IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 I piętro - Urazy Magozoologiczne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Henry Lancaster
avatar

PisanieTemat: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Sob 15 Lut 2014, 20:50


I piętro - Urazy Magozoologiczne


Dotarłeś schodami bądź deportowałeś się na drugie piętro Szpitala Świętego Munga. Znajdują się tutaj oddziały związane z urazami magozoologicznymi - czyli tutaj będziesz szukał pomocy, jeśli cię coś ukąsi, użądli, oparzy czy wbije swoje kolce. Jeśli jednak nie jest to, czego szukałeś, udaj się na górę bądź na dół, gdzie znajduje się cała rozpiska całego szpitala.

Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:32

Złe przeczucia z powodu wyjazdu siostry do domu nie opuszczały Arii. Wybudzona w środku nocy z koszmaru, miała od razu wpaść w kolejny, tym razem realny. Sowa, która przyniosła wiadomość, na próżno czekała na pogłaskanie po piórkach, bądź dobry smakołyk. Aria ściskała w dłoniach list, nie mogąc uwierzyć w to, co było w nim napisane. Czuła się tak, jakby ktoś wypompował z płuc całe powietrze, ściskając przy tym mocno jej serce. Dopiero po chwili doszła do siebie na tyle, by wsunąć karteczkę pod poduszkę i drżącymi dłońmi prędko się ubrać. Założyła wygodne spodnie oraz bluzę, którą kiedyś pożyczyła od Porunn. Pachniała siostrą. Do kieszeni wsunęła różdżkę, po cichu wymykając się z dormitorium dziewcząt. Nie chciała nikogo zbudzić, nikt nie mógł jej zatrzymać.
Nie pierwszy raz kręciła się w nocy po zamku, choć dzisiejszej nocy wyjątkowo zależało dziewczynie na tym, by nikt jej nie nakrył. Próbowaliby ją tylko zatrzymać, a ona nawet nie zważałaby na to, kto przed nią stoi. Musiała natychmiast wydostać się z Hogwartu. Nie pomogło jednak to, że była bardzo ostrożna i poruszała się niemal bezszelestnie. Czy niektórzy Prefekci aż tak bardzo chcą sprawdzać bezpieczeństwo, a może lubią wysyłać uczniów na szlabany? Nie była pewna, czym zdołała przekonać Samuela do współpracy – nie zdołała z siebie wykrztusić zbyt wielu słów, lecz była blada jak ściana i wyglądała tak, jakby zaraz ją również trzeba będzie odsyłać do św. Munga. Z pomocą Prefekta Naczelnego szybko wydostała się z zamku, po czym (ze łzami w oczach) przynajmniej kilka razy mu podziękowała. Gdy tylko „zgubiła” Silvera, na jej drodze stanął znajomy pies – wilczak profesora Machiavelliego, który niedawno towarzyszył jej i Yumi podczas wspólnej wyprawy na cmentarz. Fimmelówna przez chwilę patrzyła na niego z przerażeniem, myśląc, że może sam profesor rozkazał mu nie wypuszczać nikogo poza teren Hogwartu. Thief jednak podbiegł do niej, merdając przy tym radośnie ogonem. Przykucnęła, by się z nim przywitać, po czym ruszyła biegiem w dalszą drogę. W razie konieczności zawsze może powiedzieć, że otrzymała pozwolenie od Thief’a!
Gdy tylko opuściła teren szkoły, wezwała Błędnego Rycerza, za pomocą którego najszybszą drogą dostała się do szpitala. Choć podróż nie należała do najprzyjemniejszych, Aria nawet nie zauważyła, kiedy dobiegła końca. Wszystko zdawało się tak nierealne, jakby wciąż spała, ale nie potrafiła się obudzić. Ciemne, rozwiane włosy tylko dodawały upiorności jej wyglądowi, gdy blada jak ściana weszła do środka. Nie wiedziała, czy z kimś rozmawiała, ale przecież musiała pytać o drogę. Zasłona z oczu opadła dopiero, gdy naciskała klamkę drzwi, które oddzielały ją od Porunn. Bała się. Serce zamiast rwać do przodu, zwalniało, jakby chciało przygotować Arię na najgorsze. Wszystko trwało tylko kilka sekund, choć zdawało się być całą wiecznością. Krukonka podeszła do łóżka siostry, przez chwilę tylko spoglądając na jej twarz. Była nieprzytomna, ale oddychała, żyła. Wspomnienia przerażających wydarzeń z dzieciństwa zaczęły bombardować myśli Arii, a strach przed utratą najukochańszej osoby był paraliżujący. Nie chciała ponownie tego przechodzić. Opadła na krzesło znajdujące się przy łóżku, ostrożnie chwytając chłodną dłoń siostry w swoje własne, które zdawały się być równie chłodne. Miała ochotę krzyknąć, tak, jak robił to właśnie głos w jej głowie: Nie zostawiaj mnie! Z otwartych ust nie padło jednak ani jedno słowo.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:32

Jest w życiu człowieka taki moment, kiedy przestaje się postrzegać świat poprzez różowe okulary, zderzając się bezpośrednio z rzeczywistością. Co najgorsze, nic już nie było takie jak dawniej. I chyba to bolało najbardziej. Koszmary z tego konkretnego wydarzenia, kiedy odebrano kolorowe kredki, którymi naznaczano sobie świat, miały już prześladować do końca życia, dopóki nie zaakceptuje się stanu rzeczy takim, jakim było.
Porunn nie wiedziała jak znalazła się w szpitalu świętego Munga. Zastanawiała się, czy to, co się jej przytrafiło było prawdziwe, czy też po prostu jej się przyśniło. Wszystko przecież szło jak z płatka. Najpierw odebranie maści u Borgina i Burkesa dla jej ojca, a następnie dostarczenie szybkiego listu w tawernie mieszczącej się na jednej z ulic Śmiertelnego Nokturnu. A później ślepy zaułek i tyle. Tyle pamiętała, bo gdy się odwróciła z zamiarem odejścia, zauważyła tylko wygłodniałe spojrzenie złotych tęczówek i świat zniknął jej z oczu. Dojście do siebie też nie było takie proste. Nie wiedziała tak naprawdę ile przespała dnia. Być może było to tylko parę minut, godzin, a może całe dnie. Nie miała pojęcia co też się tak naprawdę stało, że musiała wylądować aż pod opieką uzdrowicieli, którzy o dziwo, pierwsze co zrobili, to przywiązali ją pasami do łóżka, jakby miała zrobić komuś krzywdę. Głupia przecież nie była! Nie miała zamiaru nikomu nic robić, a już na pewno nie publicznie, kiedy mogli bez problemu zamknąć ją za jakieś wykroczenia w Azkabanie.
Gdy otworzyła oczy, przez pierwszych parę minut nie potrafiła poukładać myśli, które szalały jak opętane w jej głowie. A jedną emocję, jaką w tamtej chwili czuła, to złość i niesamowita chęć rozerwania czegoś na strzępy. Jeszcze nigdy nie były tak intensywne, jak teraz. Zazwyczaj miała w sobie chociażby odrobinę samozaparcia, aby w najmniej odpowiednim momencie powstrzymać się przed wybuchem agresji. Teraz jednak było to trudniejsze i to ze zdwojoną siłą, jakby cały świat wywrócił jej się do góry nogami i poukładał klocki byle jak.
Rozejrzała się powoli po pomieszczeniu, co chwilę próbując wyszarpnąć się z tych pasów, które usilnie utrudniały jej poruszanie się, chociażby najmniejszy ruch nogą. Dlaczego oni się tak bali? I co jej się stało, że miała wrażenie, że traktują ją jako kogoś bardzo niebezpiecznego, przy którym należało zachować szczególne środki ostrożności? Już miała zacząć krzyczeć, żeby ją wypuścili, gdy jej oczom ukazała się zmartwiona twarz jej siostry, Arii. A ona co tutaj robiła? Przecież miała być w szkole, pilnie się uczyć i nie narażać na jakieś niebezpieczeństwo poprzez obcowanie z jakimiś obcymi ludźmi, mugolami czy też czarodziejami. Zwariowała do reszty? Ojciec wyraźnie zakazał jej opuszczania Hogwartu, ale najwyraźniej nic do niej nie docierało. Porunn też przecież nic jakoś wielkiego się nie stało. Przecież, bardzo możliwe, że tylko się przewróciła i straciła przytomność, a ślepia, które widziała były wytworem jej wyobraźni, którą, nie oszukując się, miała naprawdę wybujałą.
- Aria, co ty tu u diabia robisz? Miałaś siedzieć na tyłku w szkole i nie wychylać się. Masz przecież tyle nauki teraz! – spytała nieco ostrzej niż zamierzała. Jej błękitne oczy wyrażały w tej chwili obłęd, który nijak miał się do tego, jak jeszcze niedawno patrzyła na swoją siostrę. Znów się szarpnęła. Pasy doprowadzały ją do szaleństwa.
- Niech to diabli. Czemu mnie związali, jak jakieś cholerne zwierzę?! Wyjaśnij mi to, skoro już tu jesteś! Na pewno coś wiesz! – warknęła, nie przestając walczyć z tym, co ją tak bardzo krępowało. Miała ochotę rozedrzeć ich wszystkich na strzępy.
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:32

Pasy, którymi jej siostra została przywiązana do łóżka, zauważyła dopiero, gdy Porunn zaczęła się niemiłosiernie szarpać. Aria tylko mocniej ścisnęła dłoń siostry, przyglądając się jej z szeroko otwartymi oczami. Szok mieszał się z nagłym uczuciem ulgi, ale również dezorientacji. Nie rozumiała, co takiego mogło się stać, że musieli posunąć się aż do takiej – jej zdaniem – drastycznej metody. Słowa Porunn odbijały się echem w głowie Krukonki, były jeszcze głośniejsze od krzyku. Cofnęła drżące dłonie, gdy siostra znów gwałtownie zaczęła się rzucać. Najchętniej porozcinałaby te cholerne więzy, lecz była jak sparaliżowana. Przez dłuższą chwilę nie była nawet w stanie porządnie zaczerpnąć powietrza.
- Uspokój się, proszę – powiedziała słabym głosem, nieco zachrypniętym. W tym samym momencie łzy zaczęły spływać po policzkach, łącząc się na brodzie w większe krople, które skapywały na zaciśnięte w pięści dłonie. Musiała wziąć się w garść, lecz wciąż była przerażona, jeżeli tak w ogóle można było nazwać przedziwną mieszankę uczuć, które doznawała. Najchętniej zwinęłaby się w kłębek, obok Porunn, wypłakując strach. Zamiast tego nerwowymi ruchami zaczęła mocno pocierać policzki, by zetrzeć wciąż płynące łzy.
- Dowiedziałam się, że jesteś w szpitalu… Od razu przyjechałam. Nie wiem dokładnie co się stało… Porunn, tak bardzo się bałam, myślałam, że… – urwała w połowie zdania, nie potrafiąc wypowiedzieć strasznych słów. Starała się brzmieć spokojnie, lecz ramionami wstrząsał szloch, a po każdym krótkim stwierdzeniu łapczywie wciągała powietrze w płuca. Miała wrażenie, że za chwilę się udusi.
- Profesor Machiavelli napisał, że zostałaś znaleziona na ulicy Śmiertelnego Nokturnu…- starała się mówić cicho, by za chwilę ktoś nie przyszedł i jej nie wyrzucił. – Zostałaś… zostałaś pogryziona… – dodała pospiesznie, coraz mocniej zaciskając dłonie, jakby sens tych słów dopiero do niej docierał. Nagle zerwała się z krzesła, by za chwilę znów na nie opaść. Chwyciła jeden z pasów, gotowa go rozerwać, by zabrać Porunn w bezpieczne miejsce. Gdzieś daleko, daleko stąd. Czy jednak coś takiego jak „bezpieczne miejsce” jeszcze w ogóle istniało? Nawet nie zauważyła zakrwawionych paznokci, które zbyt mocno wbiła w swoje dłonie. Taki ból zdawał się w tej chwili śmieszny, nawet go nie odczuwała. Lekkie draśnięcia, coś, co w mgnieniu oka się zagoi.
- Co robiłaś sama, w takiej okolicy? Dlaczego nie było przy tobie ojca? - Ponownie się podniosła. Stała nieruchomo, z zaciśniętymi na pasie palcami. Wiedziała, co chciała zrobić. Ale czy to, co chciała, było tym samym, co powinna? Porunn miała tu lepszą opiekę, a ona... Ona nawet nie wiedziała, co mogłaby zrobić. Spojrzała w oczy siostry, która zdawała się w tej chwili oderwana od rzeczywistości. Szarpała się jak dzikie zwierzę, przeczuwające rychły koniec po wpadnięciu w pułapkę. Nie, nie mogła tak o niej myśleć. To musiała być wina leków, ugryzienia, a może obu rzeczy na raz. Sama zapewne też nie zachowywałaby się lepiej, gdyby poczuła się zagoniona w pułapkę. Cofnęła dłonie, rozluźniając zesztywniałe palce.
- Nic ci się nie stanie, tu jesteś bezpieczna – spróbowała uspokoić bliźniaczkę, zamiast dodatkowo bombardować ją pytaniami. Pogładziła ciemne włosy dziewczyny palcami, drugą dłonią ponownie chwytając rękę siostry.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:33

Przerażenie, wymieszane ze złością sprawiało, że Porunn nie wiedziała co robić. Chciała się uwolnić i uciec z tego miejsca jak najdalej. Nie powinna tutaj być. Powinna już wracać do Norwegii, do ojca, aby dostarczyć mu maści i poinformować, że list został doręczony odpowiedniej osobie. A jednak nie mogła tego zrobić, a wizja niezadowolonego ojca sprawiła, że na moment jej oczy zaszkliły się łzami. Szybko jednak zwalczyła chęć rozpłakania się, uważając, że była to niesamowita oznaka słabości, na która ona nie mogła sobie w tej chwili pozwolić. Nie, kiedy w jej towarzystwie była równie przerażona Aria, jednak z innego powodu. Czy ona się jej bała?  
Fimmel nie potrafiła zapanować nad swoim ciałem, które rwało się do ucieczki i ataku na wszystko, co znajdowało się w pobliżu. Spojrzała na Arię ponownie, mając nadzieję, że chociaż jej widok ją trochę uspokoi. Poniekąd zadziałało, jednak nie na długo, bo gdy znów sobie przypomniała o tym, że była spięta pasami, miała ochotę wrzeszczeć. Ale tego nie zrobiła. Po prostu się siłowała, mając nadzieję, że szybko się wydostanie z tego miejsca i wróci do Norwegii, a później do szkoły. Na pewno miała już tyle zaległości, które ciężko będzie jej to nadrobić. Jednak kto by się tym przejmował­­? Szczególnie jeśli chodzi o osobę pokroju Porunn, która na naukę miała przysłowiowo mówiąc; wylane. Nie wiedziała też dlaczego Aria płacze, skoro nic takiego jej się nie stało, oprócz tego, ze była przywiązana do łóżka z niewiadomych dla niej powodów. Dopiero słowa, które wypływały z ust roztrzęsionej bliźniaczki powoli rozjaśniały Ślizgonce umysł. A więc para złotych ślepiów nie były halucynacją. Były prawdziwe, a ich właściciel z niewiadomych dla niej przyczyn postanowił wysłać ją do szpitala świętego Munga w dosyć niekomfortowym stanie. Słowo ugryziona rozbrzmiewało w jej uszach, jak jakieś nieznane, z innego słownika, którego już wieki się nie używało, uznając język za martwy. Umysł Porunn wypierał tę możliwość, że coś mogło zrobić sobie z niej worek treningowy i zarazić jakimś paskudztwem. Nie chciała nawet wiedzieć czym. A jednak w głowie dźwięczało jej to, czego się najbardziej obawiała. Pogryziona mogła być tylko przez jedną istotę, a biorąc pod uwagę fakt, że tej nocy była pełnia…
Nagle z jej gardła wydarł się jęk rozpaczy, gdy wszystko postanowiło się połączyć w jedną, spójną całość. Aria nie mówiła jej wszystkiego, bo albo nie chciała, żeby tak szybko się dowiedziała, albo po prostu nie wiedziała. Porunn została paskudnym mieszańcem, którym przez całe życie gardziła. Czy było więc coś w tej chwili gorszego? Chyba nie, nie dla niej, kiedy właśnie jej uporządkowany, uhierarchizowany świat runął niczym wieża z kart.
Aria postanowiła zadać jej jeszcze pytanie, na które w tej chwili nie chciała odpowiadać. Była jej jednak coś winna. Zacisnęła mocno powieki, wyszczerzając zęby w geście rozżalenia. Wciąż biła się z tym, żeby się nie rozpłakać. Jej ciało było napięte jak struna, a ona wciąż walczyła sama ze sobą. W tej chwili miała żal do tego, kto ją zaatakował. Już wolała, zostać zamordowana z zimną krwią i porzucona gdzieś w ciemnej uliczce, gdzie jej ciało zostałoby odnalezione po jakimś długim czasie. Nie przeszkadzałoby jej to tak bardzo, jak fakt, że jej krew została skażona przez jakiś wybryk natury. Obrzydliwe.
- Byłam tam, żeby załatwić coś dla ojca, kupić maści, bo sam nie mógł się ruszyć – powiedziała, celowo zatajając fakt, że była jeszcze podać list jakiemuś nie do końca zaufanemu osobnikowi. Aria nie musiała wiedzieć aż takich szczegółów, które w tej chwili nie były jej do niczego potrzebne, a przynajmniej tak myślała Porunn. Nie chciała, żeby jej siostra miała za złe ojcu, że coś się stało, chociaż i tak najprawdopodobniej niechęć do niego tylko się pogłębi. Co gorsza, sama Ślizgonka nie wiedziała jak stary Fimmel zareaguje na wieść o tym, że jego czysto krwista córka została pożarta przez jakiegoś futrzaka. Miała ochotę zapaść się pod ziemię jeszcze bardziej. Ojciec już nigdy nie będzie z niej dumny. Zawiodła jego oczekiwania, które przed nią stawiał. Miała niesamowitego pecha. W dodatku kolejne słowa siostry tylko sprawiły, że miała ochotę rozwalić to przeklęte miejsce na części, patrząc jak ściany spływają krwią wszystkich tutaj obecnych.
- Co z tego, że jestem bezpieczna, skoro od dzisiaj jestem PASKUDNYM MIESZAŃCEM – warknęła, znów próbując się wyszarpnąć z krępujących ją pasów. Dopiero uścisk dłoni Arii, sprawił, że na chwilę znieruchomiała, a następnie sama zacisnęła swoją tak mocno, aż zbielały jej knykcie. Chciała w tej chwili zniknąć z tego świata tak bardzo, jak jeszcze nigdy wcześniej, uznając to za selekcję naturalną.


Ostatnio zmieniony przez Porunn Fimmel dnia Wto 28 Lip 2015, 21:34, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:34

Aria spostrzegała świat nieco inaczej, niż jej siostra. Choć w tej chwili nie była dumna z matki, mogła być jej wdzięczna za wpojone wartości moralne. Niestety Porunn wybrała ojca jako swojego mentora, który rok za rokiem truł dziewczynę swoimi poglądami. Nienawiść nigdy nie przynosiła ze sobą ani krzty dobroci, zarażając nie tylko otoczenie, ale również każdą komórkę ciała i umysł jej nosiciela. Chciała być inna, być może powinna podzielić los matki i po prostu wynieść się z tej rodziny. W przeciwieństwie do Porunn, Aria nie znajdowała się pod pełnym wpływem ani matki, ani ojca. Stała pomiędzy, w zawieszeniu, myśląc własną głową, a nie przyjmując ślepo woli rodziców. Ojciec nigdy nie będzie z niej dumny, nigdy nie był i prawdopodobnie nie zrobiłoby dla niego większej różnicy, gdyby nagle w gazetach pojawiła się informacja o jej tragicznej śmierci. A matka? Nawet miłość do córek nie była w stanie przytrzymać jej w miejscu, walczyć o swoje, o dobro dla dziewczynek, które kiedyś wydała na świat. Aria nigdy nie byłaby w stanie postąpić tak jak ona. Helga Fimmel była tchórzem, którym dziewczyna coraz bardziej zaczynała gardzić. Powinna teraz tu być, z nią, z nimi obiema. Teraz musiały radzić sobie same, a Krukonka wolałaby umrzeć, niż zostawić za sobą wszystkie osoby, które coś dla niej znaczyły.
- Mógł posłać kogoś innego. To było po prostu.. nieodpowiedzialne… – powiedziała, starając się ukryć rosnącą złość. Nie mogła zrozumieć, jak ten stary dureń mógł narazić córkę na niebezpieczeństwo. To była jego wina. Od czego są rodzice? Najwyraźniej nie od dbania i troszczenia się o własne dzieci, które z ich winy znajdywały się na tym cholernym świecie. Aria wzięła kilka głębokich oddechów, by uspokoić skołatane nerwy. Wciąż nie mogła dojść do siebie, jednak walczyła z uczuciem złości. Nie było teraz na nie miejsca. Z tą chwilą straciła cały szacunek dla ojca, którego nawet nie chciała tak nazywać.
- Porunn, jesteś moją siostrą. Kocham cię i nic tego nie zmieni, rozumiesz? Zawsze będę stała po twojej stronie. Przysięgam, że po raz ostatni ktoś cię skrzywdził – mówiła spokojnie, wytrzymując silny uścisk dłoni, której nie miała zamiaru puszczać. Ponownie przeczesała włosy Porunn palcami, starając się o to, by dziewczyna na nią patrzyła. Tylko w ten sposób mogłaby do niej dotrzeć. Nie bała się jej, w tej chwili nawet nie wiedziała już, co to znaczy strach. Czuła… Co właściwie czuła? Troskę o życie siostry, a może była to już pustka? Jakby jakaś cząstka niej właśnie się stępiła, tracąc na jakiejkolwiek ostrości, nie mogąc precyzyjnie wykonywać zadań. Wiedziała tylko to, że nigdy nie zostawi bliźniaczki, a każdy, kto tylko spróbuje wyrządzić jej krzywdę, skończy marnie.
- Jesteś silna, przetrwasz to. Wspólnie to przetrwamy, dobrze? – Ujęła twarz siostry w obie dłonie, patrząc w jej niebieskie oczy. Spróbowała uśmiechnąć się kojąco, nie tylko dla Porunn, ale również dla siebie samej. – Mamy siebie – dodała, spokojnie, usilnie starając się nie dopuścić do wypowiedzenia „tylko siebie”. Wiedziała, ile znaczyło dla niej zdanie ojca, więc choćby musiała wyrwać mu język, zmusi go do tego, by powstrzymał ewentualne pogardliwe komentarze dla siebie. Cichy głosik w głowie próbował się przebić, mówiąc, że przecież Porunn zawsze była jego ulubieńcem, a wypadek nie powinien niczego zmienić.
- Rozepnę te pasy, jeżeli mi obiecasz, że nie zrobisz nic głupiego. – Zapewne pomysł sam w sobie był niezwykle głupi, lecz czy można za to winić Krukonkę? Chciała tylko pomóc swojej siostrze, która – o czym chyba ktoś zapomniał – nie była dzikim zwierzęciem. W głębi serca nawet wierzyła w to, że jest w stanie nad nią zapanować, nawet teraz. Rozejrzała się po pomieszczeniu, po czym na chwilę odeszła od łóżka. Sprawdziła jeszcze raz, czy zamknęła za sobą drzwi i czy ktoś przypadkiem się za nimi nie czai. Wracając, nalała do szklanki wody, odstawiając ją na stolik. Musiała mieć stuprocentową pewność, że siostra będzie spokojna. Uczepiła się więc normalnych czynności, w końcu może chciałaby się czegoś napić? Albo coś zjeść. Może nawet teraz wybiec i coś skombinować, cokolwiek. Myśli buzowały w głowie Arii, tak samo jak zalewające ją falami uczucia, których nie rozumiała, gdyż wszystkie walczyły o dominację, by za chwilę całkowicie odpłynąć w niebyt.
- Będę tu z tobą, cały czas. Nigdzie się nie ruszam – zapewniła, podwijając rękawy bluzy. Nagle zrobiło jej się strasznie gorąco. Miała ochotę coś rozszarpać… Zamiast tego, położyła palce znów na dłoni siostry, a drugą ręką odgarnęła spadające na twarz włosy. Musi się dowiedzieć, co dokładnie się wydarzyło. Co pamięta, a najważniejsze, kogo pamięta.
Zobacz profil autora
Porunn Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:35

Do Porunn nie docierały słowa, które wypowiadała do niej Aria. Zdawały się jakby odległe, zupełnie bez żadnego wyrazu czy mocy, która mogłaby sprawić, że oderwie od siebie nieprzyjemne myśli. Była jednak zbyt słaba, mimo zdecydowanego tonu w swoim głosie. Ślizgonka nie chciała dopuścić do siebie faktu, że jej krew została skażona, że sama stała się wybrykiem natury, który jej zdaniem zasługiwał tylko i wyłącznie na eksterminację. Chciała uciec, w tej chwili. Dopiero gdy jej siostra powiedziała słowa klucz, że rozwiąże jej pasy, na chwilę się uspokoiła, przestając wierzgać na łóżku. Opadła jak szmaciana lalka na pościel, spoglądając tępo w biały sufit sali szpitalnej. Oddychała ciężko, nierówno, jakby co najmniej przebiegła niesamowicie długi i wyczerpujący dystans.
- To rozepnij… – warknęła, jednak nie można było tego nazwać siostrzaną prośbą. Był to ostry i nieznoszący sprzeciwu rozkaz. Ton jej wypowiedzi wyrażał nic, tylko złość, rozgoryczenie i chęć rozwalenia wszystkiego wokół. Nagle skierowała spojrzenie na Arię. Było intensywne, ciężkie i obłąkane. Wyprane zupełnie z pozytywnych emocji, które kiedyś się w nich tliły, kiedy na siebie patrzyły. Wszystko zdawało się być odległe, jakby ktoś porozrzucał wszystko, co było idealnie uporządkowane i nie posprzątał lub zrobił to zupełnie byle jak.
Fimmel nabrała głębokiego wdechu i znów się szarpnęła, gdy Krukonka nie zrobiła tego, co jej przed chwilą obiecała. Dlaczego się wahała? Dlaczego nie rozpięła tych cholernych pasów, kiedy jej obiecała? Potrząsnęła głową, uciekając tym samym od dotyku swojej siostry, jakby ją parzył, drażnił. Wyszczerzyła zęby, niebezpiecznie lustrując ją spojrzeniem błękitnych oczu.
- ROZEPNIJ TE PASY. ZOSTAW TĘ SZKLANKĘ, KTÓRA NIE JEST DO NICZEGO POTRZEBNA! – wrzasnęła, a niecierpliwiąc się. Echo jej głosu odbiło się o ściany szpitalnej sali i dźwięczało jeszcze długo w uszach spokojniejszej Krukonki. Dlaczego Aria tak bardzo przedłużała to, co jej obiecała? Przecież zazwyczaj się słuchała Porunn, robiąc to, co chciała, to o co ją prosiła. Czy teraz nie wyraziła się jasno? A może to ona wymyśliła, żeby ją przywiązać do łóżka skórzanymi pasami, aby nie uciekła, jakby była jakimś cholernym zwierzęciem? Nie miała zamiaru poddać się ugryzieniu i chociaż w tej chwili, czuła niesamowite obrzydzenie do samej siebie, to wciąż pozostawała czarownicą z szanowanego rodu, czysto krwistą. Nikt jej nie dorównywał, nikt, żaden przeklęty mieszaniec, który ją ugryzł, dzięki czemu wylądowała w tym miejscu.
Nie udało się jednak Arii zareagować w odpowiednim momencie. Drzwi do pomieszczenia otworzyły się z hukiem, a do środka wpadło dwóch uzdrowicieli, ubranych w białe fartuchy. W dłoniach trzymali różdżki w pogotowiu i pierwsze co zrobili, to rzucili zaklęcie w Porunn. Aria nie usłyszała jednak żadnego słowa wypowiadanego przez rosłego mężczyznę, więc nie była pewna, jakie zaklęcie zostało użyte na jej siostrze. Wiadome jednak było to, że po nim rozszalała Ślizgonka opadła na łóżko jak szmaciana lalka, pogrążona w głębokim śnie. Dopiero wtedy pojawiła się jeszcze trzecia osoba. Kobieta, gdy tylko zauważyła Arię siedzącą przy łóżku, podeszła do niej szybko i mamrocząc coś o niesubordynacji, chwyciła ją za nadgarstek bardzo, bardzo mocno i wyciągnęła z sali, każąc czekać na swojego opiekuna, który najprawdopodobniej już przybył do szpitala.
Zamknięto Arii przed nosem drzwi, odcinając tym samym od kontaktu z siostrą.


[z/t dla Porunn]
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:35

Profesor Machiavelli miał rację, powinna była siedzieć na tyłku w dormitorium, gdzie nie narobiłaby szkód. Nic z tego, co przed chwilą mówiła, nie dotarło do jej siostry, czego mogła się spodziewać, lecz nie chciała przyjąć do świadomości. To wciąż była jej kochana Porunn, nawet, jeżeli teraz zachowywała się tak, jakby Aria mało co dla niej znaczyła. Chciała się wyrwać i uciec, a ona mogła nie rzucać pustych słów na wiatr – wiedziała, że nie będzie mogła jej wyswobodzić. Nie była sobą, nie w tej chwili. Wszystko się zmieniło, a naruszone fundamenty dziecinnego świata, runęły, nieodwracalnie niszcząc wszystko wokół. Próbowała do niej dotrzeć, lecz ugryzienie było silniejsze. Czy Porunn wciąż spałaby spokojnie, gdyby jej nie obudziła?
Popełniła błąd, choć chciała tylko zobaczyć się z bliźniaczką. Musiała ją zobaczyć, nie miała wyboru. Oszalałaby, siedząc bezczynnie, szczególnie po otrzymaniu przerażającej wiadomości. Zrozpaczona, spoglądała na oszalałą twarz Ślizgonki, a obłęd malujący się na niej sprawiał, że po cichu pękało jej serce. Echo krzyku roznosiło się po sali, wwiercając się boleśnie w głowę Arii. Jej twarz nie wyrażała już ani jednej emocji, gdy siedziała w bezruchu, rejestrując wydarzenia tylko kątem oka. Uzdrowiciele wparowali do pomieszczenia, uciszając siostrę zaklęciem. Ponownie zapadła w sen, wyglądała tak spokojnie… Jakby nic złego się nie stało. Obiecała, że nigdy jej nie opuści, a mimo to bez słowa dała się wywlec obcej kobiecie z sali. Jeżeli coś mówiła, Aria tego nie usłyszała. Patrzyła na nią pustym wzrokiem. Drzwi się zamknęły, ale również ten dźwięk nie zdołał się przebić przez otępienie ciemnowłosej dziewczyny. Poczuła mocny uchwyt na ramionach, gdy ktoś nią potrząsał. Musieli wiedzieć, kogo zawiadomić o jej nocnych ucieczkach i zakłócaniu spokoju. Jedyne, co przyszło jej w tej chwili na myśl, było nazwisko profesora, które musiała automatycznie podać, gdyż nagle zostawili ją w spokoju. Została znów sama, a może tylko jej się wydawało? Uniosła nadgarstek, by przyjrzeć się czerwonym śladom po mocnym uścisku kobiety. Wiedziała, że powinna coś czuć, że coś powinno ją boleć. Może śniła? W koszmarach też jest się tylko biernym obserwatorem.
Nagle znalazła się przy ścianie, do której przycisnęła plecy. Nogi już dłużej nie były w stanie utrzymać Norweżki, ugięły się pod nią. Siedziała teraz na chłodnej posadzce, zaciskając palce na obolałym nadgarstku. Spoglądała w jeden, niesprecyzowany punkt. Nie próbowała nawet walczyć, krzyczeć, a nawet głosy w jej głowie na chwilę ucichły. Mogła wstać, ponownie wejść do siostry, której nie chciała zostawiać. Zmieść każdego, kto śmiałby stanąć na jej drodze. Dlaczego więc się nie ruszała?
Zobacz profil autora
Sebastian Machiavelli
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:36

/dozwolona bilokacja dla Arii i Sebastiana

Nie miał pojęcia, że uczniowie należący do Ravenclawu byli tacy nieokrzesani. Pisząc sowę z informacją o złym stanie siostry Arii, miał nadzieję, że dziewczyna weźmie do serca jego słowa i się nie będzie wychylać. Przecież zależało mu na bezpieczeństwu swoich uczniów, wiedząc, że z pewnością są narażeni na jakieś uszczerbki na zdrowiu, kiedy działają pod wpływem impulsu. I co on miał z nimi robić, żeby utrzymać wszystkich w najlepszym porządku? Nie spał po nocach, starając się zapewnić im jak najlepsze jutro.
Wolne żarty.
Sebastian uśmiechał się, spoglądając przez okno swojego gabinetu na błonia, kiedy to Aria Fimmel uciekała w kierunku Hogsemade, aby stamtąd najprawdopodobniej złapać Błędnego Rycerza. Specjalnie wtedy kazał Silverowi patrolować te okolice, aby się na siebie natknęli, a znając dobre serce wielkoluda – z pewnością nie potrafił jej odmówić, szczególnie, jeśli powiedziała słowo klucz; Szpital Św. Munga. Wtedy spokojnie usiadł przy swoim biurku i zaczął czytać gazetę, czekając na odpowiednią wiadomość, wysłaną przez pracowników szpitala, że uczennica pojawiła się tuż przy pogryzionej Ślizgonce. I nie musiał nawet długo czekać. Uśmiechnął się tylko pod nosem odczytując oficjalny list, po czym podniósł się z siedzenia i zarzucił na siebie czarną szatę, po czym wyszedł z gabinetu. Zszedł do kuchni, a tam uprzejmie poprosił jednego ze skrzatów, aby przeteleportował go do szpitala.

***

Pojawił się w holu, przywitał się uprzejmie z recepcjonistką, a następnie spojrzał na skrzata, nakazując mu poczekać na niego i na uczennicę, którą miał zamiar zabrać do szkoły. Oczywiście najpierw miał zamiar opowiedzieć jej parę słów, które z pewnością ruszą jej słodkie serduszko. Wspiął się więc po schodach na pierwsze piętro, na oddział Urazów Magozoologicznych i rozejrzał się po korytarzu. Panował nadzwyczajny spokój, co tylko przyjął z lekkim uśmiechem na ustach, który zaraz zniknął, gdy dostrzegł siedzącą, skuloną na podłodze Arię. Podszedł do niej i bez słowa usiadł po turecku obok. Oparł się wygodnie o ścianę i spojrzał w sufit.
- Dobrze, że mnie zawiadomiłaś. Pewnie bym się dopiero dowiedział rano o Twoim zniknięciu i wierz mi, nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś Ci się stało – powiedział, po czym położył jej dłoń na ramieniu, chcąc trochę dodać jej otuchy. Miał poważny wyraz twarzy, starając się po prostu jej jakoś pomóc. A przynajmniej chciał, żeby to tak wyglądało.
- Możesz mi wierzyć lub też nie, ale kiedy byłem w Twoim wieku, to mój brat został zamordowany. Ciężko było mi się z tym pogodzić, ale dałem radę. Ciężkie to były czasy, niebezpieczne i smutne  – westchnął, po czym na chwilę zatrzymał swój słowotok, chcąc aby ta chwila była nieco bardziej dramatyczna. Spoglądał cały czas w sufit, zastanawiając się nad tym, jak naiwni muszą być uczniowie, myśląc, że wszystko uda im się załatwić samodzielnie, kiedy mieli zaledwie szesnaście lat i jeszcze niedawno moczyli pieluchy. Byli żałośnie naiwni i w jakiś sposób mu mimo wszystko imponowali. Ta ślepa wiara w sprawiedliwość tego świata była niesamowicie zabawna. Jednak jego wyraz twarzy wciąż zostawał spokojny, niemalże bez wyrazu.  
- Ciesz się, że ona żyje. I ciesz się też, że nie zrobiła Ci krzywdy, Ario – dodał, po czym podniósł się z podłogi, łapiąc dziewczynę pod pachami obiema rękami, ciągnąc tym samym do góry. Obejrzał jej twarz z zainteresowaniem i troską wymalowaną na twarzy, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nie została w jakiś sposób zraniona przez rozszalałą Ślizgonkę.


Ostatnio zmieniony przez Sebastian Machiavelli dnia Wto 28 Lip 2015, 21:37, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Aria Fimmel
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:37

Było spokojnie, zbyt spokojnie. Panująca wokół cisza i półmrok były przerażające, choć zazwyczaj przynosiły ukojenie. Z oddali roznosił się dźwięk kroków, który mącił ten porządek rzeczy. Nie musiała nawet podnosić oczu, by wiedzieć, kto usiadł nieopodal. Nie ma co, wiadomości roznosiły się niezwykle szybko, a Aria miała nadzieję siedzieć tu całe wieki. Mieć po prostu spokój, być niezauważaną. Męski głos zdołał się przebić wprost do umysłu dziewczyny, która już zdążyła – przynajmniej częściowo – powrócić do rzeczywistości. Wciąż daleko było jej do stanu zwanego „normalnością”, choć była aż nad wyraz spokojna. Słuchała, pozwoliła mu wypowiadać te nic nieznaczące słowa.
- Nie wiedziałam, kogo powinnam powiadomić… – powiedziała prawdopodobnie zbyt cicho, by ktokolwiek mógł ją usłyszeć. Nie miała kogo zawiadomić. Została jej tylko Ingrid, której obecności w tej chwili po prostu nie chciała. Zapewne podzielała chociaż częściowo poglądy ojca, a Aria nie była gotowa słuchać jej zdania, nie teraz. Przesunęła delikatnie głowę w stronę, z której nagle zaczęło dochodzić do niej ciepło. Najchętniej strzepnęłaby dłoń Machiavelliego ze swojego ramienia, ale ciało wciąż nie chciało skutecznie współpracować z myślami, więc zaniechała tej czynności.
- Przykro mi z powodu pańskiego brata – rzuciła, lecz jej głos nie wyrażał ani krzty współczucia, co nawet ona sama skomentowała lekkim zmarszczeniem brwi. Tak, jakby zdziwił ją fakt, jak mało obchodziła ją ta historia. Zamiast żalu, zaczęła w niej znów budzić się skrywana złość. Porunn żyła. Z czym ona miała się pogodzić? Przygryzła mocno wargę, by nie zacząć wrzeszczeć, ubijając po raz kolejny uczucie, które domagało się wolności. Ani razu nie spojrzała w twarz nauczyciela.
Dała się podnieść z chłodnej posadzki, niczym szmaciana lalka. Na szczęście zdołała utrzymać się w pozycji pionowej, choć nogi wciąż miała jak z waty. Dopiero po chwili podniosła głowę, wbijając wzrok w oczy nauczyciela.
- Porunn nigdy nie zrobiłaby mi krzywdy – wycedziła, nieco ostrzej, niż zamierzała. Czy on też uważał, że jej siostra teraz stała się potworem? Cóż, nie była nim. Poza tym w tej chwili Arii było wszystko jedno, czy ktoś by zrobił jej krzywdę, czy nie. Było jej to tak samo obojętne, jak troska wymalowana na twarzy mężczyzny. Zaciskające się na własnym nadgarstku palce w końcu wyswobodziły obolałe miejsce, a ręce bezwiednie opadły wzdłuż sylwetki. Opuściła znów głowę.
- Przepraszam za moje zachowanie… i za kłopot… – dodała, gdy rozmierzwione włosy przysłoniły jej twarz. Zapomniała już, jak bezpiecznie się czuła, odcinając się gęstą kurtyną od świata. Nie mogła nic więcej zrobić. – Nie chcę wracać do dormitorium. Nie chcę z nikim rozmawiać, nie mogę – głos niebezpiecznie zadrżał, ale z oczu nie popłynęły łzy. Wątpiła w to, że nauczyciel się tym przejmie, zapewne zaganiając ją bezpowrotnie tam, gdzie powinna była siedzieć. Nie miała nawet dokąd się udać.
Zobacz profil autora
Sebastian Machiavelli
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 28 Lip 2015, 21:38

Spoglądał na Arię z politowaniem w oczach. Pokręcił głową, nie mogąc słuchać tych bzdur, które teraz wygadywała na temat tego, że Porunn nie zrobiłaby jej krzywdy. W tej chwili, to z pewnością. Szczególnie, że z tego co słyszał, najpewniej rzuciłaby się jej do gardła i rozerwała je od środka, nie patrząc nawet na to, kim dla niej była. Miał nadzieję, że zajmą się Ślizgonką na tyle dobrze, żeby mogła w jakimś stanie używalności wrócić do szkoły i nie pozabijać nikogo dookoła. Nie mógł zrozumieć tej ślepej wiary Arii we własną siostrę, która w tej chwili raczej jej nawet nie przypominała. Zacisnął mocniej dłoń na ramieniu dziewczyny i westchnął ciężko.
- Wydaje mi się, że sama zrobiłaś sobie krzywdę z tych nerwów – zauważył, wskazując palcem na jej dłonie, które były zakrwawione przez mocne zaciskanie pięści, przez co wbijała sobie paznokcie w skórę. No cóż. Dzieciaki wydawały się takie destrukcyjne, że sam nawet nie mógł w to uwierzyć. Było to interesujące zjawisko, jednak mimo wszystko nie mógł się oprzeć wrażeniu, że gdyby puścić uczniów samopas do lasu – to były dwie możliwości. Pierwsza, to zostaliby zjedzeni w przeciągu pięciu minut. Druga, to zostaliby pustelnikami i zapomnieli ludzkiej mowy.
Istniała też jeszcze trzecia możliwość, jednak o niej wolał nie myśleć. Przynajmniej nie teraz, kiedy miał przed sobą uczennicę, która najwyraźniej straciła kontakt ze światem. Potrząsnął nią lekko, po czym bez słowa pociągnął w kierunku wyjścia.
- Przykro mi to mówić, ale będziesz miała szlaban. Jeszcze się zastanowię nad nim i z kim, ale do tego czasu prosiłbym abyś siedziała w dormitorium i się nie wychylała za bardzo – powiedział spokojnie, następnie, łapiąc skrzata za ramię, ówcześnie musząc się lekko pochylić. Poprosił, aby przeniósł ich do Hogwartu, gdzie pierwsze co zrobił, to zaprowadził dziewczynę do wieży Ravenclawu, a następnie do dormitorium, aby się upewnić, że znalazła się tam, gdzie znaleźć powinna – czyli w łóżku. Nie interesowało go to, czy będzie spała, czy też nie. Ważne, że on będzie mógł wrócić do swojego gabinetu i wypić herbatę, a później może położyć się spać.
Ach, jednak nie! Najpierw wymyśli serię szlabanów dla Gallaghera, Scrimgeour i oczywiście Fimmel. Nie będą mu się tu bezkarnie pałętać przestępcy po szkole.


[z/t dla Arii i Sebastiana]
Zobacz profil autora
Mistrzynie Papużki
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Sob 26 Wrz 2015, 22:35

Dwójkę młodych ludzi przetransportowano w trybie nastychmiastowym do Szpitala Św. Munga, gdzie od razu zostali oddani pod opiekę uzdrowicieli. Z trudem udało im się dwójkę uratować. W ich organizmach było niesamowite stężenie mieszanki trucizny i jadu, który cudem nie spowodował urazu mózgu oraz połączeń nerwowych. Minął tydzień zanim magomedycy dostali jakiekokowiek reakcje z waszych stron.

Audrey - leżałaś w łóżku w jasnej, białej sali, tuż pod oknem. Padał deszcz, a do twoich uszu dochodził spokojny, miarowy stukot uderzenia kropel o metalowy parapet. Bolało cię dosłownie wszystko, a najbardziej głowa. Miałaś migrenę, a do tego dochodziła niemożność poruszania ciałem. Nie czułaś ani rąk, ani nóg, jakby zostało ci to w brutalny sposób odebrane. Kręciło ci się w głowie i zbierało na wymioty.

Maghnus - gdy otworzyłeś oczy, nie mogłeś dostrzec nic, oprócz białej zasłony, oddzielającej się od reszty świata. Twoja ręka była owinięta grubą warstwą bandażu. Bolała, potwornie. Do tego nie słyszałeś na jedno ucho, ani nie widziałeś na jedno oko. Czy zostanie to na stałe? Nic nie wiadomo. Jak na razie boli cię brzuch, który został przebity na wylot strzałą. Nie możesz się ruszać, a jeśli nawet, to przy niesamowicie wielkim i bolesnym wysiłku.

_________________

knujo nieprzerwanie wiele niedobrych rzeczy
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Sob 26 Wrz 2015, 22:52

Powiedzieć, że życie przemknęło jej przed oczami, to naprawdę za mało. Tak lakoniczne stwierdzenie w żaden sposób nie oddawało szaleńczej gonitwy przez spiralę wspomnień, jaką odbyła Audrey w ciągu ostatnich chwil. Chwil... Dokładnie tak to postrzegała. Film urwał jej się jeszcze przez nadejściem Hagrida, choć słyszała już jego głos. Potem luka. Jeszcze większa, i jeszcze. Ubytki, które trudno ogarnąć rozumem. I wreszcie - teraz. Teraz, gdy zaczęła słyszeć. Teraz, gdy zaczęła widzieć. Teraz, gdy zaczęła...
Nie, nie zaczęła. Nie zaczęła czuć. Przynajmniej nie wszystko, co powinna.
Ból. To czuła. Nie umiała znaleźć jednego źródła cierpienia, jednego źródła mniejszego niż ogólne określenie: ciało. Każdy mięsień, każde ścięgno, każdy centymetr naskórka. Głowa. Oczy. Otworzyła je tylko na chwilę, zamykając ponownie zaraz po tym, gdy światło dnia prześwidrowało jej umysł setką szpilek. Wiedziała, że było pochmurno. Słyszała deszcz. Mimo to w tej chwili i tak było dla niej zbyt jasno, zbyt słonecznie. I za głośno. Stanowczo zbyt głośno.
Myślała, by zasłonić uszy dłońmi. Wiecie, prosty gest obronny, nic, co mogłoby zmienić jej sytuację, ale mogłoby dać jej namiastkę bezpieczeństwa. Osierocone dzieci kołyszą się w przód i w tył, bo to je uspokaja. Faulkner obejmuje głowę, by nie oszaleć... Nie, przepraszam. Nie obejmuje. Nie może. Nie potrafi.
Cały proces uniesienia rąk i przyłożenia dłoni do uszu miała już doskonale rozplanowany. Wizualizowała go sobie przed oczyma, nie całkiem świadomie, w ten sposób, który poprzedza każdą czynność. Faza przygotowania, poinformowania mózgu, że chce się coś zrobić. Pierwsze impulsy elektryczne, za nimi kolejne, cała fala informacji przesyłana wzdłuż nerwów do receptorów. W odpowiedzi...
Nic. Zupełnie nic.
Gwałtownie wciągnęła powietrze. Kolejna próba. Jeszcze jedna. I jeszcze. Oczywiście, nie potrzebowała ich. O tym, że jej wysiłki są daremne, wiedziała już po pierwszym razie. Kolejne powtórzenia nieudolnych starań były tylko utwierdzaniem się w swym położeniu. Kopaniem leżącego.
Szarpnęła gwałtownie głową w stronę sali. Deszcz jej nie interesował. Monotonne szumienie drażniło przewrażliwiony teraz słuch. Zresztą, wszystko ją drażniło. Ale nie mogła tak leżeć, nie mogła po prostu... Czekać?
Zaniosła się kaszlem, zakrztusiła się własną śliną. Panikowała. Oczywiście, jak mogłaby nie panikować? Kolejne obrazy, kolejne wizje przytłaczające ją wagą swego dramatu. Ręce. Nogi. Ciało. Oddajcie mi mnie, oddajcie  mi... Nie wiedziała, od czego zacząć. Chciała wyć, wyć jak dzikie zwierze. W duchu chyba nawet to robiła. Walcząc z mdłościami, z narastającym przerażeniem, z piekłem w głowie - chyba faktycznie wrzeszczała.
Oszalała we własnej głowie.
Kolejna próba poruszenia kończynami. Kolejny spazmatycznie nabrany oddech.
- Ktoś... - Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Może, gdyby się nie bala - może wtedy by potrafiła. Ale nie teraz. Teraz popadała w obłęd. Była tchórzem, cholernym tchórzem.
- Muszę... - Pojedyncze słowa wyrzucane z siebie na przydechu. Cicho, zbyt cicho. Nie umiała głośniej, nie teraz.
Chciała do rodziców. Nie, nie tych biologicznych, do nich nie chciała nigdy. Van Lyndenów, to ich potrzebowała. Byli jej rodziną. Jedyną rodziną, jedynymi ludźmi, którzy faktycznie ją kochali. Wydostali ją z sierocińca, to przecież coś znaczyło, prawda? Rzadko kiedy umiała im pokazać, że też ich kocha. Tego dnia również by nie umiała. Ale potrzebowała ich. Potrzebowała bardziej niż kogokolwiek innego.
Zobacz profil autora
Maghnus Mulciber
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Pon 28 Wrz 2015, 05:08

Nim osunął się w spokojny sen, usłyszał tylko męski głos, z jednym słowem "stać". Oczywiście nie zamierzał przyjmować żadnych rozkazów, więc opadł na ziemię świadom, że to już koniec, że jego piękne życie, w tak jaskrawych kolorach właśnie dobiegło końca. I niczego nie żałował, po prostu odpłynął.
Gdy wreszcie się obudził, był całkowicie przekonany że już nie żyję. Pora zwiedzać...to co jest po śmierci, cokolwiek to jest. Póki co widział tylko biel - a więc tak to wygląda "dalej"? Tylko biel i nic więcej? Być może nawet by w to uwierzył, gdyby nie jedna myśl, przebijająca się ponad inne. Z tego co się orientował, martwi nie czują bólu, a on był daleki od tego stanu - zabandażowana ręką przeszkadzająca mu niemiłosiernymi falami palącego bólu, brzuch zachowujący się jakby zamierzał zaraz wybuchnąć, rozsadzić go od środka...do tego jego zmysły nie były tak sprawne jak zwykle. To świadczył o tym, że wciąż żył i mógł dalej tworzyć. To chyba jakiś pozytyw całej tej sytuacji. No cóż, pora więc wstać i sobie stąd pójść - nie miał czasu na wylegiwanie się, w końcu świat czekał na jego kolejne ekscesy, a on nie miał w zwyczaju zawodzić całej ludzkości poprzez własną niemoc. Co prawda nigdzie nie mógł znaleźć swojej różdżki - gdzieś musiała się zawieruszyć, więc na pewno ją znajdzie, nawet z jednym okiem sprawnym. Niestety, dotarło do niego, że jego próby wykonania ruchu zakończyły się niepowodzeniem.
- Kurwaaaaaaaa - spróbował wykrzyknąć z frustracji spowodowanej własna niemocą, jednakże z jego ust wydobył się tylko cichy szept zakończony falą wyjątkowo bolesnego kaszlu - w końcu spinanie mięśni brzucha w reakcji typowej dla kaszlenia, zdecydowanie nie ułatwiło mu sprawy i doprowadziło go tylko do kolejnej fali tego nieprzyjemnego uczucia, które zapewne miało go wręcz oślepić. Mimo jego przyzwyczajenia do bolesnych przeżyć, to było wyjątkowo nieprzyjemne, lecz było coś co go pocieszało. To tylko ból, nędzny ból fizyczny - kim by był, gdyby nie potrafił go nawet znieść? Pomimo tego, jak trawił jego trzewia, pomimo tego że wysysał z niego chęć do życia, co niby miało to znaczyć w obliczu wielkości jego sztuki? Był artystą, a to znaczyło że musiał być gotowy do poświęceń. Zacisnął więc zęby czując że pożałuje tej decyzji i spróbował się poruszyć, drgnąć, obrócić. Nie było to przyjemne, jednakże zaciskał wystarczająco mocno by przypadkiem się nie ugryźć - to dopiero by było nieprzyjemne uczucie, dodawać sobie nieciekawych wrażeń. Dołożył więc wszelkich starań, by przełykając ból, udało mu się obrócić nogami w stronę wyjścia z łóżka. Następnym jego ruchem, w wypadku powodzenia, miała być próba powolnego (i zapewne cholernie bolesnego) podniesienia się na nogi. Co prawda miał świadomość że gdziekolwiek był, to nie łatwo będzie się stąd wydostać gdy każdy ruch wymaga od niego znoszenia kolejnego, okrutnego i zaciemniającego bólu, ale nie mógł znieść tej bezczynności, więc taki był jego plan. Obrócić się, wstać i iść, gdziekolwiek, nie zważając na to jak bardzo jest aktualnie zniszczony - ale kto wie, czy uda mu się coś tak aktualnie skomplikowanego.
Zobacz profil autora
Audrey Faulkner
avatar

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   Wto 29 Wrz 2015, 19:14

Jakżeż miło było usłyszeć znajome słowo wypowiedziane znajomym głosem! Chociaż, wiecie, wypowiedziane to może za duże określenie. To był szept, szept doskonale nadający się na bycie tylko złudzeniem. Ale Audrey uwierzyłaby teraz we wszystko. W to, że van Lynden wybiegł w środku rozprawy po to, by ją odwiedzić. W to że matka (ta adopcyjna, oczywiście) nie będzie się na nią złościć. I w to, że jej niedoszły kochanek również okazał się być we (względnie) jednym kawałku.
- Mulciber? - Z trudem sformułowane nazwisko brzmiało bardziej jak kaszlnięcie. W tonie Faulkner nie pozostało nic ze spokojnej akceptacji, nic z ciekawości, jaka cechowała ją jeszcze kilka minut (godzin? dni?) temu, gdy wraz ze Ślizgonem wymieniała molo na Zakazany Las. Teraz Holenderka była przerażona, tak po prostu, okrutnie przerażona.
Bo wiecie, gdy już tak sobie poleżała, gdy uświadomiła sobie skalę własnej tragedii, przed jej oczyma pojawiła się tylko jedna myśl. Quidditch. Quidditch, który mogła w tak żałosny sposób utracić. A utracić quidditch to stracić życie, dokładnie tak wyglądało to dla Faulkner. Nie liczył się już nawet sam fakt niemożności poruszania, ważne było to, czym mógł skutkować.
Znów próbowała się poruszyć. Odwrócić, usiąść, do cholery, chociaż ruszyć palcem. Znów skończyło się tylko zaciśniętymi zębami i falą nasilonego bólu głowy, jak gdyby jej własne ciało manifestowało w ten sposób kategoryczny zakaz podobnych poczynań.
Albo jakby się z niej śmiało. I co, fajnie było?
- Mulciber. - Tym razem brzmiała wyraźniej. Chyba. Przynajmniej się starała. Skoro mogla tylko leżeć i patrzeć się w sufit, skoro skazana była na użeranie się z własnym lękiem, skoro właśnie taką rozrywkę zapewniono jej na najbliższe minuty (myśl, że tak miało być stale, coraz silniej wypierała jako nieprawdopodobną, niemożliwą, po prostu nie) - cóż, w takiej sytuacji przynajmniej do wypowiadanych słów mogłaby się przyłożyć, prawda? To niezbyt wielkie życzenie, naprawdę. Mówić. Po prostu mówić. Składnie, zrozumiale, jasno. Tylko tyle, nic więcej.
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: I piętro - Urazy Magozoologiczne   

 

I piętro - Urazy Magozoologiczne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Londyn
 :: 
Szpital Św. Munga
-