ze swoją obecnością, grzeczne potrzeby Bena szybko ewoluowały w coś nieco bardziej wymagającego. Coś typowo fizycznego, co z drobnej iskierki rozdmuchiwało w nim płomień, wzburzało ocean przelewający się w sercu Krukona, wywołując szum w uszach, słodkie kołysanie w głowie i gorąco. Gorąco, które rozprzestrzeniało się, zalewając kolejne członki jak ukrop, popychając je do brania, brania, brania i dawania w zamian dokładnie tyle samo, jeśli nie więcej. Bo czy obdarowywanie innych, oddawanie im wszystkiego co mógł, jeśli jemu nie było to niezbędne, nie leżało w naturze Wattsa? Czy nie wpasowywało się w kompleks bohatera, któremu zaprzeczyłby w jego przypadku tylko ślepiec?
Choć Ben lubił rozmawiać z Claire, w tym momencie cieszył się, że nie mówiła nic więcej, wybierając ten sposób wyrażania swoich myśli, który szedł w parze z jego aktualnymi potrzebami – co tu dużo mówić, Szkot najchętniej zdarłby z Puchonki ubrania i dogłębnie uświadomił jej, jaki ma na niego wpływ. Był ciekaw, jak wyglądałaby dysząca, miękka i zdana całkowicie na jego łaskę, jak mocno drżałaby i co mówiła, kiedy dotykałby jej tam, gdzie by tego najbardziej potrzebowała. Chciał się dowiedzieć wszystkiego, być jedynym, który kiedykolwiek pozna Annesleyównę w ten sposób i jedynym, którego będzie pragnęła.
To właśnie instynkt, ten zwierzęcy terytorialny podszept samca nakazał posadzić dziewczynę na pulpit i stanąć między jej nogami – raz, że zdecydowanie ułatwiało to sięganie do miękkich, puchnących od pocałunków ust, a dwa... No cóż. Kłamałby, gdyby twierdził, że nie chciałby się znaleźć w tym miejscu w konfiguracji zakładającej w równaniu mniejszą ilość ubrań. Najlepiej jak najszybciej.
Niepewny, drżący nieco głos Irlandki posłał w dół kręgosłupa chłopaka lawinę przyjemnych dreszczy, które pieszcząc nerwy, zaczęły zbierać się w podbrzuszu, sprawiając, że poruszył nieco biodrami, bezwiednie szukając kontaktu. Wszystkie te sytuacje, gdy odmawiano im okazji pozostania choć na chwilę sam na sam, zawsze pod obstrzałem cudzych spojrzeń, zbierały teraz żniwo, wyciągając na powierzchnię całą potrzebę i zniecierpliwienie Wattsa, całą jego ulgę, że nie musiał się już kryć i miał przyzwolenie na dotyk. Pocałunki z kimkolwiek nigdy nie smakowały tak dobrze, a prowadzenie i pokazywanie Claire jak to robić, nie było ani odrobinę uciążliwe – Ben był nawet nieco rozczulony jej pierwszą próbą rozchylenia ust. Każdy urwany oddech stanowił pożądaną nowość, każde naparcie półkul biustu na klatkę piersiową odpalało fajerwerki w głowie Krukona. Czując dłonie Irlandki wędrujące powoli w dół jego pleców, westchnął cicho tuż przy jej wargach, na moment przerywając własne eksploracje – ale tylko na moment, bo zaraz znów wrócił do przerwanych pocałunków, składając je z nieco większym rozmysłem wzdłuż dziewczęcej szyi, zaczepnie przygryzając skórę. Chciał, żeby było po niej widać, że do kogoś należy, dlatego tuż obok zagłębienia przy obojczyku zatrzymał się na dłużej, poświęcając temu miejscu więcej uwagi i troski. Dokładnie tyle, by w kilka chwil później pojawiło się w nim wyraźne, zaczerwienione znamię. Dopiero gdy z wyraźnym zadowoleniem błyszczącym w niebieskich oczach podniósł głowę, muskając usta Claire własnymi, zsunął jedną dłoń wzdłuż słodkiego zagłębienia jej kręgosłupa, samymi opuszkami palców sunąc po boku i napinającym się odruchowo brzuchu. W górę, powoli pieszcząc skórę, by dobrze go zapamiętała, aż nie natknął się na barierę bielizny. Barierę, która w gruncie rzeczy była bardzo umowna – dłoń Wattsa zatrzymała się tylko na moment, pewnie obejmując i ściskając pierś ukrytą pod gładkim materiałem.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:30

Nie potrzebowała do szczęścia już niczego więcej. Przez ostatnie kilka dni świadomość, że czegoś jej brakuje wcale nie szła w parze z wiedzą, co dokładnie jest tym zagubionym elementem - od przełomu w Hogsmeade miała przecież Bena niemal tuż obok siebie, mogła z nim spędzać prawie każdą chwilę swego czasu, czego jeszcze miała więc potrzebować? Teraz, wtulając się w ciało Szkota, poddaąc jego pieszczotom i wcałowując w jego wargi wiedziała, że chodziło o te słowa. Prawie, niemal. To ich było za dużo. Niemal na wyciągnięcie ręki nie było wcale tym samym, co faktyczna bliskość, a prawie każda chwila to tak naprawdę ledwie kilka minut wyrwanych między kolejnymi zajęciami czy posiłkami. Annesley nie miała dotąd porównania, nie wiedziała, jak mogłoby to wyglądać inaczej i jak wolałaby, żeby wyglądało i właśnie dlatego świadomość przyszła dopiero teraz, gdy Watts dość sugestywnie pokazywał jej, na co w ciągu ostatnich dni im nie pozwalano, angażując w kolejne zobowiązania czy spotkania w większym, nie gwarantującym żadnej prywatności gronie znajomych. Uzmysławiając to sobie, Klara była gotowa dosłownie się rozpłynąć, zmiękczyć pod dotykiem Krukona i zapomnieć o wszystkim tym, co teoretycznie powinna dziś jeszcze zrobić, tylko...
Tylko właśnie wtedy zamiary Bena stały się aż nadto zrozumiałe, a cała burza puchońskich emocji i pragnień w jednej chwili schowała się za fasadą własnych obaw i niepewności. Spódniczka mundurku stała się nagle zdecydowanie za krótka, a prosty, pozbawiony ozdobników sweter jak gdyby stracił barwy, stając się zupełnie transparentnym.
- Ben, p-poczekaj, ja n-nie... - W odpowiedzi na śmiałe poczynania mogła tylko zalać się rumieńcem i zupełnie stracić panowanie nad słowami, które cisnęły jej się teraz na język. Choć nie odsunęła się, w żaden sposób nie zmusiła też chłopaka do zabrania rąk z jej ciała, to ostatnia, nieoczekiwana pieszczota wyraźnie wytrąciła ją z równowagi.
Umykając spojrzeniem oparła się czołem o ramię Krukona, za wszelką cenę starając się uniknąć konieczności spoglądania mu teraz w oczy. Wstydziła się swego nagłego wycofania, oporu, blokady, która w tej chwili niemal całkowicie ją sparaliżowała. Bo to było... To było przecież żałosne. Ufała przecież Benowi i chciała, naprawdę chciała z nim być w każdym tego słowa znaczeniu. Wiedziała, że w ramionach Szkota znaleźć może dokładnie to szczęście, którego nie znajdzie nigdzie indziej. To dlatego nie protestowała, gdy naznaczył jej skórę przy obojczyku - czerwonawe znamię zawstydzało ją, ale jednocześnie było niczym trofeum, dumny komunikat patrzcie, ktoś mnie kocha - dlatego lgnęła do niego, spragniona czułości i... No właśnie, zupełnie nie dlatego teraz się wycofała.
Panna Annesley była po prostu bystra i nie dała się omamić wszystkim tym książkowym stwierdzeniom, jak to cudownie jest po raz pierwszy pozwolić swemu wybrankowi na coś więcej. To znaczy, może i było miło - ba, na pewno było - ale magia pierwszego zbliżenia wcale nie leżała w czystej, nieskażonej bólem fizycznej przyjemności czy wolności, jaką można było czuć wreszcie ukazując się komuś takim, jakim zostało się stworzonym przez Matkę Naturę. Nie, tu w grę wchodziła raczej świadomość bycia posiadaną, najcenniejszą, bycie obiektem pragnień - to właśnie osładzało niezbyt spektakularne, pierwsze doświadczenia, sprawiając, że bujna, ludzka wyobraźnia szybko nadała im znacznie wyższą rangę niż być może powinna. Claire tego wszystkiego była świadoma i to właśnie sprawiło, że wciągnęła głęboko powietrze, wycofując się do bezpiecznego azylu. Po prostu się bała. Bała i wstydziła, nawet - a może szczególnie? - przed Benem.
- Ja p-po prostu... - wydukała w bark Krukona w kolejnej próbie wyjaśnienia swego zachowania, tego, że przecież wcale nie chodziło jej o odsunięcie chłopaka, o to, by przestał, odszedł, zostawił ją tutaj. Nie, chodziło przecież o coś zupełnie przeciwnego, o to, żeby właśnie był, dotykał ją, znaczył w każdy możliwy sposób. By wziął wszystko co chciał, wszystko, co mogła mu dać. Tylko... Były zasieki, które trzeba było odejść, barykady, które było trzeba stopniowo zdemontować. On... zrozumie, prawda?  Musiał zrozumieć, gdyby tego nie zrobił, gdyby - nie daj Merlinie! - wyśmiał ją teraz lub odsunął w jakikolwiek inny sposób, nie umiałaby sobie poradzić. Nie bądź głupia, zganiła się jednak w myślach. Bo jak mogła tak go oceniać? Ufała mu przecież. Ufała bardziej niż samej sobie i wiedziała, była święcie przekonana, że Szkot jej nie skrzywdzi.  
Ostatecznie odetchnęła cicho, z oporami unosząc głowę z krukońskiego ramienia. Oswajając się z kolejnymi falami zupełnie je dotąd nieznanej przyjemności, jaką wywoływał dotyk Bena, dotyk, od którego nie zamierzała uciekać, zdecydowała się wreszcie spojrzeć w oczy swego partnera i wyrzucić z siebie słowa jeszcze bardziej żałosne, ale za to tonące dosłownie w ufności, jaką Klara darzyła swego lubego.
- Bądź delikatny, dobrze? - szepnęła cichutko, drżącym, godnym politowania głosikiem i uśmiechnęła się blado, z wysiłkiem. Nie, zdecydowanie nie była kochanką mogącą konkurować z innymi. Prawda jest taka, że na tle doświadczeń Szkota wypadałaby naprawdę bardzo blado, gdyby chodziło tylko o seks. Bo w tej kwestii była ostatnią sierotką, delikatnym stworzonkiem kulącym się za każdym razem, gdy ktoś próbował pójść dalej, sięgnąć po więcej. Do znającej tajniki miłości femme fatale było jej bardzo, bardzo daleko i Watts musiał zdawać sobie z tego sprawę. Na Merlina, dlaczego więc w ogóle tracił na nią czas? Dlaczego ze wszystkich dziewcząt, które z pewnością chętnie wpadłyby w jego ramiona, wziął właśnie ją?
Nie odpowiadając na to pytanie, ale jednak odpowiedź znając, odruchowo wtuliła się na moment w Bena w krótkiej chwili zwykłego, prostego rozczulenia i zażenowania własną postawą.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:31

Tak było dobrze – naprawdę dobrze. W końcu który nastoletni chłopak oponowałby przez mile spędzanymi na osobności chwilami z dziewczyną pokazującą więcej niż dobitnie, że również cię chciała? Zapewne chłopak, który wolałby towarzystwo innego chłopca, ale nie w tym leżało clue. Tymi pierwszymi chwilami, gdy mógł i nie musiał zagryzać zębów, maskując to kwaśnymi uśmiechami, Ben odbijał sobie wcześniejsze zakazy, tłumaczenia, że nie godziło się jak jaskiniowiec porywać wybranki serca. Bo była jeszcze ta druga kwestia, to uwielbienie dla duszy przyćmiewające potrzeby fizyczne, kiedy dotyk nie wchodził w grę, kiedy mógł tylko patrzeć i dzielić się z Claire słowami – lata temu, poznając ją, najpierw zauważył w niej dobroć, którą wtedy uznał za naiwność. To bystry, jasny umysł Puchonki mogący sprawić, że pomyliłoby się jej przynależność domową, był tym, co w pierwszym rzędzie tak zafascynowało Wattsa, nadając innym cechom charakteru Annesleyówny intrygującego blasku, ściągając wzrok ku przeobrażającej się przez kolejne lata fizyczności. Może Irlandka nie posiadała cech, które na pierwszy rzut oka wyróżniałyby ją z tłumu, nie farbowała włosów na różowo, ani nie malowała się jak jedno z mugolskich wyobrażeń wampira, ale w swojej normalności zawsze przyciągała spojrzenie Krukona. Spojrzenie, które wraz z rozwijającymi się w sercu uczuciami, zaczęło coraz bardziej doceniać zgrabne nogi, wcięcie w talii, nie za duże i nie zbyt małe wypukłości pod koszulą, twarz o ładnych, łagodnych rysach i uśmiech sięgający jasnych oczu. Nic więc dziwnego, że tyle czasu obcując tylko z umysłem dziewczyny, zapominał się, dostając możliwość poznania jej fizyczności. Stąd te wszystkie coraz żarliwsze pocałunki, znaczenie terytorium, czy dotyk, który jemu nie wydawał się znowu tak śmiały, ale Klarą wstrząsnął jak smagnięcie prądem.
Pierwszy protest zaskoczył Szkota, na chwilę pozbawiając go pewności i smagając strachem, że to teraz, ten moment gdy dostanie kopa za drzwi z przykazaniem, by więcej się nie pojawiać. Zastygł, oczekując jakiejś dalszej reakcji i słów, nie wykonując najmniejszego ruchu. Odetchnął dopiero, gdy dziewczyna oparła czoło o jego ramię, nie każąc mu zabierać rąk – mimo wszystkich swoich pragnień, przywrócony nieco do rzeczywistości zimną szpilą strachu, zsunął dłonie z powrotem na biodra Puchonki, czując, że przesadził. A nie chciał przesadzać, nie chciał zepsuć niczego, co ledwie zaczynało się między nimi tworzyć. Sposób, w jaki Claire spojrzała na niego, unosząc wreszcie głowę zalana rumieńcem, utwierdził Wattsa w przekonaniu, że jeśli kiedykolwiek ją zawiedzie, chyba pęknie mu serce. Wyraz niebieskich oczu chłopaka wyraźnie złagodniał, choć wciąż kryła się w nim pewność, siła i pożądanie, gdy bezwiednie głaskał kciukami skórę, której sięgały. Przechylił nieco głowę, tuląc policzek do płomiennych włosów, kiedy Annesleyówna znów do niego przylgnęła.
- Nie zrobię ci krzywdy – powiedział powoli, chcąc upewnić się, że na pewno dobrze go usłyszała. - Ale chcę cię, tak bardzo, że mogę mieć problem z zauważaniem, kiedy powinienem przestać. Mów mi o tym, bo nie znam twoich granic.
W tym, co mówił, nie było nawet cienia zażenowania, jedynie spokojne, choć może nieco rozczarowane zrozumienie, które musiało się przecież pojawić – jakby na to nie spojrzeć, Krukon cofał przecież rączki od nęcącego deseru.
- Co jest w porządku? – spytał po chwili ciszy, zachęcając, by teraz to Claire mówiła i być może zaczęła oswajać się z konceptem jaki tworzyło bycie z kimś w sposób inny niż przyjaźń czy koleżeństwo.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:31

Wtulając twarz w koszulę Bena i wdychając jego odurzający zapach Claire układała sobie powoli wszystko to, co dotąd kotłowało się w jednej wielkiej plątaninie. Nitka po niteczce, odszukiwała kolejne emocje, nazywała je, nadawała im znaczenie i dokładała do tworzonej powoli, przejrzystej układanki mającej stać się źródłem nie tyle odwagi, co po prostu pewności wystarczającej, by zwalczyć swoje obawy. Na nowo interpretowała więc szaleńcze, umykające jakiejkolwiek kontroli bicie serca. Ponownie skupiła się na szybszym oddechu, rumieńcach, na panicznej niemal niechęci, by odsunąć się, pozwolić Szkotowi gdziekolwiek teraz odejść. Kawałek po kawałku odkrywała samą siebie po to, by w pełni pojąć znaczenie, jakie miał Ben. Mężczyzna jej życia. Jedyny, któremu chciała dać wszystko, absolutnie wszystko, każdy skrawek siebie, każdą radość i każdą słabość. I... Chyba zawsze tak było, prawda? Już tego dnia, gdy zagadała do niego po raz pierwszy i wtedy, gdy spędzili letnie popołudnie na molo, wysychając po bezczelnej kąpieli w jeziorze. Wtedy, gdy Watts był jeszcze butnym, aroganckim, omijanym szerokim łukiem chłopcem i wtedy był odtrącany albo sam odtrącał kolejne kandydatki do jego serca. Uczucia potrzebowały czasu, by dojrzeć, nabrać mocy i w efekcie ukazać się w pełnej krasie, ale były. Musiały być. Nie pokocha się przecież nikogo z dnia na dzień. Można się zauroczyć, zafascynować, ale nie kochać. A ona przecież kochała, kochała jak szalona. Nie wiedziała, od kiedy. Nie wiedziała, kiedy dokładnie zwykła sympatia wyewoluowała w zazdrość, pragnienie bliskości i gotowość podążenia za Krukonem gdziekolwiek ten by ją poprowadził. Nie miała pojęcia, kiedy pstryczek w jej sercu przeskoczył z jednej pozycji na drugą, przyznając Szkotowi miano tego, z którym nikt, absolutnie nikt nie mógł konkurować. To było... To musiało być dawno. Jeszcze wtedy, gdy było dobrze, gdy miała Gallagherów. Wtedy po prostu tego nie wiedziała. Wtedy zwyczajnie się nie zastanawiała, zaślepiona znacznie bardziej intensywnym - przynajmniej ówcześnie - ale jednak płytkim uczuciem do Tony’ego.
Teraz jednak nie miała wątpliwości, że jedyny, który mógł zapewnić jej wszystko to, czego oczekuje się od partnera i jedyny, któremu ona gotowa była to wszystko dać, stał teraz tuż obok, cofając ręce spłoszony jej cichym protestem. Odetchnęła cicho, powoli unosząc głowę. Chcę cię. Dwa proste słowa, które nigdy nie brzmiały w ten sposób, które... Przecież Claire w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że one mogą tak brzmieć, że mogą trafiać w najczulsze punkty, zalewając je słodkim ciepłem. I że to jest normalne, naturalne, jak najbardziej w porządku. 
- Wszystko - odpowiedziała cicho, najprościej jak mogła. - Wszystko, Ben, ja tylko... - Przygryzła wargę lekko. Nie, to nie wystarczy. Ani Wattsowi, by ten zyskał pewność, że nie robi nic wbrew jej woli, ani też samej Claire, która była aż nadto świadoma, że pomimo słów w którymś momencie zablokowałaby się znowu, w reakcji tak prostej, fizjologicznej, zupełnie niezależnej od jej woli. Nie, to trzeba było... Inaczej.
- Daj ręce - szepnęła i choć wcale nie chciała przerwać tych na powrót niewinnych czułości, to zdawała sobie sprawę, że tak trzeba. Na chwilę, na jedną krótką chwilę, by mogła... Poczuć. I pokazać. Co jest w porządku?
Gdy Ben spełnił jej prośbę, ujęła jego dłonie w swoje i odetchnęła cicho. Wahała się tylko przez chwilę, muskając opuszkami palców wnętrza nadgarstków chłopaka, już w kolejnej odpowiadając na jego pytanie najlepiej jak umiała.
- To jest w porządku. - Układając jedną z dłoni chłopaka na swej talii przesunęła ją powoli wzdłuż boku, sięgając biodra i skrytego za materiałem pośladka. Choć rumieńce przybrały w tym momencie na sile, delikatny uśmiech, jaki zagościł na twarzy Klary, łagodził przekaz tej niefortunnej czerwieni. Nie mogła przestać się rumienić, ale mogła pokazać, że to nic. Bo przecież... Chciała go. Naprawdę. Nie mniej, niż on chciał ją.
- I to - kontynuowała więc, zaczynając wędrówkę także drugą z dłoni chłopaka. Palcami Krukona musnęła zarys żuchwy, obwiodła wargi, spełzła na szyję i w dół, aż do obojczyka. Z rozmysłem, powoli, poprowadziła ją też dalej, pokonując własne krągłości, napinający się brzuch, podbrzusze i udo. I choć wszystko to siłą rzeczy odbywało się przez warstwę materiału - chcąc robić za przewodnika nie miała innego wyjścia, a decyzja o rozebraniu się mimo wszystko była trudna, jeszcze trudniejsza niż to, co robiła aktualnie. Jakkolwiek niefortunnie brzmiało to porównanie, to było trochę jak z robieniem sobie zastrzyku - to było wykonalne, ale za pierwszym razem potrzebna była pomoc, bodziec, delikatne popchnięcie trzymającej igłę dłoni, by przełamać cały opór.
Tak czy inaczej, po pokonaniu całej długości skrywanego przez  grafitowy materiał uda, ześlizgnięciu się na nagie kolano i ku granicy szarej podkolanówki Claire zatrzymała dłoń Krukona i, nieco mocniej przygryzając wargę, ostatecznie wsunęła ją pod krótką spódnicę.
- I to też, Ben - szepnęła cicho, tym samym kończąc swe przewodnictwo. Puszczając rękę Szkota sama ponownie go objęła, tym razem nie powstrzymując się przed uniesieniem lekko brzegu jego koszuli i muśnięciu opuszkami palców nagiej, gorącej skóry pleców. - To też jest w porządku.
Wychylając się nieco do przodu ponownie nakryła wargi Szkota swoimi, zamykając je w niespiesznym, słodkim pocałunku. Rumieńce nie miały znaczenia, wstyd... W porządku, on jeszcze je miał, ale nie miał być przeszkodą, nie taką, której nie można by pokonać. Była przecież z Benem. Ze swoim Benem.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:31

Od momentu, gdy Claire pocałowała go w Hogsmeade na oczach bandy dzieciaków, Ben wiedział, że jest szczęściarzem. Jak wielkim, przekonywał się podczas każdej spędzanej z nią chwili. Zaskakiwała przenikliwością i zrozumieniem, zdawałoby się, że zupełnie nietypowym dla dziewczyny w tym wieku i chociaż Watts znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, jak bardzo różniła się od stereotypu, to jednak wciąż podświadomie spodziewał się konkretnych zestawów reakcji i odpowiedzi. Był przygotowany na przeprawę, na tłumaczenie dużo obszerniejsze niż to, które dotąd zaoferował, na przekonywanie, powolne i mozolne pokazywanie, że nie, nie chodziło mu tylko i wyłącznie o jej ciało. Ale Annesley zrozumiała to w lot, bez żadnego problemu, ufając Szkotowi tak bardzo, że aż poczuł z tego powodu dziwny rodzaj wstydu – bo mimo wszystko źle ją ocenił. A przecież powinien znać ją wystarczająco dobrze, by nie dać się nabrać. Najwyraźniej ona była w ich duecie tą przenikliwszą, a przynajmniej bardziej ufną, jeśli sposób, w jaki się do niego przytulała i rumieniła, mogły być dowodem czegokolwiek. Była... No cóż, była po prostu idealna z braku bardziej adekwatnego określenia – zupełnie inna niż Porunn, Aristos czy Hristina, które swego czasu zyskały sobie fascynację chłopaka, choć dzieliła z każdą z nich pewne cechy. Stojąc w tym miejscu, nie zamieniłby jej na żadną z wymienionych dziewcząt, ani nawet na wszystkie trzy naraz.
Krukon oczekiwał odpowiedzi na swoje pytanie, nawet takiej, która nie wyjaśniałaby niczego, bo choćby język Irlandki miał się potykać na słowach, to już byłby jakiś start. Zaskoczony odpowiedzią zmarszczył lekko brwi, bez protestu i ociągania podnosząc dłonie zgodnie z prośbą Claire. Wyglądały nieco dziwnie, kiedy objęła je swoimi – jakby były zbyt duże, by pasować do jej, zbyt niezgrabne, choć w rzeczywistości nie było z nimi nic nie w porządku. Kąt ust Bena uniósł się nieco, gdy szczupłe palce musnęły wnętrza jego nadgarstków w pieszczocie bliskiej łaskotaniu, zanim Annesley pokierowała nimi jak kuglarz prowadzący swoją marionetkę. Skupiony na tym pokazie, na niezaprzeczalnej erotyce tego, jak dziewczyna pieściła się jego dłońmi, pokazując, że nie musiał się bać sięgania po żadną jej część, poczuł wyraźny dreszcz i odpływający w niepamięć strach. Jak długo jeszcze będzie się borykał z tą częścią siebie przerażoną wizją osamotnienia? Na szczęście dla nich obojga, tego specyficznego kompleksu nie dało się wyczytać z twarzy – musiałby zostać opowiedziany, wyjaśniony, rozrysowany w sposób, który wcale nie napawał Szkota chęcią, by dzielić się tym z kimkolwiek. W tej chwili wraz z kolejnymi ruchami Claire, z jej przyspieszonym oddechem chciał być tylko tutaj, nie tłumaczyć nic, za to pozwalając komuś innemu prowadzić i nadawać tempo - było to dla niego raczej nietypowe, ale chwilowa zamiana ról, jak właśnie się uczył, też potrafiła dać przyjemność.
Odetchnął z czymś na kształt ulgi, gdy Puchonka pozwoliła mu dotknąć gładkiej skóry ukrytej pod materiałem spódniczki, nawet nie próbując powstrzymywać zdradzieckiej, samczej wyobraźni, która już podsuwała, co znajdowało się nieco dalej, a czego mógłby sięgnąć, by rozpalić dziewczynę. Niestety (lub stety) zdrowy rozsądek przebudzony wcześniejszym strachem postawił weto, zabraniając na razie posuwać się dalej – spokojnie, mamy mnóstwo czasu, ciesz się tym, co ci dała – nawet jeśli instynkt szalał z niezrozumienia. No bo jak to tak, przecież wszystko, co mogliby zrobić na tym zakurzonym, starym pulpicie lub jednej z sofek, było tak bardzo przyjemne, podstawowe i ludzkie! Gdzieś w trakcie tej walki ze sobą, między gwałtownym wciągnięciem powietrza, gdy Claire wreszcie wsunęła dłoń pod jego koszulę, a pewniejszym zaciśnięciem palców na jej udzie, Ben pojął jedną, bardzo prostą rzecz. Nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy (a pewnie właśnie tak było), Annesley go uwodziła, tutaj, w tej starej, zakurzonej bibliotece, a on musiał się przed tym bronić, by znów nie popełnić gafy. Nie świecił w tej kwestii przykładem, bo gdy wolny, słodki pocałunek, którym obdarowała go Irlandka, skończył się, patrząc jej w oczy, Watts wymamrotał gardłowo – Więcej – po czym chwycił lekko nadgarstek jednej z drobnych dłoni. W lustrzanym odbiciu tego, co jeszcze niedawno robiła sama Klara, wolno przesunął jej rękę z pleców na brzuch, gdzie odruchowo zaczęły się spinać mięśnie. Najchętniej rozpiąłby tę wredną, ograniczającą ruchy koszulę, ale jakaś część rozsądku podpowiadała, że to też jest za szybko, stary, weźże się opanuj i daj dziewczynie przywyknąć!
Nieco rozdrażniony sam na siebie, dłoń którą wciąż trzymał na udzie rudej, zsunął w dół, pod jej kolano, kierując zgrabną nogę, by objęła jego biodro.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:32

Uwodzenie. Claire rzeczywiście nie zdawała sobie sprawy, że tak to może wyglądać - czy wręcz, że rzeczywiście tym jest. Choć niewątpliwie była dość bystra, by rozumieć pewne, nawet nieoczywiste rzeczy, w tym momencie przez myśl jej nie przeszło, że jej zachowanie może mieć jakąś oddzielną, sugestywną nazwę. Przecież chciała tylko odpowiedzieć na pytanie, pokazać, utwierdzić i Bena, i przede wszystkim samą siebie w przekonaniu, że wszystko idzie w dobrym kierunku i nie ma powodu się wycofywać. Ostrożnie przejmując inicjatywę, sama nakreśliła dłońmi Szkota ścieżki na swym ciele po to, by uzmysłowić sobie tylko, że lęk wcale nie jest tak gigantyczny, jak początkowo się wydawało. Że może w zasadzie wcale nie jest lękiem, ale zwyczajną nieśmiałością, delikatnymi obawami przed oceną, a więc czymś zupełnie naturalnym, przez co każdy prędzej czy później przechodzi. I choć przy wszystkich tych wędrówkach wciąż jeszcze dzieliła ich bariera ubrań, to sam przekaz był zrozumiały - Klara oddawała mu się, oddawała mu się cała, od czubka głowy po palce u stóp. Nie prezentowała tego może w sposób tak bezpośredni jak Watts - szczerze mówiąc, wstydziła się chyba trochę tego, jak bardzo ta pierwotna tęsknota uderza jej do głowy, choć przecież nie był to powód do wstydu - to pragnęła go naprawdę mocno. Każdy milimetr skóry krzyczał, by Szkot o nim nie zapominał, by musnął go choćby przelotnie, także i tam doprowadzając pojedyncze, zapowiadające kolejne fale ognia iskry.
Gardłowy pomruk chłopaka dodatkowo tylko przyciągał ją ku niemu. Spoglądając, jak ujmuje jej dłoń w idealnym odbiciu jej własnych poczynań sprzed chwili, westchnęła cicho, przez warstwę cienkiego materiału wyczuwając grę mięśni Krukona. Mięśni, które w jednej chwili zapragnęła mocno, naprawdę mocno poczuć na swojej własnej skórze, bez pośrednictwa wszystkich tych tekstyliów i guzików.
Zgodnie ze wskazówkami chłopaka objęła jego biodra nogami, wcześniej pozbywając się prostych lakierków, które z cichym stukiem spadły na surową, zakurzoną podłogę. Ocierając się podbrzuszem o podbrzusze Bena westchnęła cicho, nie próbując nawet ukryć, jak bardzo to na nią działa, jak bardzo Szkot na nią działa. Delikatnie uwalniając rękę z dłoni Krukona uśmiechnęła się lekko i powoli, z namysłem sięgnęła ku pierwszemu guzikowi chłopięcej koszuli, wyłuskując go z utrzymującego go w zapięciu oczka. Każdy gest był ostrożny, w jakiś sposób przemyślany, każdy też prowadził do jednego, jasno określonego w tej chwili celu - warstwa materiału kryjąca tors jej partnera nie była już nikomu potrzebna. Choć więc zajęło jej to chwilę, wydłużaną przez nieszczęsne wahanie i lekkie drżenie dłoni - spowodowane tyleż samo pożądaniem, co nieśmiałością - uporała się wreszcie z rzędem guzików, na koniec wsuwając dłonie pod poły koszuli i delikatnie zsuwając ją z ramion Bena. Dając sobie chwilę na ocenienie własnego działa - błysk w spojrzeniu prześlizgującym się po ciele chłopaka zdradzał cały głód, jaki tak naprawdę w Puchonce siedział - po chwili namysłu pochyliła się lekko, składając na szyi chłopaka pierwszy ostrożny pocałunek. Kolejna pieszczota sięgnęła krukońskiego obojczyka, a jeszcze następna niewielkiego fragmentu jego klatki piersiowej. 
Opierając dłonie na nagim teraz brzuchu Szkota Annesley stawiała kolejne nieśmiałe kroczki ku poznaniu arsenału czułości, jakimi mogli się obdarowywać i skali przyjemności, jaką to wszystko mogło dostarczać. Potrzebowała na to czasu, nieco większej liczby chwil niż niektóre - wiele? - z jej rówieśnic, tym niemniej za każde oczekiwanie płaciła własną pasją, coraz łatwiej wyczuwalną w każdym kolejnym pocałunku czy drgnieniu jej drobnych mięśni. Bo nawet, gdyby chciała walczyć ze swymi uczuciami - ale nie chciała, to dość oczywiste - pewnych rzeczy po prostu nie byłaby w stanie ukryć. Te najsilniejsze, najbardziej sugestywne uczucia same odnajdywały sobie drogę na zewnątrz, znajdując odbicie nie tylko w zamglonym delikatnie spojrzeniu, ale w każdym niemal geście, jaki mogłaby teraz wykonać.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:32

Choć śmielszy w pokazywaniu zainteresowania, pozornie nie mający w sobie w tej kwestii ani grama wstydu, Ben podskórnie denerwował się tą sytuacji tak samo jak Claire, oswajając jednak coś zupełnie innego niż ona. Jeśli Puchonka walczyła z własną nieśmiałością i niesłusznym brakiem poczucia atrakcyjności, Watts borykał się najpierw ze zwierzęcym instynktem samca, a potem z rozsądkiem, usiłując znaleźć złoty środek, by nie zrobić czegoś, co utworzyłoby między nimi trudną do zasypania wyrwę. Tylko jak u licha dojść do tego, co byłoby najlepsze, kiedy Klara tak słodko go rozpraszała? Chciał być dla niej dokładnie taki, jak tego potrzebowała, nawet jeśli miałoby się to odbyć kosztem jego własnego komfortu, część potrzeb spychając na dalszy plan. Przecież, w momencie w którym będzie mógł ją zachować, zniesie każdą mniejszą lub większą niedogodność, adaptując się do nich tak samo jak zawsze – potrafił to, przyjmował za jedną z nieodzownych części życia.
Choć w drobnych ruchach ciała, czy spojrzeniu można by dojrzeć przebłyski rozdrażnienia wywołanego niemożnością odnalezienia odpowiedniego sposobu zachowania, Ben wciąż reagował na każdy dotyk czy inną pieszczotę, doceniając je tak samo silnie jak wcześniej. Objęcie bioder przez szczupłe nogi i silniejsze przysunięcie się ciała Irlandki wyrwały z gardła Krukona cichy, wibrujący pomruk, nagle zwracając jego uwagę na fakt, że odczuwał w spodniach nasilający się dyskomfort – będąc tak blisko, Claire prawdopodobnie też mogła wyczuć, jaki dokładnie miała wpływ na partnera. Jej szybszy, cięższy oddech brzmiał jak najsłodsza muzyka, której brakowało jednak pewnych elementów, by stać się symfonią.
Ze źrenicami wyraźnie rozdmuchanymi na tle czystego błękitu, Watts wsunął dłonie pod szkolną spódniczkę Puchonki, gładząc uda i sięgając pośladków, na których tylko mocniej zacisnął palce. Przekrzywił lekko głowę, by przyglądać się, jak guzik po guziku dziewczyna drżącymi lekko rękoma rozpinała jego koszulę, wreszcie zsuwając materiał z ramion – koszula zatrzymała się w okolicy łokci, wisząc nieco smętnie, a rozsupłany wcześniej krawat z cichym sykiem upadł na podłogę obok butów Klary. Serce waliło Szkotowi jak młotem, klatka piersiowa unosiła się w wyraźnym, cięższym oddechu, a wraz z pierwszą pieszczotą na szyi, w jego ramiona wkradło się lekkie drżenie – tylko on wiedział, jak bardzo w tej chwili walczył ze sobą, by nie popchnąć dziewczyny na blat i dosłownie nie zedrzeć z niej ubrań. Jeszcze nie teraz, jeszcze... Ale kiedyś. Kiedy już przełamią bariery, które winny być przełamane, kiedy Claire pozbędzie się niepotrzebnego wstydu, dopiero wtedy pozwoli zwierzęciu unieść łeb i odsłonić kły z gardłowym dźwiękiem wymagającym całkowitego poddaństwa, bo ono nie ustąpi, póki nie dostanie wszystkiego.
Z przyjemnością mrużąc oczy, Ben poruszył dłońmi ukrytymi pod puchońską spódniczką, powoli wodząc palcami wzdłuż linii bielizny, nauczony już, że nie mógł się spieszyć tak bardzo, jak mógłby sobie tego życzyć. Annesley wyraźnie dała mu do zrozumienia, że musiał stopniowo ją oswajać, łagodnie wyciągać ręce, pokazując, że nie ma złych zamiarów, zamiast wpadać z hukiem i grabić wszystko w zasięgu wzroku. Było to w pewien sposób rozczulające, a w jeszcze inny po prostu podniecające – bo to przecież on pierwszy został dopuszczony pod te zasieki, pierwszy miał okazję je mijać, zgłębiając nowe, nieznane dotąd nikomu terytorium. I choć istniało ryzyko, że zawiedzie, że zada krzywdę nieostrożnym krokiem, nie chciał o tym myśleć, koncentrując się, by nie popełnić żadnego karygodnego błędu. Nadszarpnięte zaufanie ciężko jest odbudowywać i nigdy nie będzie miało takiego samego kształtu jak wcześniej.
Dłonie Krukona powoli wyrysowywały na skórze przypadkowe wzory, pieszcząc i zupełnie przypadkiem lekko łaskocząc, gdy zsuwały się na wewnętrzną stronę ud, z każdym kolejnym, nowym centymetrem dając Claire chwilę, by przywykła, oswoiła się z dotykiem. Sięgając wreszcie miejsca, w którym kumulowały się wszystkie potrzeby, ostrożnie musnął ją przez materiał, zaraz delikatnie, ale pewnie obejmując dłonią jej kobiecość.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:35

Irlandka była nieprawdopodobnie wręcz wrażliwa na dotyk, co skutkowało zarówno wyrywającymi się spod kontroli łaskotkami, jak też aktualnymi reakcjami. Stopniowo odchodząc od upartego trzymania się granicy przyzwoitości, otwierała się na wszystkie docierające do niej bodźce i - cóż, to było widać. Ciche, ledwie słyszalne westchnienia, oddech szybszy, niż być może powinien być na tym etapie, ogień szalejący w spojrzeniu i wreszcie, w którejś chwili, także rosnące zniecierpliwienie skutecznie odpędzające nieśmiałość. Im bliżej Bena była, tym trudniej było jej tak po prostu stopniowo odkrywać kolejne sekrety i cierpliwie uczyć się sylwetki Wattsa. Pieszczoty delikatnej skóry ud też zresztą w tym nie pomagały - wędrówka dłoni Szkota, wyraźnie wolniejsza niż Krukon by sobie pewnie życzył, dekoncentrowała ją i zapierała jej dech, nie pozwalając zająć się niczym innym. Niczym poza tym, że Ben na nią czekał, że cała ta zwłoka, te podchody... Nie robił tego dla siebie. Robił to dla niej.
Gdy gotowość Szkota stała się aż nadto dobrze wyczuwalna, Claire odetchnęła cicho i zsunęła dłonie z męskiego brzucha ku paskowi spodni. To nie tak, że cały wstyd wyparował, że z dotychczasowych obaw mogła się już śmiać i że wszystko się zmieniło. Gdzieś w głębi serca wciąż drżała przed tymi nowymi doświadczeniami, przed tym, jak je odbierze i czy przypadkiem nie wystawi się na jakieś pośmiewisko (tak, podobnie głupiutkie myśli wciąż miały swój mały kącik w główce Puchonki). Znała Bena, nie zastanawiała się więc nad tym, czy przypadkiem jej potem nie odrzuci - nie zrobi tego, to jedna z niewielu rzeczy, których była absolutnie pewna - bała się jednak zobaczyć na jego twarzy, w jego spojrzeniu, w kącikach warg wyraz jakiegokolwiek rozczarowania. Bo bardzo, ale to bardzo nie chciała go w żaden sposób rozczarować. Kochała go. Chciała, żeby było mu dobrze, żeby było mu dobrze z nią. To siłą rzeczy narzucało dodatkową tremę.
Pragnęła go jednak i to nie powinno pozostawiać żadnych wątpliwości. Wciągając gwałtowniej powietrze, gdy Szkot dotarł do źródła całego zalewającego ją w tym momencie ognia, zdecydowała się wreszcie szarpnąć lekko pasek spodni chłopaka i rozluźnić go.
- Pokaż mi, Ben - szepnęła cicho wprost do ucha Krukona, owiewając jego szyję ciepłym oddechem. Odnajdując suwak rozporka, rozsunęła go po chwili wahania, jednocześnie przywierając wargami do szyi Szkota. Oddawała inicjatywę, bo dalej... Dalej choćby chciała, nie umiałaby poprowadzić. To terytorium było jej zupełnie obce, dzikie, nie umiała się jeszcze po nim poruszać. Ale nauczy się, prawda? Ben ją nauczy i zrobi to lepiej, niż ktokolwiek mógłby. Przecież już teraz całą wrażliwość Klary wykorzystywał tak, że dziewczyna nie wyobrażała sobie, że można by było zrobić to lepiej. Oczywiście, nie miała porównania, ale podświadomie była przekonana, że nigdzie indziej nie znalazłaby takiego, pełnowymiarowego szczęścia.
Opuszkami palców musnęła wypukłość spodni chłopaka, po raz pierwszy sięgając po gest przesycony świadomym erotyzmem. Nie odważyła się wprawdzie na nic więcej, zataczając okrąg na udzie chłopaka i wracając pod materiał koszuli wciąż kryjący plecy Szkota, nie od razu jednak Rzym zbudowano, prawda? Annesley potrzebowała czasu by wyzbyć się zahamowań, które w tym momencie miały się całkiem dobrze i jedyne, na co pozwalały, to oddanie się Benowi w najbardziej niewinny  sposób, jaki można było sobie wyobrazić. Prosty przekaz wyzierający z zamglonych źrenic Irlandki - weź mnie, Ben, chcę tego, chcę być z tobą - tonął nie w bezczelności, nie w seksualnym wyzwoleniu, a w najgłębszej z możliwych ufności. Pozwalała mu na to. Otwierała się przed nim i tylko przed nim, gotowa dać mu wszystko, czego mógłby chcieć. Swe ciało, ale też, w szerszym postrzeganiu, swe słabości i niedoskonałości. Chciała włożyć mu w ręce to wszystko, co na co dzień ukrywała przed całym światem, także tym jej najbliższym.
Zobacz profil autora
Ben Watts
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:36

Claire uczyła się szybko – szybciej nawet niż na początku mógł zakładać Watts, spodziewając się raczej jeszcze kilku niewinnych muśnięć dłoni, spłoszonych spojrzeń i słodkich, długich pocałunków połączonych z przytulaniem. Tym, czego nie przewidział, były opadające szybko mury, jeśli tylko był odpowiednio cierpliwy przy poruszaniu się względem kolejnych granic. Annesley zdawała się na pierwszy rzut oka tak bardzo niewinna, że nawet Krukona, który wiedział, że potrafiła zachowywać się zadziornie, zaskakiwała inicjatywa – w ten przyjemny sposób oczywiście. Nie zamierzał przecież dopytywać się, czy na pewno chciała tego wszystkiego, bo czyny świadczyły dużo więcej niż słowa – posługując się ludzką mową, można było skłamać, przekoloryzować, nadać wypowiedzi zupełnie inne znaczenie, niż miała je, nim opuściła barierę ust. Ciało natomiast... Ciało nie kłamało, nie było w stanie tego zrobić, popychane do kolejnych reakcji poprzez instynkt oraz czyste, niefiltrowane emocje – szczególnie, jeśli miało się do czynienia z sytuacją taką jak ta, gdy dwie osoby stały tuż obok siebie, coraz silniej odczuwając gorączkę wynikającą z bliskości drugiego, próbując opanować uderzające szybko serca i cięższe oddechy. Ben uwielbiał doświadczać bliskości w ten sposób, właśnie dlatego kiedyś nie zrezygnował z okazjonalnych zbliżeń z dziewczętami, które nic dla niego nie znaczyły, choć zdawał sobie sprawę ze swoich uczuć do Claire. Nie mógłby obyć się bez tych dreszczy, bez gorąca kłębiącego się pod skórą, bez sztormu przelewającego się z hukiem w sercu, gdy kogoś dotykał i brał w posiadanie w najbardziej intymny ze sposobów. Łaknął miłości, do tej pory zadowalając się jej namiastkami, kiedy jednak nagle zdał sobie sprawę, że spełnienie tego marzenia ma tuż na wyciągnięcie ręki, decyzja którą powinien podjąć pojawiła się przed nim tak jasna i zrozumiała, że nie mógł postąpić inaczej. Choć wyraźnie tego chciała, nie powinien brać Puchonki na tym zakurzonym pulpicie w starej bibliotece – zasługiwała na lepsze wspomnienie pierwszego razu, na komfort i przygotowanie, które w tych warunkach byłoby po prostu nieistniejące. Kim by był, gdyby przedłożył własne żądze ponad nią samą? Czekał tak długo, poczeka jeszcze trochę, przeżyje, a Annesley nie miała żadnego doświadczenia, by wiedzieć, że to powinno wyglądać zupełnie inaczej. To nic, zajmie się nią. Nauczy wszystkiego w swoim czasie, a na razie da tylko to co słodkie i proste.
Jak ta pieszczota, która sprawiła, że poczuł gorąco na dłoni, nawet mimo bariery materiału – uśmiechając się samym kątem ust, poruszył z rozmysłem palcami, zatoczył nimi dwa leniwe okręgi, po czym cofnął rękę z powrotem na udo Irlandki. Szczuł ją, zdawał sobie z tego sprawę. Tak samo jak ona szczuła jego, sięgając do paska spodni, szepcząc wprost przy uchu i rozpinając rozporek. Ben mógł tylko wziąć kilka głębszych oddechów, gdy usta dziewczyny przylgnęły do jego szyi. Chciała, żeby jej pokazał?
Wycofał ręce spod spódniczki mundurka, drapiąc lekko gładką skórę, po czym ujął jedną z dłoni Claire, palce drugiej wplatając w rude włosy tuż przy karku, przeczesując je delikatnie.
- Patrz – polecił krótko, prowadząc rękę Puchonki od obojczyków, przez całą długość torsu aż do podbrzusza, na którym wyraźnie miał łaskotki, jeśli sądzić ze sposobu, w jaki drgały na nim mięśnie. Głaszcząc kark i szyję Annesleyówny, zsunął jej dłoń niżej, by najpierw tylko musnęła wybrzuszenie, a potem przylgnęła do niego, wyczuwając kontury przez materiał. Musiał przygryźć wargę, gdy znów zalały go dreszcze, a oddech przyspieszył. Powoli przesunął rękę Claire dalej, dając poznać wszystko, co mogła w ten niekoniecznie idealny sposób.
Zobacz profil autora
Claire Annesley
avatar

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   Czw 05 Maj 2016, 20:36

Te kilka nieco śmielszych jak na Annesley gestów jak gdyby dziewczynę wyczerpało. Decydując się na ponowne oddanie inicjatywy Krukonowi z cichym westchnieniem uzmysłowiła sobie, że tego dnia nie będzie już w stanie odzyskać jej ponownie. Z drugiej strony, nie o to przecież chodziło, by licytować sie na pomysły i rywalizować o pierwszeństwo - Ben zapewne niczego takiego nie oczekiwał. Czy w ogóle spodziewał się czegoś więcej, czegoś ponad to, co i tak gotowa była mu dać?
W odpowiedzi na poczynania Szkota Puchonka mruknęła gardłowo w sposób, o który by się nie podejrzewała. Dotyk dłoni Wattsa chwilowo odpędzał fale ognia, tylko po to, by w następnej chwili przywabić je z powrotem, silne w dwójnasób. I jak wrażenie samo w sobie było przyjemne, tak w przypadku Claire należało mówić już o istnym szaleństwie. Przez krótką chwilę jakby tracąc kontakt z rzeczywistością, skoncentrowała się wyłącznie na dostarczanych jej bodźcach. Rozchylając lekko wargi łapała kolejne szybkie, płytkie oddechy, czując jak wzdłuż kręgosłupa przemykają jej kolejne fale dreszczy. Odruchowo zaczepiając palce o brzeg spodni Krukona - tak, jakby w ten sposób chciała zatrzymać Bena przy sobie, upewnić się, że chłopak nigdzie nie odejdzie - po raz kolejny oparła głowę na jego ramieniu i uniosła ją dopiero wtedy, gdy Szkot nieoczekiwanie cofnął ręce. Ale jak to, dlaczego? Nie zdziwiłaby się, gdyby takie pytanie rzeczywiście zagościło na moment w jej tęczówkach, nie niosąc ze sobą - przynajmniej na razie - żadnych większych podtekstów, a po prostu zdumienie i iskierkę niezadowolenia. Nie chciała przecież, żeby zabierał ręce. Nie chciała, żeby... Drażnił się. Po prostu się z nią drażnił. Uświadomiwszy to sobie fuknęła cicho, nie będąc w stanie powstrzymać tego wyrazu niezadowolenia.
Na razie jednak zdegustowanie łatwo było odpędzić. Choć plany Szkota obejmowały ostateczne wycofanie się spod spódniczki, Claire nie miała okazji poświęcać temu faktowi więcej uwagi. Z cichym, niemal kocim pomrukiem pochyliła lekko głowę, gdy Ben sięgnął ku jej karkowi, unosząc przymknięte powieki dopiero na krótkie, rzeczowe polecenie Krukona. Pozwalając mu prowadzić swoją dłoń, całą uwagę poświęcała pokonywanym kolejno fragmentom ciała chłopaka, nie tylko po raz kolejny chłonąć jego ciepło i krzywizny, ale też śledząc tę wędrówkę lekko komicznym, uważnym spojrzeniem. Drgnęła tylko raz, uzmysławiając sobie, w jakim kierunku Ben ją prowadzi - lekkie spięcie mięśni sugerowało, że przez moment rozważała wyrwanie ręki z dłoni Szkota i zwykłą ucieczkę okraszoną potopem karmazynu rozlewającym się na policzkach. Jeśli jednak rzeczywiście brała to pod uwagę, szybko zrezygnowała z podobnego pomysłu - ponownie rozluźniła się, pozwalając Wattsowi kontynuować wycieczkę aż do newralgicznego punktu.
Ustępując niemym sugestiom chłopaka, objęła wybrzuszenie dłonią najpierw oswajając się z nim, a potem - przyzwyczajając. Przyzwyczajając do tego, że może, że ma prawo, że w tej chwili przywilej ten został odebrany - tak przynajmniej podpowiadała Klarze jej ufność - wszystkim innym, które kiedyś miały prawo z niego korzystać. Przygryzając lekko wargę, prześledziła delikatnie kontury skrywane przez materiał spodni, dopiero po chwili unosząc wzrok na Bena. Żadne doświadczenie nie było konieczne do tego, by dostrzec walkę chłopaka, walkę z samym sobą. Nawet ktoś mniej bystry od panny Annesley zdałby sobie sprawę, że pragnienia Bena nie idą teraz w parze z jego poczynaniami, przynajmniej nie do końca. Uzmysłowiwszy to sobie, Irlandka zmarszczyła delikatnie brwi, zadając sobie zasadnicze pytanie - dlaczego właściwie? Dotąd wydawało jej się, że największą przeszkodą będzie jej własny wstyd, ten jednak teraz został przecież przesunięty w cień i nie był problemem, z którym nie mogliby sobie poradzić, którego nie mogliby po prostu rozmontować na części i przestać się nim przejmować. Mimo to  w Szkocie coś się delikatnie zmieniło i Klara nie była pewna, co.
Jeszcze przez chwilę pozostawiła dłoń na miejscu, muskając opuszkami palców zarysy wypukłości, ostatecznie przesuwając ją w górę, ponownie na podbrzusze chłopaka i w bok, ostatecznie obejmując Szkota w pasie już nie tylko nogami, ale także własnymi, wątłymi rękoma. Składając na wargach chłopaka krótki pocałunek - ta najprostsza pieszczota przynosiła jej nieproporcjonalnie dużo radości, sprawiając, że Klara nie mogła jej sobie odmówić - oparła czoło o czoło chłopaka i uśmiechnęła się lekko. I choć nic nie powiedziała, kradnąc tylko kolejne krótkie całusy, nieme pytanie widoczne w jej źrenicach za każdym razem, gdy się w nie spojrzało było aż nadto widoczne. Chcę tego, Ben. Ty mnie też, tak mówiłeś. Co więc się zmieniło?
Nie mogła prześwietlić myśli Szkota i dojrzeć tego, co nim kierowało. Nie mogła domyślić się, że chodzi o jej późniejsze wspomnienia, które miały być lepsze, intensywniejsze, zaplanowane, takie, by nie móc wysunąć przeciw nim żadnych zarzutów. Nie mogła, bo przecież... Przecież tak naprawdę nie wiedziała, że to może mieć jakieś znaczenie. Nie wiedziała. I przez tą nie wiedzę nie ubrała w słowa żadnej ze swych wątpliwości, ufnie sięgając po to, co mogła. Smakując i poznając tak, jak w tej chwili Ben jej pozwalał.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Stara Biblioteka   

 

Stara Biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

 Similar topics

-
» Kawiarnio-biblioteka "Bookszpan"
» Płacząca wierzba przy stawie
» Biblioteka
» Charlotte McWeaveer
» Biblioteka w zamku Bestii

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Hogwart
 :: Na drugim końcu korytarza, który już istnieje :: Wieże
-