IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | .
 

 Parter - Wypadki Przedmiotowe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Pią 14 Lis 2014, 22:15

Przechodząc przez selekcję w postaci manekina wprowadzającego ich do świętego Munga, zostali poinformowani na którym piętrze znajduje się Henry Lancaster i mimo, że minęło kilka minut – Clarissa musiała popchnąć Dwayne’a aby się ruszył. Przez drogę pogwizdywał cicho pod nosem z dłońmi schowanymi za pasek indiańskiego ubrania, a mijający go pacjenci oraz personel medyczny przyglądał mu się uważnie. Właściwie ich dwójka spotykała się ze zniesmaczonymi spojrzeniami, albo rozbawieniem tych młodszych ludzi zwanych dziećmi, kiedy oboje szli przez chłodną posadzkę korytarza bez żadnego obuwia. Nawet dziewczyna przykuwała uwagę swoim strojem i fragmentami gałązek czy liści we włosach, a pióropusz wciąż znajdujący się na jej głowie informował wszystkich neonowym napisem: „uwaga, duże dzieci!”.
W końcu oboje znaleźli się przed oszklonymi drzwiami do pokoju kolegi, ale zamiast wejść z szerokim uśmiechem i przeszkodzić w ewentualnej rozmowie, Dwayne zatrzymał się – zerknął do środka, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł kilka kroków w kierunku okna. Tylko kilka sytuacji w życiu sprawiało, że miał śmiertelnie poważną minę na twarzy i nie pozwalał byle komu przyglądać się w tak ciężkich dla niego chwilach. Starał się uciec spojrzeniem przed Clarissą z zaciśniętymi mocno wargami, aby nawet nie dostrzegła rozluźnienia mięśni w grymasie strachu.
Miał wrażenie, że ktoś nałożył mu na klatkę piersiową ciężar przynajmniej 10 kilogramów, bo oddychało mu się ciężko i jakoś tak miał problemy z uspokojeniem łomocącego w głowie serducha. Wmawiał sobie, że opatrunek na głowie Henry’ego to tylko tymczasowa sprawa, pewnie mu głowę musieli zszyć, bo mu mózg zaczął wypływać. Mimowolnie parsknął śmiechem pod nosem i kręcąc głową dodał do siebie: - Chyba jego resztki. – Po czym bez ingerencji Clarissy pozbierał się, aby wymijając ją mało taktownie, z zamachem otwierając drzwi i mało subtelnie witając się z kolegą krzyknął:
- Siema Henio! Co to za leżakowanie, co? Bierz tyłek w troki, bo trening trzeba zrobić i przygotować się, aby sprać tyłki śliz gonom na meczu! – Co więcej, ani razu jego głos nie podskoczył w górę, ale pozostał basowy, co musiało być dla Henia całkiem sporą nowością, skoro od listopada całkiem sporo się zmieniło w wyglądzie zewnętrznym prawie wszystkich jego znajomych.
Zobacz profil autora
Henry Lancaster
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Sob 15 Lis 2014, 14:01

Dni mijały, Uzdrowiciele wchodzili, wychodzili, matka niemal codziennie wściubiała nos do sali, ojciec dalej psioczył na Dumbledore'a i groził, że zabierze swe dzieci do Drumstrangu. Dziad Anthony przychodził wtedy, kiedy Henry o to poprosił i nie narzucał swojej obecności, co chłopak sobie cenił. Rozmowa z Amycusem trochę mu rozjaśniła w głowie, ale dalej Henry nie wiedział dlaczego Soleil i Tanja patrzyły na niego tak dziwnie. Ze łzami w oczach, co go przygnębiało.
Swoją siostrę Laurel pogonił, aby siedziała w domu i czekała na sowę z jego SUMami, a nie suszyła mu głowy. Już wystarczająco mocno w nią oberwał, aby pozwolić, zeby jakaś mała blondyneczka doprowadzała go do migreny. Gdy goście przyszli, Heniek siedział na łóżku ubrany już normalnie. Pozbył się piżamy w kropki i nie wyglądał jak dalmatyńczyk. Turban na głowie zmienił się w zwykły, trzywarstwowy bandaż owinięty wokół czoła, skroni, potylicy - najbardziej uszkodzonej. Na czubku głowy wystawały jak zwykle nieuczesane i nieogarnięte włosy. Dalej miał doczepioną do ręki kroplówkę i wenflon w ręku. Ogólnie rzecz biorąc Heniek nabierał koloru i szykował się do powrotu do domu. Dalej miał podkrążone oczy, trochę sine usta. Schudł, znowu i ponownie będzie musiał dużo jeść, żeby przytyć, co chyba nie będzie problemem. Najgorsza była ta dziura w głowie, niepewność, niewiedza i niepamięć. Morison wszystko mu opowie, musiał. Choćby miał wlewać w niego Veritaserum, dowie się co się działo przez ostatni rok.
Chociaż Dwayne nigdy nie zachowywał się cicho, z ulgą powitał jego krzyki i gadanie.
- Zacytuję cię na treningu, Indianinie. Zostałem kapitanem i mimo, że dostałem w głowę to nie dam puchonom spokoju. Dam wam wycisk. - wyszczerzył się do chłopaka i zerknął zza niego, aby pojąć kogo przyprowadził. Drobna sylwetka czarnowłosej Puchonki należała do znajomej osoby.
- Cześć, Clary. Gdzie wyście byli, że jesteście na boso i wyglądacie jakby was wiedźma chciała ugotować na obiad? - zapytał wesoło i miał nadzieję, miał szczerą, ale to szczerą nadzieję, że przeczytali napis na drzwiach, który przykleił, aby uczulić gości zanim wejdą. Nie pamiętał, super.
Lancaster wstał z łóżka i rozprostował kości. Należał się już wystarczająco. Nikt co prawda nie dowiedział się o jego wycieczce do Carrowa, ale już nie próbował spacerów aż do czasu jak sami mu tego nie zaproponowali. Słyszał, że Carrow już wyszedł, a więc Henry też przygotowywał sie do wypisu. Uśmiechnął się do nich pogodnie, jakby już odpowiadał na nie zadane pytanie jak się czuje.
- Przeczytaliście napis na drzwiach? - nagle uśmiech ten zbladł, a ton głosu Henry'ego też stał się poważniejszy i czujniejszy. Zauważył, że Dwayne mówił również inaczej i tak na prawdę się o niego martwił. Miał w planach dać mu do zrozumienia, że jest okej, ale najpierw musi się upewnić, że przeczytali słowa: "MAM AMNEZJĘ. OSOBY PŁACZĄCE NIECH NIE WCHODZĄ DO ŚRODKA". Pierwsze zdanie było kluczowe.
Zobacz profil autora
Clarissa V. Jonson
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Sob 15 Lis 2014, 20:12

Czekała aż wszystkie te formalności skończą się, powoli traciła już cierpliwość. Marnowali tylko czas a ona i tak nie słuchała. Wystarczyło jej to, że poznała informacje na temat dokładnego położenia przyjaciela. Po paru minutach mogli już iść dalej, ale Puchon z którym tu przyszła jakby zastygł w miejscu. Musiała go popchnąć, by ten się ruszył. Zdenerwowana szła tuż obok niego, wykręcając sobie palce, to właśnie po tym można było rozpoznać czy dziewczyna się denerwuje. Szczere powiedziawszy nie zwracała teraz zbytnio uwagi na towarzyszącego jej Dwayne'a. Zamyślona patrzyła prosto przed siebie. Personel i pacjenci mijani przez nich na korytarzu irytowali ją. Dobrze może nie wyglądali zbyt dobrze, ale przecież znajdowali się w szpitalu. Trochę zrozumienia, w końcu jak udajesz się do szpitala to nie zwracasz uwagi jak wyglądasz tylko starasz się jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Przynajmniej ona tak myślała. Dlatego też miała wysoko uniesioną głowę patrząc prosto w oczy mijanym przez nich osobom. Szła krok w krok za Dwaynem, przystanęła obok niego przy oknie. Nie weszła pierwsza, uważała że to on musi to zrobić. Spojrzała na niego kątem oka, nie wiedziała jak ma się zachować w tej sytuacji. Mogłaby go pocieszyć, ale czy on tego chciał? Ona sama na pewno by nie chciała, nie lubiła kłamstwa. Wolała bolesną prawdę od kłamstwa. Nie skomentowała w żaden sposób jego słów. Nieco ją zaskoczył, gdy ruszył w stronę drzwi i wszedł do środka. Myślała, że będzie stał tu dłużej. Ruszyła za nim i weszła, przystając nieco z tyłu. Od razu zauważyła, że chłopak leżący na łóżku schudnął, a i bandaże nie uszły jej uwadze. Uśmiechnęła się słysząc ich wymianę zdań, ale stał się on jeszcze szerszy gdy Henry się z nią przywitał. - Cześć Henio! Bardzo zabawne, dziękuję. - zaśmiała się cicho, wyciągając liście i gałązki z włosów. - Znasz Dwayne'a, wiesz, że ten lubi bawić się na drzewach. - uśmiechnęła się, podchodząc bliżej i stojąc już obok Indianina. Popatrzyła na Henia nieco przestraszona, gdy ten podniósł się z łóżka. Chciała zapytać jak się czuje, ale chłopak uprzedził ją i zadał im pytanie. Słysząc je uśmiech nieco jej zbladł i pokiwała twierdząco głową. Zauważyła go, ale nie była pewna, czy chłopak stojący obok niej również.
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Sob 15 Lis 2014, 20:31

- No i prawidłowo, musimy dokopać tym śmierdzącym wężom! – Przytaknął Henry’emu z nadmiernym entuzjazmem, zatrzymując się przed nim dopiero wtedy kiedy znalazł się kilka kroków od łóżka i mógł zawahać się czy poklepać przyjaciela po ramieniu czy sobie darować. Dostrzegłwszy wenflon wetknięty w wierzch dłoni wzdrygnął się wyraźnie, jak gdyby wyszedł przed chwilą z bardzo zimnego jeziora i próbował zapomnieć o tym zdarzeniu już na zawsze. – Cytuj śmiało, wiesz, że ja zawsze jestem chętny do treningów. Nie znajdziesz lepszego ścigającego ode mnie. Zobaczysz, kiedyś będziesz mógł się chwalić, że to ty mnie przyjąłeś do drużyny. Jak już będę sławny i dostanę się do Reprezentacji. – Krótki monolog wypadł z ust Dwayne’a zadziwiająco lekko, jak gdyby chłopak rozkręcał się w rozluźnianiu się i opowiadaniu planów na przyszłość. – Zresztą, przytyć musisz zanim nam dasz wycisk. Chcesz abyśmy my tak schudli jak ty? – Skwitował z rozbrajającym uśmiechem, formując usta w szeroki grymas odsłaniający niezbyt równe zęby.
- Próbowałem zrobić z Joe i Clar małpiatki, wiesz takie śmieszne małe, co tak przeskakują z gałęzi na głąź. Moglibyśmy je wziąć i transmutować, McGonagall by nas pochwaliła za umiejętności przekraczający poziom naszej wiedzy! – Mówiąc to przykurczył ręce i manewrował delikatnie dłońmi i palcami, zmieniając głos na bardziej piskliwy, aby przekazać w jak najśmieszniejszej formie sposób prezentacji „małpiatek”. Oj, gdyby tylko Joe się o tym dowiedziała, z całą pewnością spróbowałaby doczarować Dwayne’owi małpi ogon. A co na to Clarissa? Póki co Puchon parsknął śmiechem i profilaktycznie zaszedł podnoszącego się Henia z drugiej strony, co by dziewczynie nie przyszło do głowy podskoczyć do niego.
- Napis? Eee… Jaki napis? – Powtórzył za przyjacielem nieco zbyt zaaferowany pobytem kolegi w szpitalu, żeby interesować się napisami przed drzwiami do Sali. Gdyby pisało tam „prosimy o ciszę” – Dwayne i tak by tego nie doczytał. W środku był Henry, więc póki nikt nie zwróci mu uwagi, może zachowywać się tak, jak dusza pragnie. Zerknął na towarzyszkę i wzruszając ramionami przysiadł na łóżku przesuwając poduszkę Lancastera do tył, moszcząc się (brudnym od liści i ziemi) tyłkiem na świeżutko pachnącej (lekarstwami) pościeli. – Lau do mnie napisała, że ojciec chce was do innej szkoły wysłać. Pewnie się boi, że ktoś próbuje się do niego dorwać przez ciebie. Zresztą, sam pierwsze co pomyślałem, to to, że ten psychol znów ci poprzestawiał w mózgu, ale na dole powiedzieli coś o jakiejś alibiasie czy coś. Myślałem, że Sol do mnie napisze albo coś, ale nic do mnie nie dotarło. Pewnie codziennie przynosi ci jakieś łakocie, co? – Puścił oczko w stronę kolegi nie mając nawet bladego pojęcia, jak wiele zdarzyło się w ciągu tych kilku zaledwie dni i jak wiele informacji rzuca na barki Henry’emu. Zerknął na Clarissę wyraźnie zestresowaną, posyłając jej jeden ze swoich szerszych uśmiechów zadowolenia. – Jak zwykle Lau przesadzała, bo pisała że w śpiączce leżysz i walnąłeś się w głowę. Pewnie się przewróciłeś w namiocie i walnąłeś o kant szafki, co? – Najwyraźniej humor Morisona polepszał się z każdą sekundą, ponieważ żartobliwe insynuacje były prowokacją do przyjacielskiej kłótni w stylu „głupi jesteś – nie, ty jesteś głupszy”. To nic, że w ten sposób próbował zamaskować swoje zdenerwowanie.
Zobacz profil autora
Henry Lancaster
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Sob 15 Lis 2014, 21:11

Heńka powoli irytowało, że każdy kto go odwiedzał miał ponure miny. Przecież żył! Odwzajemnił uśmiech Clary ciesząc się, że przynajmniej ona nie rozpłakała się na jego widok. Ponura atmosfera w jego Sali powoli go przytłaczała. Przynajmniej te dwoje Puchonów poprawi mu nastrój swoją paplaniną, gadaniną i głupstwami. Poczuł się o niebo lepiej jak tylko usłyszał o wspinaczce na drzewa i polowaniu na małpiatki. Niczego normalnego się po Indianinie nie spodziewał i dzięki Merlinie, dostał dawkę czegoś typowo znajomego.
- Znam go i dlatego właśnie pytam jakim cudem uciekł wiedźmie przed ugotowaniem. – wyszczerzył się i wywrócił oczami przy komentowaniu jego stanu fizycznego. – Ty się o mnie nie martw, wrócę do formy jeszcze przed świętami. Węże nie będą mieli z nami szans. To może dasz jeszcze mi i Clarie autograf, żebyśmy mogli zdobyć za niego fortunę jak będziesz już w reprezentacji? – zaśmiał się, bo tego mu brakowało.
- Dwayne, nasza wiedza już przekracza poziom szkolny, chyba zapomniałeś o puchońskim geniuszu wrodzonym. – znowu się Henry wyszczerzył i wtedy wyglądał o wiele zdrowiej. Tak na niego działali znajomi. Na chwilę powrócił do formy i poczuł się dawnym sobą. Zapomniał na te kilka minut, że ma dziurę w głowie. Zerknął uważnie na dziewczynę sprawdzając czy zaraz się nie rozpłacze tak, jak Soleil ani nie przygaśnie jak Tanja. Nie oczekiwał, że będą nieczuli, ale Henry był teraz uzależniony od reakcji otoczenia. To otoczenie wiedziało o nim więcej niż on sam. Zanim zdążył skomentować zachowanie Laurel – co za wredne babsko, mina całkowicie mu zrzedła, a uśmiech zniknął szybciej niż się pojawił. Henry z wrażenia usiadł z powrotem na łóżku i pobladł, jeśli jeszcze się bardziej da. Oczekiwał nie owijania w bawełnę i szczerości od Dwayne’a, ale ten robił to w takim tempie, że Lancaster ledwie nadążał za przyswajaniem pozyskiwanych informacji. Milczał jeszcze długo po tym jak Morison zamilkł. Przez chwilę wyglądał, jakby się zawiesił.
- Wiesz, Dwayne… bo leżałem w śpiączce i nie uderzyłem głową o kant szafki, tylko dostałem głazem w potylicę, bo runął mi i kilku osobom sufit korytarzu. – wyjaśnił powoli i śmiertelnie poważnie. Chwila normalności uleciała hen daleko. Zmarszczył czoło, dotknął zabandażowanej głowy, bo zaczęła pulsować od mocno bijącego serca i wzrastającego zdenerwowania, zdezorientowania i irytacji.
- Siadajcie, nie gryzę przecież. – wskazał im dwa krzesła pod stołem. Henry wstał i taszcząc za sobą mało elegancką kroplówkę zamknął drzwi od swojej Sali. Nogą zamknął wieko kufra stojącego obok łóżka i usiadł obok Dwayne’a, który wybrał sobie również łóżko i jego poduszkę, na której leżał, spał i wciskał tam twarz. Super.
- A teraz od nowa macie mi wszystko opowiedzieć. Mam amnezję i nie pamiętam nic od… zeszłego roku. Oczywiście jak zwykle nikt nikogo o tym nie poinformował i trzeci raz ja muszę o tym mówić. – wyjaśnił trochę zniecierpliwionym tonem, krzywiąc się przy tym.
- Co masz na myśli mówiąc, że znowu jakiś psychol miesza mi w głowie i dlaczego wspomniałeś o Soleil…? Zabawne, była tutaj. Patrzyła na mnie jakbym umarł. – patrzył to na Clarie to na Dwayne’a, których pewnie na bank zamurowało. Tak jak każdego, kto go odwiedził. Reagowali identycznie i Henry’emu wcale się wtedy nie polepszało. Ale mimo wszystko w końcu dowie się prawdy, nie będą owijali w bawełnę jak rodzice. Serce waliło Henry’emu jak młotem, bo te kilka słów zasłyszanych były bardzo ważne i przeważające. Musi to wiedzieć zanim pójdzie do szkoły. Musi.
Póki co gapił się na kroplówkę. Duchowo przez chwilę odleciał gdzieś do tyłu, szukając w pamięci podchwytliwych kruczków. Jak zwykle, zamiast odnalezienia czegoś istotnego, rozbolała go tylko głowa.
Zobacz profil autora
Clarissa V. Jonson
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Sob 15 Lis 2014, 23:36

Przysłuchiwała się ich rozmowie, nie wtrącając się. Nie interesowała się jakoś specjalnie Quidditchem, co prawda pojawiał się na każdym meczu Puchonów, ale na tym się kończyło. Nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl by starać się o miejsce w drużynie. Z jej umiejętnościami, a raczej ich brakiem było to wręcz niemożliwe. Zaczęła się śmiać, gdy usłyszała jak chłopak zaczął głośno marzyć.
- No właśnie, ale nie skąp nam tylko po jednym, w końcu z czegoś będę musiała się utrzymywać w przyszłości. - uśmiechnęła się, lecz nie na długo. Gdy tylko Dwayne zaczął mówić o małpiatkach otworzyła szeroko usta i oczy nie dowierzając, że właśnie to usłyszała. Chciała na niego skoczyć i dać mu nauczkę, lecz ten skrył się za Heniem.
- Uważaj żeby tobie nie pojawił się ogon małpy. - zagroziła. Musiała powiedzieć Joe o tych małpiatkach, a wtedy razem w Hogwarcie zemszczą się na chłopaku, jeszcze pożałuje swoich słów. Nie zaskoczyła ją jego odpowiedź podejrzewała, że nie zauważył napisu na drzwiach. Nie można go w końcu o nic winić. Clary widziała jak się denerwował zanim tutaj wszedł. Mimo wszystko chciała mu jakoś dyskretnie przekazać o co chodzi, ale nie zdążyła. Dwayne zaczął mówić o wszystkim co mu zapewne przyszło do głowy. Rozkręcił się na całego, ale ona nawet nie słuchała go zbyt uważnie. Zerkała tylko nerwowo na nich obu. Indianin dalej nie zorientował się, że coś jest nie w porządku, a Henry pobladł. Widziała, że Dwayne uśmiecha się do niej uspokajająco, zapewne zrobił to dlatego, bo widział, że z liści, które przed chwilą całe znajdowały się w jej dłoniach nic nie zostało. Spojrzała na niego znacząco, ale ten dalej mówił, jakby tego nawet nie zauważył. Nie była pewna jak długo to trwało, ale widząc pobladłego Henia, jej samej zrobiło się słabo. Podeszła do łóżka na którym siedział i pacnęła go w głowę. Gdy Lancaster wyjaśnił im dlaczego się tutaj znalazł, nie wiedziała co powiedzieć. Nie było to dla niej tego dnia nowością. Rzadko kiedy znajdowała się w takiej sytuacji i zwyczajnie nie wiedziała jak się zachować. Zrobiło jej się słabo i usiadła na krześle, które wcześniej wskazał jej przyjaciel. Zaczęła gnieść jeszcze bardziej pozostałości z liści wpatrując się w nie. Jak tylko usłyszała zdanie o Soleil wypowiedziane przez Puchona uniosła na niego zaskoczona wzrok. Nie dziwiła się dziewczynie, że tak zareagowała. Podejrzewała, że ona sama w tej sytuacji na jej miejscu zachowałaby się podobnie. Nie wiedziała co powiedzieć, dlatego wypowiedziała na głos pierwsze lepsze zdanie, a raczej pytanie które przyszło jej na myśl.
- Czy uzdrowiciele mówili ci coś dokładniej na temat amnezji? - dokładniej chodziło jej o to czy chłopak w ogóle kiedyś odzyska pamięć, ale na razie nie pytała o to wprost.
Zobacz profil autora
Dwayne Morison
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Nie 16 Lis 2014, 16:08

- Takich kości ze skórą to by nikt nie chciał zeżreć. – Kontynuował dalej wypowiedź nie zwracając większej uwagi na fizyczną zmianę jaka nastąpiła w wyglądzie od ostatniego wspomnienia Henry’ego, wskazując na dużą dłoń końcem podbródka jako potwierdzenie wcześniejszych słów. – Musze się zastanowić nad tym autografem. – Odparsknął śmiechem, szturchając kolegę zanim jeszcze zdążył się podnieść i oznajmić towarzyszom w jakiej jest formie. Szczery uśmiech nie schodził mu ani przez moment z twarzy, a przynajmniej nie zszedłby dopóki Clary nie podeszła i nie walnęła go w głowę, uciszając go tym samym. Jęknął z niezrozumieniem, przyglądając się z wyraźnym wyrzutem w spojrzeniu na koleżankę, masując lewą dłonią zaatakowane miejsce bardziej z samego faktu uderzenia niż faktycznego bólu. Nawet martwa cisza jaka ich spowiła nie dotarła do świadomości Puchona, który przeniósł wzrok na śmiertelnie poważnego przyjaciela mamrotającego coś na temat spadających na głowę głazów. Właśnie w tej chwili podziękował swojej matce i ojczymowi, że nie wyrazili zgody i postanowili zabrać go do siebie na kilka dni, dając w ten sposób odpoczynek zabieganemu pracoholikowi jakim był Maksymilian. Znieruchomiał dopiero, gdy Henry poinformował ich o czasie umiejscawiając ostatnie wspomnienie z zeszłego roku. I zamiast współczuć, wyciągnął ramię i klepnął trochę zbyt mocno przyjaciela w plecy z gromkim śmiechem: - Chłopie, to ty randek z Soleil nie pamiętasz? Jaka wtopa, stary. Teraz to ja się nie dziwię, że tak na ciebie patrzyła. Od jakiegoś pół roku lataliście jak papużki nierozłączki normalnie, nawet te… testrele szliście karmić czy jakoś tak. Masz większe chody u Filcha jako prefekt, to zakradałeś się do kuchni i zwijałeś surowe mięso do tych zmór! – Westchnął z grymasem przypominającym zniesmaczenie, przenosząc powoli spojrzenie na nagle pobladłą Clarissę, wciąż nie rozumiejąc dlaczego i ona postanowiła załamać ręce nad kapitanem drużyny, jak gdyby amnezja była czymś strasznym. On sam z chęcią zamieniłby się z nim miejscami i zapomniał o paru incydentach z przeszłości, a potem odpoczywać i zbierać prezenty od przychodzących do szpitala gości. W dodatku jakie fory będzie miał chłopak u nauczycieli?
- Ty chłopie byłeś w przynajmniej czterech wydaniach Proroka, ze dwa na pierwszej stronie na pewno. Psychol porwał ciebie i całą noc torturował, a potem wymazał ci tak pamięć, że chodziłeś jak struty. Sypałeś się, więc ciesz się, że nie pamiętasz tamtego, bo nawet ze mną nie chciałeś o tym gadać. Od razu się wściekałeś albo wychodziłeś bez słowa. Raz to nawet zszywałeś dziury w skarpetach! Serio, myślałem że jakiś atak masz czy coś takiego. – Wzruszając ramionami bombardował z brakiem wszelkiego taktu streszczenie wszystkich wydarzeń rozgrywających się przez ostatni rok, jak gdyby nie do końca dotarło do niego co oznacza słowo „amnezja”.
Zobacz profil autora
Henry Lancaster
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Pon 17 Lis 2014, 08:48

Podziękował niemo Clary poprzez skinięcie głową za pacnięcie Dwayne'a przez łeb. Henry musiał sobie przypomnieć dlaczego się z nim kumpluje. No tak, jego bezpośredniość, szczerość do bólu, brak taktu i niesamowite poczucie humoru mieszające się z przedstawianiem świata z przymrużeniem oka.
Henry pierwsze słowa skwitował wywróceniem oczami, jakby miał w planach zemstę. Lecz to, co usłyszał całkowicie go podłamało. Momentalnie bardziej zbladł. Ręką, w której miał doczepiony wenflon, musiał przytrzymać się kantu szafki. I to nie bynajmniej przez mocne klepnięcie w plecy. Dwayne mówił o kimś innym. Nie o Henrym, bo siebie nie poznawał z opowieści Puchona. On taki był? Szył skarpetki, chodził na randki? On, który miał problem z logicznym myśleniem przy dziewczętach, które mu się podobały?
Uniósł obie brwi nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. Henry nie widział trestrali z prostego powodu - nie był świadkiem niczyjej śmierci. Chyba, że przez ten rok stało się coś więcej i jednak je widzi. Zawsze traktował te stwory jako omen śmierci i zguby i trudno było mu ot tak uwierzyć, że chodził i je karmił z Soleil. Soleil. Teraz już zrozumiał dlaczego wybiegła z płaczem i przyglądała się mu, jakby umarł. Bo rzeczywiście tak było. Zmarła jakaś jego część, ta bezpośrednio związana z jasnowłosą Gryfonką. Lancaster poczuł się gorzej, bo wiedział co to znaczy. Cholernie ją zranił i nie wiedział jak ma to naprawić.
Chociaż przy pierwszej dawce skróconej bibliografii Henry miał serdecznie dosyć, to przy następnej musiał sięgnąć do pierwszej szuflady szafki i wlać sobie do gardła miętowy płyn jakiegoś leku przypisanego mu przez Uzdrowicieli.
- Co na gacie Merlina...? - zapytał słabym głosem, ledwie nadążając za gadaniną Dwayne'a. Dostał to, czego chciał, skróconą bibliografią swojego życia sprzed ostatniego roku. Henry'emu szło coraz lepiej. Ciągle jak o coś prosił, to dostawał to od losu z nawiązką i przy okazji po tyłku. Zapamiętać; nie chcieć nic więcej od życia, bo jeszcze się niechcący spełni. W Henrym narosła irytacja i nie na przyjaciół, a ogólnie. Podczas rozmowy z Amycusem, Ślizgon gapił się na Puchona, jakby ten był niespełna umysłowo, skoro zachowuje stoicki spokój w obliczu takiego pecha od losu. Henry tak miał. Dusił wszystko w sobie i jeszcze był spokojny, rzecz jasna pozornie. Wewnątrz się aż w nim kotłowało. Chłopak wstał i oderwał od lewej ręki wenflon, pozbywając się ciężaru kroplówki. Jednym ruchem ręki zgarnął wszystkie przedmioty na szafce i wrzucił nieposortowane do kufra. Z jakąś wyczuwalną agresją zatrzasnął nogą wieko kufra i głośno przeklął.
- Coś jeszcze jest istotnego, co powinienem wiedzieć? - zapytał jakimś dziwnym głosem dwoje przyjaciół. Stał do nich tyłem i był wściekły, oj był.
- Clary, masz te cztery Proroki? Amnezja to utrata pamięci z jakiegoś okresu na stałe albo na jakiś czas, gamoniu Dwayne. Nie wiedzą czy to wróci, ale dzięki. Przynajmniej wiem jak spieprzyłem sprawę i pomyśleć, że tylko wy o tym mi mówicie, a moja własna rodzina się boi. - warknął ostrzejszym tonem i pożałował swojego zachowania. Nie powinien się na nich wyżywać, przecież nie byli winni. To Henry zawinił w swojej sprawie i teraz musiał jakoś przejść z tym do porządku dziennego. Oczywiście jak sumienie go nie połknie, nie przeżuje i nie wypluje resztek. Soleil, jej mina go bolała. Tak trudno było mu uwierzyć, że z kimś się związał, bo non stop twierdził, że się do tego nie nadaje. Do bycia z kimś w związku. Musiało wydarzyć się coś, co zaważyło na ich relacjach.
I te domniemane tortury. Przez chwilę Lancaster myślał, że to jakiś żart. Niemal nie posądził Dwayne'a o nabijanie się z niego w trochę głupiej chwili, ale wystarczyło spojrzeć na tę Indiańską twarz i minę Clary, a wiedział, że wcale nie kłamali. Serwowali mu prawdę i to trochę bolało.
- Zbierajcie się. Chcę być teraz sam i spotkamy się na peronie 9 i 3/4. Do żadnego Dumstrangu nie jadę, wracam do Hogwartu po siebie dawnego. Chyba coś tam zgubiłem. - nadal na nich nie patrzył, nieuprzejmie ich wypraszając. Co mógł na to poradzić? Musiał się z tym oswoić, a to nie było łatwe. To cholernie trudne i niemal niemożliwe.


Nazajutrz Henry dostał wypis do domu. Nafaszerowano go eliksirami, wypisali mnóstwo recept i przedstawili dwadzieścia tysięcy zasad, jakie ma przestrzegać. Niespecjalnie się tym interesował, bo mimo przespanej na prochach nocy, nie poczuł się lepiej jak się obudził i przypomniał co się najlepszego stało z jego życiem.

[zt wszyscy] biegniem na pociąg, bo nam zwieje
Zobacz profil autora
Alec Haldane
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Nie 29 Maj 2016, 17:09

Aportował się z cichym pyknięciem, wciąż jeszcze nosząc na sobie smród spalenizny, tynk na płaszczu i wszystko, co świadczyć miało o ostatnim starciu. To, jak sam wyglądał, nie było jednak w żaden sposób ważne, bo przecież nic mu nie było. Otarte przy wspinaczce dłonie i jakaś przecinająca skórę na wysokości kości policzkowej rysa po szklanym odłamku - coś, czego dotąd nie zauważył, nie czuł, choć drobne krople krwi zdążyły splamić mu skórę - nie miały w tej chwili znaczenia i Alec gotów był warczeć na każdego, kto chciałby zająć się nim. Nie, on nie potrzebował pomocy. Potrzebowała jej Alice, drobne, rudowłose stworzenie, które trzymał w drżących nie z wysiłku, a z napięcia rękach. Drżenia zresztą też nie zauważał, zupełnie nie rejestrował. Nie było istotne. Nie miało żadnego znaczenia.
Haldane zakładał, że sam szpital został już uprzedzony o prawdopodobieństwie przywiezienia ofiar śmierciożerczych działań, stąd nie zamierzał czekać w wejściu i teleportował ich bezpośrednio na oddział. Nie chciał widowni, gapiów, którzy Śmierciożerców i ich czyny znali tylko z magicznej telewizji. Nie chciał czuć na sobie przerażonych, współczujących czy nawet pełnych dumy (te ostatnie mogła wywołać chociażby aurorska odznaka, to przecież się zdarzało) spojrzeń, nie chciał tłumaczyć i przykładać jeszcze większej uwagi do tego, jak wygląda - czy wystarczająco silnie, czy dodaje ludziom wystarczającej otuchy. Był w stanie prezentować się godnie, był w stanie zachowywać zimną krew i pokerową twarz - to zresztą utrzyma pewnie jeszcze do końca dnia, do chwili, gdy znajdzie się zupełnie poza ludzkimi spojrzeniami, w tym także spojrzeniem śpiącej Alice - ale zwyczajnie nie chciał być oceniany, nie chciał szumu za plecami i... Cóż, przede wszystkim nie chciał zwłoki. Jego kobieta potrzebowała uzdrowiciela i naprawdę, Haldane gotów był odciągnąć teraz jakiegoś od łóżka innego pacjenta, byle tylko jego wybranka trafiła w dobre ręce. Empatia? Na ten moment nie było na nią miejsca.
- Haldane - mruknął w ramach przedstawienia się, gdy tylko jakikolwiek magomedyk znalazł się wystarczająco blisko, z chęcią udzielenia natychmiastowej pomocy lub nie. Na tę drugą okazję, gdyby uzdrowiciel uznał, że mogą jeszze zaczekać, Alec gotów był ostentacyjnie wskazać przypiętą do płaszcza odznakę i tym samym zatrzymać specjalistę siłą. Czekać? Nie, nie zamierzał czekać, wybaczcie, panowie i panie. 
- Rozumiem, że macie dla nas miejsce? - Nas w tym przypadku bynajmniej nie obejmowało jego samego, o czym aż nadto świadczył surowy, oschły, stosunkowo zimny - i tak zupełnie niepasujący do codziennego rudzielca - głos. Nie, w tym momencie określenie to oznaczać miało po prostu aurorów, czy, jeszcze dokładniej - rannych, których mogli przynieść z akcji. Rannych, czyli w tym momencie Alice. 
Alec odetchnął głęboko. Starał się być grzecznym, względnie dobrze wychowanym. Krew gotująca się jednak w jego żyłach tego jednak nie ułatwiała, podobnie jak buzujący w organizmie testosteron i przypomnienie sobie o typowym dla aurorów dystansie. Aurorów, ramienia sprawiedliwości, tych, którzy narażają się dla innych i jednocześnie tych, którzy przez swą funkcję patrzą na innych bezczelnie, arogancko, z góry. Tak, jak teraz Haldane. Haldane, który czuł, że dotarcie do granicy swej wytrzymałości, uwolnienie lęków i nabranie głębokiego, orzeźwiającego oddechu będzie dziś wyjątkowo bolesnym doświadczeniem.
Zobacz profil autora
Alice Guardi
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Nie 29 Maj 2016, 17:43

W momencie kiedy całe zagrożenie minęło, kiedy Fenrir padł ze swądem spalenizny na parkiet, co Alice zauważyła jedynie kątem oka wszystko zaczęło dla stażystki płynąć wolniej. Dzięki Alexowi jedwab garboroga błyskawicznie wyleczył ranę, zapobiegając dalszemu rozlewowi krwi. Rudowłosa uśmiechnęła się z wdzięcznością do Halla, nim jej powieki zrobiły się bardzo ciężkie. Miała ochotę zasnąć, gdyś towarzyszące jej osłabienie oraz zanik stresu wywołały u niej nieopisaną senność. Dziewczyna za wszelką cenę chciała zobaczyć Aleca, czy nic mu nie jest. Odetchnęła głęboko, widząc znajomą rudą grzywę. Nie sądziła, aby ktokolwiek odbił taki ogrom zaklęć jaki zgotowali we dwójkę wilkołakowi. Nic nie powiedziała mając wrażenie, że to bardzo ciężkie do wykonania. Bezwolnie pozwoliła Alecowi aby zabrał ją na ręce i deportował, gdyż w tym właśnie momencie zamknęła powieki.

Z trudem rozpoznała szpitalne otoczenie. Najbardziej charakterystyczny był zapach medykamentów oraz smród buchający z ropiejących ran. Wtulona czołem w pierś Aleca. Ze wszystkich dzisiejszych przeżyć najgorzej wspominała moment, w którym to oberwała Cruciatusem zaraz po wysłaniu patronusa do szkoły. Nigdy nie odczuła aż takiego cierpienia. Rozlew krwi w Chacie był nieporównywalny. Wtedy się tylko bała. Przy klątwie był ból. Wszechogarniający.

Jeden z magomedyków wyszedł właśnie z sali, napotykając właśnie Aleca. Przez chwilę patrzył na aurora z ranną jak oniemiały, ale zaledwie po paru sekundach przetarł szybko okulary i podszedł do pary.
-Mitchell. Rana cięta, szarpana? -zapytał, szybkim okiem spoglądając na zaschniętą krew na szyi oraz świeżą na nodze. -Mamy komplet... -zaczął, ale coś w spojrzeniu rudowłosego nie pozwoliło mu zaprzeczyć jego pytaniu. Wskazał ręką na najbliższe drzwi. -Proszę tutaj do jedynki, opatrzymy ją. -zadecydował. Skierował swoje kroki do sali, otwierając drzwi przed aurorem. Czekało tam jedno, jedyne łóżko. Jeszcze nie zaścielone. Magomedyk jednym ruchem zdjął pościel i rzucił na podłogę.
-Proszę tutaj ją położyć i poczekać na zewnątrz. -rzucił magomedyk, wołając do otwartych drzwi. -Smith, Kavlar, Fooks do mnie, szybko!
Nim przybyli asystenci, Mitchell zaczął oglądać rany. Dotknął szyi.
-Tyle krwi... musiała być spora rana. No no, ktoś tu użył jedwabiu... świetna robota. -mruczał, spoglądając teraz na ranę na nodze. Gdy przybyli asystenci, Alec zmuszony był zostać na korytarzu

Minuty mijały jedna za drugą, aż wskazówki zegara wskazały, że minęła blisko godzina. Wtedy drzwi otworzył Mitchell w nieco zaplamionej krwią szatą. Przetarł okulary czystym skrawkiem.
-Panie Haldane, sytuacja opanowana. Jest bardzo słaba, ale będziemy jej podawać eliksiry uzupełniające krew oraz wzmacniające. Może pan wejść, ale prosiłbym o brak przesłuchiwań. Potrzebuje snu. -powiedział wychodząc razem z asystentami.

Alice leżała w łóżka, okryta prześcieradłem do pasa. Nie była już poplamiona krwią, jedynie resztki kleiły rude loki przy poduszce. Wyglądała, jakby spała. Na jej ustach błąkał się ledwie dostrzegalny uśmieszek.
Zobacz profil autora
Alec Haldane
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Nie 29 Maj 2016, 18:24

Początkowo chciał się sprzeczać, że nie, nie ma mowy, nie zostawi Alice. Początkowo zamierzał upierać się przy swoim, że musi być przy niej i jeśli chcą go wyrzucić, to proszę bardzo, mogą próbować, ale osobiście radziłby spożytkować siły na udzielenie jej pomocy. Pierwotne instynkty kazały mu szczerzyć kły i ostrzyć pazury, by zwyczajnie nie dać się zepchnąć w kąt, rozdzielić z kobietą jego życia. Tylko, że w tym wszystkim wciąż było jeszcze miejsce na rozsądek, gdy więc uzdrowiciel pojął wreszcie, że auror nie zamierza stulić po sobie uszu i czekać jak każdy inny pacjent, Haldane przystał na kompromisy. Udzielą pomocy Alice? W porządku, w takim razie zaczeka.
Z tym, że to wcale nie było takie łatwe. Gdy przejście do gabinetu zamknęło się za nim, pozostawiając w środku tylko pannę Guardi i lekarzy, Alec poczuł się oszołomiony i jakby wyrwany z innej bajki. Adrenalina, która go dotąd napędzała, która prowadziła jego poczynaniami i nie dawała czasu na zastanowienia, teraz zanikała stopniowo, pozostawiając po sobie pustkę. Pustkę, która sprawiała, że musiał na nowo oswoić się z sytuacją i dopasować się do niej, by przetrwać kolejne minuty, godziny.
Mimo tego czuł się zagubiony i w pierwszej reakcji rozejrzał się tylko po korytarzu, niezbyt pewien, co ze sobą zrobić. Przez chwilę chodził w tę i z powrotem pod drzwiami, jak gdyby w jakikolwiek miało to przyspieszyć poczynania uzdrowicieli. Gdy jednak drzwi do gabinetu pozostały tak samo zamknięte jak przedtem, wypuścił powietrze z sykiem i zwrócił swą uwagę ku najbliższemu automatowi z kawą. Musiał się czymś zająć, czymkolwiek, a napar z kofeiny wydawał się być równie dobrą atrakcją, co wszystkie inne. A że pobudzenie i podniesienie ciśnienia to ostatnie, co było mu teraz potrzebne? Nieważne. Tak mało ważne, jak wszystko inne poza Alice.
Z tym, że kawa teraz nie smakowała, cichy szum szpitalnych dźwięków drażnił bardziej niż kiedykolwiek a czas wlókł się wolno jak nigdy. Gdy Alec spoczął ostatecznie na jednym z wątłych krzesełek pod gabinetem, nie był w stanie pić, nie umiał też myśleć o czymkolwiek innym, jak tym, dlaczego to wszystko tak długo trwa. Odstawiając kubek pełen napoju, z którego wmusił w siebie może ze dwa łyki ostatecznie pochylił się, oparł łokcie na kolanach i rozmasował palcami skronie. Zaciskając oczy sięgnął też jedną z dłoni ku nasadzie nosa i starał się ignorować to, jak bardzo wszystko uciekło mu teraz spod kontroli. Ręce drżały bardziej niż powinny, spięte mięśnie nie umiały się rozluźnić, rozkurczyć i przeszywały ciało stałym, uporczywym bólem.
Gdy uzdrowiciel znów pojawił się w zasięgu wzroku, Alec od razu poderwał się z miejsca i tylko skinął głową. Nie miał zamiaru tłumaczyć, że nie jest tu w roli aurora. Nie miał zamiaru wyjaśniać, że gdyby chodziło o obowiązki służbowe, to nie czekałby tu teraz tylko wrócił do Wrzeszczącej Chaty lub do Ministerstwa, by najpierw pomóc kolegom i koleżankom w posprzątaniu problemu do reszty. Nie miał zamiaru dzielić się żadną z tych informacji. Po prostu przytaknął niemo i pewnym krokiem wszedł do gabinetu, by, na Merlina, nie dać się już stamtąd wyciągnąć.
Mimo to widok Alice był niczym zderzenie z pociągiem. Choć jeszcze godzinę temu miał ją w ramionach w gorszym stanie, choć jeszcze wcześniej znajdowała się w sytuacji znacznie większego zagrożenia to właśnie teraz, w tej chwili lęk natarł na niego z całą swoją mocą i wycisnął z płuc całe zgromadzone w nich powietrze. Zbliżając się do łóżka nienaturalnie sztywnym krokiem - pokonywanie kolejnych metrów nagle było trudnym, wymagającym wyzwaniem - po drodze zabrał jeszcze obecny w sali stołek i wreszcie, z wahaniem, usiadł przy szpitalnym legowisku. Mając na uwadze słowa lekarza zachowywał się cicho, nie chcąc budzić wybranki. Nic nie mówił - przy czym nawet, gdyby mógł, słowa mogłyby okazać się trudne. Bo jak miał je formułować, jak miałby je wypowiadać? Pierś spinała mu teraz żelazna obręcz, a on czuł, że dygocze bardziej niż przedtem.
Ostatecznie zdecydował się tylko na ostrożne ujęcie ręki Alice w swoją i, unosząc ją lekko, ucałowanie jej smukłych palców. Pozostawiając łokieć dziewczyny podparty lekko o materac sam pochylił się i oparł czoło na splecionych dłoniach, dusząc w środku niemal zwierzęcy skowyt.
Zobacz profil autora
Alice Guardi
avatar

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   Sro 08 Cze 2016, 01:02

Gdzieś na przełomie deportacji do szpitala umysł Alice odpłynął w te rejony świadomości, które na co dzień pozostawały ukryte. Obrazy w jej głowie wirowały jak w tańcu, ciesząc mnogością barw oraz dźwięków. Gdzieś przez te zwariowane melodie przebijały się jakieś głosy, jakby z oddali. Pospieszne, zdenerwowane... i później to wszystko umykało w nicość. Znowu oddalony o lata świetlne głos, brzdęk czegoś szklanego i znów karuzela kolorów. Alice nie czuła bólu ani strachu, w tej krainie wszystko było piękne. Kobieta nie chciałaby wracać z tego miejsca, gdzie było tak błogo i dobrze. Niczego nie pamiętała, lecz znowu z oddali pojawiło się coś znajomego. Zapach. Tak znany jej gatunek perfum. Coś zaczęło ją ciągnąć. Wyrywać z tego snu. I chociażby zdawało się kobiecie, że minęło gdzieś z kwadrans, w rzeczywistości minęły bite dwie godziny od czasu przybycia do szpitala. Od kiedy pojawił się Alec w sali blisko godzina. Dziewczyna poruszyła się lekko, porzucając barwy i dźwięki. Zaczęła wyraźniej odczuwać szorstkość pościeli oraz zapach środków czyszczących. Obróciła głowę i rozwarła delikatnie powieki. Chwilę zajęło nim złapała ostrość. Rozpoznała wszystkie szpitalne meble, ale i rude włosy ukochanego. Wszystkie wydarzenia tej nocy wróciły do niej jak bumerang. Wrzeszcząca Chata. Greyback. Krew.
Przełknęła ślinę głośno, ale też ścisnęła dłoń Haldane'a. Gdy ich spojrzenia się spotkały, na poziomkowych wargach pojawił się subtelny uśmieszek.
-Alec... nic Ci nie jest? Jak pozostali? -zapytała, pomijając swój stan zdrowia. Czuła się dobrze. Bardziej zmęczona niż poobijana. Miała ochotę przeprosić Aleca, że wpakowała się w kłopoty i musiał się martwić, ale nauczona już jego komentarzami ugryzła się w język. Ile w tym było jej faktycznej, świadomej winy? Nie tak dużo zapewne, jak mogła uważać. Podniosła się na poduszkach, chcąc trochę bardziej siedzieć niż leżeć. Westchnęła cicho. Złapała mocniej dłoń Aleca i pociągnęła, nakazując aby się pochylił. Ucałowała wargi mężczyzny, gładząc wolną ręką jego policzek. Przesunęła kciukiem po ranie.
-Kocham Cię. -szepnęła, rumieniąc się lekko. No tak. Nie było lepszej chwili niż ta, czyż nie?
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Parter - Wypadki Przedmiotowe   

 

Parter - Wypadki Przedmiotowe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marudersi :: 
Londyn
 :: 
Szpital Św. Munga
-