IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Sklep odzieżowy Gladraga

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Sklep odzieżowy Gladraga   Wto 31 Mar 2015, 17:12



Sklep odzieżowy Gladraga


Sklep oferujący szeroki wybór szat dla czarodziejów, prowadzony od roku 1750 przez Grupę Gladrag. Ma swoje filie w Paryżu, Londynie oraz Hogsemade, a na całym świecie znany jest z ekstrawaganckich towarów - falbaniastych fraków, bufiastych staromodnych sukienek czy różnokolorowych cylindrów. Jednak przy odrobinie dobrej woli oraz samozaparcia, można znaleźć kreację idealną na elegancki bal.

Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Wto 31 Mar 2015, 18:17

Październikowa pogoda zniechęcała wielu śmiałków do długich spacerów. Lato - paskudne lato, pełne ciepła, parnego powietrza, nieustannie lejącego się z nieba żaru mijało bezpowrotnie, ustępując miejsca zimnej jesieni. Odżywczym deszczom, mroźnym porankom oraz mglistym nocom - gdy wszyscy ludzie zdawali się kulić w przytulnych domach, przy kominku i pod kocem, umilając  płynący leniwe czas dzbankiem aromatycznej herbaty z dodatkiem miodu, soku malinowego oraz świeżo wyciśniętej cytryny. Ukrywając delikatne twarzyczki przed wiatrem - porywistym, gwałtownym jesiennym wiatrem. Szargającym włosy, rumieniącym policzki, uderzającym świeżością. Dla Meredith - był najprzyjemniejszą rzeczą na świecie, dlatego szła powoli chociaż była umówiona. Jesień to dla niej zdecydowanie dobry czas.
Zamyślona, odgarnęła niesforne loki z twarzy. Wspominając z bladym uśmiechem fatalny początek wczorajszego dnia - poranną wspinaczkę na sam szczyt wieży, jej specyficzny zapach oraz gniewnie pohukiwanie sów. Uczucie ulgi, które nastąpiło zaraz po tym jak wysłała list do Rosalie oraz smutek, wkradający się do serca na widok odpowiedzi. Skoro przyjaciółka twierdziła, że nie powinna iść - to co ona w ogóle robiła? Dlaczego nie umknęła jakoś Jo, która tak radośnie zaproponowała jej wspólne zakupy? Bal już lada dzień, a Meredtih wciąż nie ma partnera, więc być może za radą Rose da sobie w ogóle spokój a jednak... wciąż liczyła na pewne zaproszenie. Dziewczyna gniewnie zmarszczyła czoło na samą myśl o swoich naiwnych marzeniach. By zaraz potem zauważyć z ulgą, że doszła już do miasteczka. Oraz do samego sklepu, który choć stał przy głównej ulicy, mieścił się niemalże na samym jej początku.
Gdy przestąpiła próg, uderzyła ją fala ciepła oraz specyficzny, lawendowy zapach. Wszędzie porozwieszane były wyjściowe szaty - fraki, suknie a nawet zauważyła niepopularny w czarodziejskim świecie - garnitur. Tylko że w przeciwieństwie do tych noszonych na co dzień przez mugolskich  urzędników, ten był w intensywnym odcieniu lila-róż idealnie współgrającym z przyjemnym zapachem. Sklepowe wieszaki przytłaczały małe pomieszczenie, a wrażenie to pogłębiały wiszące u góry cylindry oraz damskie kapelusze. Turkusowe, granatowe, pomarańczowe, ametystowe, szafirowe -  wysadzane diamentami, posypane brokatem, przyozdobione piórami oraz suszonymi kwiatami... Meredith przyglądała się uważnie pomieszczeniu, w którym była po raz pierwszy w życiu. Sklep, tak cudownie odmienny od tego prowadzonego przez Madame Malkin, oszałamiał ilością barw, fasonów, dziwacznych dodatków. Jolene dobrze wiedziała, gdzie można znaleźć sukienkę, nawet jeśli szuka się jej na ostatni dzwonek. Dziewczyna podeszła do najbliższego stoiska oznaczonego krzykliwym transparentem "Nowość!", prezentującego zaczarowane magicznie skarpetki. Zachichotała niewinne, biorąc jedną parę do ręki. Ciekawe, czy ktoś je w ogóle kupuje.
Odwróciła się na dźwięk dzwonka, oznajmiający zgromadzonym w sklepie, że ktoś wszedł do pomieszczenia. Piwne tęczówki natychmiast zarejestrowały postać Żolin, a Meredith uśmiechnęła się promiennie.
- Cześć! Co tak długo? - zagaiła przyjaźnie, po czym nie czekając na odpowiedź podała tamtej parę wzorzystych skarpetek, przyozdobionych kołnierzem - Zobacz jakie cudo!
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Wto 31 Mar 2015, 18:41

Dostała szlaban u profesora Miltona za nielegalne wyjście do Hogsmade w tygodniu, a mimo wszystko wymknęła się po raz drugi do wioski. Kierowana nagłą potrzebą zakupu kreacji na nadchodzący bal z okazji Nocy Duchów, nie zważała czy profesor Milton ją za to udusi czy powiesi sobie na drzwiach jako trofeum. Joe bała się tego nauczyciela, bo był... dziwny. Nie podobał się Puchonce, dlatego na wieść, że spędzi u niego szlaban (A Dwayne u Filcha), wolałaby chyba oddać się na pastwę woźnego. Profesor Milton prawdopodobnie celowo próbował zorganizować sytuacje, w których zostaje z nią sam na sam, aby móc ją dręczyć. Zupełnie, jakby nie miała wystarczająco dużo problemów na głowie.
Pragnęła wyglądać pięknie dla dwóch osób, do czego się nie przyznawała nawet sama przed sobą. Nie mogła się doczekać wyboru kreacji i zrobienia siebie na bóstwo. Obiecała Dwayne'owi, że nie będzie seksowną siostrą, jednak dzisiaj miała prawie siedemnaście lat, była już prawie młodą kobietą i pragnęła być ładna na oficjalnej uroczystości. Wybierze bardzo skromną sukienkę acz ładną.
Chmury burzowe wciąż barwiły jej niebo na ciemny kolor. Unosząc głowę, widziała prześwity słońca zapowiadające przeminięcie burzy i gradu. Pogoda się poprawi, już niebawem, a przynajmniej taką miała nadzieję.
Owinięta żółto-czarnym szalem i kapturem czarnego płaszcza sięgającego kolan, chowała głowę przed siąpiącym deszczem. Tęskniła za latem, za pięknymi letnimi sukienkami i ogrzewającym słońcem. Nadchodziła wielkimi krokami jesień, a Joe starała się widzieć ją w złotych, a nie brązowo-czarnych kolorach. Musiała wyjść ze szkoły. Potrzebowała wyjść do ludzi, na babskie zakupy, aby pozwolić sobie odpocząć. Drżała dzień w dzień o Dwayne'a, powstrzymywała się przed złapaniem go na lekcji i zapytaniem jak się czuje i co może zrobić, aby mu ulżyć. Z całych sił starała się nie podejść do Fhancisa i nie przywitać się z nim. Przyłapywała się na szukaniu pretekstów, aby móc z nim porozmawiać choćby o pogodzie. Nie mogła, zabraniała sobie. Joe zakryła się ciaśniej kurtką i przymknęła powieki. Nie powodziło się jej prywatnie, musiała się z tym w końcu pogodzić.
Dzwoneczek sklepu zasygnalizował pojawienie się Jolene. Z ulgą powitała ciepłe powietrze pomieszczenia; mogła odwinąć się z ciasno związanego szalika oraz odpiąć guziki płaszcza. Powitała ekspedientkę i posłała szeroki uśmiech Meredith.
-  Musiałam się schować przed psorem Miltonem, bo bardzo długo rozmawiał z obrazem na pierwszym piętrze. - usprawiedliwiła się, podchodząc do koleżanki i biorąc do ręki zaczarowane skarpetki. Roześmiała się do nich, bo były urocze i słodkie. Kupiłaby je dla Dwayne'a, gdyby ten tolerował noszenie czegokolwiek na stopach.
-  Są milutkie! - pogłaskała je z czułością, jednak kupować ich nie zamierzała. Miała ograniczony budżet, choć powiększony zasileniem finansowym rodziców ze względu na bal. Mama chciała zakupić córkom stroje w Cardiff z jakiegoś przybocznego sklepu, ale na szczęście Joe wzięła sprawy w swoje ręce. Potrzebowała osobiście znaleźć coś, co sprawi, że będzie ładna. Chciała być ładna.
- Chodźmy szukać sukienek, Mer. Potrzebuję też krawatu do niej,  to dam go dziś Ericowi. Był blady, gdy mu powiedziałam, że idę na zakupy. -  zachichotała i zanurkowała w stojakach z mieniącymi się sukniami. Muskała palcami miękki materiał, zanurzała w nie dłoń i wzdychała. Piękna rzecz, a cieszy.
-  Jakiego koloru szukasz? Ja chciałam złotą albo niebieską albo granatową albo jakiś zmieszana barwa. Założę się, że połowa Ślizgonek wybierze czarne sukienki. - powiedziała zza trzech wieszaków trzymanych właśnie przed oczami. Czekał je bardzo trudny wybór!
- Z kim idziesz? Mer, nic nie mówiłaś o balu, a przecież cała szkoła nim żyje. - przekrzywiła głowę i przyjrzała się bacznie Puchonce. Bal zdarza się raz do roku, jeśli nie dwa razy do roku! Pokłony dla psora Dropsa za wprowadzenie obowiązku garniturów i pięknych sukni zamiast tradycyjnych nudnych mundurków z tiarami. Dziewczęta mogą się wykazać swym gustem, zaś chłopcy oszołomić garniturami. Joe pragnęła poczuć się przez chwilę jak księżniczka. Zatańczyć na parkiecie, czuć się ładną i dać sobie odpocząć. Potrzebowała tego, aby odzyskać równowagę, bowiem jej myśli odbijały się jak piłeczka ping pongowa od Dwayne'a do Fhancisa.
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Wto 31 Mar 2015, 20:16

- Milton? - Meredith zmarszczyła leciutko czoło - Milton... to ten nowy nauczyciel ONMS? - spytała pochodząc do najbliższego z wieszaków. Owszem, słyszała o nim, chyba jak każdy w szkole, chociaż na szczęście nie spotkała go osobiście. Plotki, ploteczki plotunie - nieodłączne dla hogwarckiej społeczności uczniowskiej nie zawsze wyrażały się o nim pochlebnie. Co więcej - niektórzy się go bali, choć według panny Walker, całkiem niesłusznie. Wyglądał całkiem sympatycznie, może przez te piegi? - W każdym razie cieszę się, że dotarłaś - dodała po dłuższej chwili, przerywają niechętne oglądanie sukienek.
Widok roześmianej przyjaciółki działał na nią kojąco. Potrzebowała normalności, przyziemnych tematów, trywialnych problemów, obecności innych. Ostatnio zdawała się odcinać od ludzi zajęta nieustannie - a to wypracowaniem dla Rose a to przygotowywaniem tajemniczej mikstury (też dla Rose) albo zajęciem się stertą własnej nauki. Szczęśliwie dla niej, bo przynajmniej miała pretekst by unikać pogaduszek, towarzyskich spotkań oraz regularnego prowadzenia korespondencji z większością znajomych. Uciekała, co bardzo jej odpowiadało - to normalne, bo kto by chciał słuchać nieustających dyskusji na temat balu, który prawdopodobnie cię ominie? Konwersacje prowadzone w Wielkiej Sali, na korytarzach, w łazienkach, dormitoriach oraz czasami nawet - w szkolnym salach dotyczyły jednego. Wszyscy oszaleli - rozmawiali tylko i wyłącznie o tym co założą, jak się uczeszą, kto z kim pójdzie... ba! Niektórzy obstawiali to nawet w zakładach, paringując Lancastera z jej ukochaną Wandą, Amelię Bones z Aeronem Stewardem (czy oni się w ogóle lubią?) oraz S... Smoczycę z profesorem Astronomii. I chcąc nie chcąc uległa społecznym oczekiwaniom, presji bezmyślnego tłumu, bezlitosnym plotkom i jakoś tak... Meredith sama iść nie chciała, po prostu - hamował ją wstyd, hamowała ją nieśmiałość a kompletny brak wiary w to, że jest w tym w ogóle sens dosłownie paraliżował. Co jeśli pójdzie na bal i spędzi go kompletnie sama?
Zrezygnowana, wzięła do ręki kolejną parę. Czarną obszytą złotymi gwiazdkami. Bierze ją, a co - są ciepłe, puchoniaste, miłe w dotyku a do tego świetnie ogrzeją jej stópki, podczas gdy tamci będą się świetnie bawić. Uśmiechnęła się lekko, na słowa Jolene.
- Eric cię zaprosił? Ten wysoki Gryfon? - spytała się zaciekawiona nurkując w gęsto rozwieszonych ubraniach. Może i nie szukała niczego szczególnego, ale popatrzeć nie zaszkodzi. Tym bardziej, że musi pomóc przyjaciółce. Oczy jej zabłysły, gdy zauważyła piękną, sięgającą kostek białą, jedwabną suknię. Skrojoną na plecach, och. Speszona odłożyła pospiesznie wieszak wracając do rozmowy - Ja? Nie szukam niczego... konkretnego - westchnęła zauważywszy długie, smukłe czarne rękawiczki. Była się w stanie założyć, że pasowałby do sukienki, którą założy Rosalie. Ciekawe jak będzie wyglądać z Rifflesionem, podobno słał do niej sowę. Przegryzła niepewnie wargę. Chyba trzeba w końcu powiedzieć prawdę - Szczerze powiedziawszy, nie wiem czy w ogóle idę. Nie było o czym mówić, bo nikt mnie nie zaprosił.
Wzruszyła ramionami pokazując jak mało ją to obchodzi, co było rzecz jasna nieprawdą, po czym spojrzała raz jeszcze na Jolene trzymającą już trzy wieszaki z całkiem ładnymi sukniami. Odłożyła na półkę szafirowy pierścień, który bezwiednie oglądała i podeszła do dziewczyny. Uśmiechnęła się porozumiewawczo, oglądając kreacje. Wszystkie były śliczne.
- Czyli będzie niebieska albo granatowa... a krój? - spytała życzliwe, naiwne licząc na to, że Jo nie wróci do tematu jej skromnej osoby. Nie chciała i tak jej nic nie powie.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Wto 31 Mar 2015, 22:27

- Tak. Przeraża mnie i mu podpadłam. Na szczęście mu umknęłam. - jak kot. Nie wracała do jego tematu, bo go nie lubiła. Przestała porównywać go do czarnego charakteru z książki dla czarodziejskich dzieci, jednak strach przed nim pozostał. Joe nie potrafiła wyjaśnić dlaczego się go boi, aczkolwiek to było, tkwiło w niej i intuicyjnie słuchała strachu. Wybłaga u profesor Odinevy kogoś innego przeniesienie. Tymczasem i ona się cieszyła, że tutaj dotarła. Zakupy pomagają, odprężają i pozwalają spojrzeć na świat z babskiej, wesołej perspektywy. Co innego działa tak terapeutycznie na podwójnie złamane serce przez dwóch mężczyzn, którzy są/mogli by być dużą częścią jej świata?
Mer i Joe potrzebowały dokładnie tego samego. Spokoju, monotonii i chwili nudy, aby uporządkować swoje własne sprawy i wyciszyć się. Pozwolić sobie odpocząć od skrajnych emocji tak typowych dla okresu nastoletniego. Jolene była zmęczona; co chwila pojawiało się pragnienie przytulenia i ukochania świata, aby następnie pojawił się dławiący strach, niepewność i łzy. W jaki sposób człowiek ma funkcjonować odczuwając tyle rzeczy naraz?
Chętnie dołączała do plotek o balu, jeszcze chętniej opowiadała Ericowi jak będą się świetnie bawić. Obawiała się odrobinkę Murphy, jego przyjaciółki ale ufała, że przekona ją do siebie wyznawszy, że jej serce jest połamane na strzępki, zaś jej przyjaciel jest bezpieczny.
- Tak. Dołączył do drużyny quidditcha do rezerwy. Cieszę się, że mu się udało. - odpowiedziała przyjaźnie, szczerze i prosto z serca, nie kłamiąc i nie zatajając prawdy. Sprawił jej wielką radość zaproszeniem i zapragnęła mu się zrewanżować oraz zadbać o to, aby dobrze się bawił w jej towarzystwie. Przypilnuje również, aby nie musiał się wstydzić jej - ubierze się naprawdę ładnie. Nie wiedziała jeszcze w co, ale dotykając miękki materiał aksamitu czuła, że zaraz się dowie.
Odłożyła granatową suknię z odkrytymi plecami na wieszak. Przyłożyła do szyi drugą suknię, złotą, jednak falbanki były nie te, co trzeba. Na widok czerwonej sukni z dekoltem, Joe poczerwieniała i bardzo szybko umknęła do następnego stoiska. Z czerwonymi kreacjami wiązała bardzo nieprzyjemne wspomnienia.
- Najpierw Amelia, teraz ty. Błagam, przyjdźcie. Same zaproście chłopców. Jest przecież Arcio, Dwayne, Edgar, Sergie, Ben... tylu przystojniaków. Oni się wstydzą, ale bardzo chcę, żebyście przyszły. - spojrzała na przyjaciółkę znad ubrań ze smutkiem i autentyczną mocną prośbą. Gdyby Eric jej nie zaprosił, osobiście odnalazłaby jakiegoś partnera, uwiesiła się jego ramienia i wmówiła mu, że pragnie ją zaprosić. Joe nie brała pod uwagę, że inne dziewczęta nie zawsze posiadają tę odwagę, co ona ma oraz tę bezpośredniość, z którą się urodziła. Zależało jej na zabawie w przyjaznym gronie. Będzie potrzebowała obecności wielu dziewcząt, aby poradzić sobie podczas balu, gdzie w stu procentach spotka Fhancisa w garniturze. Nie może być wówczas sama, bo nikt jej nie zrozumie, a nie chciała psuć zabawy stażyście ani sobie. Czekał ją trudny test osobowości i utrzymania uczuć na wodzy.
Sięgnęła dwie kreacje i pokazała je Meredith.
- Chcę coś skromnego z zakrytymi plecami. Rozważałam tę bez ramiączek albo tę, tylko ten brokat mi trochę przeszkadza. - podała kolejno dwie aksamitne ładne sukienki, które odłożyła do przymierzenia. Gdyby była sobą z 1 września 1977 roku, nie założyłaby niczego skromnego, a ubrałaby się w coś oszałamiająco pięknego z odrobiną odwagi. Przez dwa miesiące jej życie uległo diametralnej zmianie. Dorosła, choć wbrew sobie i stała sie poważniejsza. Uśmiechnęła się nagle do siebie, przypominając sobie Bena. Zapewne, gdyby niechcący o niej pomyślał, zastanowiłby się czy założy czerwień. Był przy niej, gdy ją niszczyła i paliła, a więc nie. Musi być coś stonowanego i odpowiedniego, aby móc się spodobać i nie przyprawić Dwayne'a o jąkanie - wszak wtedy załamie się i straci wiarę we własne możliwości.
To było takie skomplikowane!
- Jeszcze nie wiem czy mam upiąć włosy. Jak myślisz, Mer? Trochę je podcięłam, a i nie chcę zdejmować pasemka, tylko nie wiem czy wtedy będzie pasować to do stroju. - szukała porady i jednocześnie odgarnęła z czoła czerwone przetransmutowane pióro od Dwayne'a. Nie zdejmie go już nigdy, przenigdy.
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Sro 01 Kwi 2015, 00:28

W odpowiedzi na uwagę dotyczącą profesora Miltona, Mer kiwnęła tylko głową. Postanowiła nie drożyć tematu - ona sama nie znała dobrze nauczyciela, a skoro Jo nie żywiła do niego sympatii bądź nawet się go bała - najwyraźniej miała swoje słuszne powody. W końcu pierwsze wrażenie może być mylne, prawda? Nawet piegi, intuicja oraz uśmiechnięta twarz mogą być całkiem zdradzieckie. Dziewczyna odnotowała w pamięci, aby przypadkiem nie podpadać niczym w towarzystwie nauczyciela prowadzącego zajęcia ONMS. Jak dobrze, że jako jedna z nielicznych na takowe nie uczęszczała.
Usłyszawszy tak beztrosko rzucone słowa, Meredith spojrzała czujnie na przyjaciółkę. Doskonale ją znała i doskonale wiedziała, że Jo od ładnych paru lat próbuje dostać się w szeregi drużyny Puszków, od lat bezskutecznie. I choć z jednej strony jej szczerze kibicowała, to musiała przyznać szczerze nieco bała się o zdrowie oraz życie, jej oraz innych potencjalnych graczy. Jednak mimo to - wiwat Żolin, w końcu przyjacielem jest się na dobre i na złe, trzeba sobie ufać prawda? W razie czego wyląduje w Skrzydle Szpitalnym, może wtedy jej zapał trochę ostygnie.
- Eric w drużynie Czerwonych? Cenna informacja - zażartowała śmiało. Chociaż w gruncie rzeczy pan Henley jej nie interesował, to kto wie? Wydawał się miły, sympatyczny, lojalny a poza tym - lubił się z Wandą oraz Jo. A wszystkie informacje, które posiadała na jego temat przemawiały tylko i wyłącznie na jego korzyść. Chociaż jego koleżanka podobno nie lubi się z Rosie, no ale cóż...  Ślizgonka chyba by jej to jakoś wybaczyła, nawet jeśli Walkerówna chciała by coś zrobić. A nie chciała, szczerze powiedziawszy. Jak zwykle - W takim razie, musisz zrobić się na bóstwo. W końcu będziesz z gwiazdą sportuu - przeciągnęła melodyjnie ostatnią sylabę. Każdy zaczynał na ławce rezerwowych, ale nie każdy zaczynał u Jamesa Pottera. Najambitniejszego kapitana w szkolnych rozgrywkach quidditcha w historii całego świata, choć dziewczyna nie była do końca pewna czy to komplement. Zrywać o świcie z łóżka sześcioro niewinnych ludzi? Toż to bestialstwo, biedni Gryfoni.
Dziewczyna wzniosła oczęta do góry, wołając dobrego Merlinę o pomoc. Nie, nie o pomstę do nieba. Pomstować będzie nad sobą. Tym bardziej nad swoją żałosną reakcją na sam wydźwięk imienia Sergie. Mimowolnie, zamarła. A nie powinna, nie mogła, to było takie żałosne. Nawet do niej nie napisał, a skoro tego nie zrobił, pewnie nic nie czuł. W sumie nie zdziwiłaby się, gdyby jej w ogóle nie zapamiętał - w końcu spotkali się tylko jeden jedyny raz. Na dłużej. I to chyba o jeden raz za dużo, niestety. Dziewczyna przegryzła wewnętrzną stronę policzka, zastanawiając się nerwowo nad odpowiedzią. By zgodnie z prawdą westchnąć.
- Nie mogę, nie chcę wstydzę się. Już wolę iść sama. Przyjdę choćby w połowie balu, ale nie zmuszaj mnie do - dziewczyna zamarła, chcąc znaleźć jak najlepsze słowa - do czegoś na siłę.
Swój wzrok, błądzący wymijająco wśród pstrokato kolorowych sukienek zwróciła w stronę Jo. Nadal dosyć niechętnie, nadal z rezerwą oraz rosnącą na serduszku żałością do siebie po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że ktoś może tam na nią czeka. Być może, nawet jeśli miałaby być to tylko i wyłącznie Jolene.. poszłaby, ewentualnie. Czego się nie robi dla przyjaciół. Być może Meredith jest w stanie porzuć tego wieczora cichy szloch w poduchę, niezmącony żadnym szmerem w pustym dormitorium dla tych trzydziestu minut pokazania się na balu. Prawdopodobnie, choć to wszystko zależy teraz od przyjaciółki, zamartwiającej się (zresztą całkiem słusznie) czy będzie wyglądać przepięknie, olśniewająco czy zjawiskowo. Trudny wybór.
- Skromnego? - spytała zdziwiona, ściągając lekko usta. Nie skomentowała szerzej wyboru przyjaciółki, w końcu to jej wola chociaż jej zdaniem Żolin z taką dziewczęcą figurą mogła sobie pozwolić na coś odważniejszego - Ta bez ramiączek, zdecydowanie. Też nie lubię brokatu - stwierdziła kategorycznie. I widząc błądzący po jej twarzy, nieco nieobecny uśmiech zagaiła - A ty co się tak uśmiechasz. Na pewno nie zakochałaś się z w tym Eryku?
Och, w sumie byliby taką uroczą parą!
Zanim odpowiedziała na pytanie Puchonku znowu szczerze się zastanowiła. Bądź co bądź nie każdy, tak jak Mer, nie akceptował innym spięć włosów oprócz niechlujnych koków a panienka Dunbar wprost uwielbiała wszelkie kłosy, warkocze, sploty oraz inne kucyki. I choć były jej one wszystkie równie obce co obojętne, jak zawsze służyła radą najlepiej jak umiała.
- Ach... włosy? No nie wiem... Na początku spięłabym go w kok, ale taki luźny. Do tego warkocze, żeby wyeksponować pasemka, by potem bez żalu go... rozpuścić? - swą wypowiedź skończyła zupełnie cichym pytaniem. Po chwili, wybuchnęła śmiechem - Oj, dobrze wiesz, że się na tym nie znam. Ja to bym po prostu poszła do fryzjera - jest naprzeciwko lokalu Madame Rosmerty.
Dziewczyna podeszła, już nieco bardziej rozluźniona do kolejnego zawalonego szatami wieszaka i zaczęła przebierać. Rozmowa z Jo koiła.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Sro 01 Kwi 2015, 13:16

- To on przyćmi mnie swoją, jak to powiedział, osobowością i urodą. - uśmiechnęła się szeroko, żałując, że nie będzie mogła zrobić na bóstwo na 300%, a na bóstwo na 100%. Tyle możliwości, a wybór miał być skromny. Joe nie mogła się doczekać balu. Zanurkowała w wieszakach, tym razem w sukienkach barwy kanarkowej. Lubiła ten kolor ze względu na dom, do którego należała. A gdyby tak zamiast smutnego granatu wybrać radosną żółć? Pogładziła aksamitną, śliczną sukienkę, w której zakochała się od pierwszego wejrzenia. Spojrzawszy na cenę, posmutniała i poszukała czegoś, co nie nagnie jej budżetu.
Jeśli Joe dostrzegła reakcję Mer na imię Serka, nie dała tego po sobie poznać. Ostatnim razem widziała Gryfona w skrzydle szpitalnym z poranioną ręką lub Bóg wie co - z przykrością Joe przyznaje, że nie skupiała się na nim, wszak miała wówczas obok siebie Fhancisa - wtedy na nic nie zwraca uwagi. Zmarszczyła brwi i wyjrzała spomiędzy sukienek.
- Spokojnie, Mer. Nie zmuszam cię do niczego. Zależy mi tylko, żebyśmy się świetnie bawiły. Nie tylko mi się to przyda, prawda? - zapytała retorycznie, wyczuwając, że nie tylko Joe ma "problemy" z mężczyznami. Zgarbiła się pod ciężarem wspomnień i uczuć, przekładając przez rękę trzy kanarkowe sukienki z różnymi krojami. Machnęła do przyjaciółki i poszła do przymierzalni. Powiesiła kreacje na wieszaku i odplątała się z odzieży wierzchniej.
- W Ericu? - zapytała echem zza kotary przymierzalni. Przed jej oczyma pojawiła się Murphy i ostrzegawcze błyski na jej buzi. - Niee... Nie jestem pisana Ericowi a Eric nie jest pisany mnie. Ja... ym... - stanęła przed lustrem w niezapiętej sukience i szukała słów. Nagle wychyliła się z przymierzalni, złapała przyjaciółkę za rękę i wciągnęła ją do środka. Zasłoniła kotarę szczelnie i zniżyła głos do szeptu, mając zamiar oznajmić jej coś ważnego.
- Mnie podoba się... Fhancis. Ale cii! - przyłożyła palec do ust błagając ją o zachowanie tajemnicy pomimo, że nawet w Lustrze pojawiła się wzmianka o jej nieodwzajemnionym uczuciu do stażysty. Jako Redaktorka musiała to przepuścić do szkolnych plotek, jeśli nie chciała wzbudzać podejrzeń.
- Ja jemu nie. A mimo wszystko chcę ładnie wyglądać, bo on tam będzie. - szepnęła i odwróciła się plecami do Mer prosząc ją o zapięcie suwaka. Kanarkowa sukienka była prosta, na ramiączka z zakrytym dekoltem oraz plecami. Marszczyła się na biodrach, a na brzuchu była żółta, blada kokardka. Joe obejrzała sie w lusterku i marszczyła nos.
- Wyglądam jak bombka choinkowa. - westchnęła, poprawiając rękawy i prostując suknię. Na wzmiankę o fryzjerze, wzruszyła ramionami. Odkąd nauczyła się operować nożyczkami, odnalazła w sobie dryg ku fryzjerstwu. Potrafiła zrobić z włosami wszystko, a i tak gdy przychodziło co do czego, powstawał dylemat: co uczesać, aby było pięknie? Na co dzień Joe rozpuszczała włosy i pozwalała im latać za sobą ile im się żywnie podoba.
- Wolę sama, bo nie wiem czy mnie Milton nie wyhaczy w piątek, gdy będę chciała się wybrać do fryzjera. Może zrobię sobie koka? Nie takiego jak profesor McGonagall. - zaśmiała się wspominając nauczycielkę transmutacji z wiecznie ciasnym kokiem na czubku głowy. Profesorka miała go tak ciasno uczesanego, iż Joe martwiła się, że ściągnie się jej skóra na buzi.
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Sro 01 Kwi 2015, 16:38

- Tak powiedział? Skromniutki, nie ma co - skomentowała fakt, nieznacznie unosząc brwi. Przyglądając się bezwiednie ślicznym, turkusowym sukienkom. Były skrojone tak, aby każdy skrawek materiału falował przy najmniejszym ruchu - musiała wyglądać tak pięknie podczas tańca! Nie powstrzymawszy na czas jej naturalnego instynktu, dziewczyna sięgnęła po jedną z tych cudnych kreacji. Zwężona w talii, rozkloszowana na dole, zakrywała zarówno ramiona jak i dekolt... Westchnęła przeciągle, spojrzała na cenę. Nie tak źle, pomyślała, choć mimo to odłożyła kreację na miejsce. Może kiedyś wróci tu by ją kupić?
Bo dzisiaj nie miała na to ochoty. Lecz nie miała również serca, by oschle oraz kategorycznie odmówić zmartwionej Jolene - w końcu nie chciała psuć dziewczynie całkiem pogodnego humoru. Jakimikolwiek kłamstwami, bądź mydleniem oczu, które panna Dunbar, jako całkiem dobra wróżbitka, na pewno by odkryła. Dlatego Mer, wiedziona przez antyczne Mojry, odpowiedziała zgodnie z prawdą, zaprzepaszczając coraz to bardziej szansę na to, że bal ją ominie. Na jej nieszczęście. Bo przecież cichutko wcale na to nie liczyła!
- No przydałoby się tam iść, to znaczy... Nawet bym chciała, ale -  chrząknęła nieporadnie, gubiąc się w tym, co w sumie chciała powiedzieć. Bo czy to oznaczało, że postanowiła wyznać  przyjaciółce o słabości do Lemieux? Być może albo i nie, chociaż... Nie, stop - Francuz był czczą nadzieją panienki Walker, nierealnym marzeniem, nielogiczną fascynacją. Chorą fascynacją, trzymamy się od niego z daleka, prawda? Dziewczyna założyła bezradnie ręce, w oczekiwaniu na Jo, przymierzającą teraz kanarkowe sukienki - No, chyba chcę. Iść, pobawić się, spotkać ludzi... Wytańczyć się. Wiesz, jak dawno nie tańczyłam? - dziewczyna jęknęła przeciągle, pozwalając sobie na luksus narzekania. A zazwyczaj nie była wobec siebie taka łagodna.
Oparła się o framugę przymierzalni, prezentując światu najbardziej z nieszczęśliwych wyrazów tejże uroczej twarzyczki. Zupełnie nieświadoma, że Żolin również dotyczyły omawiane problemy damsko-męskie, zresztą równie smutne, (no dobrze, o wiele bardziej smutne) i może nawet przygnębiające niż jej własne. Jej własne, tak właśnie te same, które na dobrą sprawę jeszcze nie istniały, choć już urosły do rangi góry lodowej wypływającej naprzeciw Titanica. Dlatego na wieść o Francisie, tym bardziej zdziwiona Meredith, otworzyła szeroko oczy, po czym mrugnęła zaskoczona. Naprawdę - zaskoczona. Niczego się nie domyślała!
- Co? Jak to, kiedy? Co się działo, o jaaa! - szeptała zaskoczona pojedyncze pytania. W życiu by się tego nie spodziewała, przecież Francis Lacriox jest szkolnym stażystą. Pedagogiem! Dziewczyna spojrzała raz jeszcze na Joe, myśląc cichutko, że rzeczywiście cicha woda brzegi rwie. Bo to chyba niemożliwe nie zakochać się w Żolin, jeśli tamten ją zna, to na pewno nie mógł się oprzeć temu urokowi. A nawet jeślli, to Meredith nawet przez chwilę nie chciała w to wierzyć. Niespokojne palce znalazły wreszcie suwak, sukienka bez problemu dała się zapiąć. Obserwowały przez chwilę w lustrze widok Puchniastej, wyglądającej ślicznie w kanarkowo żołtej kreacji. Można by rzec, że trochę jak słoneczko. Gdy tylko usłyszała westchnienie, Meredith zaprzeczyła żywo.
-Wyglądasz bardzo ładnie, ty głupku - zaczęła gładzić i poprawiać marszczącą się kreację. Było jej naprawdę do twarzy, może nawet lepiej niż w smutnym granacie? A w połączeniu z kokiem... Na samą propozycję zaczerpnięcia inspiracji z surowej, zdyscyplinowanej McGonagall,  Walkerówna roześmiała się melodyjnie - Może być na czubku, byle by był wygodny. Bo w sumie nie nastawiaj się na to, że dotrwa do końca - dodała patrząc się prosto w lustrzane oczy Jolene - Będziesz tak tańczyć, że najpewniej po chwili sam ci się rozwali.
Och, tak bardzo chciałaby zobaczyć ją oraz Dwayne w akcji, to znaczy - na szkolnym parkiecie. I to nie w zamaszystych walcach, och nie. Ciekawe, czy zagrają Fatalne Jędzy, Meredtih byłaby wniebowzięta! To znaczy, jeśli pójdzie oczywiście. Mercia, w dalszym ciągu patrząca na lustrzane odbicie oczu Jo, spytała jednym tchem.
- A ten nowy, ten Francuz. Idzie z kimś, czy nie?
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Sro 01 Kwi 2015, 17:17

Oferowała szczerość i drugi raz zwierzyła się ze swojego problemu. Tylko Wanda spostrzegła, że coś się dzieje. Serek również, jeśli dobrze odczytała jego uśmiech w skrzydle szpitalnym, a dzisiaj z własnej woli wspomniała o tym Meredith. Czuła się lepiej, dzieląc się tym, co w niej drzemie. Pomimo tego, nie potrafiła wyjaśnić dlaczego Dwayne o niczym nie wie. Nie zająknęła się mu ani słowem i uciekała wzrokiem, gdy padał temat przedmiotu zaklęć czy przypadkowo Fhancisa. Wstydziła się przyznać do swych uczuć Dwayne'owi bez powodu. Łatwiej było jej rozmawiać o tym z dziewczętami, mając pewność, że zrozumieją ją i wesprą w nieszczęśliwych dniach, bowiem Joe nie miała już nadziei, że Fhancis zmieni zdanie i nagle polubi ją inaczej. Godziła się z tym, godziła się z gorzką prawdą i ukrywała się przed nim, aby pozwolić mu od siebie odetchnąć.
- Ja też dawno nie tańczyłam. Musimy się wyszaleć, Mer, bo inaczej obie zwariujemy. - próbowała zachęcić przyjaciółkę do zmiany zdania i przybycia na bal. Joe podejrzewała, że kryje się za tym jakiś szczególny powód płci męskiej. Nie nalegała i nie pytała, wszak dobrze rozumiała jak się Meredith prawdopodobnie czuje. Mówienie o nieszczęśliwym uczuciu bądź słabości sprawiało trudności i nie należało tego ponaglać. Sama Joe potrzebowała dużo czasu, aby się podnieść i stanąć o własnych nogach po nieświadomych bolesnych ciosach dwojga ludzi.
Spojrzała odbicie w lustrze i nie ruszała się. Tak wiele się wydarzyło w ciągu krótkiego, a zarazem nic.
- Właśnie nic się nie działo i to smutne. - westchnęła przygnębiona, poprawiając kokardkę z przodu, nieudolnie próbując ją wyprostować i wygładzić. Joe uciekła wzrokiem, bo się zawstydziła samą sobą. Gdyby była odrobinę mądrzejsza, potrafiłaby powstrzymać swe galopujące uczucie i pohamować język, gdy wyznała Fhancisowi, że wiele dla niej znaczy. Do tej pory serce Puchonki kurczyło się boleśnie przypomniawszy sobie jego zszokowaną minę i smutne, piękne niebieskie oczy. Straciła wiarę w siebie, zaprzestała chcieć być dla siebie ładną. Bal był okazją pokazania się z korzystniejszej strony, chociaż to nic nie zmieni w ich relacji. Powinni próbować się zaprzyjaźnić i pozostać na tym niż świadomie zadawać sobie smutek i przygnębienie.
Poprosiła o odsunięsie suwaka i zdjęła z siebie kreację bez skrępowania, wszak znają się od pierwszej klasy. Sięgnęła po następną sukienkę, również w podobnej tonacji, tym razem z lepszego tworzywa, podkreślający jej talię. Z przyjemnością wsłuchała się w śmiech Meredith, czerpiąc z tego otuchę.
- Mer, fryzjerstwo magiczne opanowałam na poziom zadowalający. Zamówiłam niedawno z 'Czarownicy' eliksir do włosów. Jest lepszy niż zwykły lakier ze sklepu. - oznajmiła dziewczynie tonem ekspertki od spraw kosmetologii, na której znała się lepiej niż niejedna redaktorka "Czarownicy". Jeśli będzie asekurować koka ze wszystkich stron, dotrwa do końca. Podczas balu pragnęła być ładna, aby nazajutrz włożyć dres i kontynuować opłakiwanie utraconej bezpowrotnie dziecinności. Dorastała i to ją przerażało.
- Masz na myśli Serka? - zapytała dla pewności i zmarszczyła brwi. - Chyba nie, nie wiem. Gdy go widziałam, paradował wieczorem przed skrzydłem szpitalnym. - wzruszyła ramionami, bo nie przyjaźniła się z Serkiem na tyle, aby poznać jego decyzję w sprawie wybranki. Joe uprzejmie nie spojrzała na Mer z zaciekawieniem, aby nie spłoszyć jej i nie zirytować. Serek był bardzo przystojny, ale całkowicie nie w typie Joe. Dziewczyna zaczęła majstrować coś przy gorsecie, bowiem obecna kreacja miała odsłonięte ramiona i śliczne błyszczące koraliki po bokach.
- A ta jak leży?
Zobacz profil autora
Meredith Walker
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Sob 04 Kwi 2015, 01:15

Dziewczyna, chcąc nie chcąc musiała przyznać Jolene rację. Głośna muzyka, zwiewne suknie, przystrojona sala, dzikie pląsy przy smyczkowym kwartecie – rzeczywiście tego potrzebowała.  I nie oszukujmy się – jak każda normalna nastolatka na jej miejscu jedynie udawała, że aż tak się przed tym wzbrania. Dlaczego? Być może chciała posłuchać jaka to jest komuś potrzebna, może wciąż liczyła, że oczaruje kogoś w sukni jak z pięknego snu? Oczywiście – mówiąc „kogoś” mamy na myśli złotowłosego, niebieskookiego Francuza, choć w sumie nie da się ukryć, że Hogwart jest pełen dobrodusznych, przyjaznych młodzieńców czekających na dziewczęta pokroju Meredith. Nie każdy oczekuje od życia związku, gdzie dwóch młodych ludzi nieustannie się ściera, a przynajmniej… miejmy taką nadzieję.
Kapitulując już zupełnie, wieszając białą flagę na każdą stronę świata spojrzała nieporadnie na Jolene. Była kochana, tak bardzo się o nią martwiła i… po prostu nie miała serca jej odmówić a zresztą była nawet wdzięczna, że dziewczyna ją przekonywała. Co w końcu się jej udało i chociaż z jednej strony Mer bardzo chciała iść na bal, to z drugiej strony musiała pokonać w sobie ten okropny, paraliżujący strach. Odrzucenia, tego że będzie czuła się jak piąte koło w wozu.
Pomimo tego i wszystkich, niesformułowanych jasno obaw, powiedziała po chwili
- No dobrze, Joe… Zatańczymy – z lekkim uśmiechem wróciła myślami do turkusowej sukienki, którą w gruncie rzeczy i tak postanowiła już kupić. Czy planowała to od początku?
No cóż, być może. W każdym razie bez pomocy Żolin nie podjęłaby tej decyzji, tak czy inaczej.
Która teraz potrzebowała jej pomocy wsparcia i dobrego słowa. A z tym nie było problemu, bo nieprzebrane pokłady miłości skryte w sercu Meredith znajdowały swoje zastosowanie w kochaniu jej bliskich, do który Joe bez wątpienia się zaliczała. Dlatego dziewczyna spojrzała zatroskana na smutną twarzyczkę jej przyjaciółki, tak rzadko dotychczas widywaną.  Nie znała całej sytuacji i nie chciała rozdrapywać zagojonych,  w jakiś częściowy sposób, ran dlatego bez słowa przytuliła Jolene, chociaż na ogół tego nie lubiła. Nie dla niej zabawy włosami, gry w łapki, podszczypywania – dotyk ją paraliżował. Ale nie dotyk Joe, w końcu były tak blisko siebie i dla niektórych ludzi po prostu robi się wyjątki.
I choć tamta uciekała wzorkiem, Meredith spojrzała jej głęboko w oczy. Ze zrozumieniem, no bo w końcu dobrze znała to uczucie. Nie ma się co wstydzić.
- Będzie dobrze, zobaczysz – dodała tylko pokrzepiająco, zresztą szczerze wierząc z to, co mówi. Może to naiwne, ale wierzyła w miłość oraz to, że szczerozłote osoby takie jak Jo szybko ją znajdą. Wystarczy spojrzeć na Wandę, by zauważyć, że skubana przychodzi niespodziewanie. Nieproszona, niechciana, często bolesna lecz prawie zawsze – na samym końcu okazuje się, że warta każdego cierpienia. Bo nie ma jednego bez drugiego, one są ściśle ze sobą powiązane.
Bez słowa komentarza odpięła sukienkę przyjaciółki, czekając cierpliwie aż założy na siebie następną kreację. Na jej mierzenie też przyjdzie czas, później. Na razie starała się poprawić choć trochę humor przyjaciółki.
- Fryzjerstwo magiczne, to jest cos takiego? – spytała szczerze zdziwiona. Oczywiście wiedziała, że Jolene podobnie jak ona jest mugolakiem, ale prawda była tak, że Mer nie orientowała się tak dobrze w magicznym świecie. A przynajmniej w niektórych jego aspektach, na razie. Nigdy w życiu nie była u zwykłego fryzjera – w domu mama podcinała zniszczone włosy – nie mówiąc już o tym magicznym! A „Czarownica”? Pismo jej niemalże zupełnie obce – o wiele bardziej wolała lekturę „Proroka Codziennego” bądź plotkarskiego, szkolnego „Lustra” o ile udało jej się dorwać egzemplarz w ręce – W takim razie, zwracam honor. Spinaj tyle koków, ile dusza zapragnie – zaśmiała się melodyjnie, wyobrażając sobie Joe podobną do pewnej bohaterki mugolskiego filmu, który widziała w wakacje. Miała taką białą tunikę, całkiem ładną i wyglądałaby uroczo gdyby nie dwa koki, spięte po bokach głowy. Dziewczyna wyglądała, jakby przykładała sobie do uszku dwie ciemnie drożdżówki.
Czego ci mugole nie wymyślą…
Dziewczyna nieco spochmurniała, gdy Joe odpowiedziała na pytanie o Sergiem. W sumie mogła się tego spodziewać, nie jest Kirke by wiedzieć podobne rzeczy. Mimo to, uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi, kiwnęła głową. Jolene na szczęście nie spytała, dlaczego pyta.
- Ta też wygląda całkiem nieźle – powiedziała, spoglądać na ładnie zaznaczoną talię- Chociaż… naprawdę chce Ci się męczyć w gorsecie? To musi być potwornie niewygodne – stwierdziła rzeczowo, próbując jej pomóc okiełznać to istne dzieło szatana.
Pewna jednego, ktokolwiek wymyślił wszelkie szpilki, pończoszki, gorsety, tiule, treny oraz te wszystkie podobne musiał być w konszachtach z samym Grindelwaldem. Pomijając fakt, że gdy on przyszedł na świat wspomniane narzędzia tortur były już dawno wymyślone.
Zobacz profil autora
Jolene Dunbar
avatar

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   Czw 09 Kwi 2015, 18:31

Każda nastolatka pragnęła czuć się potrzebna i kochana. Joe cieszyła się szczerze z zaproszenia Erica, jednak przewidywała, że gdyby nie on, poszłaby sama na bal. Wystąpiłaby solo, choć odkąd przekroczyła próg Hogwartu grała w duecie. W tym przypadku duet nie sprosta zadaniu; nie po tym, co się stało i jak zaczynają dorastać. W czasie balów wiele osób zdaje sobie sprawę ze swej samotności nie mając odwagi otworzyć ust i zaprosić kogoś do swego towarzystwa. Eric spadł więc zatem z nieba, zyskując sobie u Joe specjalne miejsce w sercu. Dzięki niemu nie będzie czuła się samotnie na balu. Joe nie chciała samotności. To przykre uczucie i doświadczyła go zbyt wiele w ciągu zeszłego miesiąca mimo obecności przyjaciół.
Podziękowała niemo przyjaciółce za wsparcie. Niestety przestała wierzyć, że odnajdzie drugą połowę, człowieka, który ją pokocha i będzie w stanie udźwignąć szczere pozytywne i niebywale silne uczucia od Joe. Być może miała wadę, której nie była świadoma, a która odrzucała chłopców, peszyła ich i nie pozwalała im zawrzeć ściślejszych relacji większych niż tradycyjna, piękna przyjaźń. Być może jest wiele powodów, być może jest wiele pytań, a tak mało odpowiedzi.
- Magia jest piękna, Mer. Sięga dalej niż mugole mogą sobie wyobrazić. Cieszę się, że tutaj jestem. - stwierdziła spoglądając w swe odbicie. Coraz bardziej przypominała swą babcię, wszak do mamy Joe podobna nie była. Do taty i do babci. Tęczówki Joe pociemniały samoistnie, buzia się wydłużyła, dziewczyna urosła i nabrała kobiecych kształtów. Ciało dojrzewało i choć miało tu i ówdzie bolesne wady i niedoskonałości, należało już do młodej kobiety, a nie do dziecka. Zaskoczona przytuleniem, ścisnęła mocno ramiona przyjaciółki, tuląc się doń chwilkę, dwie, a potem trzy. Teraz jest najgorzej, a później będzie lepiej. Musiała w to uwierzyć i odpędzić od siebie niepożądany smutek. Nadchodzi wielkimi krokami bal, muszą koniecznie się z tego cieszyć, czerpać radość z małych rzeczy. Są nastolatkami, a nastolatki tak się zachowują. Joe nie chciała poważnieć zbyt wcześnie, pragnęła brać z życia pełnymi garściami i jak najdłużej zachować w sobie prawo do bycia bezpośrednio szczęśliwą.
- Będzie tylko jeden kok. Widziałam go w gazecie i bardzo podkreśla buzię. - zebrała włosy z karku i przytrzymała je na czubku głowy, oglądając się w lustrze z obu stron. Codziennie pokazywała się w rozpuszczonych włosach, a więc na specjalną okazję zepnie je, prezentując się w innej wersji. Miejmy nadzieję, że intrygującej.
Nie kontynuowała tematu Serka perfekcyjnie udając, że nie zwróciła uwagi na grymas na ustach Meredith, gdy o nim wspomniała. Do uczuć należy dojrzeć, Joe była świadoma, wszak jej własne emocje były splątane w duży supeł i niebywałą trudnością było go odplątać. Puchonka zdjęła sukienkę i założyła kolejną żółtą z czarną kokardką, bez ramiączek.
- Masz rację, gorset to zły pomysł. Gdybym zemdlała w ramionach Erica, Murphy do końca by mnie znielubiła. - stwierdziła mądrze i poczekała aż przyjaciółka zapnie suwak sukni.
- Tę kupuję. - zawyrokowała i aby nie zmienić zdania szybko ją zdjęła, złożyła starannie, wskoczyła w poprzednie ubranie i pociągnęła Meredith do kasy. Obie zapłaciły za sukienki i insze wybrane dodatki, dosyć mocno uszczuplając tym swe portmonetki.
- Chodźmy na ciepłe piwo kremowe. Uczcimy zakupy. - wsunęła rękę pod ramię przyjaciółki i razem, z wysoko uniesionymi głowami opuściły sklep z nowym, pięknie zapakowanym nabytkiem.
[z tematu x 2]
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Sklep odzieżowy Gladraga   

 

Sklep odzieżowy Gladraga

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Sklep Odzieżowy
» Sklep z ubraniami Gladraga
» Sklep z bronią "Trebusz"
» Sklep Warzywny
» Sklep Płatnerski

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Inne Magiczne Miejsca
 :: 
Hogsmeade
 :: Ulica Główna
-